Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Data wydania: 24 czerwca 2026
Liczba stron: 208
Przekład: Jarek Westermark
Okładka: twarda
Cena detaliczna: 54,90 zł
Tytuł recenzji: Trudne życie
Kiedy przed sześcioma laty Damian Hadaś wydał opowiadającą o Alasce książkę mającą charakter przewodnika, ale dość głęboko wchodzącą w różne struktury – także społeczne – tego specyficznego amerykańskiego stanu, miałem już świadomość, że Alaska jest dla mnie zrozumiała. Zwłaszcza że Hadaś pisał o tendencjach ucieczkowych oraz przynależności – to dwie czytelne postawy wielu mieszkańców stanu. Potem podkręciłem wyobraźnię alaskańskimi thrillerami takimi jak „Dzikie serce” Jamey Bradbury czy znakomitą „Barwą ciszy” Rosamund Lupton i zdecydowałem, że poza Montaną to drugi stan do zwiedzenia w USA, jeśli kiedykolwiek tam dotrę. Z wielkim więc zainteresowaniem sięgnąłem po książkę Melindy Moustakis, nie spodziewając się, że otrzymam coś zupełnie innego niż dotychczas przeczytane narracje o Alasce. Książkę tę można czytać fragmentami albo całościowo. Od razu lub partiami, bo plastyczne obrazowanie krótkich rozdziałów pozwala wyobraźni poszaleć jak po alaskańskich bezdrożach portretowanych tu – co ważne – nie tylko w mroźną zimę, ale również podczas upalnego lata, jednakże przede wszystkim daje szansę, by spojrzeć przez pryzmat prezentowanych harmonii i dysharmonii specyficznych ludzi i wyjątkowego świata natury, który czyni te osoby takimi, jakie są.
Wspomniana książka Damiana Hadasia wywołała coś w rodzaju boomu na Alaskę, gdy tymczasem w książce Moustakis hipotetyczni odbiorcy to postacie w niebieskich strojach, turyści, ludzie całkowicie obcy w tym rejonie, bo potrafiący go jedynie oglądać. Melinda Moustakis pokazuje przede wszystkim to, jak Alaskę się czuje. Dzięki którym zmysłom i które są wtedy najbardziej wyostrzone. Warto dodać, że narracja tej pisarki ukazała się w oryginale dużo wcześniej niż cokolwiek na temat Alaski w Polsce, a ta publikacja zaowocowała czymś więcej, bo Moustakis zdecydowała się na inną perspektywę opisu stanu, który – jak wskazuje tytuł będący wypowiedzią jednego z bohaterów – jest miejscem niezwykle silnej przynależności. I choć bohaterowie – częściej bohaterki – marzą o wyjeździe stamtąd i nawet im się udaje, bardziej przemawia do mnie zasadnicze: „Uwielbiam ten jebany kraj”, wypowiadane z ręką na lufie, jakby ta scena była kwintesencją wszystkiego – wspomnianej już przynależności i bezkompromisowości życia wśród natury, która daje schronienie, ale także żywi.
Z tego punktu widzenia nie będzie to odpowiednia lektura dla wielbicieli zwierząt. Ludzie portretowani w tej książce bywają wobec nich bardzo okrutni, lecz jest to okrucieństwo związane z przetrwaniem, gorzką i bolesną symbiozą. Żeby żyć mogło jedno, umrzeć musi inne. Jak ma się do tego ratowanie małego orła, który przypadkiem znalazł się w wychodku i któremu zdeterminowane dzieci oddają odebraną przez głupi przypadek wolność? Także część związków międzyludzkich, jakie są tu zaprezentowane, można określić mianem przypadkowych. „Alaskę masz we krwi” pokazuje jednak bezkompromisowość i niebywałą siłę społeczności. To są ludzie związani więzami krwi albo przyjaźni na zawsze i w bardzo specyficzny sposób. Nie rozgrywa się tu przed nami ani jedna wyraźna psychodrama, choć doskonale widzimy, jak trudno jest być razem w tym świecie przedstawionym. A być razem to wspólnie łowić ryby, polować na grubego zwierza, przemierzać rzekę Kenai – w pewnym momencie punkt odniesienia dla wszystkiego, co zostaje dalej opisane.
Pisząc o ludziach, warto wspomnieć celny tytuł jednego z rozdziałów. „Ciężar twojej osoby” – to nie tylko opowiadanie, w którym autorka wchodzi w rejon trudnej narracji drugoosobowej (wykorzystuje wszystkie jej rodzaje), ale również o tym, co kształtuje alaskańską tożsamość. Co jest człowiekowi dane dzięki naturze, a co zaoferowane wbrew niej. Co przyjmuje z godnością i poczuciem, że mu się to należy, a wobec czego wyraża swój bunt, który niejednokrotnie wpływa na relacje z najbliższymi.
Wiele jest tutaj nietuzinkowych sylwetek ludzkich. Na przykład na pozór szorstka relacja matki i córki. Ta druga wyjechała do Kalifornii, która w opinii rodzicielki zmiękczyła ją, także mentalnie. Córka nie pozostaje dłużna: natychmiast kontruje, że Alaska czyni matkę okrutną. Jest tu sporo okrucieństwa wyrażonego wprost, ale również symbolicznie. Dużo emocji gęstniejących jak gęstnieje opowieść o przyrodzie, zróżnicowaniu przede wszystkim fauny, jej użyteczności i bezużyteczności, a zwłaszcza obecności, która ma wpływ na tok myślenia. Bo ludzie z Alaski, ci mający ją we krwi, wyciskają tę krew z siebie wręcz dosłownie. Okaleczenia, samookaleczenia, blizny na ciele, krew tryskająca i ta, która krzepnie, zachowując skrytą pod nią tajemnicę pewnego egzystencjalnego przeżycia.
