2015-06-21

"Relaks amerykański" Juliusz Strachota

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 4 czerwca 2015

Liczba stron: 218

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Tabletki (nie)szczęścia...

Juliusz Strachota informuje, że nie czytał ostatnich książek będących ostrzeżeniami przed uzależnieniem. O ile lekturę "Najgorszego człowieka na świecie" Halber rzeczywiście może sobie darować, o tyle powinien znać "Kobierki" Franczaka i w ogóle piszący o uzależnieniach winien czytać innych, którzy to robią. Dlaczego? Przede wszystkim po to, by porównać doświadczenia, przyjrzeć się podobnym mechanizmom nałogu. Uświadomić sobie przede wszystkim, że w swym cierpieniu nie jest się wyjątkowym. Bo dobrze robi odrobina zdrowego rozsądku i brak rozpaczliwego pytania o to, dlaczego ja. Dlatego, że nie ktoś inny. Nałóg jest potworny, ale jeśli ma się w sobie siłę do rozliczenia z nim na kartach książki, warto czytelnikom zwrócić uwagę, że w podobnych stanach nie przechodzą niczego wyjątkowego. Ergo - łatwiej jest się z tym rozprawić, bo to nic nadzwyczajnego, aczkolwiek chwilami nieludzko okrutnego.

"Relaks amerykański" to ciekawa książka, bo w morzu beletrystycznych czy paradokumentalnych rozpraw o tym, ile się wypiło, czego naćpało i jakie detoksy przeżyło, porusza temat skryty gdzieś w cieniu, być może bardziej wstydliwy, prawdopodobnie mocno skomplikowany. Chodzi o lekomanię. Zmorę współczesnych społeczeństw, do której bardzo trudno jest się przyznać, a wstyd staje się coraz większy i coraz bardziej nie do zniesienia. Strachota z nutką ekshibicjonizmu, tak potrzebnego do skreślenia wartościowej książki o lekomanii, rozprawia się ze wstydem swojego Juliana, który stosunkowo szybko uzależnia się od leków przeciwlękowych, wytaczając wojnę światu, ale wojnę z góry przegraną, bo świat się nie zmieni - można tylko modyfikować wyobrażenia o nim za pomocą środków przepisywanych na zlecenie bogatych koncernów farmaceutycznych.

Bohater "Relaksu amerykańskiego" wpada w sidła uzależnienia, kiedy nie radzi sobie z emocjonalną presją związaną z rychłym ślubem. Ot, taki, a nie inny przypadek, który prowadzi do zacisznego gabinetu psychiatrycznego, gdzie przy wyraźnym wskazaniu szkodliwości długotrwałego zażywania zestresowany pacjent otrzymuje pigułkę eliminującą lęki. Zaczyna się od lekarskiego kazania, ale i tak codziennie znajdzie się jakiś odziany w kitel mistrz uśmierzania niepokoju rozpoczynający rosyjską ruletkę przepisaniem pierwszego opakowania - dla wielu ostatniego, dla równie wielu jednego z tysiąca kolejnych. Obserwujemy proces zapadania się w sobie, zamykania na bodźce świata zewnętrznego, rugowania resztek zdrowego rozsądku na rzecz przekonania, że tylko tabletka jest w stanie utrzymać na powierzchni życia. Kiedy lek zaczyna kierować psychiką? W momencie, w którym staje się okrutnie niezbędny. Także wtedy, gdy można zadać sobie tak rozpaczliwe pytanie, jakie zadaje Julian: "Czemu, kurwa, zabrałem sobie z życia jakąś zwyczajną bezcelowość, bezproduktywność, lenistwo, pogodę ducha, spokój, bezpieczeństwo, ciekawość, tkliwość, ufność i inne zjawiska, których symulacje osiągam za pomocą tabletek?". Ano właśnie, co się stało?

Dzieje się wiele. Przede wszystkim trzeba kombinować, w jaki sposób otrzymywać hurtowe ilości recept. Bo uzależnienie jest potworne. Dwie tabletki zamieniają się błyskawicznie w dwadzieścia, te następnie w czterdzieści i nie ma już niczego, na czym można zasadzić resztki zdroworozsądkowego myślenia. Nie docierają czytelne komunikaty z otoczenia, które widzi problem, ale nie widzi dla niego rozwiązania. Rozpoczyna się spektakl konfabulacji, bo każdemu nowemu lekarzowi trzeba zmyślić inną historię, by uwierzył, że ten, a nie inny lek jest nam niezbędnie konieczny. Setki wizyt, zmiany przychodni, podmienianie kart, wycieczki do gabinetów w innych miastach. W tym wszystkim trzy zasadnicze typy lekarzy. Ci zachowawczy, którzy przymykają oko na świadomość uzależnienia i oferują w miarę rozsądne dawki na recepcie. Lekkomyślni - wypisujący piguły w ilościach hurtowych, mając świadomość doskonałego rynku zbytu w postaci uzależnionych. Także ostrożni - ci, którzy starają się porozmawiać i przekonać o zgubnym wpływie nałogu. A jego siła jest ogromna. Tworzy się coś na kształt alternatywnego życia. Kroczy się niebezpieczną drogą, na której niczego już z siebie nie daje się światu, świat ten izolując gdzieś z daleka, w bezpiecznej odległości. U bohatera książki pojawia się coraz większa pustka tego nieżycia. Pasja badacza Warszawy zamieniona zostaje na pasję eksplorowania coraz to nowych aptek. Julian jest samotnikiem odkrywającym peryferie - te związane z własną psychiką, doszczętnie niszczoną przez chemię w tabletkach.

