Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura bałkańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura bałkańska. Pokaż wszystkie posty

2020-11-06

„Wymazana” Miha Mazzini

 

Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 12 listopada 2020

Liczba stron: 296

Przekład: Marlena Gruda

Oprawa: twarda

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Niewidzialność społeczna

Weźcie do ręki swój portfel. Wyjmijcie z niego wszystko poza gotówką. Ta może zostać, przyda się. Teraz weźcie swój dowód osobisty i go przetnijcie. Wyrzućcie wszystkie karty, za pomocą których codziennie załatwiacie różne sprawy, zupełnie o tym nie myśląc. Usuńcie wszystkie elektroniczne dowody na to, kim jesteście. Co pozostaje? Czy to wciąż wasza prawdziwa tożsamość? Miha Mazzini – znakomity słoweński pisarz – opowie wstrząsającą historię kobiety, którą państwo usuwa z rejestru. Ale to nie jest tylko opowieść o tym, co dzieje się wówczas, gdy państwo kwestionuje naszą narodowość. Autor rozprawia się z problemem niewidzialności społecznej na wielu płaszczyznach. Bardzo ciekawe jest to, że udręczona bohaterka jest jednocześnie matką. To macierzyństwo, któremu nie są dawane szanse na spełnienie, to danie nowego życia krajowi, który tak doskonale, bo po cichu, selekcjonuje swoich obywateli. „Wymazana” to mocna powieść z tematyką społeczną. Lustro przyłożone Słowenii, a ujrzane w nim odbicie będzie uwierać. Jeden z bohaterów wypowiada znamienne słowa: „Ten naród przeżyje wszystko, bo nie chce widzieć tego, co powinien”. Mazzini opowie o systemowej opresji, ale również społecznej obojętności. Poruszy problem ponad 25 tysięcy Słoweńców, z których do dziś część nie ma uregulowanego statusu obywatelskiego. Ale dotknie do żywego, przede wszystkim portretując przerażającą wędrówkę bohaterki, podczas której każdy kolejny człowiek zawodzi. A państwo pozostaje nieczułe. Bo przecież państwo nigdy się nie myli.

Zala Jovanović dowiaduje się o tym, że nie istnieje, w chwili, kiedy chce wydać na świat syna. Bezduszna maszyna urzędnicza działa doskonale od samego początku, gdy ważniejsze niż skurcze porodowe jest wypełnienie dokumentacji. A w niej pustka. Zali nie ma. Nie istnieje w systemie. Nie ma jej jako obywatelki państwa, które dopiero od roku jest niepodległe i szczyci się ładem w przeciwieństwie do postjugosłowiańskiego chaosu, z jakiego wyłania się wojna. Tymczasem Zala będzie musiała iść na swoją prywatną wojnę – o tożsamość i o godność. Świetnie sportretowana bohaterka, która jest gniewem, furią i bezradnością jednocześnie, będzie nas prowadzić jak przez mroczny labirynt rodem z powieści Kafki. Miha Mazzini pokaże nie tylko determinację. Zwróci uwagę na niezauważalne na co dzień relacje państwa i obywatela. Opowie, co się dzieje, kiedy błąd państwa stanie się błędem jednostki. A przecież państwo naprawdę nigdy się nie myli.

Słoweński pisarz po raz kolejny podejmuje tematykę jednostki systemowo skazanej na niebyt. W „Psie” przedstawił problem zupełnie inaczej – można było tamtą powieść odczytywać jako specyficzną historię kryminalną, było tam mnóstwo cynizmu i czarnego humoru. „Wymazana” ma zupełnie inną konwencję. Dosadną, realistyczną, bardzo boleśnie uwierającą. Wokół Zali koncentrują się ludzka niemoc i chęć niesienia pomocy. Między jednym a drugim zaś wyeksponowany dramat obywatelki, kobiety, matki. Każda z płaszczyzn tej opowieści staje się okrutna, nie do zniesienia. Ale bohaterka Mazziniego nie poddaje się. Walcząc z systemowym wymazaniem, wraca do demonów z przeszłości, o których chciała zapomnieć.

Jak o ojcu, surowym serbskim wojskowym. O człowieku, który nie podjął kroków, by uporządkować status obywatelski swojej córki w innym kraju. Bo Słowenia daleka jest już od tego, co rujnuje pozostałe dawne jugosłowiańskie republiki. Słowenia stworzyła własną autonomiczną państwowość, dumna jest z jej fundamentów, aspiruje do Unii Europejskiej, a ludzi o niewygodnym dla niej statusie… usuwa w taki sposób, by porządek społeczny gwarantował świetlaną przyszłość tych, którzy nie niosą w sobie doświadczeń ogarniętych wojną regionów. Zala to wyraźny, bo przepełniony frustracją i złością, przykład jednostki uznanej za zbędną. Okazuje się jednak, że ta zbędność to nie jakiś banalny błąd systemu. Bohaterka Mazziniego, konfrontując się z ludźmi, o których chciałaby zapomnieć, orientuje się, jak opresyjny i doskonale zorganizowany jest system ustalający tak zwany porządek.

Mazzini konstruuje kilka świetnych scen, podczas których gniew i oczekiwania bohaterki zderzają się z innym typem mentalności, innym spojrzeniem na państwo. Najbardziej pełna ironii i najmocniejsza jest scena ze słoweńskim pisarzem, który ma pomóc Zali. Uwypuklona hipokryzja strażnika kultury uderza najmocniej, bo okazuje się, że w Słowenii 1992 roku idea jest ważna, jeśli zgodna z ideologią nowego państwa. Narastająca atmosfera niepewności i lęku podkreśla poczucie, że ta ideologia jest przerażająco niebezpieczna. A jednak wchłania w siebie społeczność. Wyrzucając poza nawias w bezkompromisowy i nieprzewidywalny sposób. I widać to w kolejnych wizytach przypominających trochę stacje drogi krzyżowej. Zala wciąż na nowo wzbudza w sobie nadzieję. Wciąż na nowo staje w zderzeniu z bezkompromisowością państwa, które odzwierciedlają poglądy i zachowania jego obywateli.

Można odczytać „Wymazaną” jako uniwersalną powieść o tym, do czego zdolny jest system, jeśli obywatele stają się bierni i zachowawczy. Ale dużo ciekawiej prezentuje się ten prywatny rys historii Zali Jovanović. Wraz z jego feministycznym wydźwiękiem. To, w jaki sposób kobieta zderza się ze wszystkim, co uosabiają mroczni mężczyźni z jej życia. Powraca czas przeszły, który został przecież pożegnany. Zala była zaradna i samodzielna, konstytuowała swoją tożsamość w opozycji do złych męskich wzorców. Ostatecznie zostaje sama, ale ta samotność daje jej siłę. Osłabianą przez ludzi, którzy mogą się wydać potrzebni. Bo najgorsze, co może spotkać jednostkę mierzącą się z grozą systemu, to samotna walka. A Zala mimo wszystko jest przecież osamotniona w swej wściekłości i skrajnej determinacji.

Miha Mazzini napisał powieść mogącą pod każdą szerokością i długością geograficzną być trudnym do uniesienia zwierciadłem, w którym odbiją się koszmary każdego narodu przymykającego oko na niesprawiedliwość. „Wymazaną” charakteryzuje dodatkowo świetny nerw narracyjny – czyta się to bardzo szybko, ale ze świadomością, że opowiedziana historia ma wiele, bardzo wiele wątków pobocznych, wyrosła z konkretnych zbiegów okoliczności oraz historycznych uwarunkowań. Dla Mazziniego wciąż najważniejsza pozostaje jednostka. Ponownie – po „Psie” – udowadnia on, że jego literaccy outsiderzy to postaci z krwi i kości, które potrafią o siebie zawalczyć. Świetna i sugestywna powieść opowiadająca o tym, że nikt nawet przez chwilę nie pomyśli o przedstawionym dramacie, dopóki ten dramat nie dotknie jego samego.

2020-10-20

„Na pół” Jasmin B. Frelih

 

Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 21 października 2020

Liczba stron: 512

Przekład: Marlena Gruda

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: W kakofonii

Jasmin B. Frelih odważnie wpisuje się w nurt apokaliptycznej literatury przenoszącej nas w przyszłość. W tej powieści nawet nie futurologia jest najważniejsza. „Na pół” świadomie i przewrotnie prowokuje językiem. Ta narracja musiała być niewątpliwym wyzwaniem dla tłumaczki i będzie nim dla czytelnika, bo opowiadając o świecie Wielkiej Kakofonii jako następstwie szumu informacyjnego technologii komunikacyjnej minionego stulecia, dopasowuje sposób opowiadania o tym świecie do jego charakteru. Frelih będzie zatem momentami świadomie grafomański, chwilami absurdalnie barokowy w swych groteskowych opisach, ale z równą dezynwolturą przejdzie w rejestr zasadniczych zdań pojedynczych, pozbawionego znaków interpunkcyjnych strumienia świadomości czy też najciekawszych tu chyba surrealistycznych opisów, także relacji międzyludzkich. Zmienny puls tej książki nie pozwala zbliżyć się do niej od razu. Kiedy jednak przyswoimy ogólny zarys trzech pozornie odmiennych historii tworzących tę powieść, znajdziemy się w przestrzeni, w której język – przez swoje pozorne szaleństwo i narzucane jednocześnie ograniczenia – będzie opowiadał świat przemocy, opresji, emocjonalnych tęsknot za spokojem i dezintegracji osobowości, która w nieodległej przyszłości usiłuje ponownie nadać sobie znaczenie. Jest to wszystko wyborne i pasjonujące – zwłaszcza że po jakimś czasie trójdzielna kompozycja książki zaczyna składać się w całość. Jeszcze bardziej przerażającą niż historie trójki ludzi w różnych częściach świata.

