Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kolumbijska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura kolumbijska. Pokaż wszystkie posty

2023-08-02

„Otchłanie” Pilar Quintana

 

Wydawca: Wydawnictwo Mova

Data wydania: 9 sierpnia 2023

Przekład: Iwona Michałowska-Gabrych

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Lęki dziecka

Otrzymujemy właśnie drugą przetłumaczoną na język polski powieść Pilar Quintany. Podobnie jak „Suka” jest krótka, bardzo intensywna w swojej wielowarstwowej symbolice i z pewnością to, co łączy te dwie książki, to motyw macierzyństwa oraz sugestywne opisy kolumbijskiej natury. O jednym i drugim zostanie tutaj opowiedziane jednak zupełnie inaczej niż w „Suce”, choć pewne elementy będą wspólne. Pewne jest to, że obie narracje kolumbijskiej pisarki wchodzą głęboko pod skórę dzięki nieoczywistości swojego przesłania. Bo o ile Quintana we wcześniej wydanej książce opowiadała o boleści niespełnionego macierzyństwa, tym razem opowie o tym, ile niespełnienia kryje się w nim samym. A wszystko portretowane ze znakomicie dobranej perspektywy. Dziewczynki, która widzi i słyszy bardzo wiele, ale z interpretacjami tego wszystkiego pozostaje całkiem sama. „Otchłanie” – z tytułem przywoływanym tutaj kilkukrotnie – to liryczna i jednocześnie brutalnie naturalistyczna powieść o ludzkiej samotności i pragnieniu zakończenia swojego życia. „Niektórzy ludzie chcą umrzeć” – stwierdza młodziutka bohaterka tej książki. Niektórzy tu umrą. Niektórzy pozostaną z tymi śmierciami, a ich dalsze życie zostanie naznaczone mrokiem oraz niepewnością. O życiu w cieniu umierania i o potrzebie rozstania się z życiem Quintana opowiada poetyckim językiem, choć tym razem bardzo się stara – choćby z racji przyjętej perspektywy narracyjnej – by upraszczać kwestie, które w tej powieści stają się swoistymi obsesjami.

Claudia żyje w cieniu matki, której istnienie samo w sobie jest cieniem. Surowa i zdystansowana kobieta stale jest zagadką – dla czytających i swojej córki, której mówi wprost: „(…) ty zrujnowałaś mi ciało”. Ale symboliczna ruina rozpisana jest tu na kilka historii. Między innymi w retrospekcjach pokazujących, jak mogłoby wyglądać życie kobiety, która teraz macierzyństwo traktuje jak balast. Czy obie bohaterki łączy tylko to samo imię? Ich związek jest niepokojący ze względu na różnego rodzaju deficyty i to, w jaki sposób córka czuje się niespełniona, a matka – rozczarowana sobą i swoim małżeństwem. Jednocześnie to więź niezwykle silna. Młodziutka Claudia z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej czujna, gdy widzi, że matka chciałaby odejść – w symbolicznym i rzeczywistym wymiarze. Do tego pojawiają się tu również mroczne uzupełnienia w postaci opowieści o kobietach, które z różnych powodów i w różnych okolicznościach pożegnały się z życiem. Zniknęły. Znika na naszych oczach najsilniejsza z więzi, przekształcając się w skomplikowaną zależność. Dziecko kocha matkę bezinteresownie i instynktownie. Matka jest gotowa przysporzyć dziecku cierpienia, bo sama nie jest w stanie znieść jego ogromu, który uderza w nią niczym morska fala o brzeg.

Tak, podobnie jak w „Suce” Quintana będzie opisywać swoiste przypływy i odpływy wielu bolesnych emocji. Cierpią tutaj w zasadzie wszyscy. Jakby każdy był nie na swoim miejscu, choć te miejsca wyznaczają na przykład społeczne konwenanse. Pilar Quintana rozpoczyna od sugestywnego opisu życia, które rozrasta się instynktownie, bo to życie natury. Pełen zieleni i jej ciągłego wzrastania dom staje się jednocześnie coraz bardziej surową przestrzenią opresji. I niewiele pomaga to, że bohaterowie opuszczają ten dom. Poza nim Claudia z rodzicami zaczyna czuć się jeszcze bardziej bezradna. I oswaja się z tym, co słyszy na temat śmierci. Na przykład z informacją, że niektórzy wcale nie czekają na to, kiedy przyjdzie, lecz z przerażającą śmiałością wychodzą jej naprzeciw wcześniej, niż zaplanuje to los.

Claudia obserwuje, analizuje, coraz bardziej się niepokoi. Quintana opowiada o dziewczynce, która żyje wśród „zgliszcz pewników”, coraz mniej rozumie i coraz mocniej czuje wielkie wyobcowanie, choć przecież mimo dystansu stwarzanego przez matkę jest bardzo blisko z ojcem. To właśnie wizerunek ich intymnego wspólnego czasu, obrazu ciotki w tunice czy podróży krętą górską drogą to jedne z ciekawszych fragmentów, bo Pilar Quintana operuje tutaj niebanalnymi opisami. Jednocześnie dynamizuje akcję tej krótkiej powieści dialogami wyrażającymi coraz więcej egzystencjalnej niepewności.

To historia tego, co zostaje zbyt szybko zabrane, zbyt intensywnie dane albo za późno wyjaśnione. Wszystko rozgrywa się w jakichś ponurych półcieniach, choć w portretowaniu kolumbijskiej natury dominuje przede wszystkim jasność, palące słońce. Ale krajobrazy współgrają z tym, jak wyglądają dusze bohaterów. Nie mamy do nich w zasadzie żadnego dostępu, bo narracja zdominowana jest przez to, jak odbiera rzeczywistość dziewczynka zmuszona do zmagania się z takim rodzajem samotności, w którym nie można rozczulać się nad sobą, gdyż trzeba bacznie obserwować bliskich, gdy między nimi zanika powoli jakakolwiek czułość.

Quintana opowiada w zasadzie o dwóch rodzinach, bo ważne retrospekcje uwiarygodniają portret psychologiczny kobiety, dla której z wielu powodów życie jest po prostu nie do zniesienia. Przejmujący jest wizerunek dziecka, które chciałoby żyć otoczone troską i zainteresowaniem, a wszystkie atawizmy związane z opieką oraz czułością przenosi na swą lalkę. To, co dzieje się z tą lalką później, również ma kolosalne znaczenie dla zrozumienia tej powieści. Pilar Quintana wprowadza nas w świat przeżyć dziecka, które usiłuje zrozumieć, co przeżywają dorośli, którym przygląda się bardzo uważnie. „Otchłanie” to także powieść, w której wciąż narasta niepokój. Jest coraz bardziej odczuwalny, gdy zaczyna być werbalizowany. Jednakże stale tkwimy w niepewności tego, w jakim kierunku rozwinie się ta historia. Kto i kiedy da się pokonać życiu, a kto przekona się, jak bardzo jest ono istotne, gdy żyje się dla kogoś, a czasem w jego imieniu.

