Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-07-29

„Tak to już jest” Laurie Frankel


Wydawca: Poradnia K

Data wydania: 5 czerwca 2019

Liczba stron: 464

Przekład: Dariusz Żukowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Płeć i wolność

To powieść o dylematach i trudnościach bycia rodzicem, kiedy na świat przychodzi transpłciowe dziecko. Nie to czyni jednak z „Tak to już jest” książkę naprawdę interesującą. Istotna jest lekka, a zarazem przemyślana, inteligentna narracja – autorka opowiada o świecie dziecka poszukującego swej tożsamości, ale również o ludziach z jego najbliższego otoczenia, którzy muszą przedefiniować wszystko, co ich łączy. Nade wszystko jednak Frankel chce zakwestionować świat, w którym oczywista dychotomia płci porządkuje wszystko w taki sposób, aby nie było żadnych wątpliwości, niejednoznaczności, by konstrukcja świata nie chwiała się w posadach. Siłą tej powieści jest stopniowe odsłanianie wskazanego absurdu – nic nie rozpada się tylko dlatego, że płeć może być niejednoznaczna. Złudne uporządkowanie społeczne, które tutaj obrazuje przede wszystkim system edukacji wczesnoszkolnej, jest w stanie zarówno przyjąć, jak i zaakceptować inność. O ile naprawdę mowa jest o inności. Laurie Frankel chce w sposób ewolucyjny, pozbawiony większych kontrowersji i dość uporządkowany przedstawić drogę pierwszej dekady życia chłopca chcącego być dziewczynką oraz dylematy rodziców chcących troszczyć się o niego w bezpiecznej przestrzeni domu, z którego wcześniej czy później musi się wydobyć. Jedyne, co mi tutaj przeszkadza, to nieco baśniowa – uzasadniona w treści – konstrukcja tej książki. Słodycz tolerancji i miłości, która chwilami jest przesadzona. To, że poza wzmianką o ogromnym procencie dzieci transpłciowych, które podejmują próby samobójcze, i scenie szpitalnej, gdy bohaterka usiłuje uratować życie osobie skrzywdzonej za swą niejednoznaczność płci, nie ma w tej powieści codziennej goryczy, strachu, czasem przerażenia, a przede wszystkim przejawów nietolerancji otoczenia, w którym tu naprawdę gładko problem przestaje być problemem. A to chyba nie jest tak do końca.

Claude jest piątym dzieckiem Rosie i Penna. Zanim pojawi się na świecie, autorka pięknie prezentuje, jak wygląda związek rodziców chłopca – od momentu miłości „sprzed pierwszego wejrzenia” po dylematy codzienności związane z wychowaniem czwórki dzieci. Frankel dba o szczegóły i wiarygodność psychologiczną swoich bohaterów. Rosie jest lekarką, osobą bardzo racjonalną, starającą się wieść uporządkowany tryb życia i przede wszystkim oddaną swoim synom. Penn wciąż pisze powieść życia, ale w międzyczasie tworzy baśń, w której pojawiają się pewne modyfikacje, gdy Claude zacznie dorastać i kwestionować to, że jest chłopcem. Wszystko zaczyna się od sukienki, która przestaje być w pewnym momencie elementem beztroskiej przebieranki. Idzie za tym głęboka potrzeba bycia kimś innym. I rodzice Claude’a ją rozumieją. Nawet wówczas, gdy któregoś dnia ich syn oznajmia, że będzie Poppy, dziewczynką.

Frankel portretuje bardzo świadome rodzicielstwo, stawiając jednocześnie pytanie o to, czy pełna akceptacja oraz ciepło rodzinne wystarczają, aby ktoś taki jak Claude mógł wyruszyć w życie bez poczucia bezradności, ale przede wszystkim bez cierpienia. Cała rodzina dozna tego cierpienia na różne sposoby, kiedy przemiana dziecka początkowo uznawana za coś oczywistego stanie się rodzinnym sekretem dla dobra Poppy. Przyglądamy się codzienności życia tej rodziny i dostrzegamy, jak umiejętnie jej członkowie potrafią ze sobą rozmawiać o dylematach, których społeczeństwo zdaje się nie rozważać. Dla świata zewnętrznego płeć społeczna zawsze jest jasno sprecyzowana. W domu rodzinnym płeć przestaje mieć znaczenie, kiedy pojawia się nietuzinkowa potrzeba odnalezienia swojej tożsamości. Zaakceptowania chęci zmiany i usankcjonowania tej zmiany. Bo „Tak to już jest” to przede wszystkim książka o jednym z najtrudniejszych życiowych wyborów, ale też powieść, która także chce pokazać, że ów wybór kształtuje się nad wyraz pogodnie, bez większych dramatów – albo bez sygnalizowania ich możliwości.

Najbardziej uwiera część, w której nieco zagubiona matka zabiera swą równie zagubioną córkę do Tajlandii. Tam syci, biali i bogaci Amerykanie mają możliwość westchnięcia nad biedą i niedostatkiem. Bardzo to dydaktyczne – zwłaszcza gdy dochodzą do tego wątki buddyzmu umożliwiającego pokonanie trudności występujących wciąż w tym sytym, białym i bogatym świecie, a znikających w mgnieniu oka pod inną szerokością geograficzną. To kwestia uproszczeń, o których wspomniałem we wstępie. Pewnej jednowymiarowości tej książki. To nie jest tak, że wybory rodzicielskie i dziecięcy dramat są pokolorowane zbyt pastelowymi barwami. Widzimy bardzo wyraźnie, z jakimi trudnościami mierzą się bohaterowie, od chwili, gdy Claude świadomie kwestionuje swą płeć, po okres, kiedy jego podróż w głąb siebie kończy się powodzeniem, ale pozostaje jeszcze otoczenie, które musi to zaakceptować. Brakuje mi tutaj pewnego dramatyzmu, bardziej szarpiących emocjami czytelnika dylematów. Transpłciowość w tej powieści to przecież tylko punkt wyjścia dla ciekawej rozprawy o tym, jak trudno jest zrozumieć różnorodność i niejednoznaczność. Brakuje zatem nieco różnorodności postaw wobec zaprezentowanego rodzinnego problemu. Wszystko, co niejednoznaczne i trudne, rozgrywa się w gruncie rzeczy tylko w domowych pomieszczeniach, przede wszystkim tylko między domownikami. Najciekawszy jest chyba bunt jednego z synów Rosie i Penna, ale jego złość nagle zostaje skanalizowana i wygaszona. Rodzice Claude’a-Poppy są doskonali w każdym względzie. Nawet wówczas, gdy przyznają, że daleko im do doskonałości.

Tak czy owak Laurie Frankel pięknie opowiada o miłości, akceptacji i szacunku do własnego dziecka. O tym, że rodzicielstwo to nie system drogowskazów, ale również – co ważniejsze – szereg zgód na to, co dla dziecka ważne, a co niekoniecznie słuszne z racjonalnego punktu widzenia opiekuna. Podoba mi się konsekwentne budowanie tutaj wizerunku rodziny jako mikrospołeczności, w której absolutnie każdy traktowany jest podmiotowo. Chciałoby się, aby tak wyglądały instytucje zrzeszające grupy ludzi, by tak wyglądał cały świat. „Tak to już jest” to również mądra opowieść o drodze poszukiwania spełnienia, o umiejętnym nazywaniu tego, czego się pragnie, i definiowaniu różnego rodzaju deficytów. Dlatego w tej powieści nie będzie trudnych pytań, a tym bardziej trudnych odpowiedzi. Będzie za to widoczne przekonanie, że za każdą życiową decyzją powinno iść wsparcie bliskich. Tylko dzięki niemu można ochronić się przynajmniej przed częścią cierpienia. To w dużej mierze książka o relacjach ludzi sobie bliskich, dużo bardziej sugestywna niż opowieść o trudnościach wychowania dziecka transpłciowego. Mimo wskazanych wątpliwości czyta się to bardzo dobrze, pozostaje w pamięci wiele mądrych sentencji wyrażonych niezobowiązująco, mimochodem. Naprawdę wyjątkowa książka o bezradności, tęsknocie oraz nadziei. Ale przede wszystkim o tym, że zawsze jesteśmy odpowiedzialni za to, co świadomie wybieramy.

2019-07-26

„Zabij ich wszystkich” Robert Ostaszewski


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 328

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół zła

Segment współczesnej literatury kryminalnej jest w Polsce całkowicie zagospodarowany. Znane nazwiska, bestsellerowe tytuły – nawet wówczas, gdy nie zasługują na miano bestsellera. Trudno tutaj coś ugrać, trudno o czymś nowym napisać, a przede wszystkim niezwykle trudno zaskoczyć. Robertowi Ostaszewskiemu się udaje, choć nie robi niczego spektakularnego. Nie eksperymentuje z formą, nie stwarza na siłę oryginalnej fabuły. Po prostu opowiada wielowątkową historię, której początek tkwi w pewnej zbrodni wojennej, a koniec… cóż, trzeba przeczytać, by zastanowić się, czy ta opowieść ma koniec. Nie chodzi nawet o zgrabną kompozycję klamrową tej powieści, ale o sugerowanie, że krąg zła jest wciąż zamknięty, gdzieś i z jakiegoś powodu zło wciąż rezonuje. Nie ma od niego ucieczki i nie ma wytchnienia. Dlatego też „Zabij ich wszystkich” to nie tylko kryminał z lokalnym śląskim adresem, ale też uniwersalna rozprawa o charakterze ludzkiego zła i o tym, jak jeden potworny czyn jest w stanie generować kolejne. Aż do momentu, gdy zło ma już zbyt wiele mrocznych definicji.

