2015-02-14

"Nie taka dziewczyna" Lena Dunham

Wydawca: Czarne

Data wydania: 4 lutego 2015

Liczba stron: 280

Tłumacz: Dobromiła Jankowska

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Walka, odkrywanie i brak konturów

W omówieniach tej książki skupia się uwagę na Lenie Dunham, ponieważ o samej publikacji nie da się napisać zbyt wiele. Moja jednorazowa przygoda z tą ekscentryczną postacią polegała na tym, że przed kilku laty z dużym zainteresowaniem oglądałem offowe "Mebelki", zastanawiając się nad tym, ile złego w tej historii neurotycznej dziewczyny oferuje jej nieprzyjazny świat, a ile złego czyni ona sama światu. Film to intrygująca historia nieprzystawalności na własne życzenie warunkowana licznymi niefortunnymi zbiegami okoliczności. Rolę Aury Lena Dunham zagrała koncertowo. Sama napisała scenariusz i wyreżyserowała film. Kiedy czytam jej książkę, zastanawiam się nad tym, ile z tamtej niemożliwie biernej abnegatki kryje się w ekspresyjnej opowieści pozbawionej przede wszystkim celu i właściwości. Bo "Nie taka dziewczyna" ma być dowodem na to, że zawsze trzeba walczyć o uwagę, umiejętnie opowiadając własną historię. Swoją opowieść Dunham buduje w bardzo uporządkowany sposób. Oto bowiem wkraczamy we wszystkie święte sfery kobiecości, które sensownie podzielone są na rozdziały o miłości, seksie, przyjaźni i pracy. Czytamy rzecz, w której dygresyjność prowadzi donikąd. To taka złośliwość innego oblicza Aury z "Mebelków", efekt nadmiernej pewności siebie i ogromna wybiórczość tematyczna do pary z nieznośnie wylewną narracją.

Chciałoby się znaleźć w tej książce kilka złotych myśli, wartościowych sformułowań i oryginalnych opinii. Skoro rzecz sprzedała się i nadal sprzedaje w tak dużych nakładach, musi być o czymś. O czymś ważnym. Może wypunktowanym. Dunham punktuje co innego. Choroby, których się boi. Rady ojca. Powody, dla których jest przywiązana do Nowego Jorku, bo tę wielkomiejskość w sobie ustawicznie podkreśla. Poszukując wartościowych fraz, natrafia się głównie na jedną, która dość wyraźnie nakreśla charakter "Nie takiej dziewczyny". Lena Dunham stwierdza bowiem: "Żyję w świecie, który jest wręcz obsesyjnie wolny od tajemnic". Taka jest też ta książka. Autorka odziera się z prywatności. Sfera intymnych doznań i przeżyć zdaje się dla niej nie istnieć. Opowiada o tym, co ma pod bluzką, co w torebce, kiedy spóźnia się miesiączka i dlaczego dopada ją chroniczny ból pochwy. Snuje opowieści o komplikacjach i oczekiwaniach związanych z własną seksualnością oraz o najbardziej skrytych lękach, którym psychoterapeuci wychodzą naprzeciw już w czasie, gdy Dunham jest nastolatką. Czy to wszystko ma udowadniać, iż rzeczywiście jej historia warta jest opowiedzenia? Nie, jeżeli spojrzeć na tę książkę tylko przez pryzmat często chaotycznych opowieści o nieznośnych stanach zanurzonych w intymności. Trudno jednak szukać czegoś innego w narracji mocno przegadanej i niestety dość płytkiej, gdyż umieszczanie czegokolwiek w jakimś kontekście jest dla Leny Dunham czynnością niemożliwą, a to być może ratowałoby tę książkę.

To jednak mimo wszystko narracja kobiety odważnej i zdecydowanej podążać naprzód mimo przeszkód, z jakimi musi się mierzyć, bo przecież nie jest doskonała, na pewno umrze, nie może dojść do porozumienia ze swoim ciałem i myśli też niekoniecznie są jej podległe. Nie chce się oddać tej lektury, zdecydowanie się od niej odwrócić, tylko wykpić i wytknąć absurdalność wielu zwierzeń. Lena Dunham dość inteligentnie prowokuje do dyskusji o tym, co w dzisiejszych czasach warunkuje szczęście. Opowiada o takiej kobiecie, dla której poszukiwania kolejnych granic, jakie można przekroczyć, to nie tyle priorytet, ile dość skomplikowana konieczność. Dunham z jednej strony wciąż walczy ze zmieniającymi się nastrojami i uporczywie zmaga z wątpliwościami różnej natury. Z drugiej jednak - zdobywa się na odwagę bezpardonowej walki i przekazuje swą energię wszystkim tym czytelniczkom, którym ta książka może być niezwykle potrzebna. Takie opowieści mają swoją moc. Zmieniają nie tylko opowiadających, ale przede wszystkim niezdolnych do samodzielnej batalii o siebie odbiorców. "Nie taka dziewczyna" nosi znamiona poradnika, ale z pewnością nie udziela żadnych konkretnych odpowiedzi na pytania o to, jak żyć. Chodzi tu bardziej o fakt ustawicznej walki i o zwycięstwa - te małe i te kolosalne, dostrzegane przez innych, nagradzane akceptacją i oklaskiwane, bo zmiany widać gołym okiem, a wewnętrzna batalia umyka uwadze otoczenia.

Świat otaczający Lenę Dunham to rzeczywistość niewyraźnych konturów. Nowojorskie zagubienie skutkuje dość wczesnym poczuciem tego, że nie jest się wartościowym. Wartość samej siebie Dunham wciąż kwestionują zmienne relacje z innymi ludźmi. Ale inni są jakby tłem, bo przecież autorka rozprawia się z samą sobą. Ze swoim ciałem na przykład. Jego historię zapisuje w krótkich rozdziałach, tak jak opowiada o relacjach z płcią przeciwną - jest w nich wieczna chęć rekompensowania różnych braków, są oszustwa emocjonalne, flirt i walka oraz bardzo dużo energii, którą pochłania poszukiwanie siebie w innych. Rozważania o seksie kierują na drogę rozmyślań o własnej tożsamości. Dunham rozpaczliwie próbuje nazwać swoje wątpliwości, ale też w wątpliwy sposób używać siebie i życia tylko po to, by udowodnić, iż każde kolejne wyzwanie niesie w sobie stratę i żal.

Autorka nie będzie wypatrywać białego żagla na mglistym widnokręgu, jak czyniła to pani Bovary, wtapiając się w szarość egzystencji i nie walcząc o siebie. Lena Dunham chce mieć właściwie wszystko oraz wszystkiego doświadczyć. Nie można się jednak zdecydować, co ma być zasadniczym atutem "Nie takiej dziewczyny". Są w niej bowiem bardzo obszerne fragmenty naprawdę o niczym. Jedna z najbardziej mglistych części - by nawiązać do Balzakowskiej symboliki mgły - to rozważania o przyjaźni, które nie są czytelne i nie obiecują nam niczego poza refleksjami o tym, iż mamy tu do czynienia z czymś na kształt alternatywy dla seksualności.

Przyznam, że chęć zapoznania się z tą książką szła u mnie w parze z prostym oczekiwaniem. Chciałem poznać spójną wizję siebie, jaką stworzy Dunham. Mogłem tego oczekiwać. Tak, zauważyłem cudzysłów w opisie na okładce. Wiedziałem, że to nie będzie poradnik o tym, czego życie naprawdę nauczyło. Mimo wszystko rozczarowanie jest spore. Odnalazłem fragmentami inspirujące, ale w dużej mierze jałowe koncentrowanie się na fizjologii, atawizmach i na działaniach, za którymi rzadko stoi refleksja i - o czym wspomniałem - jakikolwiek wyraźny kontekst. "Nie taka dziewczyna" to z pewnością rzecz energetyczna oraz nietuzinkowa, ale tymi dwoma określeniami można określić tę książkę tylko dlatego, że bez względu na wszelkie łzawe rozczulenia i wyznania mamy do czynienia z autorem dosyć wyraźnym. Problem tej osobowości tkwi w braku konkretyzowania oczekiwań i działań ku spełnieniu celów. Powstaje zatem książka rozmyta. Przynosząca rozczarowanie.