Evan jest reżyserem rezydującym w japońskim mieście. Swoje chwilowe szczęścia i uniesienia uzależnia od środków, których zdobywanie staje się jego priorytetem. Evan to „depresyjna łupina”, człowiek uświadamiający sobie pustkę, w której nie ma już nikogo bliskiego. Pozostaje forma artystycznego wyrazu niekoniecznie zgodna z zamysłem twórcy spektaklu, za którego reżyserowanie Evan bierze się z konieczności wzięcia udziału w czymś nadającym sens jego ponurej egzystencji. Dużo więcej witalizmu ma w sobie Zoia, awangardowa poetka, wyklęta w Europie, świętująca triumfy w amerykańskiej metropolii. Zoia otacza się ludźmi, którzy tak jak ona poszukują wewnętrznej wolności. A jednak utknęli w świecie sterowanym i symulowanym odgórnie. Tkwią w systemie deprawującym indywidualizm. W świecie, w którym uniform narzuca sposób myślenia i kategoryzowania. W miejscu, gdzie ktoś chce sprzedać uniform naprawdę nadający człowieczeństwo. Ale też w miejscu, w którym życie tętni mimo wszystko w sposób toksyczny. Inny rytm życia narzuca słoweński adres, a tu poznajemy Krasa, pięćdziesięcioletniego ministra wojny otoczonego rodziną. Frelih bardzo się stara, by ta rodzina była nietuzinkowa, a pośród jej ekscentrycznych członków wciąż unosi się atmosfera jakiegoś fatalizmu i zagrożenia.

Tę trójkę słoweński pisarz opowiada przy użyciu bardzo wielu technik narracyjnych. Celowo tworząc kakofonię narracyjną, wprowadza nas w świat, który widzimy panoramicznie, a jednak niewystarczająco. To wyzwanie dla wyobraźni. Zaglądamy do życiorysów ludzi, którzy pozornie nie mają znaczenia dla opisywanych wydarzeń. Jesteśmy tylko przez chwilę skonfrontowani z dramatami, po których nie pozostaje później żaden ślad. Obserwujemy większą zbiorowość, dołączamy do surrealistycznych czasem wydarzeń, ale stale mamy poczucie wyobcowania. Tak jak bohaterowie, którzy szukają zasadniczego sensu swojego istnienia i mierzą się ze strachem. W tej walce o egzystencjalną wolność ich orężem może być przebiegłość (Kras), niefrasobliwość (Evan) i nagość własnego ciała (Zoia). Ale wszystkie te trzy historie łączy motyw stosunku jednostki do opresyjnego systemu. I tu należy wrócić do kwestii przemocy, cały czas obecnej w tej książce – na różnych poziomach interpretacji.

Połączmy choćby seksualność z działaniami przemocowymi. Intymne zbliżenie staje się u Freliha przestrzenią bezpardonowej walki. Zdobywanie ciała drugiego człowieka (zresztą nie tylko człowieka) staje się czymś na kształt ruszania na łowy. To zdobywanie drapieżne, zachłanne. W innych, coraz bardziej publicznych rewirach systemowa przemoc doświadczana jest w tak zapamiętywany sposób, że bohaterowie stają się już zaprogramowani, by nie tyle bać się, ile przede wszystkim czujnie rozglądać wokół. Porządek świata gwarantuje przetrwanie ludziom bez przekonań. Bezpiecznie jest nie rozpoznawać wzajemnie swoich potrzeb i skoncentrować się na zaspokajaniu własnych. Ale przecież do tego doprowadza Wielka Kakofonia – nie jesteśmy już dla siebie podmiotami, które wyrażają komunikaty zrozumiałe dla innych. Miejsce odbiorców i nadawców zajął porządkujący myśli i działania reżim. Przemoc staje się codziennością. W przemoc się wrasta. A unikając jej, można wieść życie gdzieś na marginesie. Półżycie. W półsłowach i półemocjach.

Ale Jasmin B. Frelih fantazjuje także o radykalizacji działań oraz postaw. Czy w tej mrocznej przyszłości bunt ma być tylko reakcją obronną wobec zniewolenia? „Na pół” jest też książką o tym, w jaki sposób buntują się artyści. O tym, jak bywają w tym bezradni, ale także o tym, jaką formą odskoczni jest uprawiana przez nich sztuka. Tymczasem słowa prawdziwej sztuki się kończą. Prawdziwi intelektualiści są już wiekowymi starcami (Slavoj Žižek obok Zoi). Frelih ustami swoich bohaterów pyta o to, czym są w przyszłości moralność, tożsamość, czym są etyka i polityka międzynarodowa. To też historia tego, czym może stać się społeczeństwo, jeśli ludzie przestaną rozumieć komunikaty kierowane do siebie. Przestaną im wierzyć albo nie zobaczą w nich treści. To wszystko staje się bardzo groźne i wyjątkowo mroczne. Futurystyczne obrazy – przede wszystkim z historii Evana – obrazują świat całkowitych przewartościowań. Czas chaosu potęgowany przez dyktaturę. Czas naprawdę nieodległy, w którym człowiek urodzony w dniu ataku terrorystycznego na World Trade Center ma zaledwie trzydzieści pięć lat.

„Na pół” to także opowieść o tym, czym jest dom. Jeden z bohaterów twierdzi, że ma go każdy. Tymczasem widzimy poszukiwania przestrzeni realnej i symbolicznej, którą można byłoby nazwać właśnie domem. To, co najbardziej go przypomina w opowieści o rodzinie Krasa, staje się pułapką i miejscem niedomówień. Evan stoi na rozdrożu – opuścił jakieś bezpieczne miejsce i szuka kolejnego. Zoia tylko pozornie jest we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Świat opowiedziany przez historię tej trójki jest miejscem, które już za życia ludzie mogliby nazwać opresyjnym piekłem. W tym wszystkim pewna zuchwałość i nietuzinkowość opowiadania, jak różne są to przestrzenie i jak niejednorodnie rozwinęła się rzeczywistość, w której wszędzie istnieje deficyt człowieczeństwa. Fantazja Freliha – jakkolwiek skomplikowana formalnie – pozostawia niezatarty ślad i dręczy. Myślę, że to jedna z ciekawszych europejskich fantazji o świecie, o jakim większość z nas woli nie myśleć, bo boi się choćby ułamka tego, co sportretował słoweński pisarz. Bardzo oryginalna książka.

2019-01-22

„Celownik” Blaže Minevski


Wydawca: Biblioteka Słów

Data wydania: 20 grudnia 2018

Liczba stron: 344

Przekład: Elżbieta Ćirlić

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 28 zł

Tytuł recenzji: Wojna, los i pamiętanie

Przyznam, że ta powieść od samego początku przykuwa uwagę, bo bardzo interesujący jest szkielet, na jakim się osadza. Coś nietuzinkowego zaczyna obiecywać wyjątkową strukturę książki. Ten pomysł – obustronne celowanie w siebie kobiety i mężczyzny opowiadającego swoje życie – zbudowałby bardzo oryginalną powieść. Tylko wówczas, gdy byłaby krótsza. Bo „Celownik” – narracja w dużej mierze o perspektywie opisu i opowiadania – gubi gdzieś napięcie początku, rozmywa się. Dygresyjność staje się męcząca, a w końcu trąci egzaltacją w słabym stylu. Wątków w opowieści snajpera jest za dużo. Rozpada się nadzieja na to, że będzie to historia ostra jak brzytwa, bo przecież nadbudowana na stanie oczekiwania i napięcia, który w żadnym wypadku nie może trwać długo. Oczywiste jest, że to tylko figura stylistyczna i uznawanie długości wywodu w odniesieniu do niej to jak patrzenie na historię Minevskiego bez dostrzeżenia jej symboliki. Doceniam to, jak wiele i jak dosadnie chce opowiedzieć narrator. Obawiam się tylko, że – abstrahując już od celowania do siebie – nie opowiada on o konfliktach bałkańskich ani goryczy życia, w którym trzeba rozróżnić wyobrażenie od wspomnienia, niczego naprawdę zapadającego w pamięć, niczego też nowego, choć „Celownik” to powieść dramatyczna i stawiająca pytania retoryczne, na które nadal – ani na Bałkanach, ani w Europie – nikt nie znalazł satysfakcjonujących odpowiedzi. Trywializując, można rzec, że jest to historia pisarza, dla którego napisanie książki to za mało, w związku z tym musiał wybrać front i wykonując snajperskie obowiązki, opowiada o pisaniu i życiu na krawędzi.

Ale Blaže Minevski nie zasługuje na taką opowieść o jego książce. Nie sposób nie zauważyć, że jest to przede wszystkim interesująca narracja autotematyczna. Myląca tropy i zaskakująco trafna, kiedy obrazuje role oraz funkcje literatury, umiejętność doboru słów i świadomość, dla kogo się je dobiera. Macedoński pisarz zwraca uwagę na te aspekty literatury, które czynią ją utylitarną, nie odzierając jednak z estetycznych walorów. Przyjrzymy się bowiem temu, jak kształtowała się droga twórcza rozgoryczonego snajpera, ale ujrzymy ją na dwa sposoby: docieranie do istoty literatury poprzez emocje i wzruszenie (sentymentalne wspomnienia lekcji literatury z nauczycielką, która wpłynie na życie bohatera), a także analityczna rozprawa o strukturze takiej książki, która powinna wstrząsnąć czytelnikiem (amerykańskie studia kreatywnego pisania). Podobnie jak sytuacja wyjścia, która niejako wtłacza odbiorcę w klincz emocjonalny, nie dając mu złapać tchu. A potem jednak proponując historię zbyt wielu wątków i nieuzasadnionej achronologiczności.