Symboliczny jest tu też szpitalny manekin. W jego ciało wbite są wszystkie ostre przedmioty, z haczykami na czele, które zraniły pacjentów, ale nie uczyniły żadnego spustoszenia w ich myśleniu o tym, dlaczego żyją ze świadomością doznania fizycznej krzywdy, bo Alaska potrafi krzywdzić i musi to robić, jeśli ma dokonać prawdziwej selekcji tych, którzy mogą tam na stałe zamieszkać; mówić o sobie tak, jak głosi tytuł.
Intrygujące jest tu połączenie subtelności w portretowaniu ludzkich pragnień z bezkompromisowością w ich realizowaniu. Mieszkańcy Alaski po prostu czasami biorą to, co – jak uważają – im się należy. A nie należy się wiele. Są minimalistami skupionymi na przetrwaniu. Moustakis opowiada o tym, co to znaczy trwać na Alasce i w jaki sposób pozostanie się tam na zawsze, bo ta ziemia i ta natura zdecydują za człowieka. Dlatego pisarka portretuje także dzieci, pokazuje ich doświadczenia, a potem budowane na tych doświadczeniach relacje. Czy jest tu miejsce na bliskość i czułość? Jest jedno i drugie, ale obie szorstkie. Tak bardzo specyficzne, że trzeba użyć odpowiedniego języka, by to opisać – i Melinda Moustakis robi to bardzo dobrze. Przechodzi w rozmaite rejestry narracyjne, by pokazać różnorodność w pozornie jednolitym świecie, który może mieć wiele literackich definicji. I Alaska ma ich tutaj wiele. Zaskakująco wiele. Po lekturze pojawia się mnóstwo ambiwalentnych uczuć i przemyśleń: to dobre czy złe miejsce do życia, to przestrzeń relacji budowanych właściwie czy w sposób kaleki? I ostatecznie: jaka definicja tak zwanej normalności ma tu być punktem odniesienia?
Historie z tej niewielkiej książki pulsują podskórnie. Autorka pisze w taki sposób, że często czujemy na karku oddech łosia, między naszymi łydkami przepływa jakaś ryba, a malamuty stają się jak dzieci – nie można ich inaczej kochać i w inny niż rodzicielski sposób do siebie przygarniać. Brodaci bracia szukający towarzyszek życia są tu silnie sprzężeni z nurtem rzeki, która bez żadnych wątpliwości szuka swego ujścia. Pośród sielskiej przyrody jest dużo alkoholu i przemocy. To wszystko tworzy tak bardzo wieloznaczny wizerunek miejsca, że właśnie dzięki temu możemy uwierzyć w każde słowo Moustakis. Bez względu na to, czy będzie opisywać brutalne skórowanie zająca, czy opowie o relacjach rodzeństwa, które uzupełnia się i wyklucza jednocześnie. To wszystko – mimo sprzeczności i szorstkości w opisie – jest bardzo sugestywne i widać, że to książka napisana z sercem. Nie tylko dlatego, że pisały ją głównie serce i wspomnienia z dorastania do tego, by stać się pisarką.
Alaska nie jest tu stanem dla każdego. To miejsce, w którym jakiekolwiek życiowe plany mają swój cień ukryty w słowie „jeśli”. Tu nic nie musi być stałe i na stałe, chociaż przynależność właśnie taka się wydaje. Melinda Moustakis opowiada o tym, że należeć do pewnego miejsca to czasem przełykać gorzką pigułkę przynależności. Ale jest to również książka o sile wspólnoty, niebywałej sile. Chropowatość opisów i języka bohaterów może sprawiać zupełnie inne wrażenie. Myślę jednak, że to, co najcenniejsze, autorka ukryła gdzieś bardzo głęboko i z tego powodu nie można tej książki po prostu przekartkować lub przeczytać pobieżnie. Zwłaszcza że wspomniane zmienne rejestry narracyjne dają do zrozumienia, że wchodzimy gdzieś w głąb albo jesteśmy wyrzucani poza lokalny nawias. To wszystko jest kwestią czytelniczej wrażliwości, gdyż odnoszę wrażenie, że „Alaskę masz we krwi” nie jest książką dla każdego, nawet jeśli jest wielbicielem tego rejonu świata.
Na koniec to, co stanowi również koniec tej książki: los decydujący o tym, w którym momencie życia odkryje się świadomość, że z tym fascynującym, mrocznym, czasem defetystycznym amerykańskim stanem chce się pozostać na zawsze albo już się mimowolnie pozostało. „Przychodzisz czy odchodzisz? – to niepokojąco brzmiące pytanie tkwi w nas gdzieś głęboko podczas lektury. Ważna opowieść o tym, że nie ma żadnej definicji przynależności, a im bardziej specyficzny rejon do życia, tym silniej do siebie przywiązuje. Nawet raniąc, przynosząc frustracje, dając niewiele w zamian za tę bezwarunkową miłość. Alaska jest trudną i może okrutną matką. Ale ma swoje prawa i umie decydować słusznie. Nie każdy jest gotowy mieć ją we krwi.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ
