2012-04-15

"Anomalie" Grzegorz Krzymianowski

Ponieważ minąłem się jakoś z debiutancką powieścią Grzegorza Krzymianowskiego, niniejsze omówienie nie będzie miało charakteru analizy porównawczej. Mogę natomiast napisać, że „Anomalie” to proza mocna, dojrzała, chwilami może nazbyt kwieciście zdobiona słownymi ornamentami, ale na pewno bardzo przekonująca i odważna.

Rzecz traktuje o zazdrości w związku. O rojeniach zazdrosnego umysłu. O tym, jak wiele wspólnie przeżytych lat może zamieniać się w ruinę i o uczuciach, które nie tyle wygasają, co zmieniają się; nie dają ani radości, ani spokoju ducha. Narracja prowadzona jest z jego punktu widzenia. To on w pierwszej scenie przygląda się swojej Annie z tyłu, kiedy kobieta stoi przy oknie i nie jest świadoma tego, co niesie jego wzrok. Ten obrazek z introdukcji jest bardzo wyraźny i świetnie obrazuje to, o czym przeczytamy później. Ona, obiekt coraz bardziej toksycznej zazdrości, nie rozumie zachowań swego partnera i stara się je ignorować. Tymczasem jego wzrok za jej plecami znajduje się ustawicznie. Ten wzrok jednak daje możliwość przyglądania się iluzjom, a nie prawdzie. Tanie romansidło z ckliwą dedykacją znalezione przypadkiem w szufladzie. Kondom w przetrząsanej pospiesznie torebce Anny. Niejasna znajomość z awangardowym reżyserem. To poszlaki w jego śledztwie na temat niewierności swej kobiety. Stygmaty drogi do piekła, albowiem nie jest możliwe wyjście poza wszelkie negatywne emocje, które zaczynają się gromadzić w nim, mężczyźnie zdradzonym.

Jako mężczyzna bohater „Anomalii” jest „istotą zasadniczo osadzoną w milczeniu”. Ważne jest także, iż nie ma imienia tak, jak jego partnerka. Jest więc Mężczyzną – Każdym, a może i Nikim jednocześnie, jest postacią wyłaniającą się z mgły wspomnień, rojeń i wszechogarniającej podejrzliwości. Obserwujemy destrukcję uporządkowanego świata emocji u pragmatycznego i zdyscyplinowanego myślowo informatyka. Odbywa się ona w kilku etapach. Ostatecznie ogrom nieszczęścia, jaki przytłoczy mężczyznę, będzie już nie do zniesienia. Podobnie nie do zniesienia stanie się związek, w którym od sześciu lat nie pojawiła się dyskusja na temat ślubu, posiadania dzieci czy nabycia domu. On, rzekomo oszukany i zdradzony, dostrzega wyraźnie, iż jego związek z Anną nie ma żadnego trwałego fundamentu, a minione lata jego gorąca zazdrość spala na popiół wspomnień bez wartości.

Bohater „Anomalii” nie stara się dociekać, dlaczego w jego zainfekowanym zazdrością umyśle rodzą się takie, a nie inne wizje. Unika kontaktu z Anną, a problemy zawsze odchodzą w milczeniu, bez dyskusji, bez wymiany poglądów, bez rozumienia i wybaczania. To mężczyzna obsesyjnie skupiony na sobie i swoim doświadczaniu rzeczywistości. Tymczasem sam wie, że egocentryzm to pułapka. „Ja, mnie, moje – jakże bywam zmęczony tym nadmiarem siebie. (…) Tymczasem „ja” to tylko kolejne kłamstwo, z którym układamy się na co dzień, które przyswajamy, żeby scalać kolejne dni i w ten sposób uchronić się przed rozpadem”. W prozie Krzymianowskiego mamy do czynienia z rozpadem związków (przyjaciele Anny i bohatera rozstają się, z różnych powodów i z różnym stażem) oraz rozpadem osobowości tego, którego osobowość tworzyły do niedawna uporządkowane i trzymane na wodzy emocje. Wszystko zdaje się wskazywać na to, iż droga myślenia zdradzonego mężczyzny jest równią pochyłą i przejawem aktu autodestrukcji, który wykonuje się na sobie za karę. Czy sześć lat życia z Anną faktycznie było dla niego karą?

Jak obecnie wygląda ich życie? „(…) Znajduje się w stanie wegetatywnym, wystudzone, na pograniczu klinicznej śmierci, niemal zmineralizowane. Ich świat uwiązł w muzealnej ciszy”. Ich wynajmowane mieszkanie to przestrzeń lodowata. Przestrzeń rozwijającej się złości, frustracji oraz niedopowiedzeń. Anna jest zmęczona takim życiem. Leży obok swego partnera w łóżku i tak jak on jest leżącym wykrzyknikiem. Nie chce już rozmów, chociaż tak naprawdę nigdy ich nie było. Nie wierzy już temu, któremu wierzyła latami. On przecież też tak naprawdę nie chce chyba Anny takiej, jaką jest teraz, bowiem projektuje sobie kobietę idealną, wpycha tę postać w gorset przewidzianych przez niego zachowań, nawet nazywa ją własnym imieniem. Tymczasem Anna, kobieta nieidealna, lecz prawdziwa, z krwi i kości, kochana przecież i jedyna, jest już czymś na kształt wspomnienia, a cielesna powłoka leżąca obok w łóżku tylko potwierdza wszechogarniającą obcość między nią a jej partnerem.

