Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura czeska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura czeska. Pokaż wszystkie posty

2024-10-11

„Las w domu” Alena Mornštajnová

 

Wydawca: Wydawnictwo Amaltea

Data wydania: 24 października 2024

Przekład: Anna Maślanka

Liczba stron: 450

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Kameralny dramat

To chyba najbardziej wstrząsająca powieść Aleny Mornštajnovej. Nie tylko dlatego, że czeska autorka omija z dala wielką Historię i proponuje bardzo kameralną narrację o dramatach przeżywanych w milczeniu. W tej powieści pisarce nie potrzeba potężnej metafory Auschwitz jak w „Hanie”, by opowiedzieć o cierpieniu i poczuciu niedopasowania do świata, nie korzysta również z rozwiązań zaproponowanych w „Latach ciszy”, bo choć jest to opowieść o rodzinie, przedstawiona zostaje jednak w zupełnie inny sposób. Właśnie cisza, specyficzna forma milczenia to podstawowy środek wyrazu. Ta retrospekcyjna opowieść kobiety, która stara się wyjaśnić, dlaczego jej życie nie może być szczęśliwe, rodzi się przede wszystkim z tego, co zostało przemilczane. Zło ujawnia się tutaj stopniowo, jest jednoznaczne w swej wymowie, jednakże „Las w domu” to powieść, która bardzo inteligentnie zaciera granice określające to, kto jest ofiarą, a kto jest winny. Wszystko w atmosferze niedopowiedzeń i grozy, która spotęgowana jest tu również przez to, że powieść jest fragmentami bardzo liryczna. Nie chodzi tylko o szczególną wrażliwość dziewczynki opowiadającej o detalach swego mikrokosmosu, czyli najbliższego otoczenia. Nawet opowiadając o największych krzywdach, Mornštajnová potrafi przekształcić prozę w poetycką balladę o tęsknocie za normalnym życiem. A także o tym, jak zderzało się to, co wyjątkowo aberracyjne i okrutne, z tym, co częste i co potrafi zrujnować każdą psychikę – z brakiem poczucia bezpieczeństwa.

Narratorka dorasta w domu rodzinnym, z którego nigdy, nawet po wielu latach, nie jest w stanie się wydostać. Czas tego domu odmierzają awantury i okresy milczenia. W tym domu żyją ludzie, którzy są dla siebie wrogami. Dorastające dziecko odczuwa coraz większe napięcie. Wpływa na nie w sposób, jakiego czytelnik na początku nie będzie w stanie przewidzieć. Kostyczna i przerażająca babka, która nazywa wnuczkę „latoroślą miernej córki”. Bardziej przerażający i portretowany z oddali dziadek jako jedyna osoba, której okrutna babcia się boi. Wszyscy tworzą przestrzeń wzajemnych oskarżeń, kreują atmosferę wielkiej opresji. I o niczym, co się dzieje w tym piekielnym domu, nie można opowiedzieć drugiemu człowiekowi. Jakby piekło zamykało się pod jednym dachem, a jednocześnie rozrastało w sercach i umysłach tych, którzy pod tym dachem mieszkają.

Dziewczynka, potem nastolatka, młoda kobieta – każde jej jednostkowe doświadczenie powoduje, że problemy z określeniem własnej tożsamości się nasilają. „Nie chciałam być sobą” – wspomina w wieku szkolnym. Być może nie umiała być sobą, bo nikt nie chciał jej pokazać, jak to jest ważne. Zresztą we wspomnianym domu rodzinnym musiała być cieniem, a potem jedynie dopasować się do świata zewnętrznego. Nigdy nie odstawać. Nigdy się nie wyróżniać. Nigdy nie mówić o bolesnych tajemnicach miejsca, w którym powinna dorastać w poczuciu spełnienia. Tam nikt nie był spełniony. Stamtąd się tylko odchodziło. Ale ucieczka nie jest rozwiązaniem. Alena Mornštajnová ukazuje nam postać, którą zamknięto w wyjątkowo przerażającej klatce mentalnej. To nie tylko wiwisekcja przerażenia samą sobą i tym, kim się staje pod wpływem złych ludzi. To także niepozbawiona poetyckiej wrażliwości opowieść o tym, jak bardzo chce się przed ludźmi schować. Co to znaczy egzystencjalnie być schowaną. „Las w domu” to również powieść zadająca w egzystencjalno-etycznym wymiarze podstawowe pytanie o to, czy mamy dawać innym to, co otrzymaliśmy, i czy nie mamy odwagi przerwania łańcucha traumatycznych doświadczeń przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Tu mamy trzy pokolenia kobiet. Matek, które nie kochają swoich córek. Nie chcą albo nie mogą tego zrobić. Na początku opozycje są czytelne – krzywdzi matka, cierpi córka. Potem to wszystko zaczyna się rozmywać. Zwłaszcza w momencie, w którym narracja dziewczynki staje się narracją bólu po odrzuceniu zarówno przez babkę, jak i przez matkę. Mornštajnová opowiada o kobiecej samotności potęgowanej tym, że nikt w żaden sposób nie był w stanie tej samotności ujrzeć. Owszem, świat dostrzega wyobcowaną dziewczynkę, stojącą gdzieś w kącie, oddaloną od reszty, nigdy niebędącą częścią jakiejś społeczności, dobierającą sobie za przyjaciółkę ekstrawertyczkę, za której dynamizmem można się schować. „Las w domu” to książka opowiadająca o strachu, przed którym nie ma ucieczki, nigdzie schować się nie można. Pięknie metaforycznie skonstruowany tytuł, którego przerażające znaczenie poznaje się stopniowo i który bardzo dobrze pasuje do niuansowania desperacji, melancholii i takiego rodzaju wrażliwości, przy którym trudno poprosić o pomoc, bo samemu nie rozumie się ogromu własnego cierpienia. Czuje się jedynie niemoc. Nieprzydatność. Dziecko w tej powieści bierze na swoje barki odpowiedzialność za poczynania dorosłych. To ono czuje się winne temu, że dom rodzinny się rozpada. Jednocześnie rozpada się coś innego. Tożsamość kształtowana jest przede wszystkim przez tak trudne doświadczenia jak te, które na chwilę wzbudzają nadzieję, a potem przynoszą rozczarowania, trudne, czasem niemożliwe do uniesienia. Niemożliwe wydaje się również znalezienie jakiegokolwiek pocieszenia w egzystencjalnym smutku. Tak przerażająco pięknie wyrażonym w lirycznych partiach tej powieści.

„Każdy ból kiedyś się skończy” – tak sobie myśli bohaterka książki po tym, jak zostanie pobita. Ból fizyczny jest niczym w porównaniu z tym, który zawłaszczył jej osobowość. A raczej to, co próbuje określić mianem osobowości. Bo ukształtowały ją tylko lęki i taki rodzaj traumatycznego doświadczenia, które staje się jeszcze bardziej okrutne dlatego, że nie można o nim opowiedzieć. A jednak opowieść toczy się tutaj linearnie, w pozornym porządku, fakty przedstawiane są chwilami w bardzo sprawozdawczym stylu, a pojawiające się na drodze bohaterki postacie wykreowane są jak elementy coraz bardziej koszmarnej układanki życiowej. Nie ma ucieczki przed sobą, wspomnieniami, żalem za utraconym dzieciństwem i za tym, że niczego się nie osiągnęło w dorosłym życiu. Najsilniej zaś podkreślane jest to wyobcowanie, które zrodziło się z niedopasowania, a przede wszystkim specyficznej wrażliwości na doznaną przez siebie krzywdę. Dlatego „Las w domu” jest pamiętnikiem wyjątkowej opresji – jej składowe to zdarzenia ze świata otaczającego narratorkę, lecz to, co najbardziej przerażające, pęcznieje w niej samej. Coraz bardziej pozostawionej w swych decyzjach i wyborach samotnie. A jednak decyduje, jednak podejmuje wybory. Bo Mornštajnová opowiada nie tylko o odcieniach lęku i narastającym przerażeniu, umie bowiem opowiedzieć o niesamowitej kobiecej sile przetrwania. I robi to znakomicie, choć tak komplikuje wątki, że ta powieść nie będzie mieć jednej zasadniczej wykładni. Wyraźne i skonkretyzowane będzie tutaj zło, które zawładnęło wszystkimi. Zło, któremu nikt nie chciał się przeciwstawiać. Do czasu.

„Las w domu” to narracja wspomnieniowa, która ma przynieść jakąś formę ekspiacji, jednakże tego nie robi. Dlaczego? Bo przeżyte zło wciąż się pamięta. I nie sposób o nim zapomnieć. Nie można uporządkować nowego życia, jeśli stare wciąż pali niczym świeża rana. Mornštajnová opowiada o sposobach poszukiwania egzystencjalnego spokoju, lecz jednocześnie podkreśla, jak z pokolenia na pokolenie kobiety były coraz bardziej bezradne wobec samych siebie i tego, jakie decyzje mają podejmować. Najwięcej tajemnic kryje oczywiście dom rodzinny. Czeska pisarka twórczo wykorzystuje bardzo popularny motyw literacki, by opowiedzieć historię o wyjątkowym cierpieniu. Takim, za którym stoi przejmujące poczucie bycia zbędnym. A jednocześnie skryta w tym wszystkim siła, by walczyć. Przeszłości nie sposób zignorować, ale – jak sugeruje bohaterka – należy ją zamknąć. Co i w jakim stopniu zostanie zamknięte? Co otworzy się w momencie, w którym niemożliwe stanie się możliwe? Bardzo poruszająca powieść o deficytach miłości i rosnącej na tych deficytach wrażliwości. Z niezwykle ciekawą główną bohaterką, która nie wzbudza jedynie współczucia.