Ostaszewski odchodzi nieco od mroku serwowanego nam w „Zginę bez ciebie”. Tam był bardziej kameralny, skupiony na mało spektakularnych dramatach, wchodził w głąb zagubionej psychiki, oddawał trudność samej egzystencji. W tej powieści jest inaczej. Nie ma pogrążonego w depresyjnych rozmyślaniach samotnego wilka, który mierzy się z zagadkami śmierci. Jest – można by powiedzieć – bardzo normalnie i nad wyraz racjonalnie. Zwłaszcza że toczyć się tu będzie walka z wyobrażeniami, groźnymi wizjami, strukturą budującą przerażającą sektę. Tym razem katowickie śledztwo poprowadzi aż trójka gliniarzy. To oryginalne o tyle, że pracują jakby rotacyjnie, bo dwóch z nich od śledztwa odrywa to, co potrafi oderwać najskuteczniej – problemy związane z prozą życia. Nikt tu jednak nie będzie się nad sobą użalał, nie będzie retrospekcji budujących wrażenie melancholijnego smutku (będą funkcjonować w innym znaczeniu). Nie będzie też… wulgaryzmów tak charakterystycznych dla tego rodzaju prozy i choć puryzm językowy jednego ze śledczych wygląda mimo wszystko nieprzekonująco, autor pozbawi tę powieść bezmyślnego przeklinania. Będzie za to działanie – metodyczne, oparte na standardowych metodach, błądzące i analizujące fałszywe tropy, ale bardzo skupione. Choć jednocześnie prowadzone w mało komfortowych warunkach, kiedy przełożeni są obcesowi i roszczeniowi.

Samo zabójstwo nie jest jakoś spektakularne, choć wiążą się z nim tajemnice. A także niezwykłość narzędzia zbrodni, które zaskakuje prawie tak samo jak odkurzacz z jednej z powieści Yrsy Sigurðardóttir. Ktoś morduje byłego muzealnego portiera, którego biografię trzeba prześwietlić, by odnaleźć trop zabójcy. A o to bardzo trudno, choć pracują nad tym wspomniane trzy głowy – aspirant Mateja, komisarz Tyszka i nadkomisarz Polański. Robert Ostaszewski wtłacza nas w świat codziennych zależności oraz dylematów wynikających z pracy grupowej w policji. Dba o indywidualizację swoich bohaterów nie tylko dlatego, że dopisuje im czytelne biografie. Pokazuje, że w pogoni za zabójcą konieczne jest połączenie sił. Z niego wynika dużo więcej niż mocniejsze skupienie na sprawie. Ta powieść to w gruncie rzeczy historia o szorstkiej, ale silnej męskiej przyjaźni. I o poszukiwaniu śladów zła, które doprowadzą do zaskakującego śledczych miejsca.

„Zabij ich wszystkich” to narracja, w której autor bardzo dba o wiarygodność szczegółów. Widać to na każdym poziomie, to naprawdę przemyślana w każdym szczególe rzecz. Nawet jeśli odnosi się do opisu wyglądu czegoś zupełnie nieznaczącego. Podoba mi się bardzo także niespieszny rytm opisów, które w żaden sposób nie irytują tutaj funkcją retardacyjną. Jest też charakterystyczny język bohaterów… mierzących się z przyzwyczajeniami językowymi innych. Przede wszystkim jednak interesujący jest obraz Śląska wraz z jego historią – nie dotyczy to tylko prezentowanej topografii, ale ujęcia miejsca w język i mentalność bohaterów. Jeden z nich nie zna Katowic w ogóle, odkrywa miasto dopiero w trakcie śledztw. To prowadzone w powieści stawia na jego drodze ludzi, dla których Śląsk to często gorzka przynależność. Ale także miejsce, w którym latami można było tuszować zło.

To wydobywa się stopniowo. Ostaszewski dba o to, byśmy – jak jego policjanci – gubili tropy i chwilami czuli się bezradni. Prawda o zabójstwie Stefana Wilka to jednocześnie prawda o okrucieństwach, które zainicjowały szantaż. A później kolejny akt zbrodni. Wszystko to bardzo przejmujące, a ponieważ zdecydowanie realistyczne, wchodzi gdzieś głęboko pod skórę. Odnosi się wrażenie, że czytamy o zwykłych ludzkich słabościach i żądzach, o jakich napisano już wszystko, a jednak ta pozornie czytelna historia każe wciąż na nowo zastanawiać się nad tym, od czego to wszystko się zaczęło. Stąd też poczucie, że „Zabij ich wszystkich” to książka, w której zwraca się pamięć sprawom, o których najlepiej byłoby milczeć. Ale nie jest to opowieść o przemilczeniach. Śląsk wybrzmiewa w niej bardzo wyraźnie. To nie tylko język – choć autor zrezygnował z wprowadzenia gwary, by czytało się lepiej – ale także sposób, w jaki Ostaszewski portretuje przesłuchiwanych albo ludzi znajdujących się w pobliżu śledczych, gdy ci ciężko pracują.

Są w tej książce prologi i epilogi, a liczba mnoga to kolejny dowód na to, że autor stara się być niejednoznaczny i nietuzinkowy. Przejmuje także to, w jaki sposób osadza zbrodnię w rzeczywistości, która jakby zawiesiła się na krawędzi – wszyscy i wszystko tkwią w czasie przeszłym, dzisiejsi policjanci wydają się w penetrowanym przez nich środowisku anachroniczni. Widać tu spory rozdźwięk między tym, jak funkcjonuje Śląsk dzisiaj, a tym, jak funkcjonował kiedyś i jaki rodzaj ludzkich patologii wówczas generował. Ogólnie jednak jest to też przygoda z miejscem i sentymentem do niego – widać, że Robert Ostaszewski twórczo wykorzystuje miejsca kiedyś i dzisiaj działające na jego wyobraźnię. W tym znaczeniu to książka bardzo osobista, ale też czytelne opowiedzenie się za tym, że z każdym rodzajem ludzkiego zła trzeba walczyć, także przez pamięć o nim.

Ciekawa jest ewolucja pisarska autora. Od wspomnianej we wstępie kameralnej narracji bardzo w stylu Mateusza Marcina Lemberga po rzecz, w której świat przedstawiony zdaje się racjonalny do bólu, a każdy jego element poddany metodycznej analizie przed skonstruowaniem kolejnej wolty, zbudowaniem napięcia, oswojeniem czytelnika z nowym bohaterem czy zdarzeniem. Myślę, że „Zabij ich wszystkich” to pozornie dość statyczna powieść kryminalna, kryjąca w sobie jednak mocno emocjonalny potencjał. Zwłaszcza gdy po przewróceniu ostatniej strony zastanowimy się nieco dłużej nad znaczeniem tytułu.

2019-07-24

„Ale z naszymi umarłymi” Jacek Dehnel


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 19 czerwca 2019

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Trupi pochód

Nie od dziś wiadomo, że pożerają nas zmarli i upiory. Także mity, jakie za nimi stoją. W naszym kraju wszystko może stać się przyczynkiem do zmiany myślenia, jeśli tylko ta zmiana usankcjonuje wielkość naszego narodu. Stąd symbole w funkcji gadżetów i bezrefleksyjne myślenie o wpływie przeszłości na to, jak wygląda polska codzienność. Jacek Dehnel napisał książkę prześmiewczą, mroczną i bardzo przygnębiającą. Mogliby się przejrzeć w niej ci, którzy z różnych powodów jej nie przeczytają. „Ale z naszymi umarłymi” to iskrząca dynamizmem opowieść o tym, jak wydobywają się spod ziemi polskie przywary, idiosynkrazje, kompleksy i stojące za tym wszystkim marzenia o wielkości. Głównym bohaterem tej książki jest język. Już od pierwszych zdań będziemy widzieli, że Dehnel chce przede wszystkim ironizować, jednak w języku tkwi jeszcze coś innego – to różne kalki słów oraz fraz kształtujących dzisiaj opinię publiczną. Nie wiem, czy groźniejsze będą zmartwychwstałe trupy, które rozpanoszą się tu wszędzie, czy raczej ostrzegająca – chwilami nieco kokieteryjnie, bo autor mimo wszystko bawi się językiem – fraza, za którą kryje się wszystko to, co w polskiej mentalności mroczne i groźne.

Interesująca jest metafora polskości zbudowana już na wstępie, gdy przyglądamy się pewnej kamienicy przy Rynku Podgórskim w Krakowie. Kamienica ta ma nowoczesną nadbudowę dla nowoczesnych i światowych, ale także mroczną suterenę, w której sączą się medialne doniesienia o emeryckiej biedzie serwowane samotnemu kalece. Pomiędzy górą a dołem mieszkańcy ogniskujący w sobie to, co polskie, a jednocześnie zantagonizowane na swój sposób w mikrospołecznościach, które wskazują, jak niejednoznaczne może być pojęcie rodziny. Na pierwszy plan wysuwa się para gejów. Ich dziesięcioletni związek jest już… letni, ale panowie dają radę, wspierając się wzajemnie i tworząc symbiozę, w której jest miejsce i na sankcjonowanie zdrady, i na podział obowiązków związanych z codziennym życiem. Trudno orzec, dlaczego akurat ta para będzie spiritus movens powieści. Zwłaszcza gdy pojawiają się zombie, a wygląda to na początku dość groteskowo i ciekawsze zdaje się śledzenie dylematów pary kochanków niż obserwowanie, co za chwilę stanie się z postaciami, za którymi idzie dalszy rozwój fabuły.