To książka o mrocznych uczuciach, które prędzej czy później muszą iść w parze z miłością. Opowiada o destrukcyjnej roli zazdrości, która karmiąc się tylko niepewnymi poszlakami i szalejącą wyobraźnią, tworzy jakby rzeczywistości alternatywne, gdzie rozwijają się krzywdy rzekomo już zadane. To także wiarygodny, psychologiczny portret mężczyzny, który pewnego dnia przestaje ufać samemu sobie, chcąc jednocześnie całą tę nieufność przerzucić na osobę partnerki.

„Anomalie” to zazdrość i gniew, które zakłócają normalny bieg spraw. Jaka miałaby być ta normalność? Sakrament ślubny, wychowywanie dziecka, budowanie domu? Jaka jest gwarancja, że to wszystko nie pozwoliłoby dojść zazdrości do głosu? Żadna. Krzymianowski daje swoim bohaterom szanse, ale jednocześnie pokazuje, że z mrocznej drogi, na której oboje się znaleźli, nie sposób już zejść…

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012

2012-04-13

"Droga do Tarvisio" Grzegorz Kozera


PATRONAT MEDIALNY

Książka Grzegorza Kozery wkurzy Cię do żywego! Autor ośmiesza polskość, a może raczej polaczkowatość, drwi sobie z Niemców i Austriaków, najchętniej dołączyłby do mścicieli mordujących tych, którzy kiedyś zabijali Żydów i uważa, że wszystko wie najlepiej. „Droga do Tarvisio” to bardzo przewrotna opowieść. Kiedy pomyślisz, że nóż Ci się w kieszeni otwiera, gdy to czytasz; że najchętniej łupnąłbyś czymś autora; że to książka chwilami prostacka (mistyczny kontakt ze Sztuką wyrażony jest w zdaniu „kurwa, ja pierdolę”); że nie zniesiesz już egocentrycznych wywodów hipochondryka i jeszcze gorszej wersji Adasia Miauczyńskiego, uważaj. Dałeś się wywieść w pole i nie czytasz Kozery między wierszami. Otrzymujemy przecież doskonale zlepioną z polskich lęków, fobii, kompleksów i smutków prawdziwą, bolesną i uczciwie napisaną książkę o tym, że nie można kochać tylko siebie, nie można żyć jedynie z samym sobą i niemożliwe jest, by być szczęśliwym, skoro nie rozumie się pełni tego szczęścia i wciąż natrętnie przywołuje w myślach kobietę swego życia, która nadaje szczęściu sens.

W życiu narratora nie tak miało być, jak się stało. Oj, nie tak. Przeżył liczne, burzliwe związki z kobietami i kiedy po pięciu latach kolejnego zorientował się, że to chyba ta jedyna i wymarzona, obiekt jego autentycznych westchnień mówi mu, że to koniec. Chyba tak naprawdę nigdy nie było początku u boku Matyldy, ale bohater „Drogi do Tarvisio” uważa, że kończy się jego świat. Jedynym możliwym posunięciem jest samotna podróż przez Europę. Ta, która miała odbyć się z Mat u jego boku, odbywa się natomiast przede wszystkim z jej duchem i złudnym spojrzeniem, które nie chce zniknąć z lusterka, gdzie widać mijaną właśnie drogę.

Podróżowanie jest dla bohatera poznawaniem samego siebie. Swoich mrocznych myśli, z którymi nie powinien się z nikim dzielić, bo są niepoprawne politycznie i w każdy inny sposób także. Tymczasem my, czytelnicy, musimy znieść go za kierownicą i poczytać o tym, o czym roi sobie podczas samotnej podróży w głąb samego siebie. Ani dla niego, ani dla nas nie będzie to podróż lekka i przyjemna. Ważny będzie jej koniec, ale i to, co rozgrywa się w międzyczasie, po drodze. Kozera tworzy prozę mglistą, niejednoznaczną i niełatwą do sklasyfikowania, ale przede wszystkim opowiada o świecie w taki sposób, że trudno doprawdy pojąć, czy mamy tego świata żałować, czy też rozczulić się nad tym, który o nim opowiada.