2022-12-12

„Lata ciszy” Alena Mornštajnová

 

Wydawca: Wydawnictwo Amaltea

Data wydania: 15 grudnia 2022

Liczba stron: 252

Przekład: A. Radwan-Żbikowska, T. Grabiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Między ojcem i córką

Alena Mornštajnová to zdecydowanie pisarka, która opisuje swoich bohaterów w taki sposób, że wywołują na przemian skrajne emocje, a ich historie czyta się po prostu z dużym wzruszeniem. Po znakomitej „Hanie” otrzymujemy powieść, w której pierwsze skrzypce grać będzie kameralna historia rodzinna, jakby autorka chciała odejść od historycznych przełomów i ich wpływów na swoje postacie, choć trudno nie zauważyć, że to w pewnej mierze nadal jest widoczne – główny bohater przejmuje od swojego ojca zachwyt nad czechosłowackim komunizmem, który staje się jego filozofią życiową i drogowskazem, ale powoduje także dramatyczne zwroty w jego życiu. W „Latach ciszy” nie jest zatem tak, że kontekst historyczny autorka pomija. Biorąc pod uwagę to, co ideowo kształtuje głowę rodziny, o której fatalizmie opowiada narracja, jest to także w pewnym stopniu książka rozliczeniowa. Socjalizm zachwyca, pochłania, pożera i odrzuca. Podobnie będzie z miłością do muzyki, ale przede wszystkim z miłością jako taką. Alena Mornštajnová napisała historię o tym, czym są przejawy miłości – jak bardzo może ona determinować działania, w jaki sposób być destrukcyjna, a także jak nie omija nikogo. Często będąc przekleństwem, nie zbawieniem.

Podobnie jak w „Hanie” czeska pisarka stosuje tutaj dwie równoległe narracje, które jednocześnie zazębiają się w pewnych punktach, a potem ukazują w całym swym kolosalnym obrazie rozpaczy tajemnicę, która dla jednego z bohaterów była ciężarem do noszenia przez życie, a dla jego córki zagadką ukrywającą być może to, dlaczego ojciec przez całe jej życie był taki szorstki i nieobecny. Mornštajnová stosuje tutaj popularną technikę – użytą także przeze mnie w „Winnych” – polegającą na tym, że te same frazy łączą poszczególne rozdziały. Jakby tylko identyczne zdania miały łączyć ojca i córkę, bo tak naprawdę tkwią oni w jakiejś toksycznej matni, a ich relacje określa wieczny dystans. Mała dziewczynka wie, że ojciec jest blisko tylko fizycznie. Kiedy naprawdę się zbliża, czuje lęk. Dyskomfort istnienia tuż obok kogoś, kto powinien być jej najbliższy, a tę potrzebną jej bliskość, której tak bardzo pragnie, odnajduje w żonie swojego ojca. Kobiecie równie nieszczęśliwej jak jej mąż. A ogrom tego nieszczęścia, sygnalizowanego przede wszystkim w wizerunku bohaterów kryjących się gdzieś z dala obok siebie jak żołnierze w okopach szykujący się na bolesne starcie, Mornštajnová opowie w taki sposób, że najcenniejsze, co będzie można dostrzec w tej powieści, to dyskretnie malowane półcienie emocjonalne każdej postaci. Znajdziemy tu bardzo wiele: od żarliwej pasji po nienawiść przechodzącą w stupor, bolesną obojętność. A wszystko skoncentrowane na tytułowej ciszy. Nie tylko dlatego, że rodzinne dramaty skryły się w milczeniu, skąd w zasadzie nigdy się nie wydostaną tak naprawdę.

Bogdana jest specyficzną dziewczynką. Cierpi na niedosyt czułości, ale dorastając, zaczyna przede wszystkim odczuwać niedosyt wiedzy o tym, kim jest albo kim była jej rodzina. Umierająca babcia zabiera ze sobą do grobu sekrety, a jednemu z nich nadaje imię. Zwraca się do wnuczki innym imieniem. To wywołuje konsternację i niepokój w ojcu. A potem coraz większą niepewność Bogdany, która zdaje sobie sprawę z tego, że jej istnienie stanowi zagadkę. Alena Mornštajnová wie, że o nieszczęśliwej rodzinie wciąż na nowo można opowiadać pasjonujące i poruszające historie. W tej główną rolę będzie grał przede wszystkim kontrast surowości oraz żarliwego uczucia. Napięcia staną się szczególnie intensywne, gdy pisarka będzie chciała jednocześnie opowiedzieć, co to znaczy być surowym dla najbliższych i co jednocześnie znaczy kochać ich ponad życie. Albo skrywać się w swoim wyobcowaniu przed tym, że pokochało się kogoś, z kim przyszły również rozczarowania i bolesne dylematy. Wszystko przedstawiane jest w taki sposób, że „Lata ciszy” pozwalają nam stopniowo przyswajać kolejne dramaty. Opowiadają tu o sobie córka i ojciec. Ona pełna wątpliwości. On gotów zapomnieć o wszystkim, o czym nie da się zapomnieć. Dziecko, które nie może zrozumieć braku czułości ojca. Ojciec, który z różnych powodów nie jest w stanie tej czułości dać dziecku. W tym wszystkim ukryje się historia napisana przez ideologiczny system, fatalny zbieg okoliczności, zamiłowanie do gry na fortepianie i przede wszystkim zróżnicowanie, które niwelują zawsze ciepłe uczucia.

Alena Mornštajnová nie pisze jednak ciepłej książki. Jest tu chłód sygnalizowany na kilka sposobów. Przełamywany tylko żarem uczuć, które zaczynają dojrzewać i gasną. Co się tu jeszcze wyróżnia? Bardzo ciekawie sportretowane jest macierzyństwo. Mamy jedną złą matkę skoncentrowaną jedynie na pragmatyzmie życia. Drugą przekonaną o tym, że to jej potomkini będzie mogła spełnić się artystycznie i wieść życie, które nie było dane matce. I tę trzecią spodziewającą się narodzin swojej córki pośród narastających wątpliwości. A jednocześnie z przepowiednią, że urodzi dopiero wtedy, gdy naprawdę się zakorzeni. Tymczasem Bogdana czuje się dziewczynką znikąd i potem kobietą, która wciąż nie może określić swojej tożsamości. Co określiło, nadwerężyło i zrujnowało tożsamość jej ojca?

Zaskakującym i bardzo ważnym bohaterem stanie się tutaj także Antonín Dvořák. Gdy czytałem „Lata ciszy” przez pryzmat pasji i przekleństwa muzyki, często stawała mi przed oczami znakomita powieść Agaty Romaniuk „Proste równoległe”. Jednakże Alena Mornštajnová opowiada zupełnie inną historię, choć motywy muzyczne albo powracające obrazy związane z grą na fortepianie czy pianinie uzupełniają tę narrację w wyjątkowy sposób. „Lata ciszy” to przecież powieść o specyficznej wrażliwości, którą z pewnych powodów trzeba było stłumić albo pożegnać. To również historia o tym, że obok trwałości i nieprzemijającego piękna muzyki będą się rozgrywać ludzkie dramaty, w których na przemian dźwięki ukochanych instrumentów staną się ciepłymi wspomnieniami i niedającymi spokoju obrazami z przeszłości, w której nie doszło do istotnych rozrachunków, a krzywda skryła się w milczeniu. W tytułowych latach bez rozmów i bez kontaktu. Lecz cisza jest tu znacząca jeszcze z innego powodu. Mornštajnová metodą kontrastu obrazuje pochłaniające i wyniszczające emocje wraz z bezpiecznym atawizmem – próbami odcinania się od ich przeżywania. Tymczasem rodzina w powieści czeskiej pisarki to sieć wzajemnych zależności, z których umyka gdzieś miłość. A potem wraca ze zdwojoną siłą.

Są tu znakomicie zarysowane postacie drugiego planu. Albo takie, które pozornie nie mają znaczenia dla fabuły. Na przykład obserwujemy dramat przyjaciela głównego bohatera, który musiał dokonać wyboru, aby określić, kim jest dla socjalizmu i czego socjalizm od niego wymaga. Ofiary ponosi się tu w imię ideologii, uczuć, ale również w imię bycia przyzwoitym w relacji rodzinnej. Mamy tutaj również ciekawie rozpisaną na kilka ról opowieść o eskapizmie i jego dramatycznych konsekwencjach. Można czytać „Lata ciszy” na wiele sposobów, zwracać uwagę na różne detale – każdy z nich nieść będzie w sobie dodatkową możliwość zinterpretowania sobie tej wielowymiarowej, choć przecież krótkiej powieści. Mornštajnová ma umiejętność stwarzania postaci wiarygodnych psychologicznie przez stopień skomplikowania ich emocji. A jednocześnie przecież opowiada tutaj od początku do końca bardzo prostą historię – opowieść o tym, jak mocno potrzebujemy wsparcia bliskich i jak często trzymamy się kurczowo kogoś albo myśli o tym kimś tylko dlatego, że poza tą osobą czai się przerażająca pustka. „Lata ciszy” najpierw ukazują wiele jej wymiarów, a potem proponują czytającym swego rodzaju ekspiację. Co wydarzy się w relacjach, które zostały naznaczone przez tajemnice? Mornštajnová opowiada o wrastaniu w milczenie i cierpienie. O tym, jak bolesny związek tworzy jedno z drugim, ale również o tym, że to fundamenty matni, w której na zawsze można pozostać nieszczęśliwym.