Bohater Minevskiego zwraca się do swojej przeciwniczki jak do pięknej czarodziejki z legendy o miłości. Zestawienie dramatyzmu oraz bezkompromisowości wycelowanych do siebie luf zderza się z liryzmem opowieści tego, kto tak naprawdę został doprowadzony do sytuacji, w której musi do kogoś celować. A stał się snajperem na bardzo niejednoznacznej drodze. Drodze, na której pojawiają się gorycz, rozczarowania, bolesne wyrzuty sumienia, a potem nihilizm. Pięknie brzmiące fragmenty o tym, skąd się wydobył i kim się stał, łączą się z dosyć trywialnymi refleksjami dotyczącymi konfliktów na Półwyspie Bałkańskim, w miejscu niemożliwości życia innego niż w wojennym napięciu. Podkreślają to słowa przełożonego snajpera, który mówi: „Bez wojny nie możemy żyć razem: poza nią wszystko nas różni”. Minevski nie wychodzi poza symboliczne sugerowanie i pokazywanie jedynie, skąd wydobywa się ludzka nienawiść i do czego prowadzi. „Zabij i potem zapomnij”. To krótki komunikat powtarzany na froncie, ale także mantra, by zaakceptować okrucieństwo. Czy tu portretowane tylko z macedońskiego punktu widzenia? Przyznam, że więcej na temat złożoności konfliktu, który w „Celowniku” jest tłem opowiadania o trudnym określaniu swojej tożsamości, opowiedział mi w swoich książkach Miljenko Jergović, z pochodzenia Chorwat. Minevski jest mroczny, zgrabnie tutaj łącząc elementy tragizmu i liryzmu, jednak „Celownik” nie uderza we mnie tak jak inne opowieści o tym półwyspie przepełnionym fatalizmem i zbiorową amnezją w przypadku zbrodni.

Na pewno warta uwagi jest ta najbardziej intymna sfera zwierzeń czynionych w tym zdecydowanie za długim monologu. Bohater konfrontuje się ze śmiercią w bardzo prywatnym wymiarze. Musi zmierzyć się z odejściem dwóch bliskich mu kobiet i coraz mocniej uzmysławia sobie, jak bezkompromisowa jest śmierć, która później go osaczy. Bo przecież w przedstawionej sytuacji musi zdecydować: będzie tym, który odda strzał, albo tym, który od niego umrze. Tak czy owak będzie uczestniczył w śmierci. I ten mroczny dualizm Minevski dość ciekawie rozwija, kiedy analizuje sytuację domową bohatera, skomplikowane relacje z najbliższymi oraz to, że sielanka jego życia w okresie dorastania stała się w pewnym momencie bolesną konfrontacją z tym, że ludzie i sytuacje odchodzą. A potem przychodzi udział w wojnie, która jest już pasmem bezsensownych utrat i niezawinionych śmierci. Celownik” opowiada o fasadowym bohaterstwie, bo to książka antywojenna, ale lepiej wybrzmiewa jako powieść inicjacyjna. Do pewnego momentu. Blaže Minevski chce opowiedzieć o tym, jak nazwać i określić swój krótki czas na ziemi. Chce ten czas opowiedzieć cały, jednak oferuje mimo wszystko prozę przesytu. I pewnego rodzaju hermetyczności, bo ta opowieść to taki samograj narratora, do którego niekoniecznie dopuszczany jest czytelnik ze swoją wyobraźnią.

„Celownik” zatem rozczarowuje. Myślę, że to kolejny przykład przyzwoitej książki odnajdującej dobrą koniunkturę i ukazującej się w dobrym czasie, w związku z tym z pewnych zrozumiałych, choć może nie do końca literackich powodów otrzymującej miano arcydzieła. Minevski niczego takiego nie stworzył. Starał się oddać lokalny koloryt dramatów egzystencjalnych, ale także wstrząsnąć światem, a w dużej mierze piszącymi o tym świecie. Wyszła powieść zbyt wielu tropów, chwilami manipulująca czytelnikiem, odwołująca się do znanych i opisywanych już dramatów i dylematów, które nie zyskują tutaj zasadniczo jakiegoś oryginalnego rysu. Może „Celownik” miał być powieścią przesytu i bezradności. Może nie odczułem, że opowiada o rzeczach fundamentalnych w dobrze dobranym kostiumie teatru cieni. A może po prostu Minevski zmusił narratora do obsesyjnej koncentracji na wspominaniu, a nie kreowaniu twórczej opowieści. Bo odnalezienie właściwej proporcji między opowiadaniem o sprawach intymnych i dramatach tego świata wymaga brakującej tu być może umiejętności.

2017-06-13

„Obserwator” Evald Flisar

Wydawca: Ezop

Data wydania: 19 maja 2017

Liczba stron: 400

Przekład: Marlena Gruda

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: W drodze ku wolności

Współczesnymi słoweńskimi pisarzami interesują się głównie niszowi wydawcy. Zupełnie bez echa przeszło ukazanie się w Polsce zarówno ciekawego zbioru opowiadań „Awaria” Aleša Čara, jak i interesującego fresku obyczajowego „Czefurzy raus” Gorana Vojnovicia, w którym pisarz usiłuje oddać złożoność przemian w Słowenii zaraz po wojnie bałkańskiej. Gdybym miał porównać „Obserwatora” do jakiejkolwiek współczesnej powieści słoweńskiej, byłby to chyba „Pies” Mihy Mazziniego, gdzie nietuzinkowa osobowość skonfrontowana jest z nieczułym światem zewnętrznym i również – jak „Obserwator” – historia ta przybiera formę powieści kryminalnej. U Flisara nie jest to typowy kryminał. Wydobywa się ze słoweńskiej codzienności, a potem staje trochę kalką „Trylogii nowojorskiej” Austera, jednak stworzoną w zgrabnym stylu, bez niepotrzebnych powtórzeń, bez silenia się też na coś oryginalnego, bo wydaje mi się, iż Evald Flisar nie uważa, że swoją powieścią odkrywa coś szczególnie wyjątkowego. To trochę groteskowa, trochę surrealistyczna, przepełniona czarnym humorem i wnikliwością w portretowaniu głównego bohatera książka o tym, w jaki sposób człowiek radzi sobie – mentalnie i emocjonalnie – z pojęciem wolności; jak ją definiuje, gdzie określa granice jej przestrzeni, a także co robi, kiedy musi odpowiedzieć sobie na pytanie o to, co go w życiu ogranicza i jak bardzo sobie na to pozwala. „Obserwator” zgrabnie miesza gatunkowe kalki, stosuje interesujące spektrum odniesień do amerykańskiej sfery kultury, językowo zawodzi jedynie w szkolnych nieco dialogach, ale ostatecznie oferuje nam intrygującą powieść o manipulacji, konfrontacji ze śmiercią i definiowaniu sensu życia.

Simon Bebler używa znanego z filmu pseudonimu Barton Fink być może dlatego, że jest niespełnionym dramaturgiem w rodzinnej Słowenii, a potem zmanipulowanym przez galerię ekscentrycznych postaci młodzieńcem, przed którym po raz pierwszy w życiu ktoś otwiera możliwość rozumnego wyboru. Dotychczas Simon żył pośród wzorców wydobywanych z przeczytanych powieści i obejrzanych filmów. Stawiał się w pozycji tytułowego obserwatora. Nie był uczestnikiem życia, analizował jego złożoność w biografiach i poglądach innych. Zupełnie przypadkowo staje mu na drodze pewien charyzmatyczny człowiek oferujący odmianę losu. Mroczny kloszard z Lublany proponuje Simonowi podróż do Nowego Jorku oraz wykonanie tajnej misji dostarczenia tajemniczego pakunku. Zaskoczony chłopak przystaje na tę propozycję. Wcześniej musi odciąć się od wszystkiego, co kształtowało jego niepewną osobowość w Słowenii. Przede wszystkim od autorytetów stwarzających wizje, a nie sugerujących możliwość tworzenia własnych. Także z rodziną – z wielbiącym porządek ojcem i w furii roznoszącą ład matką. Simon po raz pierwszy w życiu stanie się człowiekiem osobnym. Pozbawionym toksycznych wzorców i idealizmu. Stanie w konfrontacji z samym sobą i będzie zmuszony zadać sobie pytanie o to, jaki kształt ma mieć jego życie. To prawdziwe życie, które trzeba wyrwać wizji śmierci, wszak bohater jest przekonany, iż nowotwór odbierze mu to życie w ciągu roku.

Flisar sprytnie zmienia tok narracji, kiedy jego bohater dotrze do celu. Dynamiczna fraza ukazuje szereg zaskakujących zbiegów okoliczności, pośród których Simon alias Barton po raz pierwszy w życiu stanie się uczestnikiem zdarzeń, nie ich obserwatorem. Co więcej, wszelkie manipulacje dadzą mu do zrozumienia, że stał się elementem gry zaprojektowanej przez swego enigmatycznego nowojorskiego gospodarza. Vincent Vega pozwala mu zamieszkać w luksusowym apartamencie z widokiem na Central Park. Ktoś jednak dybie na jego życie, w dodatku mieszkanie pełne jest zagadek autorstwa Vegi. Dostaje się do niego serwis gastronomiczny, a w szafie Simon odkrywa trupa. Vincent Vega to człowiek, do którego trzeba dotrzeć specjalną drogą doświadczeń. W końcu to z jego ust padają też znamienne słowa o tym, że „nigdy nie jest za późno na prawdziwe życie”. Słoweński młodzieniec zmuszony będzie do wzięcia odpowiedzialności za swoje wybory. Nie ułatwią mu tego dziwni ludzie pojawiający się w otoczeniu. Tajemnicza sąsiadka, terapeuta, sam Vega czy złożona ciężką chorobą dziewczyna przypominająca ulubioną aktorkę Umę Thurman.

