Wydaje mi się, że we współczesnej literaturze polskiej mamy do czynienia z parą niezwykle skupionych na sobie literatów i w dodatku takich, których egocentryzm jest zaletą, a nie wadą, bo dzięki temu po prostu świetnie piszą. To Kaja Malanowska, której drugą książkę zamierzam właśnie omówić oraz Jerzy Franczak, z którego prozą spotykałem się już wielokrotnie. Różnica między Franczakiem a Malanowską jest jedynie taka, że jego bohater z otaczającą rzeczywistością bierze się za bary. Bohaterka Kai Malanowskiej natomiast chowa głowę w piasek, ucieka od rzeczywistości, nie jest w stanie w niej funkcjonować, bo dręczą ją inne problemy niż panów z książek Franczaka bądź jego samego, gdy opowiada o sobie wprost. Myślę, że „Imigracje” to właśnie książka napisana wprost. Książka powtarzająca niektóre treści zawarte w ciekawym debiucie Kai Malanowskiej, ale w pewien sposób niepowtarzalna. Opowiedziana na dziewięć różnych sposobów egocentryczna opowieść o tym, czym jest imigracja wewnętrzna, jak bardzo boli i rozsadza. Autorka podzieliła swoje teksty na dwie grupy. Jedne opisują to, co rzekomo faktycznie się zdarzyło, drugie utkane są ze słów opisujących zdarzenia całkowicie zmyślone. Mnie jakoś ten podział nie przekonuje, ale nie o to tutaj chodzi. Malanowska stawia jakąś grubą kreskę podziału, pisząc w gruncie rzeczy o tym samym - o bólu doświadczania samego siebie i o trudnościach, z jakimi zmaga się na co dzień. „Drobne szaleństwa dnia codziennego” doskonale rozwijają to, co mam na myśli, niekoniecznie jednak każdy musi znać wydaną przed rokiem pierwszą książkę Malanowskiej. Co zatem można napisać o „Imigracjach” w oderwaniu od debiutu autorki? Ważna jest tutaj przestrzeń. Przemierzana w bardzo różny sposób. Jesteśmy między innymi w Indiach, w amerykańskiej Urbanie, w tureckim Stambule. Malanowska w różnych przestrzeniach rozważa problem niedostosowania się do nich, ale w gruncie rzeczy jest zawsze i wszędzie tą, która odnaleźć się nie może. Autorka próbuje dostać się do środka samej siebie, ukazując przy okazji cały szereg kalekich relacji z innymi ludźmi, łącząc oba problemy. Najciekawiej opisany jest pobyt w Turcji wraz z ojcem Malanowskiej. „Czy on zawsze musi być taki smutny, taki smutny, uparty i nieszczęśliwy?”. Czy aby to pytanie, opisujące go, nie jest kierowane do kogoś innego? Ojciec stał się nauczycielem, chociaż tego nie chciał. Dlaczego? „(…)Sam mnie nauczył tego systemu porozumiewania się z ludźmi bez udziału świadomości, tego wyłączania się, zaszywania w bezpiecznym miejscu, żeby przypadkiem nie bolało”. Zaszyci w bezpiecznym Stambule (?) próbują nawiązać ze sobą kontakt, ale nie udaje się to, przynajmniej za pomocą słów. Czy bowiem tylko one mają być gwarantem porozumienia z drugim człowiekiem? Wspominając bolesną przeszłość rodzinną, Malanowska zadaje jedno z ważniejszych pytań tego zbiorku opowiadań. „Czy nie można żyć poza światem, w którym się urodziło?”. Czy można odnaleźć siebie w innym czasie i innej przestrzeni? Czy można emigrować do własnego wnętrza i tam ukryć się przed wszystkim, co boli? Przed rozterkami przed i podczas hinduskiego wesela przyjaciółki, przykrościami kontaktu z ciotką, przed amerykańskim zagubieniem i poczuciem osamotnienia? Książka Kai Malanowskiej zadaje więcej pytań niż udziela odpowiedzi. Ale tak właśnie ma być. Forma „Imigracji” pięknie dopracowana, a teksty zaskakująco dobrane. Nie chodzi tylko o wspomniany już na początku podział. Chciałem serdecznie podziękować za tak cudną perełkę literacką w stylu Agłai Veteranyi jak „Justyna i łopiany”. I ogólnie za przyjemną lekturę po raz drugi.Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2011
Niedługo trzeba było czekać na nową książkę Dawida Kornagi. Poprzednia nie przypadła mi do gustu. O „Cięciach” nie napiszę złego słowa. Postaram się tylko wyjaśnić kto tu komu co i kiedy przycina. A cięcia Kornagi są nie tylko bolesne. One wiedzą, w które miejsce trafić, żeby zabolało najbardziej. Najnowsza powieść autora uderza przede wszystkim w pełen fałszu i obłudy świat eleganckich garniturów oraz sztucznych uśmiechów podczas mijania się na korytarzach. Zmyślona firma Leon Creations wraz z jej prezesem Baronem to specyficzna i bolesna alegoria życia, jakie świadomie wybierają ci, którzy są w stanie zacząć, żywiąc się kurzem i pijąc deszcz, a skończyć to już nie wiedzą jak. Mówisz i masz, chciałoby się rzec. Kiedy krytykując „Singli+”, napisałem, że pisanie o kilku osobach/grupach jednocześnie totalnie się autorowi rozjeżdża, wrócił on do koncepcji fabuły z wyrazistym bohaterem prowadzącym. Gutkowski – bo o nim mowa - jest po części moralitetowym Everymanem, po części Józefem K. Zaskakujące, że Kornaga bohaterowi prowadzącemu tym razem nadaje nazwisko. I żaden Adam, żadna Ola, nikt nie potrafi znieść cierpień, jakich dostarcza Gutkowskiemu ciążąca hipoteka, praca bez pasji i polotu, kurcząca się moszna oraz nieustanne poszukiwanie sensu życia, którego nigdzie nie może znaleźć. Gutkowski rozgląda się wokół. Kto stoi obok? „Człowiek, właściwie jego aplikacyjnie rozwinięta wersja, iHomo (…)”. A przecież Gutkowski to humanista, wielbiciel opery, autor niewydanych sztuk, wspierany przez redaktora, o jakim jeszcze będzie mowa. Gutkowski jest we w miarę szczęśliwym związku, nie ma tam jednak raczej miejsca