2019-12-14

„Najlepiej dla wszystkich” Petra Soukupová


Wydawca: Afera

Data wydania: 23 października 2019

Liczba stron: 424

Przekład: Julia Różewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne napięcia

Nie dołączę do grona zachwycających się tą książką. Petra Soukupová – czeska specjalistka od portretowania ludzkich problemów i dylematów – proponuje tym razem męczącą i teatralną powieść. To drugie określenie wcale nie byłoby zarzutem, gdyby w takiej formule książka została skrócona. Tymczasem rozgrywa się w tym samym rejestrze stałego napięcia, formami komunikacji bohaterów są krzyki i wzajemne oskarżenia, czytelnik nie ma chwili, by od nich odetchnąć, i w gruncie rzeczy napięcie staje się nie do wytrzymania. A po pewnym czasie nuży, bo szybko można się zorientować, że Soukupová nie proponuje nic innego. Ta świetnie pomyślana opowieść o tym, że trudne więzi rodzinne są zawsze najsilniejsze, została zrujnowana tym, że stale utrzymuje bardzo napiętą atmosferę, nie dając ani bohaterom, ani tym bardziej czytelnikowi możliwości spojrzenia na sportretowane konflikty z jakiegokolwiek dystansu. „Najlepiej dla wszystkich” to także powieść z bardzo papierowymi postaciami. Interesująca jest narracja chłopca, w którym ogniskują się i odbijają konflikty dorosłych kobiet z jego otoczenia, ale same te kobiety nie są w żaden sposób interesujące. Jedna jest rozczarowana – zmęczona? – macierzyństwem, ale w płaskim rysie charakterologicznym nie ma żadnego niuansowania tego problemu. Druga po śmierci towarzysza życia kompulsywnie potrzebuje kogoś, kim mogłaby się opiekować, a jej codzienność to bezpieczna rutyna i rytuały. Również nie wejdziemy nigdzie głębiej i nie spojrzymy na tę bohaterkę z żadnego zaskakującego nas punktu widzenia.

To, co niewątpliwie było wyzwaniem dla tłumaczki, jest w gruncie rzeczy najbardziej irytującą, bo nie zawsze uzasadnioną, formą opowieści o dysfunkcyjnej rodzinie. Chodzi o mnogość zdań wielokrotnie złożonych, które oczywiście mają oddawać podkreślone już napięcie i zbliżać nas do bohaterek miotających się między miłością, przywiązaniem, niechęcią a poczuciem odrzucenia przez tę drugą. Nie wydają mi się one potrzebne w takiej formie i konstrukcji, widzi się tu ich nadmiar. Tym bardziej że mniej lub bardziej kameralne dramaty rodzinne koncentrują się na kilku wyraźnych problemach i nie wychodzą poza nie, a składnia jak najbardziej tak – usiłuje stworzyć wrażenie, że świat przedstawiony jest czymś bardziej ambitnym, niż to się wydaje.

Ciekawa narracja dziesięcioletniego Viktora to element powieści, który na pewno przyciąga uwagę. Tym bardziej że chłopiec jest naprawdę dobrze przedstawioną postacią. Ta narracja jest oczywiście naiwna, ale także rozwojowa. Viktor musi unieść na swoich barkach swoiste odium ze strony rodzicielki, lecz także zmierzyć się z dużo większą odpowiedzialnością, kiedy jego babcia podupada na zdrowiu. Viktor jest tu jednocześnie tęsknotami, żądaniami i oczekiwaniami. Zbyt wcześnie musi stać się dojrzały, by ujrzeć niedojrzałość własnej matki, a także zrozumieć uprzedzenia babki. Odesłany do tej drugiej początkowo wrasta w bunt i wściekłość, ale to zmiana środowiska będzie kluczowa dla kształtowania się jego tożsamości. Na Viktorze odbijają się emocje i nastroje dwóch kobiet, które powinny otoczyć go opieką, a nie zaskakiwać konfliktami. Zwłaszcza że krnąbrny chłopiec oczekuje od matki jeszcze pewnego intymnego rodzaju relacji (spanie w jej łóżku), a traktowany jest jak dojrzały mężczyzna, który powinien zrozumieć skomplikowane okoliczności i się do nich dostosować.

Wizerunek Hany, matki Viktora, jest już moim zdaniem bardzo uproszczony. Hana jest tym, co wewnętrznie przeżywa, i tym, co wykrzykuje, bo jest bardzo dynamiczna, stale skonfliktowana z matką i w zasadzie nieobecna dla czytelnika, gdyż poznajemy tylko jej przyzwyczajenia, idiosynkrazje i kilka podstawowych lęków, nie widząc niczego złożonego w tym, jak postępuje. Sankcjonuje się jakoś nawet zaskakująca decyzja Hany o oddaniu syna pod opiekę jej własnej matki. Wszystko dzieje się ewolucyjnie, bohaterka od początku do końca jest postacią bardzo czytelną i brakowało mi jakiegoś głębszego wglądu w jej emocje – poczynania i nawyki poznałem bardzo dobrze. Soukupová bliska była stworzenia postaci, która jest nieszczęśliwa, bo nie może wyjść poza stan bezradności. Kobiety, która zaprzecza owej bezradności momentami kompulsywnego silenia się na twardość, zdecydowanie i bycie całkowicie odpowiedzialną za swoje decyzje. Hana byłaby interesująca jako niespełniona matka, artystka, kochanka i córka, ale powodów tych niespełnień w zasadzie nie ma. Są nagromadzone frustracje i bojownicze nastawienie do rzeczywistości. Petra Soukupová nie mówi mi pod koniec książki o swojej bohaterce wiele więcej niż to, co opowiedziała na pierwszych kilkudziesięciu stronach.

Jeszcze gorzej ma się sytuacja z wizerunkiem Evy – seniorki usiłującej w racjonalny sposób porządkować rzekomy chaos życia swojej córki. Eva nie ujawnia żadnych emocji, które mogłyby wzbudzić zainteresowanie. Jest samotna, rozczarowana, porządkuje życie poprzez powtarzalne działania i dodatkowo serwuje dzięki temu dobrą kuchnię, której jadłospis – jakby w oderwaniu od egzystencjalnego mrocznego klimatu powieści – pojawia się jako specyficzny apendyks. Eva musi się także zmierzyć ze słabościami swojego ciała. Chociaż wykorzystywana – takie są sugestie – przez swoje dzieci, wciąż na nowo chce im zaufać i stale odbija się od muru niezrozumienia. Jest w tym wszystkim jednak bardzo statyczna i trudno zadać sobie pytanie o to, dlaczego jej relacje z dziećmi wyglądają w taki sposób. Petra Soukupová swoją seniorkę czyni kimś, kto z jednej strony gwarantuje pewien porządek w rodzinie, w której stale ktoś się z kimś ściera. Z drugiej jednak strony Eva jest pewnym tłem prawdziwych konfliktów. Jej dom to przestrzeń niedopowiedzeń. Nie jest jednak atrakcyjny dla czytelnika, bo jest jednocześnie domem, w którym wyrzuca się z siebie oczywiste frustracje i żale, nie oferując w zasadzie niczego w zamian.

Dlatego moim największym zarzutem wobec „Najlepiej dla wszystkich” jest uformowane we mnie poczucie, że jest to opowieść portretująca napięte relacje rodzinne, ale niegotowa w żaden sposób, aby te relacje uczynić czymś interesującym. Zbyt szybko i zbyt przewidywalnie zmierza się tu ku katharsis. Nawet niecodzienny wizerunek zagubionego chłopca przestaje być czymś niezwykłym, bo zlewa się z tłem oczywistości i – niestety – banału. To jest taka książka, w której można ujrzeć swoje prywatne złości, kłótnie, niedopowiedzenia i nadmiar wyrzucanych z siebie podczas utarczek słów, ale dla mnie to za mało, by się jakoś zidentyfikować z przesłaniem. Za dużo tu teatralności, niewiele pogłębienia psychologicznego motywacji działania bohaterów, ale przede wszystkim problem jest to, że Soukupová chciała chyba opowiedzieć o trzech indywidualnościach, które wywołują konflikty, ale opowiedziała o tym, że czasem w życiu jest pod górkę, ludzie się kłócą, lecz zawsze tak czy owak dojdą do porozumienia, bo są rodziną. Przyznam, że to zdecydowanie za mało, i choć starałem się czytać uważnie, pomiędzy kolejnymi scenami ataków słownych i opowieścią o bolesnym impasie pośród niezrozumienia nie odnalazłem niczego poza powtarzalnością zdarzeń, która w gruncie rzeczy uczyniła z książki o mentalnych rozstaniach i powrotach proste w obsłudze jo-jo, które w dodatku chyba się psuje. Nie ratuje tego wszystkiego nawet intrygująca fraza końcowa „wszystko przed nami”. Soukupová proponuje powieść, która może się spodobać, bo jest faktycznie o prawdziwym życiu, ale niewiele w gruncie rzeczy opowiada o tym, skąd biorą się nasze animozje i toksyczność relacji, które zacieśniają się wprost proporcjonalnie do napięcia, jakie jest w nich zawarte. Spore rozczarowanie.

