Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura skandynawska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura skandynawska. Pokaż wszystkie posty

2026-07-20

„Prawie wieczór, wciąż jasno” Linea Maja Ernst

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 17 czerwca 2026

Liczba stron: 300

Przekład: Edyta Stępkowska

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Odsłony emocji

Homoseksualna debiutantka literacka opowiada o ideologicznych zderzeniach heteronormatywności z innym obliczem świata, w uproszczeniu: queerem – sama autorka nad wyraz często używa tutaj tego określenia. Wiemy doskonale, że wielu twórców, zwłaszcza współczesnych, po prostu odzwierciedla własne życie w swojej twórczości. Niektórzy robią to subtelnie i z klasą, oferując nam prawdziwą literaturę. Niektórzy atakują sobą i swoją ideologią, piszą po prostu pamiętnik; wiele z takich narracji powinno pozostać w szufladach, a jednak stają się książkami – nie dość, że popularnymi, to w dodatku chętnie tłumaczonymi na inne języki. I w przypadku tej powieści, najsłabszej w „Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich” (do tej pory za najmarniejszą uważałem „Bliznę” Auður Avy Ólafsdóttir), mamy prawdopodobnie do czynienia z taką właśnie sytuacją, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, co twórczyni pisze w zakończeniu i jak formułuje podziękowania.

W zasadzie przywołanie „Blizny” nie jest tu przypadkowe, bo obie te książki i wprost, i metaforycznie opowiadają o tym, jak piekielnie trudno czasem wytrzymać samemu ze sobą. Za powieścią Ólafsdóttir stoi jednak jakaś historia. Generalnie cała literatura nordycka przez lata udowadniała nam, że dobra książka to przede wszystkim dobra opowieść, a nie ideologiczne rozmemłanie, a tego określenia po prostu muszę użyć, bo są momenty, gdy czytanie Linei Mai Ernst jest potwornie męczące: banał goni banał, a idea ściera się z tymi, z którymi już starła się wielokrotnie i do znudzenia.

Znajdźmy jednak pozytywy tego debiutu. Przede wszystkim tytuł, choć to akurat wybór polskiego wydawcy, bo autorka nazwała swój utwór „Kun til navlen” – interpretację pozostawiam znającym język duński. „Prawie wieczór, wciąż jasno” sugeruje czas niejasności, niepewności, porę przejściową i zapowiadającą coś, ale osadzoną w konkrecie, którym jest słowo „wieczór”. Fundamentem powieści mogłoby być słowo „nieprzystawalność”. Albo zwrot „emocjonalny eskapizm”. Ale to już dwa słowa. A duńska pisarka stara się być oszczędna w nich, choć niestety jej się to nie udaje, bo styl daleki jest od większości powieści wspomnianego wyżej cyklu. Autorka prowadzi nas ciekawie głównie przez trzy sceny erotyczne oraz malownicze opisy otoczenia: odludzia, w którym dawni akademiccy przyjaciele postanawiają spędzić niejako biblijny tydzień; będą nieświadomie coś budować, niszcząc jednocześnie. Niektórzy samych siebie. Jedna z bohaterek nosi w sobie tak ogromne pokłady autoidiosynkrazji, że metaforycznie prawie wybucha niczym wulkan. Ale realnie będzie tutaj raczej spokojnie, sporo drzew, łagodna toń jeziora i nic spektakularnego, jeśli chodzi o potęgę natury. Potężne są za to związki, zależności, zawierane sojusze i mnóstwo, po prostu mnóstwo ideologii polaryzującej ludzi w sposób okrutnie wręcz dydaktyczny.

Docierając do końca tej powieści – chociaż w bólu – zauważa się ciekawą symbolikę samego początku. Wtedy do miejsca, w którym czekała na wszystkich czarna gajówka z kominkiem i letnia beztroska duńskiej przyrody, zmierzał samochód wiozący trzy osoby należące do grupy – zgodnie z moim zamieszczonym na wstępie recenzji uproszczeniem – queer. Pigwa uznaje się archaicznie – i ze względu na to atrakcyjnie dla siebie – za hermafrodytę. Za chwilę będzie mężczyzną, ale na razie docieka, czym ta męskość jest naprawdę. Nie spodziewamy się zaskakujących efektów badań terenowych Pigwy, kiedy już rozpocznie się sielankowy tydzień pośród przyjaciół. Auto uważnie prowadzi jedna z kochanek. Włącza kierunkowskaz nawet na skręcie pośrodku niczego, kiedy samochód opuszcza już cywilizowane drogi asfaltowe. Metodyczna, uważna, skupiona na kierownicy i drodze. Przewodniczka. Opiekunka. Silna i bezkompromisowa połowa związku, którego drugą część tworzy siedząca z tyłu Sylvia, która w przeciwieństwie do swej ukochanej Charlie nie ma uprawnień do kierowania pojazdem. A potem coraz wyraźniej widzimy, dlaczego brak prawa jazdy jest taki istotny i symboliczny. Najciekawsza z bohaterek, choć i najbardziej chyba irytująca, nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za kierowanie swoim życiem, albowiem nie wie, dokąd tak naprawdę podąża. Utkwiła w emocjonalnym i erotycznym układzie, który jest dla niej wygodny. Bo Sylvia chciałaby choć przez chwilę poczuć egzystencjalny komfort, ale z wielu powodów jest to niemożliwe.

Możliwe jest za to zmarnowanie ciekawego potencjału powieści i zrobienie z niej ideologicznego manifestu. Nie jest on w żaden sposób odkrywczy. Wiem, że ironizując, bagatelizuję trochę treść, która mimo wszystko jest wielowarstwowa. Rejestr, w jakim utrzymywana jest narracja, wpływa zarówno na krajobraz emocjonalny między bohaterami, jak i na stosunek czytelników do niego. Wiem, że nie o taką prostotę interpretacyjną chodziło Ernst, ale duńska pisarka sama pcha się na minę, kiedy zniuansowane dylematy egzystencjalne zamienia w opowiadanie o świecie, w którym koniecznie trzeba wybierać między heteronormatywnością, schematyzmem i rutyną a wolnością, swobodą seksualną i nieskończoną ilością życiowych opcji, której przeciwieństwem jest zamykanie się w klatce życia rodzinnego, płodzenia dzieci, brania kredytów oraz chodzenia do przewidywalnej i nudnej, choć dobrze płatnej pracy.

Sylvia hamletyzuje. Jej partnerka znosi to dzielnie, ale reszta towarzystwa niekoniecznie. Aby nie było samej ideologii, mamy też postacie z krwi i kości, w których szkicowaniu Ernst jest naprawdę całkiem niezła. Prezentowana grupa nie jest tu bynajmniej zwykłą paczką przyjaciół, których łączy bardzo dużo i dzięki temu przez lata wytrwali ze sobą, nie zerwali kontaktu, nie popadli w bezpieczną rutynę życia, w którym nie ma już miejsca i czasu dla znajomych sprzed lat. Żeby dopisać do ideologicznej dychotomii konkretne sytuacje i konkretnych ludzi, autorka „Prawie wieczór, wciąż jasno” proponuje nam dwie pary, z których jedna jest już małżeństwem i ma dwójkę dzieci, a druga właśnie zamierza wziąć ślub. Ta czwórka wydaje się emocjonalnie dużo stabilniejsza niż przybywająca trójka, w której umysłach kłębi się bardzo dużo niepokoju. A wszyscy chcą przede wszystkim odpocząć, choć kiedy poznają także ukryty cel tego spotkania, trudno już o prawdziwy odpoczynek. Przede wszystkim Sylvii.