2015-02-10

"Córki marionetek" Maria Ernestam

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 28 stycznia 2015

Liczba stron: 432

Tłumacz: Magdalena A. Kostrzewska

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dobrzy ludzie, niedobre sprawy

Tych, którzy przeczytali wydany przed rokiem wstrząsający reportaż Görana Rosenberga "Krótki przystanek w drodze z Auschwitz", z pewnością zainteresują "Córki marionetek" - poruszająca opowieść o losach uchodźców wojennych w Szwecji. Maria Ernestam w bardzo kameralny sposób opowiedziała historię o ludzkim cierpieniu i okrucieństwie. O tym, że wojna, choć daleka od Szwecji, także i w tym kraju miała swoje miejsce, pokazując przerażające oblicze. Ono jest czytelne, bardzo wyraźne mimo upływu lat i wciąż niebezpieczne, wciąż groźne... Ta książka zadaje kilka fundamentalnych pytań, między innymi o to, ile zła w nas tkwi i jakie okoliczności powodują, że je z siebie wydobywamy. To także rozprawa z małymi miasteczkami i dobrymi ludźmi w nich. Rzecz o zmowie milczenia i o konsekwencjach tejże zmowy, wciąż odczuwanych w kolejnym pokoleniu.

Nic nie jest w tej książce przypadkowe, nic nie jest elementem bez znaczenia. Pośród okrutnych baśni, pośród lalek i obok karuzeli, które niosą w sobie wyraźną symbolikę, rozgrywa się opowieść o pamięci i zapominaniu. O tym, co wydarzyło się w kraju umiejętnie trzymającym się z dala od wojny. W kraju, w którym zaznać można było równie wielkiego okrucieństwa i uprzedzeń, ale w sielankowej wręcz scenerii. "Córki marionetek" to nie jest książka sielankowa. Świetnie skonstruowana i doskonale stopniująca napięcie. Stale stwarzająca wrażenie, że znaleźliśmy się w świecie, w którym nic nie jest tym, na co wygląda.

Mariana w 1981 roku zapamiętała na całe życie potworny obraz. Znalazła ciało zabitego ojca, któremu założono białe rękawiczki i posadzono go na jednym z koni rodzinnej karuzeli. To dające radość urządzenie Maria Ernestam ukaże z zupełnie innej strony nie tylko dlatego, że to właśnie na karuzeli pozostawiono zwłoki mężczyzny borykającego się ze śladami mrocznej przeszłości i wrogami w małym miasteczku. Bo małe miasteczka nie są takie urocze, jak się to wydaje na początku. Przywiązują do siebie, to fakt. Wiele lat po tragedii Mariana wciąż mieszka w rodzinnym domu, wciąż eksploatuje karuzelę i nadal poświęca się temu, co stanowiło pasję jej ojca, a mianowicie marionetkom i innym antycznym drobiazgom, sprzedawanym w sklepie rodzinnym, do którego jest szczególnie przywiązana. A pamięć o ojcu wciąż jest żywa. Ponoć ci, którzy go zamordowali, dawno już opuścili Szwecję, nie ma po nich śladu i nigdy nie powrócą. Zaskakujące, z jaką siłą i jakim natężeniem dawne zło może wrócić w każdej chwili do tych, co zupełnie się tego powrotu nie spodziewają...

Mariana ma dwie siostry, każda z nich inaczej niesie w sobie pamięć po zabitym ojcu. Elena i Karolina niewiele pamiętają. Dużo pamięta ich matka, ale nie zdradza się ze swą mroczną wiedzą. Mariana pozostała wierna zajęciu, przy którym odnajduje swoje miejsce oraz cel. Rozstaje się z mężem i córką szukającymi miejsca za oceanem. W oddaleniu kochanek, do którego Mariana pisze płomienne maile. Tuż obok siostry, każda odmiennie zakorzeniona w rzeczywistości, każda związana z miasteczkiem i nieświadoma grozy, jaką w sobie kryje.

A groźnie zaczyna być w momencie, w którym ktoś rozbija szybę sklepu Mariany. Potem mają miejsce kolejne niepokojące incydenty, które główna bohaterka ignoruje. Mariana jest dobra z natury i ufa ludziom. Nie podejrzewa nikogo z najbliższego otoczenia o to, że mógłby jej lub komukolwiek w pobliżu zagrozić. Tymczasem dzieje się wiele złego, ale nie znamy źródła tego zła. Sporo kryje się w życiorysach mieszkańców miasta, portretowanych dość oszczędnymi, ale wywołującymi ciekawość środkami. Pośród ludzi z otoczenia Mariany znajdują się tacy, którzy - tak jak ona sama- nie pogodzili się z pewnymi faktami z lat minionych, a tę pamięć ożywia dodatkowo urlopowany amerykański dziennikarz, który przybywa do miasteczka, by odnowić okoliczną piekarnię. Amnon wzbudzi zaufanie Mariany, bo ona tak naprawdę zaufać może każdemu. Do czego doprowadzi wizyta Amnona? Jakie mroczne sekrety wyjdą na jaw i czy zbrodnia sprzed lat wreszcie zostanie wyjaśniona?

Ivo, niemiecki kochanek Mariany, w jednym z maili pisze dość istotne słowa. "Ważne wybory rzadko dokonują się między dobrem a złem - zazwyczaj między strachem a bezpieczeństwem". O tych wyborach będzie między innymi książka Marii Ernestam. O ładzie, który był sankcjonowany pewnymi niepisanymi ustaleniami i o zburzeniu tego status quo, za czym idą umiejętnie skrywane tajemnice. W miasteczku tej powieści żyją przecież sami dobrzy ludzie. Tak samo dobrzy jak Mariana. Widać wyraźnie, że to obiegowe powiedzenie nie odnosi się ani do nadmiernie ambitnego koniarza, z którego wręcz tryska testosteron ani też do skrytej i zakompleksionej nauczycielki czy matki jednej z dziewczynek, która ma zwyczajnie dość macierzyństwa. Coś jest nie tak w miejscu, w którym się znajdziemy, i dopiero po pewnym czasie dowiemy się prawdy. Wszystkie uczucia i wszystkie myśli, spowite przez mroki przeszłości, ujrzą się na nowo w innym świetle. Prowincjonalna Szwecja w narracji Ernestam ma w sobie wiele grzechów i do wielu nie chce się przyznać. A to dopiero początek. Bo do miasteczka w czasie wojny trafili ci, dla których niekoniecznie było miejsce pośród tych wszystkich dobrych ludzi i w tym wspaniałym kraju trzymającym się tak dzielnie z dala od wojny.

"Córki marionetek" to thriller, w którym miłośnicy wartkiej akcji i spektakularnych zdarzeń na pewno się nie odnajdą. Chodzi przede wszystkim o historię. Tę zafałszowaną i tę przemilczaną. O wszystko to, co kryje się w gestach i zachowaniach, a nie wyraża w słowach. Tak jak w przypadku lalek, które odgrywają swoje nieme role, a największą nawet tragedię i grozę pokazują w taki sposób, że odbiorcy spektaklu się śmieją. Marionetki w teatrze Ernestam przemówią wtedy, gdy już nic nie będzie dla nas tym, czym zdawało się wcześniej. Powiedzą prawdę.

Książka napisana została pod wpływem fascynacji pewną rodzinną historią autorki. To nie jest zatem fikcja nieprawdopodobna. Ta książka wstrząsa i wciąż na nowo prowokuje do dyskusji o tym, na ile zła w życiu mogą sobie pozwolić pojedynczy człowiek i zbiorowość ludzka. A może opowiada przede wszystkim o tym, na ile pozwolili sobie tak naprawdę i w rzeczywistym świecie...

2015-02-07

"Pierwsza na liście" Magdalena Witkiewicz

Wydawca: FILIA

Data wydania: 14 stycznia 2015

Liczba stron: 345

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Dobro jest najważniejsze

Lubię pisanie Magdaleny Witkiewicz, choć zdaję sobie sprawę z tego, że nie pisze dla mnie. Śledzę co którąś tam z kolei jej powieść, bo nie nadążam za tempem, w jakim autorka wydaje następne. Ta jest jedenasta. Prosta historia o tym, że ważne jest w życiu, by czynić dobro, i o kobiecej przyjaźni, która zwalczy wszelkie przeciwności losu, niestraszny jej będzie upływ czasu i uda jej się udowodnić, że każde pęknięcie ludzkiej duszy można cudownie wyleczyć. "Pierwsza na liście" nieco mnie rozczarowała. Narracje Witkiewicz, które poznałem, wyróżniały się w zalewie tak zwanej literatury kobiecej naprawdę przemyślanymi konstrukcjami i dość kontrowersyjnymi tezami. W tej książce jest po prostu za słodko, mimo że opowiada o bardzo dramatycznych wydarzeniach, a jej bohaterki na różnych poziomach i w różnych okresach życia muszą mierzyć się ze śmiercią kogoś z najbliższego otoczenia. Powieść dla ludzi czyniących dobro prowadzi nas przez szereg komplikacji, by dość lekko, a na pewno nazbyt łatwo złożyć te skomplikowane życiowe puzzle, które rozsypuje przed nami autorka, pisząc rzecz o niezwykłej determinacji w walce o szczęście.