Fabuła – jak wspomniałem – jest bardzo dynamiczna. To, co w niej może uwierać, to zbyt częste hiperbolizacje oraz irytujące nieco antycypacje, które mogą zepsuć przyjemność wgłębiania się w ten szalony świat. Szalony, mroczny i mimo trupów na ulicach bardzo prawdopodobny. Jeśli wziąć pod uwagę moc figury ożywionych zmarłych oraz ich kilka symbolicznych znaczeń, możemy mieć do czynienia z powieścią z przerażającym realizmem odwzorowującą polską rzeczywistość XXI wieku. Jacek Dehnel celowo udziwnia świat przedstawiony, ale robi to w taki sposób, że choć absurdalne są okoliczności działań głównych bohaterów, kibicuje się im tak, jakby działali w realistycznie przedstawionej rzeczywistości. Pęd ku wspomnianym hiperbolizacjom trochę rujnuje zakończenie, które staje się komiksowe i niekoniecznie współgra z całością, ale powieść ta mimo wszystko doskonale balansuje między mitotwórczą siłą myślenia romantycznego a absurdami życia codziennego, które wydobyło się nie tyle ze źle interpretowanych mitów, ile z myślenia o historii nakazującego wciąż na nowo widzieć nasz naród w rolach, o których już wielokrotnie rozprawiano.

Dehnel okazuje się uważnym obserwatorem rzeczywistości, socjomistrzem i spryciarzem w formułowaniu własnych spostrzeżeń tak, by pozornie nie były one jego. Docenić należy umiejętność portretowania polskich nawyków społecznych, utartych ścieżek działań, skłonności do ulegania stereotypom, a nade wszystko tendencji myślowych. Wszystko, co autor na co dzień widzi i co go w znacznym stopniu niepokoi, znajdzie się tu albo w wypowiedziach, albo we fragmentach narracji. Jednakże najważniejszy problem sygnalizowany jest zarówno przez powieść, jak i kilka słów Dehnela umieszczone po niej. Nacjonalizm ma się bardzo dobrze, wspierany przez szereg innych teorii i w praktyce osadzony jedynie na instynkcie i złości, a nie myśli społeczno-historycznej, która tworzy mity. Tu także stworzyła zombie. Widzimy, w jaki sposób to niecodzienne widowisko wgryza się w świadomość Polaków. Jak najpierw oswajają zagrożenie, a potem chełpią się tym, co z ich ziemi się wydobyło. Sięganie ku półżyciu wydobytemu z mroku także ma się tutaj doskonale w sferze symbolicznej. To nie tylko polskie zakwestionowanie nieodwracalności śmierci. To przede wszystkim bogata polska wyobraźnia wsparta na fundamencie każdego rodzaju uprzedzeń – z tego rodzi się natychmiast szereg teorii, najpierw spiskowych, potem sankcjonujących wielkość narodu, który wciąż na nowo musi się utwierdzać we własnej wielkości.

Okazuje się, że zmarli, którzy postanawiają narzucić swoje prawa żywym, to wiecznie aktualna smutna myśl o wielkości, która to wielkość przeradza się w tej powieści w inwazję. Polska okazuje się mieć miejsce wszędzie. Tymczasem od tej okaleczonej żywymi trupami polskości ktoś jednak chce uciekać. Ktoś kompulsywnie działa pod wpływem strachu oraz ratowanego w umyśle zdrowego rozsądku, aby odrzucić spiralę absurdu. Odejść i odciąć się. „Ale z naszymi umarłymi” to inteligentna przypowieść o tym, że wciąż na nowo schodzimy gdzieś pod ziemię, aby wydobywać się z niej niczym powieściowe zombie. Bo życie może być wegetacją żywego trupa, jeśli okadzone zostaje narracjami zwracającymi się ku nieistnieniu. Dehnel nie stara się punktować absurdów polskiej mitomanii. Skupia się na czymś o wiele groźniejszym. Bo to przecież bardzo poruszająca powieść o tym, jak niebezpieczny jest nacjonalizm i jak łatwo zarazić się jego bakcylem. Hołubione przez media żywe trupy stają się po pewnym czasie niebezpieczne. Ciekaw jestem, ile trupów myśli i idei ukryło się tutaj tak naprawdę. Co ma nas rozbawić, a co śmiertelnie przerazić. Znamienne jest także pokazanie, że ziemia, ta ziemia, ma nam do zaoferowania tylko zwłoki, wokół których możemy stworzyć jakąś ideologię dla żywych. To gorzki i jednocześnie przejmujący obraz Polski, która woli własne cienie niż ujrzenie siebie w jasnym świetle taką, jaka jest naprawdę.

Można się przy tej powieści śmiać, ale wydaje mi się, że jej struktura wywołuje przede wszystkim lęk. Jacek Dehnel sprytnie podważa, kwestionuje i ośmiesza to, co w polskiej narracji o współczesnym stanie państwa jest dzisiaj tak bardzo przerażające, choć wielu nie widzi w tym żadnej grozy. Tak jak Polacy przyjmujący zombie jako kolejne dobro narodowe. Ironiczna fantazja o świecie, w którym od zawsze funkcjonujemy. Warto się rozejrzeć, czy nie ma obok nas żywego trupa. Albo trupem zalatuje to, co się mówi i słyszy.

2019-07-22

„Nazywam się Stephen Florida” Gabe Habash


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 5 czerwca 2019

Liczba stron: 413

Przekład: Jędrzej Polak

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Osobność i determinacja

Świetny debiut. Nie tyle o wyobcowaniu, ile o tym, jak jesteśmy w stanie zawęzić swoją perspektywę oraz ograniczyć działania, aby uznać, że ten minimalistyczny sposób jest receptą na spełnienie. A za tym idzie już coś o wiele groźniejszego, czyli uproszczenia, minimalizacje, stereotypizowanie, ale przede wszystkim całe spektrum neuroz, które Gabe Habash u swojego bohatera doskonale portretuje. „Nazywam się Stephen Florida” to opowieść o skryciu pod fałszywą tożsamością jedynego prawdziwego życiowego celu. O determinacji w dążeniu tego celu, ale jednocześnie o coraz mroczniejszym eskapizmie. Trudno powiedzieć, czy bohater książki jest bardziej neurotykiem, egocentrykiem, czy zwyczajnie niegroźnym samotnikiem. To ostatnie kwestionowane jest przez opisy tego, jak działa, co robi. Niby mimochodem, a jednak bardzo zasadniczo pokazywane są reakcje i działania odwetowe na sytuacje, które nie powinny wytwarzać poczucia zagrożenia. Zagrożony czuje się Stephen, ale tak też może czuć się jego otoczenie. Dlatego najlepiej zachować bezpieczny dystans i uznać go za dziwaka. Habash nie portretuje jednak mizantropa. Proponuje wiwisekcję duszy człowieka wyjątkowo nieobliczalnego, jeśli brać pod uwagę czytelne i proste priorytety. Młodego i zaskakującego w swych zachowaniach studenta, dla którego życie wcale się nie zaczyna. Ono się może za chwilę skończyć. Wtedy, kiedy bohater osiągnie swój cel w zawodach sportowych.

Stephen już w łonie matki był zachłanny. Potem musiał mierzyć się z utratami. Jego reakcją na przypadkową i idiotyczną śmierć rodziców był krzyk, który został skryty gdzieś wewnątrz, stwarzając jednocześnie wyraźny dystans do świata Młodzieniec zamyka jakąkolwiek ekspresję w sobie, wydobywając ją na zewnątrz tylko podczas walk zapaśniczych. Gabe Habash opowiada o takiej formie bycia ze sobą w zgodzie, która nakazuje trudne kompromisy. Życie dla bohatera jest nieustannym ścieraniem się. To dosłowne ścieranie się ciał na macie kontrastuje z tarciami wszystkiego, co dla Stephena jest niezrozumiałe, zaskakujące, niemieszczące się w skąpym systemie pojęć i specyficznym poczuciu sprawiedliwości. Rewelacyjne jest odnajdywanie tych momentów, w których skorupa chłopaka pęka, wydostaje się z niej coś, co tak kompulsywnie chce on zatrzymać w sobie. Nie tylko złość i frustracje. Także przekonanie, że najważniejsze jest opanowanie siebie na poziomie emocji poprzez ich minimalizowanie. Ale to droga piekielna i Habash świetnie ją pokaże. Droga bez prawdziwego kontaktu z samym sobą, choć sankcjonowana jako jedyna ze względu na narzucone cele i określone możliwości. Życie Stephena to niezrealizowany dramat szans, na jakie z różnych powodów się nie decyduje. Dramat wyobcowania jako złudnego azymutu porządku po bolesnej utracie. Bez poczucia, że samotność może dławić, ona jest stanem do zagospodarowania działaniami. Wtedy może być dobrze. Tyle że nic tu nie jest dobrze.