Kolejny bardzo wyraźny rys to krytyczne ukazanie środowiska detoksykacji dla lekomanów. Jeden z pacjentów zamkniętego oddziału wyraża następującą opinię: "Bo tu nie ma nic nowego, bo przyszłość jest taka, że za drzwiami czeka przeszłość. Nie ma się jak i gdzie z tego leczyć". Wedle wszelkich medycznych prawideł liczy się przede wszystkim usunięcie objawu, bez zwracania uwagi na przyczyny. Dodatkowo mnożą się nowe oddziały detoksykacji, w których stosowane są środki mogące z powodzeniem być wykorzystywane w leczeniu ambulatoryjnym. Ktoś musi pacjentowi bardzo sugestywnie wmówić, że jego siła woli nie może się mierzyć z ogromem uzależnienia. Co jest zatem oferowane? Szpitalne przechowalnie, które rodzą dodatkowe lęki i frustracje. Przechowalnie dla ludzi, którzy nie wkładają wystarczająco dużo siły w walkę o swą normalność.

I jeszcze teza, którą ta mroczna opowieść nazbyt mocno sugeruje. Lekarze przedstawieni są jako dilerzy w białych rękawiczkach, którzy w świetle prawa mogą przywiązać do środków medycznych, a potem tym przywiązaniem sterować wedle zaleceń koncernów produkujących leki uzależniające. Myślę, że problem jest dużo bardziej złożony. Nie chodzi o to, żeby winę zrzucić na lekarzy i ich decyzje. One są pewną integralną całością, współtworzą okrutny proces, wspomagają go. Strachota opowiada w gruncie rzeczy o człowieku, który najpierw ucieka od jakiejkolwiek formy odpowiedzialności, a potem nad wyraz łatwo zrzeka się bycia odpowiedzialnym za samego siebie. Decyzje nie są już decyzjami jego samego, bo on chce widzieć siebie jako ofiarę koncernów farmaceutycznych. Teoria spisku jest uzasadniona, gdy weźmie się pod uwagę całe spektrum zaburzeń świadomości lekomana. On jednak, jak alkoholik czy narkoman, w dużej mierze chce walkowerem oddać swą tożsamość. Sam ją sobie kradnie, sam się jej pozbawia. A to trudna walka, by nie oddać siebie. W szponach nałogu prawie niemożliwa. Prawie.

Niezła rzecz, wyrazista i sugestywna. Mocny język, humor pomieszany z tragizmem i to rozpaczliwe poczucie tkwienia w stanie, za który nie można już wziąć odpowiedzialności. Czy aby na pewno? "Relaks amerykański" ma być przestrogą dla wszystkich tych, którzy w stosunkowo łatwy sposób oddają swój los w ręce konfabulacji - farmakologicznych oraz swoich własnych, wynikłych ze wstydu, lęku i różnego rodzaju urojeń. Lektura obowiązkowa dla uzależnionych każdego rodzaju i dla tych, którzy uważają, że problem ich nie dotyczy. Zwłaszcza dla tych drugich.

2015-06-19

"Przebaczenie" Lawrence Osborne

Wydawca: Znak

Data wydania: 1 czerwca 2015

Liczba stron: 336

Tłumacz: Anna Gralak

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pustynia, śmierć i przemiany

Lawrence Osborne zabiera nas w literacką podróż przesyconą grozą, niedopowiedzeniami, specyficznym mrokiem i bolesną refleksją o naturze ludzkiej, która podejmuje się wiecznej rywalizacji między kulturami, religiami i przekonaniami o własnej wyjątkowości. "Przebaczenie" ujmuje sugestywnymi opisami natury, która jest niemym świadkiem zbrodni, hedonistycznych uciech, prób pokuty za tę zbrodnię i kilku egzystencjalnych metamorfoz. Surowa przestrzeń pustynnego Maroka staje się tłem do rozważań o wiecznej opozycji między przekonanym o swej sile Zachodem a gniewem kultury muzułmanów. Osborne wiarygodnie kreśli sylwetki tych, dla których życie jest ucieczką od siebie, oraz wszystkich postrzegających je w kategorii walki o własną godność. Całość tworzy klimat niepokojącego thrillera, a potem wysoce przejmującej prozy obyczajowej. Autor rozlicza nas z odium, które wciąż nosimy w sobie i które ujawnia się zawsze wtedy, gdy chowamy do kieszeni poprawność polityczną, gdy kierujemy się emocjami i gdy toniemy w uprzedzeniach.

Jo i David Hennigerowie to angielskie małżeństwo z jedenastoletnim stażem. Kiedy przybywają do Afryki, dominuje w nich konsternacja pomieszana z niechęcią. Wcale nie są przekonani o tym, że dobrze zrobili, przyjmując zaproszenie swoich homoseksualnych przyjaciół, którzy zbudowali sobie własny raj na marokańskim pustkowiu, mieszając luksus z kosmopolityzmem i organizując imprezy, podczas których zblazowani uczestnicy toną we własnej pustce egzystencjalnej. Już od samego początku widzimy, że relacje Hennigerów są bardzo skomplikowane. Podległość Jo wynika z tłumionych przez nią przeżyć, David nosi w sobie cechy przywódcze, ale i łatwy do rozpoznania fatalizm, który nakazuje mu być na przemian twardym facetem i miałkim alkoholikiem, niepewnym swej wartości i przekonanym o bezsensie własnego życia. Para jest już skonfliktowana, kiedy postanawia ruszyć w stronę kupionego edenu, gdzie czeka na nich impreza, wolność i nieskrępowane poczucie bycia u siebie pośród egzotyki groźnie pomrukującej na obcych. Podczas podróży dochodzi do wypadku. Ginie młody muzułmanin. Hennigerowie docierają do celu, aby pozbyć się balastu zwłok. A wokół zaczyna narastać atmosfera zagrożenia, bo miejscowi dowiadują się o dramacie i o tym, że ofiara została pozbawiona życia...