Ina to kobieta sukcesu. Świadoma swojej wartości i wykorzystująca własne atuty, które pozwalają jej usidlić każdego upatrzonego mężczyznę. Jako dziennikarka tkwi w czymś na kształt zawodowego rozdwojenia jaźni, bo w brukowcu zarabia, a w ambitnym piśmie szlifuje warsztat. Ina prezentuje dość infantylne podejście do życia, albowiem jest przekonana o tym, że skoro los latami był dla niej mało łaskawy, nie ma żadnego powodu, by ułatwiać egzystencję innym. Na złość życiu odmraża sobie... duszę. Kiedy pewnego wieczoru w jej drzwiach staje mokra od deszczu Karola, Ina nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele zmieni w niej opowieść dziewczyny i jak błyskawicznie przełączy ją w tryb skorej do pomocy i oddanej innym.

Karola ma swoją historię i swój ból. Nastolatka z problemami dorosłego człowieka. Dojrzała zdecydowanie przedwcześnie i świadoma strat, jakie być może za chwilę nadejdą. Zdeterminowana, by walczyć w kilku możliwych znaczeniach. Karola wie, czego pragnie, i zdaje sobie sprawę, co może zmienić, a z czym ma się pogodzić. To ona uświadamia Inę, że są sprawy, za zaniedbanie których można płacić całe życie. Ona też pokieruje nową znajomą tak, by odzyskała sporo z tego, co zabrała jej mroczna przeszłość.

Grażyna mierzy się ze śmiercią męża i wciąż nie może pogodzić się z bezsensowną utratą. Róża jest już pogodzona, ale wcześniej utrata rodziców była dla niej traumą. Obie zbliża hospicjum oraz pokora wobec śmierci. Takiej, której nie sposób zapobiec, ale którą można oswoić. Obie zbliży nie tylko świadomość nieodwracalnej utraty, lecz także coś innego. Wszystkie wymienione kobiety spotkają się przy ognisku, a to spotkanie stanie się prologiem, wyraźnie sygnalizującym dobre zakończenie powieści. Bo przecież książka o czynieniu dobra nie może się kończyć źle, prawda?

Jeśli uznać, że Magdalena Witkiewicz w każdej kolejnej powieści kreuje zupełnie inny świat przedstawiony całkiem świadomie i że są to książki bez związku z pozostałymi, można zrozumieć zastosowany w "Pierwszej na liście" zabieg dramatyzowania fabuły poprzez męską zdradę, kilkukrotną zresztą; napiętnowaną tym mocniej, że zdradzający to jednoznacznie sportretowany niebieski ptak i wolno mu zabrać głos tylko w liście, w fabule nie ma dla niego fizycznie miejsca. Jeżeli natomiast patrzeć na bogatą twórczość autorki jako odzwierciedlenie jej poglądów i uzupełnianie wyrażanej filozofii życia, coś mi tu we wspomnianym zabiegu nie pasuje. "Opowieść niewiernej" nie tyle sankcjonowała zdradę, ile przede wszystkim dorabiała do niej dość interesującą filozofię. Zdradzająca dawała sobie prawo do romansu. Co więcej - utwierdzała sama siebie w przekonaniu, iż jest to słuszna droga, że takie poszukiwania mają sens i są wartościowe. Ten, który zdradza w "Pierwszej na liście", potraktowany został przez Witkiewicz dość okrutnie. Mężczyzna pozwalający sobie na skoki w bok nie znajduje u autorki takiego zrozumienia. Właściwie żadnego zrozumienia. I to nie jedyny dowód na to, że w powieści o sile kobiet siła ta dość czytelnie potrafi zmiażdżyć drugą płeć. By nie było to czytelne, mamy także poczciwca - kierowcę, rycerskiego wobec Karoli, usłużnego i szanującego, dość szybko stapiającego się z tłem, bo podzielającego wszelkie poglądy oburzonej życiem młodej znajomej, a potem partnerki.

Ale to nie o płciach i ich rolach jest ta książka. "Pierwsza na liście" ma być w dużej mierze o wybaczaniu. O uwalnianiu w sobie pozytywnej energii mimo nagromadzenia dramatów i o tym, że trudno być dobrym przede wszystkim dla samego siebie. Pomimo, że ta narracja każe nam mierzyć się z problemami przerastającymi wielu, niemiłosiernie szybko przeradza się w coś na kształt współczesnej bajki, w której zacierają się kontury tego, co rzeczywiste na rzecz szybkiego udowodnienia tezy, że dobro jest czymś nadrzędnym i warto o nie walczyć.

Magdalena Witkiewicz niebezpiecznie szybko przechodzi od dramatyzowania do sielanki. Zaskakująco prosto ukazuje dość skomplikowane przemiany wewnętrzne oraz upraszcza motywacje bohaterek, czyniąc niektóre z nich postaciami raczej papierowymi. Czyta się to oczywiście szybko i bez większego obciążenia, jednak po raz kolejny odnoszę wrażenie, iż pewien typ książek kreuje iluzję dla tej grupy docelowej, która tą iluzją chce być oszukiwana. To jedna z nich. Bolą truizmy stanowiące o przesłaniu tej pozycji, jak przekonanie o tym, iż nigdy nie można bać się marzeń oraz że należy wierzyć, iż szczęście i miłość to wartości zdecydowanie dominujące w życiu. W nowej powieści Witkiewicz zabrakło mi dwuznaczności, wyrazistości i zwyczajnego pazura, które tak bardzo zapadały w pamięć przy jej poprzednich książkach.

2015-02-04

"Motory rewolucji" Grzegorz Szymanik

Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 stycznia 2015

Liczba stron: 184

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Gdy nie można zastygnąć...

Grzegorz Szymanik jest młodym i ambitnym reporterem. Rzeczy już opublikowane połączył w zbiór opatrzony słowami padającymi w rozmowie z jednym z ukraińskich opozycjonistów. Książka sama w sobie jest dobra, choć chwilami odnieść można wrażenie, że te pierwsze reportaże, spisane już sześć lat temu, nie kryją jakiejś zasadniczej tezy, stworzono je pospiesznie. Szymanik nie działa jednak po omacku i jest wszędzie tam, gdzie ludzki gniew oraz bezsilność mieszają się w okrutnym tyglu, doprowadzając do przewrotów z niebagatelnie dużą ilością krwi przelanej za złudne idee, zupełnie niepotrzebnie. "Motory rewolucji" to rzecz badająca pęknięcia w samym człowieku. Zwracająca uwagę na stany, w jakich doświadcza on mrocznych metamorfoz, stając się trybikiem zbrodniczej machiny, do której tak naprawdę nie chce przynależeć. Widać to szczególnie w Syrii, gdzie rozmówcami reportera są rolnicy, którym przyszło zamienić motyki na kałasznikowy. Widać na Ukrainie, gdzie spokój to stan duszy dzisiaj chyba wymarzony i gdzie trzeba opowiedzieć się po jednej ze stron, by stanąć przy którejś barykadzie wojny domowej.

Szymanik dobrze wie, do kogo dotrzeć i jakie pytania zadać. Właściwie jest ich niewiele. Sama forma jego reportaży jest bardzo oszczędna, komentarze zastępują czasem metafory, symbole zrównują się ze słowami o okrutnej prozie życia. Jesteśmy w tych miejscach, gdzie rewolucja kipi albo zebrała już swoje tragiczne żniwo. Także w takich jak Mauretania - tam wciąż na nowo wybuchają rewolty, ale można także szybko i sprawnie ugasić palącego się desperata, który byłby w stanie wywołać nadprogramowy niepokój. Najciekawsze są jednak podróże do krajów byłego Sojuza. Jakkolwiek odmienne od siebie byłyby konflikty, przed jakimi stają te państwa, wszystkie łączy swoista tęsknota za ładem i porządkiem pozwalającymi na niewiele, ale zapewniającymi wszystkie małe stabilizacje. W Azerbejdżanie padają słowa, pod którymi mogliby się podpisać rozmówcy Szymanika z Białorusi, Ukrainy czy Czeczenii. "Wszyscy jesteśmy odpadami ZSRR". Wszyscy noszący stygmat rozpadu i pragnący porządku warunkowanego jeszcze przed nim. To dla nich iskra rozpalająca drastyczny konflikt może być naprawdę maleńka i może pojawić się w każdej chwili. Brak przystosowania do warunków, w jakich współczesne społeczeństwa budują świat konkurencji, a nie świat wojen, niewątpliwie każe opowiedzieć się za tym drugim, bo to rozwiązanie łatwiejsze.

