2012-12-10

"Koniec świata" Daria Porębiak

Myślę, że chwytliwy tytuł książki wydanej w momencie, w którym śmiejemy się z wizji rychłej apokalipsy, lecz po cichu też zastanawiamy, czy faktycznie 21 grudnia przestanie istnieć nasz świat, to jedyne, co ją chwilowo ratuje i nie powoduje, iż przejdzie niezauważona. Kolejna młoda pisarka po Mirosławie Nahaczu i Dominice Ożarowskiej płodzi rzecz mogącą uchodzić za swoisty manifest pokoleniowy; nie ma w nim jednak tyle marazmu, co w twórczości wyżej wymienionych, bo „Koniec świata” to opowieść bardziej sentymentalna, ciepła, prywatna i zanurzona w doświadczeniach, które chciałoby się ożywić. I choć piękny wydaje się świat lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy można było sępić pieniądze od rodziców, upajać się podróżą w kolejowej toalecie, podniecać istambulskim koncertem Spice Girls, wstawać dopiero w południe, a nawet świętować noc sylwestrową na plaży w samym środku lata, opowiadając o nim Daria Porębiak naprawdę nie ma niczego ciekawego do powiedzenia. Dodając jeszcze niechlujność edytorską, gdzie literówki i błędy interpunkcyjne mnożą się na potęgę (mam nadzieję, że to nie jest celowe, bo celu tegoż zabiegu nie rozumiem), czas poświęcony „Końcowi świata” jest generalnie czasem straconym. Tak jak lata, do których próbują wrócić bohaterowie tej książki.

Darek jest synem życiowo zaradnych rodziców. Ojciec to lekarz, matka jest pedagogiem. Darek tymczasem cierpi na chroniczne lenistwo. Studiuje w jakiejś prywatnej wyższej szkole kogoś tam i zbytnio nie przejmuje się tym, że któregoś dnia jego legitymacja studencka traci ważność, a on sam status kogokolwiek, bo skoro nie jest już studentem, to kim? Adę natomiast poznajemy głównie dzięki retrospekcjom – opisom szalonych czasów podstawówki, fascynacji muzyką, pierwszymi kapitalistycznymi nowinkami i charyzmatyczną Lolą, którą Ada podziwia i jednocześnie ma w głębokiej pogardzie. Darek to wędrownik – outsider, prowincjonalny Odyseusz. Zagląda do miejscowości Przydwory, gdzie spędza wieczór z rówieśnikami przy eurodance, lekturze „Popcornu” i grze Super Mario. Pojawia się w Magnuszewie, by tam poznać bohatera bez cech szczególnych, ale naznaczonego śmiercią matki, której skończył się nagle program telewizyjny i życie w fotelu. Adek to taki chłopak bez właściwości jak Wojtek – kierowca tira, który będzie woził Darka po Polsce i nie tylko. Adek chce zapomnieć o marazmie życia i nijakości zgonu rodzicielki. Wojtek chce zatrzeć zło, jakie wyrządził jego wuj – przestępca. Darek przyciąga takie osobowości pozornie bez żadnych cech szczególnych. Sam niczym się nie wyróżnia, a jego myśli i działania są tak samo chaotyczne, jak chaotyczna jest narracja „Końca świata”, która do ostatniej kropki zmierza naprawdę z wielkim trudem.

Koniec świata bohaterów Darii Porębiak to koniec życia sielankowego i pozbawionego obowiązków. Co ich czeka potem? „(…) Trzeba będzie radzić sobie z dorosłym życiem, trzeba będzie umieć posługiwać się komputerami, Internetem i mówić po angielsku, zdobywać prestiż, uznanie, realizować cele, po czym zatrudnić się w korporacji i założyć rodzinę”. Rok 1997 ma być rokiem przełomowym. Później nie będzie już nic i nie trzeba będzie wbijać się w gorset dorosłości. Tymczasem ważne są smaki, zapachy, marki, produkty i wszelkie fetysze lat dziewięćdziesiątych jak telefony Alcatela, triumf disco polo czy tandeta sprzedawana na plaży, by mieć za co zjeść, wypić, a potem się porzygać.