Wstyd mu za to, że jest Polakiem. Gdy widzi na krakowskich ulicach fantasmagoryczny pochód udręczonych żołnierzy. Gdy na czeskiej autostradzie spotyka się z szalonymi pielgrzymami, którzy podążają do Rzymu na uroczystość beatyfikacji Jana Pawła II, wprawiając w osłupienie stróżów prawa kraju bez Boga, gdzie wszyscy mają wiedzieć, że rozmodlone, rozśpiewane i oplakatowane towarzystwo to Polacy, a Polska jest tam, gdzie oni sami się znajdują. Kiedy jeszcze mu wstyd? Gdy polska wycieczka w Wiedniu orientuje się, iż jest Polakiem i go przegania, bo to oni zapłacili przewodnikowi i nikt inny słuchać go nie będzie. Kiedy w Tarvisio słyszy utyskiwania Jadzi, że się obkupić nie mogła, a potem złowrogi warkot jej partnera, kiedy orientuje się, że obok stoi i słucha ich rozmowy inny Polak.

Wstyd to jednak nic wielkiego, gorsza jest zawiść i nienawiść. A nasz samotny podróżnik nienawidzi przede wszystkim Niemców. „Za Hitlera, szwargoczący język, bekanie przy stole, wrzaski i rżenie w miejscach publicznych, za to, że przegrali wojnę, lecz naprawdę ją wygrali i są najbogatszym państwem Europy”. Dostaje się też Austriakom za nieskazitelnie czyste toalety i brudne sumienia, które pozwalają im na to, by przez lata przymykać oczy na Fritzlów i jemu podobnych. Miejscami, gdzie narrator czuje się w miarę komfortowo są Praga i Padwa. Ta pierwsza dokładnie zaplanowana na trasie wycieczki, oczekiwana i wytęskniona. Ta druga pojawia się w planach całkiem przypadkowo albo może tylko odnosimy takie wrażenie. Przecież to ma być tytułowa droga do Tarvisio, a nie do Padwy. Okazuje się, że naprawdę niewiele możemy przewidzieć, czytając Grzegorza Kozerę, ale to przede wszystkim największy atut jego prozy.

Bo przecież sentymentalne wędrówki po Pradze, ciepłe wspomnienia Mat, wrażliwość na piękno obrazów w wiedeńskiej galerii czy świadectwa tego, że mamy do czynienia z bardzo czułym i zranionym facetem w innym jednak świetle stawiają nam głównego bohatera. Kim jest naprawdę? Co sam sobie chce udowodnić? I jaki naprawdę sens ma jego podróż w pojedynkę, z duchem ukochanej na tylnym siedzeniu? Myślę, że „Droga do Tarvisio” to specyficzna, literacka gra. Książka, podczas czytania której można zgubić trop. Opowieść zaskakująca do ostatniej strony i książka mało pokorna – zarówno wobec swego autora, jak i jego czytelników.

Wydawnictwo Dobra Literatura, 2012

2012-04-11

"Cholerna niepodległość" Piotr Wierzbicki

Esej Piotra Wierzbickiego traktuje o kwestiach obecnie mało popularnych i spychanych w naszej świadomości do dramatycznego rozdzierania szat w przeszłości, do mętnego mesjanizmu i do wiecznej walki o coś, czego tak naprawdę nie doceniamy. Wierzbicki pisze o niepodległości – tej, którą mamy oraz o tej, za którą trzeba było walczyć. Zwraca także uwagę na to, iż słowo „niepodległość” może obecnie zmieniać znaczenie, wszak jesteśmy krajem w Unii Europejskiej, a w opinii wielu – także wykształconych ludzi – Unia może nam tę niepodległość ograniczać. Czy rozumiemy, czym ona jest naprawdę? Jak wielu ludzi na przestrzeni wieków zrobiło coś, by niepodległości bronić? Ilu współczesnych Polaków naprawdę odczuwa potrzebę życia w państwie suwerennym i niepodległym? I jak do tego wszystkiego ma się coraz bardziej zdewaluowane dzisiaj pojęcie patriotyzmu?

Wierzbicki w swych rozważaniach nawiązuje do Fernanda Hayeka, Maurycego Mochnackiego czy Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Najwięcej miejsca - cytatów – poświęca jednak Jerzemu Łojkowi, piszącemu o tym, jak kształtowała się nasza niepodległość oraz czym w istocie była i jest. Była problematyczna, jest trudna do zdefiniowania. W XVIII i XIX wieku wciąż się ją oddawało i za nią walczyło. W tle znajdował się mroczny duch Targowicy, potem powstanie listopadowe i styczniowe. Ostatecznie w latach 1795 – 1918 dźwigano wciąż dzielnie na wątłych polskich barkach tę niepodległość trudną, męczącą, uciekającą jakby od nas. Także Mochnacki wspomina o specyficznym dźwiganiu się. Wciąż z niepodległością klęczeliśmy na kolanach, stale chcieliśmy się z nią podnieść. Jednak to nikła mniejszość społeczeństwa zasłużyła się tym, iż jesteśmy wreszcie krajem w pełni niepodległym. Dlaczego przyznajemy się do czegoś, co wywalczono za nas? Dlaczego też pewne osiągnięcia negujemy? I czy statystyczny Jan Kowalski, współczesny Polak w Unii Europejskiej, rozumie powody znalezienia się we wspólnocie i fakt, iż niczego Europie nie musimy oddawać, by zgodnie w niej z innymi krajami koegzystować?