2019-10-18

„Hana” Alena Mornštajnová


Wydawca: Amaltea

Data wydania: 25 października 2019

Liczba stron: 305

Przekład: Tomasz Grabiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: W cieniu śmierci

Alena Mornštajnová napisała powieść, która ściska za gardło. Ilekroć czytam o potwornościach Auschwitz, za każdym razem wciąż na nowo nie wierzę w to, z czym się konfrontuję. Stale i uparcie zadaję sobie pytanie, jak to wszystko było możliwe. A „Hana” prowadzi mnie przez świat koszmarnych doświadczeń Holokaustu w taki sposób, że wszystko, co przecież doskonale już znam z literatury i historii, na nowo staje się doznaniem jakiejś okrutnej inicjacji. Dlatego ta powieść tak bardzo oddziałuje na emocje. Obrazuje okrucieństwa wojny widziane oczyma ludzi, którzy najpierw nie są w stanie uwierzyć, potem wierzą iluzji, a na koniec są skonfrontowani z brutalnością nicości. „Hana” to przejmujący raport ze świata, w którym śmierć zdominowała życie. Opowiada także o życiu zdeterminowanym przez śmierć. Ale przede wszystkim o tym, że po traumatycznych doświadczeniach Auschwitz można jednak odnaleźć dla siebie ratunek. Można znów uwierzyć w to, że życie ma wartość i że warto żyć.

Alena Mornštajnová proponuje dwie uzupełniające się narracje. Dwóch kobiet doświadczonych odejściem bliskich ludzi i jednocześnie bardzo dalekich sobie mentalnie. Jedna z kobiet jest w zasadzie dziewczynką, bo losy Miry poznajemy wówczas, gdy uważnie przygląda się światu, przed którym chce ją chronić nadopiekuńcza matka. Symboliczne chodzenie po krach – robienie czegoś zakazanego, ale jednocześnie przywodzącego na myśl ryzyko utraty stabilności i pewności – to obraz dalszego życia Miry, które w pewnym momencie się stabilizuje, a ta metafora przechodzi na jej ciotkę, Hanę Helerovą. To ona – „czarna zmora” – musi zaopiekować się dziewięciolatką po rodzinnej tragedii. W tej dwójce to właśnie dziewięcioletnia dziewczynka będzie musiała powiedzieć „damy radę”. Jej życie staje się cudem. Czy odczaruje mroczne poczucie winy i niechęć do życia, które u ciotki ukształtowały doświadczenia drugiej wojny światowej?

Czeska autorka interesująco portretuje dziewczynkę, której historia rodzinna ukryta jest pośród niedopowiedzeń. Ta dziewczynka stanie się dorosłą kobietą gotową szukać odpowiedzi i zrozumieć to, jakie doświadczenia ukształtowały jej rodzinę. Nastoletnie życie w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku szybko przekształca się w dojrzałość, na którą Mira nie jest gotowa, ale przyjmuje ją z pełną odpowiedzialnością, bo na niej spocznie rola tej, której nie zdążyła tak naprawdę poznać. A obok ciotka. Jedyna krewna. Kobieta, która chciałaby zniknąć. Wiecznie w czerni, milcząca, odrzucająca wszelkie dynamiczne przejawy życia. Hana skonfrontowana z obowiązkiem opieki nad kimś, kogo do tej pory nie darzyła uczuciem. Ale jednocześnie postawiona w trudniejszej konfrontacji. Zmuszona do tego, by zmienić życie w cieniu śmierci. Odnajdująca cień nadziei na to, że można normalnie funkcjonować. Wstrząsające wspomnienia Hany są dowodem na to, że wydobyła się ze świata, w którym śmierć zawłaszczyła jakiekolwiek przejawy witalizmu.

Mornštajnová stawia sobie trudne zadanie. Chce odnieść się do doświadczeń Holokaustu, ale ukazać je czytelnikowi jako rzecz zupełnie nieprzewidywalną, a potem niemieszczącą się w zdrowych granicach pojmowania świata. Udaje jej się to. Hana – straumatyzowana przez Auschwitz – jest nie tylko ofiarą. Jej losy obrazują wyjątkową bezradność połączoną z siłą, a także serią zaskakujących zbiegów okoliczności, dzięki którym bohaterka zachowuje życie. Istnienie naznaczone śmierciami, do których – w swoim mniemaniu – się przyłożyła. Dręczące Hanę wyrzuty sumienia z powodu losu tych, którzy mieli mniej szczęścia, to ciąg posttraumatycznych doświadczeń, z którymi bohaterka powieści nie jest w stanie sobie poradzić.

„Hana” opowiada o tym, że można wydobyć się z obozu Auschwitz martwym. Można iść przed siebie, oddychać, przyglądać się ocalonemu światu, ale być w kręgu śmierci, z którego nie jest się w stanie wydostać, kiedy doświadczyło się tak skrajnych form okrucieństwa. Dlatego bohaterka Aleny Mornštajnovej przede wszystkim cierpi. Jej egzystencja jest wspomnieniem traumy żegnania się z tymi, którym nie było dane przetrwać. To także historia kobiety, dla której śmierć stała się doświadczeniem granicznym, bo związała się ze wszystkimi czułymi uczuciami, po jakich nie został ślad. „Hana” to wyjątkowo wstrząsające świadectwo osamotnienia – jego obraz widzimy w tak zwanych normalnych, jeszcze przedwojennych warunkach życia, ale przede wszystkim w czasie, w którym wojna staje się już tylko wspomnieniem. Nie wdziera się jakoś nagle w świadomość i doświadczenia Miry. Dziewczynka zupełnie nie rozumie zachowań swojej wycofanej i lękliwej ciotki. Hana również nie jest w stanie zrozumieć, kim ma być dla niej dziewczynka, która kiedyś zagarnęła miłość siostry cudownie ocalonej przed koszmarem, z jakim musiała zmierzyć się Hana.

Alena Mornštajnová opowiada o poczuciu winy za przeżycie. Wydobywającym się z przerażającego piekła, w którym marzy się już tylko o tym, by nie istnieć. Obozowe doświadczenia bohaterki skonfrontowane są z nadziejami i możliwościami życia w Czechosłowacji, która w swym komunistycznym kostiumie ponownie zaczyna przypominać mroczną przestrzeń uwięzienia. Ale to nie jest książka o tym, jak mrok i niewola zabijają człowieka. Bardziej o możliwościach po życiowej traumie. O tym, że doświadczenie śmierci innych może być boleśniejsze niż ostateczny koniec, a ten znowu może naznaczyć życie w taki sposób, że staje się ono pełną lęków i zwątpienia wegetacją. „Hana” to także opowieść o kobietach z dwóch pokoleń, które musiały podjąć się wielu wyzwań i zobowiązań samotnie, bez jakiejkolwiek pomocy czy wsparcia. To zatem książka o sile przeciwstawienia się nicości i odchodzeniu. Tak skonstruowana, że najpierw przeraża, potem… Alena Mornštajnová doskonale sportretowała kobiecą niepewność i wyobcowanie, które potem stają się czymś dającym siłę. Tu nie ma prostych metamorfoz, choć „Hana” jest o możliwościach, o doświadczaniu czegoś innego, lepszego. Dlatego to mądra książka nie tyle o przywiązaniu do życia, ile o tym, w jak zaskakujący sposób ono samo może nas przywiązać do siebie.

Mamy tu także do czynienia z rozprawą na temat pamięci – tego, w jaki sposób i jak intensywnie pamiętamy traumę. Bohaterki Mornštajnovej chcą albo rozpaczliwie zapomnieć, albo dokładnie i na całe życie zapamiętywać. Jest to również opowieść o tym, że pamięć o nieludzkich doświadczeniach Holokaustu nigdy nie stanie się czymś oczywistym. Wydobyte zostają te aspekty okrucieństwa, które wciąż na nowo wzbudzają niezgodę i strach. „Hana” to historia okrutnego oddalenia się od bliskich. O utratach, które zrekompensować może tylko nowe życie. Albo życie pozbawione widma i oddechu śmierci. Niezwykle przejmująca książka.

PATRONAT MEDIALNY

2019-01-11

„Jezioro” Bianca Bellová


Wydawca: Afera

Data wydania: 1 października 2018

Liczba stron: 224

Przekład: Anna Radwan-Żbikowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Znikanie i podróż

Literatura dla koneserów. A może właśnie dla każdego bez wyjątku, bo jest tu i historia, i wyrazisty bohater, i szereg symbolicznych scen rozgrywających się między dosadną wulgarnością a liryczną czułością do detali autorki. Bianca Bellová stworzyła powieść inicjacyjną przypominającą moralitet, posługując się bardzo prostymi środkami wyrazu, a wywołując dreszcze dzięki spleceniu świata przyrody ze światem ludzi i nakreślaniem nieprzyjaznych przestrzeni, gdzie rozgrywają się wielkie dramaty, o jakich ludzie i świat nie myślą, nie pamiętają. Trochę to taki minimalistyczny rewers „Granicy zapomnienia” Siergieja Lebiediewa, u którego też ze ściśniętym gardłem przemierzamy pustkę. U Bellovej jest chyba bardziej dosadnie, ale tak samo sugestywnie. Ważny jest obserwator (tu raczej bohater z krwi i kości) i ważne jest to, co widzi. To, co my możemy dzięki temu widzieć. Bez czułostkowości, ale przy jednoczesnym skupianiu się na drobiazgach. Rozproszone elementy w różnych przestrzennych dekoracjach mówią tutaj dużo więcej niż sama droga chłopca stającego się mężczyzną. Bianca Bellová opowiada o rzeczywistości, której brakuje porządku, i o ludziach rozpaczliwie ten porządek ustanawiających. O podstawowym deficycie symbolizowanym przez postać matki. O niepewności tego, skąd i w jakim kierunku się wydobywamy.