Tymczasem Grzegorz Szymanik wybiórczo przedstawia nam punkty widzenia na sprawy, o których warto byłoby porozmawiać być może z jeszcze kilkorgiem ludzi. Konfrontacji poglądów nie jest za dużo. Jest taki moment, w którym sam autor łapie się na własnej słabości, gdy zaczyna podzielać poglądy obu stron konfliktu w zależności od tego, z kim rozmawia. Bezstronność Szymanika zdaje się stanem wypracowanym, ale czasami wiemy trochę za mało i budujemy sobie obraz danego konfliktu na podstawie jednej tragicznej biografii.
Najsolidniej chyba wypada prezentacja ukraińskiego Majdanu i wszelkich jego dalszych konsekwencji, włącznie z zestrzeleniem malezyjskiego boeinga skrytym w tle najbardziej chyba poruszającego reportażu "Koniec świata w słonecznikach". Kiedy Szymanik rozmawia na początku 2014 roku z Tetianą Czornowoł, słyszy od niej, iż rozpad kraju Ukrainie jeszcze nie grozi. Tymczasem kilka miesięcy później można napisać na ten temat zupełnie inną narrację i te różne od siebie reportaże sygnalizują dramatyczny puls Ukrainy, dla której podział mentalnościowy na wschód i zachód jest przeszkodą nie do pokonania. A autor nie boi się i jedzie w sam środek wojny; rozmawia w Doniecku z tymi, którzy są przeciwni Majdanowi i z tymi, którzy jakiś czas potem wyznaczają porządek samozwańczej republiki. Mamy opisaną strukturę buntu Majdanu wraz z zarysem działań posiadaczy aut, ale otrzymujemy także gorzki rewers - pokłosie dwóch wizyt na wschodzie Ukrainy, gdzie niektórzy marzą o podziale kraju i gdzie mentalności oraz oczekiwania bywają skrajnie różne od tych kijowskich, początkujących rewoltę. Jest też Odessa, rysy na jej obliczu, płonący budynek i dramatyczne pytanie o to, za kim opowiadać się będą miasta takie jak to.

Na Bliskim Wschodzie problemy wydają się podobnie skomplikowane. Jest Egipt - państwo Mubaraka w wiecznym stanie wyjątkowym, którego obywatele mieli dość. Jest płonąca i szarpana zbrodnią Syria. Jest także pozornie spokojna Białoruś rządzona twardą ręką przez charyzmatycznego Tatkę, któremu być może kiedyś zabraknie charyzmy i siły przekonywania. Bo reżimy upadają. Tak jak ten libijski, który skutkuje utworzeniem obozu dla uchodźców w Tunezji. Takich cennych dla Kaddafiego, ale już zupełnie zbędnych po krwawym przewrocie. Grzegorz Szymanik jest tam, gdzie być go nie powinno, i zapisuje słowa, których nikt nie chce słuchać. Powstaje z tego obraz człowieczeństwa rozdartego w namiętnościach. Obraz okrucieństwa i siły, o jakich na co dzień nikt nie ma pojęcia. Są w tych reportażach ludzie, dla których walka staje się imperatywem. Ci, co nie chcą już wierzyć w ewolucyjne zmiany, i ci, którzy zdają sobie sprawę z tego, że tylko bunt - okupiony krwią - ma rację bytu i jest konieczny.

"Motory rewolucji" to także zbiór tekstów ujawniających reporterską wrażliwość, której specyfikę zdradzają motywy i obrazy umieszczane gdzieś w tle opowieści o przewrotach. Jest pole słoneczników, utrata wzroku, jest także żelazny wagon pociągu i jest symbolika raju, nad którym co rusz zawiesza się złowrogi cień przypominający o przeszłości. Szymanik podróżuje wszędzie tam, gdzie rozmówcy pełni są żalu i złości. Nie znajdują sposobu na to, by te emocje gdzieś pozostawić. Wewnątrz są rozgrzani do czerwoności i wściekli. Takie motory rewolucji z bijącym sercem, które można stracić zupełnie nieoczekiwanie. To książka mimo wszystko bez zasadniczej tezy, bo zawarte w niej reportaże różnią się formalnie i kompozycyjnie, ale jest ważna i jest potrzebna każdemu czytelnikowi, któremu udało się "zastygnąć" (słowo Myśliwskiego z motta książki) i nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo nietrwały może to być stan.

2015-02-01

"Ostatnia arystokratka" Evžen Boček

Wydawca: Stara Szkoła

Data wydania: 27 stycznia 2015

Liczba stron: 252

Tłumacz: Mirosław Śmigielski

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Trudny powrót

Liczba ponad siedemdziesięciu tysięcy sprzedanych egzemplarzy tej książki w Czechach robi duże wrażenie bez względu na fakt, iż Czesi sporo czytają, dysproporcje między polskim a czeskim rynkiem zbytu książek są zaś co najmniej znaczne. Co przyciągnęło naszych sąsiadów do "Ostatniej arystokratki"? Evžen Boček napisał przecież książkę o tej grupie społecznej, którą Czesi darzą szczególną niechęcią. W czym tkwi siła "Ostatniej arystokratki"? Może to poczucie humoru autora i budowanie szeregu gagów w taki sposób, by przykuwały czytelnika do surrealistycznej chwilami historii zagubionych w nowej ojczyźnie amerykańskich arystokratów? Dbałość o zarysowanie bardzo wyraźnych sylwetek, wokół których koncentrować się będą mnożone absurdy? A może coś innego, niekoniecznie śmiesznego? Boček bowiem stworzył opowieść o Czechach, którzy niczego o swym kraju nie wiedzą, nie chcą go poznać, na własne życzenie stają się żywymi eksponatami muzealnymi, a jakakolwiek próba wydostania się poza zamek, który przejmują w spadku, kończy się nie tyle katastrofą, ile przede wszystkim rozczarowaniem, bo świat wokół nie jest przestrzenią wartą uwagi.

Historię opowiada Maria Kostka z Kostki. Trzecia już Maria naznaczona stygmatem swoich zmarłych poprzedniczek, z których żadna nie dożyła dwudziestu lat, w związku z czym młodziutka narratorka może się spodziewać rychłej śmierci. Maria z rodzicami przybywa do Czech, bo ich rodzina jako jedna z ponad trzydziestu otrzymuje z powrotem we władanie wiekową siedzibę, w której mieszkał między innymi Himmler i wychodziła za mąż Vondráčková. Amerykę nie jest łatwo opuścić, a stamtąd - jak już wspomniano - przybywają na włości czescy arystokraci. Już na wstępie Boček buduje przesycone komizmem sytuacje, które potem chwilami idą w złą stronę, bo szereg absurdów mnożonych w narracji staje się dość niebezpieczną hiperbolą, za którą zamiast śmiechu może się kryć jedynie zdumienie. Początek zatem zapowiada, w jaki sposób czeski prozaik prowadzić nas będzie przez perypetie Kostków. Mentalność spadkobierców zderzy na miejscu z ludźmi, którzy zajmują się zamkiem, prezentując co najmniej odmienne od amerykańskich poglądy na życie i otaczającą ich rzeczywistość.

Rodzina Marii do łatwych nie należy. W rodzicach rosną frustracje i od pierwszego dnia pobytu czują się oni w swym nowym domu nieco wyobcowani. Tymczasem zadomowiła się tam ciekawa trójka. Kasztelan Józef do pracowitych nie należy, mentalnie tkwi w XIX wieku i najchętniej nie podejmowałby żadnej działalności, która byłaby związana z pozbyciem się szlafroka oraz podjęciem fizycznej pracy. Sprzątaczka, pani Cicha, z przyjemnością zamknęłaby się już w domu starców, odcięła od licznych obowiązków i skończyła z gotowaniem rozmaitych niezdrowych tłustości, a przede wszystkim ze sprzątaniem. Bohaterka podziela chyba Józefowe podejście do pracy - przecież za chwilę znowu się nabrudzi, więc po co podejmować czynność z góry skazaną na porażkę? Trójcę specjalnej troski zamyka pan Spock, ogrodnik. Na co dzień nie zajmuje się jednak roślinami, lecz śledzeniem zmian w organizmie, które niechybnie doprowadzą do pogorszenia zdrowia, a w niedalekiej przyszłości do zgonu. Konserwatyzm tych trojga zdaje się mocno odrealniony, ale zasadzając swą tożsamość w zamku, którym się opiekują, stają się niejako tworzącymi ducha tego miejsca niezbyt przyjemnego dla przyjezdnych.