Zaczytana w książkach Woolf i Plath dziewczyna nie może pogodzić się z tym, jak łatwo ludzie wybierają w życiu różnego rodzaju ograniczenia. Albo to, co ona tak nazywa. Życie z dziećmi, kredytami i dobrą pracą to klatki, w których zamykamy się samodzielnie i świadomie. Sylvia – i nie tylko ona w tej książce – wierzy w moc swobody wyboru i w to, że szczęście może dawać przede wszystkim decydowanie o własnej tożsamości bez utrwalania jej ram. Nieustanny psychorozwój, który być może nie jest wcale rozwojem. Sensualność, potrzeby ciała, roszczeniowość umysłu niedającego się zamknąć w jakimkolwiek schemacie. Tymczasem zaś cała ta egzystencjalna przeprawa przez zakamarki wspomnień i obecnych doznań grupy przyjaciół jest schematyczna do bólu. W XXI wieku nie można skarżyć się na brak czegoś, co rzeczywistość oferuje bez ograniczeń w każdym z krajów tak zwanego pierwszego świata. Syci i bezpieczni Duńczycy wkraczający w wiek średni wybrali tak, a nie inaczej, podczas gdy Sylvia nie jest w stanie podjąć żadnej decyzji, więc blisko jej do Pigwy, który z całej tej gromady decyduje się na wybory najbardziej odważne. I wydaje się, że zawsze wygrywa. Ale to tylko teorie, bo prawdziwe życie toczy się z dala od tego jeziora i pozornie sielankowego tygodnia odpoczynku. Każdy próbuje odpocząć, jednak nie każdy znajdzie pośród bliskich sobie ludzi ukojenie, po które przyjechał w tę zieloną dzicz na samym początku lata.

Linea Maja Ernst zbyt rozwlekle i dość monotonnie opisuje, co każde z przyjaciół myśli o innych. Staje się to nużące, bo autorka często powtarza się, zmieniając jedynie dobór słów. Z całym tym towarzystwem przebywa dwójka doskonałych dzieci: zajmujących się sobą i nieskłonnych do zakłócania spokoju rodziców i innych dorosłych. Sylvia zatem – i nie tylko ona – ma aż za wiele czasu na rozmyślania, które często prowadzą donikąd i nie wnoszą niczego nowego do tej powieści bez opowieści. Debiutantka wpada na to, by użyć wyświechtanego do bólu motywu zaginięcia jednego z dzieci. Jednak szybko porzuca ten pomysł. I dobrze, bo myślę, że nawet on nie uratowałby tej książki przed brakiem dynamiki. Dynamicznie biją tylko serca ludzi, którzy nazywają swoją relację przyjaźnią, ale zachowują się wobec siebie w sposób nielicujący z tym mianem.

Jestem rozczarowany, zdziwiony i mam poczucie, że wszedłem w świat uproszczeń opisywany na siłę taką frazą, by była to powieść w jakiś sposób nowatorska. Ma ciekawe detale, natomiast całościowo wypada dość słabo. „Dlaczego jesteśmy tacy odrażający?” – można byłoby krzyknąć wraz z Sylvią, gdyby stanęło się pośród opisywanych postaci. Bohaterów nie da się lubić, choć obserwuje się ich z bardzo bliska. Ani dylematy i problemy, ani ich brak nijak nie poruszają. Całość zamyka się formalnie niczym wykład. Minimalistycznie i dosadnie, jak na skandynawską prozę przystało. Ernst w moim odczuciu nie zadebiutowała zbyt dobrze. Rozumiem jednak mechanizmy, które doprowadziły do tak licznych tłumaczeń i międzynarodowej kariery książki naprawdę przeciętnej, choć mówiącej o kwestiach bardzo istotnych z punktu widzenia płciowości, emocjonalności i wrażliwości na to, co kształtuje codzienność. Dla każdego z tych ludzi codzienność to zupełnie inne ważne detale. Zderzenie tak rozmaitych charakterów mogłoby być zaczynem znakomitej obyczajówki z wieloma niedopowiedzeniami. Ale jest ich tylko kilka. Reszta to ubrane w ładne słowa wykłady. Zdecydowanie to wszystko już wiemy i nie musimy być ponownie uświadamiani.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-13

„Nie płyń na morze” Elin Anna Labba

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 15 lipca 2026

Liczba stron: 440

Przekład: Agata Teperek

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 64,90

Tytuł recenzji: Woda, pamięć, utrata

„Nie płyń na morze” Elin Anny Labby warto czytać w zestawieniu z „Kradzieżą” Ann-Helén Laestadius, choć są to książki różnie napisane, a Labba unika raczej dosadności Laestadius. Przejmujący debiut powieściowy tej pierwszej jest zdecydowanie delikatniejszy, pełen subtelności i odnosi się do innych rejonów kultury saamskiej, choć w obu narracjach mamy do czynienia z bohaterkami rozwojowymi: dziewczynami stającymi się kobietami muszącymi wtopić się w tło i zatopić (to nawiązanie do Labby) swą tożsamość, by wejść do gry o tak zwane normalne życie w tak zwanym normalnym państwie. Na przykład w Szwecji, która bardzo długo nazywała takie jak one Laponkami. Myślę, że te opowieści się uzupełniają właśnie dzięki temu, że są różne w stylu i formie, jednak obie mówią o tym samym. O wspólnocie wykluczonych, którzy w różny sposób radzą lub nie radzą sobie z tym, że imperatywem otaczającego świata jest dostosowanie się do niego, a bycie saamską gromadą to stygmatyzacja mająca wiele oblicz. Elin Anna Labba opowiada o jednym z nich, wieloaspektowym, ale pokazanym w dość jednolity sposób, za pomocą przemyślanej spokojnej narracji z metaforą wody jako punktem wyjścia do rozważań o tym, jak bolesna bywa odmienność Saamów i co właściwie ją definiowało przez dziesięciolecia.

Teraz jest już nieco inaczej. Dziś każdy mieszkaniec Skandynawii wie, że określenie Lapończyk jest pejoratywne, a proces asymilacji północnoeuropejskiego narodu bez państwa przebiega coraz lepiej, choć niepokojące jest to, że saamski folklor coraz częściej pojawia się w świecie komercyjnych przedsięwzięć. Można odnieść wrażenie, że obecnie sytuacja wygląda podobnie do przedstawionej w powieści Elin Anny Labby wizyty reportera lokalnej gazety, który wykoślawia obraz rzeczywistości i prezentuje go, narzucając określoną tezę. Wszystko i wszyscy traktowani są jak eksponaty z muzeum dzikiej natury. Dzisiaj joik, tak istotny w tej powieści, staje się elementem muzyki popularnej, a dzięki kulturze saamskiej można tworzyć intratne biznesy.