Znamienne są niektóre egzystencjalne przemyślenia bohatera, jak choćby to, że nie ma co być dumnym z życia, którego poprawność albo spełnienie modelują na przykład dobrze dobrane leki. Stephen jest bezkompromisowy. Życie należy przeżyć świadomie, odważnie, konfrontacyjnie i bez żadnych możliwości łagodzenia stanów napięć. Te są w jego mniemaniu sprzężone z potrzebami lub niedoborami ciała. Stephen myśli i działa swoim ciałem. Jest w zasadzie tylko jego potrzebami i oczekiwaniami. Dlatego kalekie są jego relacje z rówieśnikami, a kontakty z płcią przeciwną to szereg porażek definiowanych jednak inaczej w jego umyśle. Tam tkwi tylko jeden rodzaj porażki – przegrana na macie. Każdą ma w pamięci, każda ma mobilizować do pracy nad sobą. Ta powieść pokazuje jednak, że kompulsywne utrzymywanie siebie w stanie gotowości do wyznaczonego zadania to rujnowanie w sensie o tyle nieoczywistym, że efekt tej ruiny może nadejść później.

Ważna jest także przestrzeń, w jakiej osadzone są zdarzenia, i może odrobinę istotny także czas, tu dość dyskretnie sugerowany tytułami seriali, jakie ogląda bohater. Dakota Północna, amerykańskie peryferia. Prowincja nie tyle pozbawiona możliwości, ile przede wszystkim ogniskująca w sobie wielu specyficznych ludzi. Jak na przykład wykładowca, który być może zabił żonę. Fikcyjne Oregsburg ze swą specyficznością i charakterystyczną mentalnością ludzi przyzwyczajonych do niespiesznego rytmu życia, którego nie rozbija ani siarczysty mróz, ani gwałtowne tornado, dają Stephenowi swoiste zielone światło, by działał w swoich ograniczeniach tak, aby czuć tego sens i dalszą potrzebę izolowania bodźców oraz wrażeń. Świat, do którego przybywa i który tak chłonie w kapitalnej scenie biegu z podniesioną głową i zamkniętymi oczami, staje się dla niego przestrzenią umożliwiającą realizację jego prostych zamierzeń, nieingerującą w tworzone po drodze neurozy, akceptującą wszystko dzięki prostym definicjom i uznaniom. Stephen to po prostu specyficzny młody człowiek, który nieprowokowany nikomu krzywdy nie zrobi. Warto jednak cały czas myśleć o tym, co robi sobie i w jaki sposób jego pozornie uporządkowany świat staje się coraz bardziej opresyjny.

Jest także miejsce na miłość albo uczucie, które można w uproszczeniu czymś takim nazwać. To coś innego i nowego, co nieco burzy uporządkowaną strukturę życia i funkcjonowania bohatera. Skłania go do działań, którym sam się dziwi. A jednocześnie uchyla furtkę do tego innego sposobu funkcjonowania, dalekiego od zakrzepłych emocji oraz uczuć. Fascynujące jest to, jak rozpada się to metodyczne wyliczanie, sumowanie, analizowanie wyników i działanie zadaniowe u młodego chłopaka mającego w swoim mniemaniu patent na doskonale zaplanowane życie. Pęka gdzieś pozorna szorstkość i te momenty są w lekturze powieści najciekawsze. Na równi z tymi, które mają miejsce, gdy coś jednak pójdzie nie tak, uporządkowane życie rozbije nieprzewidziana kontuzja. „Nazywam się Stephen Florida” to zatem opowieść o największej obsesji, czyli o samym sobie. Precyzuje i sugeruje, w jakich warunkach i późniejszych okolicznościach może zamienić się w złudny życiowy priorytet. To także pełna – paradoksalnie mimo tematyki i nagromadzenia testosteronu – liryzmu opowieść o życiu wdzierającym się ze swą nieprzewidywalnością do umysłu, który chciałby pozwolić działać emocjom, ale wie, że nie jest to możliwe. Z jednej strony powieść wyjątkowo przygnębiająca. Z drugiej – pokazująca pewien dynamizm charakteryzujący człowieka poszukującego. A w tym wszystkim także pasja, determinacja oraz siła samostanowienia zderzone z delikatnością oraz czułością, które chcą się wydobyć, zaistnieć, zburzyć porządek i wyznaczyć drogę poszukiwań. Bardzo spójna i intrygująca powieść o tym, że ostatecznie w życiu zawsze pozostajemy sobą, ale czasem jest to bardziej opresyjne niż wszystkie formy relacji z innymi ludźmi i kontakty ze światem oferującym tę przerażającą różnorodność. Bardzo dobra książka.

2019-07-18

„27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanna Gierak-Onoszko


Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 22 maja 2019

Liczba stron: 343

Oprawa: miękka

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Ku pojednaniu

Jeśli debiuty reporterskie mają wyglądać jak „Z miłości? To współczuję” Agaty Romaniuk czy „27 śmierci Toby’ego Obeda” Joanny Gierak-Onoszko, to apeluję o ich dotowanie i wydawanie, bo nie ma nic bardziej cennego niż reportaż, który pozostanie w czytelniku na zawsze. Ten, o którym teraz piszę, opowiada o niewygodnym dla samej Kanady wizerunku kraju, ale jest jednocześnie uniwersalną rozprawą o tym, czym jest dziedziczenie traum i jak trudno się ich pozbyć, a także o odwadze konfrontacji ofiar ze swoimi wspomnieniami. O tym także, jak w przestrzeni publicznej rezonuje pojęcie pojednania, ale głównie o kwestii, jak wpływa ono na język i mentalność. Gdyby nie kanadyjski adres tych reporterskich rozważań, z materiału Gierak-Onoszko mogłaby powstać poruszająca powieść egzystencjalna.

Nie sposób nie przyjrzeć się bohaterowi tytułowemu po tym, jak opisze go autorka. Zdjęć i filmów jest w internecie wiele. Człowiek, w którego oczach widać pragnienie jakiejkolwiek bliskości, i człowiek, który się jej boi, bo wie, że na nią nie zasługuje. A „zasłużył” na przemoc, odrzucenie i dezintegrację osobowości wówczas, gdy państwo kanadyjskie postanowiło jego i wielu mu podobnych ukształtować w taki sposób, by stali się doskonałymi obywatelami doskonałego kraju. Kraju dumnego ze swej multikulturowości, tolerancji oraz liberalizmu, gdzie jednak tylko pięcioprocentowa mniejszość etniczna może mówić o szczęściu funkcjonowania… i nieszczęściu codzienności, na którą nakłada się trauma zawłaszczania, atakowania, alienowania i wymuszania ustępstw.

Kanada budowała swoją państwowość może nie tak krwawo jak sąsiednie Stany Zjednoczone, ale wedle podobnego schematu – przybysze decydowali o tym, w jaki sposób ma myśleć i funkcjonować rdzenna ludność terytorium, na którym postanowiono stworzyć nowe państwo. W Kanadzie to Inuici, Metysi oraz Indianie, choć z uwzględnieniem innej, nieraniącej nomenklatury, inaczej Pierwsze Narody. To dzisiaj peryferia społeczne, a także mentalne nowoczesnej Kanady. Joanna Gierak-Onoszko skierowała się właśnie ku peryferiom, marginesom, ku ludziom niedostatecznie wysłuchanym, ignorowanym i zapomnianym. Przypomina nie tylko ich krzywdy. Wskazuje, w jaki sposób dzisiejsza Kanada próbuje przeprosić za wszelkie formy okrucieństwa, które do dziś pozostają nierozliczone, choć robi się wszystko, by było inaczej. To także opowieść o bezkompromisowości i bezkarności działań Kościoła katolickiego. Trudno jednoznacznie orzec, czy opisane historie zmierzają ku czemuś dobremu, przypomnieniu krzywd i zadośćuczynieniu za nie. Autorka zaznacza, że to ostatnie nie jest takie proste. Że słowo „przepraszam” jest bardzo istotne, ale nie stoi za nim koniec tragicznych historii. Takich, które stały się treścią życia ludzi niezdolnych potem do normalnego funkcjonowania. Czasem też i do wybaczenia, choć ta potrzeba – jak w przypadku bohatera tytułowego – jest tak ogromna, iż odnosi się wrażenie, że ktoś tylko dla niej wciąż żyje, starając się nie pamiętać o ogromie opresji.

Gierak-Onoszko nie oszczędza czytelnika. Nie wiem, co jest bardziej przejmujące – metodyczne opisy tego, jak krzywdzono dzieci rdzennej ludności zamykane w katolickich szkołach z internatami i bestialsko traktowane już samym tym, że pozbawiano je na wstępie imion, nadając numery, czy może przeliczenia na punkty krzywd, za które Kanada wypłacała potem odszkodowania. Im więcej punktów, tym więcej pieniędzy, jakby to one miały rekompensować cały dramat, któremu autorka przygląda się z wielu różnych perspektyw. Książka „27 śmierci Toby’ego Obeda” to historia krzywd i niesprawiedliwości, które wynikały z tego, kto i gdzie się urodził. Skąd pochodził, jakie miał przekonania, jak chciał żyć. Modelowanie społeczności niechętnej europejskim przybyszom to potworna machina opresji, która i w XXI wieku ma się doskonale, o czym świadczą opowieści pozornie wolnych i posiadających normalne życie ludzi, w których żyłach płynie krew ich przodków będących rdzennymi mieszkańcami tych ziem. Z jednej strony ten reportaż pokazuje dojrzałość i odpowiedzialność nowoczesnego państwa, by umiejętnie dokonać rozrachunku oraz mówić o bolesnej prawdzie (czego mogłyby pozazdrościć między innymi państwa bałkańskie). Z drugiej jednak – coś dużo bardziej mrocznego. Utrwalone albo nieświadomie przejmowane mechanizmy postępowania albo odbierania tego, jak żyją i funkcjonują rdzenni mieszkańcy Kanady. Interesującą egzemplifikacją tego wszystkiego jest fakt, że w szczycącym się różnorodnością kulturową Toronto mieszka, a może wegetuje gdzieś na marginesie miasta niecały jeden procent tych, do których ten świat pierwotnie należał. To zapomniany jeden procent mieszkańców miasta.

