Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura niemiecka. Pokaż wszystkie posty

2026-08-18

„Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu” Saša Stanišić

 

Wydawca: Wydawnictwo Książkowe Klimaty

Data wydania: 25 lipca 2026

Liczba stron: 312

Przekład: Małgorzata Gralińska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 45

Tytuł recenzji: Zmiany i ekscentryzmy

Przyciągają mnie czasem książki ekscentryczne i nieoczywiste. Nawet jeśli są zbiorami opowiadań, za którą to formą nie przepadam. Nowa książka Sašy Stanišića, mojego rówieśnika, utytułowanego twórcy niemieckojęzycznego o bałkańskim pochodzeniu, jest niczym kapelusz, z którego co rusz wyciąga się innego królika. Jednocześnie jest to publikacja o bardzo spójnej strukturze i choć „Kiedy wdowa chce, żeby ktoś do niej zagadnął, stawia na grobie konewkę dzióbkiem do przodu” na początku wrzuca nas w wir chaosu kreatywności, potem staje się książką, której tytułu po miesiącu od lektury nie będzie się pamiętać, ale obrazy literackie (w oderwaniu od fabuły) pozostaną w wyobraźni bardzo długo. Może to dlatego, że autor zgrabnie łączy realizm z purnonsensem, groteskę z bolesną w swej wymowie ironią, a melancholię z fantazjami pełnymi szalonych asocjacji. Wraz z bohaterami trzymamy się realnego życia i od niego uciekamy. Na różne sposoby i na różny czas. Myślę, że przede wszystkim jest to książka o zatrzymaniu się w jakimś punkcie granicznym i proponująca refleksje, którym początek daje zdanie pochodzące z pierwszego opowiadania: „Życie może potoczyć się na nieskończenie wiele sposobów”.

Tak toczą się tutaj zdarzenia, a raczej fabularne wytwory, które z trudem można byłoby nazwać spójnymi w swej strukturze opowiadaniami. Granice – także te wyobraźni – zacierają się i jest na przemian przejmująco smutno, gdy jedna z bohaterek żyje już tylko jedną godziną niesamotności tygodniowo dzięki fizjoterapii, oraz rozkosznie wesoło, gdy czytamy o tym, jak używając frytek, przeprawić przez rzekę mewy w tramwaju. Stanišić wykorzystuje chyba wszystkie możliwości formalne, jakie może dać pisarzowi opowiadanie. Jedno z nich jest uroczo autotematyczne i należy do moich ulubionych, bo bohater musi postępować tak jak napisano i jak określił działania pisarz, władca jego tożsamości oraz wyborów. Ale to nie są osobne teksty i razem tworzą całość ze zgrabną kompozycją klamrową. Trudno zatem jednoznacznie stwierdzić, że książka o tak nietuzinkowym tytule to zbiór opowiadań o stawaniu w obliczu życiowej zmiany, a czasem o zwalnianiu na życiowym zakręcie. Tych dwanaście tekstów zespolonych jest w taki sposób, że można uznać to pisanie za specyficzną powieść eksperymentalną. Zresztą twórca eksperymentuje z wyobraźnią – własną i swoich bohaterów – w naprawdę zaskakujący sposób. Utknąć w tej książce to zawisnąć gdzieś między ramami poukładanego życia a konstelacją wirujących odłamków, gdy kamień naszej życiowej rutyny uderzy o wynalazek nazwany tutaj „przymierzalnią życia”.

Wielu chciałoby antycypować swoją przyszłość z pewnością, że ziści się to, o czym myślą lub marzą. Tu na samym początku pojawia się pewien wynalazek, którego będą mogli użyć bohaterowie tych opowiadań. Ile gotowi bylibyście zapłacić za to, by kupić fragment dobrej przyszłości? W tej książce specyficzna przymierzalnia działa na dwa sposoby: zarówno metaforycznie i magicznie, jak i realistycznie, stawiając człowieka w sytuacji zmiany dotychczasowego życia.