„Obserwator” nabiera tempa i atrakcyjności, kiedy w nieco slapstickowej konwencji obrazuje niespodziewane zwroty akcji, podczas których Simon zacznie uczyć się prawdziwego życia. Podejmie się wyzwania wzięcia odpowiedzialności za wszelkie swoje stany emocjonalne. Od euforii w luksusowym apartamencie po samotność na ulicach Nowego Jorku. Znamienne są miejsca, w jakich przebywa, oraz bohaterowie, których spotyka na swojej drodze. Mają być drogowskazami, stają się coraz bardziej enigmatycznymi ludźmi, których intencji nie można być pewnym. Duch Austera – wspomniany już na wstępie – drepcze wciąż za nim, ale tak naprawdę chodzi tu przede wszystkim o budowanie autonomii i odpowiadanie sobie na pytania o to, jaki kształt ma życie ograniczone czasowo. Evald Flisar sięga do starożytnych już dylematów moralnych, portretując człowieka zderzonego z własną niemocą. Z chaosem świata zmierzającego ku równi pochyłej, w którym trzeba ustanowić jakieś trwałe miejsce dla siebie. Bo co można zrobić, kiedy wie się, że życie niebawem ulegnie zagładzie? Vincent Vega otwiera Simonowi oczy na kwestie, nad którymi nie zastanawiał się on w Słowenii, wrastając w zgorzknienie i pielęgnując swój egocentryzm. Życie będzie domagało się nie tylko zdefiniowania, ale także zrozumienia w swej różnorodności. Flisar dodatkowo podejmuje kwestię tego, czym jest ludzka tożsamość w zmiennej rzeczywistości, i bawiąc się podobieństwami bohaterów do znanych person, odkrywa iluzję poczucia własnej wartości.

„Obserwator” jest powieścią, w którą wchodzi się dość gładko, ale potem jest już niewygodnie – perypetie Simona zmuszają do refleksji nad tym, czym jest nasze życie wewnętrzne, jak można je uporządkować oraz wzbogacać. Flisar jest ironiczny także wobec samego siebie, bo to dość dowcipna powieść autotematyczna podejmująca się rozważań o stosunku autora do wymyślanej przez niego fikcji literackiej. Ta w „Obserwatorze” jest wyjątkowo atrakcyjna, choć może wydawać się wtórna. Obcowanie z tą powieścią to w dużej mierze dobra zabawa, ale także niepokój, który Flisar wprowadza stopniowo i sugestywnie. Świat się fragmentaryzuje, a ma być całością. Słoweński pisarz analizuje zależności między realnym życiem a tworzoną na jego podstawie fikcją literacką. Ostatecznie każe głównemu bohaterowi dokonać najważniejszych wyborów. Pokonać odium kulturowych wpływów i wydobyć z siebie to, co nienazwane. Na ile to wszystko się uda i ku jakiemu zakończeniu zmierza? Warto przyjrzeć się bliżej tej szalonej, mrocznej, nieco złośliwej i kontrowersyjnej książce o istocie przemierzania świata oraz tego, jak na niego patrzymy.


PATRONAT MEDIALNY

2016-10-19

"Jarmarczny kuglarz" Jelena Lengold

Wydawca: Toczka

Data wydania: 14 października 2016

Liczba stron: 156

Tłumacz: Miłosz Waligórski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Język naszych potrzeb

Trzynaście miniatur literackich serbskiej pisarki Jeleny Lengold to kolejny piękny i dosyć kameralny ukłon literatury w stronę prozy życia. W zbiorze „Jarmarczny kuglarz” otrzymujemy opowieści bohaterów z krwi i kości, których autorka czyni bardzo atrakcyjnymi literacko. To zaproszenia do utożsamiania się – z różnymi sytuacjami życiowymi, towarzyszącymi im emocjami, z pewnym stabilnym, lecz nieatrakcyjnym statusem istnienia pośród lęków i niezrealizowanych pragnień. W tym wszystkim widać specyficzną wrażliwość, bo Lengold to także poetka. Oddaje niuanse emocjonalne z nadzwyczajną lekkością, stosując nie tylko skróty myślowe, ale i przemyślane symbole. Opowiada o traumach i boleściach, w których musimy się jakoś odnaleźć, ale przygląda się także sferze naszej seksualności, czyli wszystkiemu temu, co wydaje się nieznane, obce, często wywołujące zmieszanie, niegodne prawdziwego przeżywania. Seks i życiowe udręki. Bezradność wobec życia i witalność na przekór jego powtarzalności. Jarmarczny kuglarz” zaprasza do świata, w którym bohaterowie wciąż mają życia za mało, a siebie za dużo. Do przestrzeni przeżywania miłości w kategoriach udręki i tęsknoty oraz do miejsca w naszych duszach, w którym rodzi się poczucie nieprzystawalności do świata. Lengold opowie o tym, co więzi nas samych w sobie i co każe zadawać sobie pytania o to, czy w przeszłości zrobiliśmy wystarczająco wiele, by teraz móc usankcjonować utyskiwanie na los.

Tytułowe opowiadanie to nie tylko literacka wykładnia atawizmów tkwiących w naszych potrzebach seksualnych. To także opowieść o alternatywnym życiu budowanym na zaspokajaniu potrzeb fizycznych. Akt miłosny okazuje się cenną zdobyczą, a jego odbycie – ucieczką od pustki i poczucia straty. Bo w portretowanych związkach cementowanych jakoś przez lata coś nieznośnie uwiera – czasem pchając w ramiona kochanka, czasem powodując blokady emocjonalne i frustracje łóżkowe. „Love me tender” to opowieść o tym, co można sobie powiedzieć i co zrobić, kiedy udaje się bezpiecznie wyjść poza ramy związku, zwerbalizować jego deficyty. „Senka” pokazuje, co dany związek utrwala, i choć w tym opowiadaniu jest to pewna stabilność oraz stałość, inne nie będą potwierdzać takiego fundamentu.

Bohaterki i bohaterowie tekstów są w średnim wieku i dotychczas zrobili niewystarczająco wiele, by wieść teraz spełnione życie. Jelena Lengold zadaje pytanie o to, czy w ogóle jest możliwe spełnienie w każdym możliwym aspekcie życia, skoro ono samo nie dostarcza możliwości, a czasami te możliwości blokuje. W skrajnej rozpaczy można skupić się jedynie na dylemacie: wypić kawę czy wziąć prysznic. Można pisać do partnera listy, których i tak się nie wyśle. Można popaść w szaleństwo i poczucie, że wypadło się z nieba – czymkolwiek by było i jakkolwiek byłoby definiowane. „Jarmarczny kuglarz” to historie ucieczek i powrotów, a także opowieści o ludziach, którzy znaleźli się w takich momentach, gdy ich życie zostało jakby prześwietlone, a na kliszy widnieje pustka. Lengold pokazuje, że nie potrafimy się porozumiewać językiem naszych najskrytszych potrzeb. Tę komunikację zastępuje niekiedy kompulsywna seksualność. Czasami jednak frustracja bierze górę, bo my sami czujemy się jedynie drobinami w pełnym chaosu świecie, któremu najlepiej przyjrzeć się z odpowiedniej perspektywy – jak czyni to bohaterka opowiadania „To mogłam być ja”.

Są w tym zbiorze miniatury literackie szczególnie piękne i sugestywne. Jak „Zugzwang”, w którym siostry doświadczają specyficznej lekcji miłości, a ich gorące podbrzusza wyznaczają kierunek i sposób, w jaki spełnienie stanie się możliwe. Jest „Aurora borealis”, najmniej chyba symboliczny, najmocniej dotykający tekst mówiący o kilku rodzajach utraty. Jest też „Degrengolada” – przejmujące świadectwo tego, w jaki sposób odpuszczamy sobie w życiu pewne sprawy i jak łatwo dajemy się wtłoczyć w bylejakość pełną niespełnienia. Lengold opowiada za każdym razem innym głosem, każdy narrator ma pewną siłę perswazji, każdy również cierpi z powodu emocjonalnych deficytów.

To historie o tym, że upływ czasu obchodzi się z nami wyjątkowo surowo. Także narracje o życiu we dwoje i o tym, w którym momencie wspólna perspektywa gdzieś zanika, każąc nam okopać się i trwać przy partnerze na zasadzie przyczajenia. Są opowieści śmiało przekraczające granice wstydu i konfrontujące nas z seksualnością odartą z tabu. Za każdym razem autorka sygnalizuje, że to, czego tak naprawdę nam brakuje, to miłość – w każdym jej aspekcie, także erotycznego spełnienia. Miłość nie będzie dana każdemu, lecz każdy może o nią powalczyć. Być może dzięki niej żegnamy nasze demony, a może z powodu miłości rozpalamy w sobie mroczne namiętności i te demony się ujawniają, werbalizują. „Jarmarczny kuglarz” opowie o uczuciach w sposób zdystansowany, a jednocześnie wyjątkowo sugestywny. Dlatego ta książka ma swój niepowtarzalny urok i traktuje o sprawach wyjątkowo ważnych. O ludzkich podróżach, które zostały przerwane na pewnym etapie życia. O poszukiwaniach sensu w tych podróżach. O rozpaczliwej potrzebie bycia kochanym i o trudzie dawania miłości. Lengold dołącza do swoich narracji także ludzkie ciało, któremu trudno oddać głos, jednak łatwo ulec. Wszystko w różnorodnej tonacji, ale i napisane z przekonaniem, iż pojedyncze historie ludzkiego życia tworzą pewien porządek, w którym możemy się odnaleźć, jeśli nie zamkniemy się w sobie, przyjrzymy innym. Tak opowiada o życiu osoba pełna empatii. Autorka pewna swoich wizji i odważnie kreśląca sylwetki bohaterów, którym czasami brakuje życiowej odwagi.

