Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglosaska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura anglosaska. Pokaż wszystkie posty

2026-09-17

„To, o czym nie mówimy” Elizabeth Strout

 

Wydawca: Wydawnictwo Wielka Litera

Data wydania: 12 sierpnia 2026

Liczba stron: 256

Przekład: Kaja Gucio

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 56,99 zł

Tytuł recenzji: Niedopowiedzenia smutku

Przed pięcioma laty pisałem o pierwszej książce Elizabeth Strout, która ujęła mnie połączeniem prostoty i głębi. Od początku wiedziałem, że jest to pisarka sentymentalna i melancholijna, w specyficzny sposób przyglądająca się ludzkim relacjom. Czytana przeze mnie wówczas powieść „Mam na imię Lucy” zapowiadała cykl historii. Pisarka w międzyczasie została wielokrotnie wydana w Polsce. Za każdym razem opowiadała intymnie, ale również kontekstowo – zawsze o tym, kim jesteśmy i kim się stajemy, obcując z innymi ludźmi. „To, o czym nie mówimy” ma tak samo deklaratywny tytuł jak wspomniana wyżej narracja. Pominąłem kilka wydanych w Polsce powieści tej pisarki. Być może dlatego, że trochę bałem się – bazując na opisach wydawniczych – tego, jak głęboko sięga do wnętrza człowieka i jak jednocześnie czułą i delikatną strunę humanizmu trącają jej wszystkie narracje. Ta najnowsza od początku do końca opowiada o różnego rodzaju trybach życia pośród cieni, ale Strout nadal pisze o zbliżeniach i oddaleniach, przez które zwykle cierpimy, lecz tego nie werbalizujemy.

Tu również będzie oszczędnie, jeśli chodzi o wypowiadane słowa. Dialogi w najnowszej książce Elizabeth Strout są nad wyraz surowe i bardzo dobrze pokazują, że większość tego, czym żyjemy, tkwi gdzieś wewnątrz, werbalizowane za pomocą albo niedomówień, albo półprawd, albo wręcz kłamstw, których się nie wstydzimy, bo właśnie one pozwalają nam przetrwać. W nieświadomości tego, kim jesteśmy dla siebie i dla innych. Główny bohater, ceniony i w przeszłości nagrodzony nauczyciel, sprawia wrażenie dobrotliwego i naiwnego, bo z jednej strony – nie interesują go opinie ludzi na jego temat, z drugiej – wydaje mu się bardzo ważne to, jak inni go postrzegają, gdyż chciałby zrozumieć siebie lepiej, kiedy ludzie będą mu mówić prawdę o nim.

Nie mówią. Może z wyjątkiem żony i kilku uczniów. Artie również nie mówi. Pada w powieści sugestia, że wszyscy brniemy do przodu wciąż na oślep – właśnie przez to, że życie każdego z nas składa się z tajemnic, konfabulacji i kłamstw. Te ostatnie nie muszą wynikać ze złośliwości ani być podszyte negatywnym nastawieniem. Po prostu czasem bardzo trudno powiedzieć prawdę. I bohater Strout doskonale zdaje sobie z tego sprawę, myśląc o końcu swojego życia, który chciałby zaplanować na własnych zasadach. „Jestem wystarczająco samotny, żeby umrzeć” – tak Artie podsumowuje siebie, nieświadom tego, jak wielu osobom jest potrzebny czy jak wielu uczniów inspiruje. Chce odejść, ale w taki sposób, żeby nikomu nie robić problemów. On, syn niemieckiego emigranta z klasy robotniczej, który wziął za żonę kobietę sytuowaną społecznie dużo wyżej. Przecież powinien czuć się spełniony, skoro tak wygląda jego życie małżeńskie. Jednak Artie zapada się gdzieś do wewnątrz. Strout opisuje momenty, w których mężczyzna po prostu wyłącza się z funkcjonowania, obowiązków. Zastyga i – wciąż przecież żyjąc – wydaje się martwy. Ten smutek wycieka z niego jak woda z kranu. Do rzeczywistej usterki Artie wzywa fachowca. Hydraulik uświadamia mu, że wystarczyło dokręcić jakiś element, o czym Artie nie pomyślał. To znamienna scena. Można odnieść wrażenie, że pogłębiającej się melancholii głównego bohatera zapobiegłoby symboliczne dokręcenie takiego elementu.

U Strout wszyscy są w pewien sposób rozmontowani. Młodzi, których uczy historyk, nie wiedzą, co zrobić w przyszłości ze swoim życiem. On motywuje ich do myślenia, ale działa zupełnie inaczej – jakby na wstecznym biegu, cofając się, także w smutnych retrospekcjach na temat matki i siostry. Tej, która potajemnie zjadła cukier puder, a jest to scena znacząca, gdyż ta powieść sugeruje, że słodyczy życia można zaznać tylko przez chwilę i po kryjomu. Docenić należy równowagę między opowiadaną wielowątkową historią toczącą się tuż przed wyborami prezydenckimi w USA, kiedy pojawia się ryzyko, że znowu wygra ten, który mocniej spolaryzuje społeczeństwo, a retrospekcjami i antycypacjami uzupełniającymi opowieść we właściwych miejscach i we właściwym czasie. To dodaje kolorytu, ale nie dynamizuje narracji. „To, o czym nie mówimy” to książka minimalistyczna. Wspomniane już surowe dialogi, krótkie partie opisowe, skupienie na detalach, krótkie rozdziały i podrozdziały, wszechobecna, choć tylko delikatnie zarysowana melancholia – reszta pozostaje w domyśle.

Tymczasem pozornie statyczny główny bohater, który nie potrafi wyjść z matni osamotnienia, staje się postacią doświadczającą wielu zmian i wykazującą się działaniami, które mogą zaskoczyć. Rozmyślając o wolnej woli człowieka, testuje granice wolności jako takiej, przekraczając je prowokacyjnie albo ostrożnie – jakby sprawdzał, czy drut jest pod napięciem i spowoduje, że prąd porazi ciało. Pedagog, którego się ceni, nagle traci kontrolę nad sobą i wyrzuca ucznia z sali. Są konsekwencje. Ale i tutaj Strout opisuje sytuację pełną trudnych i nieprzyjemnych emocji (rozmowa z dyrektorem i rodzicami wyrzuconego ucznia) bardzo łagodnie, płynnie, bez cienia dramatyzmu. Taka wydaje się cała książka: łagodna narracja z dyskretnie wypunktowanymi sytuacjami, gdy w ludziach pojawia się drzemiący stale tuż pod skórą smutek. Ale to przecież nie tylko opowieść o smutku. Prowadzić nas przez nią powinien przede wszystkim tytuł.

Artie dowiaduje się czegoś, co wstrząśnie nim do głębi. I zostawia to dla siebie. Rozmyślając o tym, dlaczego w relacje międzyludzkie wkrada się fałsz, sam skrywa przejmującą rodzinną tajemnicę rodzinną, żyjąc u boku żony, która nie domyśla się, co przechodzi mąż – raczej widzi zmiany w nim. Zmiany na gorsze z punktu widzenia społeczeństwa, bo Artie jest sumą wszystkich opinii o nim samym. Także krytyki w social mediach, które są poza jego zasięgiem. Elizabeth Strout prezentuje nam portret człowieka, który przechodzi od fazy zmęczenia życiem do anhedonii. Nie pomaga mu to, że ma kogo kochać. Nie pomaga mu świadomość, jak wielu ludziom jest potrzebny. Przestaje kochać siebie. Przestaje mieć poczucie bycia potrzebnym, a egzystencjalna zbędność staje się czymś, o czym myśli coraz częściej. Pośród niedomówień i milczenia Artie jest symbolem ludzkich dramatów biorących się z tego, że w różny sposób mamy dość. Jak jego przełożony, który po prostu strzela sobie w głowę.

Czy w tej powieści znajdziemy jakikolwiek okruch optymizmu? Ja odczytałem ją jako bardzo fatalistyczną, ale nie jest napisana tak, by narzucać nam interpretację. Chwilami bardzo mroczna, choć napisana – co wciąż podkreślam – łagodnym językiem, stonowaną frazą, z odniesieniami do psychologii, filozofii i literatury. Momentami niezwykle ciepła – zwłaszcza gdy portretuje więź łączącą ojca z synem. Myślę, że jest to powieść, dzięki której możemy odrobić lekcję empatii – jak jedna z uczennic bohatera. Uświadomić sobie, jak wielu ludzi osądza innych, zupełnie nie wiedząc, przez co osądzani przechodzą. Nie żyjemy na zewnątrz, choć na zewnątrz niezwykle często stwarzamy pozory. Strout zagląda tam, gdzie rzadko sami zaglądamy. Pokazuje, że myślenie i mówienie o prawdzie to jedyny ratunek dla ludzi i świata chylącego się ku upadkowi. Gdyby nie irytujące wtrącenia w nawiasach, które zawsze przeszkadzają mi w powieściach i nie wiem, po co są stosowane, byłaby to książka, przez którą po prostu się płynie. Tak jak główny bohater podczas uprawiania swojego hobby – żeglarstwa. Zawrzeć egzystencjalną tragedię w metaforze żeglowania po zatoce? Proszę bardzo. O tym i o wielu innych trudnych kwestiach opowiada w nowej książce Elizabeth Strout.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-08-07

„Pożyczone wzgórza” Scott Preston

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 22 lipca 2026

Liczba stron: 368

Przekład: Zofia Szachnowska-Olesiejuk

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 56,90

Tytuł recenzji: Ludzie, owce i przemoc

Jest tu tyle samo ludzkiego okrucieństwa, ile piękna surowego krajobrazu, który się temu okrucieństwu przygląda. Tyle samo szorstkiej czułości wobec zwierząt, ile chęci bezkompromisowego wykorzystywania ich. To naprawdę trudna książka. W tej specyficznej opowieści z elementami narracji drugoosobowej dzieje się bardzo dużo, choć pozornie nie dzieje się nic. Ale mimo wyjątkowego czarnego humoru jest to książka bardzo smutna. „Pożyczone wzgórza” łączą pozornie sielankową wizję pozbawionego większych bodźców i zmian życia ludzi, którzy wrośli w dane miejsce i nie są w stanie się z niego wydostać, z sensacyjnym wątkiem ukazującym obrzydliwych bohaterów. Można pięknie napisać o złych ludziach. Można umrzeć od piękna otoczenia, gdy staje się ono sensem wszystkiego i wyłącznym punktem odniesienia. A jedyną opcją emerytalną jest śmierć. Nic więcej nie ma. Pustka i samotność.