To też bardzo poruszająca historia tego, w jaki sposób eskapizm przeradza się w obojętność wobec świata oraz najbliższych. O straumatyzowanej przez wiele czynników rodzinie, która z różnych powodów nie może dać szczęścia dziecku ani stać się relacją jakiekolwiek pewności, jakiegokolwiek przywiązania do siebie. To studium tego, w jaki sposób rozwija się niechęć do istnienia, zaprezentowane w dekoracjach świata natury, który bezwzględnie oraz konsekwentnie dąży do tego, by żyć i się rozwijać. Bo jest tu też mowa o żywiołach. Tych wziętych z natury i o żywiołach trawiących rozgoryczone rzeczywistością umysły. Do czego można się posunąć, będąc przekonanym o byciu w niewłaściwym miejscu i odgrywaniu niewłaściwej roli? Czego nie da się zmienić, gdy stupor uniemożliwia jakąkolwiek zmianę i każe coraz bardziej obojętnieć? Jak kochać matkę, która nigdy nie pokochała samej siebie ani też prawdopodobnie człowieka, który stał się jej mężem? „Otchłanie” to nie tylko powieść przesycona fatalizmem, który jest tu punktem wyjścia do szerszych rozważań o tym, dlaczego z taką konsekwencją potrafimy odpierać i kwestionować możliwości, jakie daje nam życie. To w dużej mierze opowieść o niebywale smutnym dzieciństwie i o dziecku gotowym na wszystko, by uratować od zagłady związek rodziców oraz walczyć o miłość swojej matki. Kameralna, lecz jednocześnie uniwersalna historia takiego sposobu doświadczania dzieciństwa oraz macierzyństwa, które pozostawiają po sobie bolesne ślady. Ale sugestie, jak są bolesne, to już chyba nie zamiar autorki. Quintana ponownie zaprasza do zagadkowego oraz mrocznego świata kolumbijskiego niepokoju emocjonalnego i moralnego. Bardzo poruszająca książka.

2022-09-28

„A gdy obejrzysz się za siebie” Juan Gabriel Vásquez

 

Wydawca: Echa

Data wydania: 28 września 2022

Liczba stron: 464

Przekład: Katarzyna Okrasko

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Rodzina i ideologia

Juan Gabriel Vásquez stworzył poruszającą i inteligentną opowieść o tym, jaką rolę literatura piękna ma przyjąć wobec biografii. Zadał pytanie o to, czy biografia jako taka ma być właśnie beletrystyką, czy też powinna pozostać biografią. Określił granicę między faktem a autorskim zmyśleniem, a następnie umiejętnie ją zatarł. Jest to powieść wynikająca z wielu zaangażowanych rozmów z charyzmatycznym twórcą, a jednocześnie akt twórczości powstały na bazie tych rozmów, w którym Vásquez udowadnia, że to, co powiedziane i wynotowane, może być fundamentem dla niejednoznacznej w swej wymowie narracji. Kolumbijski autor tak jak w „Kształcie ruin” – od których kompozycyjnie ta książka znacznie się różni, bo jest prostsza albo przynajmniej sprawia takie wrażenie – ponownie z powodzeniem jest w stanie balansować na granicy między teoriami stworzonymi na bazie faktów a faktami, które są tu różnie rozumiane, bo sama opowieść kieruje się swoimi prawami. Granice między prawdą a zmyśleniem Vásquez nie tyle wyznacza po swojemu, ile wciąż podaje w wątpliwość. Powstaje z tego bardzo enigmatyczna książka. Jednocześnie jedna z lepszych powieści o rodzinie, jaką kiedykolwiek czytałem, bo nic w portretowaniu więzi rodzinnych nie jest tutaj oczywiste. Każdy problem jest złożony i każda postać wywoła ambiwalentne odczucia. Najważniejsza jest relacja łącząca ojca z synem sportretowana w dwóch pokoleniach: mamy tu dwie pozornie różne konfrontacje, jednakże „A gdy obejrzysz się za siebie” to powieść sugerująca, jak wiele z postrzegania najbliższych zabieramy ze sobą w kolejne pokolenie. Jak wiele tego samego wciąż w nas pozostaje, choć chcemy być innym, lepszym ojcem.

Na początku wydaje się, że kompozycyjnie Juan Gabriel Vásquez wykona jakąś nieprzewidywalną woltę. Że ta powieść wcale nie będzie się opierać na retrospekcjach i barwnym opowiadaniu dziejów ludzi, którym los kazał żyć, funkcjonować i dojrzewać do rewolucyjnej tożsamości na różnych kontynentach i z różnymi definicjami tego, czym jest komunizm i jego utylitarność, czym jest proletariackość, co określa bunt wobec opresji systemu. Nie dzieje się nic niezwykłego, a jednak cała ta spójna opowieść staje się niezwykła. Zwłaszcza gdy widzimy, że to historia tego, jak prywatne relacje i intymne doświadczenia w nich wciąż na nowo stają się jakąś sprawą publiczną. Ludzie portretowani przez Vásqueza wciąż są przekonani, że jako członkowie rodziny muszą stawać wobec spraw ważnych i bezwzględnych. Muszą określać swe relacje rodzinne poprzez działania: społeczne, ale przede wszystkim polityczne. Oni rewolucję mają w sobie i przeprowadzają ją wszędzie. Dołączają do niej w każdym zapalnym punkcie, w którym swoją obecnością można zaznaczyć, że chce się zmienić świat. Jednak najmocniej zmienia się siła ich więzi. Ta rodzina doświadcza emigracji w najbardziej bolesny sposób, a uciekanie przed opresją i przed ryzykiem śmierci to dopiero początek. Tu istotne jest to, w jaki sposób rodzice ideologizują swoje dzieci i jak samotne te dzieci mogą być, kiedy zmuszone są podejmować najtrudniejsze decyzje. Czasem takie, które nigdy nie powinny być podejmowane, bo zmieniają kształt życia na zawsze.