Być może bohaterowie tej książki nie dali sobie w życiu tyle wolności, ile zabrane jest kotu w opowiadaniu „Włóczęgi”. Bo przecież Jelena Lengold opowiada nam o przestrzeni, w której uczymy się stanowić o sobie, ale jednocześnie podglądamy, przyglądamy się innym wzorcom. Ważny jest pewien rodzaj ruchu, przemieszczanie się. Ważne także umiejętne uciekanie od rutyny i bezczynności. Podoba mi się to, w jaki sposób serbska pisarka sankcjonuje potrzeby ciała na równi z potrzebami emocjonalnymi. Jak buduje specyficzne historie o tym, że mówią one za nas, spełniając się w miłosnej ekstazie. To także książka o traumach i boleściach, które dotyczą nas wszystkich, ale często rozpatrujemy je tylko ze swojej perspektywy. Lengold zaprasza do lektury, by pokazać, że wszyscy w niej jesteśmy. My, nasze traumy i lęki, nasze frustracje, skryte pragnienia, nasze ciała spragnione rozkoszy i serca oczekujące miłości oraz czułości. Bardzo ciekawe miniatury na wysokim poziomie literackim.


PATRONAT MEDIALNY

2016-04-25

"Wilimowski" Miljenko Jergović

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 15 kwietnia 2016

Liczba stron: 182

Tłumacz: Magdalena Petryńska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Wbrew końcowi

Niezwykła jest historia tej enigmatycznej książki. Niezwykłe wyczulenie tłumaczki, która konsekwentnie dąży do ujawnienia zamiarów autora. Czytamy „Wilimowskiego” głównie dzięki Magdalenie Petryńskiej, a jest to rzecz, którą autor skazał na dość specyficzny los. Specyficzna jest także jej konstrukcja. Początkowo niespiesznie podążamy ku punktowi kulminacyjnemu, jakim jest słuchanie radiowej relacji z meczu polskiej reprezentacji na mundialu 1938 roku. Potem Jergović buduje bardzo osobistą narrację o specyficznej relacji i o tym, co w niej zostało zaniedbane, co trzeba poprawić przed rychłym końcem. Bo jest to przecież w znacznej mierze powieść o czymś, co się kończy. Właściwie o całym świecie naznaczonym widmem rychłej zagłady lub chaosu. Nieprzypadkowy jest rok wydarzeń, w czasie którego Europa oferuje już coraz mniej miejsc, gdzie można byłoby się schronić przez wizją kolejnej wojny światowej. Zamknięci w sobie wędrowcy z Polski odnajdują jednak takie miejsce. Schronią się na wzgórzu nieopodal nadmorskiego miasteczka w Jugosławii, w domu niemieckiej gospodyni – enklawie spokoju, gdzie nie docierają wpływy tego, co faktycznie dzieje się w Niemczech. Takie miejsca w 1938 mogą być tylko zmyślone, ale właśnie zmyślenie, niebywała wyobraźnia oraz egzystencjalna głębia budują nam powieść kilku odczytań o tym, co staje się przez chwilę możliwe w świecie odbierającym wszelkie możliwości.

Najważniejszą postacią w wymiarze symbolicznym jest polski piłkarz Ernest Wilimowski, który po wybuchu wojny grał w barwach III Rzeszy i nigdy już nie wrócił na rodzinny Górny Śląsk, gdzie (jak i w całej Polsce) zarzucono mu zdradę. W dynamicznych opisach słuchowiska radiowego Wilimowski jawi się jak mityczny bóg. Skupieni przy radioodbiorniku słuchacze mają okazję skonfrontować się z niezwykłą szansą dla Polski. Mecz z Brazylią staje się dla nich centrum wszechświata. Pojawiają się nadzieje i możliwość istnienia choć przez chwilę w innym wymiarze rzeczywistości. Takim, w którym ojczyzna profesora Mieroszewskiego i jego chorego syna Dawida staje przed dziejową szansą. Może pokazać swą wielkość. Pokazuje ją Wilimowski. Hipnotyzuje tych, którzy słuchają o jego dokonaniach na boisku. Mecz z Brazylią w wywołujących strach Niemczech ma znaczenie symboliczne i pozwala na pewnego rodzaju ekspiację. Przybywający z Krakowa Mieroszewski zaczyna istnieć w innym wymiarze. Samodzielnie skonstruował radioodbiornik, z którego sączą się słowa napawające dumą. Jest optymizm i jest szaleńcza chęć uwierzenia w to, że stanie się niemożliwe. Pojawia się rozczarowanie, ale także pewien rodzaj nowej refleksji o życiu. Taki, który pomoże Mieroszewskiemu uporządkować jego relacje z synem. Spojrzeć na cierpiącego Dawida z innej perspektywy, akceptując rychły koniec dziecka. Także jego wewnętrzną siłę, którą odziedziczył po ojcu – zwolenniku życiowej determinacji.

Dni Dawida są policzone. Tak jak dni pokoju w Europie. Jergović na dwa różne sposoby i w dwóch różnych wymiarach opowiada o świecie przed unicestwieniem. W postaci Dawida kryją się znane już z „Ruty Tannenbaum” refleksje pisarza o dziecięcym wyobcowaniu i mocy sprawczej jego odejścia. Ruta jest małą gwiazdą, która oddziałuje na otoczenie. Chorowity Dawid – obcym przybyszem wywołującym w wiosce lęk i ciekawość. „Wilimowski” jest kolejną książką Jerovicia o swoistym dziecięcym fatalizmie, o wyobcowaniu i oddalaniu się od realnego świata. Także o dziecięcej potrzebie akceptacji i miłości. Ta Dawidowa skierowana jest do ojca, któremu trudno pogodzić się z rychłym odejściem syna. Pożegnał już swoją ukochaną, za której śmierć czuje się odpowiedzialny. Bolesna strata w perspektywie najbliższego czasu blokuje krakowskiego profesora, a Dawidowi przysparza przykrości. Obaj jednak prezentują tę siłę charakteru skonfrontowaną w walce o godne zapamiętanie siebie.

Mieroszewski także przecież odchodzi. Jego życie dobiega końca i być może wyprawa, którą zafundował synowi, jest ostatnią z możliwych podróży. Polski intelektualista konfrontuje się z niemiecką gościnnością, ciepłem i empatią. Właścicielka pensjonatu na wzgórzu, Katarina, odcięła się od tego, co nacjonalistyczne, co nazistowskie i co tak gwałtownie wygraża od pewnego czasu pięścią całej Europie. Przestrzeń, w której Jergović umieszcza cierpiących ojca i syna, jest przestrzenią warunkującą ład oraz spokój. W niej można przeżyć ekstatyczne uniesienia, słuchając radiowej relacji z meczu. W niej także pojawia się możliwość kilku przemian. Szansa na to, by pogodzić się z nieuchronnym, ale zachować przy tym tożsamość i wewnętrzny spokój. „Wilimowski” bowiem to powieść o tym, że wyobcowanie niesie w sobie niepokój i że każdy z nas poszukuje przestrzeni bezpieczeństwa, w której może uwierzyć w niemożliwe. W to, że Polska awansuje na mundialu, lub w to, że śmierć ominie bezbronne dziecko, a wojna struchlałą ze strachu Europę. Miljenko Jergović fantazjuje na temat tego, co to znaczy opowiedzieć własną historię i jak w niej pozostać naprawdę. Relacje ojca z synem opisane są za pomocą wielu niedopowiedzeń. To, co najbardziej czytelne, ujawnia się w opisach miejsc, które oddziałują na bohaterów. W nich kryje się pewna baśniowość, choć doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że Jergović opowiada bardzo mroczną baśń i jest w tym bardzo konsekwentny.

„Wilimowski” to jedna z tych małych książek o naprawdę wielkich egzystencjalnych sprawach. Piękna historia o poszukiwaniu własnej tożsamości i o rodzeniu się nadziei w czasie, który każdą nadzieję chce odebrać. Nostalgiczna i wieloznaczna historia rozgrywa się w miejscu będącym prawdziwym centrum wszechświata. Takim jak boisko piłkarskie, gdzie toczy się walka relacjonowana w radioodbiorniku – urządzeniu wychwytującym głosy nadziei i dającym namiastkę spokoju. Jergović zadaje pytanie o to, na ile możemy istnieć gdzieś wewnętrznie i okopać się przed światem. Pokazuje także, jak wiele różnych oblicz może mieć strach, jak się go konsekwentnie pozbyć i jak uwierzyć w to, że każdy z nas może na swej drodze znaleźć rajskie wzgórze zapomnienia i przemiany.