Amerykańscy przybysze natomiast załamują ręce. Prosty pomysł znalezienia zajęcia zarobkowego nie przychodzi im naturalnie do głowy nie tylko dlatego, że mają problemy z językiem czeskim i zdecydowanie nie są gotowi na to, by wejść w prawdziwy kontakt z Czechami. Zastanawiają się nad tym, jak w dzisiejszych czasach zarobić na wiekowym zamku - co w nim zmienić, jak go zmodernizować, jakie role przyjąć i czym przyciągnąć tłum turystów spragniony tak egzotycznych wycieczek, jak zwiedzanie siedziby arystokratów wówczas, gdy oni spożywają świąteczną kolację czy urządzają świniobicie. Maria nieco odstaje od rodziny i gdyby znalazła się w innym otoczeniu, z innymi ludźmi, z pewnością śmiało weszłaby w codzienność nowej ojczyzny, bo nie ma w niej ani uprzedzeń, ani rodzicielskich lęków tak bardzo paraliżujących wiele działań.

Sporo zatem kręci się wokół pieniędzy, bo ich niedobór zmusza do bycia aktywnym, niekoniecznie w zamierzony przez Kostków sposób. Obok też znajduje się szlachecki majątek i tam również mają miejsce dantejskie sceny. Dlaczego czeskim arystokratom jest tak bardzo źle i niekomfortowo, skoro mogą czuć się właścicielami dóbr, o jakich większość Czechów może sobie pomarzyć? Evžen Boček pokazuje dość trudny proces, jakim jest zbliżenie się do rodzinnych tradycji i zaakceptowanie ich przez kogoś, kto do tej pory żył pod inną szerokością geograficzną, w innym kraju, innej mentalności. Przedstawiciele rodu Kostka w Czechach cierpią z powodu swojej naiwności, ale także poczucia, iż w tym kraju i z ich pochodzeniem cokolwiek im się od życia należy. Następuje tu też swoiste rozliczenie z przeszłością, punktowane są winy przodków. Podkreślana jest także wielka bliskość z nimi, bo przecież z Ameryki trzeba ich prochy koniecznie przewieźć, co wywołuje szereg wariackich sytuacji na lotnisku.

Boček opowiada o trudnej rodzinnej bliskości i o konfrontacji oczekiwań z rzeczywistością, która narzuca rodzinie Kostków przemodelowanie wszystkiego, co stanowi o sile ich nieruchomości, ale przede wszystkim zmusza do zmiany myślenia o życiu, jakie toczy się dzisiaj zupełnie inaczej niż przed wiekami. Humor zasłania często problemy wstydliwe i tropy, na których skupili się zapewne sami Czesi. Evžen Boček nie tylko bawi, ale także prowokuje do dyskusji nad zasadnością zacierania śladów przez czeską arystokrację i nad tym, co z wielkiej przeszłości szlachty, której zabroniono już 1918 roku nadawać kolejne tytuły, dzisiaj jest istotne i warte zachowania. "Ostatnia arystokratka" to dowcipna opowieść o ludzkich pragnieniach, które się nie spełniają, i o oczekiwaniach, jakie nie przystają do życia. Taki charakterologiczny skansen i żywa historia starania się o swoje miejsce, o własny status. Powieść doczekała się w Czechach kontynuacji, a dzisiaj polski czytelnik może zmierzyć się z narracją groteskową, humorystyczną, ale i wnikliwie diagnozującą ślady nieprzystawalności w kraju, w którym wszystko zdaje się do siebie dopasowane.

PATRONAT MEDIALNY

2015-01-27

"Wyspa Łza" Joanna Bator

Wydawca: Znak

Data wydania: 15 stycznia 2015

Liczba stron: 302

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Podróż w głąb siebie

Na taką książkę czeka się w napięciu. Pierwsza powieść po przyznaniu Wielkiej Nagrody. Wielu zastanawia się przede wszystkim nad tym, czy autor dał się ponieść fali sławy i popularności, w związku z czym napisze rzecz kiepską, dużo gorszą od pozostałych i udowadniającą niektórym, że mu się wtedy nie należało. Wielu czeka, by przeczytać, przyszpilić to i owo, przyciąć, dokopać, zdyskredytować i dumnie głosić wszem wobec, że po Wielkiej Nagrodzie to już złe pisanie.

"Wyspa Łza" - nowa książka Joanny Bator, laureatki Literackiej Nagrody Nike sprzed dwóch lat - z pewnością wielu zaskoczy. Formą przede wszystkim, bo tematyka wydaje się już nieco znajoma i taki sposób opowiadania o świecie nie jest niczym nowym w przypadku tej pisarki. Nie chodzi o uzupełnienia, jakie stanowią zdjęcia Adama Golca, który towarzyszył w pisarskiej podróży. Idzie też o inny rodzaj zaskoczenia. Tym razem Bator pozwala sobie na autotematyczną prozę z wieloma dwuznacznymi figurami. Pisze nadzwyczaj poważnie, ale chwilami ironizuje -  nie oszczędzając siebie, świata wokół, konwencji opowiadania o tym świecie. Otrzymujemy książkę, w której autorka dość obsesyjnie trzyma się samej siebie. To taka opowieść o przekraczaniu własnych granic i o tym, jak umiejętnie wszelkie granice sobie wyznaczać. Narracja chwilami męcząca, bo "Wyspa Łza" to prawdziwy autobiograficzny kocioł podporządkowany impulsom, pewnym śladom i duchom nieobecnych, ale przede wszystkim rzecz, w której mnożą się afektowane czasem metafory i porównania, liczne złożone zdania wijące się niczym jadowite węże i nakładające się na siebie płaszczyzny czasowe. To ostatnie wynika z faktu, iż autorka mierzy się w podróży na Sri Lankę z czasem linearnym i tym wertykalnym, stawiającym przed nią dużo większe wyzwania.

Tak, "Wyspa Łza" jest sporym wyzwaniem. Interpretacyjnym przede wszystkim. Impulsem do pisania staje się historia niewyjaśnionego zniknięcia pewnej kobiety, która w czasie podróży po świecie zatrzymała się na Sri Lance prawdopodobnie na zawsze. Te ostatnie dwa słowa razem z niepokojącym "znikła" stanowią bazę, pewien nadbudowany już szkielet kompozycyjny, wokół którego mnożyć się będą osobiste refleksje o tym, w jaki sposób wchodzić w życiowe role i jak od życia nie być uzależnionym, podróżując oraz pisząc przede wszystkim w strachu przed unicestwieniem, odejściem w niebyt. Joanna Bator ruszy w podróż, której zarówno sensu, jak i celu nie jesteśmy do końca świadomi. Sandra Valentine to wieloznaczny symbol - począwszy od figury "mrocznej bliźniaczki", która sugeruje, iż zaginiona kryje w sobie wszelkie braki i wyparte treści oraz emocje samej Bator, skończywszy na biografii nieznajomej, do której można się odnieść w takim znaczeniu, że jest się z nią w swoistej drodze, ale ta droga jest świadoma, bo dzięki niej przede wszystkim się istnieje.

Są zdania, do których się wraca, i takie, które przyczepiają się uparcie i tkwią gdzieś pod skórą niczym upał, smaki i zapachy na egzotycznej wyspie w kształcie łzy. Jedno z nich tworzy niejako motto tej specyficznej opowieści. "Trzeba szatkować, ucierać, mieszać, miksować motywy z własnego życia i zszywać ze skrawkami rzeczywistości, które uda się wyszarpać z tropikalnej materii". Bo to jest tak, że w poszukiwanie Sandry angażuje się nie tylko zmysły, ale i rozsądek. Idzie się w kierunku zaginionej z balastem własnych przeżyć i doświadczeń, dla których trzeba w tej drodze znaleźć jakiś sposób wyrazu. Jest nim niezwykłe połączenie tropików i własnego ja. Pochodzących z różnych okresów życia motywów autobiograficznych, które stają się czymś jednoznacznym i stapiają się w upale Sri Lanki, eksplodując szeregiem wspomnień i rozważań o tym, kim było się wcześniej, zanim natrafiło się na niepokojący ślad zaginionej.