na dziecko, bo – jak mówi jego kolega z pracy- „Dzieci to nie żarty, to dramat szekspirowski w czystej, srającej postaci”. Jest za to miejsce na zdrady... Dramat Gutkowskiego to dramat bycia sobą, dramat braku pasji, marzeń, prawdziwych pragnień. Dramat człowieka, który nie może wyjść poza pewną rolę narzuconą mu w życiu przez nieprzewidywalnego reżysera. Cierpienia Gutkowskiego są być może zbyt wyostrzone, zbytnio przez to nachalnie nam narzucane. Ale to taki drobiazg. Kornaga zajmuje się na kartach „Cięć” przede wszystkim problematyką dotyczącą posiadania i jego związku z życiem. Nie można żyć, nie posiadając. Nie można posiadać i nie żyć. Absurdy te wyłapywane są nader często. Dowiemy się między innymi, iż „Tam, gdzie żyjesz, twój stan posiadania określają nie ci, co nic nie mają, ale ci, którzy mają więcej niż inni”. Poznamy jednocześnie uzupełnienie tej koszmarnej strony życia, kiedy przeczytamy, co radzi bohaterowi ojciec Henryk z Kościoła Konsumentów Wiary: „Człowiek bez uszeregowania w hierarchii, człowiek bez metki nie jest wart swojego człowieczeństwa, wie pan?”. Kiedy metka zostaje Gutkowskiemu odebrana, nie pozostaje mu nic innego jak raz jeszcze porozmawiać z redaktorem Bolewskim, który najpierw wykonał kilka cięć (sic!), by teraz udawać, że znowu żyje. Ten ekscentryk nie pozwoli Gutkowskiemu na złapanie oddechu. Każe mu ruszać w inną, nie związaną z korporacją stronę. Zresztą w zakończeniu otrzymujemy dowód na zbędność(?) Gutkowskiego - „Suń się, koleś, nadchodzi next generation”. Suńcie się książki w Empikach, teraz półki dla „Cięć”.Wydawnictwo "Świat Książki", 2011
Po świetnym debiucie „Reisefieber” długo, długo nic. Już się obawiałem, że Mikołaj Łoziński to autor jednej książki, choć na moment uspokoiły mnie jego bajeczki, których wydanie świadczyło o tym, że jest, nadal istnieje jako pisarz. W prowokacyjnej i przewrotnej „Książce” ujawnia oblicze pisarza dojrzałego. Podejmuje niewątpliwie wielką sztukę zmierzenia się ze swoimi wyobrażeniami o własnej rodzinie. Do owych wyobrażeń Łoziński dokłada anegdoty, usłyszane lub podejrzane sytuacje, jest wiernym kopistą tego, co zobaczy i co zrozumie. A nie wszystko można zrozumieć. Zwłaszcza że tak wiele w rodzinie Łozińskich chciałoby się ukryć, bo zbyt mocno boli mimo upływu czasu. Niezwykła jest konstrukcja „Książki”. Łoziński opowiada tu o ludziach poprzez przedmioty albo wskazuje wyraźne związki przedmiotów z ludźmi. Przedmioty hierarchizują w pewnym stopniu to, jak autor przedstawia rodzinne dzieje. Bo na przykład prologiem jest dotarcie do kobiety, dla której dziadek porzucił żonę, ale której szuflada pamięci nie jest w stanie się już otworzyć. Przedmioty Łozińskiego to oczywiste klucze do zrozumienia fabuł zamkniętych w formie historii, pomiędzy którymi udzielany jest na chwilę głos ich bohaterom. Mamy zatem telefon i dystanse przemierzane przez Łozińskich za pomocą linii telefonicznych. Mamy zeszyt. Pomarańczowy zeszyt zawierający zapiski o prywatnych rozpaczach oraz tragediach. Mamy też obrączkę babci ze strony mamy. Symbol wierności małżeńskiej. Symbol małżeńskiego piękna. Tymczasem zdecydowanie czym innym było życie u boku mężczyzny lodowatego, wiecznie w mundurze, wiecznie oddalonego od żony. Bardziej ciekawie od dziadków zarówno ze strony ojca, jak i matki, portretowani są sami rodzice bohatera. Bezsenna noc mamy z powodu awarii ekspresu do kawy. Ojciec, przedstawiony następująco: „Jest inżynierem technologiem na wydziale dźwięku Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Bada detekcję fonograficzną dźwięku”. Niezwykle ciepły i bliski swemu dziecku. I jeszcze starszy brat. Upomina się w „Książce” o swoje, a jakże. Upomina się o swój rozdział, swój przedmiot i … w gruncie rzeczy tego nie dostaje. To nie jest tak, że Mikołaj ulega prośbom, by pisać o tym, a nie pisać o tamtym. Pisze przede wszystkim w sposób niesamowicie ekscytujący. Zwraca uwagę na szczegóły. Buduje napięcie dzięki niedopowiedzeniom i jest to w takim znaczeniu książka nie o własnej rodzinie, a taka, dzięki której młody jeszcze przecież autor dociera do samego siebie w wieku chłopięcym i daje dowód na to, jak piekielnie ważne przez całe dorosłe życie jest to, w jaki sposób je poznajemy w dzieciństwie. „Książka” robi wrażenie i napawa optymizmem, że Mikołaj Łoziński idzie dobrą drogą, że piękna polszczyzna jest mu bliska, że potrafi pisać książki naprawdę dotykające. A to, iż można mieć jeszcze dodatkową frajdę przy lekturze, bo Łozińscy to osoby znane, to już zupełnie inna sprawa.Wydawnictwo Literackie, 2011