Dzisiaj mamy do wyboru dwa modele patriotyzmu. „Jest bowiem patriotyzm – i patriotyzm. Pierwszy tradycyjny, siermiężny, obciachowy, reprezentowany przez ubogie staruszki ze wsi oraz małych miast – drugi trendy, luksusowy, wyznawany przez młodych, wykształconych, na poziomie. Ten pierwszy hołduje stereotypom, a także zapiekłej ksenofobii – ten drugi idzie z duchem czasu”. Czy aby na pewno została nam tylko taka alternatywa? Wierzbicki wskazuje wyraźne związki patriotyzmu z niepodległością i stara się wskazać, jak na siebie wzajemnie oddziałują. Czy patriotyzm to cecha nabyta? Czy dobrze rozumiemy, kim jest patriota? Czy do wspomnianych modeli nie można już niczego dodać, uzupełnić? Jesteśmy krajem na dorobku. Wierzbicki ostrzega, że nie rozumiemy, czym są filary współczesnej niepodległości. A to przecież finanse i gospodarka danego kraju, jego przedsiębiorczość i praca obywateli. Ta praca, która w Polsce nie jest gloryfikowana. Praca męczy i nuży, od nadmiaru pracy się ucieka. Tymczasem tylko dzięki niej rozwinięte kraje świata rozwijają się dalej, a ich niepodległość to nieustające staranie o to, żeby było lepiej. A w Polsce nigdy lepiej nie było, choć każdy tak bardzo tego chciał. Naprawdę chciał?

Polska niepodległość idzie w parze od wielu wieków ze specyficznym duchem poddawania się silniejszym. Nie lubimy im podskakiwać, ale nie lubimy też zależności od nich. W Unii Europejskiej zależności nie są niczym złym, bo tworzą coś konstruktywnego – dla kontynentu i poszczególnych jego państw. Polsce nie chce się być zależną, a jednocześnie pojawiają się głosy, że dobrze byłoby stać się niemieckim satelitą, czymś na kształt stanu lub landu europejskiego, bo to przecież wygodne i nie trzeba znowu walczyć o swoje. Naprawdę? Czy polskość to ma być wieczna walka, rozpychanie się łokciami i kładzenie uszu po sobie, kiedy widać, że obok stoi silniejszy? Skąd problem w zdefiniowaniu, czym jest niepodległość kraju, który chyba do końca nie potrafi być niepodległy?

Co nam zagraża we współczesnym świecie, w świecie wspólnej Europy? „(…) Krajowy konglomerat snobizmów, kompleksów, ignorancji, wielkopańskich roszczeń parweniusza, przechowywanych gdzieś głęboko w genach odruchów bicia czołem przed sąsiedzką potęgą i zapewne też apetytów na faktyczne czy też wyimaginowane korzyści związane z triumfem integracji”. Nihil novi – przecież to widać, słychać i często czuć. Wierzbicki porusza czułe struny i głównie stawia pytania, nie odpowiada. „Cholerna niepodległość” to kilka ważnych tez człowieka, dla którego pojęcia, o jakich pisze, są ważne i potrzebne. Myślę, że potrzebna jest w przestrzeni publicznej dyskusja nad tym esejem i chociaż nie do końca zgadzam się ze wszystkim, o czym pisze autor (nie jestem zwolennikiem udziału polskich żołnierzy w zagranicznych misjach), uważam, iż jest to mała książka o wielkich sprawach i że wciąż na temat niepodległości, którą się cieszymy, nie powiedziano ostatniego słowa. W powyższym omówieniu – jak w książce – dominują pytania. Które z nich są retoryczne, a na które wciąż nie znamy pełnej odpowiedzi?


Wydawnictwo Sic!, 2012

2012-04-10

"Ojciec.prl" Wojciech Staszewski

Debiut prozatorski Wojciecha Staszewskiego udowadnia, że wielu z nas może w dowolnym momencie naszego życia stać się dobrymi literatami, jeśli tematem twórczości stanie się ktoś z najbliższej rodziny, wokół kogo koncentrować się będzie opowieść o własnym dorastaniu, dojrzewaniu do samego siebie. Polska literatura współczesna często przeraża i zasmuca, prezentując wizerunki opresyjnych rodziców. Takie książki jak „Zmarzlina” Tomasza Białkowskiego o matce, której nie można kochać czy też „Gnój” Wojciecha Kuczoka bądź „Kato-tata” Halszki Opfer o widmach okrutnych ojców, których wspomnienie wiąże ze swym dzieckiem na zawsze, zostawiają w pamięci trwały ślad i są bardziej dokumentami niż książkami beletrystycznymi. W opowieści Wojciecha Staszewskiego – drugiej ciekawej wydanej w tym roku historii o ojcu po „Manekinach” Karola Maliszewskiego – mamy do czynienia w gruncie rzeczy z bardzo ciepłą i sentymentalną narracją, chociaż jest w niej i bunt, i rozczarowanie, i żal trudny do opisania, i jeszcze wiele innych, niełatwych do wyrażenia emocji.