To los tych, którzy zdecydowali się żyć pośrodku niczego, gdzieś na granicy Anglii i Szkocji. W trudnych warunkach, lecz wśród malowniczych krajobrazów, których piękno Scott Preston opisuje już w pierwszych zdaniach: klify, szum wiatru, twardość skał, wrzosy, torf. Ale i błoto wraz ze wszystkimi obrzydliwymi zapachami, jakie możemy sobie wyobrazić. Trudno się przekonać do tej powieści, a jednocześnie niełatwo przerwać jej czytanie, by nie wpaść w poczucie, że zatrzymaliśmy się w strefie życiowej flauty – jak bohaterowie, którzy bez względu na okoliczności pozostają w miejscu, z którego wydostanie się jest problematyczne. Drogi przestają być drogami, plany życiowe sprowadzają się do przetrwania kolejnego dnia, pieniądz pozornie nie ma większego znaczenia, a dookoła roztaczają się pustkowia, na których marginesach nieśmiało toczy się ludzkie życie.

Powieść pełna wrogości panującej między wszystkimi szorstkimi w obyciu i pozbawionymi kompasu moralnego mężczyznami, którzy pojawiają się czasami znikąd w tej przepięknej i przeklętej krainie naznaczonej kradzieżą i zbrodnią. Preston nie oszczędza czytelnika. Scen brutalnych jest tak wiele, że nie da się tego czytać bez przerw. Pozorni antybohaterowie to ludzie niemający nic do stracenia – poza przywiązaniem do swojej ziemi i zajęcia, którym parają się od lat. Owce są centrum ich życia. Mnożą się, kiedy trzeba, i giną, kiedy przyjdzie na to czas. A ludzie portretowani przez autora stoją w miejscu. Popadają w obojętność wobec własnego losu. A może właśnie ona jest największym sensem i trzeba się jej trzymać, by życie miało jakikolwiek azymut?

W sensie fabularnym to opowieść wspomnieniowa opisująca specyficzną relację dwóch mężczyzn, do których na skomplikowanych zasadach dołączają kolejni. Wspólnota wyrzutków, o których same ich fizjonomie dużo mówią. Ludzi, którymi nikt się nie interesuje i oni nie interesują się samymi sobą. Gotowi do zbrodni. Gotowi do odebrania życia zwierzęciu albo drugiemu człowiekowi. Relacje budowane są na zależnościach i nieufności. Ciągle towarzyszy nam przeczucie, że tu wydarzy się coś dużo gorszego, niż wydarzyło się do tej pory. A potem nadchodzi ujmujący finał, który pokazuje, że jest to jednak książka pełna czułości wobec wszystkich tych mężczyzn, którym nigdy nie została ona przez nikogo dana.

Steve zaznaje jej przez chwilę. Ale to tylko moment, reszta jest pozbawioną czucia wegetacją, kiedy wciąż się haruje, uczy dostosowywać do zmiennych warunków przyrody i hartuje się nie na człowieka, lecz na osadnika egzystencjalnego. By czytelnika nie zatopiło to morze testosteronu, krwi i antagonizmów, Scott Preston wprowadza do fabuły jedyną kobietę, która może złagodzić nastroje mężczyzn, ale chodzi jej głównie o to, by osiągnąć w życiu to, co dla nich niemożliwe. Opuścić krainę pełną wzgórz, silnego wiatru i narastającego poczucia niemożności wyjścia poza schemat zaproponowany przez ojca i przejmowany bez dyskusji przez syna. Chwilami będzie nas otaczać klaustrofobiczna atmosfera obrzydliwości. Ale pod tą całą szorstkością kryją się silne emocje i niewyrażone uczucia. Bohaterka stara się przekonać Steve’a, żeby do niczego się nie przyzwyczajał, bo nic mu nie jest dane na zawsze. A jednak jest. Steve zakorzenia się w miejscu, z którego wydostał się tylko na chwilę jako kierowca ciężarówki. Pogrąża się też w specyficznym rodzaju samotności. Twardej i niewyrażalnej. Ale wszechobecnej.

Nie będzie ckliwości, nie będzie wglądu we wnętrza bohaterów. Będzie mroczna intryga, bezkompromisowe rozwiązania, mnóstwo krwi, błota i strzelającej broni oraz dużo, bardzo dużo śmierci. Umierają zwierzęta i ludzie. W imię czego? Dlaczego jeden z mężczyzn podejmuje śmiałą decyzję odebrania komuś jego własności? Są tu rozwiązania fabularne, które trudno zaakceptować, ale wszystko napisane jest w taki sposób, że czujemy się, jakbyśmy oglądali jednocześnie film sensacyjny i slow cinema, w którym słychać tylko dźwięki wydawane przez owce, psy i szalejący wiatr.

Poza zbrodniami i przelewaną krwią właściwie przez cały czas niewiele widzimy. Partie dialogowe nie są oszczędne, lecz w zasadzie nic z nich nie wynika. Dużo więcej wywnioskować można z opisów tego, jak zachowują się mężczyźni, bo to przecież pachnąca strzelniczym prochem książka o krętych męskich drogach, złych decyzjach i o tym, że każdy z nich jest rozpaczliwie osobny ze swoimi wyborami. Oni wszyscy są jak banda wilków gotowych nawet na to, by pożreć się nawzajem. Im więcej kipi w nich gniewu i nienawiści, tym ciszej jest wokół. W krainie, w której panuje specyficzna symbioza. Ludzie nie są wobec siebie łagodni jak owce, jednakże tworzą pewną społeczną ministrustrukturę. Bo mimo wszystko jest to mała społeczność.

Bezradne owce i ludzie patrzący na siebie wilkiem. Wrogość i poczucie swoistej harmonii. Preston zmienia tonację błyskawicznie, przechodząc z jednej partii narracyjnej do drugiej. Ta książka w potężny sposób działa na wyobraźnię, bo jest niesamowicie dynamiczna. Mimo że opowiada symbolicznie o pustce i ciszy. I w zasadzie tylko one się tu liczą.

Pożyczone wzgórza” rzeczywiście chwilami przypominają western, lecz w dużej mierze to liryczna opowieść o byciu osobnym w kontraście do stada, jakie tworzą owce. Ale jedna się tu wyróżnia. Tak samo jak Steve. Praktycznie człowiek bez właściwości, który nie umie samodzielnie podjąć żadnej życiowej decyzji. Bierny, a mimo to jednocześnie uważny. To jego przenikliwość przekłada się na dynamikę książki, bo to wspomnienia człowieka, który być może chciałby zostać zapamiętany. A pamięć nie sięga tu daleko. Podobnie jak jakakolwiek forma przywiązania do drugiego człowieka. Znamienny jest ten brak kobiet i to, że rodziny złożone z ojców i synów żyją obok siebie, a nie ze sobą. Wszystko wydaje się zbyt trudne do wyrażenia i opisania, a w gruncie rzeczy otrzymujemy przecież powieść, od której odstręczać mogą nas tylko te brutalne fragmenty, zadana czyjąś ręką śmierć, spotęgowanie przemocy, nadmiar negatywnych bodźców, przeraźliwy fatalizm.