To mogą być zmiany całkowicie przez nas kontrolowane – jak rzucenie dotychczasowej pracy. Ale także takie, na które nie mamy wpływu – odejście w opowiadaniu tytułowym mężczyzny, z którym kobieta przeżyła szczęśliwie pół wieku. W tym wszystkim Saša Stanišić ukrył jeszcze niemieckich myślicieli, kultowe zespoły tworzące głośną muzykę i absurdy w rodzaju podarowanego komuś czołgu przewiązanego różową wstążką. Zaczyna być zaskakująco? Trudno określić tę narrację w sposób tak banalny. Myślę, że te wspomniane we wstępie króliki wyciągane z kapelusza, to jednak zdarzenia całkowicie możliwe to ogarnięcia umysłem. Pod warunkiem, że da mu się ogromny margines tolerancji. Zbiór tych tekstów stworzony jest w taki sposób, że etapami i poniekąd naturalnie akceptujemy szaleństwo narracyjne, które rozegra się przed naszymi oczami. Ale w tym wszystkim sporo tego, co realne i co trudne: kondycja współczesnego pisarza, bycie emigrantem, czyli wciąż tym „niewystarczającym”, czy tworzenie relacji z drugim człowiekiem w taki sposób, by miała ona charakter wsparcia, nie rywalizacji.

Odskocznie od rutyny są tu zarysowane w różny sposób, ale za każdym razem związane są z upływem czasu, który jest z jednej strony czymś niezmiennym, z drugiej jednak – zaczyna tutaj falować, odkształcać obiekty i ludzi, zmieniać logikę zdarzeń albo wręcz ją rozbijać tak, że trudno poskładać to, co powstało. Dlatego ta narracja przyciąga jak magnes: jest o wielu z nas i wspólnym doświadczeniu wyobcowania, a jednocześnie prezentuje ekscentryczne jednostki w sytuacjach, które każą im się zatrzymać. Egzystencjalnie, ale i bardzo prozaicznie, przy kubłach ze śmieciami, kiedy trudno zdecydować, w jakiej sekcji odpadów umieścić grę planszową, która zmienia relacje ojca i syna.

Stanišić opowiada jednak głównie o tym, co ludzi zbliża, nie dzieli. Nie tylko dlatego, że znaczna część bohaterów to emigranci, a ich odbiór rzeczywistości niemieckiej zmienia się w zależności od okoliczności, które zachodzą w ich życiu. Życiu pełnym niepewności jutra, w którym chciałoby się wejść do „przymierzalni czasu” i opłacić sobie przewidywalną, bezpieczną i pełną radości przyszłość. Bohaterów zbliża także to, że czasem muszą zmierzyć się z jakąś graniczną i nieodwracalną sytuacją, za którą stoi niewiadome. Zmiana wymagająca czegoś, na co nie jesteśmy gotowi. To również książka o tym, jak kreuje się rzeczywistość, będąc twórcą, widząc i rozumiejąc więcej, a przede wszystkim chcąc wyrazić to „więcej” w sposób najbardziej adekwatny do tego, jak zróżnicowane jest nasze życie i myślenie o nim. I jak bardzo w tym życiu potrzebujemy bliskich osób, bo wtedy staje się bardziej do zniesienia i częściej zaskakuje.

Szalona, ale kontrolowana w swym szaleństwie proza o koincydencjach i dziwnym falowaniu ludzkiego życia. Prowokacyjna także w sposób kontrolowany. Z dużą dozą autoironii i specyficznego humoru samego autora, który podejmując kwestię tego, jak upływa czas, decyduje się na ujęcie dość oryginalne: ukazanie tego upływu w kontekście zmieniającego się oglądu otoczenia. Z niespodziankami na każdym kroku, bo tu w żadnym akapicie nie ma miejsca na nudę.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-15

„Lato bez końca” Franziska Gänsler

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 15 lipca 2026

Liczba stron: 160

Przekład: Agata Teperek

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 44,90

Tytuł recenzji: Kobiety w ogniu

„Lato bez końca” to książka z wybitnym potencjałem, jednak marnująca go. Tak bardzo byłem rozczarowany, że musiałem na dłuższy czas odłożyć notatki i pomyśleć o tej skromnych rozmiarów powieści z dużym dystansem. Bo poczułem się oszukany. Miałem wrażenie, że ta senna narracja będzie prowadzić ku rozwiązaniom zaskakującym, nieoczywistym, że będzie to książka z jednej strony kameralna, z drugiej jednak – tak uniwersalna, że do zapamiętania na długo. A jednak zapamiętuje się tu tylko detale. Kilka mocnych scen zarysowanych wyraźną kreską. Kobietę w maseczce i okularach przeciwsłonecznych, która z determinacją prowadza wózek po miasteczku, gdzie nikt nie wychodzi z domu, bo tuż za rozlewiskiem rozgrywa się klimatyczna apokalipsa. Jej reakcje fizjologiczne na sytuację graniczną i stres, jaki odczuwa, nie mogąc ujawnić, dlaczego znalazła się w takim położeniu. Jest jeszcze coś do zapamiętania z końca, ale o zakończeniach nie powinno się pisać w recenzji. Ogólnie zatem Franziska Gänsler najpierw mocno przyciąga uwagę, potem rozczarowuje. Tezy, które proponuje, wydają się mocno odtwórcze: kryzys klimatyczny, przemocowe małżeństwo, solidarność kobiet, nazbyt wyraźne zestawienie tego, jak żywioł w przyrodzie trawi i niszczy niczym sytuacja egzystencjalna jedną z bohaterek.