Bardzo podoba mi się wieloaspektowość tego reportażu. Skupienie na złu i wychodzeniu mu naprzeciw poprzez wybaczanie, ale także na pewnych utrwalonych wręcz w kulturze statusach egzystencji, w których pojawia się niepisana i nienazywana, jednak wyraźnie odczuwana gorszość, bycie kimś z marginesu, trochę lokalną atrakcją, ale głównie dużym wyrzutem sumienia. Bohaterowie tej książki opowiadają nie tylko o doznanych krzywdach fizycznych. Tworzą opowieść o tym, że niezwykle trudno skonfrontować się ze swoimi bolesnymi emocjami, nie mówiąc już o konfrontacji z katami czy systemem wyznaczającym jakieś ramy, w obrębie których ma dojść do aktu pojednania. Gierak-Onoszko analizuje różne perspektywy, dostrzeżemy bardzo różnorodne spojrzenia. Jedną z najmocniejszych w tej publikacji rozmów autorka przeprowadzi z tatuażystą odmawiającym jej wykonania określonych wzorów na skórze.

Ale najboleśniejszy jest chyba obraz spirali przemocy i opowiadanie o tych, którzy przenoszą doznane krzywdy na innych, powtarzają stygmatyzowanie, dają im dokładnie to, co otrzymali kiedyś od swoich katów. Ten problem obrazują zróżnicowane historie, których wysłuchuje autorka. Nie są to tylko świadectwa krzywdzonych dzieci, które musiały wejść w dorosłość z piętnem przemocy, wykorzystywania seksualnego, deprecjonowania ich tożsamości. W tej książce pojawi się dużo więcej opowieści o krzywdzie. O trudnej dla Kanady sytuacji, w której jako państwo jest gotowa wybaczać i rozliczać, ale odnosi się wrażenie, że pomimo upływu czasu oraz zmiennych okoliczności nadal nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co ma być istotą wybaczenia i rozliczeń.

Gierak-Onoszko wstrząsa, ale pokazuje też, jak silnie można się zaangażować w prezentowany temat. Odnieść można wrażenie, że autorka chwilami jest stronnicza, jednak w takim natłoku emocji oraz przeżyć, jakimi dzielą się jej rozmówcy, nie sposób do końca zachować reporterską bezstronność. Ważne jest wskazanie, że to nie jest książka o jednym problemie, a na pewno nie zawęża tych, które wyraźnie punktuje. Pomiędzy winą, poczuciem sprawiedliwości i nieprzepracowanym nigdy żalem z powodu odrzucenia znajdzie się także obraz nowoczesnego państwa gotowego wziąć odpowiedzialność za mroki przeszłości. Państwa, które mierzy się z tymi mrokami na różnych poziomach – od języka po politykę. To nie jest tak, że autorka celowo obnaża słabości Kanady, aby jej wyidealizowany obraz prysł przed czytelnikiem jak bańka mydlana. Myślę, że całkiem spójnie i interesująco udowadnia wielkość współczesnej Kanady, ale także pokazuje, że pojednanie nie jest tylko aktem publicznych przeprosin oraz publicznego ich przyjęcia. Nie wystarczą uściski dłoni, przytulenia, nie wystarczą często nawet łzy. Warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób ta książka próbuje unieść niewyobrażalny ludzki dramat – wyobcowania i odrzucenia trwających lata.

2019-07-15

„Plac Konstytucji” Dominika Buczak


Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Miejsce i ludzie

Dominika Buczak wydała wraz z Mikiem Urbaniakiem niezbyt udany „Gejdar”, po czym – ponad dekadę później – słusznie próbuje swoich sił w ściśle związanej z Warszawą przemian powieści pokoleniowej, w której znajdą się także delikatnie nakreślone wątki homoseksualne, a w zasadzie jeden słaby trop. Warszawa albo nie jest atrakcyjna, albo przestała być atrakcyjna literacko, bowiem ostatnio trafiam na same słabe wizerunki stolicy w narracjach przecież bardzo różnych, różnorodnie skonstruowanych. Po tym, jak portretujący współczesny obraz Warszawy „Lukier” Malwiny Pająk odbił mi się mocną czkawką, sięgnąłem po rzecz nadającą znaczenie historii oraz dojrzewaniu, zmianom w bohaterach oraz zmianom, jakim podlega miasto, wciąż w tym, co najistotniejsze, odnajdujące się pod tytułowym adresem. I znowu mam wrażenie, że trafiam na prozę, która mnie nie satysfakcjonuje. Nie jest to może rozczarowanie samą Warszawą w powieści – tego dostarczyli mi w pewnym stopniu i Szczepan Twardoch, i Michał Cichy, i Jakub Żulczyk. Funkcjonująca jako początek planowanej sagi rodzinnej debiutancka książka Buczak nie jest skonstruowana jak wszystkie te seriale, których zakończenie wzbudza jedynie kompulsywną potrzebę zobaczenia kolejnego odcinka. Pojawia się wątpliwość, czy warto czekać na ciąg dalszy.

Problem „Placu Konstytucji” polega na tym, że rozprasza ona uwagę, a w rezultacie otwiera kilka świetnie skreślonych sytuacji, nie dając im jednak ciągów dalszych, które powinny się raczej znaleźć w tej książce, nie w kolejnej. Nie rozumiem również zabiegu przeskoczenia aż o dwa pokolenia i sportretowania ludzi, z którymi wchodzi w relacje główna bohaterka Mania, świetnie zindywidualizowana w swych życiowych wyborach pierwszych kilku dekad życia. Pojawiają się zatem rodząca potomka kobieta z wyższym wykształceniem oraz gniewny młody nacjonalista, któremu widok patriotycznego uniesienia na Euro nie przystaje do wizji uniesień własnych, gdzie ważne są orzełek, polska flaga, walka z policją i okazywanie obrzydzenia homoseksualizmem. Wiemy przynajmniej, kim jest dla Mani ten chłopak. „Kto jest dziewczyna? Ja nie wiem”.

Struktura czasu teraźniejszego prezentuje się nam tutaj dość topornie, choć otwierająca ją scena starć na tytułowym placu świetnie odniesie się do zamysłu Dominiki Buczak – pokazania tego, w jak silnym związku idzie rozwój bohatera z miejscem, w które wrasta. Starsza Mania jest już postacią drugiego planu, taką dobrą babcią, co to pogawędzi na klatce schodowej z sąsiadami albo pomoże odebrać poród, kiedy ten nagle przyspiesza. Tu i teraz Mania jest tłem. Świetnie jednak zaprezentowana jest jej biografia od lat, w których z zapałem buduje miasto oraz nową ideologię, po moment, w którym burzy się cały porządek jej życia, to „schowanie głowy w codzienność” okazuje się już niemożliwe, dzieje się coś niezwykle bolesnego, to jedno z kluczowych doznań w życiu bohaterki  i zapewne przełomowe.

Docenić trzeba niewątpliwie kunszt budowania bardzo wiarygodnych wizerunków bohaterów. Czas dziejący się wokół nich to już inna kwestia. Buczak w żaden oryginalny sposób nie portretuje ważnych dat w historii Warszawy przede wszystkim. W zasadzie koncentruje się tylko na kilku. Po śmierci Stalina istotny staje się dopiero marzec 1968, doskonale sportretowany w subiektywnym spojrzeniu bohaterek skonfrontowanych z historią w „Tylko Lola” Jarosława Kamińskiego, po której to powieści mam wrażenie, że nikt już o tamtym czasie nie napisze tak przejmująco. Po tym marcu nie ma u Buczak właściwie nic. Ale są zarysowane świetne sylwetki ludzi, to broni tę powieść, nie czyniąc z niej jednak książki, od której nie można się oderwać.

Najważniejsza jest Maria. Kiedy poznajemy ją w 1952 roku, chce się najeść i po prostu być szczęśliwa. Wszystko jest tak proste jak plan odbudowy Warszawy. Ma być dobrze, społecznie sprawiedliwie i w każdym wymiarze uczciwie. A życie pokaże Mani później, że rzadko kiedy gra z nami fair. Tymczasem pojawia się ciąża jako efekt chwilowego uniesienia i oddania się dzielnemu robotnikowi, który znika równie szybko, jak się pojawił. I propozycja nie do odrzucenia, czyli dzielenie mieszkania przy placu Konstytucji z Jurkiem, przodownikiem pracy, rozważnym i nieromantycznym człowiekiem czynu. Ich wspólne mieszkanie obrazuje, w jaki sposób w dawnej Polsce z przypadku rodziły się relacje, a potem wzajemne przywiązanie. Tu Buczak pokazuje przedsiębiorczego mężczyznę, kobietę mającą za cel tylko pozostanie w Warszawie i wyrzucenie ze swej mentalności prowincji podwarszawskiej, a także dziecko – dorastające w specyficznym domu, zbudowanym na niepisanym porozumieniu, stającym się jego centrum wszechświata. Ta trójka będzie doświadczać, czym jest życie stworzone jako komunistyczny projekt. Każde z nich Buczak umiejętnie wyposaży we wrażliwość, osobiste przeżycia, indywidualizujące ich charakter działania oraz przekonującą moc, by za nimi podążać. Czy poza tym kryje się w tej książce jeszcze coś, co mogłoby skutecznie do niej przyciągać?

