Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

2018-07-05

Rozmowa z Jarosławem Maślankiem


Chyba nie lubisz tego medialnego spektaklu, który towarzyszy wydaniu książki?
Na szczęście medialny spektakl, jak go nazywasz, wciąż dotyczy mnie w ograniczonym stopniu. A ten zakres, w którym uczestniczę, czyli wywiady, spotkania autorskie czy zdjęcia, traktuję jako część promocji książki, więc nie ma co narzekać. Ale rzeczywiście, wolę kontakt z czytelnikami niż mediami.
Dlaczego konsekwentnie wybierasz i robisz czarno-białe zdjęcia?
Za pomocą odcieni szarości można dużo wydobyć z obrazu. Fascynuje mnie to, co jest ukryte pod z pozoru zwyczajną sceną, a co ukazuje się w trakcie obróbki fotografii. Kłania się Antonioni z „Powiększeniem”. Wybierając ujęcie, widzę je w czerni i bieli, wiem mniej więcej, jak będzie wyglądać w wersji monochromatycznej, a i tak za każdym razem jestem zdziwiony, co z tego normalnego, zdawałoby się, obrazka wychodzi. Z fotografią jeszcze parę lat temu byłem zresztą na bakier, w ogóle mnie nie ruszała. Potrzeba było zaczynu, iskry, żebym zapragnął robić zdjęcia inne niż wakacyjne. W moim wypadku było to odpowiednie połączenie muzyki z fotografią. Któregoś dnia trafiłem na taką zbitkę w necie, ktoś podłożył do muzyki, którą się akurat fascynowałem, pokaz czarno-białych zdjęć opuszczonych chat na jakimś skandynawskim klifie. I to było to! Kupiłem aparat i się zaczęło. Tak więc jeśli chodzi o staż, nadal czuję się nowicjuszem.
Skandynawskie klify! Musisz się ze mną wybrać w jedną z podróży Północy! Jaki pejzaż w fotografii najbardziej odpowiadałby twojej estetyce, gdybyś miał mnóstwo kasy i możliwość pojechania tam, dokąd byś chciał się wybrać?
Chłodna przestrzeń lub gęste lasy. To, czego brakuje na południu.

Jesteś dla mnie dyżurnym i bardzo dobrym pisarzem od smutku oraz melancholii. Masz świadomość, że one przenikają wszystkie twoje narracje, czy też nie myślisz o nich i wydobywają się jakoś podświadomie?
Zaczynając pisać, ponad dziesięć lat temu, wiedziałem, że nie będą to wesołkowate powiastki zachłystujące się własną formą. Nie to mnie interesowało w literaturze. A im jestem starszy, tym dobitniej odczuwam niekonieczność poświęcania czasu lekturom nieistotnym. Sięgam po to, co może mi coś dać, już nawet nie ułudę zrozumienia świata, ale przynajmniej szansę na przybliżenie do odpowiedzi na kilka istotnych pytań, np. po co? I takie książki chciałbym pisać, takie opowieści dostarczać czytelnikom. A ze smutkiem i melancholią jest trochę jak z fotografią, za pomocą ciemnych tonacji mogę więcej wydobyć z narracji. Ciemne może być piękne, mrok to pole do popisu wyobraźni, humor tak, ale rechotanie pozostawiam żabom. Poza tym gdy grzebię w mroku, jest szansa, że nie przeoczę światła.
Czyli w tym, co czarne/smutne, zawsze są odpowiedzi, a jasność/radość nie sugeruje głębszych poszukiwań?
Szperanie w radości pozostawiam innym, dla mnie ciekawsze jest to, co mogę znaleźć w ciemnym pokoju niż w oświetlonej sali gimnastycznej. Oczywiście jasność jest niezbędna, od czasu do czasu. Poza tym zanurzasz się w ciemności nie po to, by stracić wzrok, tylko by znaleźć światło.
Miasto jest niemym, ale bardzo czytelnym bohaterem twoich książek. Które z polskich miast jest najbardziej przygnębiające, a które najbardziej tajemnicze?
Każde miasto ma w sobie wiele klimatów. Warszawa, z którą jestem związany od ponad 20 lat, na początku lat 90. była dla mnie molochem, pełnym nocnych świateł, bazarów, zapchanych stoisk oblepiających ulice (ile książek kupiłem z turystycznych stolików!), czyli wszystkim tym, czym nie było moje rodzinne, małe, przemysłowe miasto. Unikałem za to tzw. starej Pragi, opuszczonych lub zrujnowanych kamienic, nieodwiedzalnych rewirów, które z kolei teraz mnie wciągają, są fotograficzną pożywką. Jeżeli tylko zechcesz patrzeć, w każdym miejscu znajdziesz to, czego potrzebujesz. Nawet moje rodzinne Pionki, wyklinane przez wiele nudnych nastoletnich wieczorów, teraz odkrywają przede mną niesamowite miejsca, budynki, klimaty. Potrzeba było dwudziestu lat nieobecności, żebym je zauważył.
„Góra miłości” nie doczekała się po premierze wielu omówień. Myślę, że dopiero niedawno coś się w tej kwestii ruszyło. Jak się czuje pisarz, gdy media milczą o jego książce?
Nie milczą czytelnicy i to jest ważne. Docierają do mnie opinie, wiadomości, że książka wywarła na nich mocne wrażenie, w czymś im pomogła, jest dla nich istotna. To się liczy. Przy drugiej książce przyłapałem się na tym, że zaczynam pisać pod krytyków. Wyrzuciłem wtedy do kosza całe fragmenty, które nie nadawały się do czytania, i napisałem je od nowa. Zanim siadłem do pierwszej powieści, założyłem, że nie będę robił nic wbrew sobie, i tego się trzymam. Pewnie ze szkodą dla siebie. „Fermę ciał” odrzuciły wszystkie duże wydawnictwa, zdecydował się ją wydać dopiero Paweł Nowakowski z Formy, a ja straciłem dobrych pięć lat, podczas których mogłem wydać ze dwie pozycje. Ale dla mnie to była ważna książka. Życie toczy się teraz w sieci, gdzie masz bezpośredni kontakt z czytelnikiem, z konkretną osobą. Media społecznościowe są bardzo istotnym kanałem komunikacji, zwłaszcza dla autorów z obrzeży tzw. mainstreamu. Przy tak dużej liczbie tytułów, które ukazują się na polskim rynku, ważne jest zebranie wokół tego, co tworzysz, grona osób, które czują podobnie, które interesuje to co ciebie, odbierają rzeczywistość na podobnych falach. Krótko mówiąc, dotarcie do odpowiedniego czytelnika. Temu służy moja obecność w mediach społecznościowych. Przy czym nie chcę tylko informować o pisaniu, o książkach, chcę dawać coś więcej. Dlatego zamieszczam fotografie, rysunki, krótkie formy literackie.
Nie jestem pewien, czy w sieci mamy bezpośredni kontakt z kimkolwiek… Konsekwentnie wspominasz o czytelnikach – nie jest tak, że najważniejsze jest to, co mówią podczas spotkań autorskich?
Bezpośredni w znaczeniu jeden do jednego, twarzą w twarz zarezerwowane jest oczywiście dla spotkań autorskich. Ważne jest to, co czytelnicy mówią, a w jaki sposób to przekazują, jaką formę czy medium wybierają, to już inna sprawa. Istotne, żeby te sygnały dotarły do pisarza. Ja je odbieram i za każdym razem są dla mnie bardzo ważne.
„Góra miłości” to pewien mikrokosmos nałożonych na siebie opowieści różnych ludzi z różnymi doświadczeniami, ale podobnie wyobcowanych. To wszystko się wydobyło z twojej wyobraźni czy bardziej zostało podsłuchane? Bo znam pisarzy, którzy bardzo lubią podsłuchiwać ulicę, to się „przydaje do prozy”.