Dlatego nie jestem tej powieści przychylny i uważam, że wiele kwestii potraktowała wtórnie, bardzo mało oryginalnie, a także po prostu niezbyt dobrze literacko. A jednak mam słabość do pierwszej części, tej pełnej niedomówień, licznych niewyrażonych wprost dramatów, nieufności między ludźmi i niepewności, czy wspomniane rozlewisko powstrzyma szalejące w październiku pożary, gdy słońce wciąż zabija, a w tej duchocie pojawia się coraz więcej tropów duszności emocjonalnej i egzystencjalnej. Tak, na początku „Lato bez końca” chwyta za gardło i enigmatyczność tej opowieści jest jej największą zaletą. Problem polega na tym, w jakim kierunku niemiecka autorka podąża, jak bardzo – może zupełnie nieświadomie – trywializuje zarysowane problemy albo proponuje dla nich jak najbardziej oczekiwane, w związku z tym zaś mało atrakcyjne i naprawdę nudne rozwiązania. Do tego cała masa dotyczącego feminizmu i ekologii dydaktyzmu, z którym można byłoby zrobić coś innego, dać tym zagadnieniom otwarte furtki interpretacyjne, nie opowiadać w sposób, w jaki zrobili to inni; po prostu nie zachowywać się niczym któryś z rzędu uczeń pytany przy tablicy o to samo.

Ale Franziska Gänsler jest debiutantką – być może nieświadomą tego, że jest wtórna i że kilka zasadniczych wątków jej utworu to kalki mnóstwa opowieści, które powstają głównie w krajach skandynawskich. Ta śmiała obyczajówka jest świetnie skonstruowana na początku i fatalnie poprowadzona dalej. Mogę nawet wskazać moment, w którym – moim zdaniem – wszystko się sypie i rozpada. Ta chwila, gdy bohaterki decydują się opuścić ponurą miejscowość, kiedyś kipiącą turystyczną energią, i ruszyć przed siebie, zabierając ze sobą dziecko, które znosi tę podróż co najmniej źle. Tu już zwyczajnie przestało mi się chcieć czytać dalej. Ale doczytałem, bo wierzyłem w siłę niedopowiedzenia i swobodę narracyjną pisarki. Kiedy zaczęło być konkretniej, wbrew temu, co opisano w książce, ogień przestał trawić moją wyobraźnię, a pogorzelisko okazało się smutne, bo najwidoczniej za wiele sobie obiecywałem.

Początek jest znakomity. Ciąg dalszy jest równie znakomity – aż do momentu, kiedy pojawią się deklaracje wyrażane wprost oraz pewne oczywiste działania, których nawet nie trzeba specjalnie antycypować. Iris żyje samotnie po rozstaniu z kobietą i prowadzi coś w rodzaju hotelu. Miejsce jednak od dawna nieszczególnie zasługuje na to miano. Aktualnie pożary trawią okolice, ale już wcześniej wczasowicze uznali Bad Heim za miejsce, które z konkretnych powodów trzeba omijać. Właśnie ta przestrzeń jest tu tak sugestywna i przykuwająca uwagę. A także bohaterka ze swoją przeszłością i skomplikowanym stosunkiem do miejsca, w którym obecnie się znajduje. Jakby nazwa hotelu miała być zaproszeniem do tego, by pożegnać wewnętrzną samotność. Bo Iris przynależy do tego miejsca z wielu różnych powodów związanych z historią rodziny. Tu na pierwszym planie pojawia się matka, najciekawszy i najbardziej potem zaniedbany przez Franziskę Gänsler wątek opowiadający o tym, kim była kobieta, która miała być dla Iris najbliższą osobą, a stała się wspomnieniem o traumie. Tamten zatrzymany czas wciąż męczy i odbija się w teraźniejszości. Iris wspomina krótkotrwale, lecz intensywnie. Ku tym wspomnieniom kieruje ją tajemnicza lokatorka z dzieckiem. W środku szalejącego nieopodal pożaru, którego śladem na posesji Iris długi czas jest tylko wszechobecny jak bolesne wspomnienia popiół, pojawia się uciekinierka. Postać mająca zostać na chwilę, ale potem zagnieżdżająca się w mentalności i emocjach Iris jak we własnym domu. Dopiero później okazuje się, z jakiego domu ucieka. I pojawia się dylemat, komu wierzyć: dwie strony opowiadają o skomplikowanej relacji małżeńskiej, a pomiędzy nimi znajduje się łagodząca napięcia Iris. I nie mamy żadnej zasadniczej wskazówki, komu zaufać i co naprawdę przydarzyło się kobiecie i jej córce, które Iris z czasem jest gotowa przygarnąć na stałe nie tylko do swojego domu, lecz również do serca.

