2008-04-25

"Sprawa Niny Frank" Katarzyna Bonda

Książka Katarzyny Bondy dostarczy nietuzinkowej rozrywki. Jaka to może być rozrywka, skoro mamy do czynienia z krwawym kryminałem, okraszonym dużą dozą informacji z dziedziny anatomopatologii, psychologii i socjologii społecznej? Kiedy już wydaje nam się, że zagadka zamordowanej w brutalny sposób femme fatale spoglądającej na nas ze szklanego ekranu i dającej świadectwo swego zagubienia i rozpaczy w będącym komentarzem do wartkiej fabuły dzienniku internetowym, jest już całkowicie przez nas rozwikłana, dostajemy mocnego kopniaka i dostrzegamy, jak bardzo iluzoryczne było wszystko to, co do tej pory przeczytaliśmy. O kopniakach będzie zresztą jeszcze mowa. Autorka na pewno bawi się bardzo dobrze, kiedy wyobraża sobie pochylonego nad lekturą czytelnika, który próbuje dociec prawdy o tym, kto zabił tytułową Ninę Frank i jakie zależności łączą poszczególnych bohaterów. Na pewno uśmiecha się na myśl, że po dwóch wieczorach przejmującej lektury z dreszczykiem, dociera on do zakończenia powieści i… śmieje się lub rwie włosy z głowy, mając pretensje do Bondy o jej manipulacje albo zwyczajnie szydzi z samego siebie, który dał się złapać w pułapkę opowieści. Klucz do zagadek Pani Katarzyny znajdzie się dopiero na końcu i jeśli czytający jest przekonany, iż takie rozwiązanie staje się oczywiste, bo buduje nam autorka hitchockowski suspens opowieści z dreszczykiem, może się gorzko rozczarować. Gorzkie rozczarowanie albo słodycz oczarowania, różne reakcje mogą towarzyszyć przy lekturze. Można tupnąć nogą, wygarnąć Bondzie mistyfikacje, rozzłościć się i rzucić książką, ale… można na nią spojrzeć z uśmiechem i uśmiech ten wysłać w stronę autorki.

Ci, którzy znają reprezentowaną przeze mnie linię recenzencką, wiedzą dobrze, że bodajże dwukrotnie dałem się skusić na przeczytanie książki opatrzonej etykietką „kryminał”. W przypadku Grina było to doświadczenie inspirujące, w przypadku Pasewicza traumatyczne. Jak było z Bondą? Oryginalnie. Ciekawie. Zaskakująco. Niepowtarzalnie. Wiedziałem już po lekturze kilkudziesięciu stron, że coś tu jest bardzo nie tak, że te pretensjonalne imiona i nazwiska bohaterów oraz zawikłane zdarzenia, jakie stają się ich udziałem nie są tym, czym się faktycznie wydają. Że w tym był jakiś cel. Jakaś pułapka. Jakiś haczyk. I konia z rzędem temu, kto w tę pułapkę nie wpadnie, nie połknie tego haczyka, i … no dobrze, wystarczy już tych dywagacji. Obowiązek nakazuje przyjrzenie się warstwie fabularnej i semantycznej książki.

Nina Frank – telewizyjna gwiazdeczka, zaaferowana kolejnymi mdłymi rolami w mydlanych operach i kolejnymi perwersyjnymi romansami młódka z podlaskiej prowincji, jest bożyszczem obutych w miękkie pantofle kur domowych i niespełnionych desperatów płci męskiej z licznymi kompleksami i defektami urody. Jej życie toczy się wewnątrz i na zewnątrz jej samej. Obłudna w swej wymowie rola serialowej zakonnicy skrywa duszę niepokorną, krnąbrną, chorobliwie ambitną i perwersyjnie nastawioną na zaspokajanie samczych seksualnych chuci. Kiedy któregoś dnia telewizyjna gwiazdka zostaje znaleziona na terenie swojej posiadłości w stanie prawie szczątkowym, z drugiego końca Polski zostanie sprowadzony policyjny profiler, który ucieka przez rozwścieczoną żoną żądającą rozwodu i labilną emocjonalnie kochanką, jaka wciąż nie może o nim zapomnieć. Hubert Mayer, tworząc profil mordercy aktorki, nakreśla coraz wyraźniejszy wizerunek samej Niny.

Przyglądamy się policyjnemu psychologowi wspieranemu przez dobrodusznego posterunkowego jeżdżącego na interwencję swoją motorynką, a także całej galerii wiejskich i małomiasteczkowych cudaków. Linia tropu rwie się okrutnie i tylko dzięki niezwykłym umiejętnościom Mayera, dochodzi do określenia pełni wizerunku mordercy. W międzyczasie dowiadujemy się o sponsorowanych miłościach Niny Frank, przyglądamy się wielkiemu, pustemu światu gwiazd i szarej rzeczywistości prowincjonalnej mieściny. Katarzyna Bonda bezlitośnie rozprawia się z głupotą i ograniczeniami swoich rodaków. Dostaje się zarówno tym, którzy życie próbują budować na idiotycznych mrzonkach, jak i tym, którzy na takowych mrzonkach budują swoją karierę. Kopniaki rozdaje Bonda wielokrotnie i boleśnie. A to nieudolnej policji, a to skorumpowanym politykom, a to rozmodlonym dewotkom i twardogłowym kawalerom szukającym łatwego łupu na wiejskich potańcówkach. Nina Frank będzie w tej książce symbolem wieloznacznym i wyostrzoną gilotyną, jaka spadnie na pochylone głowy złamanych wpół Polaków. Przede wszystkim jednak „Sprawa Niny Frank” jest celną, rzetelną i dokładną reportersko wizytówką wielu polskich bolączek, o których bezpośrednio lub pośrednio dowiedzieć się będzie można podczas lektury. I jeszcze to zakończenie! Przygotuj się czytelniku na wysokoenergetyczną bombę, która niekoniecznie jest dopracowana literacko, ale z pewnością wybuchnie głośno i zostawi po sobie ślad.

Bójcie się Bondy! I sami rozwikłajcie sprawę Niny Frank.

Wydawnictwo Videograf II, 2007

2008-04-21

"Ta, którą nigdy nie byłam" Majgull Axelsson

Mary? Marie? A może albatros ukryty w kobiecym ciele, który próbuje wzbić się ponad swoje lęki gromadzone pod białymi skrzydłami, które bynajmniej nie są niewinne? O kim jest ta powieść? O tej, która opowiada o innej, czy o tej, która usiłuje siebie opowiedzieć? O tej, która oksymoronicznie zabiera głos w swoim milczeniu, czy o tej, której odebrana jest mowa, bo nie jest w stanie ująć w słowa tego, co chce powiedzieć? Kim jest bohaterka nowej powieści Axelsson? I czy możemy mówić tutaj o bohaterce? Czy ta, która nazywa siebie dwoma imionami i ta, której tożsamość ukrywa się gdzieś pomiędzy dwoma trudnymi do określenia bytami jest jednocześnie kobietą z krwi i kości? Czy nie mamy tutaj do czynienia z symboliczną fantazją, z pełnym urokliwego piękna moralitetem o zdobywaniu wiedzy o sobie samej? I czy naprawdę Axelsson napisała tę powieść po to, aby demistyfikować kobiece pragnienia i doznania oraz ujawniać silny ból istnienia? A może chodzi w tej wielowątkowej opowieści psychologiczno – obyczajowej o budowanie prawdy na rozstajach kłamstw i celowe wikłanie narracyjne ujawniające bardzo proste w gruncie rzeczy przesłanie? Czego by nie napisać o tej książce, na pewno trzeba przed nią przestrzec. Szwedzka pisarka eksploatuje emocjonalnie czytelnika na każdej stronie. Nie sposób tej powieści czytać bez zaangażowania. Nie sposób się od niej oderwać. Nie sposób nie poczuć bólu tej, która jest naprawdę i tej, która w swej fikcji podważa autentyczność pozornych oczywistości.