Też to lubię. Kiedy mam np. do załatwienia coś „na mieście”, wolę pojechać komunikacją miejską niż autem. Te dialogi, rozmowy z telefonem, mogą inicjować ciekawe opowieści. Oczywiście samo ich „spisanie” nic nie da, jeżeli nie zostanie przemielone przez literacką wyobraźnię. Tworząc drugoplanowych bohaterów „Góry miłości”, którym zresztą oddaję głos, na równi ich wymyślałem, co korzystałem z naturalnych „wzorców”. Przykładem może być wózkowy. Na pewno spotkałeś się z tymi natrętami, którzy na parkingach centrów handlowych w zamian za złotówkę oferują odprowadzenie wózka. Zamiast ich pogonić, kupowałem od nich ich historie. Za 1 PLN miałem gotowe, ciekawe życiorysy, z których stworzyłem później postać literacką.
A jak się tworzy taką polifonię w narracji? Rozpisujesz sobie schemat tego kto po kim i w jakim kontekście?
Powinienem, niestety, u mnie wszystko porządkuje się w głowie, co powoduje, że gdy piszę, konstruuję powieść, wylogowuję się z rzeczywistości. W „Górze miłości” ważne było to, by poboczne wątki się zazębiały. Każda z drugoplanowych postaci ma swoją historię rozpisaną na kilka rozdziałów, funkcjonującą obok głównej, przy czym każda coś wnosi i do poszukiwań bohatera, i do naszej, czyli czytelników, wiedzy o nim i jego zaginionej żonie.
Twoja nowa powieść to rzecz o bólu utraty wyrażanym poprzez wędrówkę. Wszyscy zaczynamy kompulsywnie błądzić, gdy stracimy to, co dla nas najcenniejsze?
Jednym z podstawowych pojęć konstytuujących współczesne społeczeństwo stało się słowo „wyzwanie”. Jeżeli stanie się w twoim życiu coś złego, musisz traktować to jako wyzwanie, którego pokonanie ma cię wzmocnić, dać siłę do dalszego funkcjonowania pełnego sukcesów. A co, jeżeli takie podejście jest ci obce? Jeżeli odpowiedzią na traumę jest martwota, w której pogrąża się bohater mojej powieści? To był punkt wyjścia do powieści drogi. Żeby się ruszył, żeby chciał działać, potrzeba było czegoś innego niż to mityczne wyzwanie, które nie prowadzi do poznania. Fetyszyzacja wyzwania nie jest gwarancją prawdy, lecz mamieniem widmem sukcesu. Gdy bohater wyrusza w swoją drogę, w poszukiwaniu zaginionej żony, nie liczy na happy end. Nie lubię generalizować, każdy w obliczu straty zachowuje się inaczej, wskazuję jedynie pewną możliwość podejścia do rzeczy krańcowych, prawo do zachowań nieracjonalnych.
Pozbawiasz życia centrum handlowe. Jest martwe i niedostępne. Jaką ma funkcję w dzisiejszym społeczeństwie?
Intrygujące wydało mi się okrojenie centrum handlowego z jego funkcji podstawowej, czyli zakupowej. Często przejeżdżam obok takiego kompleksu w dni wolne od handlu. Teraz jest ich więcej, ale kiedy wymyśliłem swoją historię, były to wyłącznie święta, można więc powiedzieć, że wyczułem wiatr historii. Uderzający jest widok pustych parkingów, olbrzymich hal, języków wózków wystających z wiat. Wyobraziłem sobie wnętrze takiego opuszczonego molocha, ledwo zipiące w półmroku przygaszonych świateł, w którym na co dzień są tłumy, a teraz nawet żywego ducha. Jednym z moich tematów zdjęciowych jest fotografowanie opuszczonych domów, fabryk, kamienic. To, co w nich pociąga, to forma pozbawiona pierwotnej funkcji. W wypadku zamkniętego (nie opuszczonego) centrum handlowego mogłem nadać mu dowolną treść. W „Górze miłości” jest to labirynt, w którym bohater błądzi, by się dowiedzieć czegoś o zaginionej żonie, która tam pracowała. Bohater zstępuje do niego, by doświadczyć prawdy.
Przy lekturze „Fermy ciał” zgodziliśmy się z Maciejem Robertem, że twoje książki – właściwie wszystkie – są bardzo filmowe. To wynika z jakiejś formy twojej wrażliwości? Piszesz tak, jak chciałbyś rzeczy i ludzi widzieć, czy mają być tylko projekcją wyobraźni?
Film, na równi z muzyką i książkami, był zawsze istotnym składnikiem mojego życia. Te proporcje na różnych etapach się zmieniają, teraz dominują książki, ale film odcisnął się we mnie i gdzieś to wypływa, nawet moje fotografie są w dużej mierze „filmowe”. Pisanie może zresztą być jakimś substytutem kręcenia filmów, można obsadzać siebie w różnych rolach, wymyślać cały świat, scenografię, scenariusz, oświetlenie, nawet muzykę. I mieć pełną kontrolę artystyczną (i budżetową).
A które ekranizacje powieści uważasz za cenne i twórcze?
Najlepsze to te, które nie tylko są przeniesieniem książki na ekran, lecz tworzą nową jakość, wykorzystując powieść jako inspirację. Twórcy filmowi przeważnie popadają wtedy w konflikt z pisarzami, którzy chyba nie mogą przyjąć, że na podstawie ich pracy powstało coś nowatorskiego. Na myśl przychodzą chociażby „Solaris” Tarkowskiego na podstawie Lema, „Blade Runner” Scotta na podstawie Dicka czy „Lśnienie” Kubricka na podstawie Kinga.
Czy Polska to według ciebie smutny kraj, o którym należy pisać smutne książki?