Sergio Cabrera, kolumbijski artysta, aktor, reżyser. Z dala od Kolumbii przygotowuje się do tego, aby opowiadać publicznie o swoich filmach i przekonywać, że estetyka oraz ideologia filmu to projekcja przekonań nabytych pod wpływem różnego rodzaju konfrontacji. Już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że Sergio musi zmierzyć się z odejściem ojca. Tego ojca, który gotów był wędrować po całym świecie w poszukiwaniu i realizowaniu słusznych według niego idei, a umiera nagle i w tej śmierci nie ma ani charyzmatycznej buntowniczości, ani świadectwa tego, że oto odchodzi człowiek, dla którego całe życie było historią ideologicznej kontestacji. Nieprzypadkowo Sergio decyduje się na to, by nie uczestniczyć w pogrzebie ojca. Wybiera życie: plan swoich publicznych wystąpień w Hiszpanii i czas dla własnego syna, który u progu dorosłości domagać się będzie tego, czego Sergio być może nie zaznał od swojego ojca. Skomplikowane relacje z przeszłości można określić jednoznacznie: ciągłe konfrontacje. Fausto był ojcem wymagającym, często kostycznym, nieznoszącym sprzeciwu. Ojcem, który oczekiwał, że syn podda się jego wpływom bezgranicznie. Ojcem modelującym jego życie, narzucającym mu światopogląd, ingerującym w tożsamość, przekonanym, że ta najbardziej intymna relacja zawsze będzie się wiązała z tym, co publiczne, nieustanną walką. „A gdy obejrzysz się za siebie” to znakomita opowieść o tym, co się dzieje, kiedy ojcostwo stanie się sprawą ideologiczną, i jakie dramaty mogą kryć się w wychowywaniu dzieci, które mają wybierać jedyną słuszną drogę. Sergio wybiera wolność. A jego syn pyta o doświadczenia, które uczyniły ojca wolnym.

Kiedy ojciec z sentymentem sięga po Barthesa, osiemnastoletni syn chętnie czyta Palahniuka. Juan Gabriel Vásquez na kilka sposobów pokaże, jak wygląda różnica pokoleniowa między człowiekiem, którego świadomość ukształtowały rodzinne wolnościowe historie, a młodym mężczyzną, dla którego świat jest już pewną uporządkowaną całością, w której kontestacja ma zupełnie inny charakter. Do rozmów ojca z synem dochodzi w Barcelonie mającej tutaj znaczenie symboliczne. Miasto pojednania i zrozumienia tego, co tak trudno było zrozumieć w przeszłości. Miasto, z którego syn Sergia nie musi uciekać, a które chciałby ujrzeć oczyma ojca rozumiejącego, że ważna jest przekazywana przez lata pamięć opresji. Rodzinna emigracja, perypetie nękanej konfliktami Kolumbii czy dorastającego do swojej rewolucji świata Chin epoki Mao Zedonga jest jednocześnie wspomnieniem o tym, w jaki sposób historia i polityka kształtują więzi rodzinne. Coś, co w zasadzie nadal ma miejsce, choć Sergio chce porządkować wspomnienia przede wszystkim z powodu tego, co w nich najbardziej okrutne.

Bo jest to opowieść o okrucieństwie idącym w parze z każdą ludzką potrzebą rewolty i imperatywem wspólnego kształtowania zmian. Dziadek Sergia już jako sześciolatek przekonuje się, że za walkę o sprawiedliwość trafia się do więzienia. A potem dzieje rodziny cały czas będą powiązane z definiowaniem pojęcia sprawiedliwości i walką z opresyjnym systemem, w którym przykładami zniewolenia są zakneblowanie ust, blokowanie umysłu, odbieranie wolności przekonania w najbardziej przejmujący sposób. Tylko czy ta historia rodzinna jest opowieścią o tym, że przekonania naprawdę były wolne? Trochę tutaj mitu o byciu społecznie spełnionym i potrzebnym, trochę gorzkiej demitologizacji wszelkich kontestatorskich działań. Czy rodzina Fausta Cabrery poświęciła to, co powinna poświęcić dla idei? Czy społecznikostwo, o którym tutaj mowa, i wieczne rzucanie się w wir ideologicznego sporu ze światem wzmocniło, czy osłabiło więzi między ludźmi, którzy – jak opisuje autor – mimo wszystko się boleśnie zatomizowali. 

W tym wszystkim obraz Kolumbii z jednej strony bliskiej, z drugiej – niesamowicie odległej, także w sensie geograficznym. Wspomnienie choćby obecności człowieka, na którego legendzie autor stworzył swój „Kształt ruin”. Jorge Eliécer Gaitán pojawia się tu w epizodzie, ale znacząco oddziałuje na człowieka wyznaczającego sobie potem swoją drogę ideologiczną i twórczą. A później opowiedziane jest wszystko to, co kształtuje wizerunek Kolumbii – państwa wiecznej przemocy oraz wiecznie nierozwiązalnych konfliktów, w którym wolność to czasem również przemoc. „Dla tego kraju nie ma już ratunku” – pisze w złości i goryczy Sergio po tym, gdy po raz kolejny istotne porozumienia pokojowe stają się w gruncie rzeczy iluzją. Jak bardzo dynamiczna jest Kolumbia zmagająca się z kolejnymi konfliktami wewnętrznymi, tak bardzo zdynamizowane są tu relacje rodzinne, w których najboleśniej ujawnia się chyba dziecięce i młodzieńcze osamotnienie – Sergia i jego siostry. A imię syna Sergia to imię jego partyzanckiej tożsamości. Czy w kolejnym pokoleniu przyjdzie czas, by zbliżyć się do siebie, a nie do ideologii kształtującej każdą relację?

To fascynująca historia rodziny w wiecznej podróży – pośród systemów politycznych, wyzwań społecznych, pośród prywatnej niesprawiedliwości i idei walki z niesprawiedliwością tak w ogóle. To również opowieść o tym, jak mocno kształtują nas doświadczenia przemian i jak bardzo można tęsknić za tym, co oczywiste: bezpiecznym domem, bezpiecznym państwem, bezpieczną i oswojoną przestrzenią akceptacji samego siebie.