Ważna jest też symbolika oblepiającego bohaterów błota. Zatrzymanie chwili jak kadru filmowego – zwykle w momencie dokonywania zbrodni; nieważne, czy na zwierzęciu, czy na człowieku. Tu nie da się iść wyprostowanym, bo i nie ma celu, by przyjąć taką postawę. Zatem błoto. Bylejakość. Grzęźnięcie w czymś, co jest niezgodne z zasadami, i grzęźnięcie w sobie, gdy tworzy się własny kodeks moralny. To naprawdę książka dla odbiorców o mocnych nerwach. Zadziwia, w jaki sposób autor zharmonizował opisy tego całego okrucieństwa i zapierających dech krajobrazów. Przyroda jest tu znacznie bardziej zróżnicowana niż ludzie. Ale pozostaje z nimi w nierozłącznym związku. Preston zaprasza nas do świata, w którym zatrzymalibyśmy się może na chwilę, by zrobić kilka pocztówkowych zdjęć. Autor zatrzymuje go w kadrach bolesnych i wtłacza weń zdarzenia, które nie mogą mieć dobrego końca. Świetna książka o tym, w jaki sposób człowiek może być jednocześnie pokorny jak owca, gdy konfrontuje się z rządzącą nim naturą, i zły w innych okolicznościach.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-22

„Gdy odnajdziemy drogę” Laura Barrow

 

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 15 lipca 2026

Liczba stron: 416

Przekład: Joanna Sugiero

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Ku wolności

To rodzaj książki, który normalnie nie wzbudziłby choćby odrobiny mojego zainteresowania, jednak zdecydowałem się na przyjemny reset mózgu – tym bardziej że ta literatura środka napisana jest naprawdę niezłym językiem. Nic nie dzieje się tu przypadkiem, a każde zdarzenie jest naturalnie wyjaśnione ze szczegółami. Wszelkie wątpliwe w swych konsekwencjach działania bohaterów również otrzymują szeroki narratorski komentarz. Laura Barrow napisała klasyczną powieść do omawiania na spotkaniach członkiń – bo zwykle są to kobiety – mniejszych lub większych klubów książki, co podkreśla na końcu, proponując swoim odbiorczyniom listę pytań albo kwestie do rozważenia, gdyby przypadkiem jakieś wątpliwości lub pytania nie przyszłyby im do głowy po lekturze.

„Gdy odnajdziemy drogę” odstręczała mnie już samym tytułem. Ale przyciągnęła świetnym zabiegiem związanym z muzyką. Duchem tej powieści, niepokornym i będącym punktem odniesienia dla działań bohaterek, jest duch młodo i tragicznie zmarłej wokalistki Patsy Cline. Zwykle czytam książki w ciszy, ale tym razem zrobiłem wyjątek – i polecam tę zabawę tym, którym książka wyda się w końcu zbyt miałka, banalna i przewidywalna. Asocjacje, jakie otrzymujemy dzięki czytaniu i słuchaniu konkretnego singla piosenkarki, którego tytuł uzupełnia dany rozdział, są bardzo ciekawe, bo uplastyczniają tę narrację dużo lepiej niż słowa. I tak na przykład można sprawdzić, która piosenka Cline została dobrze dopasowana do danego fragmentu powieści, a dźwięki której niekoniecznie się sprawdzają w tym miejscu narracji, przez które ma prowadzić.

Zatem muzyka i inspiracje. To, co tu najciekawsze, to nie historia głównej bohaterki, lecz retrospekcje w formie listów: opowieść o życiu jej babki, miłości do muzyki Cline, tęsknocie za tą jedyną w swoim rodzaju gitarą, o założeniu zespołu muzycznego, spełnianiu marzeń i o małżeństwie, które w oczach wnuczki było idyllą, choć Effie nie rejestruje zbyt szybko, że to drugie małżeństwo, a pierwsze było koszmarem. Jej małżeństwo również takie jest. Pełna witalizmu i przepełniona muzycznym optymizmem babka jest dla niej kimś, kto prowadził niedoścignione spełnione życie. Effie po blisko dwóch dekadach stoi na skraju rozwodu i niczego, co do tej pory osiągnęła, nie może nazwać spełnieniem marzeń. Najwyżej uciechą z prostych rzeczy, które przynoszą ciepło i poczucie przywiązania do nich.

Tak jak Lola wzięła się w garść wiele lat temu, gdy Patsy Cline odpisała wreszcie na jeden z jej listów, tak tuż przed rozwodem weźmie się w garść matka trójki dzieci. Wszystkie okoliczności losu sprzysięgają się przeciwko niej, a przynajmniej Effie tak uważa. Laura Barrow robi ze swojej bohaterki taką troszkę słodką idiotkę, ale w dużej mierze tworzy kobietę, która jest być może naiwna, lecz nie jest głupia. Wyciąga wnioski z bieżących wydarzeń, analizuje przeszłość, by nie popełniać tych samych błędów, i przede wszystkim wpatrzona jest w niezwykłą biografię swojej babki, która – w przeciwieństwie do przeżywającej różne rozgoryczenia matki – konsekwentnie i stanowczo szła w kierunku spełnienia marzeń.

Tak, Barrow napisała jedną z tysięcy książek o prostych i chwytliwych przesłaniach. Żyj i niczego nie żałuj. Bądź dla siebie dobra. Podążaj w kierunku marzeń bez względu na to, ile to kosztuje. Bądź spełniona dzięki temu, że jesteś sobą. I bądź sobą zawsze, bo wtedy staniesz się silniejsza. Tak to mniej więcej można streścić, choć amerykańska pisarka stara się, żeby na to nie wyglądało. Dlatego do powieści wprowadza czynnik transcendencji. Główna bohaterka podczas operacji w klinice chirurgii plastycznej przeżywa coś w rodzaju śmierci klinicznej. A potem… coraz częściej zdarzają się momenty, kiedy jej świadomość podąża specyficznymi ścieżkami, a Effie zaczyna widzieć duchy. I naturalnie z nimi rozmawiać. Co – także naturalnie – będzie miało swoje konsekwencje.

Nie wiem, który czynnik tej raczej sztampowej narracji o poszukiwaniu kobiecego szczęścia powoduje, że czyta się tę książkę z ciekawością do końca: obecność muzycznej ikony mocno niedocenionej po swej śmierci czy te pojawiające się duchy, które uzupełniają to, co odbiorca mógłby sobie wyobrazić, ale mimo swojego dydaktyzmu są po prostu czymś oryginalnym i rozwijają fabułę w ciekawym sposób. Poza tym nie ma u Barrow wiele. Jest kobieta na krawędzi i tak układające się wydarzenia, że Effie szybko od tej krawędzi się odsunie. Oczywiście problemy bohaterów tej książki nie obejmują finansów czy zdrowia, aczkolwiek jego stan w przypadku seniorki generuje sporo problemów, a ostatecznie znacząco wpływa na kształt zakończenia.

Wszyscy tu pozornie mają wszystko, lecz praktycznie każdy gdzieś coś ważnego zgubił. Czy to zdrowy rozsądek, czy potrzebę przynależności. Ale amerykańskie problemy typowych mieszkańców Kansas czy Teksasu są do bólu nudne. Mamy rozwód w toku wywołany rzecz jasna niewiernością męża, który wybiera dużo młodszą partnerkę. Mamy klasyczną amerykańską psiapsi, która rzuci wszystko i wszędzie, byle tylko pomóc swojej najbliższej koleżance. Jest również lustrem, w którym ta druga się przegląda, i kategorycznie ocenia zdradę małżonka tej, której poświęciła tak wiele miłości i dobrego serca; bo Effie oczywiście zasługuje na to, by ktoś jej odpłacił dobrocią serca. Co jeszcze? Jest motyw podejmowania pracy po latach bycia gospodynią domową, są dzieci wkraczające w tak zwany trudny wiek, niejasne losy rozwodu, ale przede wszystkim dużo mówienia wciąż o tym samym, tyle że za każdym razem innymi słowami.

Dialogi zdecydowanie nie są mocnym punktem tej powieści, ale ich rola w fabule już tak. To, co powiedziane głośno, zdaje się po raz pierwszy istnieć naprawdę. To, co ukryte w sercu, zostaje zwerbalizowane i otrzymuje specjalną moc. Brakowało mi tu jeszcze jakiejś efemerycznej istotki ze skrzydełkami, która magiczną różdżką rozwiązuje problemy, ale Barrow postanowiła się sama w kogoś takiego zabawić. Efekt jest zabawny. A ja dzięki tej książce poznałem kawał dobrej amerykańskiej muzyki z przełomu lat 50. i 60. ubiegłego stulecia. Szkoda tylko, że pisarka nie pomogła mi odnaleźć tej właściwej drogi. Uświadomiła jedynie, że amerykańskie pisarki w przeciwieństwie do polskich są naprawdę dobre w tworzeniu literatury środka. Unikają jak ognia jakiejkolwiek martyrologii, a w tym gatunku to niezwykle cenne. Opowieść dynamiczna, ciekawie poprowadzona, do zapomnienia w ciągu tygodnia, ale pozostawiająca jednak jakieś ślady – przede wszystkim muzyczne, bo innych śladów artystycznych dokonań raczej tutaj nie znajdziemy.

---

Jeśli spodobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-07-01

„Alaskę masz we krwi” Melinda Moustakis

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 24 czerwca 2026

Liczba stron: 208

Przekład: Jarek Westermark

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 54,90

Tytuł recenzji: Trudne życie

Kiedy przed sześcioma laty Damian Hadaś wydał opowiadającą o Alasce książkę mającą charakter przewodnika, ale dość głęboko wchodzącą w różne struktury – także społeczne – tego specyficznego amerykańskiego stanu, miałem już świadomość, że Alaska jest dla mnie zrozumiała. Zwłaszcza że Hadaś pisał o tendencjach ucieczkowych oraz przynależności – to dwie czytelne postawy wielu mieszkańców stanu. Potem podkręciłem wyobraźnię alaskańskimi thrillerami takimi jak „Dzikie serce” Jamey Bradbury czy znakomitą „Barwą ciszy” Rosamund Lupton i zdecydowałem, że poza Montaną to drugi stan do zwiedzenia w USA, jeśli kiedykolwiek tam dotrę. Z wielkim więc zainteresowaniem sięgnąłem po książkę Melindy Moustakis, nie spodziewając się, że otrzymam coś zupełnie innego niż dotychczas przeczytane narracje o Alasce. Książkę tę można czytać fragmentami albo całościowo. Od razu lub partiami, bo plastyczne obrazowanie krótkich rozdziałów pozwala wyobraźni poszaleć jak po alaskańskich bezdrożach portretowanych tu – co ważne – nie tylko w mroźną zimę, ale również podczas upalnego lata, jednakże przede wszystkim daje szansę, by spojrzeć przez pryzmat prezentowanych harmonii i dysharmonii specyficznych ludzi i wyjątkowego świata natury, który czyni te osoby takimi, jakie są.