Podoba mi się współistnienie danego rejonu stolicy z rozwojem emocjonalnym bohaterów. Startują w życiu bardzo ubodzy w emocje, wszystkim steruje czarno-biały system, trudno w nim później dopatrzeć się innych barw, trudno go zniuansować, a jednak autorce się udaje. To sztuka ze smutnych i naprawdę szarych czasów wydobyć opowieść, która ma kilka znaczeń, może być zaskakująca, jest dowodem na umiejętność czarowania słowem i odczarowania mroków historii, ale pozostaje także materiałem nieco rozczarowującym. Nie wiem, czy chodzi tutaj o niezrealizowany potencjał, czy o coś innego. Ale już od pierwszych rozdziałów cała ta historia – inteligentnie przemyślana – nie absorbuje tak, jak choćby konstrukcja psychiczna głównej bohaterki.

Ważne są ona i Warszawa. Miasto tworzone przez komunizm odzwierciedla priorytety i zmieniające się oczekiwania bohaterów. Mania jest przecież w gruncie rzeczy prostą kobietą, która chce mieć praktyczne, uporządkowane oraz przewidywalne życie. Takie można odnieść pierwsze wrażenie. A jednak nic bardziej mylnego, to Mania właśnie świetnie w swych przemyśleniach i doświadczeniach buforuje konflikty prywatne z tymi, które sterują myśleniem politycznym. W tym znaczeniu „Plac Konstytucji” jest dojrzałą powieścią inicjacyjną, tym niemniej nie ma w niej żaru przekonania, w którym co rusz zmieniają się warunki i sposób życia bohaterów. Są zagubieni, sterowalni, nieświadomi tak naprawdę własnych potrzeb. I gubią się nam, znikają z oczu, kiedy Dominika Buczak nie może się zdecydować, czy opowiada o polskiej rodzinie, polskiej stolicy, czy o polskich przemianach społeczno-politycznych. Stąd też ciekawość tego, co jeszcze nienapisane, ale i pewne rozczarowanie gotową już narracją. Trudno mi określić, czy sięgnę po ciąg dalszy. Wspomniane seriale i dobre powieści nie pozostawiają w swym zakończeniu z takimi wątpliwościami. Tutaj z jednej strony jest wszystkiego za dużo, z drugiej jednak – opowiadanie o tym wzbudza pewne wątpliwości oraz niedosyt.

2019-07-11

„Współczesna rodzina” Helga Flatland


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 350

Przekład: Karolina Drozdowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wokół emocji

Zawsze cierpię w dwójnasób, kiedy czytam słabą książkę z segmentu skandynawskiej literatury obyczajowej. Nie tylko dlatego, że nordyccy twórcy wyjątkowo wrażliwie analizują kondycję współczesnego człowieka i od dwóch dekad robią to chyba najlepiej po tym, jak przez wiele lat mistrzostwo w tej tematyce mieli Rosjanie. Tu rozpada mi się obraz wyjątkowo monolitycznej literatury opartej na dystansie i budującej umiejętnie wszelkie formy literackiego niedopowiedzenia. Helga Flatland po prostu do nas krzyczy. Jak przekupka na literackim targu – głośno, donośnie, bardzo wyraźnie. Nie ma w jej powieści charakterystycznego dla Skandynawii stwarzania pewnej bariery wobec bohaterów i ich przeżyć, nie ma również gry dwuznacznościami, brakuje tu symboliki, wszystko podane jest na tacy, a dominują emocje. Tak, „Współczesna rodzina” to zaskakujący przykład północnej literatury, w której do głosu dochodzi ekspresja emocjonalna i idąca za tym labilność. Bohaterki powieści są antywzorami Norweżek. Rozhisteryzowane, rozkrzyczane, kompletnie nieprzewidywalne i tworzące dramat z niczego. Bo w tej powieści dojdzie do zakończenia związku przed dorosłe, dojrzałe osoby. Ta autonomiczna decyzja zacznie być kwestionowana i nie chodzi tylko o brak szacunku do tego, co drugi człowiek wybiera i jak chce dalej żyć. Zwłaszcza że bohaterki sugerują, iż za tą decyzją może stać życie oparte na kłamstwach. Chodzi o to, że Flatland tworzy na siłę psychodramę, kiedy w rzeczywistości nie dzieje się naprawdę nic, zupełnie nic, co mogłoby powodować wahania nastrojów bohaterek tak wielkie jak te opisane. Poza tym ta książka jest podręcznikową, pełną uproszczeń apoteozą rodziny i relacji rodzinnych. Nie chodzi o to, że zawsze ciekawiej jest czytać o rodzinie dysfunkcyjnej, a do prezentacji tej szczęśliwej i spełnionej trzeba dołożyć jakieś dramatyczne elementy. Chodzi o to, że nic tu nie jest opowiedziane w taki sposób, który nasunąłby jakieś nowe skojarzenia, interesujące myśli, nietuzinkowe przemyślenia. Flatland i jej bohaterki same się nakręcają. I coraz głębiej wpadają w narracyjny chaos.

Zatem seniorzy ogłaszają swojej rodzinie, że odtąd będą żyć osobno. Norweska prozaiczka buduje opowieść w taki sposób, że wypowiadają się na przemian ich córki, a potem tym trzecim, prawdopodobnie najważniejszym i wyróżnionym głosem ma być narracja najmłodszego syna. Decyzja rodziców została przemyślana i zakomunikowana w sposób czytelny, spokojny, zrównoważony i zasadniczy. Wokół tego rozpęta się jednak histeria, zwłaszcza wyjątkowo irytującej bohaterki o imieniu Liv, najstarszej z córek, funkcjonującej z poczuciem jakiejś zdrady, oszustwa, przekonaniem o rozbiciu stabilnych fundamentów życiowych. Jej rodzice zaczynają nowe życie, ona zapada się w sobie i realizuje – uwaga, tak przetłumaczono – „ewaluację wspomnień”. Wszystko po to, by zrozumieć, czym stała się jej rodzina, jak funkcjonowała i w jaki sposób to funkcjonowanie teraz będzie zaburzone. Liv rozpada się świat. Jest to o tyle groteskowe, że autorka dodaje do absurdalnych zachowań bohaterki elementy drażniące nadmiernym dramatyzmem. Oto bowiem jej nastoletni syn szlocha na wieść o rozwodzie dziadków. Pracując na co dzień z nastolatkami, wiem, że szlochaliby z wielu różnych powodów, ale raczej nie z takiego. Mogę się mylić. A może Flatland po prostu się zapędza i podąża w tej irytującej narracji w kierunku, który ma uczynić powieść bardzo dynamiczną, ale – przypominam – wciąż zbudowaną na racjonalnym, prawdopodobnym i normalnym zdarzeniu, które może mieć miejsce w każdej rodzinie, i to bez poczucia jej rujnowania.

Ellen, młodsza siostra, widzi decyzję rodziców inaczej. Tu mamy do czynienia z mniejszym atakiem emocjonalnych zachowań, gestów i słów, ale mimo wszystko także widzimy bohaterkę sfrustrowaną, zmęczoną, wewnętrznie zdruzgotaną – głównie na własne życzenie. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość Ellen, że los naprawdę czymś ją doświadcza i w przeciwieństwie do siostry ma ona realne powody, by popadać w stany depresyjne. Dla niej postrzeganie rodziny jest proste i jednowymiarowe. Ellen cierpi przede wszystkim dlatego, że burzy się uogólnione rozumienie tego, kim się dla siebie jest w rodzinie.

W trzeciej narracji „Współczesnej rodziny” widzę już spektakularną katastrofę tej powieści. Nie tylko dlatego, że autorka powiela wszystkie przykre schematy dotyczące związków myślenia o życiu z płcią. Chodzi o to, co ma nam do zakomunikowania brat histerycznych sióstr. Zbiór truizmów o istocie wolności i mechanizmach tworzenia związków. Bardzo to wszystko proste i bardzo przewidywalne, choć i tak można się cieszyć, bo odpoczywamy od rytmu opowiadania o sobie kobiet, które ostatecznie czują się emocjonalnie wyczerpane z powodu działania dającego emocjonalny komfort i dystans ich rodzicom. Zmierzając zatem do zakończenia, Flatland chwilowo usiłuje zatrzeć wrażenie, jakie stworzyły poprzednie narracje, ale nie dodaje tej książce niczego wartościowego. Całość zbudowana jest na analizowaniu na wszystkie sposoby decyzji ludzi, którzy nie czują już potrzeby żadnej analizy. I tu dochodzę do tego, co jest w tej powieści najciekawsze. Bo „Współczesna rodzina” to interesujące studium samostanowienia. Dojrzewania do osobistej wolności i do decyzji o tym, by zakończyć pewien sposób życia i funkcjonowania.

To właśnie seniorzy, choć nieco z boku, są najciekawsi, niejednoznaczni, intrygujący w niedopowiedzeniach oraz w tym, jak zachowują się po rozstaniu. Wydają się sobie najbliżsi, a przecież to oni się rozstają, reszta chce walczyć o swoje związki i zrobić wszystko, żeby nie powtórzyły się dramatyczne w ich mniemaniu losy rodziców. Do końca nie zdajemy sobie sprawy z tego, co stoi za ich decyzją, ale obserwujemy szereg zachowań i działań ludzi nie do końca pogodzonych z upływem czasu, albowiem ten upływ sytuuje ich w rolach i sytuacjach, których nie chcą zaakceptować, nie są to części ich samych. Są gotowi na ryzyko, ale wiedzą również, ile mogą zyskać. Cała reszta zdaje się nieważna, choć urasta do rangi czegoś najważniejszego. Poza emocjonalnymi opowieściami inkrustowanymi scenkami z życia rodzinnego – na przykład dowiemy się, jak jedna kobieta naprawia pralkę albo jak drugą z nich irytuje niepunktualność – nie otrzymujemy nic więcej. Żadnej diagnozy, żadnych ciekawych sugestii do dalszego przemyślenia. Ludzie sobie najbliżsi w tej powieści stają się uczestnikami wyreżyserowanego dramatu. Oczywiście Flatland mogłaby być teatralna i dałoby to tej powieści dużo dobrego. Ale to nie jest zajmujący teatr, lecz trącący groteskowością zlepek obrazów pokazujących to, co się dzieje, kiedy kobieta traci kontakt z samą sobą, bo obezwładniają ją emocje – same w sobie będące chaosem, niefunkcjonujące w połączeniu z jakimiś znaczącymi wydarzeniami, kompletnie bez znaczenia i formuły. Z dobrych norweskich powieści wykorzystujących w ciekawy sposób motyw rodziny i relacji rodzinnych z pewnością polecam wydany w ubiegłym roku „Spadek” Vigdis Hjorth. Jej rodaczka stworzyła książkę, w której postawiła na ekspresję. Przegrała nie samą ekspresją. Przede wszystkim tym, że Flatland nie ma nam niczego naprawdę istotnego do powiedzenia.

2019-07-08

„Serotonina” Michel Houellebecq


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 15 maja 2019

Liczba stron: 336

Przekład: Beata Geppert

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Dalsze diagnozy Zachodu

Po lekturze „Serotoniny” mogę jedynie sparafrazować Czesława Miłosza i napisać, że innego Michela Houellebecqa nie będzie. Zżymając się na tę powieść, nie zamierzam wskazywać wszelkiego rodzaju wtórności w jego pisarstwie, co samo w sobie byłoby wtórne, gdyż nie zauważyć takiej rzeczy to jak zgubić drogę, powiedzmy, od Jastarni do Helu. Jest w „Serotoninie” nawet coś nowego, ważnego, ale potraktowanego z zupełnie dla mnie niezrozumiałym przymrużeniem oka. Houellebecq do dyżurnych już demonów cywilizacji zachodnioeuropejskiej dokłada kolejnego śmiertelnego wroga, a jest nim depresja. Stąd może odejście od literatury politycznej i ideologicznej, jaką niewątpliwie była „Uległość”, po której lekturze odniosłem wrażenie, że francuski pisarz nie ma niczego ważnego do powiedzenia. „Serotonina” ma być powieścią intymnego wyznania. Pamiętnikiem smutku przełamywanym przeświadczeniem, że najbardziej smutny jest otaczający świat, nieudane dzieło Boga i miejsce, w którym stworzyliśmy sobie, jak uznaje bohater książki, oblicza piekła dla własnej wygody. W tym zabiegu formalnym Houellebecq też niczym nowym by nie zaskoczył, ale liczyłem jednak na to, że tytuł zobowiąże go do wnikliwej analizy problemu, którego wciąż ani terapeuci, ani psychiatrzy, ani socjologowie nie są w stanie zgłębić, choć ludzkość wyprodukowała już całą gamę antydepresantów umożliwiających tak zwane normalne funkcjonowanie, z którego bohater książki oczywiście drwi – i ma w tym rację. Gdyby „Serotonina” odeszła od wszystkiego, co u Houellebecqa wtórne, mogłaby być ciekawą książką. Ciekawą, ale nie dobrą. Literacko bowiem najnowsza rzecz współautora skądinąd znakomitych „Wrogów publicznych” sugeruje naprawdę poważny wypadek przy pracy.

Nieszczęśliwy bohater książki nie próbuje zadawać pytania o to, co go unieszczęśliwiło, ale stara się udowodnić tezę, że przeszłość człowieka zabija. I tam też szuka – raczej po omacku – przyczyn, dla których dzisiaj musi zażywać pewien specyfik uniemożliwiający mu jakiekolwiek seksualne spełnienia. A te przecież będą bardzo istotne. Po raz kolejny otrzymujemy od Houellebecqa obraz mężczyzny, który wartość kobiety ocenia po tym, w jaki sposób obsługuje ustami jego penisa, jak elastyczną ma pochwę i co może zaoferować jej tyłek. Naprawdę nie chce mi się już analizować tego, czy to wszystko serio, czy też może ironicznie, a jeśli tak, to jaki procent tej ironii zawiera cała ta obsesyjnie powtarzana sfera tematów. Nie chcę także zastanawiać się nad tym, na ile to wszystko seksistowskie czy mizoginiczne, czemu ma służyć w warstwie symbolicznej i co wyrażać między zdaniami. Chcę jedynie zaznaczyć, że to wszystko jest po prostu obrzydliwe i czas, aby wreszcie ktoś o tym powiedział. Jako mężczyzna mówię temu wszystkiemu: dość.

Poza tym czterdziestosześcioletni Florent-Claude niesie w sobie i na sobie cały ból egzystencji świata, który już od dłuższego czasu zmierza do unicestwienia, ale trzyma się być może dzięki temu, co jest też cechą charakterystyczną bohatera – boi się samobójstwa, jest przerażony śmiercią. Cała ta narracja będzie zbudowana wokół opozycji wobec śmierci, ale też specyficznej adoracji samego procesu umierania. Rodzice bohatera odpowiedzialność za życie wzięli w swoje ręce. On sam nikogo nie obarcza swoimi problemami, ale konstruuje zarys czasu minionego, w którym pojawili się ludzie oraz okoliczności kształtujące go takim, jakim jest dzisiaj. Człowiekiem bezradnym, choć przecież gotowym na wszystko, na każdą możliwość. Także na to, by po prostu zniknąć z życia, choć w gruncie rzeczy nie ma komu znikać, jeśli nie liczyć japońskiej kochanki lubującej się w seksie typu gangbang nie tylko z istotami ludzkimi. Michel Houellebecq tworzy taką konstrukcję powieści, w której pojawia się cała galeria mniej lub bardziej ważnych dla bohatera ludzi, z którymi obcował, i to oni mają opowiadać o tym, kim się stał. Sprytne, choć mimo wszystko mało interesujące. Nie tylko dlatego, że bohaterowi można współczuć. Przede wszystkim przez to, że jest niewiarygodny – taką dozę cynizmu z takimi pokładami potrzeby miłości trudno sobie wyobrazić w przeciętnym męskim umyśle, a przecież Florent-Claude chce być postrzegany jako przeciętniak. Nieprzeciętnie smutny, ale to już inna sprawa.

Mimo bulwersującego mnie sposobu przedstawiania kobiet, mówienia o kobietach i czynienia ich elementami dynamizującymi tę prozę ujawnia się tutaj specyficzna złożoność relacji damsko-męskich. Kiedy bohater opowiada o tym, w jak dramatyczny dla siebie sposób utracił wielką miłość, nie dość, że jest czuły, to w bardzo dużym stopniu przekonujący, jakby zupełnie nie z książek tego autora. Dlatego „Serotonina” fragmentami zaskakuje. Także wówczas, kiedy dosadnie pokazuje, że jej bohater jest gotów odpuścić złu i nie zgłosić nigdzie odkrytych czynów pedofilskich. Sam pomysł Florenta-Claude’a, by fizycznie zniknąć, mógłby też ciekawie rozwijać metaforę niedoboru tytułowej serotoniny i być inteligentnym obrazem stanu depresyjnego. Ale to się już nie do końca udaje. Nie tylko dlatego, że opowiadając o depresji, Houellebecq zdaje się portretować tylko to, co w niej bardzo charakterystyczne. Indywidualizując swego bohatera – załóżmy, że to robi i że nie pamiętamy, o czym pisał we wcześniejszych powieściach – nie indywidualizuje jego umysłowej choroby. Nic nie jest w zasadzie zdiagnozowane, ale cała ta książka to właściwie punktowanie problemów, ze świadomym chyba unikaniem jakichkolwiek diagnoz. I przez to jest mało czytelna. Mało wiarygodna, ale przede wszystkim też słaba językowo. Trzeba zatem przyznać, że podczas lektury pojawia się sporo ambiwalentnych myśli, szalę na korzyść goryczy przechylają jednak te związane z rozczarowaniami. Chciałoby się chyba także wziąć jakiś dobry depresant, myśląc o tym, że w taki sposób pisze jeden z czołowych współczesnych francuskich prozaików.

