Książka Katarzyny Bondy dostarczy nietuzinkowej rozrywki. Jaka to może być rozrywka, skoro mamy do czynienia z krwawym kryminałem, okraszonym dużą dozą informacji z dziedziny anatomopatologii, psychologii i socjologii społecznej? Kiedy już wydaje nam się, że zagadka zamordowanej w brutalny sposób femme fatale spoglądającej na nas ze szklanego ekranu i dającej świadectwo swego zagubienia i rozpaczy w będącym komentarzem do wartkiej fabuły dzienniku internetowym, jest już całkowicie przez nas rozwikłana, dostajemy mocnego kopniaka i dostrzegamy, jak bardzo iluzoryczne było wszystko to, co do tej pory przeczytaliśmy. O kopniakach będzie zresztą jeszcze mowa. Autorka na pewno bawi się bardzo dobrze, kiedy wyobraża sobie pochylonego nad lekturą czytelnika, który próbuje dociec prawdy o tym, kto zabił tytułową Ninę Frank i jakie zależności łączą poszczególnych bohaterów. Na pewno uśmiecha się na myśl, że po dwóch wieczorach przejmującej lektury z dreszczykiem, dociera on do zakończenia powieści i… śmieje się lub rwie włosy z głowy, mając pretensje do Bondy o jej manipulacje albo zwyczajnie szydzi z samego siebie, który dał się złapać w pułapkę opowieści. Klucz do zagadek Pani Katarzyny znajdzie się dopiero na końcu i jeśli czytający jest przekonany, iż takie rozwiązanie staje się oczywiste, bo buduje nam autorka hitchockowski suspens opowieści z dreszczykiem, może się gorzko rozczarować. Gorzkie rozczarowanie albo słodycz oczarowania, różne reakcje mogą towarzyszyć przy lekturze. Można tupnąć nogą, wygarnąć Bondzie mistyfikacje, rozzłościć się i rzucić książką, ale… można na nią spojrzeć z uśmiechem i uśmiech ten wysłać w stronę autorki. Ci, którzy znają reprezentowaną przeze mnie linię recenzencką, wiedzą dobrze, że bodajże dwukrotnie dałem się skusić na przeczytanie książki opatrzonej etykietką „kryminał”. W przypadku Grina było to doświadczenie inspirujące, w przypadku Pasewicza traumatyczne. Jak było z Bondą? Oryginalnie. Ciekawie. Zaskakująco. Niepowtarzalnie. Wiedziałem już po lekturze kilkudziesięciu stron, że coś tu jest bardzo nie tak, że te pretensjonalne imiona i nazwiska bohaterów oraz zawikłane zdarzenia, jakie stają się ich udziałem nie są tym, czym się faktycznie wydają. Że w tym był jakiś cel. Jakaś pułapka. Jakiś haczyk. I konia z rzędem temu, kto w tę pułapkę nie wpadnie, nie połknie tego haczyka, i … no dobrze, wystarczy już tych dywagacji. Obowiązek nakazuje przyjrzenie się warstwie fabularnej i semantycznej książki.
Nina Frank – telewizyjna gwiazdeczka, zaaferowana kolejnymi mdłymi rolami w mydlanych operach i kolejnymi perwersyjnymi romansami młódka z podlaskiej prowincji, jest bożyszczem obutych w miękkie pantofle kur domowych i niespełnionych desperatów płci męskiej z licznymi kompleksami i defektami urody. Jej życie toczy się wewnątrz i na zewnątrz jej samej. Obłudna w swej wymowie rola serialowej zakonnicy skrywa duszę niepokorną, krnąbrną, chorobliwie ambitną i perwersyjnie nastawioną na zaspokajanie samczych seksualnych chuci. Kiedy któregoś dnia telewizyjna gwiazdka zostaje znaleziona na terenie swojej posiadłości w stanie prawie szczątkowym, z drugiego końca Polski zostanie sprowadzony policyjny profiler, który ucieka przez rozwścieczoną żoną żądającą rozwodu i labilną emocjonalnie kochanką, jaka wciąż nie może o nim zapomnieć. Hubert Mayer, tworząc profil mordercy aktorki, nakreśla coraz wyraźniejszy wizerunek samej Niny.
Przyglądamy się policyjnemu psychologowi wspieranemu przez dobrodusznego posterunkowego jeżdżącego na interwencję swoją motorynką, a także całej galerii wiejskich i małomiasteczkowych cudaków. Linia tropu rwie się okrutnie i tylko dzięki niezwykłym umiejętnościom Mayera, dochodzi do określenia pełni wizerunku mordercy. W międzyczasie dowiadujemy się o sponsorowanych miłościach Niny Frank, przyglądamy się wielkiemu, pustemu światu gwiazd i szarej rzeczywistości prowincjonalnej mieściny. Katarzyna Bonda bezlitośnie rozprawia się z głupotą i ograniczeniami swoich rodaków. Dostaje się zarówno tym, którzy życie próbują budować na idiotycznych mrzonkach, jak i tym, którzy na takowych mrzonkach budują swoją karierę. Kopniaki rozdaje Bonda wielokrotnie i boleśnie. A to nieudolnej policji, a to skorumpowanym politykom, a to rozmodlonym dewotkom i twardogłowym kawalerom szukającym łatwego łupu na wiejskich potańcówkach. Nina Frank będzie w tej książce symbolem wieloznacznym i wyostrzoną gilotyną, jaka spadnie na pochylone głowy złamanych wpół Polaków. Przede wszystkim jednak „Sprawa Niny Frank” jest celną, rzetelną i dokładną reportersko wizytówką wielu polskich bolączek, o których bezpośrednio lub pośrednio dowiedzieć się będzie można podczas lektury. I jeszcze to zakończenie! Przygotuj się czytelniku na wysokoenergetyczną bombę, która niekoniecznie jest dopracowana literacko, ale z pewnością wybuchnie głośno i zostawi po sobie ślad.
Bójcie się Bondy! I sami rozwikłajcie sprawę Niny Frank.