Nie przybyszka jest tu najciekawsza, lecz ta, która przyjmuje ją w swoim hotelu. Kobieta zdecydowana na to, by wieść samotnicze życie, i gotowa przysiąc, że zawsze będzie jej dobrze w świecie, który sobie sama urządziła. Miejsce przez nią zamieszkiwane i wspomnienia, w których też cały czas mieszka, sugerują z jednej strony, że to kobieta silna i bezwarunkowo poddana pewnym instynktom życia poza ludzkim stadem, z drugiej jednak – że to osoba rozpaczliwie poszukującą bliskości; i wtedy, kiedy była dzieckiem, i gdy dorastała, i gdy wierzyła w szczęśliwy związek z partnerką, i teraz, tuż obok szalejącego pożaru, który przecież jej nie dotyczy. To nie są jej sprawy. Jacyś aktywiści, debaty o tym, skąd to wszystko się wzięło i jaki ma związek z klimatem, który rujnujemy. Zrujnowane staje się natomiast to, co niemiecka debiutantka buduje już na wstępie, pokazując Iris po części zaciekawioną, po części zirytowaną nową lokatorką. Niejednoznaczne relacje między tymi kobietami ma nam tu jeszcze komplikować stosunek jednej i drugiej do dziewczynki, samotnej i „osobnej”, żyjącej jakby do wewnątrz. To ona narzuca dalszej fabule mało atrakcyjne dla mnie rozwiązania.

A mogło być tak pięknie: Iris, przybyszka, niedopowiedzenia i zapach spalenizny docierający zza rozlewiska, który doskonale symbolizowałby to, że w tej relacji coś jest od początku popsute albo że jest ona budowana tak, że płonie, nie zastyga. Tutaj płonie dosłownie wszystko. Od pewnego momentu faktyczny pożar zamienia się w pożar narracyjny. Jakby Gänsler chciała zdążyć pozamykać otwarte kwestie i nie rozmyć tej narracji tymi wspaniałymi pęczniejącymi niedopowiedzeniami budującymi tutaj świetną psychodramę. Do czasu. „Lato bez końca” to nie jest dla czytelnika zmarnowany czas. Bardziej lektura, która jakby wie, w którym momencie ma rozczarować, i jakby wiedziała o tym sama autorka. Jeśli ma miejsce to drugie, w zasadzie nie miałbym żadnych zastrzeżeń do tej powieści. Jednak jestem przekonany, że tak nie jest. Że to wszystko, tak pięknie i sugestywnie pisane, nagle wymknęło się spod kontroli, stając się boleśnie konkretne i rozwiązywalne w zasadzie w każdym wymiarze. To nie jest dla mnie duże rozczarowanie czytelnicze. Może raczej towarzyszy mi efekt zgorzknienia. Jakbym nawdychał się w tym świecie przedstawionym za dużo dymu i niewygodne stało się dla mnie przebywanie tam do końca.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-04-24

„Lázár” Nelio Biedermann

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 6 maja 2026

Liczba stron: 328

Przekład: Danuta Fryzowska

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 59,90

Młody wiek autora zawsze skłania do większego zainteresowania się książką. Problem polega na tym, że wielu młodziutkich twórców mimo potencjału nie przechodzi w swoich krajach przez sita wydawnicze, dlatego wcale nie uważam, że wiek Nelia Biedermanna stanowi istotną wartość. Najcenniejsze w jego powieści jest to, z jaką lekkością przekracza on granice stylu i konwencji; jak konsekwentnie różnorodnie ukazuje zdarzenia i postaci, które nie są tutaj znacząco pogłębione psychologicznie, ale pokazane w sytuacjach mówiących o nich więcej niż kilkaset stron sagi rodzinnej. Porównanie do „Buddenbrooków” nieco deprecjonuje dokonanie Thomasa Manna, ponieważ Biedermann wybiera własny, bardzo niepokojący sposób opowiadania o upadku rodziny. „Lázár” to książka, która wyraźnie ukazuje kolejne etapy tego upadku i wypunktowuje poszczególne nieszczęścia w taki sposób, że dopiero pod koniec lektury możemy w pełni odczuć bolesny smutek rozpadu czegoś, co nigdy tak naprawdę nie miało statusu bliskiej relacji pokoleniowej.