Wspomniana książka Damiana Hadasia wywołała coś w rodzaju boomu na Alaskę, gdy tymczasem w książce Moustakis hipotetyczni odbiorcy to postacie w niebieskich strojach, turyści, ludzie całkowicie obcy w tym rejonie, bo potrafiący go jedynie oglądać. Melinda Moustakis pokazuje przede wszystkim to, jak Alaskę się czuje. Dzięki którym zmysłom i które są wtedy najbardziej wyostrzone. Warto dodać, że narracja tej pisarki ukazała się w oryginale dużo wcześniej niż cokolwiek na temat Alaski w Polsce, a ta publikacja zaowocowała czymś więcej, bo Moustakis zdecydowała się na inną perspektywę opisu stanu, który – jak wskazuje tytuł będący wypowiedzią jednego z bohaterów – jest miejscem niezwykle silnej przynależności. I choć bohaterowie – częściej bohaterki – marzą o wyjeździe stamtąd i nawet im się udaje, bardziej przemawia do mnie zasadnicze: „Uwielbiam ten jebany kraj”, wypowiadane z ręką na lufie, jakby ta scena była kwintesencją wszystkiego – wspomnianej już przynależności i bezkompromisowości życia wśród natury, która daje schronienie, ale także żywi.

Z tego punktu widzenia nie będzie to odpowiednia lektura dla wielbicieli zwierząt. Ludzie portretowani w tej książce bywają wobec nich bardzo okrutni, lecz jest to okrucieństwo związane z przetrwaniem, gorzką i bolesną symbiozą. Żeby żyć mogło jedno, umrzeć musi inne. Jak ma się do tego ratowanie małego orła, który przypadkiem znalazł się w wychodku i któremu zdeterminowane dzieci oddają odebraną przez głupi przypadek wolność? Także część związków międzyludzkich, jakie są tu zaprezentowane, można określić mianem przypadkowych. „Alaskę masz we krwi” pokazuje jednak bezkompromisowość i niebywałą siłę społeczności. To są ludzie związani więzami krwi albo przyjaźni na zawsze i w bardzo specyficzny sposób. Nie rozgrywa się tu przed nami ani jedna wyraźna psychodrama, choć doskonale widzimy, jak trudno jest być razem w tym świecie przedstawionym. A być razem to wspólnie łowić ryby, polować na grubego zwierza, przemierzać rzekę Kenai – w pewnym momencie punkt odniesienia dla wszystkiego, co zostaje dalej opisane.

Pisząc o ludziach, warto wspomnieć celny tytuł jednego z rozdziałów. „Ciężar twojej osoby” – to nie tylko opowiadanie, w którym autorka wchodzi w rejon trudnej narracji drugoosobowej (wykorzystuje wszystkie jej rodzaje), ale również o tym, co kształtuje alaskańską tożsamość. Co jest człowiekowi dane dzięki naturze, a co zaoferowane wbrew niej. Co przyjmuje z godnością i poczuciem, że mu się to należy, a wobec czego wyraża swój bunt, który niejednokrotnie wpływa na relacje z najbliższymi.

Wiele jest tutaj nietuzinkowych sylwetek ludzkich. Na przykład na pozór szorstka relacja matki i córki. Ta druga wyjechała do Kalifornii, która w opinii rodzicielki zmiękczyła ją, także mentalnie. Córka nie pozostaje dłużna: natychmiast kontruje, że Alaska czyni matkę okrutną. Jest tu sporo okrucieństwa wyrażonego wprost, ale również symbolicznie. Dużo emocji gęstniejących jak gęstnieje opowieść o przyrodzie, zróżnicowaniu przede wszystkim fauny, jej użyteczności i bezużyteczności, a zwłaszcza obecności, która ma wpływ na tok myślenia. Bo ludzie z Alaski, ci mający ją we krwi, wyciskają tę krew z siebie wręcz dosłownie. Okaleczenia, samookaleczenia, blizny na ciele, krew tryskająca i ta, która krzepnie, zachowując skrytą pod nią tajemnicę pewnego egzystencjalnego przeżycia.

Symboliczny jest tu też szpitalny manekin. W jego ciało wbite są wszystkie ostre przedmioty, z haczykami na czele, które zraniły pacjentów, ale nie uczyniły żadnego spustoszenia w ich myśleniu o tym, dlaczego żyją ze świadomością doznania fizycznej krzywdy, bo Alaska potrafi krzywdzić i musi to robić, jeśli ma dokonać prawdziwej selekcji tych, którzy mogą tam na stałe zamieszkać; mówić o sobie tak, jak głosi tytuł.

Intrygujące jest tu połączenie subtelności w portretowaniu ludzkich pragnień z bezkompromisowością w ich realizowaniu. Mieszkańcy Alaski po prostu czasami biorą to, co – jak uważają – im się należy. A nie należy się wiele. Są minimalistami skupionymi na przetrwaniu. Moustakis opowiada o tym, co to znaczy trwać na Alasce i w jaki sposób pozostanie się tam na zawsze, bo ta ziemia i ta natura zdecydują za człowieka. Dlatego pisarka portretuje także dzieci, pokazuje ich doświadczenia, a potem budowane na tych doświadczeniach relacje. Czy jest tu miejsce na bliskość i czułość? Jest jedno i drugie, ale obie szorstkie. Tak bardzo specyficzne, że trzeba użyć odpowiedniego języka, by to opisać – i Melinda Moustakis robi to bardzo dobrze. Przechodzi w rozmaite rejestry narracyjne, by pokazać różnorodność w pozornie jednolitym świecie, który może mieć wiele literackich definicji. I Alaska ma ich tutaj wiele. Zaskakująco wiele. Po lekturze pojawia się mnóstwo ambiwalentnych uczuć i przemyśleń: to dobre czy złe miejsce do życia, to przestrzeń relacji budowanych właściwie czy w sposób kaleki? I ostatecznie: jaka definicja tak zwanej normalności ma tu być punktem odniesienia?

Historie z tej niewielkiej książki pulsują podskórnie. Autorka pisze w taki sposób, że często czujemy na karku oddech łosia, między naszymi łydkami przepływa jakaś ryba, a malamuty stają się jak dzieci – nie można ich inaczej kochać i w inny niż rodzicielski sposób do siebie przygarniać. Brodaci bracia szukający towarzyszek życia są tu silnie sprzężeni z nurtem rzeki, która bez żadnych wątpliwości szuka swego ujścia. Pośród sielskiej przyrody jest dużo alkoholu i przemocy. To wszystko tworzy tak bardzo wieloznaczny wizerunek miejsca, że właśnie dzięki temu możemy uwierzyć w każde słowo Moustakis. Bez względu na to, czy będzie opisywać brutalne skórowanie zająca, czy opowie o relacjach rodzeństwa, które uzupełnia się i wyklucza jednocześnie. To wszystko – mimo sprzeczności i szorstkości w opisie – jest bardzo sugestywne i widać, że to książka napisana z sercem. Nie tylko dlatego, że pisały ją głównie serce i wspomnienia z dorastania do tego, by stać się pisarką.

Alaska nie jest tu stanem dla każdego. To miejsce, w którym jakiekolwiek życiowe plany mają swój cień ukryty w słowie „jeśli”. Tu nic nie musi być stałe i na stałe, chociaż przynależność właśnie taka się wydaje. Melinda Moustakis opowiada o tym, że należeć do pewnego miejsca to czasem przełykać gorzką pigułkę przynależności. Ale jest to również książka o sile wspólnoty, niebywałej sile. Chropowatość opisów i języka bohaterów może sprawiać zupełnie inne wrażenie. Myślę jednak, że to, co najcenniejsze, autorka ukryła gdzieś bardzo głęboko i z tego powodu nie można tej książki po prostu przekartkować lub przeczytać pobieżnie. Zwłaszcza że wspomniane zmienne rejestry narracyjne dają do zrozumienia, że wchodzimy gdzieś w głąb albo jesteśmy wyrzucani poza lokalny nawias. To wszystko jest kwestią czytelniczej wrażliwości, gdyż odnoszę wrażenie, że „Alaskę masz we krwi” nie jest książką dla każdego, nawet jeśli jest wielbicielem tego rejonu świata.