Kiedy na początku „Jeziora” trzyletni Nami walczy z ciemną tonią, Bellová naznacza go tą pełną rozpaczy czynnością – i dawno nie spotkałem się z powieścią, która tak sugestywnie wprowadza w swój świat przedstawiony. Nami będzie tonął i walczył o złapanie tchu tam, dokąd rzuci go los wędrowca. Bo rodzinna miejscowość nie jest już miejscem, w którym Nami rozumie samego siebie. Chłopiec chciałby zawsze leżeć pod białym sufitem, wdychać zapach suszących się ziół i trwać w bezczasie, bezkarności bycia poza nazywaniem sensu życia. Zmuszony będzie przede wszystkim do konfrontacji z samym sobą. Jezioro” opowiada o atrofii – zgrabnie wykorzystuje historię zanikania znanego akwenu, by jego topografią zaznaczyć mapę mentalną samotnego chłopca. Bohatera wędrującego przez świat, którego elementy zanikają. I pośród ludzi. A człowiek w narracji Bellovej wcale nie brzmi dumnie.

Babka karmiąca bajkami swojego „kruszka” nie jest świadoma, że los zmusi go do tego, by zapomnieć o lokalnych wierzeniach i skonfrontować się ze światem zewnętrznym. Także przynależącym do tytułowego jeziora, które łączy ze sobą różne rzeczywistości, ale samo w sobie ulega erozji, przestaje istnieć, zmniejsza się i zmusza żyjących jego dobrami ludzi do rozhermetyzowania bezpiecznego modelu życia. Nami wyrusza w podróż w momencie, w którym jego miejsce na ziemi zaczyna ulegać destrukcyjnej zmianie. Chłopiec wie, że Boros to miejsce nieznoszące próżni. Wie, że stworzyło sieć silnych i toksycznych zależności międzyludzkich, formując społeczność żyjącą bardzo surowo. A Nami nie jest gotowy na tę surowość, kiedy opuszczają go bliscy. Nie jest bliski już sam sobie. Ruszy w drogę, by doświadczyć jeszcze większych zaskoczeń niż te, które próbowały uformować jego światopogląd. Bianca Bellová opowie o przemierzaniu tych przestrzeni, które są jednocześnie obce i uświadamiają, jak wiele na co dzień się traci. Ale „Jezioro” nie jest pełną fatalizmu mroczną opowieścią o odbieraniu.

Losy Namiego obrazują smutną wędrówkę w poszukiwaniu nieodkrytej jeszcze tożsamości. To młody bohater wydobywający się ze świata wierzeń i przekonań, którym nie umiał w pełni zaufać. Podąża przed siebie, bo chce skonfrontować różnorodność świata z własną ciekawością, odpornością na ból, z zamkniętym szczelnie dla otoczenia sercem i specyficznym rodzajem wrażliwości. To stęsknione za matką dziecko, które nie może samodzielnie funkcjonować. Jednocześnie bohater bardzo hardy i świetnie radzący sobie z bezkompromisowością życia po drugiej stronie jeziora. Akwen ma tu wiele ukrytych znaczeń. Wyznacza też czytelne granice. Pozostałe musi przekraczać sam Nami. Ucząc się brutalności życia, ale i poznając swoje możliwości.

Bianca Bellová operuje bardzo oszczędnym słownictwem, ale wiele słów zabiera się ze sobą w tę czytelniczą podróż z wyobcowanym chłopcem szukającym odpowiedzi, a niezdolnym do zadawania pytań. Warto zwracać uwagę na szczegóły, bo one potem mogą się pojawić znienacka i przypomnieć nam to, czego być może nie jest w stanie przypomnieć sobie Nami. Choćby miętowa herbata. Albo powracający w różnych znaczeniach motyw pustyni. W „Jeziorze” woda walczy z tym, co suche i zabierające życie, ale mamy tu też do czynienia z takim światem trochę przełamanym na pół. Światem, którego oblicza zaczynają na siebie oddziaływać, bo kurczy się przestrzeń granicy wodnej. Maleją także odległości, jakie wytycza sobie sam Nami. W końcu zrozumie, że podróż może mieć mało czytelny początek, ale ma zasadniczo ważny powrót. Bo powracanie okazuje się istotniejsze niż podjęcie decyzji o przemierzaniu drogi. Bellová nie opowiada zatem, jacy możemy być, ale jacy się stajemy, gdy punkt wyjścia stanie się dla nas egzystencjalną metą. Czy to po prostu błędne koło, czy też symboliczne krążenie wokół tego, czemu boimy się uważnie przyjrzeć?

Czeska autorka bardzo subtelnie portretuje okrucieństwo oraz przemoc. Jest dosadna i bezpośrednia, ale każdą formę tego, co niszczące, obrazuje jako pewien żywioł samozniszczenia. Zagładzie ulega to, co pozornie ekspansywne. Nami zmuszony jest konfrontować się z czymś, co w założeniu powinno zniszczyć jego łagodność, oddalić sentymentalną tęsknotę przed brakiem przygarnięcia i utulenia, bo chłopiec szybko stanie się mężczyzną, urosną mu mięśnie, a skóra stanie się twarda nie tylko w dosłownym znaczeniu. Jaki jednak staje się Nami? Jaki jest związek jego wędrowania z akwenem, w pobliżu którego wciąż się znajduje? „Jezioro” to powieść, w której groza kontrastuje z przedziwnie zarysowaną formą doskonałego ciepła serca. Namiego? Czyta się tę pozornie prostą opowieść z poczuciem, że głównemu bohaterowi wciąż coś jest odbierane, a czytelnik przy każdej jego utracie paradoksalnie zyskuje coś dla siebie. Bianca Bellová jest mroczna i ponura, ale jednocześnie tak wspaniale jednoznaczna, że „Jezioro” staje się nie tylko parabolą gorzkiego życia, w którym tak czy owak trzeba odnaleźć swoje miejsce. Ta powieść to przepełniona liryzmem historia egzystencjalnej samotności. Opowieść o tym, jak niewiele możemy zdobyć, choć poświęcamy całego siebie, by życie stało się jednak pasmem zysków, nie utrat. Można tę książkę potraktować także jak traktat o bezkompromisowości każdej zmiany. O tym, że stoi za nią niepewność, a potem strach. I że każda zmiana zmusza paradoksalnie do tego, by wciąż na nowo poszukiwać czegoś stałego i niezmiennego.

2017-12-27

„Macocha“ Petra Hůlová

Wydawca: Afera

Data wydania: 20 grudnia 2017

Liczba stron: 192

Przekład: Julia Różewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: (Nie)możliwości Julie

Mistrzowska premiera końca roku! Petra Hůlová mocno mnie rozczarowała „Stacją Tajga“, ale „Macocha“ to zupełnie inna jakość, także językowa. Są takie książki, które porywają od pierwszego zdania, i tak jest z tą dynamiczną powieścią, w której bohaterka wykrzykuje na balkonie pytanie o to, kto marzy o życiu gorszym niż ma. Tu czeska pisarka ma czytelnika, bo nie sposób uwolnić się od tego specyficznego monologu wewnętrznego – z niepokorną składnią, kryjącą całą siatkę pojęć, jakimi Julie definiuje świat, w którym na własne życzenie chce być archaiczna, osobna, nieprzystająca i kontestująca. Hůlová w tym introwertycznym ciągu trudnych zdań i słów zapisuje uniwersalne doświadczenie kobiety, która z różnych powodów nie potrafi wywiązać się z nadanych jej ról społecznych, a jednocześnie wciąż mierzy się z gorzkim aspektem przemijania. W świecie, który jest zatomizowany, relatywny, sztuczny i niewarty uwagi, lecz jedynie splunięcia z balkonu. Tak, ta książka jest w każdym możliwym wymiarze kontestatorska, złośliwa, ironiczna i szarżująca. Czyta się to jednym tchem. Nie ma tam miejsca na złapanie oddechu. Petra Hůlová zagarnia i przykuwa uwagę. Opowiadając nie tylko o kobiecie w szponach dysfunkcji, neuroz i nałogu. Portretując te bolesne pęknięcia rzeczywistości, których nie chcemy dostrzegać. A Julie usiłuje się w nich schować. Unikać świata jak mól z ciemnej szafy. Będąc jednocześnie jego dynamicznym uczestnikiem. Kontestatorką do wewnątrz, ale również kobietą ustalającą własny zbiór praw – dla siebie i swojej rodziny.

„Macocha“ to jedna z tych nielicznych książek odważnie wychodzących naprzeciw problemowi alkoholizmu kobiet. Nie ma u Hůlovej jakiejś wyraźnej demaskacji szponów nałogu. Portretowane picie wydobywa się z tej powieści w raczej dowcipnym kontekście, ale doskonale zdajemy sobie sprawę, że to dowcipne nie jest, a ostrze ironii wyjątkowo tępe, choć pragnące zatuszować pustkę. Z niej rodzi się potrzeba picia i jest to klasyczny dowód na to, że alkoholizujący się ludzie nie uczą się na błędach, choć doskonale je rozumieją. Julie czuje się najbardziej trzeźwa wówczas, gdy się napije. Tylko dzięki trunkom znosi trud każdego kolejnego dnia, w którym zdobycie się na odwagę bycia sobą jest coraz trudniejsze. Znośniej jest istnieć w świecie, który zniknie w swych wyraźnych konturach. Być może wówczas widzi się go mimo wszystko takim, jaki jest naprawdę. A może to pułapka…

Kim jest bohaterka książki? Alkoholiczką, tak. Świadomą tego, że nałóg jest złudną ucieczką, ale jedyną, jaką może sobie wyobrazić. Poza tym jest matką. Także pisarką. Dzieci wychowała bardzo specyficznie i nie tak, jak oczekiwałyby tego opieka społeczna czy zbulwersowana sąsiadka. Dwójka dzieci dorasta, przejmując od matki traumy i upokorzenia, które znowu ona odbierała w okresie dzieciństwa. Sytuacja jest patowa, bo nikt nie może się wyzwolić z mroków przeszłości. Matka zacierająca granice rzeczywistości dzięki alkoholowi daje dzieciom to, co może dać z przekonaniem, że to słuszne. Czy takie jest? Widzimy ledwie zarys relacji z potomkami, ale dostrzegamy siłę samostanowienia w roli matki. Tej matki toksycznej, kochającej kaleką miłością. Być może przez to najsilniejszą z możliwych. A być może będącą źródłem nieustających frustracji, które zabierane są potem w kolejne dorosłe życia.