Myślę, że to w dużej mierze powieść o ojcach, którzy nie umieją kochać ani choćby przytulać swoich synów. Ojcach myślących przez chwilę o tym, że syn to balast, a nie powód do dumy. Ojcach niedorosłych do odpowiedzialności za swoich synów i przekazujących ten fatalizm z pokolenia na pokolenie. Ojcach jednocześnie odpowiedzialnych za swych potomków, ale głównie w sferze zapewnienia im jak najlepszych warunków do życia. Pod każdym względem poza okazywaniem miłości.

Po drugiej stronie widzimy matki: bierne, wycofane, niejednoznaczne w swoim postępowaniu i enigmatyczne w tym, co myślą o swojej roli wobec synów. Kiedy Lajos von Lázár, odrzucający potem swój arystokratyczny przydomek, zmienia całkowicie uporządkowane życie swego ojca barona, wprowadza w życie rodu pewien chaos i niepewność egzemplifikowane tutaj przez wygląd bohatera ‒ poddawanego już od najmłodszych lat stygmatyzacji. Później jednak młody człowiek daje sobie radę, udaje mu się jakoś przewegetować Wielką Wojnę. Gdy dwie dekady później wybucha kolejny konflikt, Lajos nie może już pozostać niezaangażowany i musi wybrać, po czyjej stronie się opowie. Nelio Biedermann prowadzi nas od czasu, w którym „dogasa stulecie” i wiek XIX zmierza ku końcowi, do dramatycznej powojennej walki Węgier o samostanowienie i niepodległość. Obserwujemy tu wiele wydarzeń, które mogłyby pomóc nam lepiej poznać głównego bohatera. Autor stawia bowiem nie tylko na panoramiczność rodzinnych perypetii, lecz również ściśle trzyma się faktów historycznych, opisując wydarzenia wdzierające się w sposób bezkompromisowy i okrutny bezpośrednio w życie rodziny arystokratów albo omijające tych ludzi z powodu rozmaitych zbiegów okoliczności, ale każące im patrzeć na skutki danego zdarzenia.

Początek brzmi niczym mroczna baśń, ku końcowi prowadzeni jesteśmy w atmosferze dramatycznej narracji sprawozdawczej. Pomiędzy jednym a drugim pojawia się kilka eksperymentów stylistycznych. Jednak Biedermann najlepszy jest w tworzeniu scen. Czasami stawia na intensywny w swej wymowie dialog, czasami na sytuację, której konsekwencje nie przeminą. Przygląda się światu mężczyzn i kobiet jakby osobno, co sygnalizuje fakt, że nawet ich zbliżenia fizyczne są tu czymś na kształt przeprawy, która nie zawsze kończy się satysfakcjonująco dla obu stron.

Właśnie akty seksualne, jak również niezaspokojone potrzeby w tym zakresie to temat wybijający się tu i pokazujący, że „Lázár” to powieść o ludziach z krwi, kości, przekonań, a przede wszystkim namiętności. Zbliżenia ciał są nieśmiałymi próbami zbliżenia mentalnego, ale często niewiele z tego wychodzi, bo można odnieść wrażenie, że każdy z bohaterów i jego ciało żyje w odrębnym świecie potrzeb. Antycypacje rozwoju sytuacji pozwalają nam czytać powieść z pewnym spokojem, że zrozumiemy ją do samego końca, jednakże kilka mrocznych retrospekcji czyni z niej niepowtarzalną oniryczną opowieść o istocie obłędu, wyobcowania i życia w fatalizmie wspomnień albo przeczuć, które najbardziej dotykają siostrę Lajosa.