Adibas to ogólnie coś fałszywego, podrobionego (skojarzenie z wiadomą marką jeszcze bardziej wiadome). Książka gruzińskiego pisarza dość wyraźnie akcentuje tę nieprawdziwość i będę się starał pokazać, w jaki sposób po lekturze ją widzę. Zacznę od tego, że jest to książka wulgarna, przesycona seksem i niesamowicie przygnębiająca, natomiast przekonanie na okładce, iż mamy do czynienia z szokującą powieścią o współczesnej Gruzji jest przesadzone. Myślę, że mamy tu do czynienia z powieścią po prostu prawdziwą. A przynajmniej z inteligentnie napisanym (i przełożonym, gratulacje dla Magdaleny Nowakowskiej) Herbertowskim „Raportem z oblężonego miasta”, w którym nie liczy się oblężenie, a człowiek. Parę słów o bohaterze. Naturalnie porte-parole pisarza, ale tak o pewnych sprawach łatwiej pisać tym bardziej, że w moim odczuciu „Adibas” ma być subiektywną opowieścią, którą należy skonfrontować z faktami. Nie tylko na temat Gruzji. W każdym razie prowadzący przez ulice i zakątki Tbilisi mężczyzna to cynik, jakich mało. Baczny obserwator rzeczywistości, bo bezpieczniej na wszystko patrzeć niż się do czegokolwiek lub kogokolwiek przywiązywać. Przez jego życie przewija się cała masa ludzi płci obojga i chwilami wydawać się może, że tworzy z nimi jakieś trwałe relacje. Nie wiem, czy jest to możliwe, skoro jednym z jego przemyśleń jest przemyślenie „Nie rozumiem, jak można komuś zaufać”… Poznajemy ludzi różnych od siebie, ale skłonnych do wielu wyrzeczeń, żeby coś zmienić. Mamy także zniewolonych sytuacją w ojczyźnie młodych Gruzinów, którzy gdzieś tam na jakimś blokowisku czekają sobie na Godota w postaci dilera. I chociaż narodowa potrawa chinkali potrafi połączyć wszystkich i zbudować atmosferę radości oraz porozumienia, nie ma go w państwie, na ulicach stolicy którego wciąż słyszymy nieustanne komunikaty o atakach, ostrzelaniach etc. Bohaterom książki to wszystko wydaje się obojętne. Żyją obok zagrożenia, a raczej w jego cieniu. Interesuje ich nowoczesność i to, co świat Zachodu może już zaoferować Gruzji. A może sporo. I Gruzini korzystają. Poza tym to też ciekawy obrazek tego, jak do kraju takiego jak Gruzja wdziera się ten Zachód, któremu może być wdzięczna za pomoc, ale i ten, co do którego można czuć dystans i kompleks niższości. To tutaj jeszcze pytanie, kto kogo podrabia i dlaczego? „Adibas” to niesamowicie interesująca opowieść o gruzińskiej stolicy. To najmocniejszy punkt tej książki. Autor potrafi pasjonująco opowiadać o losach jednostki, ale i miejsca. A Tbilisi wydaje się być miejscem szczególnym: „Jest na tyle małe, że swojego miejsca nie znaleźli tutaj ani terroryści, ani dilerzy kokainy, ani paparazzi, ani świadkowie Jehowy, ani nawet afrykańscy studenci w białych adidasach (nie licząc tureckich gastarbeiterów), którzy ponoć wytrzymują w najtrudniejszych warunkach”. To stanowi o tym, że Burczuladze stara się tak dokładnie mu przyjrzeć, chociaż – wspomniałem o tym wyraźnie – żywioł subiektywności jest w tej książce ogromny. Co jeszcze warto wiedzieć o Tbilisi? „To miasto jest hiperrealistyczne i jednocześnie daje się urobić jak plastelina. Każdy może je wyrzeźbić na swoje podobieństwo, pokolorować, zgwałcić i co najważniejsze – sfałszować". I to zdanie dość interesująco oddaje problem zafałszowania w tej opowieści. Różnego rodzaju gwałtów i ogólnie seksu – także zapowiedziałem – będzie sporo, a zainteresowanych zachęcam do zajrzenia do lektury. W Gruzji można znaleźć takie napisy jak ten „Ministerstwo Zdrowia poucza: regularny seks jest zdrowy dla Twojego organizmu”. Po lekturze „Adibasa” napisać należy, iż to książka niezdrowa dla duszy, ale potrzebna tym, którzy Gruzję znają tylko z przewodników i telewizyjnych przekazów. Wydawnictwo Claroscuro, 2011
Tomasz Piątek wielkim prowokatorem jest. To wiemy wszyscy. Wiemy także, że co roku autor trzaska mniej lub bardziej medialnie wspieraną książkę. Miejmy nadzieję, iż w tym roku nie będzie nią „Antypapież”, bo to książka-porażka, chwilami pseudointelektualny bełkot, jakaś osobista rozprawa i z komunizmem, i z polskością, i z papieskością oraz chrześcijaństwem w Polsce. Ani mnie ziębi, ani grzeje, że Jan Paweł II został tak szybko beatyfikowany. Piątka jednak rozgrzało to na tyle, że zaszalał piórem; chwilami mocno i dosadnie przywalił tam gdzie trzeba i tym, którym trzeba, ale przede wszystkim stworzył zbyt agresywny zbiór publicystyki, by poważnie się tą książką zajmować i poważnie o niej pisać. Autor wychodzi od dziesięciu (sic!) przeświadczeń dotyczących Jana Pawła II, z którymi następnie się rozprawia i z góry wiemy, że ani jedno nie może być prawdą. Nie można wierzyć np. w to, że był wielkim chrześcijaninem, ekumenistą, że był autorytetem całego świata. W mniemaniu Piątka łatwo to wszystko pomierzyć, ubrać w słowa, przewartościować i nieprzetrawione, wypluć. Nie podoba mi się ten zabieg i nie pisze tego polski „katolik” biegający w niedzielę do kościoła, który nie słucha kazań i robi na złość bliźniemu swemu. A jeżeli taka książka nie podoba się komuś, kto poważnie myśli o apostazji (z którą – jak widać u Piątka – będę mieć poważne problemy), to coś już jest bardzo niehalo. Ale co, skoro w większości wywodów autor ma po prostu rację? Osobiście najbardziej intryguje mnie to, jak bardzo zły na Jana Pawła II o wykorzystywanie mediów jest człowiek, który wie, że bez nich może stać się nikim. Piątek pisze: „Jedyne, co Jan Paweł II zaproponował nowego, to nowa forma, nowy show medialny z duchownym aktorem w roli głównej”. Autor zakłada między innymi, iż Karol Wojtyła przez większość swego życia był zachowawczy, nie starał się ograniczać bałwochwalstwa, skrzywdzonym przez los nie zawsze pomagał, był raczej mędrcem niż teologiem i że ogólnie był jednym z bardziej kiepskich papieży w historii. Tej historii, która dodatkowo tak silnie wiąże się z historią jego ojczyzny, która przechodzi transformację dziejową, a Wojtyła odbiera jej swego rodzaju niezależność. „Antypapież” to ogólnie wybuch złości. Na kult jednostki, która nikomu inteligentnemu i nie mającemu z nią nic wspólnego, zupełnie nie przeszkadza? Na fakt, iż człowiek będący papieżem, nie był chodzącą mądrą księgą? Za co i po co to zacietrzewienie, kiedy Piątek pisze o Polsce? Nie za mocno przypadkiem? Na pewno niezbyt trafnie. „Antypapież” wzbudzi do dyskusji i wywoła emocje, na pewno o to chodzi. Nie jestem tylko pewien, czy przypadkiem nie stanie się początkiem „literackich” paszkwili, które nieść będzie rynek wydawniczy jak Facebook i inne portale społecznościowe hasło o pokoleniu „JP2”. Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2011