Na koniec to, co stanowi również koniec tej książki: los decydujący o tym, w którym momencie życia odkryje się świadomość, że z tym fascynującym, mrocznym, czasem defetystycznym amerykańskim stanem chce się pozostać na zawsze albo już się mimowolnie pozostało. „Przychodzisz czy odchodzisz? – to niepokojąco brzmiące pytanie tkwi w nas gdzieś głęboko podczas lektury. Ważna opowieść o tym, że nie ma żadnej definicji przynależności, a im bardziej specyficzny rejon do życia, tym silniej do siebie przywiązuje. Nawet raniąc, przynosząc frustracje, dając niewiele w zamian za tę bezwarunkową miłość. Alaska jest trudną i może okrutną matką. Ale ma swoje prawa i umie decydować słusznie. Nie każdy jest gotowy mieć ją we krwi.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-29

„Wdowa” Helene Flood

 

Wydawca: Wydawnictwo Agora

Data wydania: 1 lipca 2026

Liczba stron: 360

Przekład: Ewa M. Bilińska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59,99

Tytuł recenzji: Rodzinne intrygi

Powieść Helene Flood – należąca do gatunku tych, które bardzo szybko się czyta i równie szybko zapomina – zaskakuje nas tutaj podwójnie. Pozytywnie, jeśli chodzi o misterną konstrukcję, tworzenie krótkich scen w dwóch przestrzeniach czasowych i umieszczanie tam wskazówek ważnych dla intrygi, dlatego warto podczas lektury notować sobie pewne rzeczy, bo Flood całkiem sprawnie osiąga efekt swoistej halucynacji, niepewności i narastającego lęku. A to opowieść o kobiecie, która po stracie męża mierzy się z nieznanymi jej dotąd rodzajami lęków. Wcześniej także było ich bardzo wiele, łącznie z poczuciem zbędności albo świadomością, że było się złą żoną i matką, złą kobietą albo kobietą bez żadnych właściwości.

Negatywne zaskoczenie to przewidywalność. Autorka zaproponowała nam narracyjne puzzle do poskładania, ale w rzeczywistości to, co jest ukryte na obrazku, odsłania się na długo przed uporządkowaniem elementów. Podoba mi się w całym tym kontrolowanym chaosie przemyślana kompozycja klamrowa, jednakże nie ma we „Wdowie” zbyt wielu zaskakujących momentów, choć Flood stara się, by było onirycznie, tajemniczo – i żebyśmy za wszelką cenę uwierzyli, że mocno szwankuje nie tylko pamięć głównej bohaterki, ale także otaczających ją ludzi. Zdarzenia, które mają miejsce, składają się w logiczny ciąg, jednakże kuleją detale: albo okazują się nieistotne dla ogólnego obrazu, albo są wskazówkami zbyt oczywistymi. Smutne jest to w tym pierwszym przypadku, bo „Wdowa” to w moim przekonaniu powieść o tym, jak problemy z pamięcią wpływają na zachowania i tożsamość bohaterów. Umieszczenie w fabule niszczonej przez demencję matki bohaterki jest jednym z elementów, które szkodzą tej książce. Czy można ją nazwać thrillerem? Momentami tak. Dla mnie to dość przeciętna obyczajówka poszatkowana na kawałki, co zmusza do większej uwagi podczas czytania – i to akurat działa na plus.

Evy to bohaterka prowadząca, a przy tym prowokująca. Niejednoznaczna, choć bardzo wyraźnie osamotniona. Nie z powodu śmierci męża. Żyjący członkowie jej rodziny przebywają w różnych odległościach od Evy, jednak mentalnie są od niej z pewnością dość daleko. Ale czy związek, który trwał prawie pół wieku, dał jej namiastkę bliskości, a przede wszystkim ten rodzaj spełnienia, który po tylu latach związku uzyskujemy przy człowieku godnym pełnego zaufania? Ów związek był burzliwy i jest odsłonięty tylko fragmentarycznie, co jest naturalnie zaletą, bo nie czyni z „Wdowy” quasipsychologicznej analizy współżycia małżonków o skrajnie różnych charakterach i sposobach życia.

Jak na Norwegię jest wyjątkowo tradycyjnie i do bólu przewidywalnie, jeśli chodzi o skutki narzucenia takich ról. On pracuje i utrzymuje rodzinę, ona wychowuje po kolei trójkę dzieci, z których najbardziej przywiąże się do pierworodnego syna, ale to przywiązanie będzie miało zaskakujący finał. Istotą powieści Helene Flood jest pokazanie pewnego zarysu rodzinnych relacji, który może nasuwać wiele niepokojących skojarzeń, ale najwięcej niepokoju wprowadzają detale. Mam wrażenie, że jeśli o nie chodzi, to Flood w pewnym sensie porozrzucała klocki o różnych kształtach i kazała je czytelnikowi poskładać, jednakże nie wszystkie do siebie pasują, a niektóre trzeba łączyć na siłę. Retrospekcje ciekawie współpracują z czasem współczesnym i ta atrakcyjność stworzona jest właśnie z drobiazgów, które potem przestają mieć znaczenie albo okazują się jedynie pustym w swej wymowie elementem przykuwającym uwagę.

Jak wspomniałem na wstępie, „Wdowa” to powieść do błyskawicznego przeczytania. Sześćdziesięciosześcioletnia główna bohaterka na przemian irytuje, intryguje, zaskakuje i potrafi uczynić z siebie kogoś, komu ze wszech miar można współczuć. Ważni są ludzie wokół niej, bo relacje z nimi tworzą rys psychologiczny Evy. Możemy dowiedzieć się na przykład, jakie i dlaczego właśnie takie znaczenie ma w jej życiu spożywanie alkoholu. Albo czym są dla niej tabletki przeciwlękowe i nasenne, których stara się nie używać, bo coraz wyraźniej rozumie, że musi czuwać praktycznie całą dobę, a zagrożenie może przyjść o każdej porze dnia lub nocy.

Poza opowieścią o osaczeniu i o tym, w jaki sposób najbliżsi potrafią zmanipulować czyjąś pamięć, jest tu też sentymentalna historia poznania się dwójki ludzi, którzy dość szybko w mało sentymentalny sposób zaczęli żyć koło siebie, nie ze sobą. I ktoś jeszcze, ten trzeci, niepokojący cień tego związku, a może człowiek, który potrafi dla Evy zrobić najwięcej. Dużo więcej niż jej dzieci, których postacie – poza jedną – są zupełnie papierowe, dlatego zaproponowana tu intryga ani ziębi, ani grzeje. W miarę solidna i dość logicznie uporządkowana powieść z dreszczykiem, ale naprawdę mało co konkretnego o książce Helene Flood da się napisać.

Lecz zaintrygować może wątek smutku i samotności. Wydaje się, że Evy w pewnym stopniu lubi być smutna, a na pewno z radością przyjmuje momenty, kiedy może być sama. Dłuższy czas spędzony z samą sobą w Paryżu. Czas po śmierci męża, który nie jest jakimś wielkim cierpieniem przebywania w osobności. „Wdowa” to powieść o tym, jak rodzi się osobność, jak gubią się gdzieś bliskie więzi, a być może jeszcze bardziej – historia rodziny, która nie umiała się pokochać i szanować. Dlatego wszystko wydaje się skomplikowane, opisy relacji dodają powieści kolorytu, lecz wszystko zmierza w boleśnie przewidywalne rejony, choć Flood lekko budzi nas z letargu w zakończeniu swej powieści.

Na koniec warto oddać tej powieści, że pokazuje narzędzia manipulacji, które sprawiają, że ktoś zaczyna czuć się winny czegoś wobec kogoś, staje się względem niego podrzędny i tak naprawdę gubi sam siebie w morzu oskarżeń albo podejrzeń. Oczywiście więcej będzie we „Wdowie” tych ostatnich, a oryginalna forma książki wzmacnia wrażenie, że narracja ta, gdyby napisać ją w inny, bardziej klasyczny sposób, nie przyciągałaby tak uwagi czytelników. Bohaterowie całkiem dobrze są tu wprowadzani i prezentowani, jednak Flood nie pracuje nad tym za bardzo, zwróciłem na to uwagę wcześniej i zwracam teraz, ponieważ opowieść o tym, co się przydarzyło pewnemu starszemu małżeństwu, miałaby więcej kolorytu, gdyby wizerunki psychologiczne bohaterów były choć trochę bardziej skomplikowane.

Wdowa” to też książka o ludzkiej chciwości i potrzebie posiadania nawet tego, co jest niezupełnie potrzebne. Ciekawy wizerunek majętnych Norwegów, którzy wcale nie przypominają mieszkańców jednego z bardziej równościowych krajów, ale moje doświadczenia przekonują mnie, że wszystkie te kraje na północy Europy mają po prostu świetnie zrobiony zagraniczny PR, a Flood jest tu jedną z wyrazicielek tego, jak naprawdę może wyglądać życie w norweskiej rodzinie, w której wygasa żar uczuć, a rośnie pragnienie posiadania. Flood napisała w sumie bardzo smutną książkę o tym, jak fasadowe może okazać się bycie razem i że może się za nim kryć brak wsparcia. Także o boleśniejszym odczuwaniu czyjejś śmierci, gdy jawi się ona jako przypadkowa i bezsensowna. To literacki dowód na to, że interesująca gra z formą może nie dać rady uratować słabej fabuły. Widać w tej powieści naprawdę dobry, lecz kompletnie niewykorzystany potencjał.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-23

„Kwestia winy” Bruce Holsinger

 

Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania: 17 czerwca 2026

Liczba stron: 416

Przekład: Paweł Cichawa

Okładka: zintegrowana

Cena detaliczna: 59 zł

Tytuł recenzji: Winni

Każdy z nas zna eksperyment myślowy związany z etyką i moralnością, który zwie się dylematem wagonika. Mamy wybór: albo przejedziemy pociągiem pięć osób na jednym torze, albo przestawimy zwrotnicę i wjedziemy na drugi tor, na którym znajduje się tylko jedna osoba. Zabijamy jednego człowieka zamiast pięciu. Jakiego wyboru dokonamy? Co lub kto ma o nim decydować? Jak kształtować się będzie poczucie winy, skoro podjęcie którejkolwiek decyzji sprowadza na kogoś śmierć? Bruce Holsinger w swoim enigmatycznym thrillerze będzie rozważał między innymi takie kwestie. Jednakże w tej książce, pełnej niejasności w prezentowaniu wzajemnych relacji bohaterów, problemów etycznych czy moralnych pojawi się znacznie więcej. Ale jest to przede wszystkim powieść opowiadająca o nieadekwatności kary do winy oraz o rozważaniu winy w kategoriach, które mogą zaskoczyć czytelnika. Nikt nie chce tu z siebie jej zmazywać, ale każdy inaczej definiuje swój stosunek do tego, że jest winny. Winny śmierci właśnie, jak hipotetyczny sprawca zdarzeń w dylemacie wagonika.