Przede wszystkim traktuje o doświadczaniu nieszczęścia zobrazowanego przez odbieranie bohaterom rzeczy materialnych. Ze wspaniałego zamku w lesie trafiają oni do budapeszteńskiej klitki, gdzie tkwią między workami z ziemniakami, a potem w kurniku. Arystokratyczna rodzina konsekwentnie traci swoje dobra, a idące za tym przemiany psychiczne jej członków pokazują, że autor zdecydowanie koncentruje się na fatalizmie ukazywanym w bardzo różnorodny sposób. Sándor, Lajos, potem Pista zdawać by się mogło, że synowie genetycznie przejmują niepokoje i egzystencjalne lęki swoich ojców. Wszystko jest skrzętnie czymś zasłaniane. U jednego to rutyna, u drugiego bycie zachowawczym, u trzeciego swoiste tendencje ucieczkowe, chociaż to Pista będzie musiał walczyć o swoje z największą intensywnością i determinacją. Ci mężczyźni zdają się przegrani, jak przegrane są losy kraju, w którym żyją. Rozsypuje się monarchia, popada w ruinę majątek rodu. Do Europy wkraczają wojny, ale dopiero ta druga daje do zrozumienia, że nikt bez względu na status majątkowy nie jest w stanie się przed nią ukryć.

„Lázár” zawiera kilka wstrząsających scen, które dają wiedzę o ludzkim okrucieństwie, jakie ogarnęło Europę w ubiegłym stuleciu. Bohaterki i bohaterowie doświadczają upokorzeń psychicznych i fizycznych. Jest tak, jakby wszystko miało się toczyć po równi pochyłej, a pojedyncze chwile szczęścia narrator komentuje z sarkazmem, bo dla Biedermanna nie ma czegoś takiego jak dobra literatura opisująca ludzkie szczęście. Jest za to sporo elementów historycznego kronikarstwa, co zmienia punkt widzenia na to, co czytamy, i z tego powodu oddalamy się od bohaterów. Całość jest też tak napisana, aby czytający poznali pewne wyraźne cechy postaci, jednak nie zbliżyli się do żadnej z nich. Ta hermetycznie zamknięta przed światem rodzina otworzy się na jakiekolwiek zbliżenia z czytelnikiem być może za późno. Lajos bardzo chce żyć „bez łańcucha przodków na szyi”, chciałby zmienić coś w historii rodu, którego członkowie nigdy nie uśmiechali się na fotografiach. Jest jednak bohaterem pełnym niejednoznaczności i skomplikowanym w ocenie, a także trudnym do polubienia, zidentyfikowania się z nim. Tu wszystko dzieje się na naszych oczach bardzo wyraźnie, ale nic nie pozwala się dotknąć, poznać naprawdę. I myślę, że „Lázár” jakkolwiek komplementowany przez porównania do klasyki literatury – proponuje nam tu zupełnie nową artystycznie opowieść. Przede wszystkim o niespełnionych marzeniach i namiętnościach. Ale również o tym, jak krok po kroku spełnia się precyzyjnie opisywany upadek rodziny.

Podoba mi się to, w jaki sposób autor bezpośrednio wprowadza tutaj literaturę, określając jej funkcję wedle własnego uznania. „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta wykorzystane jest chyba najciekawiej. Bardzo interesująco pokazuje, jak Historia deformuje ludzkie losy, a jednocześnie jak niejednoznacznie te losy można zaprezentować. Biedermann stawia jednak na kondensację, jego saga rodzinna jest wyjątkowo krótka. Ale i wyjątkowo intensywna. Czasem odnosi się wrażenie, że jest za dużo Historii, mogłoby zaś być więcej psychologizacji, jednak całość narracji broni się do ciekawego finału jako opowieść o ludziach walczących o siebie w bardzo różnorodny sposób. O tych przegranych i o tych, którzy potrafią wygrywać. Lecz najciekawiej ukazany jest świat obojętny na prywatne doświadczenia egzystencjalne, choć w dużej mierze to właśnie one kształtują bieg historii. Plastyczna narracja, dynamiczny rytm, świetnie rozpisana na ciekawe wątki historia ludzi poszukujących i cierpiących. Kobiet, które można wykorzystać seksualnie bez konsekwencji, i mężczyzn, którym konsekwencje działań i zachowań wyznaczane są w sposób jednoznaczny, lecz i tak to oni są ważniejsi niż kobiety. Nie uciekniemy w tej powieści od śmierci w wielu wymiarach. Mam wrażenie, że nikt nie jest w stanie uciec poza ramy narracyjne tworzone przez młodego pisarza, który wzorując się na innych opowiedział losy zdegradowanej arystokracji w sposób wykorzystujący różnorodne style. Krótka, a jednocześnie kipiąca wewnętrznie powieść. O ucieczkach – fizycznych i od samych siebie. Ale również o pamięci i dumie. Świetnie się to czyta także dlatego, że jest tu tak niespokojnie narracyjnie. Przewidujemy sporo, lecz i tak jesteśmy zaskakiwani.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-01-14