O ile Maliszewskiemu chodziło bardziej o to, by metaforycznie pochować ojca w sobie, o tyle Staszewski w trudnej przecież opowieści o dorastaniu i uczestniczeniu w degradacji fizycznej i duchowej swego taty, opowiada przede wszystkim o tym, jak dobrze tatę mieć. Tak, tatę – choć w tej prozie słowo „ojciec” wydaje się niemożliwe do zastąpienia przez inne. „Ojciec.prl” to chwilami tragikomiczna, momentami bardzo wzruszająca, ale przede wszystkim niesamowicie osobista i ciepła historia o tym, że kiedy syn staje się ojcem dla własnego taty, życie zmusza go do przemyśleń o tym, jak żył i czy ich wzajemne relacje położyły się cieniem na dorosłości i dojrzałości samego piszącego.

Jaki jest ojciec Staszewskiego teraz? „Przetrwał śmierć żony, zawalenie się komuny, swój udar mózgu. Teraz powłóczy lewą nogą, odlewa się do wanny, bełkoce na każdy temat tak samo i żyje Bydgoszczą lat pięćdziesiątych XX wieku. Cała biblioteczka książek skurczyła się do afazji podszytej demencją. Do tego coraz słabiej kontroluje higienę, śmierdzi starością i PRL-em”. Niezbyt zachęcające do dalszej lektury, prawda? Ale przecież wychodzi z tego wstępu opowieść o wierności, miłości, przywiązaniu i szacunku, która w gruncie rzeczy jest świadectwem bliskości, jaką może trudno jest opisać, ale która zawsze była i będzie.

Snując opowieści o tym, jaki ojciec był kiedyś, Staszewski stara się przede wszystkim ukazać, co wpłynęło na fakt, że dzisiaj jest takim, a nie innym człowiekiem. Jego dorastanie to jednocześnie starzenie się ojca. Z czasem następuje zamiana ról. Ojciec staje się nieporadnym dzieckiem, a jego syn musi wziąć na siebie odpowiedzialność za mężczyznę, którego wiek męski jest już odległą przeszłością. Staszewski przeżywa jednocześnie dwa upadki – upadek socjalizmu i upadek ojca. Zmagając się z dylematami moralnymi, dorastając w mrocznym PRLu, o którym przecież tak barwnie pisze, Staszewski staje nie tylko wobec zagadki własnego życia, ale także tajemnicy skomplikowanej relacji z ojcem, o której po latach dość trudno jest pisać.

„Mam do ojca żal. Że nie opowiedział mi rycerskiego eposu rodzinnego, kiedy ja miałem czternaście lat. Że nie pozwolił mi być z siebie dumnym. Że dorastałem jak półsierota po umarłej matce i zabitej Polsce”. To kwestie, które w przeżywaniu Staszewskiego są męczące i wymagają pewnej formy terapii. Terapią jest ta książka. Barwna opowieść o szarym PRLu i nasycona ciepłymi uczuciami historia o człowieku, którego nie łamał system, ale złamała choroba i przez to nie będzie już można porozmawiać z nim o tym, na co wcześniej zabrakło czasu.

Jest i nieco grozy w tej książce, bo przecież Staszewski opowiada o różnego rodzaju uciekaniu od śmierci. Tej prawdziwej, która dosięga jego matkę zdecydowanie za wcześnie i tej symbolicznej, idealistycznej, śmierci wiary w to, co kiedyś dawało siłę. Myślę, że ta narracja jest bardzo osobistą próbą powiedzenia tego, co nigdy już nie zostanie powiedziane między ojcem, który żył PRLem i synem, dla którego PL jest już czymś innym, nowym, lepszym. Jemu daje możliwości, ale ojcu dać już nie może. W tym rozumieniu „Ojciec.prl” to opowieść o trudach odnajdywania się we właściwym czasie i we właściwym miejscu.

Lubię takie książki, bo choć chwilami są gorzkie i smutne, dają nadzieję na to, iż można w zgorzknieniu i smutku pisać pięknie o tym, co piękne było. Bo PRL wcale nie był takim koszmarem, kiedy miało się u boku ojca. Ojca, który może nie spełnił wszystkich pokładanych w nim nadziei, ale i człowieka, którego pomimo tego się kocha, szanuje i ceni. Staszewski napisał dość przewrotną autobiografię, ale centrum swej powieści nie uczynił autorskiego „ja”, tylko „ja”, które realizowało się i dojrzewało dzięki ojcu, PRLowi i niezwykłej umiejętności doceniania tego, co się ma. Bo choć nie da się już porozmawiać ze swoim staruszkiem o wielu pomijanych latami kwestiach, można jednak opowiedzieć o nim tak, jakby opowiadało się o samym sobie. O człowieku, który umie docenić zdobytą od taty wiedzę, doświadczenie i pokornie znosi upływ czasu, którego przecież nie da się zatrzymać.