PATRONAT MEDIALNY

2015-03-09

"Hrapeszko" Ermis Lafazanovski

Wydawca: Toczka

Data wydania: 13 marca 2015

Liczba stron: 174

Tłumacz: Aneta Sapeta

Oprawa: miękka

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Pielgrzym i sztuka

Nostalgiczna i przesycona symboliką opowieść Ermisa Lafazanovskiego to dotykająca wielu problemów historia dziewiętnastowiecznego naznaczonego wyobcowaniem bałkańskiego pielgrzyma, dla którego idea sztuki stanie się najpierw zachwycająca, potem zwodnicza, w końcu tragiczna w swym niezrozumieniu przez otoczenie i w swej wieloznaczności. Na okładce książki macedońskiego prozaika lśni (dosłownie) kielich diatretum - misterne dzieło ze szkła zabezpieczone przed zniszczeniem. Puchar - klatka. Dzieło sztuki skończone i doskonałe. Diatretum stanie się jednym z czytelnych symboli życia młodego Hrapeszka, który cudem wyrwany z ziem zapomnianych przez Boga i ludzi, postanawia zmienić fach i oddać się idei szklanej sztuki, silnej siłą tchnienia, mocnych płuc oraz wielkiej wyobraźni przekraczającej granice państw, cesarstw, religii i mentalności.

Tam, gdzie płynie rzeka Wardar, kwitną też winnice. Tam też niespełna dwudziestoletni Hrapeszko zdobywa sławę jako genialny ogrodnik. Wielki tors i mała głowa, to go wyróżnia. W tej głowie pojawią się z czasem wielkie dylematy, spore wahania, dużo niejasności i żal o to, że jest się być może w niewłaściwym miejscu, w niewłaściwej podróży. Hrapeszko otrzymuje dar od losu - możliwość wyruszenia do Europy, tej prawdziwej, cesarskiej, nowoczesnej i przepełnionej duchem kultury, której nie ma na bałkańskiej ziemi, gdzie rzekomo rządzą instynkty, a ludzie nie umierają ze starości, lecz w krwawych bitwach. Nie waha się ruszyć w podróż tak, jak pewnego dnia bez chwili wątpliwości podąży z powrotem do ojczyzny, o której zacznie zapominać, a głos sumienia uciszać będzie kontemplacją nowego rodzaju sztuki.

Bo Hrapeszko porzuci sekator i winorośl. W jednym ze szwajcarskich kościołów ujrzy szklane dzieło sztuki. Kolorowe. Magiczne. Przyciągające uwagę i rozbudzające wyobraźnię. Hrapeszkiem zajmie się jego nowy mistrz - Otto. Ten wizjoner wierzy w to, iż kiedyś Europa będzie jednością. Uznaje, że Bóg wydmuchał świat ze szkła, a oddech i moc Hrapeszka pozwolą mu nadać życiu nowe znaczenie. Być może pierwszego prawdziwego, bo wcześniej Hrapeszko nie rozważał, czym jest sens jego życia. Otto daje mu narzędzia i doświadczenie. Macedoński przybysz zaczyna tworzyć rzeczy niezwykłe. Jego wyobraźnia pracuje tak, jak jeszcze nigdy nie było jej dane. A wokół krążą plotki o Hrapeszku. Otoczenie widzi w nim bałkańskiego niedźwiedzia, dostrzega groźną dzikość i nieujarzmioną siłę. To Mandalina, córka Ottona, pierwsza dostrzega coś więcej niż tylko silną posturę i niewiarygodny zapał do tworzenia w szkle. Ona widzi w bałkańskim emigrancie człowieka. Ten człowiek jest w stanie wydobyć z niej chorobę. Pokazać, że szkło to materiał wręcz magiczny. Udowodnić, że sztukę nosi w sobie, choć nie potrafi o niej rozprawiać. Ale to dopiero początek prawdziwego dramatu, bo Hrapeszko nie będzie w Europie czuł się zadomowiony, będzie szukał swej innej Europy, a wraz z odkrytą sztuką przemierzy także Daleki Wschód. Wszystko po to, by odczuć, że praktycznie wszędzie jest już nie u siebie, a koncepcja sztuki, jakiej zawierzył, rozmywa się, zmienia kontury, zaczyna ranić i wpędza w troski...

Lafazanovski pokazuje między innymi konsekwencje odcięcia się od tradycji i niespokojnych poszukiwań nowych wzorów, które mogą stać się zdradliwe. W tej nieco baśniowej przypowieści przedstawia nam bałkańską duszę zniewoloną ideą piękna, którą wyznaje inny region, inni ludzie, ten kanon należy do wytworu innej kultury. Hrapeszko obarczony jest ciężarem pochodzenia z miejsca, w którym - zmieniając zajęcie - jest już kimś obcym, niezrozumianym. Jednocześnie bierze na siebie ciężar odpowiedzialności za fach dyktowany sercem, a realizowany w zręcznych dłoniach i dzięki silnemu oddechowi. To nie jest tylko historia o zmianie rzemiosła i balansowaniu między różnymi światami wartości oraz przekonań. To rzecz, w którą sensownie wpleciona jest symbolika szkła i motyw demiurga, pod którego czujnym okiem szkło zamienia się w sztukę.

Ermis Lafazanovski świetnie oddaje atmosferę zagubienia pośród pozornie prostych wyborów. Prostota głównego bohatera staje się jego stygmatem. W cywilizowanej i rzekomo bezpiecznej Europie, gdzie wciąż na nowo dochodzi do kolejnych wojen, Hrapeszko zostaje pobity za to, że jest inny, nieprzystający. Siła fizyczna bohatera nie jest tym, co go naprawdę wyróżnia. W tej opowieści widzimy przecież zachwyt innością, oswajanie koncepcji piękna, dokonywanie zmian w sobie i kształtowanie świata w takim wymiarze, jaki mają szklane dzieła sztuki, którym Hrapeszko oddaje serce całkowicie.

Lafazanovski stworzył przy okazji rozprawę o niezależności i sile sztuki, która ma moc jednoczenia. To taka opowieść o czasach, w których cesarstwa upadają, a sztuka wydaje się wieczna. Wspomniany i widoczny na okładce kielich to powód do dumy, ale i źródło nieopisanej tragedii. Takiej, po której Hrapeszko zmuszony jest zmodyfikować swe życiowe plany i po raz drugi opuścić miejsce, które za żadnym razem się o niego nie upomniało. Nieprzypadkowo Hrapeszka zdobywa dla innego świata badacz przystosowania podmiotu do zmiennych. To książka także o trudności przystosowania. O przywiązaniu do idei i drugiego człowieka, które może być tak kruche jak szklana butelka roztrzaskana i zamieniająca kształt na chaos. O tym, ile - także w dosłownym znaczeniu - kosztuje ludzka wolność i niezależność. Kameralna opowieść o sprawach ponad czasem i ponad miejscami, z których wyrasta. Jednocześnie z wyraźnym adresem, spod którego się wydostaje, bo to przecież pewna rozprawa z macedońskością i tej macedońskości miłowanie. Hrapeszko dzisiaj przemierzałby świat szybciej i równie szybko zdobywał sławę. Ale ta opowieść jest ponadczasowa. Ponadczasowe wzruszenia i ujmujący liryzm niektórych fragmentów. Książka pozostawiająca w niemym zdumieniu i naprawdę piękna - od pierwszego do ostatniego zdania.


PATRONAT MEDIALNY

2011-08-01

"Życie jest bajką" Dubravka Ugresić

Drobne zamieszanie mamy z najnowszą publikacją Dubravki Ugresić, wszak powinna nosić tytuł „Baba Jaga zniosła jajo”, czyli taki, jaki nosił wydany przed laty zbiór opowiadań autorki. Czyżby świadectwo tego, iż motyw starej wiedźmy pożerającej dzieci bądź ludzi w ogóle, mieszkającej samotnie i w samotności planującej kolejne zemsty na tych, którzy burzą jej spokój, nie daje Ugresić spokoju? Mityczny motyw Baby Jagi jest przez nią rozpatrzony wieloaspektowo przede wszystkim w trzeciej części „Życie jest bajką”; najbardziej chyba dwuznacznej, mylącej tropy, robiącej czytelnikowi zamieszanie w głowie i stawiającej pytanie o istotę kobiecości starzejącej się, ale też opowiadającej o starych jak świat obrazach wiedźm, mających tak wiele oblicz.

„Starość jest rodzajem naturalnego środka uspokajającego, może dlatego, że sama jest nieszczęściem”. Ugresić bynajmniej nie stara się pokazać, jak podeszły wiek jej bohaterek je uspokaja. Wręcz przeciwnie – im starsze, tym bardziej żywotne. Gderliwe, uprzykrzające życie innym, ekstrawaganckie i niezwykłe w swym szaleństwie wieku starczego. Takie są bohaterki tej niesamowicie ciepłej, inteligentnej i niejednoznacznej książki.


Część pierwsza to taka słodko-gorzka narracja o skomplikowanych relacjach autorki z własną matką. Z jednakowym pietyzmem i dokładnością opisane są i cierpienia staruszki, i jej obsesje, przede wszystkim ta dotycząca sprzątania. Ugresić nie wstydzi się pisać o ofiarowaniu jedynie czegoś na kształt substytutów uczuć, bo z ich pełnym okazywaniem ma ogromne problemy. W opowieść o starszej pani wplata się niepostrzeżenie historia sentymentalnego wyjazdu autorki do Bułgarii, gdzie spędza czas ze studentką folklorystyki Abą. Początkowa irytacja dziewczyną zmieni się tak, jak zmieni się kształt całej książki, kiedy Ugresić podejmie się drugiej, przezabawnej i niesamowicie ciepłej opowieści o … trzech starych dziewczynach. Aba natomiast powróci i to w zupełnie innej roli. Cicha i speszona dziewczyna dokona odważnej interpretacji dwóch poprzedzających jej rozprawkę naukową tekstów.