Pisarstwo Julie to przede wszystkim sprzedawanie czytelniczkom tanich iluzji z koniecznie dobrymi zakończeniami, czyli tym, czego autorka nie doświadcza w swym codziennym życiu. Fikcja literacka jej romansów ma obrazować to, czego kobiety chciałyby zaznać, gdyby mogły fantazjować i decydować o sobie. Julie panuje nad wszystkim tylko wówczas, kiedy tworzy swoje szmirowate narracje. Wtedy nikt nie ma prawa przeszkadzać jej w pracy. Wówczas jest być może bardziej skupiona niż podczas przełykania rumu. Tylko wtedy fantazje dominują nad goryczą życia. W tym znaczeniu Julie jest pisarką spełnioną, choć niestawiającą sobie jakichś ambitnych celów.

Ambicją bohaterki „Macochy“ jest przede wszystkim przetrwać. I kochać, bo Jarda ze swymi złotymi rękoma i małym penisem jest substytutem tego, co w męskości potrzebne, pożądane, chwalebne i wartościowe. Jarda naprawi w domu wszystko poza pęknięciami pojawiającymi się w relacjach z Julie. Julie jest więc w związku stroną inicjującą konflikty, ale także pokorną kobietą podporządkowaną temu ładowi, który buduje wokół niej jej uczciwy mężczyzna. To, co tworzą w domu, jest być może jedyną formą ucieczki od opresyjnego świata. Petra Hůlová zadaje ustami bohaterki pytanie o to, ile zależy od nas samych, a na ile w potrzebach i działaniach blokuje nas rzeczywistość, doprowadzając do tego, że jedyną w miarę bezpieczną przestrzenią jest przestrzeń domu.

„Macocha“ to wyraz specyficznego ekshibicjonizmu. Odbywa on się w sferze leksykalnej, lecz bohaterka książki trzyma gardę i nie pozwala się do siebie zbliżyć. To, od czego ucieka, jest być może egzemplifikowane przez niechęć do pracy na etacie, zajęcia powtarzalnego i monotonnego. Julie rozpaczliwie chce obronić się przed monotonią. Walka to jej cel, choć nie do końca jest czasem o co walczyć… Petra Hůlová tworzy egzystencjalny dramat, w którym proponuje nam wyjątkowo przejmujący opis tego, jak wygląda przemijanie, jakie pozostawia ślady i co czyni z jakością życia. A także z marzeniami, bo przecież „Macocha“ to także książka o tym, co niespełnione i niemogące mieć miejsca.

Ta spowiedź bezradnej wobec samej siebie kobiety stanowi pewien rodzaj manifestu. Można powiedzieć, że „Macocha“ to powieść publicystyczna. Nie o tym, co możemy sobie wzajemnie dać, lecz bardziej o tym, czego dać nie potrafimy. O niemożliwościach, deficytach emocjonalnych i o wszystkim, czego nie da się opowiedzieć, a co dzielnie punktuje ta rwana i pozornie chaotyczna narracja. Petra Hůlová zaskakuje wyjątkową czułością wobec tych form zachowania, które łatwo określić nieprzemyślanymi i nieczułymi, a które są świadectwem tego, że prawdziwie obnażyć się przed drugim człowiekiem wydaje się czasem niemożliwością. Docenić należy wyjątkowy trud pracy translatorskiej, bo fraza Hůlová nie należy do łatwych i kieruje się specyficzną logiką. To jedna z książek, które poza tym, że są eksperymentem językowym, nasycone są uniwersalną, gorzką symboliką.

2017-10-17

„W ciemność” Anna Bolavá

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 4 października 2017

Liczba stron: 300

Przekład: Agata Wróbel

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Studium rozpadu

Anna Bolavá początkowo irytuje, jeśli zacznie się czytać jej powieść z niedostateczną dozą uwagi. Dlaczego bohaterka zamiast zarabiać godziwe pieniądze na tłumaczeniach, rwie, suszy i wozi do prowadzonego przez oszustów punktu skupu rozmaite zioła i rośliny, by dostawać za to jakieś marne korony? Ano właśnie tutaj skryte jest zasadnicze przesłanie tej hipnotyzującej książki. Chodzi o pewne kompulsywne działania, które mają odsuwać coraz mocniej i coraz dalej od doznań związanych z całą opresyjną rzeczywistością. Tą, w której bohaterka książki zagubiła się już lata temu i wcale nie chce się odnaleźć. Usiłuje żyć do wewnątrz, lecz wciąż widzimy, że jej autodestrukcja postępuje na równi z wycofaniem. Anna Bolavá opowiada o klaustrofobii ludzkiej jaźni. O kobiecie napiętnowanej przez lokalną społeczność za to, że nie wpasowała się w jej oczywiste ramy. To studium wyobcowania i jest to tak napisane, że naprawdę włosy jeżą się na głowie, bo poziom niepokoju, dwuznaczności i licznych pytań otwartych przyprawia o bezdech. Tak, „W ciemność” absorbuje całkowicie. Zostanie doskonale odebrana przez czytelników o introwertycznym usposobieniu, ale będzie przede wszystkim powieścią zagadek. Niejasności pełnych grozy i śladów naprowadzających na prawdę. O tożsamości samotnej zielarki i o jej ciele, które ulega stopniowemu zniszczeniu. Myślę, że to narracja dla tych wszystkich nadwrażliwców, dla których czasami oddychanie bywa problemem. Ale nie tylko dla nich. Bolavá po mistrzowsku niuansuje lęki egzystencjalne – nie określając ich źródeł, ale nazywając konsekwencje. W botanicznej i symbolicznej nomenklaturze, w której kryje się niewyrażony dramat i pociąg do destrukcji. Chwilami jest przerażająco, chwilami bardzo boleśnie. Rozkwitające wokół lato kontrastuje z wewnętrznym umieraniem bohaterki. Jaka jest jej przeszłość? Co rozluźniło i zniszczyło jej więzi z bliskimi? Kim jest Anna – miejscowa zielarka wariatka? Kim chce być i dlaczego ucieka?

W powieści Anny Bolavej nic nie jest oczywiste poza przywiązaniem emocjonalnym bohaterki do roślin i poza czułością dla ziół. One są treścią jej życia, jednocześnie czymś na kształt zagadki i formy kojenia przed lękiem egzystencjalnym. W tym zaskakującym otoczeniu kobieta zaczyna tracić kontakt z samą sobą. Stara się żyć z daleka od ludzi, a jeżeli wchodzi z nimi w relacje, to tylko w te najpotrzebniejsze. Kiedyś było inaczej. Zagadką „kiedyś” są wszyscy ludzie, którzy od niej odeszli, i dramatyczna sugestia niespełnienia się w macierzyństwie. Kiedy Anna odwiedza teścia w domu starców, czujemy intensywność tej konfrontacji i potem nie mamy pojęcia, co naprawdę się wydarzyło. Tymczasem bohaterka wspomina różne groźne lub traumatyczne zdarzenia z przeszłości. Pies, który pogryzł chłopca. Wąż w bucie. Śmierć babci, po której jakikolwiek porządek się rozpadł. Był mężczyzna u jej boku, była rodzina, Anna stanowiła część pewnej społeczności. Dzisiaj jest rozpaczliwie samotna ze swoją miłością do ziół. Ale to nie jest cała historia. Podobno sąsiedzi słyszą jakieś niepokojące szelesty w jej domu. Widują ją w sytuacjach, których potem nie pamięta. Słyszą jej krzyk, potężny i przerażający. Zbliżają się z ograniczonym zaufaniem albo pełni niechęci. Niewiele z tego, o czym opowiada narratorka, ściśle łączy się z wydarzeniami świata wokół. Coraz więcej zagadek. Coraz trudniej rozszyfrować, co jest faktem, a co konfabulacją. Wchodzimy w tytułową ciemność. Tam, gdzie Anna czuje się najlepiej. Wiedząc, że niczego już nie zmieni w swoim życiu.