„Opowieść o starym dziecku” Jenny Erpenbeck

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak Literanova

Data wydania: 14 stycznia 2026

Przekład: Luiza Berg

Liczba stron: 112

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: w milczeniu

Bardzo mi się podoba, kiedy polski rynek wydawniczy uświadamia sobie ważność jakiejś zagranicznej twórczyni i nagle pojawia się boom na jej przekłady, a sama pisarka, dość długo w Polsce nieznana, staje się literacką gwiazdą, o ile można użyć takiego określenia. Widać to na przykładach dwóch niemieckich prozaiczek: Herty Müller wydawanej w jednej oficynie i Jenny Erpenbeck, której przekłady zostały rozproszone po różnych wydawnictwach, ale po niedawnym wielkim sukcesie „Kairos” otrzymujemy bardzo szybko od Znaku kolejną książkę tej autorki. A w zasadzie początek jej pisania, bo to debiut. Wyraźnie zaznaczający symboliczne, polityczne i moralne kwestie, które rozwijane będą w kolejnych książkach. „Kairos” jest w tej chwili na topie, jednak gdybym miał porównać debiut Erpenbeck do innej jej książki, byłby to zdecydowanie „Słownik”.

Dwie techniki obrazowania okrutnego świata, w którym zaistnieć to nazwać coś. W debiucie – nazwać siebie. O ile w „Słowniku” narracja szła torem odsłaniania tego, w jaki sposób słowa definiują bezkompromisowość świata, o tyle w „Opowieści o starym dziecku” autorka stawia na siłę milczenia. Inaczej zresztą prowadzi narrację. Najpierw dominuje sprawozdawczość. Potem wkradają się subtelne detale związane z tym, że bohaterka to uważna obserwatorka: dostrzega na przykład owłosienie dłoni nauczyciela języka angielskiego. W dalszym ciągu Erpenbeck łączy linearną opowieść i mroczne wizje. Są to najprawdopodobniej myśli głównej bohaterki. Niemej. Nijakiej. Tajemniczej i gotowej dostosować się do wszystkiego, co pozwala przetrwać. Bo najbezpieczniejsze są spokój, szpitalne łóżko, ciepła pościel, brak jakichkolwiek oczekiwań, brak wchodzenia w relacje z kimkolwiek. Bohaterka jest, a jakby chciała zniknąć. Wciąż jeszcze oddychając. Wciąż mając nadzieję na to, że demaskacja wszystkiego, co w niej może tkwić, nie nastąpi tak szybko. Że może wcale nie nastąpi.

Czas „Opowieści o starym dziecku” to sromotny koniec drugiej wojny światowej. Mimochodem wspomniane jest bombardowanie Drezna. Świat dalej dzieli się na obozy, ośrodki, skupiska, miejsca łączące ludzi – w zagubieniu, rozpaczy, niezrozumieniu samych siebie. A ona zostaje znaleziona wcześniej. Stojąca z pustym kubłem. Wypowiadająca się tylko za pomocą słów „tak” lub „nie”. Wyrośnięta dziewczynka z tajemnicą. Bardzo wyrośnięta. Niedopasowana. Ani w sierocińcu, do którego trafia, ani w szkole, w której dużo słucha i chłonie, ale nie wykorzystuje okazji, by zaprezentować, czego się nauczyła. A życie najprawdopodobniej nauczyło ją wiele. Bycia niewidzialną. Bezwzględnego posłuszeństwa i dopasowania się do każdej z form funkcjonowania, do której zostaje przyporządkowana.