Pisanie pod założoną tezę bywa samobójcze. To, co dla kogoś jest smutne, dla innego może być śmieszne, a takie deklaratywne opisywanie może skazać powieść na martwotę. Ale jeżeli z napisanej książki wynika, że kraj, w którym rzecz się dzieje, jest smutny, może coś w tym jest, może warto zastanowić się, czy autor mówi nam coś ważnego o miejscu, które opisuje. Powieściopisarz jest jak gąbka, która zbiera brudną wodę, żeby podłoga mogła być trochę czystsza.
„Haszyszopenki” to książka między innymi o wkraczaniu w dorosłość. Pamiętasz, jak to było z twoim przejściem z młodości do życia dorosłego?
Unikam w powieściach wątków autobiograficznych, zrobię też unik w wywiadzie. Chociaż scenograficznie „Haszyszopenki” w dużej mierze opowiadają o miejscu, w którym dojrzewałem. Dla mnie wkroczenie w dorosłość wiązało się z wyprowadzeniem z domu i przyjazdem na studia do stolicy. Nagle musiałem się nauczyć rozporządzać własnym, skromnym budżetem, dzielić czas między naukę i inne życiowe przypadłości, a w końcu odpowiedzieć na pytanie, co jest w życiu istotne, i wybrać, dosyć wcześnie, dorosłość. Pewnie straciłem przez to wiele rzeczy, ale mam wrażenie, że więcej zyskałem.
Czujesz się już – po wydaniu czterech książek – dojrzałym i pewnym siebie pisarzem czy też nadal poszukującym? Bo mam wrażenie, że świadomie eksplorujesz konkretne rejony tematyczne i w nich pozostajesz.
Pisarz poszukuje przez cały okres pisania, a jeżeli przestaje szukać, to staje się kronikarzem. Każda książka to powinien być początek czegoś ekscytującego, co pozwoli dotrzeć w rejony, których nie znałeś. Jeżeli uznam kiedyś, że piszę, nie szukając, przestanę pisać. Pierwsze trzy książki w założeniu stanowiły trylogię, w której chciałem przyjrzeć się pojęciu wolności. „Góra miłości”, moja czwarta powieść, jest więc nowym otwarciem i wciąż jestem ciekaw jej odbioru. Chciałbym, żeby kolejna, nad którą powinienem już zacząć pracować, była dystopią. Intryguje mnie, jak ten gatunek sprawdzi się we współczesnych realiach. Przy czym nie zależy mi na napisaniu satyry, lecz właśnie dystopii, rejony więc tematycznie nowe, ale klimat zbliżony do znanych z moich poprzednich powieści.
Kto z polskich lub zagranicznych twórców pisze o ciemnej stronie ludzkiej osobowości w taki sposób, że mógłbyś się od niego uczyć?

Wciąż odkrywam nowych autorów, którzy mówią mi coś istotnego. W ostatnich latach byli to chociażby: McCarthy, Carver, Coetzee, Barnes, Eugenides, Lars Saabye Christensen, niezmiennie Conrad, z ostatnich odkryć David Vann. I nie ma specjalnego znaczenia, czy piszą o naszej ciemnej naturze, wspaniale piszą o człowieku.
Na jednym z dymków swojego autorstwa umieściłeś przewrotny napis: „Otóż nie znam drugiego narodu, który tak potrafi przekuwać sukcesy w porażki”. Skąd to przekonanie o Polakach i polskości?
Mam wrażenie, że jesteśmy mistrzami w niszczeniu tego, co udaje nam się stworzyć. Jeżeli chcemy coś naprawić, to burząc wszystko, co było przedtem, nieważne, czy było to zbudowane dobrze, czy źle, wykopując nawet fundamenty. Nie zauważamy przy tym, że budując, popełniamy te same błędy. Każdy chce wybudować coś swojego, jeszcze większego. A najprawdopodobniej kolejny, który przyjdzie po nim, uzna, że trzeba to wyburzyć i zrealizować według jego projektu, zawierającego te same błędy. Tymczasem kwestie fundamentalne, chociażby ze względu na nasze położenie geopolityczne, powinny być nienaruszalne, wolne od doraźnych politycznych ambicji. Tak nie jest, co nie wróży zbyt dobrze.
Nie umiemy być społecznością? Działać, funkcjonować, budować wspólnie?
Budować można, kiedy społeczeństwo potrafi osiągnąć konsensus, w szerokim znaczeniu, co do wspólnej przyszłości, i w węższym, dotyczącym konkretnych, bieżących rozwiązań. Trudno coś wybudować, eliminując znaczne grupy społeczne z decydowania o kraju, uznając, że wie się lepiej, co jest dobre dla większości. Odpowiedzią w takim wypadku mogą być bunt i polityczne wycofanie. Dla wspólnoty zabójcze.
Twoje powieści są bardziej refleksją, fantazją czy twórczą analizą dotyczącą relacji międzyludzkich?

Zapewne każdą z tych rzeczy po trochu. Z początku fantazją, która w trakcie pisania wzbogaca się o refleksje na temat opowiadanego świata i relacji międzyludzkich. Pamiętam, jak siadłem do pisania debiutu, wiedząc, o czym będzie i jaki będzie początek i zakończenie. Po zapisaniu pierwszej kartki doszedłem do wniosku, że opowiedzenie tej historii przy pomocy wyłącznie fantazji skończy się po dziesięciu stronach. Musiałem więc wzbogacić ją o refleksje i opisy relacji między bohaterami.
Eksperymentujesz z gatunkami w obrębie jednej powieści. Jakie znaczenie ma dla ciebie forma twojej narracji?
Zależy mi, żeby czytelnik nie mógł się oderwać od powieści. Stąd przetwarzanie literatury gatunkowej, dzięki czemu czytający zagłębia się w opowieść jak w dobrze nakręcony film. Sądząc po opiniach, udaje mi się trzymać czytelnika w napięciu, narracyjnie skłaniać do doczytania do końca. Porażką byłoby dla mnie, gdyby ktoś odłożył książkę jako nudną. Przy czym horror, czy szerzej – literatura grozy, wciąż wydaje się obszarem niedocenionym, a przecież u podstaw każdej liczącej się powieści z tego gatunku leżą obserwacje socjologiczne i psychologiczne. Kryminał doczekał się uznania jako gatunek mogący powiedzieć coś istotnego o współczesnym społeczeństwie, nawet fantastyka (dystopia, utopia, fantastyka socjologiczna) coraz częściej postrzegana jest jako coś więcej niż tylko zabawa. Tymczasem horror czy thriller nadal wrzucany jest do gara z napisem „rozrywka”.
Dzięki za rozmowę.

Wszystkie zdjęcia z archiwum Autora.

2018-05-07

Rozmowa z Kubą Wojtaszczykiem

fot. Zuzanna Szamocka

Czujesz się pisarzem młodego pokolenia? Bo wszyscy ci, których tak zwykło się nazywać, powoli przesuwają się w granice tak zwanego wieku średniego. Oczywiście pytam pół żartem, pół serio.

Wydaje mi się, że takie szufladki, jak pisarz młodego pokolenia, są potrzebne, bo ułatwiają klasyfikację, a przecież nie ma nic gorszego niż chaos, który pojawia się, gdy nie doczepimy komuś łatki. A tak na serio, mogę być wiecznie nazywany młodym pisarzem, mnie to zupełnie nie przeszkadza (śmiech).

Jesteś człowiekiem, który czasami dość obsesyjnie trzyma się problemów czasu minionego, a dodatkowo potrafi świetnie te problemy niuansować. Lubisz się schować w czasach, których nie pamiętasz, czy uważasz, że po prostu jesteś im coś winien jako prozaik? Marcinowi Wilkowi powiedziałeś, że z historii przede wszystkim sam chcesz się jak najwięcej dowiedzieć dla siebie.