Nie płyń na morze” wydaje się przenosić nas daleko w przeszłość, chociaż mówi o wielu dekadach ubiegłego stulecia – czas i przestrzeń łączą się zupełnie inaczej, rytm życia narzuca naturalna powtarzalność, a tożsamość budowana jest na tym, co zmienne, tymczasowe. Jak goahti, w których mieszkają bohaterki powieści. Labba po reportażu „Panowie nas tu przesiedlili” postanowiła wejść w nieco łagodniejszy rejestr opowiadania o nieposiadaniu swojego miejsca na ziemi, a właściwie o rozpaczliwej i kompulsywnej walce o jego posiadanie. Ta walka to czasem skrajności w wyborze drogi życiowej. Można walczyć wewnątrz siebie, a w końcu wraz ze swym egzystencjalnym smutkiem, którego nie da się już wyrazić, wypłynąć martwym z jeziora. Można walczyć też – z determinacją i do końca – o dom, samostanowienie, bycie niezależnym w świecie odbierającym tę niezależność. W Szwecji, w której dobrze byłoby zmienić tożsamość kulturową, by dopasować się do społeczeństwa, w tej książce egzemplifikowanego tylko przez pojedyncze osoby przybywające z zewnątrz i zainteresowane wyłącznie kwestiami formalnymi związanymi z doraźnym bytowaniem i planami dotyczącymi przebywania na określonym terenie.

Ten teren to okolice jeziora. Miejsca, które z jednej strony jest życiodajnym przyjacielem i punktem odniesienia dla wszystkich, którzy nie zamierzają stawać się Szwedami. Z drugiej jednak – przynoszącego zagrożenie, wzmagającego lęk. Przyglądając się temu, jak ważnym punktem odniesienia w historii życia dzielnych saamskich kobiet jest jezioro, nie sposób nie dostrzec także symboliki wody jako czegoś zmiennego, niemożliwego do zmierzenia, umykającego jakimkolwiek kategoriom porządkującym, dającego ostatecznie poczucie bezpieczeństwa, które paradoksalnie wynika z opisywanych zagrożeń ze strony wzbierającej wody. Ann-Helén Laestadius we wspomnianej na wstępie powieści koncentrowała się na silnym związku Saamów ze zwierzętami będącymi niczym członkowie rodziny. Elin Anna Labba kładzie nacisk na relacje międzyludzkie, ale i u niej pojawiają się przejmujące sceny z udziałem zwierząt, gdy bliskość z nimi zamienia się w akty przemocy czy mordu. Wszystko w cichym, bardzo cichym otoczeniu nad coraz większą wodą, w której słychać coraz mniej. Jednak milczenie nie oznacza tu bierności.

Autorka portretuje członkinie rodziny, z których jedna – najsłabsze ogniwo – walkę o samostanowienie przegrywa między innymi dlatego, że dla wszystkich jej krewniaczek żyć to przede wszystkim mierzyć się z przeciwnościami i niepewnością losu. W tej tymczasowości łatwo popaść w melancholię. Szwecja minionego stulecia nie zajmowała się terapią depresji czy zaburzeń osobowości w środowisku „tych obcych”, osiadłych tuż obok tak zwanej cywilizacji i niechętnych do asymilacji. Tylko czy mamy tu do czynienia z próbami asymilacji, czy pełnymi różnego rodzaju agresji aktami destrukcji gromady na rzecz dostosowania jej do ludzi rzekomo wiedzących, ku czemu zmierzają, a przede wszystkim gotowi są bronić lokalnej stabilizacji przed nomadyzmem, który wygląda tam bardzo źle?

Zostają zatem matka i córka w intrygującej i bardzo różnorodnie prezentowanej przez autorkę relacji. Najpierw poznajemy dziewczynkę, której los odebrał ojca i obarczył ją życiowym smutkiem, a wraz z nim – alienacją, której Ingá nie ma zamiaru się poddać. Podobnie jak jej matka, Rávdná, tułająca się podczas ciąży, zawsze gotowa na walkę z kolejną przeciwnością losu, zawsze silnie związana ze swoją społecznością. Córka dorasta i zbliża się do świata, w którym Szwedzi zbudowali sobie stabilną codzienność – tak sztampową i powtarzalną, jakby jej składowe zapożyczyli z duńskich klocków Lego. Matka pozostaje w miejscu, które nazywa domem, choć przecież fizycznie jej siedzibą jest tylko tymczasowa chata nad jeziorem. Jednak dla niej dom to także to, co nienamacalne: zwyczaje i obyczaje, siła joiku i pamięci o tym, że najważniejsza jest tożsamość społeczności. Z czasem drogi tych dwóch kobiet pozornie się rozchodzą, jednak Elin Anna Labba wcale nie pokazuje tutaj wiwisekcji oddalania się od siebie. Wręcz przeciwnie – na przestrzeni lat pokazuje, że to, co silnie związane z pobliską wodą, wciąż pozostaje trwałe. Że nie ma żadnego podziału ani rozdzielania się, choć warunki życia matki i córki zaczynają się różnić. Siła łącząca obie kobiety jest tu niezwykle istotna, natomiast jej opis za pomocą bardzo różnych środków wyrazu to jeden z wielu atutów „Nie płyń na morze”.

Warto zwrócić uwagę na to, co bohaterki traktują jako stałe, a co jako rzeczywiście tymczasowe. To istoty żywe, ale i rzeczy. Coś, co można porzucić, i coś, czego pozostawić nie sposób. Najboleśniej jednak prezentuje się tu symbolika palenia: w płomieniach staje to, czego często nie można już nieść, a przede wszystkim unieść. To historia o bezkompromisowej próbie zachowania swojego miejsca na ziemi i o tym, że o tym zachowaniu decydują determinanty niezależne od nas. Woda z jeziora może być jedną z nich. Jezioro może być czułą matką i śmiertelnym wrogiem. W społeczności silnie związanej z wodą nie ma skrajnych podziałów. Labba nie zarysowuje konfliktów wewnętrznych w społeczności saamskiej, choć i one mają miejsce, co jest dyskretnie zaznaczane. Ta książka jest pełną melancholii opowieścią o sile przetrwania mimo ciągłych utrat. Mimo braków, których nic nie zrekompensuje, ale na które jest się gotowym, by dzięki tej gotowości trwać. Takim, jakim się jest. W takiej, a nie innej strukturze społecznej, z charakterystyczną wrażliwością i czułością dla pewnych detali, bo warto zwrócić uwagę na to, że w fabule istotne są pewne szczegóły budujące kształt świata przedstawionego. Powieść o tym, że być nomadą w północnej Europie to jednocześnie przekleństwo i szczęście wyzwolenia. Tylko czy wolność społeczności ukazanej w tej powieści nie jest najbardziej surową formą niewoli?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-01

„Moi przyjaciele” Fredrik Backman

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 3 czerwca 2026

Liczba stron: 432

Przekład: Anna Kicka

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Minione i obecne życie

Niezwykły humanista literatury środka. Człowiek, na którego kolejną książkę naprawdę czeka się z wytęsknieniem. Tutaj Backman dziękuje w zakończeniu wszystkim bliskim mu ludziom, dzięki którym powstała poruszająca opowieść… o bliskości ludzi, choć czasami szorstkiej, naznaczonej głównie utratami, której tłem jest wszechobecna śmierć, ale również sugestia, co to znaczy żyć naprawdę. I tak jak autor dziękuje tym wszystkim ludziom, ja dziękuję właśnie jemu. Takie książki jak „Moi przyjaciele” powinny zasłużenie trafiać na półki z bestsellerami, bo nie są ani skomplikowane formalnie, ani uwikłane w problematykę trudną do objęcia rozumem czy całkowitego przyswojenia. To po prostu rzecz dla wszystkich. Znając wcześniejsze powieści Fredrika Backmana, oczekiwałem jednocześnie śmiertelnie poważnej historii i przezabawnej opowieści; tym razem pisarz gra detalami: opisami mrugania, przewracania oczami czy brania głębokiego oddechu.