Zmienia się za to jej ciało. Szereg objawów psychosomatycznych to dyskretny komentarz do zwodniczej narracji pierwszoosobowej. Zaczyna się od rany na ręce. Ran jest dużo więcej i nie tylko ciało niszczeje na naszych oczach. Pięknie może być wówczas, gdy weźmie się odpowiednią dawkę tramalu. Połykane tabletki mają zastępować posiłki. Zbieranie, gromadzenie i suszenie ziół – normalną pracę. Na taką są szanse i możliwości, ale bohaterka świadomie zrywa te cienkie nici, które jeszcze łączą ją z rzeczywistością. Anna Bolavá portretuje kobiecy obłęd na kilka sposobów. Przemawiając do nas jako zielarka, pacjentka, samotna kobieta, odrzucona żona – a może żona, która odrzuciła? Widać wyraźnie, że porządkowanie zdarzeń i drobiazgowe opisy każdego kolejnego dnia są skontrastowane z chaosem, który wdziera się wszędzie. Wraz z niepokojem także w emocje czytelnika. „W ciemność” jest powieścią usypiającą czujność i gmatwającą odczytanie w szeregu niejasności. W którymś momencie świat przedstawiony zaczyna być pewną iluzją, urojeniem. Trudno potem oddzielić, co dzieje się faktycznie, a co stwarza umysł bohaterki. Tym bardziej że jest coraz duszniej, coraz trudniej być blisko kobiety, coraz bardziej niemożliwe jest zrozumienie, kim się staje. Bo to, że jesteśmy świadkami jakiegoś mrocznego procesu, jest zasygnalizowane już od samego początku.

Chce być sama i przestać walczyć. Jej ciało się nie poddaje, dusza wyraźnie chce dystansu wobec wszystkiego. A jednak coraz bardziej intensywnie Anna opowiada nam siebie, pozwala się do siebie zbliżyć. To relacja szantażu i oszustwa, ale dopełnia się tym mistrzowska koncepcja tej książki, z której wydobyć możemy przede wszystkim to, co nienazwane. Określenia, botaniczne nazwy i trywialne opisy czerwcowych dni mają prawdopodobnie mylić. Ale to być może moje osobiste odczytanie. „W ciemność” przejmuje na tyle mocno, że każe wątpić i współczuć jednocześnie. Podążać za kimś, kto już dawno utracił życiowy azymut i czyje ciało wyraźnie sygnalizuje, że zbliża się jakiś koniec, coś bardzo złego. Co złego wydarzyło się wcześniej? Anna Bolavá traktuje przeszłość trochę jak teatralny rekwizyt, który ma robić wrażenie, ale nie ma większego znaczenia w tym udręczonym i pogmatwanym „teraz”. Pośród ziół, nieprzychylnych ludzi, objawów choroby i pośród słów będących świadectwem sugestywnej formy unicestwienia. Myślę, że czeska autorka celowo prowokuje do pytań, bo w każdym bliższym kontakcie z kimś innym i obcym stawiamy sobie właśnie pytania, nigdy nie udzielamy odpowiedzi, ferując wyroki i tonąc w stereotypach. Czy ta powieść to oryginalna diagnoza jakiegoś schorzenia psychicznego? A może gorzka opowieść o tym, że niedopasowanie jest cechą immanentną człowieka, tylko nie każdy jest gotów wziąć na siebie wszelkie konsekwencje swego niedopasowania? Ta proza wprowadza w specyficzny rodzaj niepokoju, w którym pozostaje się długo po lekturze. Portretuje wyobcowanie, tendencje ucieczkowe, ale przede wszystkim ukryte formy czułości i agresji jednocześnie. Jest nad czym myśleć.


PATRONAT MEDIALNY

2017-02-24

„Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo Rowerem dookoła świata” Ivan Binar

Wydawca: Amaltea

Data wydania: 30 grudnia 2016

Liczba stron: 382

Przekład: Dorota Dobrew

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 41 zł

Tytuł recenzji: Wobec opresji

Wydana kilkanaście lat po swojej czeskiej premierze książka Ivana Binara „Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo Rowerem dookoła świata” jest doskonałym świadectwem konfrontacji wyobraźni twórczej z nieznośnym systemem opresji, w którym ta wyobraźnia musi ponieść konsekwencje swej różnorodności, śmiałości i bezkompromisowości. Z jednej strony jest to powieść bardzo ponura, jeśli będziemy rozpatrywać tło polityczno-społeczne, z którego wyrasta. Z drugiej – niezwykła struktura tej narracji każe nam rozpatrywać jej absurdalność, surrealizm i groteskowość w bardzo szerokich kontekstach, bo to opowieść nie tyle o uciekaniu i budowaniu swojej tożsamości w opozycji do prześladującej nas rzeczywistości, ile przede wszystkim świetna literacka odpowiedź na czeską propagandę i ograniczenia lat siedemdziesiątych minionego stulecia. Binar opowiada o losach trzech postaci, ale tak naprawdę te trzy narracje koncentrują się wokół szeroko pojętej wolności jednostki. Tej, którą można biernie oddać, i tej, o którą się walczy. Różnego rodzaju kontestacje, na których opiera się dynamizm powieści, są aktami heroizmu i odwagi. W tym tyglu opowieści jedne wydobywają się z drugich. Dzieje się to magicznie, poza wszelkimi wyznacznikami czasu i przestrzeni. A przecież Binar wyraźnie charakteryzuje jedno i drugie. Konstruuje biografie niezwykłych w swej zwyczajności ludzi, by nazwać rzeczy, pojęcia, poglądy i zachowania. Rozlicza się nie tylko z przeszłością. Pokazuje swoje w niej osadzenie, swoją na to niezgodę i bohaterów, którzy umykają klasyfikacjom w tym, co robią i jak myślą. Wszystko służy pożegnaniu demonów z przeszłości. Czy jednak tylko o to tu chodzi?

Václava Netušila poznajemy już w chwili narodzin i kapitalny ich opis na wstępie zapowiada nietuzinkową narrację. Nic gorszego niż narodziny nie może spotkać człowieka. Chłopiec nie chce wydobyć się z bezpiecznego łona matki, nie chce poznać skomplikowanej struktury świata poza nim, nie chce w nim uczestniczyć, brać udziału w złudzeniach. Bo życie to szereg złudzeń i iluzji, tak jak tropy, którymi raczy nas Binar. Netušil to symbol ludzkiej uległości, a jego losy pokazują, jak wiele można odpuścić, jak bardzo czasem chce się być niewidzialnym. Bohater jest wyjątkowo bierny, ale ta bierność odpowiednio za niego mówi, wyrasta też z bardzo wyraźnych kontekstów. Sterroryzowany przez dwunastkę dzieci jest karykaturą ojca i męża. Mężczyzny w ogóle. Wciąż rozpamiętuje traumę wbicia w kostium marynarza, hańbę i wstyd z młodości, oddalenie od ojca, po którym odziedziczył pewną formę zachowawczości. Binar portretuje bohatera, który nadzwyczaj łatwo godzi się z przekonaniem, że każda forma świata wokół niego jest dużo lepsza, doskonalsza niż on sam. Autor portretuje Netušila jako swojego towarzysza, przełożonego. To chyba jedyna forma jakiejkolwiek wyższości, której mógłby doświadczyć w życiu. Ale przecież nie wiemy do końca, czy mowa jest o kimś realnym, czy o myślowym konstrukcie Binara. Takim, jakim jest z pewnością Wieńczysław Paw, szalenie oryginalny trzeci bohater tej książki.

Paw porusza się w dość specyficznej przestrzeni i w specyficznym czasie. Jego podróż to wieczne uciekanie. Form prześladowania jest wiele. Egocentryczny nieco podróżnik zapisuje grube zeszyty wszystkim tym, co stanowi esencję jego odwiedzin coraz to nowych krain i obcowania z coraz to bardziej ekscentrycznymi postaciami. Narracja Pawia inkrustowana jego poematami z siermiężnymi rymami to opowieść, w której czarny humor podejmuje się specyficznej gry z czytelnikiem. Paw to dość specyficzna konstrukcja sposobu myślenia o rzeczywistości, który odbiega od jej kształtów. Nic nie jest w opowieściach Pawia tym, czym może się wydawać. Jednocześnie jego losy bardzo czytelnie odzwierciedlają każdą formę wyobcowania, o jakiej wspomina sam autor, analizując swoje życie w Czechosłowacji, które zmuszony był w pewnym momencie opuścić.

Binar jest gorzki i ironiczny, ale jednocześnie bardzo czytelnie nakreśla granicę między tym, co złe w relacjach międzyludzkich, a dobrem charakteryzującym nie tyle społeczeństwo, ile jednostkę będącą jego częścią. „Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo Rowerem dookoła świata” portretuje smutną rzeczywistość, w której różnego rodzaju podziały atomizowały jednostki, wtłaczały do ich świadomości poczucie strachu. To jedno z podstawowych doświadczeń leży u podstaw struktury, jaką czeskie państwo tak doskonale rozwijało w latach siedemdziesiątych XX wieku, bo na nich skupiają się wspomnienia Binara. Miał trzy możliwości – donosić na innych, zostać uwięziony albo opuścić kraj. Nie tyle tłumaczy się ze swojej decyzji, ile przede wszystkim uzasadnia niezgodę na dwie pozostałe opcje. Alternatywne losy pozostałych bohaterów zmieniają się w opowieści mające symbolicznie komentować to, co sam autor w czytelny sposób kategoryzuje. Jest jasno określona właściwa postawa wobec reżimu, jest zdefiniowane poddanie się mu. Ivan Binar opowiada o różnych formach agresji, pośród których ginie jednostka – ta, którą można bezpowrotnie zabrać z domu, unicestwić. Ta książka to świadectwo realnej i literackiej formy pamiętania. Powieść wydobywająca się ze wspomnień, ale jednocześnie doskonale portretująca, do jakich form ucieczki i na jakich zasadach zdolne jest słowo. To nie tylko historia o egzystencjalnym osamotnieniu i wieloznaczna gra literacka, za którą stoją konkretne tezy i przekonania. „Siedem rozdziałów z życia Václava Netušila albo Rowerem dookoła świata” jest pewnym traktatem o różnorodności przeżywania świata i o niedopasowaniu. Także o wyobcowaniu i poczuciu zagubienia. Wszyscy bohaterowie odbywają podróże. Każdy jest w tych podróżach stygmatyzowany.