Czy piękny młody muzułmański chłopiec naprawdę jest ofiarą? Osborne zaczyna fantazjować na temat jego biografii i wówczas nie jesteśmy już do końca pewni tego, czy śmierć zabrała życiowe perspektywy, czy może zakończyła spiralę nienawiści i frustracji wyrastających z umysłu tego, który chciał za wszelką cenę żyć inaczej, godniej. W centrum zainteresowania stają jednak przede wszystkim angielscy turyści. Wydaje się, że tylko Jo uświadamia sobie, iż stali się mordercami. Żadne z nich nie roztrząsa moralnych aspektów swego czynu i nie rozważa zadośćuczynienia. Do momentu, w którym pojawia się ojciec zabitego, chcąc zabrać Davida na pogrzeb syna gdzieś w głąb niebezpiecznej pustyni...

Osborne portretuje świat zabaw i uciechy bogatych ludzi Zachodu w sposób na tyle jednoznaczny, że skomplikowanych tropów trzeba szukać bardzo uważnie. Czytelne są metafory rozpasania białych, początkowo także jesteśmy w stanie sankcjonować dzikość miejscowych, choć dużo bardziej dzikie i nieprzewidywalne mogą być poczynania zaproszonych na ekscentryczną imprezę na pustyni. Napięcie zagęszcza się stopniowo i coraz mniej czytelne stają się motywacje bohaterów, ich poglądy, sposób postrzegania siebie samych w sytuacji na styku kultur i tożsamości. W "Przebaczeniu" będzie mieć miejsce niejedno krańcowe doświadczenie, pod wpływem którego zmienią się poglądy bohaterów, ale chodzi w tej prozie przede wszystkim o subtelną manipulację, jakiej jesteśmy poddani, wciąż jedynie intuicyjnie rozpoznając, czyje postawy są właściwe, a czyje naganne.

Opozycja "my-oni" gruntuje się dodatkowo w szalonym tyglu zdarzeń, kiedy wypracowany przez gospodarzy dystans i wzajemna obcość oraz obojętność złamane zostaną przez niepotrzebne emocje. Anglicy nie żałują za swój czyn. Marokańczycy tkwią w zdumieniu i niepewności, ale przepełnia ich ten sam gniew, który codziennie każe traktować cywilizację Zachodu jako wrogą i pozbawioną jakichkolwiek wartości. Zaskakujące przemiany będą mieć miejsce po obu stronach wzajemnie sobie nieprzychylnych społeczności. Osborne wieloaspektowo ukazuje ten bolesny kontrast kulturowy, w którym każda ze stron rości sobie prawo do swego rodzaju tyranizowania tej drugiej.

Wiele jest bardzo wyrazistych scen w tej powieści. Jedna z nich ukazuje rozmowę przy kokainie o tym, kto ile zła wyrządził innym cywilizacjom i o uprzedzeniach, których więcej jest pośród białych niż u rzekomo dzikich muzułmanów. Druga to spotkanie Davida z ojcem zabitego, dzierżącym w dłoni nóż i zastanawiającym się, czy użyć go, doprowadzając do kolejnego morderstwa. Są także niejednoznaczne postaci drugiego planu dodatkowo komplikujące rys fabularny "Przebaczenia", jak tajemniczy Amerykanin Day, mężczyzna w zasadzie bez właściwości, jakby bezużyteczny, cień samego siebie. Wyżej wymienione udowadnia, że świat tych, co emigrują do Maroka po odrobinę wyzwolenia, i tych, których codzienność tego kraju niewoli, jest światem pełnym okrucieństwa w różnej postaci.

Lawrence Osborne ukazuje to okrucieństwo punktowo - za pomocą sugestywnych scen czy przy wykorzystaniu postaci takich jak Day. Tytułowe przebaczenie nabiera kilku znaczeń, a całość jest doskonale spuentowana wyrazistym zakończeniem. To proza, która wywoła kilka rodzajów niepokoju. Przede wszystkim o to, co kształtuje naszą tożsamość, i czy możemy się czuć pewnie sami ze sobą. Nieznośny fatalizm idzie w parze z autorskim przekonaniem o tym, iż uciekamy od siebie na wiele możliwych sposobów, a dopiero krańcowe doświadczenia są w stanie nam udowodnić, kim naprawdę jesteśmy. Nie ma wówczas znaczenia, w jakiej kulturze się wychowaliśmy. "Przebaczenie" ma być powieścią - zagadką. Przede wszystkim nieznośnie wieloznacznym zarysem tego, co znaczy w ludzkim życiu gniew i wyobcowanie.