2022-09-02

„Rana pełna ryb” Lorena Salazar Masso

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 7 września 2022

Liczba stron: 192

Przekład: Katarzyna Sosnowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Podróż ku rozpaczy

Myślę, że powieść Loreny Salazar Masso powinno się czytać razem z „Suką” Pilar Quintany nie tylko dlatego, że ta druga autorka poleca „Ranę pełną ryb” na okładce. Podobieństw między tymi dwiema prozaiczkami jest bardzo dużo: obie są Kolumbijkami, stworzyły niesamowicie skondensowane i jednocześnie przepełnione niedopisanymi na ich kartkach znaczeniami opowieści o definiowaniu macierzyństwa, które rozgrywają się w świecie błota, deszczu i wilgoci. O ile Quintana fantazjowała bardziej na temat tego, jak ma się przywiązanie matki do dawania wolności swojemu dziecku, o tyle Masso opowiada nieco inną historię – pełną skrywanej zaborczości, ale jednocześnie głęboką w swym wymiarze humanistycznym opowieść o matce, która też gotowa jest dać wolność, jednakże sama w związku z tym skazuje się na egzystencjalną banicję. Jakkolwiek inaczej kolumbijskie twórczynie prowadzą nas przez skomplikowany świat wewnętrzny swoich bohaterek, jednym głosem i bardzo sugestywnie opowiadają kobiece wyobcowanie. A wszystko w urzekających oraz zawłaszczających zmysły okolicznościach przyrody. Pięknej i jednocześnie groźnej. I w „Suce”, i w „Ranie pełnej ryb” kojąca harmonia natury skrywa w sobie jakąś niejednoznaczną grozę. W obu tych powieściach czujnie wypatrujemy pęknięcia, rozpadu, jakiegoś kreowanego tu w szczegółach dramatu, który musi nadejść. Lorena Salazar Masso bardzo mocno zainspirowana faktami prowadzi nas przez taki rodzaj przestrzeni, w której tworzą się dwa enigmatyczne labirynty. Ten wyznaczany przez nurt rzeki będącej jednocześnie zbawieniem i przekleństwem i ten dyskretnie zaznaczany, który tkwi w świadomości nieodsłoniętej tu do końca bohaterki.

Masakra w Bojayá. O niej nie przeczytamy w polskiej Wikipedii. To być może mało znaczące zdarzenie dla całego świata. Ale jesteśmy w Kolumbii. I tu ta historia wciąż rezonuje, bo w mniejszym czy większym nasileniu dochodzi do powtórek, w których zło powraca, a ludzie są wobec niego bezbronni. Jednak „Rana pełna ryb” nie ma w sobie ambicji paradokumentalnych. Wręcz przeciwnie – w niektórych fragmentach ucieka w wysublimowaną poetyckość, co jest zadaniem dosyć trudnym, skoro Lorena Salazar Masso stara się opowiedzieć bardzo konkretną i niezwykle bolesną historię. Ale na początku nic nie jest oczywiste. Mamy do czynienia z powieścią drogi, która rozpada się na kilka literackich fantazji – na tę oczywistą i czytelną dotyczącą tego, czym jest macierzyństwo, lecz również na inne, sugerujące niezapisane tu historie ludzi tworzących tło głównej opowieści. Podróżująca z synem kobieta boi się stracić go choć na chwilę z oczu. Kiedy znika on na bardzo krótko, wpada w panikę. Chłopak podróżujący z nią jest „pchełką uczepioną jej sukienki”, dzieckiem wyjątkowej wrażliwości, które w posępnej kurze widzi ptaszynę, a owocom nadaje nieistniejące imiona. To dziecko zbudowało tożsamość matki. Jej misją jest dowiezienie chłopca (konsekwentnie nazywanego chłopakiem) do miejsca, w którym wydarzy się coś, co być może zmieni bohaterkę na zawsze. Boimy się tej podróży razem z nią. Każdy jej kolejny etap naznaczony jest gęstniejącą atmosferą grozy. Nie wiemy, ku czemu zmierzamy i jak bardzo cel zmieni podróżników. Być może tego, co nadejdzie, spodziewa się tylko skoncentrowana na swym synu matka. Ale i ona nie może przewidzieć wszystkiego.

Para podróżników wzbudza emocje i zainteresowanie. Ona jest biała, on czarny. Piekielny kontrast kolorów skóry, za którym stoją rozmaite konflikty, a także przemoc. Bo to w dużej mierze powieść o przemocy napisana dość sennym i usypiającym czytelniczą czujność językiem, który przypomina ospałość rzeki Atrato. To ona jest tu wybawieniem i przekleństwem. Wokół niej koncentruje się życie, w którym pojawiają się deficyty, a przede wszystkim niepewność jutra. Z taką silną dozą niepewności matka zabiera swojego syna w podróż. Ona musi się odbyć, ma bardzo duże znaczenie, jest prawdopodobnie początkiem jakiegoś nowego etapu życia. Tymczasem obserwujemy, jak silne jest przywiązanie do siebie tej dwójki i jak skutecznie udało im się zbudować emocjonalny i mentalny świat, w którym razem czują się bezpiecznie.

Tymczasem bezpiecznie nie jest. Podróżnicy zatrzymują się w wiosce trawionej pożarem. Jedna z uczestniczek wyprawy zaczyna krwawić, a jej nienarodzone dziecko jest zagrożone. Na obu brzegach rzeki czai się jakieś niesprecyzowane niebezpieczeństwo, bo choć podróż jest senna i ma swoistą harmonię, wciąż zbliżamy się do czegoś nieokreślonego, ale bardzo niepokojącego. Lorena Salazar Masso znakomicie buduje nastrój grozy, lecz najskuteczniej wzbudza ciekawość, gdy podróż przestaje być tym, czym mogłaby się na początku wydawać. W funkcji retardacyjnej mamy tutaj retrospekcje, odsłony scen z przeszłości życia głównej bohaterki, które ukształtowały ją taką, jaka jest obecnie. Ale dają też kilka odpowiedzi na pytanie stawiane przez współtowarzyszkę podróży: „Lubi pani być białą?”. Można odczuwać pewien niedosyt, że te odsłony sięgające dzieciństwa są tak skondensowane. Gdyby je rozbudować, powieść z pewnością zyskałaby na wartości. A może właśnie nie? Może ta opowieść wcale nie jest tym, czym się wydaje, czyli przemyślanym, ale zaledwie szkicem literackim? Warto zastanowić się nad tym, jakie znaczenie odgrywają tutaj niedopowiedzenia i jak istotna jest liczba stron tej książki. Myślę, że nic nie jest w tej fabule pozostawione przypadkowi. Choć na przypadek w pewnym znaczeniu zdaje się tu bohaterka.

„Rana pełna ryb” to poruszająca fantazja o tym, co się dzieje, kiedy macierzyństwo staje się „raną i blizną”. Dlaczego tak się dzieje i co kryje się pod tymi dwoma słowami. Jest to z jednej strony powieść o absolutnym poświęceniu się w imię dobra dziecka. Z drugiej jednak – skomplikowana historia doświadczania macierzyństwa niepełnego albo takiego, w którym wciąż na nowo trzeba podświadomie walczyć z przekonaniem, że to, co najpiękniejsze, czyli wychowywanie dziecka, może być tylko na chwilę. W to wszystko wplecione opowieści o tym, co ukształtowało drżącą przed przyszłością matkę, historie o stygmatach koloru ludzkiej skóry, a także o biedzie, prowincjonalnym ufaniu tylko w lepsze jutro i o tym, że nurt rzeki może zdecydować za człowieka – określić, czy jego życie będzie mieć sens oraz cel. Nade wszystko jest to jednak wstrząsająca historia o niegotowości na przemoc. W zasadzie obecną od początku albo przynajmniej sugestywnie zapowiadaną, ale i tak uderzającą z potworną siłą. W świecie, w którym matka prowadzi dokądś swojego chłopaka, wydarzyć się może dużo więcej niż to, co proponują nam poetyckie metafory. Bo Lorena Salazar Masso będzie tu też naturalistyczna i bezkompromisowa w opowiadaniu prozy życia. Tego życia, które musi się mierzyć z różnymi przejawami śmierci. Tu śmierć właśnie stanie się kolejną bohaterką.

Wizyjność i praca różnymi symbolicznymi scenami to cechy wyróżniające tę książkę. Mocno rezonującą w czytelniczej świadomości opowieści także o tym, czym jest przynależność. O tym, co jest naszym wyborem, a co wybiera za nas. Ciekawe jest też obserwowanie tego, jak bieżące wydarzenia łączą się w pamięci głównej bohaterki z tym, co przeżyła. Mroczna, ale i piękna w swych półcieniach książka.

2022-01-28

„Suka” Pilar Quintana

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 9 lutego 2022

Liczba stron: 120

Przekład: I. Michałowska-Gabrych

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Fale

Tytuł tej minimalistycznej powieści oddziałuje na wyobraźnię na dwa sposoby – w znaczeniu dosłownym i przenośnym. Myślę, że w tym drugim bardziej przyciąga do książki. Prozy intensywnej jak portretowany tu kolumbijski deszcz. Bardzo kameralnej i niesamowicie dusznej. To dzięki znakomitemu połączeniu wymiaru egzystencjalnego „Suki” z niezwykłym prezentowaniem świata natury. Pilar Quintana opowie o świecie kontrastów. Rzeczywistości podzielonej: na tę suchą i oblepioną deszczem, na ludzi o białym i ciemnym kolorze skóry, na wspomnienia i bolesną teraźniejszość, na kształt myślenia o sobie w kategorii społecznej i o tym, kim się w społeczeństwie jest, nie realizując jednej z zasadniczych funkcji – bycia matką. Wszystko rozgrywa się w świecie, w którym nic nie jest zaskoczeniem, a powtarza się bardzo wiele. To okolice nadmorskiego miasteczka, do którego świat zewnętrzny w postaci turystów zagląda na chwilę. Wkraczamy w rzeczywistość pełną błota, deszczu i wilgoci. Poznajemy ludzi skupionych na najprostszych czynnościach, bo ich życie polega tylko na przetrwaniu kolejnych dni. Pośród nich kobieta, która mówi o sobie: „zakała swojej płci”. Stygmatyzowana przez otoczenie, ale przede wszystkim przez samą siebie. Samotna i skoncentrowana na tym, czego nie ma. W prozie Quintany zasadniczą rolę odegrają właśnie brak rozumiany na kilka sposobów oraz kompulsywne próby rekompensowania tego braku.

Damaris żyje w przewidywalnym rytmie narzuconym przez naturę. Mieszka z mężem z dala od ludzkich siedlisk. To przypływ i odpływ warunkują to, czy do jej skromnego domku można dostać się z łatwością, czy z dużym trudem. Sportretowane już na samym początku dwa oblicza plaży związane z przypływem i odpływem będą właśnie symbolicznym pejzażem emocjonalnym bohaterki „Suki”. Oblewają ją fale – emocjonalne, wspomnieniowe, połączone ze zmianami nastroju. Damaris koncentruje się na tym, by jej otoczenie było czyste, wysprzątane. Obsesyjne usuwanie zanieczyszczeń z pomieszczeń, w których przebywa i mieszka, idzie w parze z czymś przeciwnym – gromadzeniem się szlamu oraz brudu zarówno mrocznych wspomnień, jak i tego, że jej konstrukcja psychiczna unosi ich ciężar pod wpływem pewnego zwierzęcia. Ale oczywiście nie jest to powieść o tym, jak samotna czarna Kolumbijka przygarnia i obdarza miłością niechcianego szczeniaka płci żeńskiej.

Obecność suczki w życiu Damaris ma jednak kolosalne znaczenie. W świecie, w którym psy służą do ochrony i obrony, nikt specjalnie nie zastanawia się nad ich losem, nikt też nie widzi w nich życiowych towarzyszy. Psy żyją swoim życiem, być może bardziej wolne niż ludzie. Tymczasem Damaris przelewa na ocaloną sukę skrywane uczucia. Te, które winna byłaby swojemu dziecku, gdyby je miała. Ale bohaterka Quintany nie dostała od losu tego, czego by oczekiwała. Czego oczekiwałaby także społeczność, w której funkcjonuje. Jaka jest wartość kobiety, skoro do pewnego momentu nie została matką i prawdopodobnie już nią nigdy nie zostanie? W działaniach postaci jest widoczne silne zaangażowanie emocjonalne, które z czasem przerodzi się w coś, nad czym Damaris nie będzie w stanie zapanować. Podjęcie się opieki nad suczką będzie początkiem bolesnej konfrontacji z samą sobą. Zmusi kobietę do przedefiniowania oczywistych do tej pory pojęć. Kolumbijska pisarka snuć będzie mroczną fantazję o istocie macierzyństwa. O tym, czy jest w nim zawsze miejsce na bezwarunkowe przywiązanie. O tym, że macierzyństwo staje się odpowiedzialnością za wolność, a nie toksycznym zniewoleniem.

A wszystko rozgrywa się w niesamowicie ukazanych dekoracjach przyrody. Wspomniany świat natury współgra tutaj z emocjami głównej bohaterki, lecz w dużym stopniu uzupełnia też to, czego możemy się na jej temat domyślać. Natura w „Suce” jest bezkompromisowa oraz groźna. Kaleczy, kąsa, osacza, dusi. Intensywne zjawiska atmosferyczne – jak choćby burza – tworzą pewien klaustrofobiczny klimat. Nie można się uwolnić od natury, która wyznaczyła tu człowiekowi pewne miejsce. Natury nieustannie zaznaczającej swoje panowanie. To ona również definiuje psa, który nie postępuje tak, jak chciałaby jego właścicielka. Konfrontacja rozpoczyna się symbolicznie od liny zaciskanej na szyi zwierzęcia. Potem nadmorska przyroda będzie coraz bardziej groźna, a relacje Damaris ze światem staną się czymś w rodzaju piekielnej burzy. Jednak i tak najciekawsze i najbardziej mroczne będzie tu enigmatyczne zakończenie.

„Suka” obrazuje świat, który dawno temu porzucili biali ludzie. Ci, którzy pozostali, z różnych powodów mają bardzo ciężko. Nadmorski kurort staje się na co dzień areną zdarzeń powtarzalnych i oczywistych. Skoncentrowanych na przetrwaniu, o które walczy również świat przyrody. Quintana posłuży się kontrastem, obrazując zarówno stany emocjonalne swojej bohaterki, jak i codzienność, w której musi ona walczyć o to, by zachować jakiś sens i cel egzystencji. Obok siebie znajdują się groźne przestrzenie – morze jest bardziej bezkompromisowe, bo pochłania i oddaje później śmierć, selwa wydaje się litościwa, można się w niej zagubić, ale można również znaleźć drogę powrotną. Między nimi – przeżywająca coraz większe rozterki emocjonalne Damaris. Kobieta, która na przestrzeni tych niewielu stron powieści przejdzie metamorfozę, jakiej skutków nie możemy przewidzieć. Ale i tak od początku do końca autorka trzyma nas tu w ogromnym napięciu. Można odnieść wrażenie, że zapowiada jakąś katastrofę, która nie chce nadejść. Jednak we wspomnieniach Damaris świadectwa końca pojawiają się nad wyraz czytelnie. Trudno jest przewidzieć, w którą stronę podąży fantazja literacka Quintany, a przecież to proza krótka i oszczędna w treści. Pozostawiająca czytelników w jakimś mrocznym niedopowiedzeniu.

To historia, w której zaborczość zderza się z niezależnością, co buduje kolejny kontrast. Można odnieść wrażenie, że cały świat przedstawiony oparty jest na jakichś stanowczych dychotomiach, nie ma tu niczego pośredniego. Może być miłość, ale obok niej nienawiść. Przywiązanie oraz odrzucenie. Szczęście i cierpienie. Pilar Quintana nie próbuje w żaden sposób zniwelować napięć wykreowanych w tej przejmującej historii. I to jest największą siłą tej prozy: celowe działania wprowadzające w jakiś chaos rozpoznania. Ale poza tym to też bardzo czytelna opowieść o tym, czym jest wewnętrzna wolność, i fantazja o niemożności oddania wolności tym, do których się obsesyjnie przywiązujemy. Wszystko w rzeczywistości, w której natura albo zatrzymuje czas, albo też go intensyfikuje. Kilkugodzinne spotkanie z „Suką” pozostawi nas jakby oblepionych szlamem czy deszczem, których nie da się zetrzeć ze skóry. Wtedy będziemy się chcieli uwolnić od bezkompromisowości tego, co zaprezentowała nam autorka. Sugestywna proza o tym, kim jesteśmy w obliczu silnych emocji – docierających do nas niczym morski przypływ.

2020-11-24

„Kształt ruin” Juan Gabriel Vásquez

 

Wydawca: Echa

Data wydania: 25 listopada 2020

Liczba stron: 560

Przekład: Katarzyna Okrasko

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Oblicza Historii

Jak odmienna może być melancholia kolumbijskich pisarzy, pokazuje zestawienie kameralnej narracji Tomása Gonzáleza „Trudne światło” – jednej z ważniejszych książek, jakie przeczytałem przed dwoma laty – z monumentalnym „Kształtem ruin”, którą to rzecz można odczytywać na kilku poziomach interpretacji. Traktowana jako powieść polityczna jest niesamowicie zwodnicza i pełna charakterystycznej ironii. Bliżej mi jednak do czytania Juana Gabriela Vásqueza jako mrocznego egzystencjalisty opowiadającego o związkach historii i kłamstwa trochę w duchu Josepha Conrada, w którego twórczości zresztą osiadł bardzo głęboko. Można również tę książkę czytać jak dosyć ciekawą opowieść szpiegowską. Dynamika zdarzeń odsłaniających mroczne tajemnice z przeszłości Kolumbii świetnie tutaj łączy się na zasadzie kontrastu z refleksjami o naturze człowieka, którego umysł musi konfrontować się z różnymi historiami. Te, które staną się wiarygodne, to w dużej mierze te wygrywające wyścig o sugestywność i plastyczność. Dlatego „Kształt ruin” umiejętnie balansuje między teoriami tworzonymi na bazie faktów a faktami, których kwestionowaniem zajmą się różne opowieści. Vásquez przyjrzy się temu, jaka jest anatomia takich opowieści. W jaki sposób powstają, czemu służą i przede wszystkim – jaki jest ich wymiar egzystencjalny. To także ambitna narracja o tym, że moralnym obowiązkiem każdego obywatela jest zrozumienie przeszłości swojego kraju. Jakkolwiek odbierana – będzie czytelniczym wyzwaniem. Zwłaszcza że jest również inteligentną autotematyczną grą z tym, czym staje się pisanie powieści dla samego autora.

Vásquez lubi tajemnice i zagadki. Dał tego dowód w innych powieściach, które miał okazję poznać polski czytelnik. Tu enigmatyczność będzie budowała zarówno warstwę fabularną – stosunkowo wątłą jak na powieść takich rozmiarów – jak i szereg znaczeń symbolicznych. W tajemniczości zanurzone będą nie tylko wizerunki bohaterów, ale również to, w jaki sposób myślą o sobie, jak analizują historycznie ważny czas przeszły, i w końcu to, przez pryzmat jakich doświadczeń rozumieją dramatyczną historię Kolumbii. Państwa przez dekady nękanego przez przemoc, chaos, ale także ukrywanie prawdy. „Kształt ruin” będzie powieścią o demaskacji kłamstwa, a także o tym, że jest ono często składową tego, w jaki sposób myślimy o sobie i tym, co kształtowało losy naszego państwa. Nic u Vásqueza nie będzie tym, czym może się wydawać, i to stanowi największy atut tej książki. Jej fantazjowanie o tym, czy kłamstwo może nas czynić atrakcyjnym. O tym, dlaczego i jak często mu ulegamy. Dlaczego kłamcę jesteśmy w stanie nazwać orędownikiem prawdy. W jaki sposób fałsz przekonań i działań zgubnie wpływa na rozumienie przeszłości własnego kraju.

Carlos Carballo i Francisco Benavides to dwaj charyzmatyczni mężczyźni, których los stawia na drodze autora powieści i w wyjątkowo skomplikowany sposób łączy z tragiczną postacią – to zamordowany w 1948 roku Jorge Eliécer Gaitán. Jego śmierć była dla Kolumbii dramatycznym końcem i równie dramatycznym początkiem wielu przerażających zmian społecznych. W tej powieści Gaitán symbolizuje przede wszystkim bezkompromisowość sprzeciwu wobec elit władzy. Ale jest to też postać, z którą powiążą się dość mroczne fetysze. Dzień jego śmierci stanie się zapisaną w pamięci traumą, od jakiej nie sposób się uwolnić. A narrator tej książki podąży śladami obsesji swoich nowych przyjaciół, by odkryć przede wszystkim to, co w nim samym wywołuje niepokój moralny oraz egzystencjalny.

Kolumbia jawi się jako kraj, do którego zbrodnia przychodzi wciąż na nowo i wciąż pod tą samą postacią. Bohaterowie zadają pytania o to, jak wyjaśniona i zinterpretowana zostaje zbrodnia oddziałująca na cały naród. Kim stają się wówczas oprawcy, a kim ofiary. Juan Gabriel Vásquez błyskotliwie poprowadzi nas przez świat, w którym konfabulacje, fakty i ich rozumienie oraz ludzka wyobraźnia spragniona tego, by pojąć i poczuć sprawiedliwość, stworzą niezwykły świat przedstawiony – miejsce, gdzie zderzy się mroczna Historia z jeszcze bardziej mrocznymi jej interpretacjami. Bo przecież aby tę Historię napisać i zapisać w powszechnej świadomości, walczą o uwagę rozmaite teorie i tłumaczenia. „Kształt ruin” sugeruje, że to, co uważamy za oczywistości historyczne, może być pokłosiem konfabulacji. Ludzkie życie wciąż tkwi pośród teorii spiskowych i ta książka chce być ponurą fantazją o tym, jak silnie każda z takich teorii może oddziaływać na ludzki umysł, kiedy prawda historyczna staje się bezbronna. Bo Vásquez opowiada o tym, w jaki sposób to, co uznane za fakt, może stać się dopiero początkiem drogi zrozumienia, co naprawdę miało miejsce. A obsesyjnie skupieni na własnych motywach działania bohaterowie tej książki są świetnym przykładem tego, że z każdego znaczącego dla społeczeństwa dramatu mogą wydobywać się dramaty niezwykle intymne. A za nimi – inne perspektywy patrzenia na coś, co powinno się widzieć obiektywnie.

Podoba mi się tu zestawienie intymnego i osobistego rysu autora z tym, z czym mierzy się jako towarzysz rozmów wspomnianych już enigmatycznych mężczyzn. Rozważając, czym jest śmierć w wymiarze narodowym, politycznym, społecznym i egzystencjalnym, narrator konfrontuje się z życiem. Przedwcześnie pojawiające się na świecie córki walczą o każdy oddech i nową biografię w państwie, które przecież tak wielu ludziom złamało życiorysy. Te nakreślone w tle dzieci są trochę pastelowymi elementami tej mrocznej narracji. Dzięki funkcjonującej gdzieś w oddali opowieści o odpowiedzialnym ojcostwie „Kształt ruin” nie jest tak bezwzględnie mroczny.

Ale najciekawsza jest przede wszystkim forma tej powieści. Sama w sobie kontestuje to, co opowiada, pokazuje wiele spojrzeń na te same kwestie, podaje w wątpliwość to, co oczywiste, staje się od początku do końca takim trochę artystycznym chaosem, w którym zadaniem czytelnika jest poszukiwanie prawdy. W tym znaczeniu Vásquez napisał powieść będącą zagadką. Narrację dla czytelnika uważnego, skoncentrowanego, ale jednocześnie mogącego uzyskać wobec fabuły niezbędny dystans, którego do spraw, o jakich opowiada ta książka, nie mają jej bohaterowie. Ale dzięki temu są bardziej przejmujący, kiedy chce się podążać ich tokiem myślenia, lecz wciąż na nowo wyczuwa się tam jakieś mielizny, intelektualne pułapki. Dlatego „Kształt ruin” to rzecz naprawdę zajmująca. Odsłania przerażającą historię Kolumbii, zadając ważne pytania o przyszłość kraju wyrosłego z rozpaczy i przemocy. Czym jest ostatecznie? Być może intymnym dziennikiem samego autora, który pisząc tę powieść przez trzy lata, nie tylko zanurzył się w fikcji literackiej, ale również ujrzał własną literacką wrażliwość – jej zrozumienie dało początek interpretacjom i sugestiom. To na pewno ważna książka dla Kolumbijczyków, ale jakże uniwersalna, kiedy mówi o tym, że nasze rozumienie zjawisk i zdarzeń tego świata może utknąć w pułapce subiektywizmu i niepokoju.

2018-03-14

„Trudne światło” Tomás González


Wydawca: Znak

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 208

Przekład: Marta Szafrańska-Brandt

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość i śmierć

Powieść Tomása Gonzáleza to ujmująca etiuda o tym, co w życiu najbardziej odczuwalne – ogromie spełnionej miłości, niemożliwości znoszenia bolesnej śmierci, oswajaniu samotności. To taka książka do przeczytania, przeżycia i być może przepłakania podczas jednego wieczoru. Kolumbijski pisarz ujmuje delikatnością, gdy rozprawia o rzeczach ostatecznych i okrutnych, a także niezwykłą wrażliwością, budując figurę bohatera malującego obrazy, a w nich świat we właściwym kształcie, kiedy jeszcze ten kształt posiadał. Czyta się „Trudne światło” z przekonaniem, że oto wkraczamy w intymne życie kogoś, kto nas łagodnie tam zaprosił. Ta skromna i pełna melancholii książka tworzy jednocześnie uniwersalny wizerunek człowieka oddanego miłości i porządkującego resztę życia, w której może już tylko tkwić wraz z jej odbitym blaskiem. Zawsze przychodzi ten czas, kiedy musimy się skonfrontować sami ze swoimi emocjami. Dla bohatera książki nadchodzi może zbyt wcześnie, ale na niektóre konfrontacje nigdy nie jesteśmy gotowi.

David w jesieni życia powrócił do rodzinnej Kolumbii. Opiekuje się nim specyficzna kobieta – istota wnosząca do jego domu powiew życia, z którym David być może już się pożegnał. Nieznająca zasad ortografii, ale doskonale rozumiejąca nastroje i stany emocjonalne mężczyzny. A przecież wydaje mu się, że już nikt taki nie pozostał. Żona, z którą spędził połowę wieku, odeszła niedawno i wciąż na nowo przypomina o sobie bezgraniczną pustką, w jakiej trzeba się odnaleźć. Dwaj synowie wyszli naprzeciw życiu dumnie i z nieokiełznanym apetytem na nie. Mają się dobrze. Jednemu nie było dane mierzyć się z wyzwaniami codzienności, albowiem to codzienność postawiła przed nim wyzwanie przypadku. A wraz z nim ból. Ból, którego nie sposób było znieść. David ma przed oczami kalekiego syna marzącego jedynie o tym, by niczego nie czuć. Ta silna relacja emocjonalna przeradza się w relację próby. David i jego żona muszą pogodzić się z decyzjami Jacobo. Zaakceptować jego wybór. Pożegnać go godnie.

Drugie odejście w życiu bohatera odbiera mu nie tyle tożsamość, ile przede wszystkim oddech i poczucie bycia komuś potrzebnym. Sara porządkowała dom i codzienne życie. Była zawsze. Pewna, skupiona na Davidzie, doskonale go rozumiejąca, wzmacniająca wzajemny szacunek w związku. Była może lepszym odbiciem tego, który w lustrze widzi dziś tylko siebie, samotnego blisko osiemdziesięciolatka. Sara odeszła inaczej niż Jacobo, ale to nie znaczy, że David był gotowy na pożegnanie. To właściwe – z synem i z żoną – przeprowadza na kartach tej przejmującej książki. Będzie to bowiem opowieść o pamiętaniu. O związku życia z różnego rodzaju bólami – w każdym ich znaczeniu. David przyjmie tezę, że świat bez smutku jest niepełny. Dopełnią się jego przeżycia i doznania, jeśli zacznie porządkować czas miniony, a w nim cudowne życie sfinalizowane wyobcowaniem.

Kilka przestrzeni czasowych pulsuje u Gonzáleza swoim rytmem. Sposób opowiadania o zdarzeniach zmienia się, fraza dynamizuje się w bardzo charakterystyczny sposób, a jednak ma w sobie coś poetyckiego, niespiesznego. Bo przecież wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. Dzisiaj pozostaje świat, którego kontury się zacierają dla Davida. Udręki tłumione są kolejnymi dawkami klonazepamu, ale pamięć wciąż filtruje zdarzenia w taki sposób, że rany się otwierają, gdy jest to niepotrzebne, gdy trzeba wszystko uporządkować. Trudne światło” to rzecz o zmieniającej się percepcji. Bohater z lupą odcyfrowuje znaki, które wcześniej były czytelnymi drogowskazami. Tracąc wzrok, staje się jakby czujniejszym, uważniejszym obserwatorem tego, co jest wokół niego. Nie widząc wyraźnie, stara się nadać wyrazistość czasowi minionemu. Zmierzyć z krańcowymi doświadczeniami, które bolą wciąż na nowo. Oswoić życie w smutku. To niewielki rachunek za to szczęśliwe, które wiódł u boku Sary. A jednak pora przykrego rozliczenia z własnym jestestwem i swoimi potrzebami nadchodzi bezkompromisowo. David czuje, że musi udźwignąć ciężar zamkniętego życia, w którym czuł się spełniony. Pożegnać martwych i nadać dalszemu życiu sens. Jakkolwiek byłoby to niemożliwe.

Ta kameralna opowieść pięknie obrazuje, w jaki sposób funkcjonowała dobra rodzina, i potem w równie ujmujący sposób prezentuje, co się z tą dobrocią działo, kiedy do relacji wdarły się niespodziewane okrucieństwa i zawirowania losu. González tworzy intymny pamiętnik. Jego bohater z jednej strony chce uciec od przeszłości, z drugiej jednak – nie ma niczego poza nią, stamtąd się wydobył, tam kochał, a potem żegnał ukochanych. Nie ma już żadnego „później”. W czasie przyszłym może zapaść tylko mrok. Odsłaniane jest za to wszystko, co nie zostało dostatecznie przeżyte lub zapamiętane. A za tym idzie nostalgia. Bardzo pięknie sportretowana.

„Trudne światło” to opowieść o różnych obliczach smutku. O tym, jak bardzo może być różnorodny, a także zmienny. W jaki sposób odmienia życie i kiedy je determinuje. Nie ma w tej narracji żadnego zbędnego słowa czy zdania. Kolumbijski pisarz doskonale wie, jakie proporcje zastosować i jak pisać o przygnębieniu, by uratować czytelnika przed jego przeżywaniem. Bo to jedna ze smutniejszych książek, jakie ostatnio czytałem (po „Człowieku tygrysie” Kurniawana), a jednocześnie opowieść, z którą nie chce się rozstawać, która bardzo mocno do siebie przywiązuje, nie epatuje cierpieniem, nie czyni z siebie przyczynku do łatwych wzruszeń. Tomás González wie, że smutek to jedno z oblicz ludzkiej egzystencji. Wie, jak go niuansować, w jaki sposób zbliżyć nas do udręczonego bohatera, ale jednocześnie od niego nie odstraszyć, bo każdorazowa próba zbliżania się do smutku i melancholii niesie ze sobą ryzyko szybkiej od nich ucieczki. Autor opowiada także o czułości pamięci i zestawia z nią okrucieństwo pustki wokół. To, co było, odbiera się w jednych rejestrach smutku, a to, co jest, w innych. To siła tej skromnej książki. Moc jej oddziaływania bez manipulacji i narzucania tego, co i jak się przeżywa.

Metafora definiowania świata przez obrazy, które maluje David, to też interesująca rozprawa o tym, na jakie szczegóły zwraca uwagę ktoś spragniony przestrzeni oraz światła. Jedno i drugie zaczyna zanikać. To dodatkowy dramat bohatera będącego artystą. Człowieka skupionego przede wszystkim na tych pierwszych i najważniejszych dla każdego relacjach. Okaleczonego przez ich brak i niezdolnego już do malowania. Tomás González pięknie opowiada o tych momentach naszego życia, w których musimy zaakceptować ostateczne koniec, zmianę i pozostający po tym ból próżni. Żadne ze słów tej powieści nie znajduje się jednak w próżni semantycznej. „Trudne światło” to książka wymagająca, ale jednocześnie bardzo łatwo przekonująca do swojego mrocznego przesłania. Może dlatego, że czyni je tak pięknie ludzkim.