Lubię poznawać, jak to ładnie nazwałeś, czasy minione, dlatego też dwie moje ostatnie powieści dzieją się w przeszłości. Oczywiście książka zaczyna się od pomysłu. Przy „Słońcu narodu” przyczynkiem był autentyczny dziennik, który znalazłem na pchlim targu; to on ustawił mi ramy czasowe, czyli lata 1978 i 1979. Sam pomysł nie wystarczy, muszę wiedzieć, o czym piszę, dlatego też dokonuję bardzo szczegółowego researchu. Czytam gazety, pamiętniki, oglądam filmy i kroniki, a nawet słucham muzyki z tamtych lat – nawet jeżeli coś później nie wejdzie do fabuły książki, muszę mieć pewność, że wiem wystarczająco dużo o opisywanych czasach. A to, co przenoszę do powieści, powinno być właśnie zniuansowane, bo przecież nie mam zamiaru przepisywać Wikipedii.

A przeszłość?

Przeszłość ma w sobie coś, co mnie do niej przyciąga. Kiedyś myślałem, że to prozaiczna melancholia, takie „kiedyś było lepiej” przekazywane w Polsce w genach. Jednak im więcej czasu spędzałem, zagłębiając się we wspomnienia, tym bardziej zauważałem, że choć zmienia się świat, myślenie ludzi pozostaje podobne, kierują nim podobne mechanizmy. Poza tym, już zupełnie prozaicznie, lubię kostium, tę całą wizualną otoczkę czasów, do których dzięki pisaniu mogę się przenieść.

Nie sądzisz, że większość wielkich światowych powieści wydobywa się z czasu przeszłego?

Właśnie szukam w pamięci książek, które są dla mnie najważniejsze. Wprawdzie jest wśród nich potwierdzająca twoją tezę powieść „Krwawy południk” McCarthy’ego (napisana współcześnie, ale dziejąca się w XIX wieku); ale zaraz myślę o „Graj jak się da” Didion, „Wielkim Gatsbym” Fitzgeralda albo o „Świecie w płomieniach” Hustvedt, czyli rzeczach, które opowiadają o czasach mniej więcej współczesnych dla ich autorek i autorów. Tak więc wielkość światowych powieści jest chyba zależna od czytelników, ale oczywiście mogę się mylić.

Mamy wspólnego wydawcę swoich pierwszych książek. Self-publishingowego, ale tak się złożyło, że mój wkład w wydanie „Roku w rozmowie” był tam zerowy, a twój we własną książkę niewielki. Nie masz może wrażenia, że na rynku wydawniczym dla debiutującego autora ścieżką do wydania pierwszego tytułu jest tylko self-publishing, bez względu na to, jak dobre jest to, co napisał?


Trudno mi porównać dzisiejszą sytuację na rynku wydawniczym z tą w 2014 roku, kiedy debiutowałem „Portretem trumiennym”. Wtedy wydawnictwo zgłosiło się do mnie samo, dopiero później dowiedziałem się, że działa ono też na zasadach self-publishingowych. Pytasz, czy self jest często jedyną ścieżką dla debiutu? Chyba nie, bo wystarczy spojrzeć, ile pierwszych książek obecnie wychodzi; ale na pewno jest jedną z możliwości.

Ale ze swoich doświadczeń wiem także, ile ich nie wychodzi, choć często są dobre. Jaką miałbyś radę dla debiutanta, który ma ciekawą propozycję wydawniczą i marzy o swej książce?

Na pewno uczucia radości, towarzyszącemu debiutantowi, którego książka niebawem trafi na rynek, nie da się porównać z żadnym innym. Jednak na początku polecam obniżyć swoje oczekiwania, bo te najczęściej mamy bardzo wysokie, a przebić się z debiutem jest naprawdę ciężko. Warto też wyhodować sobie grubą skórę, która choć trochę uchroni od hejtu i niekonstruktywnej krytyki. No i robić swoje, bez względu na wszystko.

W wywiadzie z Łukaszem Saturczakiem wspomniałeś, że nie przepadasz za rozmowami z ludźmi. Niektórzy moi znajomi też tak mają i tłumaczą to tym, że dzisiaj ludzie nie mają za wiele do powiedzenia. Dlaczego ty robisz uniki?

Z natury jestem introwertykiem, więc wolę ludzi obserwować. Ich zachowania, cechy charakterystyczne „kradnę” i przelewam na papier. Proces twórczy chyba się we mnie nie kończy. Jestem nastawiony na wyłapywanie ciekawostek z życia, zachowania, sposobu mówienia czy poruszania; są to np. sformułowania albo nawet pojedyncze słowa, którymi posługuje się tylko jedna rodzina, bo przekazywane są one jakby w genach; lubię też słuchać opowieści znajomych z ich domów rodzinnych, zawsze znajdę w nich coś, co mnie zaintryguje; kiedyś na przykład moja znajoma w trakcie rozmowy wyjawiła, że w dzieciństwie jej babcia miała w zwyczaju grozić, że jak nie będzie grzeczna, to wymieni ją na dwie dziewczynki z sierocińca. Od razu nasunęło mi się pytanie: ale dlaczego na dwie?! To trzeba rozwinąć! W takich chwilach zapala się we mnie lampka, że to może się przydać.

Wszyscy pytają cię o żyjące postacie ze „Słońca narodu”, a mnie najbardziej zaintrygowała ta, którą uśmiercasz. Samobójczyni Rozalia podyktowała Gustawowi rytm życia, z którego nie może się on wydobyć. Rozalia była toksyczną matką czy może tylko nieszczęśliwą w swej roli, niemogącą dać synowi radości?

Postać Rozalii jest jedną z najbardziej tajemniczych w powieści. Dzięki temu, że nie jesteśmy pewni jej losów i wyborów życiowych, nie możemy też być pewni niczego w kwestii wizji/wspomnień Gustawa. Lubię myśleć, że starała się być najlepszą matką, jaką potrafiła. Bardzo szybko urywam wątek Rozalii, widzimy ją jedynie z punktu widzenia jej syna, co niekoniecznie wygląda na wzorowe wychowanie; ale musimy wziąć pod uwagę fakt, iż była samotną, ciężko pracującą kobietą w bardzo ciężkich czasach.

Nie bałeś się, że niektórzy czytelnicy będą niezadowoleni, czytając po raz kolejny w „Słońcu narodu” o dyżurnych polskich tematach literackich typu wojna w pamięci, komunizm czy skomplikowane relacje rodzinne? Bo łączysz to wszystko znakomicie w powieść, która rozgrywa się gdzieś wewnątrz bohaterów, nie diagnozuje niczego nowego w ww. tematach.

Dziennik, o którym wcześniej wspomniałem, nie ustawił mi tylko ram czasowych książki, ale również jej tematykę. Poza tym bardzo lubię zaglądać pod podszewkę pozornie przeciętnej polskiej rodziny i doszukiwać się tam różnych brudów, co zresztą zapoczątkowałem już „Portretem trumiennym”. W „Słońcu narodu” jednak idę dalej niż w swoim debiucie, nie tylko rozkładam rodzinę na czynniki pierwsze, ale też pokazuję, jak Historia utrudnia funkcjonowanie jej członkom i jak ich zmienia.