Są słowa, zdania i zdarzenia, które napędzają tę opowieść, by w coraz większym rozbuchaniu opowiadała o tak wielu sprawach naraz, że nie sposób ustalić, które są ważniejsze, ale rozpoznać można jeden zasadniczy lęk - przed porządkiem, który może zrujnować opowieść. Przecież narodziła się spontanicznie. Autorka przeczytała gdzieś o czymś takim jak nisza w czasie i ze swoją egzotyczną historią chciała się w tę niszę wbić. U samych początków były impulsy pozornie bez wspólnego mianownika, ale całość trzyma się mocno dzięki temu, że mówi o życiowej sile. Napisać własną historię to prawdziwe wyzwanie i tylko zahaczając się o nią w różnych momentach, można wydobyć prawdę i słowa, jakich być może nigdy nie chciało się wypowiedzieć, napisać. Joanna Bator nie jest obsesyjnie skupiona na sobie. Jest skupiona na sobie jak każdy z nas, tylko nie każdy jest w stanie z tego skupienia wyłuskać te wieczne dylematy, które każą trwać w jakimś dziwnym napięciu. Takim, jakie towarzyszyło być może Sandrze w ostatnich chwilach jej życia. Kto wie, czy brak śladów oznacza w tym przypadku śmierć. Bator pozostawia zatem ślady po sobie. Wchodzi świadomie w obcość niezwykłego świata wokół, ale jednocześnie w samą siebie. Być może tropikalny klimat, niecodzienne otoczenie - to gwaranty zdobycia się na przemyślenia, które nigdzie indziej nie pojawiłyby się w głowie.

Bator w swą podróż śladami zaginionej zabiera czarny zeszyt, kilka lektur oraz wyostrzone zmysły. One to bowiem są w tej książce najbardziej problematyczne. Ta opowieść niebezpiecznie zbliża się do trudnego do zrozumienia strumienia świadomości, w którym nie chodzi już o jakikolwiek porządek i przekaz, lecz o uporczywe wgryzanie się gdzieś do wewnątrz, istotne dla samej piszącej i potrzebne jej, ale niekoniecznie czytającym. Jest w tej książce kilka momentów, które wzmagają w nas poczucie wyobcowania - nie tylko dlatego, że niczego w gruncie rzeczy nie dowiadujemy się o Sri Lance, choć przecież jesteśmy z nią w tak silnej symbiozie dzięki zmysłom autorki. Joanna Bator skupia się na pamiętaniu i na pamięci. Mierzy się z pewnym stygmatem bycia znikąd, bo przecież pozornie przynależy do miejsc, w żadnym nie tkwi na stałe i z żadnym nie jest ściśle związana. Będąc podróżniczką znikąd donikąd, obiecuje zaginionej Sandrze opowieść o sobie zbudowanej z pewników i oczywistości. Wahań będzie niewiele, chociaż czas jest mrocznym przeciwnikiem i nie zawsze można z nim walczyć z hardą miną.

"Wyspa Łza" to problem czytania o tym, co z Joanny Bator wyszło, a nie o tym, co w niej jest naprawdę. Każdy może sobie pozwolić na książkę, w której rozprawi się z samym sobą. Dobrze byłoby w taką podróż poznawczą zabrać także czytelnika, a o nim autorka tej powieści zdaje się czasami zapominać, gdy komplikuje mu świat własnych przeżyć niczym czarownik z Negombo, co potrafi zagmatwać rzeczywistość. Jest to zatem rzecz dla cierpliwych przede wszystkim. Inna niż wcześniejsze książki Bator. Stosowanie mglistych metafor czy szczerość do bólu? Poza czy pełna odsłona siebie, z każdą słabością i niepewnością? Powieść zagadka. Nie można jej spuentować żadnym wyświechtanym "polecam" lub "nie polecam".

2015-01-24

"Najdroższa" Wanda Żółcińska

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 13 stycznia 2015

Liczba stron: 348

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 32 zł

Tytuł recenzji: Odpowiedzialność i lekkomyślność

Cechą charakterystyczną tego debiutu ma być rwana fraza. Żółcińska męczy nią tym doskonalej, że bardzo łatwo jest przewidzieć, ku czemu mogą zmierzać zdarzenia opisane językiem kompulsywnej udręki wynikającej z niedostosowania i  z niezgody na warunki, w jakich trzeba wykazać się odpowiedzialnością. Krótkie zdania mają siec i atakować zmysły, oddawać wiarygodnie strumień świadomości kolejnej obsesyjnie skupionej na sobie osamotnionej kobiety teoretycznego sukcesu. Jest ona przekonana o tym, iż cierpi na atrofię uczuć, tak zwane normalne życie może tylko podglądać, a szarpiące nią namiętności czynić mają z tej narracji rzecz o popadaniu w emocjonalne pułapki przywiązania do rzeczy, stanów i ludzi zmiennych, przemijających. W pułapkę wpada jednak sama pisarka - opisuje stany dość bolesne w sposób niewiarygodny, bo przepełniony nadmiernym dramatyzmem. Dramatyczny staje się bowiem nie tylko dylemat ”jak żyć", ale także problem doboru ubrania i spojrzenia na siebie w lustrze. Straszne.

Autorka "Najdroższej" stara się tak skomplikować sytuację życiową bohaterki, aby można było wejść w tę opowieść z oczekiwaniami i współczuciem. Już pierwsza scena ucieczki po odbytym potajemnie akcie miłosnym ma nam uświadamiać, że w pościelowym strachu kryć się może coś więcej. Otrzymujemy w gruncie rzeczy kolejną powieść o tym, jak niedostrzegalna może być granica między tym, co odpowiedzialne a tym, co lekkomyślne. W historii Soni, która analizuje wszystko z zaangażowaniem mikrobiologa na tropie naukowego odkrycia, wszystko jest jednak szare i przewidywalne. Wielowymiarowość tej narracji budowana jest jedynie na samoudręczeniu, co w połączeniu z faktem, iż bohaterka wciąż stara się podejmować ważne życiowo decyzje, ma czynić "Najdroższą" powieścią osadzoną w emocjach, ale warunkującą doznania inne niż emocjonalne.

Oddajmy jednak sprawiedliwość bohaterce - rzeczywiście ma "pod górkę" i życie się z nią nie pieści. Tkwi w matni, zajmując się chorą matką, dla której nie ma już nadziei tak, jak nadzieję odbiera sobie sama córka niepostrzeżenie wchodząca w rolę, na którą nie jest gotowa. Odpowiedzialność za tę, dla której można zrobić niewiele, determinuje codzienne wybory Soni. Kobieta podlega matce w każdym możliwym wymiarze, a jej oddanie zderza się z egoistycznym pragnieniem bycia gdzieś ponad problemem, od którego nie ma przecież ucieczki. Udręczona córka matkuje niesamodzielnej rodzicielce. Musi w jakiś sposób odreagować ciągłą gotowość do pomocy i wsparcia. Odpowiedzialność za matkę idzie w parze z lekkomyślnością w doborze partnerów. A jest ich dwóch, by dramatycznie ukazać labilność emocjonalną opiekunki, która także chciałaby znaleźć dla siebie opiekuna; kogoś, kto ją uratuje, uwolni od samej siebie. Zbliżenie się do anioła okazuje się nad wyraz proste, ale wejście z nim w relację takie już nie jest. To właśnie o dramacie niepełnych relacji, o dyskomforcie nadmiernych oczekiwań i bolesnej konfrontacji z drugim człowiekiem jest w dużej mierze "Najdroższa" - ambitna w założeniu powieść o złudzeniach i niemożności wyboru, o poszukiwaniu szczęścia i tego szczęścia utracie. Bo Sonia cierpi naprawdę, wciąż niezdecydowana, wciąż gotowa do zmian, stale na te zmiany nieprzygotowana i ustawicznie niepewna swego statusu jako kobiety, córki, kochanki czy przyjaciółki.

Maciek i August są z innych światów. Pierwszy nieregularny, nieprzewidywalny i zaskakujący. Drugi nad wyraz uporządkowany, bezpretensjonalny, oczywisty i oddany sprawie. Z powieści Żółcińskiej dowiedzieć się można, iż poziom skomplikowania mężczyzny określa nieregularność odbierania przez niego telefonów. Z kobietą jest dużo bardziej zawikłana sprawa. Główna bohaterka komunikuje swoje potrzeby, ale jednocześnie odbiera im status ważności; stale i uporczywie kwestionuje swoje prawo do osiągnięcia szczęścia, a stan spełnienia rozmywa się gdzieś między dwoma płomiennymi romansami. Maciek jest aniołem, który upadł i sam potrzebuje wsparcia. August umeblowałby sobą życie Soni i dyskretnie stał obok niej, bo trudno z kimś takim jak ona wejść w relacje partnerskie. Dramat miłosnego trójkąta jest dramatem rozwoju wewnętrznego lęku, który nie pozwala na podjęcie decyzji o życiowym spełnieniu. Nie daje go przecież ani męcząca praca w korporacji, ani spotkania na dwa fronty, po których czuć można tylko gorzką niechęć do siebie, bo miłosne zbliżenia są źródłem frustracji i niesmaku. Sonia przygląda się z oddalenia życiu swojej jedynej przyjaciółki, która postawiła na tradycyjny model rodziny i poukładała się z  tym życiem bardzo szybko. Czego brakuje bohaterce "Najdroższej"? Osoby, która z jednej strony rozumiałaby jej chwiejne stany emocjonalne, z drugiej jednak - umiała być autorytatywna i dominująca, bo Sonia poszukuje takiego solidnego opiekuna, jakim nie może być dla własnej matki.