Wydawnictwo Agora, 2012

2012-04-06

"Ameksyka. Wojna wzdłuż granicy" Ed Vulliamy

Przejmująca jest groza reportażu Eda Vulliamy. To książka drogi w drodze powstała. Autor przemierzył ponad 3000 km amerykańsko – meksykańskiej granicy, by pograniczu temu nadać swą własną nazwę – Ameksyka. Co to za obszar? „Pogranicze to kraina paradoksów: perspektyw i biedy, obietnicy i rozpaczy, miłości i przemocy, piękna i strachu, seksu i religii, znoju i życia codziennego. Sama granica stanowi dychotomię, jest nieszczelna, a zarazem dla wielu nieprzekraczalna”. Vulliamy pokazuje bezmiar okrucieństwa i niesprawiedliwości, jaka ma miejsce tam, gdzie ludzi od siebie oddziela nieprzystępna, choć piękna pustynia i tam, gdzie Stany Zjednoczone i Meksyk, które przecież tak wiele dzieli, przytulają się do siebie przy granicy jak ma to miejsce choćby z Tijuaną i San Diego oraz El Paso i Ciudad Juáres, najbardziej chyba przerażającym miastem na trasie tej wędrówki. Vulliamy, gdy trzeba, wskazuje winnych. Częściej jednak pyta o przyczyny wielu tragedii i niewinnie wylanej na pustynnej granicy krwi. Jednocześnie stanowczo i wnikliwie analizuje ciemne strony zależności, w jakie od wieków uwikłane są USA i Meksyk i poprzez które na ich granicach dzieje się tak wiele zła.

Reportaż otwiera brutalny widok okaleczonego wisielca w Ciudad Juáres. Oddzielone Rio Grande od bogatego i bezpiecznego El Paso, jest Juáres swoistym piekłem na ziemi, w którym przemoc to coś normalnego, zabójstwa stają się powszechnością, a codzienne życie naznaczają wpływy karteli narkotykowych, którym podporządkowane jest w mieście wszystko. Chociaż autor rozpoczyna podróż od Tijuany, to właśnie w Juáres zadaje najwięcej pytań o to, dlaczego pogranicze spływa krwią i czy potężny poziom meksykańskiej korupcji jest w stanie zapewnić swoim obywatelom chociaż namiastkę poczucia bezpieczeństwa.


Vulliamy opisuje drogi, jakimi podążają narkotyki z południa na północ i wskazuje ich destrukcyjny wpływ nie tylko na meksykańskie społeczeństwo. Amerykańskie rynki zbytu twardych narkotyków powodują, że praktycznie codziennie ginie kilku mieszkańców Meksyku tylko po to, by celebryta w USA uprzyjemnił sobie dzień, wdychając lub wstrzykując trujące substancje. Od Tijuany po Matamoros przy Zatoce Meksykańskiej – wszędzie kwitnie handel narkotykami, dla których życie są w stanie oddać setki ludzi, mając złudną nadzieję siły, potęgi i wpływu, jakie osiągają dzięki toksycznym substancjom.


W oczach autora cały północny Meksyk jest toksyczny. Kolejno wybierane władze nie robią nic, by ukrócić działalność zwalczających się karteli narkotykowych. Życie w Meksyku to pasmo zdarzeń z niewiadomym zakończeniem. Trudno powiedzieć, który dzień wyjścia do pracy za psie pieniądze, będzie ostatnim dniem życia. Dlatego też Meksykanie wybierają często życie po drugiej stronie granicy. Vulliamy bardzo szczegółowo dokumentuje, w jaki sposób odbywa się przemyt ludzi do USA. Jak wielu z nich, unikając granic położonych przy siedliskach ludzkich, ginie na palącej pustyni, która bywa bardziej bezlitosna niż niejeden boss narkotykowy. Ogromna desperacja uciekinierów zmusza ich do czynów wręcz niewyobrażalnych, ale czy po drugiej stronie pustynnego muru naprawdę żyje im się lepiej i godniej?