Jednak „Kwestia winy” to nie tylko sprawnie poprowadzona narracja obyczajowa o tym, w jaki sposób członkowie pewnej rodziny, która przeżyła wypadek samochodowy, na pięć różnych sposobów walczą ze stresem pourazowym. To książka o tym, jak na losy tej rodziny, ale i kształt świata wpływają technologie informatyczne; jaką zagadką, a jednocześnie zagrożeniem może być sztuczna inteligencja, i o tym, do którego momentu możemy nad nią panować jako jej stworzyciele. Ciekawa jest tu paralela SI z potomstwem, które powołujemy do życia, dajemy mu warunki do właściwego rozwoju, także etycznego i moralnego, oraz wyraźnie nakreślamy granice dobra i zła. Ale później dziecko musi samo w dorosłym życiu wykorzystać naszą wiedzę albo ją przekształcić w taki sposób, by żyło mu się wygodnie, zgodnie z jego priorytetami. Wszystko to w odniesieniu do stworzonej przez nas sztucznej inteligencji teoretycznie się zgadza, jednak niepokoi ta ostatnia część: danie czy to młodemu człowiekowi, czy wytworowi IT pełnej swobody podejmowanych w przyszłości działań…

W powieści pada wyraźna teza, że nowoczesne technologie mogą nas ochronić przed niemal wszystkim, ale nie będą za nas cierpieć i nie wpłyną na kształt życia, które z ich powodu może się całkowicie rozpaść. Tak dzieje się z pięcioosobową rodziną, która jedzie samochodem kontrolowanym przez zaawansowane technologicznie systemy i ma poczucie, że oprogramowanie pojazdu zapewni jej dotarcie bez szwanku do celu. Za kierownicą siedzi syn, świetnie zapowiadający się sportowiec. Złoty chłopiec, rodzice wiążą z nim ogromne nadzieje: wierzą, że uda mu się zrobić karierę w dyscyplinie, którą kocha. Ich oczko w głowie małżeństwa, mimo że są jeszcze dwie córki. Jazda do celu przebiega bez zakłóceń. Wierzący w niezawodność algorytmów dorośli oddają się swoim pracom zdalnym, fotel kierowcy zajmuje wspomniany chłopiec, a dwie młodsze dziewczynki beztrosko spędzają czas, nie spodziewając się dramatu, który wydarzy się za chwilę.

Wydaje się, że najciekawszą postacią jest Noah, głowa rodziny, narrator tej powieści: jego zaskakujące poglądy, przemyślenia i ich zmienność, a także to, w jaki sposób reaguje na każdy nowo odkrywany fakt bezpośrednio lub pośrednio związany z tym dramatem. Mężczyzna wie, że stoi na czele piątki ocalałych. Jemu w wypadku właściwie nic się nie stało i fizycznie nie ponosi żadnych konsekwencji, ale mnóstwo ich spada na jego umysł, moralność i umiejętność łączenia faktów, a także antycypacji. Noah obserwuje członków swojej rodziny, którzy – chcąc się wyciszyć po dramatycznym zdarzeniu – przenoszą się do domku w innym amerykańskim stanie. Morze, całkowity spokój, możliwość zapomnienia o tym, co się stało. Odruchowo zakłada się, że w aucie było pięcioro świadków zdarzenia, ale to nieprawda. Był szósty. Sztuczna inteligencja nadzorująca samochód. I to między innymi dzięki niej intryga prezentuje się znakomicie.

Bruce Holsinger świetnie oddaje rozterki głównego bohatera, ale równie ciekawie prezentuje zmieniające się relacje rodzinne, tworzące się i rozpadające sojusze, zbliżanie się do żony i dzieci oraz oddalanie od nich. Choć wydaje się, że to rozszarpywany przez dylematy moralne Noah skupi na sobie największą uwagę, szybko można zauważyć, iż to jego żona będzie najbardziej intrygująca. Nie tylko dlatego, że powieść przerywana jest jej wywodami na temat sztucznej inteligencji, którą w niektórych miejscach zestawia z postaciami mitycznymi, podkreślając tym samym uniwersalność i niezmienność pewnych zjawisk. Lorelei jest fascynująca – choć może nie dostrzegamy tego od samego początku, bo ten zawłaszcza jej mąż, ale potem to ona staje się punktem odniesienia wielu następujących później wydarzeń. Także jeśli chodzi o myślenie o tym, że ocalała piątka ludzi ma na sumieniu dwójkę martwych. I dużo, dużo więcej, gdy weźmie się pod uwagę, jak wyglądała sytuacja w samochodzie tuż przed wypadkiem. To nie miało się zdarzyć. Zaprogramowany system miał zadziałać perfekcyjnie. Jednak błędy się zdarzają. Również takie, za które płacimy w bardzo skomplikowany sposób.

Szersze rozważania nad możliwościami i zagrożeniami związanymi ze sztuczną inteligencją pozornie nie wychodzą tutaj poza to, co zdążyliśmy sobie przemyśleć od momentu, w którym produkty IT zdominowały współczesne życie. Jednak Kwestia winy” dołącza tu dużo więcej przemyśleń, często zaskakujących. Tez, które z jednej strony przerażają, z drugiej fascynują. Bo jesteśmy tylko ludźmi, twórcami algorytmów. A może jest jeszcze inaczej, bo – jak wspomniano w powieści – rodzina to algorytm”. Ten w świecie przedstawionym Holsingera rozpadł się i należy go naprawić. Tak, naprawić. Każda poszczególna relacja musi ulec doświadczeniu podobnemu katharsis. A wzajemne kontakty rodziców i dzieci są tu dodatkowo wplątane w kolejną historię z dramatycznym finałem, gdy członkowie rodziny przyjeżdżają do rozgrzanego (przede wszystkim symbolicznie) domu, w którym mają mieć okazję do naprawy swego rodzinnego błędu krytycznego.

Istotne są tu postacie drugoplanowe: dziewczynki pozornie niemające wpływu na tok akcji, ale jednak silnie z nią związane. Lekko poszkodowana Izzy dzielnie daje sobie radę z czasową niepełnosprawnością, lecz coraz trudniej jest jej w relacji ze starszym bratem, gdy przekonuje się, jaki jest naprawdę, jak zachowuje się po zdarzeniu, za które był odpowiedzialny. Ciekawsza jest Alice, wyalienowana i zdecydowana na rozmowy ze sztuczną inteligencją, w której widzi jedyną bliską jej istotę. Tyle że nie rozmawia z żadną istotą. Przerywniki w postaci krótkich wymian zdań Alice z jej technologicznie wykreowaną przyjaciółką dodają narracji kolorytu, zwłaszcza wtedy, gdy widzimy, jak ta relacja” się kończy. Ale Alice jako postać mało odsłonięta przed czytelnikiem jest jednocześnie bohaterką przykuwającą większą uwagę. W przeciwieństwie do rodziców, którzy wciąż rozważają kwestie winy, kary, istoty SI oraz wzajemnych relacji, milczenie Alice po tym, co się wydarzyło, jest bardzo wymowne. I jej dziecięca samotność. Bo rodzice w pewnym momencie orientują się, że oddalili się od swoich dzieci z powodu gnębiących ich problemów. Albo dylematów etyczno-moralnych, które wciąż tkwią z tyłu głowy i nie pozwalają temu małżeństwu być silnym i uzupełniającym się tandemem jak do tej pory. Czy małżonkowie zwalczą kryzys? Co ostatecznie stanie się z ich postrzeganiem tego, w co Lorelei wsiąkła w swym życiu zawodowym, a na co Noah patrzy z uważnym dystansem prawnika?