Najciekawsza jest ukryta wewnątrz opowieść o starzejących się kobietach. Każda z nich przybywa do czeskiego Grand Hotelu N., by uciec od przeszłości. Każda może mieć w sobie rys specyficznej czarownicy; wiedźmy zmieniającej rzeczywistość i potrafiącej dopiec tym, którym dopiec trzeba. Na pierwszy plan wysuwają się jednak relacje przyjaciółek i ich wzajemne powiązania. Oto jak Dubravka Ugresić potrafi połączyć ich bagaże doświadczeń: „Każda z tych trzech kobiet, Lala, Beba i Kukla, miała swoje życie, każda po drodze zgromadziła sporo życiowego bagażu i każda dźwigała na plecach swoje brzemię. I oto teraz, ten bagaż, zrzucony na jedną stertę, zawalił się pod własnym ciężarem, walizki się pootwierały i stare szmaty ujrzały światło dzienne…”. Okazuje się, iż pobyt w czeskim uzdrowisku ma być dla jednej z przyjaciółek miejscem pożegnania się z życiem, a dla dwóch z nich rozpoczęciem życia na nowo u boku małej dziewczynki, pojawiającej się nie tyle niespodziewanie, co niemal fantastycznie, a przecież ukryta w gąszczu mitycznych i regionalnych znaczeń historia sama w sobie jest przecież czymś całkowicie niemożliwym do wyobrażenia.


Dubravka Ugresić to pisarka wiarygodna. Jej dotychczasowe utwory świadczą o tym, że wie, jak pisać i do kogo się zwracać. Myślę, że „Życie jest bajką” to lektura wskazana dla mężczyzn. Choćby po to, by spojrzeli na męskie wizerunki w tej książce, o których celowo nie napisałem ani słowa. To naturalnie także kobieca literatura. Można czytać z nadzieją, że starość nie oznacza klęski, a jesień życia może kryć więcej zagadek i przyjemności niż całe dotychczasowe.


Wydawnictwo Znak, 2011

2011-01-16

"Miłości Sinobrodego" Vinko Möderndorfer

Wydawnictwo Międzymorze kolejny rok otwiera śmiałą i odważną publikacją, która ukazuje tematyczne bogactwo współczesnej literatury słoweńskiej. Oficyna 2010 rok rozpoczęła dramatyczną historią słoweńskiego blokersa („Czefurzy raus!” Gorana Vojnovicia), by w 2011 wejść z książką, którą trudno jednoznacznie określić. „Miłości Sinobrodego” Vinka Möderndorfera to historia o tym, że wszystko, co nie jest zapisane, jest jednocześnie utracone. O specyficznym kolekcjonerze. O niespełnionym w miłości człowieku, dla którego kobiety są szczęściem i przekleństwem jednocześnie. O pisaniu i archiwizowaniu tego pisania. O celu, dla którego zamiast przeżywać, pisze się o tym przeżywaniu…

Czytelna aluzja tytułowa do znanego bohatera baśni Charlesa Perraulta to jedna z licznych ścieżek interpretacyjnych tej powieści. Jej bohater wikła się w wiele toksycznych związków z kobietami; jego partnerki znikają bez śladu, a jedyne, co po nich zostaje to książki ich życia tworzone wtedy, gdy były obecne w życiu nieszczęsnego słoweńskiego Sinobrodego. Jak charakteryzuje sam siebie bohater Möderndorfera? „Nie, nie jestem pisarzem. Może kolekcjonerem. Kolekcjonuję historie. Dla siebie. Tylko dla siebie”.


Skrajny egoizm czy rozpaczliwe pragnienie bycia zauważonym w świecie, od którego samotny programista komputerowy ucieka w wirtualną rzeczywistość i na karty zapisywanych przez siebie książek? Lodowaty chłód i cynizm czy też skryta wrażliwość, dzięki której powstają zapiski z życia kobiet u jego boku? Niczego nie można być pewnym do końca, bo i sam autor w swej narracji stale pyta, nie udziela odpowiedzi. O swego bohatera, o jego wybranki, o los ich wszystkich i każdego z osobna, a także o to, gdzie ukryta jest prawdziwa miłość i czy można ją zabić?


„Miłości Sinobrodego” bowiem to także książka o zabijaniu. Zabijaniu dosłownym (wszak bohater posądzany jest o to, że z zimną krwią mordował swoje kobiety), ale przede wszystkim o zabijaniu metaforycznym. O zabijaniu miłości, której nie sposób przeżyć i o zabójstwie, jakiego dokonać można na samym sobie, gdy nie jest się zdolnym do tego, by pokochać i zrozumieć wagę tego uczucia. Möderndorfer zaskakująco pisze także o zaburzeniach osobowości, które w związkach niszczą bliskość i zabijają potrzebę budowania czegoś wspólnie.


Słów kilka o kobietach z tej książki, bo przecież one są najważniejsze, w relacjach z nimi bohater powieści ujawnia prawdę o sobie samym. Kobiety… „Kiedy je mamy, jesteśmy idealni, kiedy ich nie mamy, szukamy ich. Są smakowite i pachną życiem". Sabina, Sidiki, Marta czy Sonja – przy każdej z nich bohater Möderndorfera stawał do konfrontacji z pewnym ideałem piękna. Wszystkie wybranki były traktowane podmiotowo i przedmiotowo jednocześnie. Każdej poświęcona jest osobna książka, pasjonujący pamiętnik neurotyka pragnącego zwalczać swoje neurozy. Kiedy po wszystkich rozstaniach, po każdorazowym postawieniu ostatniej kropki w książkach tych kobiet i po zamknięciu ich, pojawia się jeszcze jedna, Emira, trudno jest przewidzieć, czy bohater stanie się przy niej inny. Tym bardziej, że w międzyczasie jest zatrzymany i przesłuchiwany, a jego intymne zapiski trafiają do rąk prowadzącego śledztwo inspektora, z którym podejrzany wejdzie w specyficzną relację…


„Miłości Sinobrodego” to opowieść kryminalna, psychologiczna i socjologiczna zarazem. Książka przesycona erotyzmem i pornografią, mocna i wyrazista. Historia, która ma wstrząsać, ale jednocześnie zmuszać do zadawania pytań o to, co jest w niej prawdą, a co zmyśleniem. Bo Möderndorfer tworzy niezwykłą fikcję literacką – wszystko, co się rozgrywa na kartach „Miłości Sinobrodego” może być tylko pisarską grą z czytelnikiem, ale co w przypadku, gdy nią nie jest?


Kolorytu dodają tej książce także mniej lub bardziej czytelne aluzje literackie i analiza procesu pisania oraz tworzenia z jego sugerowaną niejednoznacznością. Möderndorfer sam bawi się konwencją kroniki; z książek o kobietach bowiem tworzy książkę o mężczyźnie, który bez kobiet nie istnieje… Książkę w gruncie rzeczy bardzo przygnębiającą, ale przykuwającą uwagę i zastanawiającą.


Wydawnictwo Międzymorze, 2011

2010-01-28

"Czefurzy raus!" Goran Vojnović

Czefur to w Słowenii obraźliwe określenie przesiedleńca z południowych republik byłej Jugosławii. W pełnej buntu, wulgarności, ironii i dowcipu książce Gorana Vojnovicia czefurzy funkcjonują nie tylko jako imigranci, ale również rodziny imigrantów. Wszyscy zamknięci w specyficznym getcie, na osiedlu Fužiny - blokowisku stolicy Słowenii, w którym rozgrywa się dramat wyobcowania i mają miejsce rozpaczliwe próby manifestowania tego dramatu, a całemu problemowi przyglądać się będzie nastoletni bohater i narrator, Marko Đordić, młodziutki i nadwrażliwy słoweński blokers, którego irytują w życiu drobiazgi, ale i ogólna sytuacja, w jakiej znalazł się on i jemu podobni.

Rodzice Marka przybyli do Słowenii z Bośni. Osiedlenie się w innym kraju nigdy nie dawało im poczucia, że są u siebie. Mimo kupna mieszkania w fužińskim wieżowcu, mimo pracy zajmującej im cały dzień i mimo tego, że starają się za wszelką cenę żyć jak inni Słoweńcy. Marko nie jest Słoweńcem i nie zamierza nigdy się nim stać. Marko i jego koledzy codziennie starają się dowieść światu, że są wyłącznie gośćmi w Lublanie. Bo przecież nie mogą stać się kimś innym niż są. A są czefurami – ludźmi wyobcowanymi, napiętnowanymi i niezdolnymi do tego, by cokolwiek w swoim życiu zmienić. Dla Marka przez pewien czas liczy się koszykówka, ale wagarowanie, picie, ćpanie, spędzanie czasu na osiedlu i przygody kończone czasem nocą na komisariacie nie pozwalają bohaterowi na to, by rozwinął swój talent. Przynajmniej w jego odczuciu nie pozwalają. Bo przecież bycie czefurem to znamię, to stygmat na całe życie. Bycie czefurem to codzienność naznaczona pasmem upokorzeń i klęski. Życie czefura w Słowenii to życie outsidera, który do niczego się nie nadaje i którego nigdzie nie chcą.

Myliłby się ten, kto pomyśli, że Vojnović buduje swoją opowieść tylko z agresywnych, często prostackich tekstów, które pokazują, iż świadomość głównego bohatera jest ograniczona. Bynajmniej. „Czefurzy raus!” to nie tylko interesujący przegląd fobii, kompleksów, lęków i pragnień młodego pokolenia, które dorasta na osiedlu cieszącym się złą sławą. To także wnikliwe świadectwo przemian, jakie zaszły po wojnie bałkańskiej nie tylko w odcinającej się od pozostałych republik Słowenii (która przecież – jak mówi jeden z bohaterów – jest już w Europie), ale także w zniszczonej Bośni, do której w końcu ojciec wysyła syna.