„Ameksyka” wieloaspektowo opisuje niewolniczą pracę w fabrykach maquiladoras tuż przy granicy. Wytwarza się tam surowce na amerykański rynek zbytu i są to miejsca, gdzie godność i niezależność można schować do kieszeni przy podbijaniu karty pracy podczas wejścia. To robotnice tych zakładów były masowo uprowadzane i gwałcone w Ciudad Juáres. Z problemem kobietobójstwa nikt nigdy sobie nie poradził, bo tak naprawdę nikt nie chciał rozwiązania tej kwestii. Dlaczego setki młodych, atrakcyjnych dziewcząt kończyło w rowach, z pociętymi ciałami i widocznymi znakami stosowania aktów przemocy? To taki triumf chorej meksykańskiej męskości. Kobieta ma znaczyć tyle, ile jest warta „w użyciu”. Pracujące, zarabiające i próbujące się uniezależniać od mężów – tyranów kobiety same proszą się o to, by je wykorzystać i zabić.


O zabijaniu w „Ameksyce” pisze się bardzo wiele. To reportaż, w którym poznajemy wstrząsające opowieści tych, dla których śmierć jest czymś normalnym. To Cristina Palacios – matka, która urodziła bandytów. To El Pozolero, który rozpuszcza ciała zabitych w ługu lub kwasie. To doktor Muñoz przeprowadzający sekcje zwłok, których efekty ignorowane są przez nieudolne władze meksykańskie. W zalewie krwi i przemocy pojawiają się także jasne postacie, jak wielebny Hoover, który uratował wielu pollos, czyli kurczaków, uciekinierów przez pustynię i dobrze zna teren, na którym często dogorywają, nie mając nawet kiedy ucieszyć się amerykańską wolnością. To także Jose Antonio Galván, opiekun wyrzutków i upośledzonych, ludzkich śmieci nic nie znaczących dla meksykańskiego społeczeństwa.


Śmierć w Meksyku traktowana jest nieco inaczej niż w innych zakątkach świata. Czasami umrzeć to brzmi dumnie. Ma to związek z wszechobecnym – choć tłumionym - kultem Najświętszej Śmierci. Kapliczki Santísima Muerte teraz likwidowane, kiedyś zdobiły często meksykańskie zakątki. Obecność w mentalności mieszkańców Meksyku „patronki płatnych zabójców” – jak nazwał ją kiedyś Artur Domosławski – zmusza do innego patrzenia na to, o czym pisze w „Ameksyce” Vulliamy. „Symbolika wizerunku Santísima Muerte nie jest przypadkowa. W mistycznym katolicyzmie postać Antychrysta – szatana w przebraniu Mesjasza – jest bardziej przerażająca niż sam diabeł, właśnie ze względu na swoją oszukańczą naturę”. Gdy śmierć staje się honorem, o krok już od bestialstwa, które taką śmierć „ubarwia”. A krew leje się w Meksyku obfitymi strumieniami i naprawdę trudno orzec, czy to tylko kwestia korupcji, fascynacji narkotykami czy biedy. Jaka część krwawego terroru jest niejako wpisana w genach mieszkańców tego kraju?


To nie jest stronniczy reportaż, jednak bardzo antyamerykański w swej wymowie i poszukujący prawdy nie tylko w miejscu, gdzie stawia się kolejny kilometr granicznego muru, a do ludzi na pustyni strzela się bez cienia emocji. „Ameksyka” to dobra lektura zmuszająca do rozważań na temat tego, czym jest wolność i czy marząc o niej, trzeba zstępować z drogi właściwego postępowania.


tłum. Janusz Ochab
Wydawnictwo Czarne, 2012

2012-04-02

"Soweto - my love" Wojciech Albiński

Najnowsza książka Wojciecha Albińskiego – nie tego od „Przekąsek – Zakąsek” - głęboko osadzona jest w problematyce społecznej RPA i wraca do zdarzeń, które w czasach apartheidu miały znaczenie kluczowe tak dla białych, jak i czarnych. Piętnaście miniatur literackich zebranych w tej publikacji to wyraźny głos przeciw klasyfikacji społeczności południa kontynentu w zależności od koloru skóry. To zatem literatura, która ma wyraźny rys dokumentalny. Chociaż dotknięte przez Albińskiego problemy wciąż rozbijają się między bielą i czernią skóry, nie jest to książka czarno – biała w swej wymowie. Tytułowe opowiadanie odnosi się do białego mężczyzny, który pragnie w Soweto – mieście czarnych – odwiedzić swą zuluską ukochaną. Dla Martina nie ma granic, chociaż musi je przecież przekraczać. Jak ma zbliżyć się do kobiety, o której marzy, skoro obowiązuje zakaz mieszania ras i o żadnych zbliżeniach – tych seksualnych i nie tylko – wolno jedynie marzyć? Martin gardzi swym rodowym bogactwem białego, które zbudowane zostało na wyłudzeniach i fałszerstwie. Czarna strona Johannesburga jednak nie chce przyjąć białego buntownika, o czym świadczy atak Tsotsie na Martina.