Nie będzie łatwo zasnąć po tej lekturze. Za to z łatwością będzie można sobie wypisać kilka pytań dotyczących sztucznej inteligencji, na które nie odpowiada książka, a które wcześniej czy później będą się domagać odpowiedzi. Kwestia winy” to także opowieść o tym, że sekret może ranić dużo bardziej niż kłamstwo, a lojalność rodzinna bywa remedium na wszelkie zło. Analizę zła, jakie pojawia się w tej książce, amerykański pisarz pozostawia w dużej mierze czytelnikom. W jaki sposób sztuczna inteligencja może pozostać dobra, nie kierując się ku złu? Kto ma ją tego nauczyć? I kto w tej książce jest prawdziwym wygranym, a kto zagubił się tak mocno, że z trudem może wrócić do wydarzeń z przeszłości?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-06-09

„Pod wodą” Tara K. Menon

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 20 maja 2026

Liczba stron: 236

Przekład: Aleksandra Weksej

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49

Tytuł recenzji: W żałobie

Wszyscy znamy fatalistyczne znaczenie czasownika „tonąć” w jego dosłownym rozumieniu. Nie wszyscy myślimy o tym, że można tonąć w smutku, w rozpaczy, w żałobie po bliskiej osobie, w przeświadczeniu jej bezgranicznego braku, zwłaszcza że gdy żyła, żyła obok, bez granic dosłownych ani emocjonalnych. „Pod wodą” to przejmujące studium zespołu stresu pourazowego, z którym nie sposób dać sobie radę w pojedynkę, ale także historia niezwykłej przyjaźni, której tłem jest natura otaczana szacunkiem i nadająca relacji dwóch dziewczynek dodatkową wartość. Czyta się to ze smutkiem, bo Tara K. Menon pisze o nieodwracalnym. Także o tym, jak bardzo boli smutek, który nie jest w stanie odejść. Jest to książka o traumie, melancholii i życiu na adrenalinie. Takim ostrym jak smak papryczki chili. Nieprzewidywalnym jak przyroda, która – choć traktowana z szacunkiem – niekiedy okazuje się śmiertelnym wrogiem. Nie ma tu jakichś specjalnie skomplikowanych rozwiązań fabularnych, powieść tworzy klasyczna dwutorowa narracja, jednakże Menon nie napisała typowej powieści obyczajowej.

Wstrząsający jest sam prolog, a te wizje potem powracają. Od początku zdajemy sobie sprawę, że wszystko, co zostanie opisane, to zdarzenia w cieniu śmierci, najbardziej bolesnego odejścia. Marissie pozornie wiedzie się dobrze. Ma stałą pracę w magazynie podróżniczym, gdzie jako mistrzyni przymiotników roztacza przed potencjalnymi klientami iluzję wspaniałości miejsc, w których chcieliby wypoczywać. Ale kobieta nie ma uporządkowanego życia. Wraz z mieszkańcami Nowego Jorku oczekuje na huragan, który uderzy w wielkie miasto z niezwykłą siłą. Marissa od ośmiu lat tkwi w samym centrum kataklizmu. Jest owładnięta myślami o destrukcji, ale ma także myśli autodestrukcyjnie. Wspomina czas sprzed ośmiu lat, kiedy żywioł zabrał jej to, co najcenniejsze. A może jednak przyjaciółka – w przeciwieństwie do Marissy – nie chciała walczyć o życie i poddała się żywiołowi świadomie?

Znamienna jest tu doznawana przez główną bohaterkę retrospekcja, kiedy kobieta wspomina, jak pilot zabrał ją do kabiny samolotu i zaprezentował, jak można przechylać pojazd w lewo i w prawo. Marissa nigdy nie stała w pionie. Jej życie roztrzaskało się o fale wspomnień o tsunami z 2004 roku i już nigdy nie odzyskało równowagi, do jakiej bez problemu pilot przywracał maszynę po pokazaniu dziewczynce możliwości technologii. Mamy tutaj do czynienia z kobietą, która – tak jak manty pokochane przez nią i przez przyjaciółkę – żyje w ciągłym ruchu, nie przystaje nawet na chwilę. Nie może się z nikim związać, ale często wybiera do kompulsywnego seksu mężczyzn. Tych, którzy z wahaniem albo współczuciem patrzą na jej dwie blizny. Zwłaszcza na tę dużą. Świadectwo tego, że przed laty Marissa podjęła jednak walkę z zawłaszczającą ją wodą i wygrała. Tylko co? Pustkę, nicość i traumatyczne wspomnienia?

Wbrew pozorom wspomnienia są tu malowane pastelowymi kolorami i kiedy przenosimy się do Tajlandii sprzed katastrofy, widzimy tworzącą się relację, którą uzupełnia sielankowy obraz fauny i flory, gdy dwie dziewczynki przyglądają się otaczającej je przyrodzie, a z niektórymi jej elementami wręcz się zaprzyjaźniają. Zbliża je ostrość chili, są czasami bezkompromisowe w swych działaniach, wciąż rozgrzane i gotowe do działania. Tajskie gorąco paradoksalnie przynosi im wytchnienie. Są różne, a stają się takie same, są jednością. Marissa przybywa do obcego kraju, w którym nie ma żadnych znajomych rówieśników. Arielle z nonszalancją przygarnia jej wyobcowanie i ciekawość, a nawet od razu dzieli się z nią swoją mamą; Marissa swoją straciła w wypadku samochodowym. Dziewczynki penetrują bliskie i dalsze okolice, zbliżając się na specyficznych zasadach, pokazanych symbolicznie przez Menon, która nie zamierza tworzyć łzawej narracji o zdobyciu i utraceniu wszystkiego.

Fascynująco opisywane są atmosfera zagrożenia i antycypacje z nią związane już w Nowym Jorku, gdy Marissa wie, co może się wydarzyć, podczas gdy przed laty nikt nic nie wiedział i nikt nie spodziewał się okrucieństwa, które przyszło nagle. Potem pozostało ono na zawsze w kobiecie, która przygląda się z ciekawością mnogości i różnorodności Nowojorczyków na ulicach, ale być może jest to tylko ciekawość podszyta zazdrością, że oni żyją i mają się dobrze, a ona pozostaje kompletnie sama – także ze swoimi wewnętrznymi dramatami, bo niczego nie sposób zapomnieć, gdy nosi się wielką bliznę, a świat wokół wydaje się tak zaskakująco inny i spokojny. Jakby nikt w nim nie kosztował papryczki chili. Jakby słodycz i beztroska ludzi była dla Marissy dodatkową formą cierpienia, doświadczania normalności, której już nie ma, która została pochłonięta przez wodę na innym kontynencie. A teraz pozostaje już symboliczny stan opisywany przez tytuł książki. Kobieta żyje jak na wstrzymanym oddechu. W końcu tego nauczyła się, nurkując i oglądając podwodne cuda natury. Tym razem ten oddech nie chce nadejść w pełni z innego powodu. A Marissa czeka na coś, co tym razem jest przewidywalne. Na katastrofę, do której można się przygotować. A śmierć przyjaciółki jest katastrofą, na którą nigdy nie jest się gotowym.

Tym bardziej że żałobę trzeba przeżyć samotnie i bez jakiegokolwiek wsparcia. Przyjaciółka to nie członek rodziny. To nie osoba, którą wolno jest długo opłakiwać. Tara K. Menon pokazuje, że życie bez bliskiej kiedyś osoby to kolejne tonięcie. Tonięcie w morzu niewidzialnych łez, bo na te prawdziwe Marissa jest zbyt dzielna, nie może sobie na nie pozwolić. Nie po tym, co przeszła. Nie z bagażem traumy, który paradoksalnie staje się jej mocną stroną, nie pozwala zapaść się w sobie. Ale kobieta nie odradza się jak fauna i flora, które kiedyś tak kochała. Zapadając się w sobie, pokazuje nam – a właściwie robi to w znakomity sposób autorka – jak dalece mogą sięgać ludzkie tęsknoty, jakim ciężarem może być smutek i jak niewyobrażalnie trudne jest… noszenie siebie w sobie po przeżyciach, które powinny zabić.

Tu powoli zabijają też melancholia i izolacja. Bohaterka książki próbuje wszystkiego, by senne koszmary przestały ją męczyć, a dalsze lata były wypełnione jakąś treścią, nie tylko pustką i marazmem. Jest jednak w tej książce więcej innych emocji i uczuć. Trochę punktowanych w krótkich scenach, trochę skrytych w metaforach, a trochę pojawiających się w czytanej przez Marissę literaturze. Najwięcej jest jednak burzy wspomnień. Tymczasem nad Nowy Jork nadciąga burza, na którą trzeba się przygotować. Przygotować na prawdziwą konfrontację z samą sobą?

Pod wodą” jest hołdem dla piękna natury i ostrzeżeniem przed jej nieprzewidywalnością. I tak też jest z człowiekiem: niebezpieczny dualizm czasami wzmacnia, czasem może zniszczyć. Wspominana Arielle to charyzmatyczna nastolatka, która uwielbia przełamywać bariery i burzyć schematy. Ona uczy Marissę swoistej niepokorności i dzięki niej życie wciąż ma ostry smak chili. Nawet teraz, kiedy tak wiele się skończyło i nic nie zapowiada, by coś konstruktywnego w życiu pełnym żałoby mogłoby zacząć się dziać. Pozostaje oczekiwanie na kolejny żywioł. Zajmowanie myśli, ale wybiórcze – tym, co wzmacnia smutek, nie oddala go od bohaterki. Nie ma w tej książce ekspiacji, bo nigdy nie było czegoś, co mogłoby do niej prowadzić. Po prostu stała się śmierć. Stała się pustka. Cała przyroda, tak różnorodna i fascynująca, w jednej chwili pokazała, że nie zna granic życia ani śmierci.