Żółcińska stara się obiektywnie oddać nastroje i ich uwarunkowania. To książka o tym, co dramatycznie rozdarta między obowiązkiem a przyjemnością singielka posiada, czego oczekuje i fantazja o tym, co jej się należy. Tytuł sugeruje, że ufać można tylko sobie. Tylko o siebie dbać. Bo Sonia musi uratować się sama, samodzielnie podjąć kilka decyzji i zdecydować, w jakim stopniu angażuje ją każdy ze związków. To narracja o niemożności dokonania wyboru, ale przede wszystkim dość irytująca opowieść o histerii, nad którą nie da się zapanować, bo nie chce się tego w gruncie rzeczy; daje się na nią pozwolenie, gdy na co dzień trzeba być odpowiedzialnym oraz uporządkowanym ogniwem w życiu nieuleczalnie chorej oczekującej wsparcia i pewności.

Wanda Żółcińska proponuje nam cały szereg zbędnych scen, z których nic nie wynika. Ale nawet gdyby tę przesyconą emocjami narrację dostatecznie skrócić, nadal opowiadałaby historię stosunkowo prostą. Historię o braku satysfakcji z własnych działań i o niemożności wyjścia gdzieś poza to. "Najdroższa" pewnie niektórych porwie, innych zirytuje. Obawiam się, że grupa tych drugich może być większa, bo nie ma w książce Żółcińskiej niczego poza formalnym zabiegiem składni podporządkowanej emocjom. Niczego, co czyniłoby ten debiut w jakikolwiek sposób wyjątkowym.

2015-01-21

"Koktajl z maku" Marta Syrwid

Wydawca: Lampa i Iskra Boża

Data wydania: 27 grudnia 2014

Liczba stron: 166

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 26 zł

Tytuł recenzji: Literackie ułomności

Czytanie "Koktajlu z maku" może przyprawić o ból głowy. Co najmniej. Książka zawiera zebrane z lat 2009 - 2013 teksty o polskiej grafomanii publikowane w "Lampie". O ile podczytywanie tych złośliwostek raz na jakiś czas mogło służyć przede wszystkim rozrywce, o tyle cały zbiór przygniata i deprymuje, bo nie ma takiej siły, by przeczytać to wszystko naraz. Pośród wybuchów śmiechu pojawia się jednak smutna refleksja o tym, w jak złym stanie psychicznym jest wielu z tych, co mienią się literatami, serwując czytelnikom niestrawny koktajl z własnych frustracji, lęków, kompleksów i stylu, który doprowadza do furii i osłupienia. Jak bardzo oni wszyscy oderwani są od rzeczywistości...

Marcie Syrwid udała się wielka sztuka, jaką jest niewątpliwie zachowanie zdrowych zmysłów i wrażliwości estetycznej po przeanalizowaniu surowców - tak autorka nazywa teksty podlegające analizie i ośmieszeniu - nieprzebranej wręcz masy literatury kompostowej. To nie jest jednak tak, że autorka "Koktajlu z maku" w minionych latach drwiła sobie ze wszystkiego, co słabe i co jej w ręce wpadło. Syrwid jest tu buńczuczną trochę, szalenie zadziorną i inteligentną poszukiwaczką literackich defektów na skalę unikatową. Przedziera się przez lingwistyczne bagno, by znaleźć nie tyle cechy dystynktywne omawianego śmiecia, co przede wszystkim zadrwić z braku pokory i egocentryzmu większości krytykowanych autorów. Piszę o większości, bo z analizowanych "dzieł" wyłania się czasami obraz bezradnego wobec siebie i swoich zapędów twórczych człowieka, który być może niczego nie zrozumie z tekstu  o własnym upadku już na starcie. Są w tym niechlubnym zestawie postacie, jakich zwyczajnie jest mi szkoda.

Zbiorek wywołuje dość ambiwalentne uczucia. Z jednej strony nasuwa się refleksja o tym, że wszelkie działania Marty Syrwid to nic innego jak kopanie leżących. Autorka nie podejmuje się krytyki grafomanii głównego nurtu wydawniczego, bo tak czy owak sprzeda się ona na pniu i szkoda pióra, by przekonać o ryzyku zakupu tego czy owego, co rozświetlają neony Wielkiej i Ambitnej Dystrybucji. Jej wnikliwej analizie podlegają twory, których właściwie nikt nie czyta. Zastanawiające jest zatem, w jakim celu poświęcać czas i uwagę na rzeczy, których po prostu nie da się przyswajać? Albo jest w tym wyjątkowy heroizm, albo niespotykana kompatybilność z żenującymi frazami, których obnażanie może być źródłem zwyczajnej przyjemności. "Koktajl z maku" to przecież książka w specyficzny sposób rozrywkowa. Fragmenty mnie bawiły. Te, dzięki którym nie nasilał się wspomniany już ból głowy. Czy jednak pisanie o literackich zaburzeniach i zaburzeniach czynionych przez lekturę rzeczy do cna złych naprawdę ma jakiś sens?

Ano ma i to inna garść refleksji, jakie przyszły mi do głowy. Takie książki powinny być wydawane cyklicznie, ale niewielu znajdzie tyle determinacji, aby podobne wyzwanie podjąć. Polski rynek wydawniczy zalewają rokrocznie dziesiątki tysięcy publikacji. Dla znikomego procenta czytających, w którym znajdą się też ci określający się w ankietach jako czytelnicy, a książki kupujący dla ozdoby i szpanu, bo zestaw rżniętych szkieł plus butelek dobrych trunków za szybą domowych witryn jest już nieco passé. Marta Syrwid ostrzega przed specyficznymi zjawiskami domorosłych literatów. Przed egocentryzmem i wspomnianymi już zaburzeniami, ale także przed gruntowaniem w sobie przekonania, iż dzisiaj pisać może każdy i większość z piszących ma talent. Bo każdy - i to dużo bardziej tragiczne - znajdzie dzisiaj grupę swoich czytelników...

"Koktajl z maku" omawia płody ludzi, których odszukiwanie potem w Internecie może być samo w sobie czynnością ekstremalną. Są tu wszystkie motywy charakterystyczne dla tego marginesu literackiego, o jakim często z poczucia przyzwoitości się milczy. Jakie to motywy? Fekalne, wulgarne, waleczno - patriotyczne. Często sadomasochistyczne, funeralne i żałobne oraz mesjanistyczne. Większość z nich to motywy irracjonalne, które bazują na przekonaniu, iż ma się w poezji czy prozie naprawdę coś ważnego do zakomunikowania. Marta Syrwid bada warstwę semantyczną tych komunikatów, ale osadza je także w wielu bolesnych kontekstach, w których omawiana rzecz staje się jeszcze bardziej tragiczna niż jest w istocie.

Niektóre koktajle zawierają po dwie porcje. Nie sposób opisać dziwactw i dramatów w jednym krótkim tekście. Inne bazują na znajomości całej, bogatej bardzo twórczości danego grafomana. Jest kilka chwytów poniżej pasa i jest czasami mało wyszukana złośliwość, ale ta książka w gruncie rzeczy informuje o banalizowanym stanie, jakim jest masowy atak piszących na instytucje i miejsca w sieci, które gwarantują im cud objawiony wydania, czyli możliwość porażenia odbiorców swymi smutnymi w gruncie rzeczy przekazami.

Uważam, że całość to swego rodzaju traktat nie tyle o ludzkim egocentryzmie, co przede wszystkim o ludzkich ograniczeniach, poza które nie jesteśmy w stanie wyjść. "Koktajl z maku" to jedna z bardzo niewygodnych książek, o której - jako całości właśnie - nie można zapominać tak, jak zapomina się większość nazwisk i omawianych tytułów jeszcze w trakcie lektury. To publikacja mająca ostrzegać przed tymi wszystkimi, których - tu myślę o męskiej części - charakteryzować może bolesny do bólu cytat jednego z analizowanych twórców. W swym smutku brzmi następująco: "Chciałbym przelać to, co myślę, na papieru stronie/ By zrozumieć mogło wielu i przekazać żonie". I to wcale nie jest najbardziej bolesny z zestawu cytatów, jakimi raczyć nas będzie Marta Syrwid - pogromczyni absurdów, dyletanctwa i bylejakości przybierających niejedną formę opatrzoną okładką. Gdyby nie przyrządzała swych koktajli z właściwym sobie poczuciem humoru i dystansem do spraw, do jakich nie są zdystansowani omawiani twórcy, byłaby groźna i bardzo, bardzo złośliwa. Tymczasem podejmuje się walki z wiatrakami z pewną przekorą i dynamizmem. Takim specyficznym, bo dotyczy babrania się w pseudoliterackim błocie. Czy "Koktajl z maku" to rzecz warta poznania? Mimo wszystko tak. Niestety.