Tak oto w jednym z ważniejszych opowiadań Wojciech Albiński pokazuje, jak trudno opowiedzieć się po jednej ze stron, jak niezwykle nikła jest granica porozumienia między białymi i czarnymi oraz wskazuje, iż nawet wielka miłość nie jest w stanie tych granic zniszczyć. Biali w RPA uważają się za właściwe osoby na właściwym miejscu, ponieważ podejmują się jakichś czytelnych ról. Zakonnica, bohaterka opowiadania „Siostry Świętej Doktoryny”, uzasadnia racje białego człowieka do praw i poszanowania, włączając w nie pogląd utylitarystyczny. „Tu każdy wykonuje jakiś zawód. Takie wrażenie można odnieść, jeśli widzi się tylko białych… Jeden jest urzędnikiem w banku, bywają księgowi, zdarzają się lekarze i hodowcy… Co innego czarni, oni tu po prostu mieszkają! Są. Bez zawodu, zadania, usprawiedliwienia”. Czarnym nie wolno po prostu być w ich naturalnym świecie, który biali kiedyś podbijali? To jeden z wielu absurdów, jakie wyzierają z opowiadań Albińskiego. W nich toczy się wciąż wojna między rasami; sięga daleko głębiej, porusza kwestie nie tylko etniczne, ale i egzystencjalne. Albiński używa symboliki oszczędnie, jego teksty bliższe są realistycznym obrazkom rodzajowym z ulic Johannesburga rodem, ale tak naprawdę doskonale wiemy o tym, że każdy z tych krótkich tekstów mówi jeszcze coś więcej niż to, co można zeń wyczytać.


Autor sięga do przeszłości, chociaż bodaj tylko w jednym opowiadaniu pojawia się widoczna data – 1963. Wówczas w Pretorii odbywa się proces trzech czarnoskórych komunistów. Do jego rozstrzygnięcia konieczne jest zdanie kogoś z zewnątrz. Tym kimś jest Polak, ojciec Izydor, profesor teologii we Fryburgu. To on ma rozstrzygnąć o ich winie i wydać wyrok w sprawie precedensowej. Co zrobi? Postąpi zgodnie z własnym sumieniem. Tak jak postępują w większości wszyscy bohaterowie Albińskiego – ci biali, którzy uważają, że mają wszystko oraz czarni, którzy tłumią w sobie gniew o to, że tak wiele im zabrano.


Konflikty i spięcia międzyrasowe świetnie oddaje miniatura pod tytułem „Doktor w Zululandzie”. Dochodzi w niej do konfrontacji białego lekarza z czarnym medykiem, w której nie ma miejsca na porozumienie. Umierają ci, którym życie wieści biały lekarz; żyją ci, którym czarny medyk nie dał szans na życie. Ludzie przestają ufać lekarzom, medycynie, samym sobie. I oddzielają się od siebie jak tylko mogą. Opowiadanie „Klub” ukazuje galerię postaci majętnych i mających się za bogów białych. Tymczasem „Johannesburg tej nocy” mówi głównie o frustracjach czarnoskórych, którzy wchodzą w konflikt z prawem i podczas kościelnej mszy terroryzują wiernych, by odebrać datki „dla potrzebujących”.


Są teksty, w których bohaterowie próbują przełamać dzielące ich granice. W tym kontekście najciekawszym chyba opowiadaniem będzie „Kłamstwo za kłamstwem”, w którym owoc zakazanej miłości jest jednocześnie dzieckiem, jakie nieświadome swej misji, może prowadzić do pojednania, choć trudno o nie akurat w RPA i czasem trzeba wyjechać, przekroczyć granice realne, by pękły te, z powodu których tak ciężko żyć na południu Afryki.


Czy „Soweto – my love” wraca do problematyki czasów minionych, czy też natrętnie daje znać, iż opisywane problemy są nimi nadal? O czym pisze Albiński? O różnym rozumieniu tego, czym jest człowieczeństwo? A może o problemie niemożności jakiegokolwiek porozumienia, skoro tylko w tyglu walki można coś osiągnąć? Na pewno zbiór tekstów Albińskiego opowiada o tragedii istnienia zarówno w wymiarze jednostkowym (dramatyczne opowiadania „Komisja” czy „Koniec Wielkiego Treku”), jak i społecznościowym (wspomniany już „Doktor w Zululandzie” czy otwierająca zbiór „Msza za niepamięć”). Autor podkreśla, że nic nie jest tylko czarne lub białe w świecie, który te dwa kolory upatrzył sobie do wytyczania granic rodzących cierpienie i ból…


Najciekawsze jest jednak to, że Albiński pisze o czasach zakazu mieszania ras, a jednocześnie pokazuje, jak dwie rasy – ścierając się – tworzą mimo wszystko wspólną płaszczyznę życia z problemami podobnymi jednemu i drugiemu kolorowi skóry. Czytając „Soweto – my love”, można jednocześnie słuchać energetyzującej muzyki Kwaito, dzięki której gniew czarnych mieszkańców południowej Afryki wyraża się mocno i dobitnie. Tak jak stara się to pokazać Wojciech Albiński.


Wydawnictwo W.A.B., 2012