Książka Binara to także literackie świadectwo walki, jaką autor toczył z systemem, ale i z samym sobą. Przejmujące są opowieści o stanie osaczenia - tym rzeczywistym i odbywającym się tylko w wyobraźni. Jest w tej narracji sporo charakterystycznego czeskiego poczucia humoru, ale i głęboka zaduma nad stanem zniewolenia, różnego rodzaju formami tego stanu. To także ciekawa książka o tym, jak odnajdujemy w sobie przestrzeń wolności, i o różnorodnym doświadczaniu opresyjnej formy rzeczywistości. Bez poczucia straconego czasu, którego upływ także ważny jest na kartach tej książki. Opowieści ujmującej swą niejednoznacznością, dynamiką i specyficznym rodzajem komizmu. Ku czemu podąża autor i jaką drogę dalszego życia wyznacza sobie właśnie tą książką? Frapujące wyznania, niezwykle bogaty świat wyobraźni i opowieść o strachu, który zawsze znaczy dokładnie to samo.


PATRONAT MEDIALNY

2016-11-22

"Podróżowanie z Beniaminem" Martin Vopěnka

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 19 września 2016

Liczba stron: 272

Tłumacz: Elżbieta Zimna

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ojciec i syn

Czeski autor, zupełnie nieczeska książka. Martin Vopěnka odczaruje w niej Pragę. Miasto nie jest magiczne, staje się źródłem opresji. Z Czech trzeba się wydobyć, by zrozumieć istotę życia, zadać o nie właściwe pytania, skonfrontować się ze wspomnieniami oraz pragnieniami. „Podróżowanie z Beniaminem” to książka opowiadająca o fundamentalnych deficytach w duszy każdego człowieka. Takich, których istnienie obnaża często śmierć bliskiej osoby. Każdy z nas może wówczas stanąć przed niepowtarzalną szansą, aby zdefiniować istotę życia ponownie. Wydobyć z niego to, co naprawdę wartościowe. Odrzucić brzemię konieczności, rytuałów i obowiązków. Spojrzeć na ulotność egzystencji. Tylko od nas zależy, czy wówczas, w tej traumatycznej dla nas chwili, podejmiemy się wewnętrznego rachunku sumienia. U Dawida, bohatera książki, egzystencjalne rozliczenie idzie w parze z przemierzaniem Europy. Vopěnka konstruuje swoją powieść przewrotnie. Każe się dziwić nieodpowiedzialności ojca, który naraża straumatyzowanego śmiercią matki syna na niebezpieczeństwa podróży w nieznane. Zmusza do zastanowienia nad tym, czy nie są nam tu serwowane truizmy i banały pod płaszczykiem urokliwej fabuły z bardzo plastyczną narracją. Nie. To naprawdę świetna książka. O przemierzaniu przestrzeni, ale przede wszystkim o bliżej niesprecyzowanym obszarze zwanym „Nieznane”. W nim każda forma tożsamości ludzkiej będzie możliwa i żadna nie będzie konieczna. Do czego doprowadzi wędrówka osamotnionych – ojca i syna?

Dawid czuje ulgę po śmierci żony, choć z trudem przychodzi mu przyznanie się do tego. Trudne były domowe relacje z labilną emocjonalnie kobietą, która tonęła w smutku, nie dając możliwości zrozumienia swoich decyzji. Mężczyzna trzyma za rękę ośmioletniego syna, stoją nad trumną kogoś, kogo dziecko nie może opłakać, bo nie pojmuje ogromu pustki po mamie, a dorosły nie jest w stanie naprawdę jej żałować. Dla Dawida skończył się pewien męczący etap życia. Dla Beniamina otwiera się przestrzeń ryzykownego zagubienia. Vopěnka doskonale oddaje świadomość dziecka skonfrontowanego zbyt wcześnie z czymś absolutnie ostatecznym – z odejściem osoby, którą kochał i która porządkowała jego świat. Dziś tym porządkowaniem musi zająć się ojciec. Musi oswoić Bena z pustką i pokazać mu, że wciąż ktoś go kocha. Kocha bezwarunkowo i z całą mocą. Ten ktoś był oddalony od matki, ale stale czujny wobec dziecka. Nie może mu teraz pozwolić na wyobcowanie. Wie, że musi mu poświęcić czas i uwagę. Dochodzi do wniosku, że doskonałym sposobem na złagodzenie bólu będzie niezwykła podróż. Oswajanie tego, co Nieznane. Odkrywanie siebie we wzajemnych relacjach połączonych wspólnym celem. Dziecko będzie szukać ukojenia i miłości. Dorosły przede wszystkim sensu. Gdzieś z dala od prozy życia, która warunkowała jego działania i myślenie. Rozpoczyna się niezwykła przygoda. Ojciec i syn nie będą mieć pojęcia o tym, jaki będzie jej finał. Nie wszystko da się doskonale zaplanować. Ucieczka z Czech będzie miała swoje konsekwencje. Czym okupiona zostaje potrzeba odnalezienia wewnętrznej wolności? Martin Vopěnka usypia naszą czujność, by zadziwić i zaskoczyć w miejscu, w którym już wszystko rozumiemy, wszystko wiemy. „Podróżowanie z Beniaminem” będzie jednak przede wszystkim narracją zagadek. Książką stawiającą wiele pytań retorycznych oraz takich, na które odpowiedzi są zawsze trudne i niewygodne.

Ta powieść drogi odsłania nam oblicza Europy, które z jednej strony dobrze znamy, z drugiej jednak – nie jesteśmy tego wszystkiego tak bliscy jak wędrujący, czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi, bohaterowie. Vopěnka portretuje Stary Kontynent jako przestrzeń, w której równie szybko można się zagubić, co odnaleźć pośród inności. Nie jesteśmy pewni, dlaczego Dawid staje się wędrowcem (nie podróżnikiem). Chce sobie przypomnieć wszystko to, co może mieć stałą wartość, czy może doświadczyć czegoś nowego? Na pewno chce zaznać bliskości z synem na innych niż dotychczasowe warunkach. Nie chodzi tylko o porzucenie Pragi, wyjazd z mieszkania przypominającego o zmarłej. Chodzi o nakreślenie wspólnego azymutu i taki rodzaj zależności, który sprawi, iż wędrowcy poczują tylko bliskość samych siebie. Beniamin przyjmuje wszystko z dziecięcą ufnością, ale pojawiają się przecież pytania o zmarłą matkę, domaganie się jej obecności czy próby zaakceptowania, że śmierć jest czymś absolutnie nieodwracalnym. Zagubienie Bena to przede wszystkim dziecięce wątpliwości, które zawsze może rozwiać mądry, odpowiedzialny ojciec. Czy Dawid jest kimś takim? Pytając o celowość swojego istnienia, nie kwestionuje jednocześnie praw Beniamina do bycia wśród innych bliskich mu członków rodziny?

Vopěnka opowiada o męskich relacjach w trzech pokoleniach. Ważna jest postać nieobecnego dziadka Bena, ojca Dawida. Niezwykle istotne jest to, w jaki sposób autor nakreśla najpierw szorstkość, potem niezwykłą czułość w tym, co łączy ojca z synem. Dawid nie chce być dla swego dziecka kimś takim, kim był dla niego ojciec. Chce porwać Bena, zabrać go światu. W tym świecie jest też zaborczy dziadek. Ktoś, kto nie godzi się na podróż. Ktoś, kto okupi ją w sposób zaskakujący i Dawida, i Bena. Bo każdy dorosły mężczyzna w tej historii musi rozprawić się ze swoim egoizmem. Wrażliwość Beniamina idzie w parze z odkrywaniem rzeczywistości wokół dziecka – innej niż ta praska, ograniczona do obowiązków i czasu wolnego. Okaże się, że wakacje nie będą wystarczającym czasem dla ojca i syna. Żaden z nich nie wróci do swoich obowiązków i do tego, co porządkowało życie przed dramatycznym odejściem żony i matki.

Martin Vopěnka opowiada o tym, w jaki sposób biały, syty Europejczyk poszukuje definicji ludzkiego losu. Odrywa Dawida od wszystkiego, co w mniejszym lub większym stopniu określało jego dotychczasową tożsamość. Zmusza go do tego, by być ojcem w zaskakująco nowej roli. Prawdziwym opiekunem i przewodnikiem. Kimś, dzięki komu Nieznane będzie przestrzenią doznań niesamowitych, dotychczas niepoznawalnych. To też nostalgiczna opowieść o bezradnym buncie wobec śmierci i o gloryfikacji każdej formy życia. Historia poszukiwania spełnienia i marzenia o prawdziwej miłości. O tej formie czułości, która gdzieś została zagubiona, ale dzięki wędrowaniu odrodzi się, będzie nazwana, będzie silnie łączyć. Nie wiem, czy bardziej ujmuje trochę chłopięca niefrasobliwość Dawida, czy nad wyraz analityczna i poważna postawa Bena, który przyjmuje zaskoczenia i niespodzianki od losu z niezwykłym jak na ośmiolatka stoicyzmem. A może Vopěnka opowiada przede wszystkim o tym, jak reagujemy, konfrontując się z różnymi formami inności? Śmierć też jest czymś takim. Stale przy nas obecna, wiecznie nas zaskakująca. Dużym zaskoczeniem będzie śledzenie finału opisanej historii. „Podróżowanie z Beniaminem” to niezwykłej urody książka, która zmusza do empatii… i pochylenia się nad samym sobą.