I bardzo to indywidualizujesz. Na kogo z tej rodziny Historia miała największy wpływ?

Jeżeli uznamy, iż Gustaw nie zwariował, tylko przydarzyło mu się to, co dostrzega w swoich wizjach, musiałbym powiedzieć, że przeszłość najbardziej wpływa właśnie na tego bohatera; nie może funkcjonować, tylko popada w stan odrętwienia, zaprzepaszcza wszystko, co do tej pory udało mu się zbudować.
Na drugim biegunie znajduje się Renata, na którą Historia, czyli wybór Wojtyły na papieża, wpływa ożywczo; kobieta przedefiniuje swoje życie, stanie się bardziej odważna, w pewien sposób dzięki Historii się wyemancypuje.

Którego z bohaterów swoich książek najbardziej szanujesz, któremu najbardziej współczujesz, a który jest ci szczególnie bliski?

Odniosę się do swojej najnowszej powieści, bo jej bohaterowie ciągle są żywi w mojej pamięci. Lubię każdą z postaci, nawet te na pierwszy rzut oka antypatyczne. Myślę, że najbardziej szanuję Elkę, czyli dziewczynę Pawła, która mimo przeciwności dąży do swojego celu; jest bardzo silną postacią, emancypującą się w trakcie trwania akcji książki. Natomiast współczuję Gustawowi, bo jest samotny w swojej podróży do przeszłości; tym bardziej że sam nie jest pewien, co jest prawdziwe, i nie ma u kogo szukać pomocy. Teoretycznie najbliższe mu osoby nie mogłyby być od niego dalej. Z kolei najbliższa jest mi Renata, dlatego że od niej zaczęła się ta książka. To odręcznie pisany pamiętnik stał się inspiracją dla postaci żony i matki, wokół której stworzyłem rodzinę. Pamiętnik, dodajmy, realnej postaci, co sprawia, że trudno nie czuć z nią więzi.
fot. Zuzanna Szamocka

„Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” to powieść o tym, że wojna nie kończy się, gdy wielcy tego świata ogłaszają ten koniec. Reportażowo świetnie opisali to Magdalena Grzebałkowska czy Ben Shepard. Myślisz, że doświadczenie wojny jest największą życiową traumą człowieka?

Trudno mi odpowiedź na to pytanie, z prostej przyczyny – nigdy nie przeżyłem wojny. Żadna liczba przeczytanych książek, artykułów czy obejrzanych filmów nie zbliży mnie do tego doświadczenia. Sam mogę posługiwać się jedynie researchem i wyobraźnią, a wszystko to w bezpiecznej przestrzeni mojego pokoju. Jednakże jest to temat niewątpliwie fascynujący. Pociąga mnie niejednoznaczność wyborów, których człowiek musiał czy musi każdego dnia na nowo dokonywać w tak potwornych okolicznościach, gdy wszelkie do niedawna obowiązujące prawa zostają zawieszone.

Ja też to tak odbieram. I myślę, że każdy z nas ma swoją fantazję o tym, co jest największym okrucieństwem wojny. Zdradzisz mi swoją?

Oczywiście, pisząc, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, co zrobiłbym w danym momencie. Jeżeli musiałbym wybrać, kogo z bliskich uratowałbym, a kogo poświęcił? Czy byłbym uczciwy? I tak dalej… Jednak te kwestie ciągle pozostają w fazie bezpiecznego gdybania. Choć to truizm, ale jestem pewien, że człowiek dopiero w chwili największego zagrożenia odkrywa, do czego jest tak naprawdę zdolny.

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to zaś rzecz, którą odczytywać można jako gorzką alegorię ludzkiego wykluczenia. Jest smutniejsza o tyle, że dotyczy ludzi młodych, niedopasowanych, sfrustrowanych, zagubionych. Tak zwany kapitalizm tak nas rozczłonkował i zatomizował czy to młode pokolenie zagubiło gdzieś jakiś instynkt stadnego życia rodzący tradycję i wspólnotę?

Młode pokolenie jest ambitne, ale jednocześnie zindywidualizowane na tyle, że zahacza to o egoizm. W przypadku „Przemocy…” mamy do czynienia z grupą studentów humanistyki, którzy mierzą się z tym, że rynek pracy ma im niewiele do zaoferowania. Grozi im albo bezrobocie, albo praca poniżej kwalifikacji. Ta – według nich – niesprawiedliwość jednoczy ich i pcha ku protestom, które w powieści przeradzają się w groteskę. W mojej opinii dziś „stadne życie” pojawia się wtedy, gdy zagrożone są podstawowe prawa, co starałem się pokazać w książce.

Cztery powieści w okolicach trzydziestki to dużo. Mam wrażenie, że masz też duże wsparcie w swoich poczynaniach i ludzi wokół wierzących w to, co piszesz i jak piszesz. To pomaga przy tworzeniu kolejnych próz?

Jest na pewno ogromnym wsparciem. Pozytywne głosy, zarówno ze środowiska literackiego, jak i od najbliższych osób, pomagają w pracy. Jednak piszę głównie dla czytelników i to na ich opinii najbardziej mi zależy.

Opowiadają ci jakieś historie podczas spotkań autorskich?

Oczywiście! Często też do mnie piszą. Np. czytelnik z Poznania opowiedział mi, jak mijając Uniwersytet Artystyczny, „widzi” sceny, które rozegrały się właśnie w tym miejscu w „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Z kolei czytelniczka wybrała właśnie moją książkę jako temat na egzaminie gimnazjalnym i zdała na ponad 90%. To bardzo cenne głosy, bo pokazują mi, że to, co piszę, silnie działa na moich czytelników, zapada im w pamięć. Nie ma większej pochwały dla pisarza.

Wyobraź sobie, że każdą swoją powieść możesz podarować innemu Janowi Kowalskiemu. Jaki byłby każdy z tych czterech Kowalskich, którym twoje książki sprawiłyby przyjemność lub odmieniły ich życie?

Ciekawe pytanie! Gdybym puścił wodze fantazji, „Portret trumienny” trafiłby do matki, której syn coraz rzadziej pojawia się w domu, studiuje w dużym mieście, a ona nie wie, „gdzie się podział jej kochany synek”. „Kiedy zdarza się przemoc…” podarowałbym osobie, która administruje dotacjami na tworzenie nowych miejsc pracy. „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” licealiście, który do tej pory widział historię jako nudny rozdział w podręczniku i miał czarno-biały obraz II wojny światowej. Z kolei „Słońce narodu” rówieśniczce Renaty, aby przypomniała sobie, jak ona przeżyła wybór Wojtyły na papieża, albo usłyszała w głowie hity muzyki popularnej tamtych lat.

Jak myślisz, dla kogo się dzisiaj pisze w Polsce? Statystyki czytelnictwa rokrocznie są przerażające.