Zadajmy sobie pytanie o to, co oferuje nam proza Porębiak. Opis tego, co mogliśmy oglądać w teledysku do „Coco Jambo”? Opowieść o dzikich tłumach w wagonie kolejowym? Wspomnienie smaku gum Turbo? Wizję wciąż działającego gazownika – gwałciciela, o którym swego czasu trąbił „Super Express”? A może samo zwrócenie uwagi, że w młodości wszystko jest inne, piękne i pozbawione odpowiedzialności? „Koniec świata” to taka przeciętna książka o przeciętnych nastolatkach z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Próbuje jakoś umiejscowić się między tym, co było, a tym, co jest teraz. Nieprzypadkowo we wstępie zestawiony jest komunistyczny relikt przeszłości, czyli bar mleczny Grażyna z migocącymi i wabiącymi dzisiejszych młodych oraz wolnych Złotymi Tarasami. Chciałoby się wierzyć, że autorka próbuje oddać stan niepokoju, lęku i pewności, że nicość jest lepsza niż nadchodzący czas i że to jakoś ma się do współczesności, w której wielu nie może spać z powodu przepowiedni Majów.

Jest to niewątpliwie podróż w czasie do miejsc i ludzi, których już nie ma. Wszystko zmieniło kształt. Nie da się wrócić do tego, co bezpowrotnie minęło. Dawno temu nastąpił pewien ważny, acz niedostrzeżony powszechnie prywatny koniec świata. Pokoleniowy. Truizmy głoszę? Po prostu wskazuję, o czym pisze autorka „Końca świata”.

Daria Porębiak próbuje wykrzesać z przeszłości coś, o czym chciałaby napisać tak, jak nikt inny przed nią. Świat sprzed małej apokalipsy tamtych lat został już wielokrotnie zlustrowany i wykorzystany w dużo ciekawszych narracjach niż „Koniec świata”, w którym nie ma właściwie niczego, co pozwoliłoby zasugerować, iż autorka ma potencjał i może kiedyś wyda coś po prostu ciekawego. Szkoda, że po raz kolejny w ciągu ostatnich lat młody polski twórca zabiera głos, nie bardzo wiedząc, co chce powiedzieć i czy to, co ma do powiedzenia, zainteresuje kogoś więcej niż bliższych i dalszych znajomych, którzy po prostu pogratulują wydania książki.

Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża, 2012

2012-12-08

"Gołębie wzlatują" Melinda Nadj Abonji

Wojwodina nie jest krainą szczęścia. To przestrzeń niebytu. Ojczyzna dla nikogo. Ani dla Serbów, ani dla Węgrów, a nimi są bohaterowie książki. Tymczasem to miejsce, które można kochać, chociaż zmuszonym się było, by je opuścić. Któregoś dnia rodzina Kocsis zamiast wsiąść do samolotu i uciec do wymarzonej Australii, postanowiła ruszyć w kierunku Szwajcarii. Tam otwierały się możliwości na godne życie i tam przez lata starali się oni o to, by wypracować sobie ludzki los, nie będąc tylko „homo balcanicus”, tolerowanymi jedynie przez Szwajcarów. Melinda Nadj Abonji przedstawia specyficzną historię emigrantów. O ile Rózca i Miklós wybrali miejsce do rozpoczęcia życia na nowo świadomie, o tyle ich córki – Ildikó i Nomi – zostały do tego zmuszone i dorastając w Szwajcarii, przeżywają dramat wysiedlonych, którym nie dane było się pożegnać z ich Wojwodiną.

Narracja książki jest oszczędna, zwykle koncentruje się na jakichś zdarzeniach, przytacza daty roczne i zwraca uwagę na symbole, dzięki którym wieloznaczna staje się historia Kocsisów, którzy stawali się Szwajcarami w trudnych czasach (czy jest lekki czas dla emigranta żyjącego jakby obok społeczeństwa?). „Gołębie wzlatują” to hołd złożony miłości i tęsknocie, ale także niezwykle ciepła opowieść o rodzinnym przywiązaniu i o tym, że z trudami życia można się brać za bary wspólnie po to, by je przezwyciężyć.

Introdukcja to opis przyjazdu do Wojwodiny latem roku, kiedy umarł Broz Tito. Można opisać miłość do Sycylijczyka Matteo czy refleksyjnego chorwackiego pieśniarza Dalibora, ale czy można opisać to, że prawdziwe uczucie ukryte jest gdzieś wśród wojwodińskich topoli, w tamtejszym powietrzu, na równinie? Ildi snuje opowieść ze świata, którego nie dane jej było dobrze poznać. To, co utrwaliła pamięć i nie zatarły trudy codziennego życia w Szwajcarii, oddawane jest z pietyzmem i elegancją. Narzędziem jest słowo, ale najważniejsza pamięć. Dzięki niej Ildikó może opowiadać nie tylko o przywiązaniu do miejsc, ale i do ludzi, którym biografie zmieniały granice, wojny i systemy polityczne w XX wieku.