Dziwne dziecko. Niespotykane. Gdy inni się śmieją, ona płacze. Zdaje się nie rozumieć, co stanowi o jej ułomności. Dziewczynka znikąd, która wydaje się donikąd zmierzać. Kim jest naprawdę? Czy to rzeczywiście dziewczynka? Jakiego rodzaju troski albo większego wsparcia potrzebuje? A może chce przekazać światu coś, co było jej osobistym doświadczeniem, a stało się niewyrażalne? „Słownik” Erpenbeck definiował wszystko to, co niewyjaśnione, wykoślawione, okrutne, złe. Tu też mamy zły świat i zagadkę istnienia człowieka. „Opowieść o starym dziecku” to wielowymiarowa opowieść o ludzkim wyobcowaniu. Na to, co złożyło się na psychikę bohaterki, nie mamy już wpływu, nie mamy również możliwości, by dowiedzieć się, co było jej udziałem. Widzimy, jak bardzo wrosła w podporządkowanie, posłuszeństwo. Nie ma osobowości albo głęboko ją ukryła przed samą sobą. Pragnie spokoju. Niezadawania pytań. Nieinteresowania się tym, kim jest, a przede wszystkim – przez co przeszła. Erpenbeck jest bezlitosna – zarówno w portretowaniu dziewczynki, która z czasem zaczyna się zamieniać w symbolicznego potwora, postać wywołującą coraz mniej współczucia czy poczucia winy wobec jej sytuacji, jak i świata otaczającego tę dziwną i nieprzystającą do niego jednostkę, choć w gruncie rzeczy kogoś, kto przeżył i doświadczył być może tego samego co inni.

Tu nie ma dopasowania do żadnej normy. Normy, nakazy, sytuacja polityczna i społeczna się zmieniają. Zmienia się też sposób przyglądania się tej, która pojawiła się z tym swoim kubłem i podkreśla na każdym kroku, że jest bardzo zmęczona. To nie jest stara maleńka. A otaczająca ją rzeczywistość nie jest tworzona przez ludzi, którzy chcą jej pomóc, nawiązując jakąkolwiek bliską relację. Wszystko w tej krótkiej powieści jest takie surowe i odpychające. A jednocześnie fascynuje tajemnica. Świat funkcjonujący wedle ustalonych zasad  zestawiony z bohaterką, która nie ma w sobie siły, by cokolwiek kontestować. Najlepiej spać. Najlepiej odpoczywać. Dużo odpoczywać. I nie rzucać się w oczy.

Intrygujący finał być może zdradza trochę za dużo, ale podkreśla, że Erpenbeck swoje literackie wprawki rozpoczęła od prozy dotyczącej pamiętania, niepamięci oraz siły wypierania doświadczeń ekstremalnie rujnujących. Symboliczny kubeł, ta ciągła gotowość, by służyć i wykonywać polecenia, niewyciąganie wniosków ze zdobytych doświadczeń. Czy to powieść o ruinie człowieka zdeterminowanej przez okoliczności, w których musiał walczyć o siebie? Cokolwiek wywalczyła, bohaterka jest niema, cicha, chciałaby być niewidzialna i robi bardzo dużo, aby taka się stać. Kto i co doprowadza człowieka do takiego stanu? Dziewczynka, która być może nie jest dziewczynką, chciałaby zatrzymać czas. Co wydarzyło się wcześniej? Bo teraz właściwie nic ma się nie dziać. Zostały pustka oraz wszechogarniające pragnienie pozostania w spokoju. Jednakże bohaterka musi być zidentyfikowana, dopisana do jakiejś grupy lub organizacji, musi mieć miejsce w społeczeństwie i ma obowiązek to miejsce świadomie zająć. Kończy się wojna, zaczyna się nowy porządek, ważna jest przyszłość, a nasze dziecko zatrzymało się gdzieś w traumatycznej przeszłości.

Twórczyni wykonała znakomitą robotę, prezentując postać człowieka, którego właściwością jest… brak właściwości. Ten debiut to literacka zagadka. Na kilku poziomach. Ale zapowiadająca już to, jaki rejon rzeczywistości i relacji międzyludzkich będzie niemiecką pisarkę dalej interesował. Erpenbeck ukryła tu wszystko, co można było sprawnie literacko ukryć. Ta książka to z jednej strony przejmujące studium wyobcowania, z drugiej jednak – by nie krzywdzić jej banalizowaniem – enigmatyczna historia tego, co jesteśmy w stanie znieść, znosimy i będziemy nieść ze sobą. Najczęściej w milczeniu. Bo po to jest dobra literatura. By o wymownym milczeniu również opowiadać jak o każdym wypowiedzianym zdaniu. Debiutancka książka zrodziła pisarkę, która zaczęła rozglądać się uważniej, a także dbać o formę wypowiedzi. Tu zaczęła od czystej karty, którą jest główna bohaterka. Ale każdy z nas zauważył, że nic tu nie jest tym, czym się wydaje, a już na pewno nie tożsamość dziewczynki znalezionej z kubłem. Zresztą jaka tożsamość? To bardziej powieść o tym, jak rozpaczliwie bohaterka chce się jej pozbyć.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