Znam statystyki i dla mnie też są przygnębiające. Jednocześnie istnieje wiele osób, które sięgają po literaturę, i dla nich warto pisać kolejne tytuły. Festiwale, spotkania literackie ciągle cieszą się dużą popularnością, więc nie jest tak, że wszyscy czytelnicy wymarli.

Lubisz zacisza bibliotek. Pewniej się czujesz w przestrzeniach izolacji? Gdzie najchętniej spędzasz wolny czas?
fot. Zuzanna Szamocka

Biblioteki traktuję jako miejsce intensywnego researchu, czyli kojarzące się z pracą. Czas wolny najchętniej spędzam w dużym mieście, spacerując i zwiedzając. Chociażby weekendowy wypad do Berlina pozwala mi naładować akumulatory i oderwać się od codzienności. Po stolicy Niemiec często wędruję bez celu, czasami tylko zaznaczam na mapie miejsca, które są punktami orientacyjnymi. W Berlinie lubię poczucie wolności i tolerancji, no i wielokulturowość, tak obcą na polskich ulicach.

Masz już jakiś pomysł na piątą powieść?

Nie, na razie nie planuję piątej książki. Odpoczynek dobrze mi zrobi. Aczkolwiek niebawem premierę będzie miało moje dziesięcioodcinkowe słuchowisko, które napisałem na zlecenie Storytel.pl; „Roztopy”, bo taki nosi tytuł, to obyczajówka z dreszczykiem, dziejąca się w liceum na początku lat 2000.

Lubisz słuchać opowieści fabularnych? Ja wciąż nie mogę się przekonać do czegoś takiego jak audiobook.

Słucham ich w samochodzie. Jednak jeżeli mam wybierać między książką a audiobookiem, zawsze wybiorę to pierwsze. Mimo to Storytel przekonał mnie tym, że tak naprawdę napisałem serial audio, a nie powieść, którą później czyta lektor. Każdy odcinek „Roztopów” trwać będzie około godziny, ma w sobie kryminalną zagadkę i dużo nastoletnich problemów z czasów, w których nie było smartfonów i social mediów.

Dziękuję za rozmowę.

2018-04-02

Rozmowa z Agnieszką Wolny-Hamkało


Trochę tych książek czytam, łatwo się w nich zagubić. A jednak od dłuższego czasu powtarzam, że gdyby dano mi z dziesięć różnych arkuszy tekstu, od razu rozpoznałbym twoją frazę. Jak to robisz?

Charakterystyczny styl ma swoje wady. W pewnym stopniu blokuje niektórych czytelników na starcie. I nie mówimy o treści czy konstrukcji książki, tylko o materiale. Zatem jeśli ktoś mi nie uwierzy na początku – nie polubi mojej książki. Może ten styl to – jak to się mówi – gra pożądania i wyparcia? Mam na myśli utrzymywanie obiektu i jednocześnie wypieranie się go. Takie „drugie spojrzenie”, które daje stylizacja lekko kampowa czy ironiczna, wywodzi się z wiersza. Tekst przygląda się sam sobie. Taka dwuznaczność może być kłopotliwa: nie wiadomo, czy czytamy solenny tekst, czy może uśmiech autora jest podwójny.

A pisarz powinien się uśmiechać podczas pisania czy być śmiertelnie poważny?

To zależy, co pisze. Lubię wpuszczać psa do sklepu, metaforycznie rzecz ujmując. Chociaż trzeba uważać na tak zwany samośmiech, czyli uciechę, której nie podziela nikt oprócz autora. Pamiętam przegląd filmowy, na którym pokazano pięć ekranizacji Nałkowskiej – jedna po drugiej szły w studyjnym kinie. Był to cudowny koncept, ale okazał się czytelny dla niewielu. To się zdarza także na premierach teatralnych, na których wśród publiczności, na samej górze siedzi, zaśmiewając się do łez, autor tekstu.

Wspominałaś na Facebooku, że „Moja córka komunistka” zaabsorbowała cię tak mocno, że na długo zniknęłaś innym sprzed oczu i z komputerów. To rzeczywiście były krew, pot i łzy? Jak powstawała ta książka?

Obsesyjność związana z książką – czyli to, że przez jakiś czas skupiasz wszystkie myśli niemal wyłącznie na niej – zdarza się za każdym razem. Ale teraz starałam się jakoś chronić ten półświatek. Nie szaleć. Nie miałam więc na zewnątrz żadnych mechanizmów rozładowywania napięcia, które pisanie buduje. Za to mogłam skoncentrować się tylko na nim. Tak więc puste przebiegi, podczas których siedzisz rano przed komputerem, próbując wyrzucić z głowy obrazy z poprzedniego wieczoru, w ogóle nie miały miejsca.

Pięknie piszesz o nieobecnych. Mam na myśli matkę głównej bohaterki, która zmusiła córkę do konfrontacji z utratą, ale czym ona była – ceną samostanowienia i szczęścia tej, o której przecież nie opowiadasz?

Tak, matka musiała opuścić dom, żeby się wyemancypować, złapać jeszcze trochę szczęścia na odchodnym. W tamtym czasie w rodzinach używało się jeszcze czasownika „poświęcać się”. Realizowanie własnego scenariusza wymagało ze strony kobiety odwagi. Było nieakceptowane społecznie. Wiele lat temu miałam świetną terapeutkę, buddystkę, panią Basię. Pani Basia była przeciwna tego typu „poświęceniom”, toksycznym, obciążającym całą rodzinę. Jeśli matka umiera i dziecko dostaje w spadku stare volvo – zabiera stare volvo i jedzie w świat. Czym prędzej, tym lepiej. Wymuszone z zewnątrz rytuały żałobne to opresja. Mama bohaterki zobaczyła na końcu ulicy swoje stare volvo i ruszyła w świat. Bardzo się z tego razem z nią cieszyłam.

W tej figurze matki poświęcającej się nie kryje się pewien aspekt opresyjności względem kobiet, które wytwarzają kultura i społeczeństwo?

To nasz ulubiony narodowy mit: matka Polka, matka gastronomiczna, matka heroiczna. Zawsze niosąca jakiś ciężar, powinność. I tej powinności bardzo się pilnuje, dyscyplinując matkę do roli. Mimo że idzie za tym utrata podmiotowości, prywatnego czasu. Jest w tym mnóstwo szantażu emocjonalnego.

Nie chcę rozmawiać o tym, na ile autobiograficzna jest „Moja córka komunistka”, niech czytelnicy pozostaną w niedopowiedzeniu. Ale jedna z opisanych historii nie daje mi spokoju. Siedmioletnia Ania odnajduje w lesie słodkości od Liczyrzepy, sprzyjającego jej ducha gór. A przecież to pełna czułości i troski ingerencja rodziców. Nie mogłaś chyba tego zmyślić, musiałaś przeżyć?