2015-06-17

"Chłopcy" Andrzej Saramonowicz

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 6 maja 2015

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Męskie sprawy

Powieść Andrzeja Saramonowicza trochę przypomina zgrywę, ale przypuszczam, że nią nie jest. To całkiem serio pisanie o kondycji współczesnej męskości, która zatrzymuje się na etapie chłopięctwa, a wszystkie działania podporządkowuje wyłącznie normom społecznym, jakie ma się ochotę jedynie kontestować niczym rezolutny jedenastolatek - jeden z bohaterów tej powieści. Problem "Chłopców" polega na tym, że przemycają zbyt wiele truizmów, by wydobyć z nich jakieś twórcze refleksje. Nieznośna jest sentencjonalność narracji, która w niektórych momentach prawdami objawionymi nazywa oczywistości znane od zarania dziejów. Andrzej Saramonowicz umieścił swoich bohaterów w dość hermetycznej przestrzeni relacji opartych na zdradach, seksie i wymienianiu się partnerami. Kompulsywnie bawią się w miłość dorośli, a ich świadome wszystkiego dzieci częściowo powielają toksyczne wzorce, a w związku z tym świat przedstawiony pokazuje równie wiele rozpaczliwych pogoni za czymś wartościowym i stałym, co scenek rodzajowych z życia dysfunkcyjnych rodzin sankcjonujących pewne typy zachowań liberalizmem i przekonaniem, że każdemu wolno błądzić.

Otrzymujemy dwie zazębiające się narracje - ojca i syna. Jakub jest neurochirurgiem, który w sensie dosłownym zagląda ludziom do głów, a autor bawi się także znaczeniem przenośnym tego sformułowania. Czy trafnie, trzeba samemu ocenić. W jego narracji dostrzegamy najpierw szaleńczą radość z odzyskania wolności po rozwodzie, a potem już tylko równię pochyłą, jaką są akty seksualne z wszystkimi sąsiadkami i matkami kolegów jego syna, które mają stanowić bolesną egzemplifikację wolności zagubionego. Syn Mateusz bardzo uważnie przygląda się ojcu i początkowo ufa mu bezgranicznie nawet wtedy, gdy zaufanie zawodzi kilka niefortunnych działań Jakuba. Jedenastolatek przyjaźni się z synem przyjaciela swego ojca. Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Wszystko zszyte jest jakoś grubymi nićmi i powstaje z tego szereg zależności do przewidzenia. Jakub cierpi z powodu obcości ojca, do którego już nie może skierować słów pretensji. Mateusz chciałby z ojcem rozmawiać inaczej i o wielu swoich problemach mu opowiedzieć, ale widzi to szaleńcze miotanie się między aktami seksualnymi, pracą a mało wyszukanymi rozrywkami służącymi ucieczce od rzeczywistości. Saramonowicz stawia pytanie o to, kto w tym układzie jest dla drugiego prawdziwym mężczyzną i jak wiele cech samca można odziedziczyć, a ile wykształcić przez kontestację zachowań starego.

Rozwody i romanse stanowią prawie całą treść świata pewnej dzielnicy, w której kolejne małżeństwa się rozstają na oczach dzieci, coraz mniej zdumionych, bo tradycyjny dom i rodzina stają się czymś na kształt czułego archaizmu, gdy rodzice dążą do spełniania się w roli stale poszukujących. Jakub poszukuje własnej tożsamości. Seksualność jest dla niego sferą uciekania od odpowiedzialności za bycie sobą. A trzeba być innym niż ojciec, lepszym od niego. Kobiety nadziewające się na jego penisa rekompensują sobie tym pustkę w takim samym stopniu, w jakim Jakub zwalnia się z odpowiedzialnego życia na rzecz męskich rozrywek, które mu się przecież należą. A obok chłopiec, który wcale nie jest niewinny, za to dużo bardziej świadomy pewnych problemów niż jego ojciec. Mateusz jest mocny w gębie i nie tylko. Nadmiar wulgaryzmów, które po pewnym czasie po prostu niszczą jako taką przyjemność lektury, nie jest w żaden sposób usankcjonowany, choć to w takim języku ma się też ujawniać i przekształcać męskość poszukująca. Największy problem Mateusza to niemożność poczucia czegoś stałego w rozpadających się relacjach między rodzicami. Sam zaczyna poszukiwania, chce być męski po swojemu, chce zdobywać, mieć, kochać i szanować na własnych zasadach. Mimo całego relatywizmu moralnego wokół, gdzie dorośli kopulują, upijają się, przeklinają i w gruncie rzeczy odstawiają swoje dzieci gdzieś na boczny tor.

Andrzej Saramonowicz w mało odkrywczy sposób opowiada o dwóch historiach osamotnienia i dwóch rodzajach męskości, dla których wspólnym mianownikiem będą pragnienia i potrzeby koncentrujące się wokół kobiet, piłki nożnej, chropowatej nieco przyjaźni oraz dzielności na co dzień, którą podkreśla żołnierska nomenklatura - w założeniu mająca prawdopodobnie ubarwiać komicznie narrację powieści. Nad wyraz dojrzali chłopcy kryją w sobie wady własnych ojców. Próbują rozpaczliwie nie powielać ich błędów, ale co rusz stawiani są w sytuacjach, w których muszą postąpić jak tata. Wszyscy - młodsi i starsi - poszukują odmiany i męczą się w swym konformizmie, bo nie mają odwagi wyjść gdzieś poza główny nurt życia. Chłopcy Saramonowicza tworzą rytuały, którymi obwarowane są ich specyficzne relacje. Tkwią w opozycji do świata kobiet tak namiętnie w swym egoizmie deklinujących zaimki osobowe, ale jednocześnie budują wciąż na nowo mury własnego świata. Muszą poczuć się bezpiecznie, a osiągną to tylko dzięki podejmowaniu wyzwań. Męskość w tej prozie nie jest męskością w kryzysie. Ona znajduje się w stanie permanentnego pobudzenia i wiecznej niepewności. Ani Jakub, ani Mateusz nie są w pewnym momencie świadomi tego, jak bardzo uciekają od swoich potrzeb. Prowadzenie ich ku odkryciu tego, co zasłaniają przed samymi sobą, czyni z "Chłopców" narrację o dość przewidywalnym charakterze, bo finał męskiej walki o swoje rozczarowuje niepotrzebnym przecież dydaktycznym tonem oraz rozwiązaniem, które czyni z tej powieści taką bajkę z pięknie uwypuklonym morałem i sugestią, że wszystko się ułoży.