PATRONAT MEDIALNYTomasz Białkowski w swojej prozie prowadzi swoiste rodzinne rozgrywki i widać to wyraźnie już w jego poprzedniej powieści „Zmarzlina”, dzięki której sporo można zrozumieć podczas lektury najnowszej pozycji – pozornie tylko poruszającej kwestię ruchu. „Teoria ruchów Vorbla” to nie tyle przewrotna – jak wyraził się o niej sam autor, ale przede wszystkim przepełniona bólem niespełnienia i poczuciem krzywdy powieść, a takie uczucia obecne są w bardzo wielu rodzinach. Tak czy owak Białkowski wchodzi w sam środek rodzinnego piekła, z którego nie można się wydostać, bo kiedyś tam przestało się mówić prawdę, przestało się chcieć być obok siebie, kochać się…„W życiu jest ważne, żeby wszystko miało swoją nazwę. Wtedy łatwiej iść przez nie.” Ojciec Seweryna Vorbla (głównego bohatera tej książki), Andrzej snuje tę refleksję, wiedząc że żona go nie kocha, że wymarzył sobie projekt wieży, której konstrukcja stała się źródłem tragedii. Warto się jej przyjrzeć nie tylko dlatego, życie Jędrka będzie przegrane, a życie jego syna Seweryna nawet jeszcze bardziej, chociaż nie zginie z własnej ręki. Bardzo trudno nazwać u Białkowskiego relacje między bohaterami: wspomnianym Sewerynem a jego żoną, relacje Agnieszki i jej matki, Seweryna z synem. To rodzina, w której pełno jest kochanek, wielbicielek, ludzi rekompensujących uczucia, których rodzina Vorblów nie może z siebie wykrzesać. Rodzina wewnętrznie pusta, zamarznięta (że pozwolę sobie nawiązać do poprzedniej książki autora), rodzina bolesna i wciąż oddalająca się od siebie.Ludzie w tej książce poddani zostają specyficznej teorii ruchu. „Pojedyncza trajektoria cząsteczki może być dziwaczna, może składać się z samych zygzaków, ale zbiorowe zachowanie bardzo wielu cząsteczek da się dobrze opisać”. Białkowski mierzy więc nieco wyżej, czyli opisuje Seweryna ze swą oschłością i pokładami miłości kumulowanymi w stosunku do psa. Opisuje artystyczną, niespokojną duszę Agnieszki, zwiedzioną potrzebą nowych wrażeń tak bardzo, że ląduje w łóżku z zagraniczną prostytutką. O wędrowaniu do różnych łóżek jest w powieści sporo zatem tę kwestię można w tym momencie zamknąć. Wróćmy do roli, jakiej podejmuje się Białkowski. Potrafi sprytnie podejrzeć relacje Rajmunda, syna Seweryna z jego szaloną żoną Klaudią, pseudoaktywistką ekologiczną. Jest także niesamowicie wyrazista postać Moniki, matki Agnieszki, wciąż trzymanej z dala od małżeństwa Seweryna i Agnieszki. Monika porzuca życie, ale żyje w nim dalej… Los spowoduje, że te wszystkie zygzaki zbiorą się razem i …Seweryn Vorbl dręczony jest dodatkowo dwiema sprawami i trudno orzec, która jest dla niego bardziej ciężka. Po pierwsze kompleks i niechęć do swojej pracy - jako profesor fizyki, w której to roli czuje typowy syndrom wypalenia zawodowego. Druga, istotniejsza kwestia, to jego choroba. Nieprzypadkowo na niej koncentruje się klamrowa kompozycja tej powieści. Możemy zatem przyglądać się specyficznemu rozpadowi Seweryna lub też skupić się na jakiejkolwiek (nawet niewymienianej tu przeze mnie postaci) i identyfikować się z nią, ułatwiając sobie lekturę.Tomaszowi Białkowskiemu bynajmniej nie chodzi o los ludzi. On tym ludziom przygląda się jakby od środka i próbuje zrozumieć, co przez lata się stało, iż pomiędzy nimi, rozsypanymi i trudnymi do opisania cząsteczkami, panuje wieczna zmarzlina…Wydawnictwo JanKa, 2011
Choć to może nie jest najlepsza książka Palahniuka, nic nie szkodzi. Chociaż jest powtórzeniem swego buntu wobec Ameryki, o jakim mogliśmy poczytać w „Opętanych”, nie ma sprawy. Palahniuk może wciąż drążyć te same tematy i zawsze wyjdzie mu tak, że będzie po prostu drążone świetnie. „Pigmej” z pewnością spowoduje, iż autora znienawidzi kolejna część ojczyzny, a przynajmniej kilka stanów Środkowego Zachodu. Tam bowiem przybywa dziwny chłopczyk ze świata nam nieznanego (pobawmy się w to, skąd jest, kilka różnych wskazówek w tekście istnieje), ale za to do świata, w którym już na lotnisku celnik mówi mu „Witamy w najwspanialszym kraju na świecie”. I teraz co robi Palahniuk z tym ironicznym przecież stwierdzeniem na kolejnych stronach książki? Degraduje Amerykę na kilku frontach. Wrogi jest jej z natury tytułowy Pigmej, mały agent numer 67, który wraz z grupą mu podobnych, ma doprowadzić do jakiegoś rodzaju katastrofy, zmierzając ku operacji „Chaos”. Ameryka jednak w oczach wielu nie jest degradowana, kiedy opowiada o niej ktoś, czyja kultura także uległa specyficznej degradacji. Ameryka to kraj pięknej maski i obrzydliwej twarzy, kolorowego papierka i niesmacznej czekoladki, Ameryka to kraj-wrak i tak też zostaje nazwany w finale, przez matkę rodziny, u której zamieszka Pigmej i której degradacji będzie z czasem świadkiem. Rozdziały książki są meldunkami. Nic