Ta scena ma swoje źródło w przeszłości. Ale to tylko jej rodowód. W ducha gór wierzyłam święcie. Składałam mu dary w różnych zapyziałych dziuplach. Kupowane w kioskach z pamiątkami bombki z kolorowej cynfolii również miały magiczne pochodzenie. Byłam bardzo uduchowionym dzieckiem, co było dość zabawne dla wszystkich. Podczas spacerów z tatą ateistą potrafiłam zatrzymać się i paść na kolana przy szosie przed drewnianym krzyżem. Co mi nie przeszkadzało odprawiać różnych pogańskich rytuałów na Ślęży. Wszystkie bożki i duchy funkcjonowały ze sobą w pełnej symbiozie.

A dzisiaj jakieś ci towarzyszą?

Mam nadzieję, że nadal wszystkie.

Lubisz przymiotniki? Początek tej powieści w nich tonie.

Początek musiał być inny niż reszta książki. Zależało mi na tym, żeby sposób opowiadania i postrzeganie świata zmieniały się razem z bohaterką. Ona przecież dorasta, co kilka lat widzi świat zupełnie inaczej. Ma inne skojarzenia, lęki, inny język.

Konstrukcja głównej bohaterki w „Mojej córce komunistce” wyraźnie pokazuje, że to, jaki jest człowiek, wydobywa się z tego, co weźmie od innych. A przecież trochę swoich cech mamy też w genach. Nie są zbyt pewni siebie ci, co twierdzą, że sami ukształtowali swój charakter i swą tożsamość?

To złożona sprawa. Chyba nie będę umiała krótko odpowiedzieć na twoje pytanie. Każdy, kto wychowywał kiedyś dziecko, wie, że to eksperyment. Do tego stopnia indywidualny, że te same porady, skile, zachowania, które sprawdzają się przy jednym dziecku, przy drugim okazują się zupełnie bezwartościowe. I tu niestety, Jarku, bardzo chce się cytować. Bo niemal każdy filozof czy poeta miałby na tę sprawę inny pogląd. Ale wiadomo: są ludzie bardzo szczelni, o silnej strukturze, samostanowiący i pewni siebie. Sama jestem osobą dość rozregulowaną i podatną na wpływy. Chociaż próbuję się przed tym bronić. Tego typu nieszczelność sprawia, że wpada mnóstwo fajnych rzeczy, ale też sporo śmieci i lewego towaru.

Która bohaterka jest dla ciebie najważniejsza – Ewa z „Zaćmienia”, Ada z „41 utonięć” czy Anna z „Mojej córki komunistki”?


Przy Ewie odpoczywam – to wariatka i z racji swojego zawodu ma zawsze do opowiedzenia mnóstwo pokręconych historii. Ady się trochę boję – to id, coś wypartego, co powróciło. Jej najmniej zależy na niej samej, na własnym bezpieczeństwie i życiu. Annę lubię za pogodną akceptację. Jej zen jest w porządku. Gdyby Anna rządziła światem – byłoby tu miejsce dla wszystkich freaków.

A nie masz ochoty napisać książki z bohaterką, z którą na co dzień chciałabyś walczyć?

W „Komunistce” są bohaterowie, z którymi chciałabym walczyć. Chociaż nie w taki sposób, że byliby jakimiś moimi antagonistami. Ciekawsze jest pokazywanie ambiwalencji, relacyjności naszych cech i zachowań.

Bohaterowie „41 utonięć” z różnych powodów odnajdują wolność w przestrzeni teatru. Jak człowiek powinien szukać swojej prywatnej życiowej wolności?

Wolność to dalej luksus, niestety. To przykre, ale jest dostępna głównie dla tych, którzy mieli więcej szczęścia – talentu, zdrowia, pieniędzy. Człowiek musi się we wczesnej młodości ostro napracować, żeby później nikt nie mówił mu, co ma robić. Żeby mieć komfort wyjścia z jakiejkolwiek pracy w dowolnym momencie. Pokazania faka, kiedy ktoś go obraża. Bywa, że ci najbardziej zbuntowani i „wolni”, ci, którzy powtarzają idealistyczne hasła, to dzieci, które nie muszą serio bać się o swoją przyszłość. Idealizm jest potrzebny, bo to odpowiedni horyzont. Gorzej, kiedy ci „idealiści” wypowiadają się z pogardą o tych, którzy nie okazali się w ich ocenie wystarczająco odważni. Nie protestowali dość głośno, nie rzucili umowy o pracę na stół. Zaskakujące, jak ci „wrażliwi” szybko okazują się niewrażliwi i głupi.

„Zaćmienie” zacierało granice między absurdem, komizmem, ironią a śmiertelną powagą. Konsekwentnie kroczysz tą drogą w kolejnych książkach czy się mylę? Chcesz coś udowodnić sobie i prozie jako takiej?

Utrzymywanie takiej podwójności wydaje mi się ciekawe. Orientuje na język, sprawia pewien kłopot, ale daje też wolną rękę czytelnikowi, który ma większy margines na decyzję, czy przygoda z książką to tylko umowa społeczna, czy też zaczynamy poważnie się komunikować. Najśmieszniejsze są próby przywoływania do porządku takiego tekstu: „tak się mówi” lub „tak się nie mówi”. To jest przegięte, a to zbyt grubą linią narysowane. Jakby powieść realistyczna naprawdę była odbiciem rzeczywistości. Przecież to iluzja. Jeśli będziemy tak myśleć, nadal najbardziej awangardowym pisarzem pozostanie w Polsce Gombrowicz. „Powieściowość” książki jako jej zaleta czy wada to dziewiętnastowieczna kategoria oceny.

To która powieść realistyczna według ciebie najlepiej ukazuje, że niekoniecznie ma odbijać rzeczywistość?

Każda. To tylko forma, konwencja. I nasze czytelnicze przyzwyczajenie. Tęsknota za harmonią, odpowiednimi proporcjami. Jako ludzie jesteśmy istotami irracjonalnymi i nielogicznymi. Tak więc nawet wiarygodność psychologiczna bohaterów powieści realistycznych – przyczynowość zachowań – jest sztuczna. Zastanawiające, że to właśnie powieść realistyczna uchodzi za tę dojrzałą, podczas kiedy na przykład gotycka za infantylną i regresywną. A przecież odejście od kanonu jest ciekawsze niż kanon. Dysharmonia ciekawsza niż harmonia. Zaburzenie, eksces zakłada najczęściej progresję. Awangardy narodziły się właśnie ze znużenia harmonią i konwencją. Jak manieryzm. Owszem, jest coś niezdrowego w tego typu kaprysach, które moglibyśmy nazwać wyrafinowanymi błędami. Ale poczucie wolności, nonszalancja – są tego warte.

Nie uważasz, że krytykujący twoje książki biorą je za bardzo serio? Przecież stwarzasz ten wyraźny dystans do wszystkiego bardzo czytelnie.

Nic nie mogę zrobić w tej sprawie. Jednak wiem, że to pisanie nie dla wszystkich. Że można się czuć obco w tym świecie albo po prostu nie polubić tonu. Cieszę się bardzo na każdego czytelnika, który lubi ten miękki kamp, kupuje ten dystans i w efekcie dobrze się czuje w towarzystwie moich książek.

Jak myślisz, komu jest trudniej – poetce/poecie mierzącym się z prozą czy prozaiczce/prozaikowi, którzy zabierają się za pisanie wierszy?