Można się przy "Chłopcach" pośmiać, można trochę podumać, zniesmaczenie także może się przydarzyć, ale nie bądźmy pruderyjni czy konserwatywni - ta opowieść ma pokazywać, jak bardzo się gubimy w świecie złudnej wolności i jak często, paradoksalnie, chcemy przywrócić życiu porządek, od którego uciekliśmy. Proza Saramonowicza jest trochę groteskowa, trochę patetyczna. Autor nie może się zdecydować, w jakiej konwencji przedstawić nam problemy bohaterów. To bardzo czytelna opowieść o ludziach, którzy chcieliby być królami życia, ale utrudnia im to wieczne udawanie szczęścia - tego prawdziwego przecież nie mogą dosięgnąć. "Chłopcy" zarysowują problemy i kreślą tezy, które w żadnej mierze nie są nowe ani twórcze. To kolejna opowieść o niemożności bycia dorosłym naprawdę i o dzieciństwie, do którego wkrada się zbyt wiele goryczy ze świata tych, co uważają się za odpowiedzialnych opiekunów, sami potrzebując takowych. Nihil novi. 

2015-06-15

"Zuza albo czas oddalenia" Jerzy Pilch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 3 czerwca 2015

Liczba stron: 134

Oprawa: twarda

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Amor vincit omnia?

Najnowsza, bardzo skromna i bez zaznaczonej wyraźnej tezy proza Jerzego Pilcha skupia uwagę krytyki na problemie biografizmu w tych zapiskach lub też celowego, autoironicznego odeń uciekania. Rozważania na ten temat mogą zająć całe, dość ciekawe omówienie "Zuzy albo czasu oddalenia". Punktów wzbudzających niepewność i konsternację jest wiele, albowiem już wiek autora i twórcy rzekomo znalezionych notatek się nie zgadza. Jeśli porzuci się to wszystko i spojrzy na "Zuzę" przede wszystkim jak na poruszającą opowieść o mrocznym danse macabre miłości i śmierci, można wybaczyć i wyświechtany mocno motyw romansu starszego mężczyzny z młódką lekkich obyczajów, i irytujący tok dygresji mających budować coś na kształt egzystencjalnej pozycji kobiety rozwiązłej, i przede wszystkim samą grę w konwencje zmuszającą do myślenia o tym, czy opowiadana historia ma być traktowana serio.

Mimo dosadnego smutku przełamywanego nieśmiałymi przejawami ironicznego poczucia humoru jest to książka chwilami dość pogodnie rozprawiająca się ze zjawiskiem starości. Tak, stan ten potraktowany jest przez Pilcha jak zjawisko podlegające obserwacji. Bo starość jest przebiegła i dopada nagle. "Najprzód jej nie ma, i to długo nie ma. A potem jak już jest, to jest. Krótko i intensywnie - pękanie tętniaków i gnicie węzłów chłonnych idzie raz-dwa. Pory roku przelatują jak chcą". Nic tu nie zależy od nas samych. Nigdy nie będziemy na ten etap życia przygotowani. Bohater Pilcha lub sam Pilch (niepotrzebne skreślić, wybrane podkreślić) wytacza przeciw jesieni życia potężne działo w postaci miłości - silnej, kontrowersyjnej i szaleńczo witalnej. Młoda Zuza ze swym niepokojem, niepokornością, moralną dwuznacznością i korygowaną przez zabiegi medyczne urodą staje się symbolem czegoś nieuchwytnego. Czegoś, za czym można bezwarunkowo podążać, bo daje to nadzieję na chwycenie się z życiem za bary - może ten ostatni, ale bardzo intensywny raz.

Bohaterowie są w takim wieku, że wszystko im właściwie wypada. Jej jeszcze wypada, jemu już. Ona korzysta z okazji z przeświadczeniem, iż "metafizyką jest kasa", on się tej kasy pozbywa, próbując jednocześnie zbliżyć do Zuzy i nakreślić ramy swej wierności, "gdy ciało jest gdzie indziej" - jej oddaje się innym, jego zaczyna zawodzić. Romans sam w sobie nie jest niczym szczególnym. Dopiero na granicy żywotności i wolności oraz samotności, która rodzi frustracje i niepotrzebne nadzieje, rozgrywa się dramat bez zakończenia. Zostajemy wtłoczeni  w sytuację eksploatującą uczuciowo i przyglądamy się egzystencjalnej próbie pogodzenia z tym, co inne, i z tym, co stanowi wyzwanie.

"Zuza albo czas oddalenia" to specyficzna rozprawa z kobiecością. Z jednej strony - masa bardzo czytelnych albo kontekstowo klarownych fantazji na jej temat. Z drugiej - przewrotna apoteoza kobiecości sprzedajnej, rozpustnej, nieujarzmionej i dzikiej. Zuza to trzecia kobieta i w jej blasku płoną wspomnienia o poprzednich. To pierwsza miłość, która ma pochłonąć całkowicie. Pierwsze zjawisko zakochania, za którym stać może utrata zdrowego rozsądku. Niepotrzebny on na tym etapie życia, kiedy to wybiera się najlepsze w Warszawie miejsce na samobójstwo albo ucieka do prowincjonalnej Wisły, bo tam czas i myśli płyną nieco inaczej.