Tym, co mnie zaskoczyło w tej książce, jest sposób budowania historii. Tu jedna opowieść wyłania się z drugiej. Fundamentem jest klasyczna narracja drogi – podróż dwójki ludzi, którzy zupełnie do siebie nie pasują i pozornie są całkowicie różni choćby z racji wieku, a jednak przemierzają przestrzeń, od początku wiedząc, że w jakimś stopniu do siebie przynależą. A potem zrozumieją tę przynależność bardziej, kiedy właśnie z jednej historii wydobywać się będzie kolejna. Obie zmierzają ku zakończeniu, które – znając twórczość Backmana i proponowane przez niego tezy dotyczące kondycji egzystencjalnej człowieka jako takiego – staje się przede wszystkim zaprzeczeniem wcześniejszego założenia, że dużym ciężarem jest „słyszeć samego siebie w innym”. Zarówno pozbawiona bliskich oraz poczucia sensu istnienia nastolatka, jak i dobiegający czterdziestki mężczyzna, który wciąż żyje pamięcią tego, co minęło, usłyszą od siebie być może więcej na swój temat, niż zdołali się o sobie nauczyć do tej pory.

Ona żyje dużo krócej, lecz bardziej intensywnie niż on. Za chwilę przestanie być istotna dla systemu poszukującego uciekinierki. Skończy osiemnaście lat i stanie się dla tego systemu nieważna, niewidoczna. Dorosłych już się nie ściga z takich przyczyn. Ich problemami już nikt się nie interesuje. „Moi przyjaciele” to gloryfikacja nastoletniości poprzez czynienie jej zauważalną. Ale to również mroczna historia mężczyzny, który jako nastolatek doświadczał, tego, czego doznawać nie powinien, bo to wypaczyło jego poglądy na życie i samego siebie. Nie ma jeszcze czterdziestki, a zdaje się, że ten wciąż jeszcze młody człowiek przymusza się do każdego kolejnego oddechu. Dzieje się tak, dopóki los nie połączy go z dziewczyną, która mimo doświadczonych traum (w tym śmierci przyjaciółki) pełna jest witalności i ciekawości tego, o co bohater często sam siebie nie pytał. I tak oto niedobrane charakterologicznie postacie ruszają w świat pociągiem. Tyle tylko że ten pociąg zaczyna przemierzać przestrzeń inaczej. Zaczynamy się cofać, a retrospekcje stają się coraz ważniejsze. To one opowiedzą o tym, co wie wielu z nas, ale co Backman podkreśla wyraźnie: „(…) najniebezpieczniejsze miejsce na świecie jest w nas samych”.

Podążamy jednak do miejsca, w którym rodzi się wyjątkowa przyjaźń. Tam, dokąd nie dociera formalizm ani zdrowy rozsądek świata dorosłych i gdzie żadna relacja nie zawiąże się w jakimś klasycznym albo choć przewidywalnym stylu. Są młodzi ludzie doświadczeni przez przemoc, alienację i poczucie bycia bezwartościowymi i jest cud świata natury, który niweluje ich lęki oraz troski, coraz bardziej zbliża do siebie, a ostatecznie prowadzi do tego, że znajdują się na pewnym niezwykłym obrazie. Nie wszyscy, bo ktoś ich przecież malował. Młodziutki artysta. Potem doceniony przez świat. W najważniejszym etapie swojego życia doceniany przede wszystkim przez przyjaciół. Fredrik Backman nie opowie o tej przyjaźni banalnie. W ogóle będzie unikał banałów czy truizmów, które wplątywały się w treść jego poprzednich książek. Autor „Zwycięzców” opowie przede wszystkim o wewnętrznej sile przeciwstawiania się temu, co naciska, sugeruje, nakazuje: żyj tak, by żyć normalnie, niewidocznie. To zresztą porada dla syna wygłoszona przez jedną z matek bohaterów. O młodych ludziach, którzy zaklęli dla siebie krótki czas niesamowitej bliskości. Nigdy się z tego czasu nie wydostali. I zawsze będą wyczekiwali jakiegoś jutra, choćby nawet umierali, fizycznie znikali ze świata, z którym tak uporczywie walczyli.

„Moi przyjaciele” to w dużej mierze historia tego, w jaki sposób uciekamy od piekła w nas samych, ale również opowieść o przypadkowości zdarzeń, których sekwencja prowadzi do niesamowicie silnego przywiązania na całe życie. Jest tu wszystko, co wiemy o życiu albo czego za chwilę się dowiemy: że nikogo nie rozpieszcza, a z wieloma rozprawia się okrutnie. Doświadczane tu rzeczywiste fizyczne ciosy są także ciosami od losu, który wymierza je bohaterom na ich własne życzenie. Piekłem jest żyć wśród ludzi, którzy stają się automatycznie obcy, nie przynależąc do stworzonego świata przyjacielskiej paczki. Piekłem jest jednocześnie żyć w tej paczce, w której każdy niesie bagaż przejmujących doświadczeń i każdy jedynie udaje, że sobie radzi. Albo nie udaje, tonie w sobie, pozwala kierować sobą za pomocą poczucia bezsensu istnienia. Czy portretowani przyjaciele żyliby dalej, gdyby nie zdarzyła się ta niesamowita więź, która pomogła im przetrwać wszystko, co trudne?

Ale przecież najtrudniejsze dopiero przed nimi. Przed każdym z osobna w inny sposób. A przed jednym z mężczyzn pojawia się trudność zderzenia z emocjonalnie rozchwianą nastolatką, która dziwnym trafem potrafi uporządkować jego chaotyczne wnętrze pełne lęków o siebie i przepełnione przekonaniem, że wraz z tamtym nastoletnim okresem bliskości przeminęło już wszystko, na pewno zaś pojawiła się bariera utrudniająca dotknięcie drugiego człowieka, znalezienie się przy nim blisko. W fizycznym znaczeniu trudności życiowych Backman nie dobiera jakichś specjalnych motywów – wykorzystuje ten klasyczny i wszechobecny nie tylko w literaturze, lecz przede wszystkim w życiu motyw przemocy domowej, w której noszone na ciele siniaki są nie tylko świadectwem doświadczonego bólu. Tutaj mowa jest o cierpieniach egzystencjalnych, które są zniuansowane właśnie przez to, że „Moi przyjaciele” to historia różnego rodzaju relacji. Mimo że bohaterowie mogą wydać się papierowi, że autor nie wchodzi gdzieś głębiej w ich umysły, nie koncentruje się jakoś specjalnie na miejscu ich pochodzenia, zaznacza jedynie wyobcowanie przez podkreślanie motywu emigracji i bycia obcym także w języku i państwie.