Jedną z ważniejszych postaci – to ją odwiedzają w pierwszej kolejności latem 1980 roku – jest matka ojca, Mamika. Przez lata niezmiennie pielęgnowała ład wokół siebie i tylko u niej wszystko jest zawsze na miejscu, choćby upłynęło dużo czasu, a codzienność życia w Wojwodinie zmuszała do tego, by chwytać dzień, a nie pielęgnować przeszłość. Mamika jest chodzącą historią rodziny Kocsis. To ona opowie o swoim mężu, Papucim, prostym chłopie, którego nie złamało imadło komunistycznego systemu, choć przeżyć udało mu się jedynie półwiecze. Ona zdradzi Ildi i Nomi tajemnicę wcześniejszego związku ich ojca, którego owocem jest Janka, a który podzielił mocno nie tylko dwóch braci, ale i wewnętrznie zniszczył dorastającego Miklósa być może bardziej niż komuniści, których wciąż przeklina. Mamika jest czuła, ciepła i wydaje się być nieśmiertelna. Tak jak wspomnienia czasu, kiedy wszyscy Kocsisowie mieli swoje miejsce na ziemi, z którego wypędził ich głód, niesprawiedliwość dziejowa i potrzeba poszukania szczęścia, jakiego nie znaleźli sami w sobie…

Zamiast przemierzać świat i znaleźć się na Antypodach, bohaterowie „Gołębi wzlatują” przekraczają symboliczną granicę w Tompa. Po jednej stronie Serbia, Węgry albo to, co z nich pozostało. W oddali majaczą domy innej, lepszej cywilizacji. Czy Szwajcaria przyjmuje emigrantów z otwartymi ramionami? Bynajmniej. Ci, którzy dotychczas musieli bardzo się starać, by w mroku Wojwodiny odnaleźć światło i nadzieję, w Szwajcarii są już bardziej pragmatyczni, a idee i poglądy chowają głęboko w kieszeni. Po trzynastu latach spartańskiego życia, kiedy prali, prasowali i ogólnie usługiwali Szwajcarom, mogą poszczycić się tym, że otwierają tylko ich własną restaurację z klasą. „Mondial” będzie taką ogniskową, dzięki której przyjrzymy się życiu sytych i zadowolonych zachodnich Europejczyków. Dla nich praca i użyteczność są kryteriami akceptacji innych i uznania ich za swoich. Kocsisowie długo pracują na to, by zaczęto się z nimi liczyć. Tymczasem czym innym jest godziwe życie emigranta, a czym innym brak pełnej świadomości tego, co się opuściło i czego w związku z tym można dostarczyć. Nie na czystej szwajcarskiej uliczce. W sercu. Melinda Nadj Abonji opowiada o szeroko rozumianym pojęciu odmienności i o tym, że prawdziwie kochać, to ciągle szukać i nazywać.

Tytułowe gołębie hoduje Mamiko i kuzyn Béla. Kobieta gotuje z nich zupy, mężczyzna widzi w ptakach prawdziwą wolność i szczęście. Ptaki wzlatują w stronę wolności, bo choć tkwią przy właścicielach, którzy darzą je miłością, pragną oderwania i ucieczki od tego, co krzywi moralne kręgosłupy ludziom w Wojwodinie. Tytuł książki sugeruje, iż mamy do czynienia z opowieścią przemierzanej drogi. Celem jest wolność. Z jej wieloma definicjami. To taka mała książka o wielkich sprawach; opisuje małe mieściny i wielkie emocje, które się w nich rodzą. Nadj Abonji niewiele nam sugeruje; każe przemierzać czas i przestrzeń ze swoimi bohaterami pośród niedopowiedzeń i tęsknot, jakie trudno jest wyrazić.