Sporo jest o relatywizmie moralnym. Profesja Zuzy siłą rzeczy sugeruje pewien tok myślenia, w którym Pilch rozprawia się z tym wszystkim, co po polsku daje obraz wyjątkowej hipokryzji. Kobiecość Zuzy jest siłą sprawczą. Idzie za nią zmiana, ożywczy powiew nadziei. To miłość na przekór starości i trochę jej wbrew. Fascynacja, dzięki której zapomina się o grozie życia z kredytem zaufania od losu. Czas jest zdecydowanie policzony, ale przestaje istnieć w ogniu uczucia. Wtedy nawet wspomnienia nie odbierają przyjemności doświadczania czegoś na nowo. I tkwi w tym wiele melancholii, wiele naiwnej wiary we własną siłę. W to, że pewne rzeczy można oszukać, a pewnych nie dostrzegać. Pilch brnie w iluzję niewypowiedzianego. Pozostawia nas w niepewności tego, co dalej. Formalnie jest to rozegrane mistrzowsko, bo książka kończy się w momencie, w którym być może zaczynamy wszystko rozumieć. To taka mądrość życia, które za szybko mija. Życie bohatera zapisków zdążyło odebrać mu rozsądek, godność, szlachetność i możliwości wyboru, a właśnie o to ostatnie toczy się szaleńcza walka. Walka o kogoś, o siebie, o samostanowienie i o poczucie, że można po raz kolejny uniknąć porażki. To książka także o bliskości niepołączenia. O ludzkim oddaleniu i przeraźliwej samotności, wobec której jest się bezsilnym i bezbronnym przede wszystkim wówczas, gdy się starzeje. Zuza bowiem nie musi rozumieć, że samotność postarza dodatkowo. Zuzie jest na rękę to, co proponowane w desperacji. Ważne, by zmienić perspektywę patrzenia poprzez perspektywę odczuwania. Na ile ryzykowne są podejmowane kroki, można się przekonać samemu.

To gorzka historia z komentarzami Llosy, Dostojewskiego, Ciorana czy Pessoi. Opowieść o chwili, w której aż strach nie skorzystać z możliwości podkradania cudzej witalności. Pilch fantazjuje na temat relacji tych, którzy się mogą nie spotkać tak samo intensywnie, bo inne mają oczekiwania wobec siebie. Rozważa powrót do tej całej sfery uczuć, których nie wypada wyrażać na starość. "Zuza albo czas oddalenia" to rzecz o próbach zatrzymania w sobie człowieka, dla którego miłosne doznania stają się szansą ocalenia człowieczeństwa przed niepewną Fortuną i świadomością rychłego końca. Miłość zrozpaczonego serca może być równie silna co obojętność swawolnej trzpiotki, dla której młodość to stan wieczny. Starość wieczna być nie może. Pilch rozważa upływ czasu, utratę energii, żegna się z ideałami i ironicznie podgryza ten fragment prozy życia, który jeszcze jest mu podporządkowany. To mała książka o wielkich sprawach z czasu, dla którego nie mamy zwykle miejsca w życiu. O intensywności emocjonalnej na przekór nicości. O trudnej drodze pogodzenia jednego z drugim. Bo uczucie mężczyzny do kobiety młodszej o czterdzieści lat to nic żenującego, lecz boleśnie prawdziwe spotkanie dwojga ludzi spragnionych siebie. A może przede wszystkim fantazji do spełnienia ukrytych w tym drugim.

2015-06-12

"Zwierzenia jeżozwierza" Alain Mabanckou

Wydawca: Karakter

Data wydania: 2 czerwca 2015

Liczba stron: 240

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Granice niepokorności

Piąta wydana w Polsce książka Alaina Mabanckou z pewnością połamie język już tym, którzy zdecydują się na głośne przeczytanie tytułu przekładu. A dalej jest dużo więcej trudności - interpretacyjnych przede wszystkim. "Zwierzenia jeżozwierza" nawiązują do rewelacyjnego "Kielonka". Oto Uparty Ślimak, właściciel baru "Śmierć kredytom", przytacza nam bardzo podobną formalnie narrację, której cechami dystynktywnymi są przecinek jako jedyny znak interpunkcyjny i niezwykły żywioł narracyjny, albowiem historia tkwiąca w baśniowej konwencji wciąż na nowo tę konwencję rozsadza. To historia, która udowadnia tezę jednego z bohaterów, że "książka jest przestrzenią wolności". Mabanckou łączy ją z "Kielonkiem", tworząc jednocześnie nowe, ważne przesłanie. W gąszczu mniej lub bardziej czytelnych tropów literackich odnajdziemy przejmującą historię o takim bycie na przekór, sytuującym się gdzieś poza ciemnością i głupstwem wszelkiej ludzkiej bylejakości. To również opowieść o dwóch światach równoległych, o ustawicznej wojnie między ludźmi a zwierzętami i o różnego rodzaju śmierciach, pośród których tkwi samotny kontestator, sobowtór szkodliwy, unikalny i złośliwy jednocześnie. Niezwykły narrator równie niezwykłej opowieści.