Jest to jednocześnie powieść o niezwykłości tego pierwszego. O świecie, którego nie dostrzegamy naprawdę, choć często nas porusza i zachwyca. O naturze, która sama w sobie nie odczuwa melancholii, wstydu, gniewu, smutku i rozpaczy. Ale to wszystko gnieździ się gdzieś w umyśle i ciele kobiety, która skazuje siebie na egzystencjalną banicję. Czy rzeczywiście do niej doprowadzi? Warto, by pisarka prowadziła nas ku odpowiedziom swoimi nieoczywistymi ścieżkami. Nieprzypadkowo ta książka znalazła zainteresowanie w tak wielu krajach na świecie. Nie jest jedynie kameralnym opisem dramatu i wspomnienia szczęścia. Jest tym, czego wszyscy szukamy w literaturze: barwną opowieścią, w której gama kolorów emocji współgra z paletą barw niezwykłej natury.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-05-15

„Mogłabym być jego córką” Jennette McCurdy

 

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 5 maja 2026

Liczba stron: 304

Przekład: M. Moltzan-Małkowska

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 54,90

Tytuł recenzji: W stronę własnych potrzeb

W moim odczuciu autorki tak zwanych bestsellerów są albo naprawdę znakomitymi pisarkami, albo kimś na kształt literackich performerek, bo sprzedają się dzięki kontrowersyjnej tematyce lub książkom, które usiłują być kontrowersyjne. Obawiam się, że popularność Jennette McCurdy oparta jest na tym drugim. Jej najnowsza książka zaproponowana polskim czytelnikom opiera się na tak bolesnych truizmach, że chwilami trudno czytać ją dalej pomijając już to, że narracja mknie, dokąd chce i jak chce, a językowo jest to słabiutka literatura środka. Głównym tematem jest potworny banał, wywołujący jednak u wielu odbiorców wypieki na twarzy, bo fundamentem opowieści o dojrzewaniu do samej siebie i o ostatecznym wyborze siebie w kostiumie, w którym czuje się dobrze (w przeciwieństwie do kompulsywnie kupowanych w Internecie ciuchów) jest romans uczennicy z nauczycielem. Ach, jakże frapujące już na samym wstępie!

Nieważne, które pierwsze siada drugiemu na kolanach. To znaczy dobrze, że nie on jej, bo byłoby już poważnie ze strony obyczajowej oraz moralnej. Jedno i drugie zwyczajnie niesmaczne. Tak czy owak wieje nudą, a cały obraz tego romansu jest płytką opowieścią o tym, że zbliżają nas trudne sprawy, a bardzo często za nasze życie odpowiadają ciało i jego potrzeby, a nie umysł z swoimi oczekiwaniami. Zatem siedemnastolatka marzy między innymi o tym, żeby wziąć do ust penisa swojego nauczyciela kreatywnego pisania. Niepozornego mężczyzny, od którego biją smutek i poczucie niespełnienia, a to przyciąga główną bohaterkę doskonale pamiętającą słowa matki, że trudno ją kochać, i nieświadomą tego, co to znaczy kochać naprawdę. Ale Waldo nie tego chce się dowiedzieć na początku.

Na początku jest scena seksu oralnego i truizmy o tym, jak można banalizować zbliżenia seksualne i jak jednocześnie szuka się nowych podniet i fantazjuje na ich temat. Bohaterka jest rozczarowana pełnym testosteronu rówieśnikiem, który dość konkretnie zajmuje się potrzebami jej ciała, jednakże to ciało protestuje – a za nim umysł. Ironicznie określone jest to wszystko jako „pot, dupczenie i genitalia”. Ot tak, żeby było kontrowersyjnie już na samym początku powieści. A potem jest konsekwentne uwodzenie kogoś, kto fizycznie ma dużo mniej do zaoferowania, ale Waldo nie myśli o niczym innym jak o tym, by zbliżyć się – przede wszystkim fizycznie – do dużo starszego od niej mężczyzny, dla którego gotowa jest do takich intelektualnych poświęceń jak pisanie ciekawych prac na zajęcia.

Tymczasem jej belfer – któremu wreszcie udaje się opuścić spodnie, a nastolatka przeżywa wówczas życiowy triumf – nie jest świadomy tego, co kryje się w jego komentarzu do pisania dziewczyny. Określa go mianem „silnego głosu”. I Jennette McCurdy robi wszystko, by udowodnić wieloznaczność tego stwierdzenia, co momentami czyni jej powieść ciekawą. „Mogłabym być jego córką” to obyczajówka z chwilami niezłymi twistami opowiadająca historię przemiany, ale i jednoczesnego żegnania w sobie tego wszystkiego, co uciążliwe, męczące, niepozwalające na samorozwój. Waldo to bohaterka dynamiczna, w bardzo szybkim tempie uczy się tego, co jest prawdziwym życiem. Ta „z baraków”, wyrosła z biedy i deficytów, przede wszystkim matczynej miłości, bo przecież jak można być dobrą matką, jeśli już w wieku szesnastu lat wydaje się na świat córkę? To dopiero początek wplecionego w rzekomo intrygującą opowieść dydaktyzmu, którego w tej powieści jest tak wiele, że da się prawie wszystko przewidzieć, a w związku z tym boli głównie czas odkrywania tego, co jest oczywistością już od początku.

Nie chce mi się rozwodzić nad tym, jak McCurdy prowadzi główny wątek romansowy, bo tutaj koncentrujemy się przede wszystkim na spełnionych albo niespełnionych oczekiwaniach ciał obojga kochanków, którzy po omacku jedno na drugim szukają mapy swoich prawdziwych potrzeb. Zatem Waldo dość szybko staje się dużo lepsza w połykaniu spermy swojego nauczyciela niż w aktywnym uczestnictwie w zajęciach kreatywnego pisania, a starszy (bo jej kochanek jest w sile wieku i wcale nie jest stary!) mężczyzna decydujący się na to, by zaryzykować i zbliżyć się do uczennicy, zaczyna zachowywać się jak nieokrzesany nastolatek, choć do pewnego momentu trzyma gardę i racjonalizuje: to, co robią, jest nie w porządku, tak nie może być i należy to jak najszybciej skończyć. Znowu dydaktyzm? Będzie tego dużo więcej. A mogło być naprawdę nieźle.

Mogłaby to być pogłębiona psychologicznie opowieść o dziewczynie uwięzionej w sobie i z dużą determinacją poszukującej tego, co da jej choć namiastkę wolności. Alaskańską nastolatką, która nie chce być ponura i oczywista jak jej stan (brawa za opisanie najpiękniejszych amerykańskich zakątków z perspektywy ponurego Anchorage tak, że nawet mnie przeszła ochota na odwiedzenie Alaski, o czym marzyłem), targają bardzo silne emocje. Waldo jest krnąbrna, buntownicza na wszystkie oczywiste i też mniej oczywiste sposoby. W opozycji do matki, która w kompulsywności przypomina trochę córkę. Młoda kupuje ciuchy i kosmetyki, bo jej ciało potrzebuje komfortu i wzmocnienia, matka równie kompulsywnie goni za kolejnymi mężczyznami, którzy wreszcie będą tymi pozwalającymi znaleźć bezpieczną przystań. Wiadomo, że się nimi nie staną. I to nie jest – jak to niektórzy pięknie piszą – spojler.

W książce mamy przede wszystkim bałagan tematyczny, znaczeniowy i stylistyczny oraz irytujące krótkie rozdziały mające w oczywisty sposób dodać dynamiki tej powieści. Jennette McCurdy nie wykazuje się żadnym literackim potencjałem, bo marnuje dość ciekawy temat. Przede wszystkim emocji ukrytych pod złością. „Złość to mój chleb powszedni” – tak mówi o sobie główna bohaterka. Ciekawe jest odkrywanie, co tak naprawdę ją irytuje, co doprowadza do gorzkich autorefleksji, ale przede wszystkim – co pcha ją w ramiona mężczyzny, który w rzeczy samej komuś takiemu jak Waldo nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

To też jedna z tych feminizujących opowieści, w których mężczyzna objaśnia, a kobieta lub dorastająca dziewczyna ma słuchać, wyciągać narzucone słuszne wnioski i zmieniać się na męskie podobieństwo. Waldo przez pewien czas staje się taką marionetką, która – nie ma co ukrywać – lubi seks i ceni sobie przyjemności własnego ciała, natomiast ciało jej kochanka szuka w zbliżeniach chyba czegoś zupełnie innego. I nie, nie porównujcie tej literackiej słabizny do „Lolity”, nie koncentrujcie uwagi na tym, jak autorka za wszelką cenę usiłuje przyciągnąć uwagę do detali. Jest w tej powieści kilka scen, które mogłyby prowadzić w ciekawą stronę, a także parę przemyśleń nadających się na fundament naprawdę przyzwoitej obyczajówki o wewnętrznym cierpieniu zespolonym z pożądaniem rozumianym tutaj jako symboliczny fragment tej wewnętrznej złości, wściekłości na siebie, swoje nieokreślone potrzeby, miejsce zamieszkania czy przyglądanie się, jak matka wciąż na nowo popełnia te same błędy.

Pozostaje także pytanie o miłość. Czy kochankowie potrafią pokochać w sobie to, co najcenniejsze, lub to, czego im brakuje? I czy w ogóle byłaby tu jakaś atrakcja czytelnicza, gdyby te dylematy rozgrywały się między kochankami w mniej więcej zbliżonym wieku? „Mogłabym być jego córką” przyciąga tytułem i okładką. Ale zasadniczo jest literacką wydmuszką. Z kilkoma – przyznaję! – naprawdę dobrze napisanymi rozdziałami.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