To nie jest kolejna książka o ciężkim losie emigrantów w Zachodniej Europie. To subtelny pamiętnik dorastania do kompromisów. Historia tęsknot i radości. Los zapisany w Historii, wspominanej czytelnie i dosadnie. Inna jest Wojwodina w 1980 roku, kiedy Kocsisowie wjeżdżają doń swym wspaniałym chevroletem. Inna po 1992 roku, gdy nałożono embargo na Serbię i Czarnogórę. Tylko w pamięci bohaterów – wędrowców wszystko jest na miejscu i tam, gdzie trzeba. Bo godne życie to nie tylko komfort szwajcarskiego obywatelstwa. To świadomość tego, iż zawsze będzie nam dany czas i miejsce, skąd pochodzimy. I miejsce to należy kochać nawet wówczas, gdy ta miłość jest trudna.

tłum. Elżbieta Kalinowska
Wydawnictwo Czarne, 2012

2012-12-04

"Życie jest krótkie, a pożądanie nie ma końca" Patrick Lapeyre

Powieści o długich tytułach często nie zapadają w pamięć. W przypadku dokonania Patricka Lapeyre’a chyba się to nie sprawdzi. Otrzymujemy właściwie filmową opowieść. Rozpisaną na szczegółowe kadry, ze zbliżeniami. W tle enigmatyczne i melancholijne „Bang Bang” Nancy Sinatry, które towarzyszy bohaterom filmu „Wyśnione miłości” Xaviera Dolana, jaki ukazał się we Francji – jak i powieść Lapeyre’a – w 2010 roku. Trudno o bardziej osobliwe połączenie filmu i literatury. Tym bardziej, iż historia opowiedziana w  „Życie jest krótkie, a pożądanie nie ma końca” jest ekranizowana przez nas samych. To opowieść, którą się ogląda. Warto znać wspomniany motyw muzyczny, bo podsumowuje nie tylko sytuacje bohaterów Lapeyre’a czy tych filmowych z obrazu Dolana. Obaj twórcy francuscy strzelają do nas z dużego kalibru. Dolan opowiada historię mężczyzny i kobiety zakochanych w innym mężczyźnie. Lapeyre proponuje rozwiązanie nieco bardziej klasyczne, choć jego książka zawierać będzie także akcent homoseksualny. Ta powieść jest historią niespełnienia i nadmiaru wolności wyborów, w których bohaterowie nie potrafią się odnaleźć. To książka o emocjonalnym usidleniu ludzi, którzy – choć żyją intensywnie – wydają się pozbawieni nerwów czuciowych, raniąc się i odnajdując w tym masochistyczną przyjemność.

Nora Neville to kobieta efemeryczna. Pojawia się w życiu mężczyzn po to tylko, by ich porzucić i poszukiwać spełnienia gdzie indziej. W połowie Angielka, w połowie Francuzka. Pochodzenie określa przestrzeń, w jakiej poszukiwać będzie przyjemności w męskich ramionach. Nora – choć samo imię sugeruje Ibsenowską kobietę udręczoną, a bohaterce chyba bliżej do Pani Bovary nieco odmłodzonej – to zawsze dzika i samodzielna femme fatale, dla której marzeniem byłoby przeniesienie do czasów Czechowa, a realizuje je, pragnąc zagrać w adaptacji „Mewy” tegoż autora. Chłodna i egoistyczna, co stawia sobie jako zarzut. Spalająca się w emocjach, a jednocześnie wewnętrznie pusta. Labilna emocjonalnie i uczuciowo. Niepewna, przede wszystkim samej siebie. Córka hazardzisty i depresyjnej matki, chce zerwać z traumą doświadczeń z młodości i żyć naprawdę, co nie znaczy stabilnie. Tego natomiast oczekiwaliby po niej dwaj kochankowie – młodszy w Londynie i starszy, żonaty w Paryżu. Nora daje im siebie tylko tyle, ile sama chce. Na własnych warunkach. Obaj muszą się zmierzyć z jej żarem, który spali zawsze, bo znamionuje tylko coś tymczasowego, do czego można tęsknić.

Murphy Blomdale na co dzień mierzy się w Londynie z szybkością i ulotnością rynku giełdowego. Tymczasem zależy mu na tym, by w życiu prywatnym mieć coś stałego i tylko dla siebie. Któregoś dnia dostrzega, że jego Nora znika wraz z pokaźną sumą pieniędzy, a Murphy staje przed zupełnie nieprzewidywalnym problemem życiowej pustki, jakiej to przyczynę chce poznać. Angielski kochanek Nory to taki facet, który zawsze przebaczy i zawsze przygarnie z powrotem. Murphy – choć skażony obcesowością zawodowego maklera – jest w sferze emocjonalnej niewinny i wierzy w to, iż odzyska Norę tylko wówczas, gdy nie będzie jej czynił wyrzutów sumienia z powodu ucieczki.

Ona tymczasem przybywa do Paryża. Po dwóch latach milczenia wykonuje telefon do Louisa Blériota – Ringueta. Mężczyzna wiedzie swoiste życie w nicości u boku żony, która kiedyś wdarła się do jego życiorysu, a teraz pozostaje w nim nadal, skazując Louisa na mękę bezczynności w relacji, którą określa słowami Benjamina Constanta sam Blériot: „Straszna to rzecz, związek mężczyzny, który nie kocha i kobiety, która wciąż chce być kochana”. Sabine należy do innego świata, jest zaradna, towarzyska i majętna, a Louisa wpędza to w kompleksy i doprowadza do dziecięcej wręcz ekscytacji z powodu telefonu Nory, bo tylko w ramionach kochanki Louis odnajdzie – jak mniema – swoje prawdziwe szczęście. Związek Sabine i Louisa to małżeństwo, w którym wszystko już zostało pokazane, powiedziane, zrobione. Trwają ze sobą na przekór sobie, a bierny i wycofany Blériot czeka aż żona przejmie inicjatywę i zakończy to żałosne bycie razem, a przecież zupełnie osobno. Tu Louis przypomina swojego ojca, który w związku także się męczy; znosi wiele u boku tej, co jest mu już obca, a wobec której buntem jest jedynie potajemne popalanie i popijanie porto. Kiedy zatem gorąca Nora znajdzie się w ramionach Blériota, będzie to dla niego początek wielkiego dramatu. Z jednej strony bliskość kobiety efemerycznej, z drugiej stabilność rozsądnej i zdroworozsądkowej Sabine. Chciałby utrzymać jakieś status quo i pozostać w układzie między żoną a kochanką. Nora spowoduje, iż będzie musiał stanąć przed wyborem, jakiego konsekwencje będą trudne do udźwignięcia…

Obaj kochankowie w powieści Lapeyre’a czytają Leibniza i obaj są przekonani, iż współczesne zło Teodycei to wina nadmiernej wolności, jakiej smakują. Murphy jest w stanie się jej zrzec, Blériot w gruncie rzeczy także. Pozostawieni sami sobie i własnym decyzjom wydają się dużo bardziej nierozważni niż Nora, dla której żyć to czuć, a nie planować i kontrolować obiekt uczucia. Obaj są ofiarami na własne życzenie i obaj ponoszą emocjonalne klęski, bo nie potrafią zdecydować, czego tak naprawdę pragną. Czy udaje się to Norze? Czy ktokolwiek ze wzbudzających raczej niechęć bohaterów tej książki może być szczęśliwy?

Blériot zastanawia się: „Być może jest zbyt wielu zakochanych i zbyt mało miłości”. Być może jednak życie w tej powieści niesie zbyt wiele możliwości, a zbyt mało okazji, aby je wykorzystać naprawdę. Nie jest to w gruncie rzeczy powieść o płomiennym romansie rozpisanym na kilka ról. „Życie jest krótkie, a pożądanie nie ma końca” to gorzka diagnoza postmodernistycznego życia na krawędzi, w którym spalamy się w imię czegoś, czego sami nie jesteśmy w stanie zdefiniować. Jeśli spojrzeć na tę przewrotną historię, biorąc pod uwagę mniej lub bardziej czytelne odniesienia do Marcela Prousta, znajdziemy tu statykę i dynamikę ludzkiej myśli oraz uczucia pod lupą wytrawnego obserwatora rzeczywistości, która żyje w jego książce swoim życiem.

Patrick Lapeyre zbudował napięcie w sposób filmowy, oddając tym samym hołd kilku literackim wzorcom, a także odnosząc się do mitycznych symboli. W gruncie rzeczy opowiada jednak w sposób prosty o emocjach, jakie nie są nazwane, lecz przeżywane. To powieść, po lekturze której po prostu trzeba ochłonąć. Być może słuchając głosu Nancy Sinatry, który strzela do nas tak, jak zdania i rozdziały tej zawikłanej opowieści.

tłum. Ania Marchand
Wydawnictwo Replika, 2012

2012-12-02

"W jednej osobie" John Irving

Najnowsza powieść Johna Irvinga usatysfakcjonuje wielbicieli jego talentu, bo autor wciąż na nowo i stale odkrywczo mówi o kształtowaniu się ludzkiej tożsamości w relacjach z innymi oraz w zderzeniu z samym sobą. Myślę, że „W jednej osobie” to również książka dla tych, co tylko słyszeli o „Świecie według Garpa”, dzięki któremu Irving zyskał naprawdę światowy rozgłos. Warto sięgnąć choćby po trzynastą jego powieść, by zrozumieć, że to ważny pisarz i coś mogło nas wcześniej ominąć. Jego najnowsza odsłona to proza penetrująca środowisko gejów, lesbijek i transseksualistów w czasie, kiedy środowisko to dopiero się tworzyło. Biseksualista obserwuje, jak rodziła się wolność seksualna. Jest więc nowy Irving takim anglosaskim Almodovarem nie tylko dlatego, że akcja siłą rzeczy przeniesie się na chwilę z USA do Hiszpanii. To jednak duże uproszczenie, bo ta książka to penetracja… wnętrza samego siebie.

Tym razem otrzymujemy powieść na kształt biografii własnej woli; narrator jest zarówno pisarzem, jak i człowiekiem o podobnych Irvingowi doświadczeniach. To nie jest autobiografia, ale głęboka humanistyczna rozprawa nad tym, kim jesteśmy i jacy się stajemy. Na początku pojawia się ważna konkluzja. Podobno „Kształtuje nas to, czego pragniemy”. Moim zdaniem ta książka opowiada o tym, że kształtują nas pragnienia z miejsc, gdzie rodzimy się naprawdę. Bo to opowieść o kolejnych i kolejnych narodzinach; odradzaniu się i znajdowaniu miejsca dla siebie, swojego światopoglądu, swojej seksualności i w trudnych relacjach z tymi, dla których narrator książki zawsze pozostaje niewiadomym, bo nieznanym i przerażającym w swej tajemnicy. Tymczasem czy nie jest tajemnicą sam dla siebie?

William Abbott urodził się w prowincjonalnym miasteczku w stanie Vermont, którego piętno odciśnie się na nim na tyle, że nie będzie w stanie zdystansować się od czasu, kiedy na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minionego stulecia konstytuowała się jego tożsamość – człowieka, który wtedy starał się dowiedzieć, czy ma dla tej tożsamości jakieś wzory. Billy – Williamem nazywali go nieliczni i wyjątkowi dla niego ludzie – zadaje swojemu ojczymowi proste pytanie: „Interesuję się sobą. Czy są książki o kimś takim jak ja?”. Dorastając, poznaje literackie wzory, ale i wikła się w spektakle odgrywane nie tylko na deskach teatru amatorów w First Sister, lecz przede wszystkim w nim samym, gdy dojrzewa do tego, by poznać tajemnice z przeszłości oraz prawdę o tym, co czeka go potem.

Rodzina Billy’ego ukrywa przed nim bardzo wiele. Jedną z ważniejszych tajemnic są losy jego biologicznego ojca, którego enigmatyczną charyzmę syn przejmuje mimo woli. Matka Abbotta jest suflerką we wspomnianej grupie teatralnej i chyba nigdy tak naprawdę nie mówiła niczego za samą siebie. Pokrzywdzona przez los, wspominająca ojca Billy’ego z niechęcią; tłumi w sobie nie tylko traumę przeżyć z młodości, ale i odrazę do syna odkrywającego swą skomplikowaną tożsamość seksualną. Mary zamiotła pod prowincjonalny dywan co się dało i robi tak nadal, podobnie jak cała rodzinna Abbottów przepełniona gnuśnością i tkwiąca w gorsecie konwencjonalnych zachowań. Billy nie dowiaduje się prawdy o ojcu, ale to oczywiście tylko jedna z tajemnic Poliszynela, jaką skrywa społeczność First Sister. W rodzinie chyba tylko dziadek Harry, grający na scenie kobiece role, jest w stanie przewidzieć rozwój seksualności dorastającego Abbotta i wyjść temu rozwojowi naprzeciw. Billy bowiem interesuje się zarówno kobietami, jak i mężczyznami. Jego ojciec Richard wraz z norweskim emigrantem Nilsem reżyserują na potrzeby lokalne spektakle Szekspira, w których zmienność ról i kwestionowanie płciowości są tak wyraźne jak wyraźne mogą być tylko kierowane ręką tych, którzy pragną oddać prawdę na scenie. I to dopiero początek wyjścia naprzeciw biseksualnym pragnieniom wciąż nie do zaspokojenia, które narrator stara się oswoić.

Teatralizacja życia młodego bohatera książki to jednocześnie wstęp do dramatu porzucania masek, jaki następować będzie potem, a czego efektem będzie ujrzenie własnej rodziny i prowincjonalnego rodzinnego miasteczka jako źródeł opresji, od których Billy pragnie się uwolnić. Grając w sztukach osadzonych w konwencji dramatu elżbietańskiego, stale owe konwencje rozsadza. Zarówno on sam, jak i specyficzna trupa, w skład której wejdą i ci, dzięki którym potem będzie mógł zrozumieć, kim jest, i ci także, który chcą go od tego poznania odwieść. Na drodze dorastającego Billy’ego staną dwie bardzo wyraźne postacie. Wyraźne przez to, że każda z nich będzie kryć tajemnice, których poznanie pozwoli mu… uwolnić samego siebie i żyć naprawdę.

Mowa o bibliotekarce i zapaśniku. Niezwykłe połączenie, biorąc pod uwagę dodatkowo fakt, iż panna Frost jest dużo starsza od Billy’ego, a Kittredge to zbliżony mu wiekiem młody człowiek – prawdziwy męski samiec - który uosabia siłę i bezkompromisowość, jakich można zazdrościć, ale także można za nie znienawidzić. Panna Frost to osoba, od której bije wewnętrzna siła. Billy dzięki niej zbliży się do ważnych dla niego książek – jak choćby lektur wielokrotnego użytku, czyli „Wielkich nadziei” Dickensa czy „Mojego Giovanniego” Baldwina – ale przede wszystkim oswoi seksualne żądze i oczekiwania, jakie może mieć dorastający chłopiec względem tajemniczej królowej biblioteki. Panna Frost to postać, dzięki której Billy zrozumie, dlaczego warto walczyć o siebie, a cyniczny Kittredge wskaże mu, jak żyć nie należy. Oboje są obiektem seksualnego pożądania i oboje nie będą tymi, za kogo można ich uważać…

Chociaż znaczna część fabuły opisuje przede wszystkim okres dojrzewania Abbotta w First Sister, „W jednej osobie” jest przecież książką, która obejmuje siedemdziesięcioletni okres życia narratora. Widzimy, jak godzi się ze swoją biseksualnością, oswaja ją. Zaczynamy rozumieć, dlaczego ludzie z Vermont zachowywali się dawniej tak, a nie inaczej względem niego. Dostrzegamy ogromną niezgodę na dwuznaczności i jednoczesne zrozumienie Abbotta, że w jego życiu – nie tylko seksualnym – nic nigdy nie będzie jednoznaczne. Jego biografia to historia trudna i w dużej mierze mroczna, choć są liczne momenty, jakie bawią czytelnika do łez. To czas, w którym bohater podróżuje, ucieka i powraca, by żegnać licznych, umierających przyjaciół. Nawet jeśli jego życie jest grą, konfrontacja z czymś tak oczywistym i przerażającym jak śmierć odsłoni choć na chwilę tego, który w jednej osobie kryje wiele żądz, marzeń, tworzy niejedną biografię i nieraz będzie tylko aktorem własnej sceny. Czy wtedy, we własnej osobie, przerażonej widokiem wycieńczonych przez AIDS bliskich mu osób, ujrzymy Billy’ego takim, jaki jest naprawdę?

Każda strona nowej powieści Johna Irvinga to jednocześnie literacki kalambur i prostota opisu emocji, o jakich trudno się opowiada. William Abbott to aktor pierwszego planu. Kiedy gra siebie, kiedy sobą jest, a kiedy po prostu mówi o trudach bycia naprawdę? Na to pytanie będziemy znajdować odpowiedzi na chwilę. „W jednej osobie” to przejmujący traktat o tym, że aby być naprawdę, trzeba zagrać wiele ról i przekonać się, w której teatralnej masce jest nam najbardziej do twarzy. W końcu każdą trzeba zedrzeć, ale świadomie. O świadomym przemijaniu i trudnej seksualności oraz o byciu sobą naprawdę jest między innymi „W jednej osobie”. Książka fascynująca, trudna i zmuszająca do tak wielu refleksji, że niniejsze omówienie jest ledwie sygnalizowaniem złożonej problematyki. Bo w jednej osobie ukryć się może tak wiele, iż trudno zrozumieć, czym się kierować i jak… być naprawdę.

tłum. Magdalena Moltzan – Małkowska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012