W ogóle zawsze jest trudno. Poecie – rezygnować i redukować. Dawać spokój sobie, zdaniom i czytelnikowi. Przestać podkręcać zdania do granic wytrzymałości. I uwierzyć w przygodę. Kiedy czytam książki, najmniej interesuje mnie treść, przygoda. Po prostu literatura jest gdzie indziej. Ktoś gdzieś napisał, że współcześni poeci to tacy architekci, którzy tak długo udoskonalali swój projekt, aż przestał się podobać inwestorom. Napięcia w wierszu buduje się po prostu gdzie indziej niż w prozie. Ale myślę, że zawodowy pisarz, prozaik, musi mieć ogromną trudność z napisaniem dobrego wiersza. Nabokov dał radę, konstruując bardzo nowoczesny poemat zaczynający książkę „Blady ogień”. Ale nie ma za wiele takich przykładów.

Ale to była chyba jego jednorazowa próba? Bo z tego, co mówisz, wynika trochę, że droga od prozy ku poezji jest trudniejsza niż ruszanie z przestrzeni poetyckiej do prozy.

Ale może się mylę? Może wynika to z tego, że transfer odbywa się prawie zawsze w kierunku od wierszy do prozy – prawie nigdy w przeciwnym? Chciałabym zobaczyć minę pisarza, który pracuje trzy lata nad tomem wierszy, a potem dowiaduje się, że dystrybucja istnieje niemal wyłącznie w Internecie (wyjątkiem są takie księgarnie jak Tajne Komplety czy Lokator) i że w najlepszym razie może liczyć na sprzedaż całego nakładu, czyli… trzystu egzemplarzy.

Jakie jest najintymniejsze słowo, z jakim spotkałaś się w poezji?

Myślę, że ładne słowo to… ścierwo? Jest w pewnym sensie intymne.

Kiedy przed laty blurbowałaś mój „Rok w rozmowie”, napisałaś między innymi, że pisarze to specyficzne plemię kochające się w książkach. Zostało ci coś dzisiaj z tej myśli? Mogłabyś ją rozwinąć?

Dalej tak myślę, tylko teraz może silniej dostrzegam obsesyjność towarzyszącą tej miłości. To jest życie w kryzysie: nowe książki wciąż wypierają stare, stare się nigdy nie starzeją. Kończąc nowe, chcemy przypomnieć sobie stare i zrobić notatkę z nowych. A tak naprawdę samego Prousta można by czytać co dwa lata, znajdując ciągle nowe rzeczy, ucząc się czegoś. Co robić? Czytać tylko eseje i podręczniki akademickie czy skupić się na poezji? Poczytać książki młodych Greków czy umarłych Hiszpanów? Szkice o przekładach, filozofię czy dramaty? A może lepiej od razu sięgnąć po „Sztuki świata”? A teksty z katalogów sztuki, artykuły na portalach, najnowsze wiersze, które ktoś ogłasza na jakimś konkursie? Chroniczne zmęczenie, Jarku, podkrążone oczy i brak magnezu.

Znam to. I zagubienie. Bo mnogość tych nowości. Jak według ciebie ktoś ma sobie wybierać dobre książki i dobry z nimi czas?

Dobry bibliotekarz musi mieć w sobie coś z psychoterapeuty albo cwanej wróżki. Kiedy ktoś przychodzi do mnie pożyczyć książkę dla siebie albo np. swojego syna – długo gadamy. Pytam, co lubi, jak chce się poczuć, jakie książki do tej pory czytał i co przypadło mu do gustu. Sama najczęściej wybieram książki, które stawiają lekki opór: manieryczne, konceptualne albo w jakiś inny sposób dziwne. Ale lubię wybrać coś na chybił trafił u bukinisty albo w antykwariacie i przeżyć przygodę. Cieszę się też zawsze z książkowych prezentów i zawsze czytam takie książki. Także te, które ktoś mi pożycza. Uważam, że ma w tym jakiś swój cel i może chce mi coś powiedzieć.

Za co można pokochać Wrocław?

Za silne tradycje awangardowe. To miasto grupy Luxus, Centrum Sztuki WRO i galerii Entropia. Miasto performerów, gdzie można trafić do Centrum Trawienia Wizji albo latem wpaść o północy na nieobliczalne Midnight Show. Na Łokietka 5 można zjeść eksperymentalną kolację przygotowaną przez Food Think Tank. A podczas Off PPA – zobaczyć mnóstwo podziemnych spektakli.

Jarosławowi Mikołajewskiemu zwierzyłaś się przed laty: "Kiedy żyje się bardziej we własnej głowie, czasem trudno jest zapanować nad rzeczywistością potoczną, nad świeckim życiem". Nadal się z nim borykasz czy wyprowadziłaś się już trochę z własnej głowy?

Idzie to falami. Jest w jednej z powieści Lawrence’a Durrela taka scena, kiedy pisarz wciąż tylko pisze, rozmyśla i patrzy na morze. Raz w tygodniu, w czwartek, słyszy przytłumione dudnienie silników. Wie, że parowiec przywozi listy, i chociaż ich nie dostanie – nie umie patrzeć na odpływający statek bez żalu. A potem wraca do swoich papierów. Ja też zawsze czekam na taki statek. Czasem to jest teatr. Teatr jest integrujący, wspólnotowy. To ludzie, ich pomysły, talent, wrażliwość. A jeśli spektakl odbywa się w innym mieście – są wspólne śniadania w Domu Aktora, praca nad tekstem w ostatnim otwartym lokalu, długie podróże pociągiem. Nagle ma się z tymi ludźmi wspólne życie. Poza tym są zwykłe, państwowe sprawy. Tak zwane gospodarskie dni się wpychają tylnymi drzwiami.

Wymień trzy rzeczy, które ostatnio sprawiły ci przyjemność.

Wklepałam w smartfona zły numer telefonu i pisałam do kogoś obcego esemesy. Niechcący. Ostatnie dotyczyły czapki bogdychanów i doktora Pai-Chi-Wo, bo przygotowując się do napisania sztuki, czytałam „Akademię Pana Kleksa” I ktoś tydzień temu mi odpisał: „Piszesz do mnie od czerwca i nihuja nie wiem o co chodzi”. Byłam wtedy w pociągu i do końca podróży musiałam wychodzić z przedziału, nie mogłam przestać się śmiać.

Naprawdę? Zdarzyło mi się to samo, tyle że ta osoba od razu odpisała. I potem odegrała ważną rolę w moim życiu. Nie uważasz, że to, co się z nami dzieje na co dzień, to szalona przypadkowość przypadkowości?

Widzisz, w powieści to brzmiałoby niewiarygodnie. Myślę, że w życiu jest sporo przypadkowości, ale też sporo rzeczy wybieramy, chociaż często nieświadomie. I wciąż „trafiamy” na takich mężczyzn, owakie kobiety. Odgrywamy rytualnie swoje traumy, bo realizując znajome scenariusze, czujemy się wreszcie bezpiecznie.

Dziękuję za rozmowę.