Niniejsza recenzja – tak jak cała książka – jest w gruncie rzeczy tekstem pytań, a nie odpowiedzi. Nie jestem w stanie bez obawy użyć któregokolwiek imienia głównej bohaterki, nie jestem także w stanie łączyć ich w całość, jak czynią to przyjaciele i rodzina MaryMarie. Trudno pisać o powieści, jaka wydaje się od początku schizofrenicznym strumieniem świadomości, a która jest tak naprawdę ustawicznym stawianiem pytań o to, o co pytać nie ma potrzeby. Axelsson tworzy postać żyjącą w lękach i frustracji. Kobietę, która ustawicznie czegoś się obawia i której obawy urastają momentami do paranoicznych stanów niepewności własnego jestestwa. Sama mówi o sobie w następujący sposób: „Zawsze się bałam. Bałam się być brzydka i bałam się być piękna. Bałam się za bardzo zbliżyć do drugiego człowieka i równie mocno obawiałam się odrzucenia. Bałam się drwin. Bałam się oskarżeń, że się mylę, i równie mocno obawiałam się uznania mnie za arogancką, kiedy miałam rację”. Życie z piętnem lęku staje się egzystencją na wskroś nierealną – tak samo, jak pozornie nierealne wydaje się oddzielenie Mary od Marie i zrekonstruowanie losów ich obu (jeżeli możemy w ogóle podejrzewać, że są jakieś obie). Jeszcze jedno zdanie z książki jest swoistym kluczem interpretacyjnym całości utworu. Bohaterka bowiem czyni takie zwierzenie: „Zawsze lubiłam przyglądać się mojemu światu z zewnątrz”. Możliwe więc, że wielowarstwowa struktura semantyczna i fabularna „Tej, którą nigdy nie byłam” rozpina się po mistrzowsku między tym, co wewnętrzne, a tym, co wokół. Mamy więc liczne i rozmaite „przyglądania się” w tej powieści. Przyglądamy się przede wszystkim ogarniętemu obsesjami i traumami współczesnemu człowiekowi.

Kluczowe znaczenie dla rozwoju zdarzeń rozpiętych na granicy rzeczywistości i zmyślenia jest małżeństwo MaryMarie ze Sverkerem, którego bliżej nieokreślona siła wypycha z okna jednego z zaściankowych państw wschodniej Europy i skazuje na dożywotnie kalectwo. Mamy tutaj do czynienia z małżeństwem fałszu, o którym bohaterka mówi: „Od samego początku myśleliśmy, że małżeństwo zostało ustanowione po to, by dać człowiekowi innego człowieka, przed którym będzie miał sekrety”. Chociaż trauma wzajemnego bycia razem, okrucieństwo kolejnych poronień i bolesność zdrad męża wydają się świadczyć o tym, że ten toksyczny związek jedynie wyniszcza i wypala, jest w nim jednak miejsce na miłość. Chorą i kaleką, ale jednak miłość. Czy to owa miłość nakaże wyciągnięcie wtyczki respiratora, zakończy życie Sverkera i zamknie MaryMarie w więzieniu na długie lata? A może miłość pozwoli być nadal przy oschłym i nieczułym kalece, którego jedyną pasją jest namiętne słuchanie wciąż tego samego utworu Procol Harum?

Ta książka utkana jest z możliwości, z możliwych rozwiązań, ze znaków zapytania i stanów emocjonalnych, o jakich trudno jest w ogóle napisać. W tej książce, poza egzystencjalną opowieścią o nieładzie duszy i niespójności tożsamości, znajdą się wypowiedzi i wypisy komentujące cały umowny ład. Inkrustowana możliwymi rozmowami, faxami, możliwymi listami, nagłówkami gazet i notami prasowymi, historia niemożliwa i zarazem prawdziwa do bólu tworzy godny zapamiętania pamiętnik kryzysu doświadczenia samego siebie.

Dygresyjność narracji tej powieści wzmacnia dodatkowo jej autentyczność. Mimo wszelkich możliwych niejasności i skomplikowanych znaków zapytania, Axelsson stworzy galerię przekonujących postaci młodej, nastawionej na sukces i deptanie bliźnich nowej Szwecji, której chłód jest tak silny, że chwilami ta opowieść może oszronić nasze dłonie…

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-04-19

"Marsz Polonia" Jerzy Pilch

Jerzy Pilch napisał nową powieść. Już w charakterystycznej dla niego introdukcji z wyraźną nonszalancją informuje czytelników między wierszami: „Aaa, machnę sobie jeszcze jedną książkę”. I machnął. Machnął nieźle, choć nie tak dobrze, jak dotychczas. Mamy bowiem w „Marszu Polonia” mesjanistyczną wizję obolałej Polski nowych czasów. Opinie, które porównują tę książkę do „Wesela” czy „Miazgi”, są opiniami na wyrost. Można tu bowiem dostrzec literackie paralele także ze sztandarowymi dziełami Mickiewicza, z „Nie-Boską komedią” i z twórczością Witkacego. Można, ale co z tego? Ociera się „Marsz Polonia” o literackie tropy, świadomie igra z narodową mitologią przywar społecznych i politycznych, ale wychodzi nam z tego powieść co najwyżej dobra, albowiem w szaleństwie surrealistycznej narracji Pilch wydaje się sam wyraźnie plątać. Co należy o tej opowieści napisać na początku? Czytelnik lubiący zerkać na ostatnią stronę i podglądać zakończenie, nie może tego tutaj zrobić. Klucz do odczytania tej książki kryje się bowiem w ostatnim zdaniu. Jeśli jednak przyjmiemy, że ma to być wizja katastrofy, trudno oprzeć się wrażeniu, że prorokując, autor zbyt silnie opiera się na tym, co już było. Marsz to jednak bardzo żwawy, kontrowersyjny i szaleńczo obłąkany, ale bardzo polski i bardzo w swej wymowie przekonujący.

Bohater – narrator w dniu swoich pięćdziesiątych drugich urodzin uznaje, że ta znamienna dla niego data będzie jednocześnie przyczynkiem do spektakularnego podrywu, mającego na celu przypomnienie sobie rozkoszy utraconej młodości. Mamy więc we wstępie panienki, mamy wódkę, mamy szczere zdziwienie światem i mamy szaroburą polską ulicę, która wyciąga rękę po jałmużnę. Mamy więc Pilcha, jakiego znamy. Potem nie zaskoczy niczym nowym. „Marsz Polonia” jednak będzie mieć w sobie niepowtarzalną moc czarowania słowem i ugotuje nam autor lingwistyczny wywar przyprawiony polskimi wadami, bolączkami, absurdami i konfliktami. Określając tę powieść gatunkowo, należałoby zacytować bohatera, który mówi, że tworzy pewien poemat. Jaki? „Metafizyczno – polityczno – teologiczno – autobiograficzno – sensacyjno – satyryczny”. No to wiemy już wszystko. Albo nie wiemy nic. Ale do rzeczy.

Nasz narrator postanawia wsiąść do wesołego autobusu i udać się na balangę, jaką organizuje niejaki Beniamin Bezetzny. Człek to niezwykły i dobrze znany mieszkańcom nadwiślańskiego kraju, bo lawirujący pomiędzy kartami historii z zaskakującą umiejętnością mimikry. Kim jest Bezetzny? Znamy go przecież. Nie będę odbierał przyjemności rozszyfrowania tego, kim są postacie, których barwna galeria stanie przed nami, pusząc się i przekonując do swoich racji. Bezetzny to jednak postać kluczowa. „Żył pełnią absolutną i niepoczytalną. Folgował piekielnym temperamentom. W resorcie apologii czuł się jak ryba w wodzie. Głoszenie chwały i opiewanie piękna zdychającego, gnijącego i idącego na dno lewiatana podniecało go do szaleństwa. Jego oficjalne wystąpienia przechodziły do historii cynizmu. Radził sobie.” Przyjęcia, jakie organizuje, słyną z tak wielkiej spektakularności, jaka przez całe życie towarzyszyła poczynaniom ich gospodarza. Bohater powieści mknie wspomnianym już środkiem komunikacji i po drodze widzi Polskę na opak, Polskę zrujnowaną przez komunizm i dobitą potem przez kapitalizm, Polskę pomieszanych wartości i ładu architektonicznego. Nim jednak dostąpi zaszczytu imprezowania u Bezetznego, wysiądzie wcześniej i przyjrzy się tym, którzy złorzeczą bawiącym się i tym, którzy w powieści stają się uosobieniem prawdziwego Narodu.

Naród planuje rewoltę. Będzie to protest wszystkich maluczkich, których wywołany krzywdą i niesprawiedliwością szloch zagłusza zabawa elity. Wyraźna opozycja „oni-my” skomentowana jest w ten sposób przez jednego z bohaterów: „My jesteśmy mieszańce, kosmopolici, zbieranina, w sumie – wieża Babel. Oni są naród, jedność, ocalenie, czyli Arka”. Bawiący się stanowią przypadkowy zlepek poranionych i zakompleksionych Polaczków. Planujący rewolucję to dumni, żyjący zgodnie z tradycją i wiecznie poszkodowani przez los Polacy. Rozwiązaniem problemu tych grup stanie się dziwaczny mecz, a powieść przyniesie nam jeszcze kilka dodatkowych atrakcji fabularnych.

Będziemy zastanawiać się nad tym, jakie widma mają zostać pogrzebane, a jakie zmartwychwstaną. Ruszymy w surrealistyczną podróż z pewnym kocurem, która przypomni moralitetową wędrówkę w poszukiwaniu prawdy. Dowiemy się, czym szczyci się pewna drugorzędna piosenkarka i w jaki sposób Matka Polka zademonstruje znużenie swoją dotychczasową rolą. Dostanie się od Pilcha wszystkim po kolei. Dostanie się polskim lękom oraz nastrojom chwiejnym i niewyraźnym. Kopniaka dostanie także polska literatura, której specyfikę tak wyjaśnia się na kartach powieści: „Jak się nie chce albo nie umie dać wielkiej realistycznej powieści – zawsze można dać mały nierealistyczny poemat. Dlatego jesteśmy krajem liryki. Z lenistwa i nieporadności. Z nadmiaru fantastyki i niedostatku zmysłów”. Dokopie więc na koniec Pilch – prozaik samemu sobie, ale będzie to kopniak bezbolesny i mocno ironiczny.

Reasumując – to bardzo dziwny marsz, ale wart jest tego, by do niego się włączyć. Bez typowo polskiego napuszania się. Książka zdziera bowiem z papugi narodów kolorowe piórka, a szarość niespełnienia koloruje – mimo wszystko – nadzieją.

Wydawnictwo Świat Książki, 2008

2008-04-17

"Comédia infantil" Henning Mankell

Wielość tropów interpretacyjnych powieści Henninga Mankella powoduje, że podczas pisania o tej powieści można wskazać tylko kilka zasadniczych myśli. Dekonstruując tę przejmującą opowieść o granicy między życiem a śmiercią, o woli walki o szczęście, o przyjaźni, stadnym życiu, o podróży, przemieszczaniu się i znaczeniu zmian, jakie zeń wynikają oraz o niedoli afrykańskiego państwa ogarniętego wojną domową, należałoby napisać drugą powieść. Nie jestem do tego zdolny i nie umiałbym opowiadać tak pięknie jak Mankell, dlatego też ograniczę się do wskazania tych myśli, jakie pozostaną z pewnością na dłużej z każdym, kto na kartach „Comédii infantil” przeniesie się na ulicę mozambickiego Maputo, aby wdychać kurz brudnej ulicy i doświadczać z młodymi bohaterami nędzy wyrzucenia poza nawias życia.

Pewnej nocy na deskach oświetlonej sceny teatru Dony Esmeraldy rozlegają się strzały, a później piekarz Jose Antonio Maria Vaz odnajduje zakrwawionego chłopca, którego wynosi na dach i opatrując jego rany, wysłuchuje niezwykłej opowieści. Brutalnie skrzywdzony w dzieciństwie Nelio jako dziesięcioletni chłopiec wydaje się być już doświadczonym starcem. Nelio opowie historię dwóch rodzin – tej prawdziwej, zniszczonej przez rebeliantów i tej drugiej, ulicznej, kalekiej, brudnej i obdartej, ale jedynej prawdziwej i akceptującej chłopca. Dlaczego Vaz poświęca mu tak wiele uwagi? Nelio to nie jest zwykły chłopiec. Nelio to kontestator, mały prorok, mędrzec i przywódca dzikiego stada młodych ludzi żyjących na ulicy. Chłopiec to legenda już za życia. Legenda, którą należy zapamiętać i opowiadać. „Bo przecież Nelio nie był po prostu biednym i brudnym małym ulicznikiem. Przede wszystkim był wyjątkowym człowiekiem, niepojętym, wieloznacznym, jak rzadki ptak, o którym wszyscy mówią, choć nikt właściwie go nie widział”. Jest więc umierające na dachu piekarni dziecko symbolem i fantasmagorią, jest realnym doświadczeniem Vaza i jest także ulotnym niczym wiatr znad oceanu uosobieniem pewnych uniwersalnych prawd o życiu.

Przedwcześnie dorosły rzecznik prawdy o brutalnym świecie dokonuje swojego rodzaju spowiedzi. Jest bowiem powieść Mankella swoistym tekstem konfesyjnym, tekstem po cichu zapisanym i teraz niejako szeptanym nam na ucho. W smutnej opowieści Nelio on sam rodzi się na nowo, opowiadanie staje się dlań formą duchowej terapii, dzięki której może już za życia pojednać się z duchami z zaświatów i po raz ostatni pełną piersią „połykać wiatr”, który go owiewa. „Opowiadam, żeby utrzymać się przy życiu. Dokładnie tak samo, jak kiedy uciekałem od bandytów, a biegło moje życie, tak teraz życie leży w słowach, które opisują, co się stało”. Pomiędzy poszczególnymi słowami ukryje się prawda i tylko dzięki wypowiadanym słowom ta prawda nabierze znaczenia.

Opisując postać Nelia, nie sposób nie nawiązać do autorskiej symboliki gwiazd i księżyca. Czego dowiadujemy się w powieści? „Gwiazdy nie mają pamięci. Dla nich księżyc zawsze jest obcym, który przychodzi z wizytą, żeby wkrótce znowu wyruszyć w drogę. Pośród gwiazd księżyc jest wiecznie obcy”. Zadanie słuchającego piekarza jest dwojakie. Musi nadać ważność opowieściom chłopca i wtłoczyć ją w pamięć tych, którzy stoją obok jego losów. Musi także oswoić w sobie Nelia. Nim bowiem chłopiec odejdzie ze świata, który niczego mu nie dał i odbierał tożsamość, powinien choć raz prawdziwie zostać wysłuchanym. Vaz po jego śmierci przyjmie na siebie rolę swoistego misjonarza. Po wysłuchaniu zwierzeń Nelia, misja ta nabierze nowego, egzystencjalnego wymiaru.

Mankell opowiada o dzieciach ulicy, ale tak naprawdę po mistrzowsku portretuje wszystkich wyobcowanych, innych i niejednokrotnie gorszych w oczach społeczeństwa. Udowadnia podmiotowość tych, którzy wiecznie traktowani bywają jak przedmioty. Snuje baśniowe opowieści o drodze i poszukiwaniu, by pokazać, że celem życia wykluczonych nie jest jedynie przetrwanie. A wszystko w sugestywnie nakreślonych realiach pogrążonego w chaosie i biedzie Maputo. Miasto, w którym „domy niczym małpy wspinają się po zboczu i z każdym dniem wydaje się, że mieszka w nich coraz więcej ludzi” jest jednocześnie przestrzenią wywołującą klaustrofobiczne lęki. To przestrzeń przerażająca i nieprzyjazna, szybko wykluczająca outsiderów i rzadko dająca im szansę powrotu do normalnego życia. Miasto smutne, biedne i szare, którego koloryt ukrywa się jednak pod dużą warstwą kurzu, potu, krwi i prochu z karabinów.

Mali buntownicy Mankella odsłaniają swym postępowaniem absurdy rzekomego ładu społecznego, w którym zabrakło dla nich miejsca. Autor pochyla się nad kalekimi w sensie dosłownym i nad kalekami emocjonalnymi. Przepięknie opowiada o tym, że słońce zaświecić może dla każdego, że historia opowiedziana to historia żywa, że odgrywanie rajskiej przestrzeni na deskach teatru w sąsiedztwie piekarni jest odgrywaniem siebie na nowo i nadawaniem sobie samemu prawdziwej wartości.

To wszystko, co można o tej powieści napisać. Całą resztę trzeba przeczytać. Przeczytać i przeżyć – pod piekącym afrykańskim słońcem i pod pręgierzem, jaki człowieczeństwu postawi sam Mankell.


Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-04-14

"Schiza" Paulina Grych

Oto przed nami powieść nowych czasów, której fabułę tkają losy antybohaterów. Oto przekonująca pokoleniowa opowieść o nieprzystosowanych. Oto książka, która zabierze głos w imieniu tych, którzy na co dzień głosu nie mają, których życie odstawiło na boczny tor, a farmakologiczne substytuty szczęścia próbują walczyć z ich lękami, obsesjami i kompleksami. Paulina Grych opowiada o ludziach, których spotyka się coraz częściej. O ludziach zamkniętych w sobie i w swoich mieszkaniach. Ludziach, którzy nieśmiało przyglądają się życiu i z niechęcią patrzą na własne odbicie w lustrze. Reporterska dociekliwość pomogła zburzyć w „Schizie” psychologiczną i emocjonalną wieżę Babel, pozwoliła odtrąconym przez życie wylizać wzajemnie swoje rany, pocieszyć się i nadać sensowny bieg zdarzeniom, których kalejdoskop ukazuje nam przekonująco Polskę zawistną i nietolerancyjną, Polskę ułomną i bardziej chorą, niż wszyscy ci, którzy za takich się uważają.

Neurotyczna Diana za wszelką cenę próbuje wychodzić życiu naprzeciw i mierzyć się z przeciwnościami losu, które dla niej są o wiele bardziej dotkliwe, niż dla innych. Poznając zakompleksionego i niezrealizowanego pisarsko Karola, nieśmiało otwiera się na ludzi i próbuje stanąć mocno na własnych nogach. Zakochana w swym psychoterapeucie niedoszła matka zostaje porzucona przez chorego na schizofrenię Roberta, a potem usilnie próbuje odnaleźć szczęście w ramionach niemieckiego kochanka. Jej przyjaciółka Beata widuje wulgarne anioły, nienawidzi pewnego popularnego serialu i przeżywa traumę przykrego doświadczenia seksualnego. Jenny - matka Diany to impulsywna artystka, dla której historia pewnej żydowskiej rodziny zatoczy symboliczny krąg, zaś córka przez większą część życia stanowić będzie balast. Kobieta zaś zostanie zmuszona do tego, by odbudować na nowo swą tożsamość i podnieść się z głębokiej depresji po nieudanej próbie poszukiwania spełnienia za zachodnią granicą.

Zawikłane losy kobiet to za mało? Proszę bardzo, dodajmy do tego także mężczyzn tak samo kalekich życiowo, ale jednocześnie będących wybawcami dla kobiet. Oto Heniek, damski bokser w młodości, niepogodzony ze swym pochodzeniem, ale przechodzący jednocześnie duchową metamorfozę, dla której bodźcem stanie się odszukanie Jenny i układanie z nią życia na nowo. Mamy w powieści także weterana wojennego Marka, który nie potrafi odnaleźć się w świecie, w jakim kule nie świszczą nad głowami, a piasek pustyń Iraku i Afganistanu nie wdziera się do oczu i ust. Marek usiłuje uciec przed wspomnieniami i dominującą ciotką oraz jej duszącymi perfumami. Kiedy wydawać by się mogło, że jakiekolwiek normalne życie (bez brania pod uwagę życia z kobietą) wydaje się w wykonaniu Marka niemożliwe, okazuje się, że cnotliwa i zamknięta w sobie Beata znajdzie w nim prawdziwego anioła i pomoże mu uporać się z wojennymi demonami.

Kiedy Henryk wesprze na duchu Jenny i doprowadzi do pojednania matki z córką, a Marek pokaże Beacie, że seks z mężczyzną niekoniecznie musi wiązać się z bólem i wstydem, możemy dość do wniosku, że Paulina Grych stawia optymistyczną kropkę nad i, domykając tę wielowątkową opowieść i okraszając ją „happy endem” rodem z najbardziej szmirowatych amerykańskich filmów. Nic jednak bardziej mylnego. To książka o trudzie budowania marzeń w pozbawionym marzeń świecie. Książka o oswajaniu lęków i pozornym ich odpędzaniu. Smutna książka o wykluczonych i książka o wykluczeniu, któremu można zapobiec jedynie poprzez ciepło i empatię w gronie podobnych sobie. „Schiza” opowiada o losie, który się nie wypełnia i o życiowej drodze, jaka się nie kończy. O tych, którzy z puzzli własnego życia próbują ułożyć spójny obraz życia innych poszkodowanych. Ta powieść jest wielowarstwowa i wieloznaczna. Równie pokręcona jak jej bohaterowie, ale na każdej stronie tak samo prawdziwa i sugestywnie wciągająca w ten nieprzyjazny z pozoru świat.

Każdy z bohaterów „Schizy” będzie próbował na nowo zrozumieć siebie i otaczający go świat. Grych napisała przede wszystkim o próbach. Nie ma w tej książce gotowych recept na szczęście, ale są w niej przedstawione różne, nieporadne często drogi dochodzenia do szczęścia. Szacunek dla autorki należy się przede wszystkim za pochylenie nad zgarbionymi życiowo i wysłuchanie tych, których wargi próbują szeptem wyartykułować ból i bunt wobec rzeczywistości. Chociaż ta szczecińska schiza dotyka do żywego czytelnika, warto jest przyjrzeć się jej bliżej, a następnie… rozejrzeć wokół, bo być może jakaś Diana, Janka, Beata, Marek czy Henryk czekają tylko, aby ich wysłuchać i im pomóc…

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-04-09

"Awersja" Adam Kaczanowski

Doskonały tytuł – ta książka może wzbudzić jedynie niechęć, która nasila się z każdym kolejnym kalekim rozdzialikiem, tak bardzo pustoszącym wyobraźnię czytelnika, jak bardzo pozbawiona jakiejkolwiek treści jest ta powieść. To książka, która w zamierzeniu autora miała być swoistym rozliczeniem poczynionym z matką i ogólnie kobiecym światem, ale wionie z niej jedynie koszmarna nuda, zaś autor w swych coraz bardziej absurdalnych wizjach ujawnia nie tyle swój mizoginizm, co pisarską megalomanię i kompletny brak pomysłów na rozwinięcie fabularne tematu kobiecej dominacji i męskiej frustracji, jaka zeń wynika.

Mamy tutaj niejako dwie opowieści. Pierwsza – jak dowiadujemy się już na wstępie – „jest dla hien szukających cuchnącego ludzkiego mięsa”. Co nam tutaj cuchnie? Rozkład ciała zmagającej się z rakiem demonicznej rodzicielki, która zdradza swojego męża, oszukuje drugiego partnera, w swej chorej miłości próbuje uchylić nieba synom, a tak naprawdę funduje im swoiste piekło na ziemi. To piekło nieprzystosowania i piekło niezrozumienia. Piekło bycia wciąż cieniem femme fatale, która dokonuje coraz silniejszych spustoszeń najpierw w psychice Adama, a potem Wojtka. Nie wnikając już w to, ile tak naprawdę jest wątków autobiograficznych o tej dramatycznej opowieści rodzinnej, można jednak wywnioskować, iż dla niezależnej i bezkompromisowej Danuty życie jest nieustanną walką o przetrwanie, w której trzeba radzić sobie tylko swoimi, wypróbowanymi sposobami. Dla Danuty nie ma rzeczy niemożliwych, jest rozbrajająco szczera, ale jej toksyczność względem partnerów i własnych dzieci odbiera w pewien sposób podmiotowość tej postaci. Okaże się bowiem, iż nakreślona w pierwszej części postać matki będzie jedynie fantazmatem, na którym Kaczanowski wybuduje drugą, oniryczno – deliryczną opowieść o erotomankach – kontestatorkach, które wplątują się w sieć chorych zależności z mężczyznami i które tych mężczyzn niemiłosiernie wykorzystują. Żeby było oryginalniej, Marta i Patrycja wraz ze zmianami form ich imion na anglojęzyczne, staną do boju obok tajemniczego kosmonauty, a kluczem do rozwiązania tej ziemsko – kosmicznej zagadki obyczajowej będzie słowo „suka”.

Druga opowieść przeznaczona jest „dla szaleńców zainteresowanych jedynie mięsem literatury”. Zakładamy więc, iż pierwsza historia była jedynie preludium do głębszej treści, jaką nieść mają semantyczne znaczenia, z których utkana jest historia druga. I tak naprawdę w szczelinie między nimi pogrzebany zostaje jakikolwiek koncept. Młode, pełne witalnej chuci i dotkliwie oschłe wobec mężczyzn bohaterki znajdą się w związku z postacią rodzicielki autora, sportretowaną wcześniej, ale związek ten będzie tak fragmentaryczny i tak kompozycyjnie niewiarygodny, że podczas lektury wzdycha się po prostu i czeka na jakiekolwiek rozwiązanie, pozwalające ostatecznie połączyć w wyobraźni te dwie części albo też postawić między nimi mur i opowiedzieć się za tym, na które mięso Kaczanowskiego mamy większą ochotę.

Autor wykorzystuje napięcia sytuacyjne, aby jego książka wciąż kipiała. Być może powstała z kipiącej awersji, być może jest swojego rodzaju rozliczeniem z dzieciństwem i tą, która odebrała owemu dzieciństwu szczęście. „Awersja” bazuje na urywkach, kompozycyjnie składa się z dramatycznych sytuacji i z wrzących od skrywanych emocji dialogów. Sypie się tak książka jednak bardzo – ma się wrażenie, iż dana scena, konkretny dialog czy kolejna ocierająca się o pornografię scena intymnego zbliżenia rozpadają się już same w sobie, przed ostatnią kropką. To książka, która próbuje wydać się ważną, a staje się zwyczajnie śmieszną. Książka, która jest śmietnikiem tropów i rozbuchanym obyczajowo kolażem. Posklejana ze szczątków pamięci, wymaga takiej samej terapii jak stan emocjonalny autora, który – mam takie wrażenie – napisał „Awersję” w wysokiej gorączce.

Chaotyczne bredzenie Kaczanowskiego wywołało we mnie taką awersję, że prawdopodobnie nie sięgnę już po jego wcześniejszą, debiutancką książkę. Nie sięgnę także raczej po nic, co autor w przyszłości wyda. Taka to moc awersji.

Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2007

2008-04-07

"Kobieta z wydm" Kōbō Abe

Najpierw przeczytałem opinię, że jest to arcydzieło literatury światowej. Potem dowiedziałem się, że literatury japońskiej nie można zrozumieć bez przeczytania „Kobiety z wydm”. Z dużymi wyrzutami sumienia, iż robię to tak długo po pierwszym polskim wydaniu i rok po wznowieniu książki, postanowiłem zajrzeć doń i … chyba się nieco rozczarowałem, bo jest to powieść tylko dobra i nie widzę w niej niczego nadzwyczajnego. Niewątpliwie genialny jest zamysł autora, aby bohaterem uczynić zabłąkanego wędrowca, któremu przyjdzie wykupić bilet w jedną stronę i mierzyć się z potęgą piasku oraz z charakterem pewnej oddanej jego przesypywaniu niewiasty. Opowieść już od samego początku niesamowicie przykuwa uwagę, jednak potem ma się wrażenie, że Abe zabrakło koncepcji rozwoju poszczególnych myśli i tropów znaczeniowych, albowiem zbyt nachalnie i zbyt dydaktycznie inkrustuje tekst quasi – filozoficznymi rozważaniami. Jest to książka, w której zdarzenia po pewnym czasie zaczynają monotonnie przesypywać się niczym piasek na wydmach i książka, która wzbudzając początkowo fascynację i niepokój, potem nie radzi sobie sama ze sobą, z linearnym ciągiem zdarzeń, z myślami bohaterów i przede wszystkim z zasadniczym przesłaniem; z egzystencjalną parabolicznością, jaka traci swoją moc, bo ociera się o truizmy i zderzona jest z dość łatwymi rozwiązaniami kompozycyjnymi.

Żeby było jasne – nie krytykuję tej powieści, a jedynie będę co jakiś czas wspominał o rozczarowaniach czytelniczych, jakich sporo doznałem podczas lektury. Niewątpliwie to opowieść nietuzinkowa i opowieść, w której głównej roli nie zagrają bohaterowie z krwi i kości, a przede wszystkim piasek. Ten piasek, który kusić będzie entomologa podczas jego naukowych poszukiwań; piasek, jaki nadawać będzie sens istnieniu kobiety z opuszczonego domu; piasek, który poprzez swój nieustanny ruch kwestionuje jakąkolwiek stałość i pewność i o którym autor pisze następująco : „Dopóki na ziemi będą wiały wiatry i płynęły strumienie, powstawanie piasku będzie rzeczą nieuniknioną. Dopóki wieje wiatr, płyną rzeki i burzy się morze, dopóty zrodzony z ziemi piasek pełzać będzie po niej bez ograniczenia, niby żywa istota. Piasek nigdy nie odpoczywa. Powoli, lecz zdecydowanie naciera na powierzchnię ziemi”. Ten przemieszczający się nieustannie niemy bohater nakaże ludziom spoglądać na świat przez zupełnie inny pryzmat, szanować trwałość i tolerować ruch, który ją rozbija, nadając coraz to nowych znaczeń temu, co powstaje po rozbiciu. W końcu piasek z wydm, którego tak wiele jest w powieści Abe, dekonstruuje ład świata i nadaje mu zupełnie innych znaczeń, albowiem „Wszystko, co posiada formę, jest ułudą. Jedynie pewny jest ruch piasku, negujący wszelkie formy…”. Niejednoznaczność piasku i jego wszechobecność wywołają jednak klaustrofobiczny lęk podczas lektury i uświadomią nam, jak często jesteśmy zasypywani i musimy na nowo się odkopać, aby przetrwać i żyć w świecie iluzji form i bytów… Niestety, tego piasku zarówno w sensie dosłownym, jak metaforycznym jest po prostu za dużo.

Antycypacja narracyjna każe spojrzeć nam już na początku na „Kobietę z wydm” jako na opowieść paradokumentalną. Wiedząc, że pewien nauczyciel nie powróci już z wydm do swojego domu, próbujemy zrozumieć, co tak naprawdę się stało i co uniemożliwia mu ten powrót. Nie jest to bowiem tylko historia o zamknięciu w piaskowym leju i mozolnej pracy przy kolektywnych hasłach „kochaj swoją wioskę/ kochaj swój dom”, ale przede wszystkim opowieść o Losie i o przestrzeniach, w jakich Los się wypełnia. Mamy wyraźnie rozdzielone od siebie światy – ten, z jakiego przybył entomolog i ten, w jakim żyją autochtoni, próbujący za wszelką cenę zmusić go do pozostania i przejęcia na siebie wyznaczonych przez nich obowiązków. Dom w jarze wypełnionym piaskiem wydawać się może swoistym eldorado, które rządzone jest prostymi, ale sprawiedliwymi prawami. Możemy też spojrzeć na nową przestrzeń, w jakiej znajdzie się zaginiony jak na sferę tworzenia nowego systemu wartości, sferę kształtowania się idei lepszego, pewniejszego, pozbawionego zagrożeń z zewnątrz. Mężczyzna dokona wyboru między dwoma światami i wybierze ten, który – mimo przeciwności i trudów – przynosi mu poczucie tego, iż jego egzystencja jest pożyteczna.

Piaskowy świat i odgrodzona wydmami od świata wioska to wyraźny autorski bunt wobec wkraczającej do Japonii w latach, w jakich powstawała książka coraz to brutalniejszych prawideł tworzących nowy kapitalistyczny świat, odrywający od wielowiekowych tradycji i obrzędów. Abe napisał także opowieść o wolności wyboru, o skutkach zniewalania i konsekwencjach życia w półprawdach. To powieść o niestałości i pewności jednocześnie. O zrozumieniu swojej roli w życiu i o wypadaniu z tej roli. Powieść, która niestety staje się chwilami zbyt statyczna i zwyczajnie przegadana. A przecież pozostający w ciągłym ruchu piasek zobowiązuje do tego, by uczynić fabułę wartką, a przede wszystkim ustawicznie się zmieniającą.

Wydawnictwo Znak, 2007

2008-04-05

"Ruchy" Sławomir Shuty

To książka pełna ruchu. Tłoczą się nie tylko opętani przez szalony wir współczesnych bachanaliów mieszkańcy pewnego miasteczka i bywalcy pewnego klubu. Ocierają się o siebie także słowa, misterne konstrukcje zdaniowe, tworzą się nowe semantyczne byty i nowe znaczenia, od których nie można już uciec. Shuty popełnił powieść, w jakiej lepkie ręce samców obmacują uległe samice i powieść, w której gwałt zadają sobie także słowa, brzęcząc w pozornej kakofonii czyniącej z ich zależności lingwistyczny danse macabre. Krakowski autor napisał powieść odważną, ale i powieść śmiało wychodzącą naprzeciw pustce wartości i nihilizmowi świata, w którym nie sposób już niczego opisać słowami, do jakich się przyzwyczailiśmy. Jeśli natomiast przyzwyczaimy się do nieustannych opisów mniej lub bardziej subtelnych aktów miłosnych i zrozumiemy, że z tej brudnej miłości brzydkich ludzi powstaje nowa słowotwórcza genealogia, szybko zorientujemy się, że „Ruchy” to nie tylko książka demaskatorska i prześmiewcza, ale przede wszystkim swoista biblia – kod, w której poznamy nowego demiurga i jego możliwości.

Jesteśmy w jakimś mrocznym miejscu, o którym Bóg zapomniał tak, jak autor nie pamięta o wielkiej literze, kiedy o nim wspomina. Początkowo centrum zdarzeń staje się pewien lokal. Miejsce, do którego kobiety przychodzą, by kusić mężczyzn, a mężczyźni po to, by dać się ponieść chuci i nieokiełznanemu pożądaniu z kolejną przygodną partnerką. Tyle, że na parkiecie można często spotkać tancerki opisane mniej więcej tak : „Tłusta paszcza pokryta grubą warstwą wyzywającej tapety przypominała pośmiertną maskę wykolejonej baletnicy”. Naturalizm w opisach ludzi, jak i wyzwalanych przez nich działań (które prędzej czy później opierać się będą na dominujących w książce ruchach frykcyjnych) wywołuje niechęć i odrazę, ale tylko dzięki tym uczuciom możemy na zgliszczach starego świata i rozsypanych relacji międzyludzkich budować coś nowego. Shuty tę budowę rozpoczyna od fundamentu, jakie dać może nowe słowo. Ten, który ma tworzyć, ujawnia się nam dopiero pod koniec powieści. O nim to jeden z bohaterów (może on sam?) mówi następująco: „Są trzy osoby boskie – stwórca, twórca i odtwórca. Świat pełen jest indywiduów bezczelnie przekonanych o własnej wyjątkowości, o ponadnormalnej mocy produkcyjnej i wilczym apetycie, ale prawdziwy stwórca jest tylko jeden”. Nie chcąc zdradzać surrealizmu dokonań owego stwórcy, nie będę odnosił się do zakończenia historii, napiszę natomiast o tych, którzy tę historię tworzą.

Najpierw jest to anonimowa zbiorowość. Neologizmy, z jakich ulepione są ich imiona, odbierają bohaterom tożsamość. Mało powiedzieć, że są to ludzie prości. Mało napisać, że nie obdarzymy ich sympatią. Patos i elegancja listów pisanych przez niektórych z nich, silnie kontrastuje z pustką i tępotą, jaką ujawniają ich działania i rozmowy. Jest w tej dzikiej zbieraninie ludzkiej miejsce na miłość, ale jest to miłość nieczysta, miłość drugiej świeżości, miłość o jakiej można snuć jedynie górnolotne rozważania na piśmie, ale której nie ma ani na języku, ani w sercach oszalałych w seksualnym rozpasaniu samotnych wysp, jaką jest każdy z bohaterów. Oni tylko obserwują ruchy, badają drżenia ciał i skupieni są na tym, co widzą, gdyż to, co myślą jest miałkie i nieistotne. Dla mężczyzn ważne jest odnalezienie właściwego kształtu „plaskacza”, dla kobiet wyciśnięcie z partnerów jak najwięcej życiodajnego nasienia podczas kolejnego miłosnego aktu; ich seksualne rozbuchanie to także rozbuchanie dla materii słownej, która te akty opisuje. To ruchy ciał i ruchy intertekstualne. Ruchy stałe i ruchy niepewne. Ruchomy świat i pełna ruchu narracja okaleczona semantycznie tak samo, jak emocjonalnie okaleczeni są bohaterowie.

I kiedy wydaje się, że jest to opowieść o pewnej zbiorowości i o pewnym miejscu zamieszkanym przez tę zbiorowość, Shuty zabiera nas w nieco inny rejon i pozwala przyglądać się sielskiemu życiu Bulsza i Liliany, którzy niczym biblijni Adam i Ewa wydają się być prekursorami nowego porządku, stojącego w opozycji do ruchów klubu i miasteczka. Nic jednak nie może powstać z nicości, nic nie jest w tej powieści stałe i pewne. Chociaż wydawać by się mogło, że dwójka bohaterów z ich witalnym apetytem na życie, będzie w stanie cokolwiek zmienić w umownej rzeczywistości „Ruchów”, pozostaną oni w szarej pulpie tak samo nieruchomi, jak i pozostali snujący się czasami przypadkowo po kolejnych stronach książki ludzie. Zresztą wszystko, co brudne i niepewne, zostanie w tej opowieści zmyte pianą podczas ekscentrycznego party niosącego w sobie dodatkowe tropy interpretacyjne.

Shuty po raz kolejny gra w swoistą grę ze słowami, jakie pisze, z czytelnikami i z samym sobą. Tyle tylko, że w „Ruchach” reguły tej gry są dość jasne, czego brakowało w „Zwale”. Ta nadzwyczajna groteska jest przekonująca i przezroczysta znaczeniowo. Nie obiecuję jednak lektury łatwej i przyjemnej. Zresztą… tu nie narrator ani autor są najważniejsi. Musimy przyjrzeć się ruchom.


Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-04-02

"Horror show" Łukasz Orbitowski

Ani to horror, ani to show, ale coś w tej książce jest. Coś, co zastanawia i nie daje spokoju, mimo dość schematycznej fabuły, papierowych (choć pewnie autor silił się tu na oryginalność) bohaterów i coraz bardziej absurdalnych zdarzeń nieuchronnie zmierzających do katastrofalnego rozwiązania finałowego. I chociaż z tego makabrycznego założenia wychodzi bardziej groteska, w której częściej się śmiejemy niż boimy, jest to książka w jakiś sposób wciągająca i fascynująca. Może to przez niepowtarzalne ukazywanie uroków Krakowa bynajmniej nie w urokliwych miejscach, może to kwestia pozytywnie zakręconej fabuły, w której można zatonąć i której przez chwilę nawet można uwierzyć.

A dzieją się w książce Orbitowskiego rzeczy nie do uwierzenia. Otóż któregoś dnia w ręce niejakiego Giełdziarza wpada skomplikowana układanka i stary świecznik. Wokół tajemniczych puzzli krąży gdzieś widmo leciwego zombie, a opowieść ociera się o symbolikę cyfry „dziewięć”. Krakowski ciułacz giełdowy przypomina moralitetowego Everymana, którego tożsamość określi dopiero skrywane imię, jakie poznajemy w finale powieści. Nie wiemy też do końca, czy nasz główny bohater istnieje naprawdę, czy jest może symboliczną projekcją lęków, marzeń i pragnień. Prowadzi nas Orbitowski przez makabryczną opowieść o Złym, jaki nie zaznaje spokoju po śmierci i czyni z Giełdziarza tego Dobrego, który prowadzi swoistą krucjatę spełnienia w przeżartym zgnilizną moralną świecie.

Z czego bowiem można się cieszyć, skoro towarzystwo znajomych jest niepewne, a relacje między nimi określają jedynie cele biznesowe? Jak można czuć zadowolenie w związku, kiedy któregoś dnia okazuje się, że wybranka serca wywija pupą przy rurze nocnego klubu? I jak zareagować, jeśli razu pewnego niezwykle zręczny rudzielec imieniem Brandon, pomoże nam dostać się do mieszkania na czwartym piętrze, do którego kluczy zapomnieliśmy, a potem za wszelką cenę będzie chciał się w nim ukryć? Nasz Giełdziarz przeżywać będzie nieliche dylematy, pośród których przyjdzie mu się zmagać z wymiotującym białymi robaczkami starcem, który wydaje się wciąż wyprzedzać go o krok w działaniach.

W powieści Orbitowskiego ujrzymy galerię niezwykłych postaci, chociaż są to postaci wtopione w szarość codziennego życia. Poza Giełdziarzem poznamy także ciułającego od okazji do okazji Szpada i jego żonę – klasyczną „anty-matkę Polkę”, zapijającą swoje smutki i frustracje w krakowskich pubach i za nic mającą zobowiązania wynikające z narodzin dziecka. W centrum galopujących naprzód zdarzeń znajdzie się jednak Wuj. Wuj – żeby było śmieszniej – jest dziadkiem, a żeby było już naprawdę śmiesznie, prawdopodobnie nie żyje. Rozwikłanie zagadki jego zgonu zdeterminuje Giełdziarza na tyle, że zapomni on o sobie, swojej dziewczynie – ladacznicy i całym interesie, jaki bujnie rozkwita pod skrzydłami lądujących na Balicach samolotów. Giełdziarz ułoży wreszcie swoją układankę, natomiast nie jestem pewien, czy czytelnik będzie w stanie rozwikłać zagadkę opowieści i samodzielnie złożyć z tych chaotycznych rozdziałów jakąś wspólną całość.

Orbitowski ma u mnie jednak dużego plusa. Za sentyment do Krakowa i za wiarygodność osadzenia swej makabreski w krakowskim klimacie (ciekawa jest zwłaszcza autorska filozofia podobieństw krakowskich knajp do różnych gatunków psów). Za frapujące, acz irracjonalne rozwiązania w swej powieści. Za pazur, którym podrapie czytelnika nie tylko rudy kot, o którym tutaj nic nie piszę, ale który niejako dominuje nad wszystkimi miotającymi się w „Horror show” postaciami ludzkimi.

Może gdyby okroić tę fabułę, wyjąć z ust bohaterów dziesiątki niepotrzebnych przekleństw, może gdyby skupić się bardziej na metafizycznym aspekcie zagadki z dreszczykiem, a nie zapychać kolejne strony mało wyszukanymi dialogami i opisami sytuacji – może wówczas byłaby to książka bardzo dobra. Powstało jednak, co powstało. Długo czaiłem się wokół tej powieści niczym kot (sic!) czekający na dobrą ucztę i… nie była ona za bardzo strawna, ale jednak nieco przyjemności czytelniczego smaku mi dała. Mimo tego, że trup ściele się gęsto, że kolejni bohaterowie ujawniają swe niejednoznaczne oblicze, że zdarzenia pędzą gdzieś do przodu na złamanie karku. Nic to. Dobrze się czytało powieściowy debiut Orbitowskiego. Czas zaczaić się teraz na „Tracę ciepło”, bo autor przegoni mnie, wydając kolejną książkę. Show nie ma się co spodziewać, horror to mało wysmakowany, ale… warto się skusić i przemknąć przez ten dziwaczny świat opisany przez autora.


Korporacja Ha!art, 2006

2008-03-30

"Samotność" Stanisław Srokowski

Czynię pewnie rzecz bez precedensu, ale porywam się na recenzję książki po przeczytaniu zaledwie stu dwudziestu czterech jej stron. Spoglądam i widzę, że tomisko ma ich aż 336, ale żadna siła na ziemi nie zmusi mnie do przeczytania kolejnych. Ja Srokowskiemu bardzo serdecznie dziękuję za tak duszną, tak męczącą i tak osobliwie nudną prozę, pozwalając sobie na jej krytykę tylko na podstawie tego, przez co z podziwu godną determinacją przebrnąłem w ciągu dwóch traumatycznych dni poświęconych na lekturę. Jeżeli ktoś będzie w stanie ocenić tę książkę w całości, doczytać do końca ostatni rozdział i nie zasnąć po drodze; jeśli tylko ktoś odważy się o tej książce napisać po przeczytaniu wszystkich jej stron, ja temu komuś serdecznie podziękuję za oświecenie w kwestii tego, co w tej powieści może być godnego uwagi. Jeżeli jest to – jak wskazuje tytuł – literacki obraz samotności, to współczuję wszystkim samotnikom i współczuję także autorowi, że wypluł z siebie aż tyle demonicznych zdań o niczym.

No to teraz parę słów o tym, co przeczytałem do miejsca, w którym postanowiłem się poddać. Bohaterem jest neurotyk, zamknięty w skomplikowanym świecie własnych doznań, mierzący się codziennie z bezsennością i widmami z przeszłości, które atakują go i męczą (jego i czytelnika przede wszystkim). Wydawać by się mogło, iż jest „Samotność” czymś na kształt onirycznego pamiętnika, ale pamiętnik ów tak jest pełen egzaltacji, tak puszy się przed czytelnikiem, tak dokuczliwie buduje napięcie wynikające z każdego kolejnego kalekiego zdania, że nie sposób tych osobistych wynurzeń śledzić dłużej, bo grzęźnie się w nich dokładnie tak, jak Anastazy grzęźnie w bagnie swojej chorej jaźni.

Pozwoliłem sobie wybrać jakiś reprezentatywny fragment pseudo – poetyckiego pustosłowia, jakim autor zapycha kolejne rozdziały. I co my tu mamy? A na przykład coś takiego: „Ogromny, pomarańczowosiny pająk nieba powoli zsuwał się na długich, cieniutkich nóżkach po zeschłych konarach przestrzeni i oplatał niewidzialnymi nićmi znużony i pełen złowieszczych snów świat”. Konia z rzędem temu, kto przy pierwszym odczytaniu tej wizji zrozumie, do czego autor zmierza i co chce oddać nagromadzeniem pretensjonalnych metafor. Ich częstotliwość na każdej stronie jest zatrważająca i bolesna. Nie sposób tego czytać. Po prostu się nie da. Dochodzą do tego jeszcze skomplikowane zabiegi animizacji – bliscy Anastazego zamieniają się w ptaki, zwierzęta, owady, przychodzą i odchodzą, zamieniając jego świat w swoiste piekło, a proces czytania w okrutną mękę.

Gdzieś tam w oddali wciąż czai się śmierć. Wspomina bowiem nasz bohater własną matkę, jej przedśmiertny danse macabre, proces umierania i przygotowania doń. Matka pojawia się obsesyjnie w jego myślach co chwilę i przypuszczalnie na kolejnych, niemożliwych do zmęczenia przeze mnie stronach, powracać będzie ponownie i narzucać sposób postrzegania tego, co teraz poprzez pryzmat tego, co było. Dołóżmy do tego jeszcze naturalistyczny opis zmasakrowanego w wypadku ojca, który leży w trumnie oraz żonę, która porównywana jest w swej nieokiełznanej seksualności do goniącej się suki i mamy obraz jak z koszmaru. Obraz człowieka, który nie umie żyć, bo życie jest dla niego kompulsywnym ocieraniem się o absurd doświadczania. Anastazy wchodzi w milczący dialog z sąsiadem za ścianą. Ich wzajemne relacje wyznacza rytm chodzenia do ubikacji, palenia papierosów, charkania i smarkania, kaszlu i wypluwania plwocin… Już wystarczy, dość, koniec. Nie wiem, co obaj panowie porabiają w dalszej części powieści i nie chcę wiedzieć.

Jestem zdumiony i przerażony. Zdumienie wywołuje we mnie fakt, iż doświadczony pisarz sprzedaje czytelnikowi książkę tak męczącą, szarą i nijaką. Przerażenie zaś spowodowane jest tym, iż nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nie dokończyć książki, a czytałem rozmaite quasi literackie dyrdymały. I taki bunt we mnie wzbiera, kiedy czytam notę na okładce „Samotności”. To nie może być żadne wnikliwe studium lęków i obsesji współczesnego człowieka. To studium delirycznej rozmowy z samym sobą, jaką snuje Srokowski. Nie sposób jest stanąć naprzeciw tego monologu. Tej książce i temu autorowi z pewnością grozi samotność. Bardzo mi przykro, ale zostawiam tę opowieść samej sobie.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2008

2008-03-29

"Praskie łowy" Aleksander Kaczorowski

Książka Kaczorowskiego jest utkana ze skomplikowanych biografii, z zawikłanych życiorysów, z opowieści o kobietach i mężczyznach, których łączy czeska Praga – miasto tymczasowe, a jednocześnie takie, w którym odnajdują się oni w swoich rolach życiowych i realizują plany, marzenia i pasje. Prawdziwym bohaterem „Praskich łowów” jest bowiem urokliwe miasto nad Wełtawą, które kryje w sobie tak wiele tajemnic, jak wiele niedopowiedzeń odnaleźć można w historiach polskiego dziennikarza Słomeckiego, rosyjskiego korespondenta Wasilija, odbywającej sentymentalną podróż Żydówki Miriam, Marka, Japonki Yuki i Czeszki Marty… Tak, Praga tutaj „opowiada” i Praga jest w centrum zainteresowania autora, chociaż wymownie milczy i jest jedynie świadkiem opisywanych zdarzeń. Ta Praga, która tak różni się od wszystkich polskich miast, Praga witalna i Praga łącząca w sobie przeszłość i teraźniejszość. Miasto, o którym Słomecki mówi następująco: „Chodząc po ulicach, rozmawiając z ludźmi, czuło się, że Praga wygrała los na loterii. Miała wszystko, czego brakowało miastom w moim kraju: była pełna zabytków i tajemnic, magii i ludzi z całego świata. Udzielił mi się jej optymizm, postanowiłem za wszelką cenę tu zostać”. W tym nasyconym optymizmem mieście poznamy bynajmniej nie optymistyczne historie, które ułożą się w jednolitą opowieść o sztuce, prawdzie, umiejętności zachowania ludzkiej twarzy w nieludzkich czasach, o kłamstwach i ich konsekwencjach, ale przede wszystkim o ogromnym sentymencie do słów i czynów ważkich, choć wydających się tak pospolitymi.

W Pradze Kaczorowskiego nie poznamy żadnych rodowitych prażan. Wszyscy, o których będzie mowa, pojawili się w tym mieście skądś i są w nim jakby na chwilę, zatapiając się jednocześnie w jej niepowtarzalnym kolorycie. Chociaż ludzie w tej powieści są ludźmi z daleka, łączy je bliskość miejsca i swoiste bratersko – siostrzane więzi, z których nie do końca zdają sobie sprawę. Wraz z nimi pojawią się wspomnienia czeskich literatów – Ladislava Fuksa czy Karela Hynka. Oni także wpiszą się wyraźnie w opowieść o sztuce zrozumienia drugiego człowieka w czasie i w kraju, w którym wszyscy żyją jakby obok siebie. Bo rodowici Czesi portretowani przez autora są mocno zatomizowani, nie czują się jednością narodową i nie dążą do tego, aby wspólnie coś razem przeżywać. To naród, który nie jest społeczeństwem. Społeczeństwo, które nie zna pojęcia wspólnoty. Ludzie, którzy świetnie sobie radzą, ale robią to w pojedynkę, czyli w taki sposób, w jaki trudno jest cokolwiek dokonać bohaterom „Praskich łowów”. O Czechach przeczytać możemy zaskakującą opinię: „A wie pani dlaczego nie mamy autorytetów? Ponieważ nie mamy elit. Nauczyliśmy się obywać bez nich w czasach pokoju i ignorować je w czasach wojny. Dlatego wychodzimy cało z każdej opresji”. Stąd też może tendencja autora, aby odsuwać tych, których opowieści tworzą książkę, od głównego nurtu czeskiego życia, w którym nie ma wzorów, nie ma pamięci, nie ma tożsamości, nie ma trwałości.

Jest to jednak książka w swym przesłaniu dość ambiwalentna, bo to właśnie Czechy są dla Słomeckiego krajem, w którym zdobył wszelką konieczną wiedzę o życiu. Bohater mówi: „To w Czechach nauczyłem się pić whisky. Prawdę mówiąc, w Czechach nauczyłem się niemal wszystkiego”. Okaże się, że nawet długoletni pobyt za oceanem i ustawiczne próby wymazania wspomnień, nakażą mu ponownie wrócić do miejsca, w którym ukształtowała się jego tożsamość i z którego niejako się wywodzi, choć prawdziwą ojczyzną Czechy nie są dla niego z pewnością.

Chociaż rubaszny tytuł i pierwsze zdania powieści wskazywać mogą na to, iż będziemy mieli do czynienia z kolejną śmiałą obyczajowo opowieścią o podrywaniu i konsekwencjach, jakie zeń wynikają, jest powieść Kaczorowskiego historią o innego rodzaju łowach. Bohaterowie łowią w swoich wspomnieniach ważne szczegóły, łowią fotograficzne kadry pamięci swojej i tych, z którymi obcują, łowią ślady o prawdzie i ślady obcych opowieści, w których po pewnym czasie całkowicie się zanurzają.

Ta książka jest niewątpliwie hołdem złożonym przyjaźni, miłości i przywiązaniu. Jest zapisem drogi dochodzenia do prawd, o które można w pełni odkryć dopiero po upływie dłuższego czasu. To książka o Pradze, ale przede wszystkim o Pradze mentalnej. O śladach pamięci, jakie zapisze w tych, których los związał z miastem. Mimo wewnętrznego tragizmu, to także książka bardzo ciepła i optymistyczna. Każdy złowi przy niej kilka chwil prawdziwej czytelniczej przyjemności.

Wydawnictwo Świat Książki, 2007

2008-03-27

"Dałem głos ubogim" Ryszard Kapuściński

Trudno pisać o nim – był. Nadal nie mogę oswoić się z faktem, że Ryszard Kapuściński nie wyruszy już w żadną podróż, nie przywiezie z niej kolejnych wspomnień, nie nada im nowego znaczenia, nie podkreśli po raz kolejny kruchej kondycji człowieka i jednocześnie jego niepowtarzalności, która nakazuje za każdym razem wysłuchać uważnie i od nowa jego opowieści oraz opowieści miejsca, z jakiego pochodzi. Ta książka zabierze nas do malowniczej alpejskiej wioski, w której podróżnik, humanista i myśliciel zatrzyma nas na dłużej i pozwoli nadal myśleć o sobie w czasie teraźniejszym. Zapis rozmów z włoską młodzieżą, wspomnienia przyjaciół, próba biograficznej rekonstrukcji jego dziejów – wszystko to, co tworzy „Dałem głos ubogim” jest jednocześnie świadectwem trwania Kapuścińskiego, który pozostaje już na zawsze w pamięci jego rozmówców z Bolzano i czytelników, jacy o tych rozmowach mogą przeczytać. To książka, która zatrzymuje czas i jednocześnie go kondensuje. Książka, która składa hołd prostocie i ciekawości reportera, a także książka, która próbuje raz jeszcze przypomnieć jego najważniejsze myśli oraz istotne epizody dramatycznej biografii człowieka wiecznie wędrującego, a jednocześnie stale zatrzymanego, zasłuchanego w opowieściach o świecie i różnorodnym jego doświadczaniu.

O powodach, dla których w październiku 2006 roku Ryszard Kapuściński postanowił odwiedzić Bolzano i o oczekiwaniach, jakie wiązał z tym miejscem, pisze Jarosław Mikołajewski w jednym ze szkiców, będących uzupełnieniem zapisu rozmów z młodzieżą, które odbyły się tej niezapomnianej, pięknej jesieni: „Pejzaż, przestrzeń, cisza, marsz, poznanie i uśmiech, który budzi radość – tych niemałych darów spodziewał się po Bolzano i te dary podczas krótkiej podróży pod Alpy otrzymał”. Była to więc dla Kapuścińskiego podróż sentymentalna. Podróż, w jakiej nie musiał patrzeć na zegarek, pilnować terminów, przedzierać się przez nieprzyjazne rejony w celu znalezienia faksu, telegrafu, telefonu. To była podróż pełna spokoju i dostojeństwa. Niezwykłe zderzenie doświadczonego reportera i humanisty z młodymi ludźmi, którzy po przeczytaniu jego książek zechcieli zgłębić nieco ich przesłanie i poznać myśli autora.

Tytuł książki podkreśla zasadniczą myśl, jaką Kapuściński rozwijał podczas spotkań w Bolzano. Uznając się za rzecznika ubogich, staje się także wyrazicielem myśli osiemdziesięciu procent ludności ziemi, albowiem definicja ubóstwa, o jakiej myśli reporter odbiega od stereotypowych pojęć. Jak wobec tego Kapuściński mówi o ubóstwie? „Człowiek może być ubogi nie dlatego, że nic nie jadł, ale dlatego, że jest nieszanowany, poniżany, lekceważony, pogardzany. Ubóstwo to stan społeczny i mentalny powodujący, że człowiek nie widzi wyjścia z sytuacji, w jakiej się znalazł”. Przewodnią myślą włoskich spotkań było zatem uwrażliwienie młodych ludzi na kwestię odtrącenia istoty ludzkiej i konsekwencji, jakie owo odtrącenie ze sobą niesie. Kapuściński pięknie kłania się ubóstwu, nie próbuje za wszelką cenę ubóstwa wyeliminować, ale przede wszystkim je zrozumieć. I ponownie wracam do kwestii zrozumienia, empatii, szacunku i otwartości wobec tego, co inne, albowiem w rozmowach pojawia się po raz kolejny problem kontaktu z Innym, o jakim Kapuściński pisał już niejednokrotnie w swoich książkach.

Reporter dostrzega ogrom i intensywność międzyludzkich zderzeń w epoce globalizacji i szybkiej komunikacji masowej, ale widzi obok nich powiększającą się pustkę braku porozumienia. W dzisiejszym czasie bowiem ustawicznie poznajemy się i mijamy, ale tak naprawdę nie znamy się i wciąż jesteśmy sobie obcy. „Bardzo ważnym źródłem informacji jest kontakt z Innym. Nie podróżuje się bowiem tylko po to, by podziwiać pejzaże, ale też by poznawać ludzi, rozmawiać z nimi, wysłuchiwać ich historii”. Kapuściński sporo miejsca w swych rozmowach poświęca językowi, traktując go jako kod porozumienia, który ustawicznie musimy łamać i odkrywać na nowo. Mówi o sztuce otwierania się na inność i konieczności akceptacji inności. Tylko bowiem dzięki temu jesteśmy w nowym świecie stworzyć warunki do wzajemnego porozumienia. Takiego porozumienia, jakie Kapuściński znalazł w Bolzano zarówno z ludźmi, jak i otaczającą go przyrodą.

„Oddałem głos ubogim” po raz ostatni oddaje głos temu, który w imieniu różnych ludzi wyraził jedną prośbę. Ta książka oddaje hołd zarówno życiu, jak i twórczości Kapuścińskiego. Ci, którzy nie znają roli poezji i fotografii w jego życiu, poznają autora z jeszcze innej strony. Ci, dla których ostatnia opowieść o Kapuścińskim jest jedynie dopełnieniem wiedzy o nim, ta książka jedynie przypomni o człowieku, który nie może już mówić sam za siebie i który domaga się cytowania, aby ponownie zabrać głos. Zresztą… on ten głos już dał innym, więc niech ta książka mówi za niego samego.

Wydawnictwo Znak, 2008