2015-01-19

"Służąca" Tara Conklin

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 14 stycznia 2015

Liczba stron: 416

Tłumacz: Justyna, Sławomir Studniarz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 32,99 zł

Tytuł recenzji: Ku wolności

Amerykanie wstydzą się za niewolnictwo jak Niemcy za nazizm. Na fali tego wstydu i pośród licznych pytań, dzisiaj brzmiących kontrowersyjnie i bezradnie zarazem, powstają ważne dzieła literackie oraz poruszające obrazy filmowe. W USA problem czarnoskórych Amerykanów uwypuklił wcześniej "Kamerdyner", dzisiaj robi to "Selma". Trzeba tylko żywić nadzieję, że Tara Conklin nie podjęła się napisania swojej książki z powodu nośności tematu i nie zrobiła tego tylko dla zarobku. Chce się wierzyć w uczciwy ładunek emocjonalny i ideologiczny "Służącej", bo to naprawdę dobra proza obyczajowa - wielowątkowa, dynamiczna, sprytnie łącząca w sobie proste rozwiązania fabularne z komplikacją życiorysów postaci. Conklin wyróżnia się, pisząc o temacie dość wyeksploatowanym, kiedy stawia na przekaz dzieł sztuki, którymi porozumiewają się bohaterowie ponad czasem i okolicznościami oraz subtelnie sygnalizując wątek kobiet decydujących się na wolność i pozostawiających swoje dzieci.

"Służąca" to dwie narracje prowadzone jednocześnie. Jedną z bohaterek jest nastoletnia Josephine, tytułowa służąca w upadającym Bell Creek, która w 1852 roku rozmyśla o ucieczce, obserwując jednocześnie agonię swojej pani. Ona nie tylko dała Josephine szansę lepszego życia, ale pozwoliła rozwijać talent malarski, z jakiego potem zrodziła się fałszywa legenda. Druga postać to niezależna i zdeterminowana Lina, młoda prawniczka z XXI wieku, córka znanego malarza, doskonale zdająca sobie sprawę z własnej wartości i podążająca drogą kariery zawodowej. Josephine nie jest dany żaden wybór, może jedynie rozważać kwestię nocnej ucieczki. Lina wybiera mądrze i właściwie, zawsze przekonana o swojej racji i korzystająca z możliwości, jakie stawia przed nią los. Czarnoskóra służąca zdeterminowana jest jedynie w myśleniu o własnej wolności. Determinacja Liny to ciągłe przekraczanie granic, bo jej wyzwolenie stanowi kilka działań naraz, ale przede wszystkim daje ją wspomniana już pewność siebie oraz pochodzenie i stan majątkowy.

Conklin buduje napięcie stopniowo i bez większych zaskoczeń. Przewidujemy pewne zwroty akcji, ale nie rozumiemy jeszcze pełnych motywacji bohaterek. Jeśli chodzi o Josephine, to są one w miarę czytelne; cała życiowa sytuacja służącej klasycznie wpisuje się w schemat opowieści o zniewoleniu, a bolesny policzek otwierający scenę jest jedynie mocnym punktem wyjścia do snucia przewidywalnej fabuły. Nie wiemy, co połączy Linę i Josephine, choć wydaje się to niemal pewne w momencie, w którym Lina podejmuje się udziału w przygotowaniu akt do procesu, jaki wstrząsnąć ma opinią publiczną. Oto bowiem rodzi się w pewnej głowie śmiały plan, by odnaleźć potomków niewolników i sformułować akt oskarżenia, w jakim znajdą się tak mocno działające na wyobraźnię tezy, jak ta, że przez 250 lat światowe mocarstwo budowało swą potęgę na przemocy i wyzysku. Lina otrzymuje szansę awansu, jeśli tylko odnajdzie wystarczająco medialną osobę, którą zamieni się w głos zbiorowości. Całe przedsięwzięcie jawi się jednak dwuznacznie. Od początku autorka zmusza nas do myślenia o tym, czy planowane pozywanie majętnych korporacji jest słuszną sprawą czy sprytną manipulacją opinią publiczną. Te wątpliwości rozwiewa na moment prywatna historia Josephine. Lina wchodzi w czas miniony wyjątkowo silnie, by odkryć przed nami to, z jakim brzemieniem zmagała się służąca w Bell Creek.

Lina też mierzy się z bolesnymi doświadczeniami. Kiedy miała cztery lata, jej matka zginęła w wypadku samochodowym. Lina szybko wzięła na siebie odpowiedzialność za siebie i ojca - artystę, już jako nastolatka pracowała zarobkowo, skończyła dobrą uczelnię, zabezpieczyła byt niejako sobie i Oscarowi borykającemu się z przeszłością i pamięcią o żonie. Jej to malarz poświęca swą nową wystawę. Zaskakujące Linę obrazy opowiadają historię jej matki na nowo. Młoda nowojorska prawniczka odkrywa powoli mroczne fakty i dowiaduje się, kim naprawdę była jej rodzicielka, jakie miała marzenia i co ją uwierało.

Mamy nowoczesne malarstwo, w którym Oscar Sparrow komunikuje żal po utracie i nienazwane dotąd emocje żony. Mamy także piękne obrazki z XIX wieku. Ich autorstwo przypisuje się Josephine, choć są tacy, którym zależy na utrzymywaniu opinii publicznej w złudzeniu, że oto ma do czynienia z malarstwem pewnej dziedziczki z Wirginii. Tymczasem sztuka, do której zbliża się Lina, stanowi plastyczną opowieść o człowieczeństwie zniewolonych. To, co malowała Josephine, zdaje się tak samo bliskie pragnieniu bycia naprawdę wolnym, jak malarstwo matki Liny, a potem jej ojca - ujawniającego symbolicznie bolesne sekrety małżonki. O ludzkiej wolności rozumianej na kilka różnych sposobów jest właśnie "Służąca". Bo to nie tylko opowieść o krzywdach zniewolenia. Nie, ta książka w gruncie rzeczy nie mówi niczego nowego o amerykańskim niewolnictwie. Ważne są figury z portretów oraz wizje zachowane na płótnie i walczące o swą ważność z czasem. Tym, co zacierał krzywdy, ale nie był w stanie odebrać sugestywności dziełom malarskim.

Tara Conklin buduje wieloznaczną narrację o tym, że zniewolenie to nie tylko zakucie w kajdany czy przymusowa praca na polu. Tytułowa służąca może mieć inne niż to oczywiste dla każdego znaczenie. Powieść sytuuje się gdzieś na granicy obyczajowej rozprawy z sumieniem nawołującym o wskazanie granic, poza którymi istnieje prawdziwa wolność a prawniczym thrillerem opartym na gromadzeniu faktów i bezlitosnym konfrontowaniu się z emocjami, tak przecież zbędnymi i w tak oczywisty sposób odrzucanymi przez prawnika zajmującego się dochodzeniem do prawdy.

Lina jest pewna siebie i tego, że jej życie zbudowane jest na samych pewnikach. Analizując listy z przeszłości i nowopowstałe obrazy ojca, weryfikuje pewne przekonania, a przede wszystkim odkrywa własną tożsamość. "Służąca" nie idzie w stronę nadmiernego komplikowania fabuły i bardzo słusznie pozostawia nas z zakończeniem otwartym. Sygnalizuje, że ludzka wolność mimo upływu lat wciąż walczy z okrucieństwem okoliczności, w jakich musi zostać ograniczana. Conklin wspomina także o tym, co gotowa jest poświęcić kobieta w imię uzyskania wolności odbieranej przez drugiego człowieka w bardzo różny sposób. Okazuje się, że los nieobecnych w XIX i XXI wieku jest w gruncie rzeczy bardzo podobny. Za tę niejednoznaczność "Służącej" należą się brawa dla Tary Conklin. Za wszystko to, co ukryła między dwiema narracjami. Za subtelność i wrażliwość oraz świadomość tego, które zdanie uciąć i skrócić, by nie prowadziło jedynie ku sentymentalnemu rozczuleniu.