ani nikt nie każe się do tej książki przywiązywać. Warto zwrócić uwagę, że tym razem i brutalizm, i seksualność, i fantazje dotyczące ciemnej strony człowieka opisane są bardzo specyficznym językiem, a sarkazmu jest może zbyt wiele tam, gdzie wystarczyłaby delikatna ironia. Jest też wiele zdarzeń zbyt surrealistycznych, bo chociaż nie można akurat tego zarzucać Palahniukowi, „Pigmej” zyskałby dzięki bardziej czytelnej strukturze. Krótko tylko o zdarzeniach, bo w treściach i wnioskach autor się powtarza z poprzednich publikacji. Warto zwrócić uwagę na sposób indoktrynacji Pigmeja w dzieciństwie i młodości oraz na to, w jaki sposób przekłada się to na religijne życie w Stanach Zjednoczonych. Warte uwagi i przemyślenia jest groteskowe posiedzenie ONZ, teoretycznego gwaranta światowego pokoju i stabilizacji. Sporo w „Pigmeju” agresji słownej i fizycznej, ale to tak wszystko ma być, jest dobrze poukładane, a nie podobać się może tylko dlatego, że prawdziwe. I jeszcze o obyczajowości tej książki. Jest specyficzna i godna uwagi. Kocia Siostra (każdemu członkowi rodziny nasz bohater nadaje bowiem specyficzny pseudonim) wywołuje w małym agencie nie to, co wywołać powinna. Ameryka może i jest wrakiem, ale jeżeli już, to emocjonalnym. Widać to wyraźnie w relacjach agenta i jego przybranej siostry, ale także w opisach tego, co czują (mogą czuć?) do siebie ludzie. Chuck Palahniuk nie dał z siebie wszystkiego, ale dał całego siebie takiego, jakiego bardzo lubię. I bardzo sobie cenię styl łączący przewrotną makabreskę i reportaż z elementami socjologii społecznej. Czasem mam wrażenie, że autor z jego inteligencją się marnuje jako pisarz, ale z drugiej strony, kto jak nie on zapewne niebawem wyszydzi sztuczny uśmiech prezydenta Obamy?Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2011
Erlend Loe napisał tragiczną i komiczną jednocześnie opowieść o trudnym dojrzewaniu. O utracie, poczuciu pustki i zapełnianiu owej pustki. Ze swojej książki uczynił psychologiczną wariację na temat sensu życia po stracie bliskich; osadził rozważania gdzieś ponad ziemią w samolotach, zamknął interesującym finałem i okrasił wszystko wieloma uszczypliwymi uwagami dotyczącymi spraw tego świata.
Kiedy bohaterka książki była mała, wypowiedziała słowo „muleum” zamiast „muzeum”. To stało się początkiem tworzenia specyficznego kodu, z którym straciła łączność w momencie śmierci wszystkich najbliższych jej osób, którzy rozbili się w samolocie, do jakiego potem uporczywie wraca. Loe czyni opowieść o Julie zakodowaną przypowieścią o życiu w cieniu śmierci i o tym, jak bardzo można być do tego życia przywiązanym, chociaż deklaruje się co innego.
Co deklaruje bohaterka „Muleum”? Przede wszystkim to, iż robi coś nie tak jak trzeba. Pisze o sobie wbrew temu, co zalecał jej ojciec. Ekscentrycznie planuje własną śmierć i nie wychodzi jej próba samobójcza podczas przedstawienia teatralnego. Julie dodatkowo wypiera się Boga, który jej wcale nie wspiera, jawnie kpi ze swojego psychoterapeuty, próbuje stanąć twarzą w twarz ze śmiercią, ale przede wszystkim stara się uciec od pustki, w jakiej znalazła się po wypadku lotniczym swej rodziny. Bohaterka Loe to dziewczyna oszukana przez los i wystawiona przez ten los na wielką próbę. Ogarnięta próbą samozniszczenia, opętana myślą o końcu własnego życia, nieświadomie kreuje swój nowy los i staje się w nim odpowiedzialna nie tylko za samą siebie…
„Muleum” to książka mroczna i smutna. Bo przecież nikt nie zwróci jej bohaterce tego, co utraciła. I nikt nie tchnie w nią chęci dalszego życia, choćby afirmował je na różne sposoby jak czyni to polski przyjaciel Astrid czy bliska jej Constance, wielbicielka koni. W tej opowieści pojawia się i nihilizm, i skrajna depresja, i utrata poczucia własnej wartości. Nic nie można zmienić. Nikt nic nie chce zmienić. Wszystko jest złe i wiąże się z bólem. Można tylko umrzeć, ale nie jest to łatwe.
„Muleum” to również książka bardzo dowcipna i inteligentna. Opowieść bohaterki iskrzącej dowcipem i dobrze się bawiącej, kpiącej ze swego otoczenia. Tak jak można jej współczuć, tak też można się z niej śmiać. Kiedy np. usiłuje zarazić się ptasią grypą lub wybrać podróż do najbardziej niespokojnego politycznie i społecznie regionu Afryki. Bohaterka jest złośliwa i ekscentryczna, ale ma w sobie dużo poczucia humoru. Powieść Erlenda Loe jest dowodem tego, iż specyficzne poczucie humoru może pomóc stworzyć książkę niebezpiecznie balansującą na granicy smutku i euforii.
Chęć autodestrukcji młodej Norweżki zamienia się w nieplanowane odnalezienie sensu życia. Nie ma u Loe jakiejś dramatycznej przemiany. Są podróże, wiele zmian, doświadczanie wciąż czegoś nowego i szukanie w tym wszystkim sensu. Jest garść dowcipnych komentarzy na temat współczesnej cywilizacji. Jest przede wszystkim żywa narracja, która pozwala tę książkę czytać bardzo szybko. Loe nie rości sobie chyba prawa do tego, by „Muleum” nazywać eksperymentatorską powieścią psychologiczną. On jedynie opowiada losy pewnej dziewczyny, z którą czytelnicy odnajdą bliskość, bo jej problemy to problemy wszystkich tych, dla których życie czasami traci sens. A wtedy warto wsiąść w samolot, oderwać się od ziemi i zmienić perspektywę. „Muleum” bowiem to historia innej perspektywy. Zadziorna i przekorna. Warta poznania.