Pozornie to powieść po prostu o nieszczęśliwych dzieciach, które stają się potem nieszczęśliwymi dorosłymi. Ale tylko pozornie. Istotnym motywem jest sztuka łącząca się tutaj z absolutnie każdą życiową emocją, która tworzy nasze człowieczeństwo. Backman nie odchodzi w wielu akapitach od dydaktyzmu, ale tym razem jest to bardziej sugerowana sentencjonalność. On już po prostu tak pisze: obrazuje jakiś świat przedstawiony i podsumowuje go wnioskami, do których dojście być może utrudnia czytelnikowi. Jednakże tutaj nie pozbawia go zadumy nad tym, kim się stajemy w gromadzie, kim samotnie, a kim jesteśmy, gdy grupa bliskich się rozpada, jednak trzeba żyć dalej. Kochać kogoś lub coś albo w kogoś lub coś wierzyć. To sobie przecież obiecywali nastoletni ludzie widniejący na obrazie będącym wyjątkowo barwnie wykorzystanym leitmotivem „Moich przyjaciół”.

Backman jak zawsze stara się być ironiczny i humorystyczny, ta rozpoznawalna cecha jego prozy zaznacza się już na samym początku. Jednak potem, gdy jedna historia przeradza się w drugą, tę właściwie odradzającą się na nowo, jesteśmy już dalecy od rozbawienia. Tę powieść powinien przeczytać każdy samotny człowiek, by może pojąć, dlaczego samotność mu szkodzi i w jaki sposób się w nią wpędził. Także ten, który uważa, że ma wszystko. A może nie mieć siebie. Na koniec zaś to, co najważniejsze: Fredrik Backman po raz kolejny napisał powieść absolutnie dla każdego, a tym razem mam wrażenie, że fragmentami mogłaby to być lektura szkolna inspirująca niezwykłe lekcje o nadzwyczajności smutku i szczęścia naszego istnienia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-08

„Gdzie są dorośli?” Nina Lykke

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 29 kwietnia 2026

Liczba stron: 240

Przekład: Karolina Drozdowska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49,90

Tytuł recenzji: Bycie w rolach

Czy zdarzyło wam się w bezsilności kupić dziecku zabawkę, z powodu braku której wrzeszczało ono na pół sklepu? Czy zrobiliście to dla świętego spokoju, by nie zwracać na siebie uwagi? Czy przez co najmniej kilkanaście lat mówiliście swojemu dziecku, co ma robić, a czasem myśleć, nawet przez chwilę nie pomyślawszy o tym, że miałoby ono dla was jakąś informację zwrotną dotyczącą tego nakazu? Czy w pewnym momencie wasze dziecko przestało utrzymywać z wami kontakt, bynajmniej nie z powodu tego, że samo się z kimś związało albo w związku z tym pojawili się jego potomkowie? Czy w ogóle kiedykolwiek naprawdę zastanawialiście się, gdzie przebiega granica między tym, co dziecku jest nakazywane, a tym, w jaki sposób ono ten nakaz wewnętrznie kontestuje? Bo Nina Lykke wzięła się właśnie za rozpatrywanie tych zagadnień w swej najnowszej powieści „Gdzie są dorośli?”, która opowiada nie tylko o wspomnianej granicy, lecz również jej zacieraniu lub przesuwaniu. Niedostrzegalnym, lecz sukcesywnym. To powieść o tym, jak bywa to niebezpieczne i co się dzieje w relacji rodzica z dzieckiem, kiedy najpierw pierwsze nie chce się wsłuchać w drugie, a potem drugie stosuje tendencje ucieczkowe, by nie wysłuchiwać pretensji albo zapytań.

Rewelacyjna „Nie jesteśmy tu dla przyjemności”, jedna z poprzednich książek autorki, dawała mi nadzieję na nietuzinkowe poczucie humoru i całkowity relaks podczas lektury. W tamtej książce autorzy, skonfliktowani ze sobą w świecie wydawniczym, byli właśnie jak dzieci w jednej piaskownicy, które kłóciły się o wiaderka czy grabki. A takie kłótnie bywają pokłosiem tego, że nie można się pokłócić z rodzicem. Ba! Nie można wyrazić własnego zdania, bo może to zostać uznane za niepisaną niesubordynację, gdyż relacja rodzica z dzieckiem ma w sobie coś z wojskowego drylu, w którym wyraźnie zarysowana jest rola zarządzającego i tego, którym się zarządza. Mającego wykonywać rozkazy albo polecenia bez dyskusji, bez słowa sprzeciwu. Tyle że ten sprzeciw narasta. Przeradza się w złość, w bunt. Dojrzewa. I im bardziej jesteśmy dorośli, tym więcej może być w nas rozgoryczenia, które wynosimy z dzieciństwa. Dlatego ta powieść nie bawi tak znakomicie jak wspomniana wyżej. To raczej przygnębiający i wielowymiarowy obraz relacji z najbliższą osobą, gdzie wcześniej czy później może pojawić się przemoc. Nawet jeśli ofierze tej przemocy serwuje się wspaniałe i dostatnie życie, w którym wolno jej wszystko. A ta swoboda przeradza się potem w mentalną niewolę. Taką mentalną niewolnicą na kilku frontach jest tutaj Ida, główna bohaterka „Gdzie są dorośli?”.

Poznajemy ją podczas zimnego marca, kiedy zmierza na grób swojej matki, by zapalić świecę, której by nie zapaliła bez czyjejś pomocy. Właściwie nie jest to zmierzanie w konkretne miejsce mentalnego spotkania, bo matka jest z Idą przez cały czas. Szepcze jej do ucha, przygniata do ziemi, każe pamiętać zdarzenia nieprzyjemne i szorstkie, jest też swoistym alter ego Idy. Symboliczne jest to, że bohaterka nie kupuje nowych ubrań, bo nosi te po matce. Tkwią w niej również matczyne stygmaty. Palące ślady, od których nie można się uwolnić. I poczucie winy, jakby to Ida była odpowiedzialna za pogarszający się stan zdrowia swojej rodzicielki i jej śmierć.

Teraz sama jest matką i mierzy się ze specyficznym rodzajem śmierci. Jej dzieci żyją i mają się całkiem dobrze, ale Ida nie ma z nimi kontaktu. Wymieniane przez telefon uprzejmości i półsłówka nie są właściwą formą kontaktu. I mamy tu pewien kontrast: symboliczne zawłaszczenie dziecka przez zmarłą już matkę, która usiłowała kształtować córkę na swoje podobieństwo, oraz dzieci tej córki zdecydowane na odsunięcie się od matki, by nie powtarzać schematu zawłaszczania i deformacji osobowości. Bo rodzic nie powinien niczego narzucać swojemu dziecku, gdyż wyjdzie na tym bardzo źle. Tutaj źle ma się nie tylko Ida, choć reszta ludzi z jej otoczenia zdaje się trzymać gardę i udawać, że wszystko jest w porządku. Poza synem, który przez lata unikał matki, a teraz nagle odzywa się z prośbą o kontakt.

Nina Lykke opowiada o Norwegii, kraju równowagi, w którym wciąż na nowo pojawiają się nierówności mentalne i emocjonalne, a rodzice stają się przemocowi nawet wtedy, gdy kochają swoje dzieci ponad życie. „Czemu wszyscy mieszkamy sami?” – krzyczy Ida, z płaczem porządkując rzeczy po swojej matce. No właśnie, co się przydarzyło jej rodzinie? A może co zdarzyło się wewnątrz niej? Ida jest już w takim wieku, że wolno jej na wszystko narzekać, a zwłaszcza na rozwydrzone dzieci. Ale jej dzieci nigdy takie miały nie być, gdy tymczasem nieobecność boli bardziej niż najbardziej dzikie i szalone formy bycia obok, które czasem potrafią doprowadzić do furii. To, co nazywane jest rodziną, w powieści Lykke jakby się rozpłynęło. Główna bohaterka po dwóch rozwodach nie myśli już o kolejnym związku. Nie stawia na zaspokajanie swoich potrzeb, chce to robić w stosunku do dorosłych już dzieci. I robi, tylko że po raz kolejny przemocowo, niekiedy powielając schematy stosowane przez tę, która nigdy nie odeszła, bo wiecznie tkwi w jej głowie.

Emocjonalny klincz, gorycz i poczucie zbędności – to wszystko Lykke pokazuje tutaj śmiertelnie poważnie, ale jej powieść nie jest pozbawiona humoru. Nie mam na myśli takich scen jak ta z lekarzem Irakijczykiem czy tłumaczeniem matce, że fachowcy naprawiają nie jej kominek. Myślę o lekkości pióra autorki, która największe dramaty potrafi przekształcić w komediodramat. Jednocześnie jest tu bardzo skupiona na niezwykle poważnej tematyce: układzie ról między dorosłymi i dziećmi, a także na tym, kto ma emocjonalne prawo do wyrażania tego, co myśli, i czy wolno mu wdzierać się w myśli drugiej osoby tylko dlatego, że to własne dziecko. „Coś tu jest nie tak” – szepcze Ida mężowi, gdy ten nim jeszcze jest. Owszem. Ale zagadka uwikłania się w trudne relacje należy do czytelnika, Lykke je tylko prezentuje, punktując jedynie, że każdy z przedstawionych dramatów rozgrywa się etap po etapie. Paradoksy i złożoności ludzkich relacji dostrzeżemy także w relacjach z sesji terapeutycznych, bo Ida – o ironio! – jest psychoterapeutką. Największym wyzwaniem będzie dla niej dotarcie do własnego syna i oczyszczająca rozmowa z nim. A może są już kwestie, o których nie można lub nie warto mówić? Sprawy związane z tym, że jako rodzic nie spełniliśmy się tak wspaniale, jak o sobie myślimy? I co w ogóle myślimy, wychowując swoje dziecko, pokazując i objaśniając mu świat? Nie jesteśmy przy tym czasem zaborczymi złodziejami dziecięcej wrażliwości i chęci spojrzenia na przedstawiany świat inaczej?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-03-16

„Pokój Vilhelma” Tove Ditlevsen

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 4 marca 2026

Liczba stron: 184

Przekład: Iwona Zimnicka

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 44,90

Tak się składa, że przeczytałem dwie powieści Tove Ditlevsen. Tę pierwszą, pięć lat temu, o wchodzeniu w życie z brzemieniem egzystencjalnej samotności i wyobcowania. Tę drugą, teraz omawianą, ze świadomością, że pisarka wraca do tego, co ciążyło jej już od początku drogi życiowej: poczucia, że z różnych powodów nie może podejmować odpowiednich dla siebie decyzji i że jest wykluczona z życia mimo nawiązywania nowych relacji, a przede wszystkim – mimo wejścia w związek (który okazał się toksyczny i destrukcyjny). „Ulicę dzieciństwa” wydano w małej oficynie i przez to publikacja przeszła bez większego echa; obdarzona autobiograficznymi cechami autorki postać miała na imię Ester. W „Pokoju Vilhelma” jest to Lise. W tamtej książce dorastająca dziewczyna przekonywała się, że determinujące ją robotnicze pochodzenie uchyla jedynie drzwi do życia w spełnieniu i w zgodzie ze sobą. „Pokój Vilhelma” to jakby epitafium – historia o tym, że autorce udało się przejść przez te uchylone drzwi, ale mimo tego, co realnie w życiu osiągnęła i jak dużą niezależność zdobyła, wciąż pozostawała uwięziona w sobie. Jej ostatnia książka to świadectwo różnego rodzaju bierności, podległości i poczucia, że oto zbliża się moment, w którym można wybrać godnie. A godnie jest odejść. Nie tylko od męża, który tyranizował ją na wiele wyrafinowanych sposobów. Ta książka w każdym kolejnym rozdziale zapowiada to, co się zdarzyło niedługo po jej napisaniu. Ditlevsen wybrała. Nie rozsądne życie, które jej zdaniem wybierają ludzie będący dla niej zagadką, lecz śmierć – bo głównie autodestrukcja towarzyszyła jej przez wszystkie te lata, kiedy rzekomo uciekała od traum młodości i się rozwijała. Albo próbowała uciec, bo w „Pokoju Vilhelma” poza mężem pojawia się też wspomnienie kostycznej matki, w której dojrzała już Else nigdy nie miała wsparcia.

Ten pokój już nie istnieje” – tak zaczyna się książka, w której dzieje się coś zupełnie innego. Mimo fizycznej destrukcji pomieszczenie symbolizujące charakter życiowego partnera wysysającego z małżonki życie nabiera nowych kształtów i jest punktem wyjścia specyficznej narracji. Podobnie jak w „Ulicy dzieciństwa” duńska pisarka stawia na panoramiczność. Umieszcza siebie ze swoimi dylematami i problemami pośród innych osób. Tu pojawiają się specyficzne postacie, które pomagają albo utrudniają przyjęcie do świadomości tego, że jej rola w związku z tym konkretnym mężczyzną – narcystycznym i histerycznym, stosującym każdy rodzaj przemocy wobec żony – miała jakiś cel. Relacja ta, w której kobieta się dusiła, nie tylko spotęgowała cierpienie wewnętrzne. Przyniosła także fascynacje – wyborami męża, który przebiera w kochankach, a Lise gotowa jest zbliżać się do tych kobiet, licząc może na to, że w relacjach z nimi zrozumie, co sama robiła niewłaściwie, by zaspokoić potrzeby męża. Te i inne zachowania nadają postaci enigmatyczności. A raczej dają możliwość ujrzenia jej jako specyficznej istoty – kobiety rozpaczliwie usiłującej wydostać się z marginesu życia, na który została wypchnięta.

Poza panoramicznością, która dodaje tej historii wiarygodności, mamy tutaj ciekawe wolty narracyjne. Nie mam na myśli tylko tego, że Tove Ditlevsen w konkretnych momentach przechodzi do intymnej narracji pierwszoosobowej, by oddalić się potem od sedna prezentowanych problemów egzystencjalnych Lise. „Pokój Vilhelma” jest opowieścią przełamaną na pół. Najpierw wnioski wyciąga się z kontekstów i charakterów ludzi z otoczenia Else. Potem to otoczenie jakby się zawęża, jesteśmy blisko, coraz bliżej samotności i cierpienia kobiety, która rozpaczliwie próbuje jeszcze przez chwilę wierzyć w to, że dane są jej jakieś szanse. Że to życie, w którym pojawi się jakakolwiek forma spełnienia czy radości, jeszcze może mieć miejsce. Z wielu powodów nie może. Początkiem osuwania się w mrok i oddalania od rzeczywistości nie jest związek z mężczyzną, który przyniósł tyle cierpienia, że później staje się czasem koncentrującym w sobie kolejne wydobywające się z bohaterki emocje. To proza egzemplifikująca bardzo specyficzną wrażliwość w zakresie intelektualnym i emocjonalnym. Niebywałe jest, ile asocjacji pojawi się w tak krótkim tekście opowiadającym w zasadzie całe życie przez pryzmat złego wyboru człowieka, z którym chciało się spędzić życie. „Pokój Vilhelma” to także połączenie brutalności prozy realistycznej z esejem i poetyckim odzwierciedlaniem wnętrza, w którym jest już coraz ciemniej – emocje przytłaczają, wspomnienia uwierają coraz mocniej, ludzie z bliższego i dalszego otoczenia jedynie przypominają w różny sposób, że życie Else to klęska. Ale widmem i odniesieniem do tego najgorszego jest oczywiście ten, który nie zamieszkuje już pokoju, w którym po rozstaniu mentalnie zamieszkała straumatyzowana po związku kobieta, której wartość podważana i kwestionowana była przez cały czas. Zwłaszcza ten segment jej życia, który był odważną i intrygującą drogą do stawiania się artystką. Tu artyzm widać w słowach i zdaniach, które symbolicznie płaczą. A Else może tylko powstrzymać szloch i opowiadać. Tyle, ile gotowa jest opowiedzieć tuż przed tym, gdy pożegna się z tym wszystkim, co jest nie do zniesienia.

Tak łatwo się z tego nie wywiniesz” – to słowa męża, które Elsa słyszy w odpowiedzi na zadane wprost pytanie, czy chce rozwodu. Owszem, Else nie wywinie się z tej przerażającej relacji nigdy. Będzie niczym ofiara, która myśli o sobie jak o kacie. Jakby Vilhelm był szklaną figurką, którą przez przypadek upuściła na podłogę i rozbiła. Ale to on rozbija ją. Sukcesywnie, fragment po fragmencie, deprecjonuje ją w roli kobiety, żony, kochanki, artystki, ale przede wszystkim życiowej partnerki. Nieudolnej. Niepotrafiącej załatwić prozaicznych spraw, zająć się rachunkami czy tak zwanym prowadzeniem domu. Cierpienie Else jest sumą doświadczeń wytrącania z ról, które osiągała w sposób znacznie bardziej skomplikowany niż inni. To książka o deprecjonowaniu osobowości twórczej, która z tego deprecjonowania czyni fantazję literacką i pisze powieść przenikającą odbiorcę na wskroś. Jest prezentowaniem tej bolesnej równi pochyłej, na której Else próbuje przez chwilę znaleźć równowagę, ale nie ma ku temu możliwości. Jest zniszczona i zdegradowana. Obrazowanie w „Pokoju Vilhelma” staje się tym bardziej sugestywne, im mniej jest Else w niej samej. Ostatecznie jest to gorzki rozrachunek z samą sobą. A postać – widmo męża, który nigdy nie odszedł, tak jak nigdy nie przestał istnieć jego pokój – staje się punktem wyjścia opowieści o obrzydliwości męskiej dominacji nad kobietą i feministycznej próbie sprzeciwu, zatrzymaniu tego procesu zawłaszczania oraz destrukcji.

Ale Ditlevsen wciąż o autodestrukcji pisze. Od wskazania utraty elementarnych radości bycia w związku po kształtowanie go sobie na specyficznych zasadach w głowie, w której nie mieści się to, że można otrzymać tyle informacji zwrotnych o swej bezużyteczności. Jako znakomita twórczyni potrafi o bólu i odtrąceniu opowiedzieć za pomocą wielu środków wyrazu. Jako kobieta, której cieniem jest przemocowy mężczyzna, Else potrafi już tylko orbitować wokół mrocznych wspomnień i zbliżać się do ludźmi, z którymi nie powinna tworzyć relacji. Jej świadomość płynie na fali trafnie dobranych słów i zdań. Wszystko ma tu artystyczny sens. Nic nie ma sensu, kiedy spogląda się wstecz, dostrzega własną egzystencję jako pasmo porażek.

Ditlevsen nie pisze o nich jednak wprost. Wręcz przeciwnie: to proza skupiająca się generalnie na procesach odbudowywania ze zgliszcz po relacjach, które się rozpadły. Paradoksalnie chwilami gdzieś między poszczególnymi zdaniami świeci słońce, a do pokoju Vilhelma, z wiecznie zasłoniętymi zasłonami, wpada symboliczne światło nadziei. Nie byłoby wielkości tej książki, gdyby nie była barwną opowieścią o poszukiwaniu wyjścia z impasu. Ale jej największą wartością jest to, w jaki sposób ukazuje proces przyjmowania na siebie kolejnej traumy i tego, do czego prowadziła uległość połączona z boleśnie silnym przywiązaniem. Ale Ditlevsen zamknęła wreszcie drzwi do pokoju Vilhelma. To kosztowało zbyt wiele. Zamknięcie drzwi do swojego dalszego życia. Czy to efekt bezradności, czy zamierzony finał, w którym wreszcie można było stanowić o sobie?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2025-09-04

„Góra Prawdy” Therese Bohman

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 3 września 2025

Przekład: Justyna Czechowska

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Zniknąć i pojawić się

Moim zdaniem to najlepsza książka Therese Bohman. Między innymi dlatego, że odchodzi od obsesyjnych czasem rozważań o istocie kobiecości, jej dylematach i powiązanych głównie z płcią problemach. Dwie takie powieści przeczytałem, przy trzeciej podobnej powiedziałbym, że Bohman całe życie pisze jedną książkę. I choć główną bohaterką jest kobieta i wokół niej ogniskują się zdarzenia oraz refleksje, „Góra Prawdy” jest przede wszystkim książką o życiu. O jego przypadkowości oraz nieprzypadkowości. O tym, że jest sumą rozmaitych doświadczeń, i o tym, jak oswoić w nim smutek, utratę, a potem przekuć to w coś twórczego. To historia kobiety, którą od traum uratowała sztuka. Piękna metaforyczna opowieść o tym, jak patrzymy na czas, w jaki sposób on nas kształtuje, jak chcemy lub nie chcemy oddzielać od siebie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, lecz przede wszystkim o tym, że można namalować swoje emocje. Przeżyć siebie, najpierw poszukując sztuki, potem się w niej zanurzając, a następnie uświadamiając sobie, że jest się w domu – domem Heleny stają się malowanie i upragniony przez lata spokój wewnętrzny.

Siłą tej krótkiej powieści, którą czyta się od razu całą, jest sugestywnie prowadzona narracja pierwszoplanowa, gdzie znajdziemy całą masę detali, lecz również zaledwie pouchylane furtki do interpretowania ukrytych emocji, tylko w drugiej części wyrażanych wprost. Jest to opowieść o silnym związku ze światem natury, bo natura odgrywa w Szwecji ogromną rolę. Przepiękne opisy przyrody łączą się z intrygującą opowieścią o pewnym mrocznym miejscu. A może o miejscu, które było mroczne, lecz właśnie ono pozwoliło pożegnać się z egzystencjalną ciemnością.

Na Islandii jest magiczna góra Helgafell położona niedaleko miejscowości Stykkishólmur na półwyspie Snæfellsnes. Mało kogo z turystów obchodzi, zresztą w szczycie sezonu byłem tam tylko ja. Jeśli wejdzie się na tę górę bez odwracania się za siebie i bez odezwania się słowem, spełnią się trzy życzenia, które trzeba wcześniej dobrze przemyśleć. Tak właśnie zrobiłem i po ponad roku spełnia się jedno z moich życzeń. W powieści Bohman jest trochę inaczej – tytułowa góra to miejsce mroczne i tajemnicze, powiązane z największą traumą życiową bohaterki i ze zniknięciem Znakomicie jest opisany cały proces – wszystko do końca utrzymane w tajemnicy w związku ze zniknięciem połączone z opowieściami o tych, którzy pozostali po znikającym. Jednak powiązanie Heleny z tą górą również jest na swój sposób magiczne i też w pewnym stopniu spełnia jej życzenia, choć nie oddaje tego, który zniknął tam na zawsze. Tło opowieści o Górze Prawdy jest piękne i symboliczne, uwidacznia w książce wyjątkową wrażliwość na detale życia ludzi, którzy powiązani zostali z cieniem góry na zawsze – dosłownie i symbolicznie.

Bohman zaczyna sielankowo i bezpretensjonalnie. Dziewczynka nagrywa z radia listę przebojów, potem je kolację wielkanocną (w Islandii podczas tego święta również celebrowana jest kolacja, nie zaś śniadanie), a potem ze swoim bratem czyta komiksy o Kaczorze Donaldzie i zajada się słodyczami. „Było to takie przyjemne i proste”. A potem powoli zaczęło się tak zwane życie. Nawiązana w młodości relacja z samotnym i niezależnym chłopakiem staje się w życiu Heleny antidotum na zniknięcie innego ważnego chłopca. Ich losy splotą się i rozejdą, ale Bohman bardzo dba o to, by ta charyzmatyczna postać drugiego planu była w życiu bohaterki obecna. Zwłaszcza w sugestywnym zakończeniu, dzięki któremu odkrywamy, jaki naprawdę jest sens „Góry Prawdy” i ku czemu prowadzi ta fabuła.

To opowieść o dosłownym i symbolicznym znikaniu najbliższych. Helena coraz bardziej zamyka się w sobie, a towarzyszem jej życia staje się smutek. Bohaterka odbiera sobie prawo do samostanowienia. Każdy chce wyjechać ze szwedzkiej prowincji i ona obiecuje sobie, że także to zrobi. Zaskoczy ją, dokąd symbolicznie wyjedzie. Jednak wyjeżdżając, zabiera ze sobą rozterki i problemy, których nie rozwiąże ani zmiana miejsca, ani upływ czasu, na który w pewnym momencie życia Helena tak utyskuje, jest wręcz gotowa do walki o to, by czas stanął w miejscu, a ona więcej nie cierpiała. Zmiany następują nie tylko w jej życiu. Wydaje się, że stałym i niezmiennym punktem, ostoją spokoju, jest dom rodzinny. Ale pozornie sielankowe życie rodziców wcale takie nie jest i nie było. Naznaczeni bolesną utratą, jak ich córka postanowili zamknąć smutek w sobie. A Helena zdecydowała się uczynić go towarzyszem swojego życia. Co ma dosłowne i symboliczne konsekwencje.

„Góra Prawdy” to przejmująca opowieść o kobiecie, która bez planu na życie metaforycznie ginie, ale z czasem pojmuje, że plan na życie to przede wszystkim przyjmowanie tego, co przychodzi. Czasami przychodzą tylko wspomnienia, gorzkie rozczarowania i żyje się z niskim poczuciem wartości. A czasami jest tak, jakby zniknęło się w górskiej jaskini i wyszło stamtąd jako inny człowiek. Bohman wie, w jaki sposób łączyć wątki powiązane z historią sztuki z pozornie prostą historią życia kobiety, która pyta siebie, co tworzy życie, a potem sztuką kreuje to życie. Dużo wzruszeń daje ta bezpośrednia z jednej strony, a tak metaforyczna z drugiej opowieść o nieszczęściu kobiety, która doświadcza utrat, w ich miejsce zaś – coraz większej pustki. I tylko ona sama musi wydostać się z górskiej jaskini. Ona nie zniknie. Ona zacznie być kimś, o byciu kim jedynie marzyła. Zrealizuje to, co wydawało się nie do zrealizowania. Wszystko dzięki szalonej determinacji, ale jednocześnie ogromnej wrażliwości w obserwacji otaczającego ją świata, z których to obserwacji wyciąga konstruktywne wnioski.

Therese Bohman tym razem napisała książkę, w której zamiast ideologii pojawiają się przede wszystkim silne emocje. Tu nie ma tez zawartych w innych książkach. W przeciwieństwie do „Tej drugiej” autorka ponownie nadaje bohaterce imię, a wraz z imieniem czytelną od początku do końca tożsamość. To też – takie mam wrażenie – bardzo osobista powieść, w której Bohman nie chce snuć refleksji o roli i miejscu osoby danej płci w konkretnych uwarunkowaniach. Tu jest bardziej mowa o uwarunkowaniach, które mogą życie uczynić spełnionym albo pełnym niepewności. W życiu przyjaciela, który kiedyś tak bardzo imponował uporządkowanym życiem, pojawia się porażka egzystencjalnego chaosu. Ale to nie decyduje o tym, że Helena czuje się lepiej, bo wygrała w loterii życia i przestała deprecjonować siebie, co blokowało ją we wszystkich działaniach. Jest tu jednak wciąż obecna symboliczna nieobecność. To zniknięcie, które będzie swoistym cieniem w bardzo realistycznej powieści rozgrywającej się w konkretnych dekoracjach (szkoda tylko, że Sztokholm znów pokazany jest dość stereotypowo). „Góra Prawdy” to też piękna opowieść o cielesności – dosłownej i tej w sztuce. O roli bliskości, która utracona, daje siłę, by szukać jej inaczej, w różnych sferach. Tak, zdecydowanie najlepsza tej szwedzkiej autorki książka, którą przeczytałem. Sielankowa, tajemnicza, niepozbawiona intelektualnego sznytu, ale także czuła i przepełniona chwytającymi za serce scenami.