Dramat Marka to dramat młodzieńca, który jest przekonany o tym, że odebrano mu w życiu jakiekolwiek szanse. Że można tylko zbierać kolejne pały w szkole, szlajać się po osiedlu, jeździć po nim samochodem z muzyką włączoną na full, pajacować i obserwować ludzi tak samo szarych, bezbarwnych, pozbawionych ambicji i marzeń jak on. Bohaterowi dodatkowo komplikują życie stosunki rodzinne. On nie ma mamy i taty, on ma Rankę i Radovana. Z Ranką nie znajduje żadnego wspólnego tematu, a Radovan to surowy ojciec, który wciąż czegoś się od niego domaga. Niemniej jednak relacje syna i ojca są w tej książce dość istotne, bo zmiany, jakie w nich zachodzą (przejawy czułości, troski) są jednocześnie zapowiedzią zmian, jakich doświadczy główny bohater.

Kiedy już w końcu Marko przestanie być nazywany czefurem i wróci do ojczyzny swego ojca, otrzyma nowe miano, stanie się Janezem. Tym, który przybył z bogatej Słowenii i nie rozumie problemów życia codziennego w Bośni. Marko jednak wydaje się znakomitym obserwatorem zarówno tego, co dzieje się w Słowenii, jak i procesu rozpadu, jakiemu ulega Bośnia. Kiedy zatem wydawać by się mogło, że fužińskie wyobcowanie Marka odejdzie w przeszłość z chwilą wyjazdu ze Słowenii, okaże się, iż „Czefurzy raus!” to nie tylko książka osadzona w lokalnych realiach i książka o słoweńskich mieszkańcach blokowiska. To książka o wszystkich, których bunt nierzadko jest głośny, ale doprowadza jedynie do coraz większej izolacji.

Vojnović ukazuje, że bardzo trudno jest wyjść ze społecznej roli narzuconej przez innych. Trudno przełamać stereotypy, a czasem po prostu nie chce się tego robić. Kilka refleksji łączy jego książkę z inną słoweńską powieścią, wydaną całkiem niedawno w Polsce. I w zaskakującym formą "Psie” Mazziniego, i w „Czefurzy raus!” autorzy podejmują próbę krytyki słoweńskiej rzeczywistości i krytyki rzeczywistości w ogóle, nakazującej przyjmować ściśle określone role i zachowywać się w społeczeństwie tak, a nie inaczej. Warto też zauważyć, że fužińskie starsze pokolenie czefurów to rozczarowani i znudzeni życiem ludzie bardzo bliscy bohaterom kolejnego słoweńskiego twórcy, Aleša Čara. Smutek i przygnębienie, które są obecne w czterech ścianach lublańskich blokowisk to nie tylko problem imigrantów. Wszak „Awaria” jest zbiorem piętnastu sugestywnych opowiadań o tym, jak trudne i patologiczne może być życie we współczesnej Słowenii nawet dla tych, którym rzekomo w tym kraju się udało.

Gniewna, ciekawa i warta poznania książka Gorana Vojnovicia to kolejny przykład na to, że przekładami słoweńskiej prozy powinny się zająć nie tylko niszowe wydawnictwa. Bo Słoweńcy pisać potrafią. Bynajmniej nie tylko o sobie i swoich lokalnych problemach.

Wydawnictwo Międzymorze, 2010

2009-07-26

"Krzesło Eliasza" Igor Štiks

Powieść Igora Štiksa to niezwykła historia o umieraniu i rodzeniu się na nowo, opowieść o rozpaczliwych próbach zrozumienia tego, kim się jest i o dwóch wojnach – światowej i bałkańskiej, które w świadomości głównego bohatera będą kojarzyć się z początkiem i końcem. Chociaż książka wyrasta z wielu osobistych doświadczeń autora i choć portretowane rodzinne Sarajewo w stanie wojny wydaje się być odzwierciedleniem prywatnej i narodowej traumy, Štiks dokonuje tutaj rozliczeń z dramatyczną historią bałkańską przez pryzmat europejskich doświadczeń kulturowych. Autor próbuje zachować dystans wobec opisywanego Miasta (specyficznej klatki, w jakiej zamknięto mieszkańców stolicy Bośni i Hercegowiny w 1992 roku), rekonstruując losy Obcego, który przyjeżdża do Sarajewa i odkrywa to miasto. Z czasem okaże się, że stanie się ono dla niego miejscem szczególnym, a w portretowaniu Sarajewa okiem przybysza Štiks przypomina Nenada Veličkovicia, który w swej wydanej przed dwoma laty powieści „Sahib” ukazuje to miasto widziane oczyma zesłanego tam na misję pokojową Anglika. Bohater „Krzesła Eliasza” także przybywa do Sarajewa z misją. Jej wypełnienie będzie jednocześnie odpowiedzią na szereg egzystencjalnych rozterek, które przeżywa Richard Richter.

Nazwisko tego pięćdziesięcioletniego pisarza jest bardzo mówiące. Richter bowiem przyjedzie do Sarajewa, aby sądzić przede wszystkim samego siebie. Mężczyzna wyjeżdża z Paryża, gdzie pozostawia żonę i przybywa najpierw do Wiednia: miasta – pułapki, skąd uda się w najważniejszą podróż swojego życia do Bośni. Richard Richter to intelektualista, myśliciel, twórca i dziennikarz. Przypadek sprawia, że jego uporządkowane życie stanie się ruiną. Richter odkryje w Wiedniu niebieski zeszyt, w którym jego matka zapisała list, który odmieni życie bohatera. Zgłębianie mrocznej historii rodzinnej, której początek datuje się na 1942 rok, pięćdziesiąt lat później przyniesie zaskakujące rozwiązanie, a Richter pozna prawdę nie tylko o matce i jej siostrze, ale także o swoim prawdziwym ojcu.

W Sarajewie na drodze poszukiwań Richtera, ukrytych pod pozorem pracy dziennikarskiej w oblężonym mieście, staną trzy bardzo ważne osoby. Ivor będzie jego przewodnikiem po Sarajewie i z czasem stanie się serdecznym przyjacielem. Aktorka Alma, budząca na początku niechęć Richarda, okaże się z czasem kobietą, która w życiu bohatera odegra niezwykłą rolę. Tajemniczy sefardyjski Żyd Szymon będzie natomiast pełnił funkcję duchowego mentora Richtera i ułatwi mu odkrycie tajemnicy, która tak naprawdę zniszczy bohatera. Z czasem czytelnik dostrzeże coraz to nowe znaczenia, jakie niosą w sobie te trzy postacie. Odkryje także, że Richterowi trudno będzie przed nimi ukryć prawdziwy powód przyjazdu do Sarajewa, a później okaże się, iż każde z nich odgrywa specyficzną rolę w „podróży ku prawdzie”, jaką odbywa Richter.

Odniesień do tekstów kultury jest w tej książce bardzo wiele, albowiem opowiadana historia nie jest tylko sentymentalną opowieścią o odkrywaniu rodzinnych tajemnic. Sam tytuł ambitnie zapowiada wykorzystanie imienia biblijnego. Poza tym ożyją w tej książce teksty Frischa, Kawafisa, Homera, Durrela, a także – i to ważna informacja dla polskiego czytelnika – Zbigniewa Herberta, którego „Raport z oblężonego miasta” stanie się poetyckim komentarzem do losów Sarajewa roku 1992. Štiks ukazuje problem konfliktu bałkańskiego w szerszej perspektywie i za pomocą symboli stara się ukazać, iż wojna w Sarajewie to nie tylko problem tego miasta; problemem jest dla całej Europy fakt, że blisko 50 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej ma miejsce kolejny dramatyczny konflikt zbrojny na Starym Kontynencie. Warto również zwrócić uwagę na sposób, w jaki autor opisuje sarajewskie środowisko artystyczne. Teatry funkcjonują na przekór rzeczywistości, która z artyzmem nie ma niczego wspólnego. I chociaż książki przestają mieć wartość i są rozdawane za bezcen na targowiskach, one jednak są w tej opowieści przejmującym świadectwem tego, co przeżywa główny bohater. Richter, opowiadając swoje dzieje, tworzy literaturę; do literatury nawiązuje i przez symbole literackie nawiązuje kontakt z czytelnikiem. Stwarza to wrażenie sentencjonalności, ale jest jednocześnie dowodem na to, iż „Krzesło Eliasza” to proza dostojna i pasjonująca.

Jedyne, do czego można żywić ambiwalentny stosunek to antycypacja narracyjna w tej powieści. Z jednej strony ustawiczne zapowiadanie zdarzeń w mrocznej tonacji dodatkowo skupia uwagę na lekturze, z drugiej – po pewnym czasie może irytować, bo zdradza wiele istotnych spraw.

Co znaczy umieranie i rodzenie się na nowo? Jakie obyczajowe szczegóły łączą życie bohatera „Homo Faber” i Richarda Richtera? Czym jest tak naprawdę oblężone miasto i dlaczego wojny 1942 i 1992 roku tak silnie się ze sobą łączą? Czy da się żyć nadal, kiedy przez pięćdziesiąt lat żyło się złudzeniami? Na te i wiele innych pytań odpowiedź daje książka Igora Štiksa.

Wydawnictwo W.A.B., 2009