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2011
Rzadko zdarza się tak powściągliwa w wymowie, a tak wiele mówiąca książka. Opowieść lojalnie oddająca specyfikę opisywanej mikrospołeczności. Historia, którą budują dziesiątki różnych biografii. Książka o francuskich bezdomnych, o ich złości, bezsilności, czułości i poczuciu wykluczenia z życia. Bezdomni portretowani przez Romana Grena w skromnej objętościowo książeczce to jednocześnie ludzie mówiący nie tylko w swoim imieniu. Niezwykłość „Schroniska” polega także na tym, iż autor potrafi za pomocą delikatnego jedynie podejścia do danej postaci, naszkicować całkiem wyraźnie to, kim ona jest. Za tę niezwykłą empatię i zastosowanie prostych środków do jej wyrażenia „Schronisko” staje się dla mnie książką nie tylko dobrą, ale przede wszystkim wiarygodną.
Paryskie schronisko dla bezdomnych Victoria znane jest bardziej jako Grobowiec. To tutaj spotykają się wszyscy ci, którym z jakiegoś powodu w życiu nie wyszło i zmuszeni są do korzystania z pomocy francuskiej opieki socjalnej. W schronisku każdy jest na chwilę, ale jednocześnie pozostawia tam po sobie trwały ślad. To ślad, dzięki któremu powstają opowieści o mieszkańcach Grobowca. Historie niezwykłe, niepowtarzalne. Czytamy między innymi o tym, jak świat można pomierzyć kartą telefoniczną. O płaczącym słoniu ze Sri Lanki. O pewnym ekscentrycznym Australijczyku tworzącym swe alternatywne biografie. Poznamy szaleństwa pewnego Tunezyjczyka podczas księżycowej nocy, smak czarnej nienawiści pensjonariusza do swego białego opiekuna, sen o odnalezieniu własnego syna. Dowiemy się, jak nie ulec wpływom czarnoskórej Polki oraz co można zrobić z niemiłosiernie chrapiącym Hindusem. Mnogość historii opisywanych przez Grena ma jednocześnie ten sam mianownik – jest to na różne sposoby opisywana samotność, jakiej doświadczają wszyscy, którzy przebywali w schronisku. Dłużej i na krótko. Wielu bohaterów tej książki może się wydawać tak samo zmyślonymi jak historie, które opowiadają. Pewne jest jednak to, iż każdy z nich niesie w sobie bardzo intensywnie przeżywane jednostkowe rozczarowanie światem i sobą, które każe spoglądać na „Schronisko” jak na zbiór opowieści co najmniej gorzkich.
Gorzki jest Gren i słodki zarazem. Otwierające zbiorek opowiadanie, w którym bezdomni otrzymują ciastka to specyficzny i sporo mówiący o zawartości „Schroniska” prolog. Można bowiem zauważyć, że opowieści Grena kuszą tak samo jak ciastka. Dają odrobinę słodyczy w pozbawionej lukru rzeczywistości schroniska, w którym żyje się i umiera, ale w którym także doświadcza się nieopisanej tęsknoty za normalnym życiem, gdzie po ciastko można sięgnąć w dowolnej chwili.
Warto wspomnieć kilka imion, powiązać je z historiami. Nie można wobec nich pozostać obojętnym, bo to bardzo ludzkie dramaty i także ludzkie czarne komedie. Po prostu życie rozpisane na wiele dramatycznych ról. Jest Jean, który ucieka wciąż od swojej babci i pustki wokół. Jest doktor Bridel, który pewnego dnia upada. Mamy historię zdesperowanego Iwana proszącego w liście prezydenta Francji o finansowe wsparcie i Cyrila, którego nie zbawia harówka przy zmywaku, lecz poezja, jaką sam także tworzy. Jest Maria, chora na AIDS matka, która musi rozstać się ze swoimi dziećmi. Jest także Hazzan, nieszczęśliwie podobny do Osamy bin Ladena. To ludzie z krwi i kości, a ich opowieści przejmują także dlatego, iż stanowią zaledwie niewielki fragment tego, czym jest pełne upokorzeń i lęku trwanie na przekór okrutnemu życiu.
Gren nie jest okrutny, Gren jest prawdziwy. To świetny dokumentalista, wrażliwy słuchacz i niezły kronikarz wszystkiego tego, co usłyszy. Nie sposób przecież powiedzieć, że „Schronisko” zostało wymyślone. Nie sposób nie zauważyć, że jego autor stara się mówić za kogoś, ale i za tym kimś się schować. A takiej skromności polscy twórcy współcześni w większości raczej nie mają.
Wydawnictwo Czarne, 2011
Czym jest książka Chalida al-Chamisiego? Jedynie zbiorem rozmów z taksówkarzami, oczami i uszami wielomilionowego tygla kulturowego, którym jest stolica Egiptu, Kair? Dobrze skrojonym kompozycyjnie reportażem z kraju, w którym niedawno wybuchła rewolucja - efekt między innymi nakładania się na siebie problemów, jakie poruszają rozmówcy autora? A może to taka luźna opowieść drogi, rozbita na 58 głosów (tylu taksówkarzy jest przesłuchanych przez autora) słodko-gorzka historia codzienności Egiptu? Jak mówi jeden z tych, którzy ją tworzą, „kto się dowie, co i jak, ten się przestanie dziwić”. Kto przeczyta al-Chamisiego, przestanie się pewnym sprawom dziwić, a na Egipt i jego problemy spojrzy z szerszej perspektywy – poznając głównie historię tego kraju oraz to jak się w nim „urządził” prezydent Murabak, jak też „urządził” innych.
Autor swoje rozmowy z taksówkarzami nieco podrasował tak jak niektórzy z nich auta, którymi jeżdżą. Są to bowiem zapisy pozbawione chaosu przypadkowych rozmów prowadzonych przez przypadkowych ludzi. Al-Chamisi wsiada do taksówki, a jej kierowca wypowiada się o sobie, swoim życiu, swej rodzinie czy swym kraju w sposób nieco zadziwiający. Zastanawiać może także informacja tłumacza o tym, iż stara się on oddać wiernie język dialektów, język mało literacki, język codzienności. Choć nie do końca z takim językiem mamy tutaj do czynienia, nie powoduje to, iż „Taxi” się nie wierzy. Ta książka nie rości sobie chyba prawa do tego, by dawać świadectwo jakiejś prawdzie. Ma część tej prawdy ujawniać. I część prawdy o samym Egipcie tutaj poznajemy. Część choćby z tego względu, iż kairskich taksówek nie prowadzą kobiety i im głos nie zostaje oddany.