Jeżozwierz to oczywista fantazja, ale autor nawiązuje tutaj do afrykańskich wierzeń. Tajemnice, rytuały i magia wciąż podkreślają ich znaczenie, a świat, do którego docierają biali etnolodzy uznawani za monterów anten satelitarnych lub inne nieszkodliwe tałatajstwo, rządzi się swoimi - surowymi i specyficznymi - prawami stanowiącymi o życiu i śmierci. Ironiczny zwierz jest sobowtórem Kibandiego z wioski Sekegembe, uznanego za miejscowego złoczyńcę, syna zabójcy przez pożeranie, trudniącego się tym samym mrocznym procederem. Kibandi nie żyje, ale jego jeżozwierz czuje i widzi wszystko to, co zostało już zabrane z oczu i świadomości pana. Opowiada o wędrówce - jednej i kilku z osobna. Buduje nastrój prozy konfesyjnej opartej na wspomnieniach ułożonych wedle własnej logiki, ustanowionych wyraźnie i wciąż uciekających od tego, co rzeczywiste. Bo "Zwierzenia jeżozwierza" to symboliczny traktat o wędrowcy bez wspólnoty oraz o wyobcowaniu we wspólnocie. O losie, w którym wyróżnienie się jest stygmatem. Fantazja na temat tego, w jaki sposób oderwać się od życia społecznego bez szkody dla własnej egzystencji. A może właśnie jej na przekór, bo bycie "spoza" jest synonimem noszonego w sobie gniewu. Kibandi - cieśla z zamiłowaniem do książek - żegnany jest z ulgą. Jeżozwierza po nim nikt nie wita. Pozostaje on w cieniu baobabu, któremu opowiada o własnym losie. Czy aby na pewno własnym?

Mabanckou po raz kolejny kreśli ramy hermetycznie zamkniętego świata afrykańskich wyobrażeń o życiu i jego kontynuacji po śmierci. Połączenie świata ludzi i zwierząt każe pytać o to, czy między jednymi a drugimi toczy się wieczna wojna. Bo być może koegzystencja jest czymś naturalnym, swego rodzaju wzajemnym dopełnieniem? Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy po przeczytaniu narracji jeżozwierza, że ludzkość to lepszy gatunek. Wkradamy się do świata ukrytego gdzieś w buszu, przycupniętego na marginesie prawdziwego życia, w niezbadanym miejscu mapy. Czujemy fascynację, ale i niepokój. Alain Mabanckou diagnozuje ludzką kondycję, posługując się czytelnymi metaforami życia natury - nakreśla jej brutalne prawa, stawiając istotę ludzką w stanie mocnej bezradności. Tkwimy dodatkowo w morzu szaleńczych dygresji, które każdy ze światów portretuje fragmentarycznie. Jest w tej narracji moc badania nieznanego. Nie chodzi tylko o przyglądanie się rytuałowi, któremu poddawane są zwłoki, by wskazać winnego zgonu. Dostęp do świata przedstawionego ma być utrudniony, bo i wyobraźnia Mabanckou jest nieposkromiona, pełna kontestacji, złośliwa i groteskowa - tak było w "Kielonku", tak jest i w "Zwierzeniach jeżozwierza". Podążamy ścieżką wyznaczoną przez sugestie i tezy. Dobrze się bawimy, szybko orientując wszakże, że czarny humor z Czarnego Lądu kryje w sobie więcej goryczy niż treści rozrywkowych...

Jeżozwierz jest symbolem czegoś w gruncie rzeczy niemożliwego i jednocześnie głosem, który można do siebie dopuścić w ściśle określonych warunkach. Agonia Kibandiego staje się początkiem wolności jego sobowtóra. Nie ma w niej jednak nieskrępowania, choć stylistyka i fraza starają się udowodnić coś przeciwnego. Jeżozwierz tkwi w uwarunkowaniach, z których nie wydobył się jego mistrz. Jest głosem zza grobu i przejmująco opowiada o wszystkich rodzajach braków, które nie zostały niczym zrekompensowane. Mabanckou fantazjuje o świecie, w którym istnieć to znaczy znosić swą niepokorność. To także językowa gra w szukanie nowych znaczeń literackich. "Zwierzenia jeżozwierza" formalnie są próbami poszukiwań odpowiedzi na pytanie o to, co z ludzkiej kondycji warte jest opisania, i w jaki sposób można o tym pisać. Kilka gorzkich diagnoz łączy się też z pewnym fatalizmem - przekonaniem o wyjątkowości i degradacji świata, z którego wydobyły się baśniowe opowieści, fantastyczne rojenia, symboliczne wizje i wszelkie wierzenia w to, co zdrowy rozsądek białego człowieka chciałby jedynie oprawić w ramki publikacji naukowej. Całość prowokuje i ujmuje tym nieokrzesaniem, nieprzewidywalnością i doskonałą ironią, dzięki której śmiertelne ukłucia jeżozwierza stają się nad wyraz odczuwalne.

Można tę książkę rozpatrywać także w bardzo czytelny sposób - jako próbę ukazania dwoistości ludzkiej natury, jej nieprzewidywalności, drapieżności i siły, która bywa destrukcyjna i prowadzi do tragedii. Chciałoby się widzieć w tej powieści jakąś diagnozę, ale siła pisarstwa Mabanckou polega przede wszystkim na niejednoznaczności przekazu. Lektura dla wszystkich tych, którzy znają stylistyczny pazur autora, i dla tych, którzy chcą traktować obcowanie z literaturą jako wyzwanie. "Zwierzenia jeżozwierza" zacierają wiele granic, rozważając jednocześnie istnienie jakichś punktów krytycznych, poza którymi pojawia się śmierć - tu jak w niewielu książkach znacząca tak wiele, jak wiele jest ofiar Kibandiego z wioski Sekegembe. Wyjść poza śmierć to zobaczyć więcej albo doświadczyć nicości. Skoro nie ma żadnego biblijnego raju ani też drugiego życia - w jakim miejscu i z kim podążamy w tej ekscentrycznej i fascynującej narracji?