Ważna wydaje się sugestia, że bohater nie jest w stanie stworzyć żadnej więzi międzyludzkiej. Ku jego zaskoczeniu wszystko, czym się stał, wydobywa się jednak z relacji – dobrych czy złych, ale zawsze intensywnych. To jego znajomi decydują się na kroki, na które on sam nie miał nigdy odwagi. To oni spalają się emocjonalnie w życiu, a jego obdarowują popiołami z tych pożarów. To jest ciekawe, jednak w tym popiele mimo wszystko zarysowuje się nam neurotyczny egocentryk, który może jest dobrze zdiagnozowany, a może udzieliło mu się przekonanie, że skoro – jak rzekła jego ukochana – w dzisiejszej Europie nikt już nie będzie szczęśliwy, to niemożliwe jest, by zachować się inaczej niż reszta. Houellebecq chce napiętnować zachowawczość, ale także pokazać, do czego złego ona prowadzi, jeśli ogarnie zbyt dużą grupę ludzi. I w tym momencie powtarza już sugestie oraz fantazje o deprawacji i upadku świata, który rządzi się mimo wszystko własnymi prawami, choć niektórzy próbują czynić z Houellebecqa proroka, a „Serotonina” to świetny dowód na tendencję do robienia wielkiego zamieszania wokół przeciętnej książki. Nazwisko i tak już robi swoje. Mimo wielu mankamentów „Serotonina” będzie czytana, bo trzeba ją znać, przecież to wciąż ważny pisarz, prawda?

2019-07-04

„Vera” Anne Swärd


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 19 czerwca 2019

Liczba stron: 424

Przekład: Elżbieta Frątczak-Nowotny

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Przetrwanie i macierzyństwo

Myślę, że Anne Swärd w swoim pisarstwie obyczajowym lokuje się doskonale między prozami Idy Linde i Majgull Axelsson. Między kameralnymi narracjami tej pierwszej a panoramicznymi obrazami drugiej. Jest u Swärd dodatkowo wieloznaczność przekazu, która też balansuje między tym, co tworzą wspomniane pisarki. Linde operuje głównie symbolami, Axelsson – mam na myśli lepsze jej książki – stara się być zasadnicza i dosadna, nazywając emocje wprost i dopiero potem wyprowadzając je w kierunku szerszego kontekstu. Myślę, że autorka „Very” stale się rozwija i doskonali. Już omawiając „Do utraty tchu”, zauważyłem tę ewolucję, bo polifoniczne „Lato polarne” w porównaniu z bardzo kameralną narracją pierwszoosobową „Very” pokazuje drogę rozwoju pisarskiego Anne Swärd. W najnowszej powieści znowu powracamy do motywu miłości oraz skomplikowanych relacji rodzinnych, ale „Vera” idzie dużo dalej – tu ważne będą kontekst historyczny, uwarunkowania obyczajowe Sztokholmu przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego stulecia oraz specyficznie wyodrębnione relacje matek i córek. Ale także obraz matki niespełnionej, zgorzkniałej w tym niespełnieniu, kostycznej i okrutnej. Wszystko tworzy wielowątkową powieść, która opowiada o kobiecej bezwolności i sile jednocześnie. O tym, że przetrwanie bywa najważniejsze, ale bez miłości jest tylko okrutną wegetacją. Brzmi jak banał? Anne Swärd pokaże, że jest niebanalna, nietuzinkowa i po raz kolejny poza wszelkimi granicami klasyfikacji gatunkowej. „Vera” to interesująca książka. W konstrukcji oraz przesłaniu udowadniająca po raz kolejny, że skandynawskie powieści obyczajowe są w ukazywaniu ludzkiej psychiki jednymi z najważniejszych dokonań europejskiej literatury współczesnej.

Autorka chce ponownie po „Lecie polarnym” i „Do utraty tchu” nawiązać do mroźnej szwedzkiej północy, choć akurat tutaj powrót ten wydaje mi się zabiegiem dokonanym na siłę. Będziemy mieli bowiem przyjęcie weselne na wyspie gdzieś w Zatoce Botnickiej, gdzie śnieg i mróz wedrą się w żar ludzkich ciał, studząc i budując działający na wyobraźnię kontrast. Poza tym jednak powieść pójdzie w zupełnie innym kierunku i ten sentyment do zimnej Szwecji pozostanie tutaj tylko jako autorska ekstrawagancja. Tak czy owak chłód – ten symboliczny, wieloznaczny – jest w „Verze” bardzo ważny, bo to przecież opowieść o byciu odrzuconym, oszukanym, o życiu pełnym niespełnienia, ale także o specyficznym rodzaju wyobcowania. Ono dominuje w tej książce od początku do końca. Bo główna bohaterka jest jednocześnie wstydem, rozczarowaniem, samotnością, bezradnością i symbolem potęgowanej przez pustkę utraty tożsamości.

A jednak Sandrine doskonale wie, kim jest i skąd się wydobyła. Trafia do życia rodziny Cederów, których relacje tworzą spektakl wszelkich ludzkich obrzydliwości, a jednocześnie niezwykłe tło, na którym bohaterka po latach bezwolności zacznie widzieć, że wojna, której doświadczyła, nie zrujnowała jednak wszystkiego. Sandrine staje się matką. Ale taką bardzo oddaloną od swojej córki. Tytułowa Vera będzie tu symbolizowała bardzo czytelną ambiwalencję uczuć. Vera będzie wściekłością, przywiązaniem, poczuciem winy i świadectwem tego, że życie jest najważniejsze, a jego treść trzeba zbudować czasem z nieznośnej pustki. Anne Swärd proponuje opowieść o specyficznym macierzyństwie, by oddać swojej powieści moc sugestywności właśnie wówczas, gdy bohaterka zrozumie, czym to macierzyństwo jest naprawdę, gdy zostanie skonfrontowana z obcym dzieckiem, które od początku przecież było jej dzieckiem.

Ale równie istotne jest śledzenie tego, kim się stała Sandrine, poprzez to, czego doświadczyła i z jakiej rodziny ruszyła do walki z trudną rzeczywistością. Nastolatka wydobywająca się z wojny musi zacisnąć zęby, kiedy służąca mocno zaciska jej gorset ślubny. Ta przejmująca scena otwierająca książkę będzie też późniejszą wykładnią losów bohaterki. Funkcjonowanie na wdechu, opresyjne, utrudnione przez szereg komplikacji i uniemożliwiane ograniczeniami w nowej rodzinie. Wyjątkowo fasadowej i kryjącej więcej tajemnic niż siedemnastolatka znikąd, która decyduje się na rolę żony u boku męża lekarza. Autorka „Very” chce bardzo szeroko i wielopłaszczyznowo ukazać formującą się tożsamość młodziutkiej bohaterki, wskazując jednocześnie momenty, kiedy Sandrine jest gotowa wziąć odpowiedzialność głównie za swoją przeszłość. Jej macierzyństwo jest także symbolicznym momentem przejścia między traumami czasu minionego a perspektywami na przyszłość. W mrocznej rodzinie, do której trafia jakby przypadkiem, jej przyszłość to jedynie ukrywanie tajemnic z czasu wojny.

„Vera” to zatem powieść o wędrówce umożliwiającej zrozumienie, do kogo i w jakim znaczeniu się przynależy. Powieść inicjacyjna, inna nieco od poprzednich dokonań tej autorki. Anne Swärd sugeruje wiele otwartych rozwiązań, stawia trudne pytania bez odpowiedzi, ale przede wszystkim plastycznie obrazuje w języku to, w jaki sposób traumatyczne przeżycia kształtują myślenie o sobie i branie za siebie odpowiedzialności. Sandrine staje się cieniem w obcej jej przestrzeni, ale też uważnie tę przestrzeń obserwuje. Jest czujna, choć pozornie rozbita przez rozpacz, a potem poczucie bezwartościowości życia. Jednak musiała o to życie walczyć i z tą walką wiążą się konsekwencje. Wszystko, co przeżywa bohaterka, staje się konsekwencją czasu minionego. A w tym wszystkim ujawnia się opowieść o sile i desperacji. Zaskakująca językiem i tym, do jak wielu sposobów odbierania rzeczywistości nawiązuje. „Vera” opowie o nieszczęśliwych ludziach, dla których życie było pasmem nieodwracalnych utrat. O ludziach będących w symbolicznym przedpokoju między bolesną przeszłością a możliwościami, które kryje przyszłość. Dlatego Anne Swärd stara się sugerować, nie punktować. Dlatego „Vera” jest tak świetna psychologicznie, tak wiele nietypowych pytań stawia, tak niekonwencjonalnie rozbudowuje świat przedstawiony.

To także powieść o surowości – otoczenia, aury, ale przede wszystkim relacji międzyludzkich. Czyta się to z niesłabnącym poczuciem, że czytelniczo również tkwi się w jakiejś chłodnej klatce, wciąż doświadczając emocjonalnych poruszeń Sandrine. Myślę, że to też świetny przykład powieści, którą należy odbierać emocjami, ale również ze świadomością tego, iż jest to po prostu bardzo dobrze skonstruowana narracja. To, co ma być nieczytelne, pozostaje w cieniu. To, co kształtuje i zmienia główną bohaterkę, wydobywa się z kontekstów. Jedna z lepszych powieści obyczajowych, które czytałem ostatnio. I powieść silnego niepokoju. Z wieloma zakończeniami otwartymi, które niekiedy ujawniają się dużo wcześniej niż na ostatnich stronach książki.