Wielu wypowiadających się taksówkarzy to ludzie wykończeni życiem, w którym nieustannie zmagają się z brakiem pieniędzy i możliwości rozwoju tak, jak ich auta zmagają się z upływem czasu i coraz mniej przypominają samochody mogące wozić po zakorkowanych ulicach pasażerów. Wielu z nich znalazło się w taksówce z przypadku. Są też i tacy, dla których wożenie ludzi po Kairze jest nie tyle sensem, co wyraźnym celem życia. Każdy z nich obwozi w swej taksówce bolączki, o jakich jest w stanie opowiadać wprost lub poprzez metafory. Tych drugich używa niejednokrotnie nieświadomie, ale to one dodają „Taxi” dodatkowego kolorytu. O czym mówią ci wszyscy rozczarowani życiem i sobą mężczyźni?
Opowiadają o Egipcie, który się wewnętrznie rozpada. O państwie, które czeka tylko to, co najgorsze, skoro rządzący nazywani są „władzą bez kolan i bez nóg”. To także kraj, w którym sami Egipcjanie nie są w stanie niczego zmienić. „Ludzie w tym kraju to taki rozwiany pył. Bez żadnej wartości”. Czy tak oceniani, mogą zmienić cokolwiek? „Taxi” jednak to opowieść niezwykle dynamiczna i takie też są zależności między władzą a egipskim ludem, które al-Chamisi próbuje opisać. Dwuznaczność sądów o Mubaraku miesza się z peanami na cześć poprzedniego prezydenta kraju, Anwara as-Sadata. Opinie o bierności Egipcjan wobec tego, co oferuje Mubarak, kontrastowane są z opowieściami inteligentnych graczy giełdowych czy innych kombinatorów, którzy próbują w różny sposób sprzeciwić się temu, co narzuca im władza prezydencka. A ostatnie wydarzenia w Egipcie pokazują iż to, czego wysłuchiwał przez pewien czas autor „Opowieści z kursów po Kairze”, to naprawdę wybuchowa mieszanka nastrojów i faktów z życia nad Nilem.
„Taxi” to także książka dowcipna i zbiór opowieści co najmniej zabawnych. Bo poza biedą, wycieńczeniem, zasypianiem za kierownicą ze zmęczenia, poza paleniem, złośliwością i biernością, al-Chamisi opisuje przede wszystkim taksówkarzy z poczuciem humoru oraz takich, z którymi po prostu warto wybrać się w kurs. Po co? Nie tylko by posłuchać o Egipcie i jego bolączkach. By poznać między innymi dom nawiedzony przez dżina, posłuchać o kobiecie przechodzącej w taksówce niesamowitą metamorfozę wyglądu, poznać niezwykłe wspomnienia kinomana i dowiedzieć się, w jaki sposób inteligentnie żebrać.
„Taxi” powstało w trasie i jest książką bez początku oraz bez końca. Zbiorem anegdot i kilku gorzkich prawd, ale przede wszystkim tętniącą życiem prozą, która zabierze do Egiptu, jakiego jeszcze nie znamy i na pewno nie poznamy np. podczas opłaconych wczasów w kurorcie nad Morzem Czerwonym.
Wydawnictwo Karakter, 2011 KUP KSIĄŻKĘ
Linus Reichlin napisał nietuzinkową powieść kryminalną. Oryginalne jest w niej ujęcie samej akcji jako pozornie nieuporządkowanych zdarzeń, które chwilami zupełnie do siebie nie pasują. Niezwykły jest sposób budowania napięcia. Intrygujące połączenie odkrywania zagadek śmierci z teoriami z dziedziny fizyki kwantowej dotyczącymi głównie… życia i istnienia. W końcu sam tytuł. „Tęsknota atomów do kompletności… To za jej sprawą powstało życie.” Książka Reichlina to mimo wszystko książka o życiu, nie o śmierci, chociaż między jednym a drugim granice chwilami są zupełnie niezauważalne. To opowieść o tym, jak śmierć można przezwyciężyć nawet wtedy, gdy nie można się z nią pogodzić. Wiecznie żywe atomy Reichlina za wszelką cenę chcą zwyciężyć z martwotą, bezruchem. Jego żywi bohaterowie, mniej lub bardziej utożsamiani z atomami przez samego autora, będą poznawać prawdę o życiu i o sobie.
Historia rozpoczyna się w Brugii. Tam też zbliżający się do emerytury inspektor Hannes Jensen poznaje ekscentrycznego Amerykanina Johna Rittera i jego specyficzne dzieci, dwójkę bliźniaków. Mężczyzna stara się przekonać policjanta, że ktoś grozi mu śmiercią. Jensen skupia się przede wszystkim na niezwykłych postaciach chłopców, ich ojca uznając za alkoholika i mitomana. Jakież będzie jego zdziwienie, kiedy Ritter umrze, jego dzieciom ktoś godzinę po śmierci ojca zamówi bilet lotniczy za ocean, patolog nie będzie w stanie określić przyczyny śmierci mężczyzny, a w chwili, gdy Jensen naprawdę zaangażuje się w tę sprawę i postanowi udać się w ślad za chłopcami Rittera, u progu jego mieszkania stanie niewidoma Annick O’Hara, by potem wraz z Jensenem poszukiwać opiekunki dzieci Rittera i rozwiązywać niezwykłe zagadki.
Reichlin świetnie stopniuje napięcie i potrafi zaskakiwać praktycznie na każdej stronie. Początkowo jest przewidywalny. Można bowiem być przekonanym, iż skoro policjant podejmuje się sprawy na pięć dni przed swą emeryturą, nie rozwiąże jej do tego czasu. Kiedy jednak okazuje się, iż ofiara prawdopodobnie nią nie jest, a cała sprawa ukrywa znacznie więcej niż się na początku wydaje, czytanie zamienia się w pasję odkrywania. Tajemnic Rittera i jego rzekomych synów. Ich opiekunki Esperanzy. Tego, co ukrywa niewidoma Annick i dlaczego tak bardzo za wszelką cenę chce odnaleźć ową Esperanzę.
Powieść ta podąża w dziwnym kierunku – od uporządkowania do coraz większego chaosu. Z tej przypadkowości zdarzeń tworzy się jednak nowy sens. Akcja przenosi nas wraz z emerytowanym belgijskim policjantem oraz tajemniczą piękną kobietą, która z niewiadomych przyczyn utraciła wzrok, najpierw do prowincjonalnego miasteczka w Arizonie, potem do Meksyku. Oboje doświadczą wiele razy tego, co tak naprawdę trudno opisać i co wydaje się niemożliwe do przeżycia. Oboje w trakcie tej specyficznej podróży będą – jak już wcześniej wskazałem - odkrywać prawdy o sobie samych. I przezwyciężać śmierć, dosłownie oraz w przenośni.
To, co jeszcze zasługuje na uwagę u Reichlina to oryginalny sposób portretowania swoich bohaterów. Niby wiemy o Jensenie i Annick sporo, ale tak naprawdę okazuje się, iż wiemy niewiele. Jensen przeżył śmierć swej matki i partnerki, samotnie próbuje zbudować sobie oazę spokoju i marzy o tym, by po odejściu na emeryturę podjąć się planowanego eksperymentu rozszczepiania elektronu. Annick doświadczyła śmierci męża i trudno jej się z nią pogodzić. Tych dwoje nie łączy nic innego poza doświadczeniem odchodzenia najbliższych. Co zatem spowoduje, iż wspólnie ruszą w ryzykowną wyprawę i podczas tej wyprawy staną się najbliżsi…sobie?
„Tęsknota atomów” to opowieść kryminalna wymykająca się próbom klasyfikacji gatunkowej. Reichlin otrzymał za nią nagrodę „Deutscher Krimipreis”. Wyróżnić tę książkę trzeba przede wszystkim dlatego, iż w niezwykły sposób łączy kilka teorii kwantowych z ludzkim losem i jego nieprzewidywalnością. Istotne jest, że ta historia sama w sobie jest nieprzewidywalna i do ostatniej strony nie możemy być pewni w niej niczego. A ja bardzo lubię książki, w których niczego nie można być pewnym.
Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2011
O czym traktuje najnowsza powieść jednego z ciekawszych współczesnych pisarzy polskich? O męskości. O jej kwestionowaniu. O istocie cierpienia i formach jego doświadczania. O tym, w jaki sposób dwie smutne męskie biografie mogą stworzyć uniwersalną biografię mężczyzny nieszczęśliwego. I o echu. Tym, które każe powtarzać w tytule nazwę wyspy, jaka wpłynie na losy bohaterów książki. Jeden z nich mówi do chorej, nieprzytomnej matki: „Wiesz, mamo, a może to jest tak, że to miejsce, ta wyspa działa na tych, którzy się tu urodzili, jak echo. Gdziekolwiek będziesz poza nią, zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet jeślibyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia”. Klimko-Dobrzaniecki opisuje ucieczki i powroty, a dwa przedstawione życiorysy łączą się z duńską wyspą, by jak echo powtarzać jej nazwę…
Pierwszego bohatera poznajemy w 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny. Horst Bartlik jest niemieckim nauczycielem biologii w prowincjonalnej szkole. W zasadzie to żaden mężczyzna tylko cień mężczyzny. Człowiek wręcz pielęgnujący w sobie uczucie życiowego niespełnienia. Formy jego buntu wobec świata są bardzo proste i w gruncie rzeczy infantylne – przelotny romans w pensjonacie „na złość” żonie, zgwałcenie tejże żony, splunięcie na portret Hitlera. Poznajemy Horsta jako człowieka słabego, nieudolnego, pozbawionego silnej woli. Jego psychika wyraźnie skontrastowana jest z silnym i niezależnym sąsiadem Brucknerem, zwolennikiem wojny i porządku. Horst jest nijaki i słaby, Bruckner to osobowość dominująca. Chociaż wspomniane relacje nie mają większego znaczenia dla zrozumienia tej powieści (niemniej istotna będzie symbolika dębu Horsta, który rozrasta się i wdziera do ogrodu Brucknera), warto o nich wspomnieć, bo drugiego swego przewodniego bohatera Klimko-Dobrzaniecki także ukaże w relacjach z innym mężczyzną.
To syn, który opowiada swoje życie przy łóżku chorej matki. Kobieta przez lata zamieniała jego życie w piekło. Nigdy go nie słuchała, a teraz jest do tego zmuszona, leżąc nieprzytomna. Czytamy spowiedź wstrząsającą i przerażającą. Opowieść o tym, jak nieczuła potrafi być matka, ile cierpienia przynosi mężczyźnie utrata kolejnych męskich (sic!) potomków, jak bardzo można zostać doświadczonym przez los. Po co tak bardzo skrzywdzony syn snuje swe życiowe historie u boku tej, która była dla niego tak okrutna? Dlaczego wrócił na Bornholm, siedzi teraz przy matce, nie jest w stanie od niej odejść tak, jak nie może przestać opowiadać o swych cierpieniach? W końcu – kim jest ona sama?
Istotne w jego historii są – sygnalizowane już – relacje z innym mężczyzną. Tym mężczyzną jest Ole, będący dla skrzywdzonego przez toksyczną matkę kimś na kształt dobrego ojca, który rozumie i gwarantuje bliskość. Znaczna część zwierzeń bohatera obejmuje perypetie związane z Olem, którego życie doświadczało równie mocno. Nie ma już Olego, nie ma Horsta, nie ma jego sąsiada i nie ma pozornie ścisłych związków między biografiami tworzącymi fabułę „Bornholm, Bornholm”. Czym zatem jest ta książka?
Autor „Rzeczy pierwszych” stworzył symboliczną opowieść o męskim cierpieniu i próbach jego zrozumienia. Opowieść, w jakiej kobiety krzywdzą, a mężczyźni cierpią. Historię, w której znaczący będzie pewien aparat fotograficzny, ponieważ kadry z życia mężczyzn Klimko-Dobrzanieckiego tworzą specyficzny kalejdoskopowy obraz. Obraz tego, co było i co wraca niczym odbite echo. Echo Bornholmu i echo tego, czego niemym świadkiem jest wyspa.
To także książka o zesłaniu i powrocie. Horst Bartlik trafia na Bornholm zesłany w wyniku wojskowej mobilizacji. Opowiadający matce swe życie na Bornholm wraca. Tak musiało i musi być. Co się za tym kryje? Hubert Klimko-Dobrzaniecki tym razem zaskakuje wieloznacznością swojej prozy. Ona nie wydaje się tak mocno wyrastać z osobistych doświadczeń autora jak choćby „Kołysanka dla wisielca” czy „Wariat”. O kim jednak i jak opowiada autor? Na to oraz wiele innych pytań nie znajdzie się prostej odpowiedzi.
Wydawnictwo Znak, 2011