PATRONAT MEDIALNY

2015-06-10

"Znalezione nie kradzione" Stephen King

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 10 czerwca 2015

Liczba stron: 480

Tłumacz: Rafał Lisowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 38,50 zł

Tytuł recenzji: Czytelnicy i szaleństwo

Rok bez nowej książki Kinga to rok stracony - tak to właśnie jest od pewnego czasu i wielu wielbicieli jego twórczości drży z niepokoju, że w takim tempie pisania może się przytrafić jakaś słabsza powieść. Obawy można śmiało odrzucić, bo tym razem otrzymujemy, po pierwsze, świetną kontynuację "Pana Mercedesa", którą bez żadnych problemów czytać mogą nieznający tej powieści. Po drugie - a to nieczęsto się zdarza - kontynuacja ta jest o niebo lepsza niż poprzednia książka. Nie chodzi tylko o to, że sprawnie rozwija wiele wątków i sygnalizuje dużo więcej ciekawych problemów niż "Pan Mercedes". Największym walorem "Znalezionego nie kradzionego" jest autoironiczna perspektywa patrzenia na literaturę, tworzoną przez nią iluzję i na pułapki, w jakie wpadają czytelnicy przedkładający fikcję nad rzeczywistość. Jak właściwie odczytywać książki? Kto i czy w ogóle ma ku temu właściwe kompetencje? Jaka jest rola pisarza w tym, co tworzy, i w jakim stopniu może brać odpowiedzialność za to, jak zostanie odczytany?

King napisał o dwóch takich, którzy nie chcą dać się złapać - jednym z nich jest szlachetny altruista, drugim zgorzkniały morderca i psychopata, który nie ustępuje Brady'emu Hartsfieldowi prującemu po ludziach swoim potężnym wozem. Wymowa tej powieści dla polskiego czytelnika znającego przypadek rozjechania pieszych na deptaku w Sopocie stanie się jeszcze bardziej wyrazista i poruszająca. Oto bowiem mamy opowieść o dwóch różnych czytelnikach, którzy zachłystują się przygodami takiego bohatera literackiego na całe życie. Przez pewien czas jego los staje się czymś realnym, namacalnym. Najważniejszą zaś postacią w książce będzie trup z pierwszych stron - ekscentryczny autor, który dał temu bohaterowi nowe życie.

Morris Bellamy zawsze miał trudne życie. Ośmieszany przez innych, coraz bardziej izolował się od ludzi. Trudne relacje z matką, która wpędzała w kompleksy, dodatkowo buntowniczo usposobiły go do życia, a fascynacja powieściami Johna Rothsteina stała się obsesją, dla której był gotowy zabić. Morris to przykład outsidera zapatrzonego w fikcję literacką i niepogodzonego z nią na tyle, że pewnego dnia postanawia samodzielnie wymierzyć sprawiedliwość pisarzowi, który uczynił z jego buntowniczego bohatera człowieka idealnie wpasowanego w system, jaki wcześniej kontestował. Bellamy działa impulsywnie i szaleńczo, ale niewątpliwie jest zdeterminowany. Kradnie Rothsteinowi ponad 150 notesów, które są dowodem jego pisarskiej aktywności po tym, jak pisarz na 18 lat usunął się z życia literackiego i publicznego. Zbrodnia nie będzie dla Morrisa problemem. Staną się nim łupy, nie tylko bezcenne zapiski, ale także sporo gotówki.

Peter Saubers również ma trudne życie. Jego ojciec został potrącony przez szaleńca w mercedesie, na skutek czego doznał trwałego uszczerbku na zdrowiu, a kiepska sytuacja finansowa rodziny Petera dodatkowo się skomplikowała. Chłopak ma plany i marzenia, ale ponad wszystko ceni sobie ciepło rodzinne. Okazuje się, że może uratować finansowo rodziców, gdy któregoś dnia natrafi na tajemniczy kufer z łupami Morrisa, siedzącego akurat w więzieniu nie z powodu napaści i morderstwa znanego pisarza, ale dlatego, że po pijanemu często traci nad sobą kontrolę.

Niemożliwe wydaje się spotkanie obu bohaterów, ale King w tej powieści co chwilę udowadnia, że niemożliwe staje się faktem. Świetnie się czyta "Znalezione nie kradzione", albowiem wszelkie przewidywania pojawiające się w trakcie lektury okazują się błędnymi domysłami. Jakiekolwiek próby przewidzenia dramatycznych wydarzeń stają się chybione. Niby doskonale rozumiemy motywacje bohaterów, ale tak naprawdę jesteśmy przez nich wciąż zaskakiwani. I to nie brutalny morderca gra tutaj pierwsze skrzypce. Szybko okazuje się, że niepozorny Peter to spiritus movens tej powieści. Historii o literackich fascynacjach i o subiektywnym odbiorze literatury, której przesłanie zawsze można interpretować po swojemu.

Teraz akapit, który śmiało mogą pominąć ci, co nie czytali "Pana Mercedesa". King powraca do dramatycznych wydarzeń spod City Centre, pokazując je z innej perspektywy. To niejedyne fabularne nawiązanie do tamtej książki. Przede wszystkim widzimy, jak radzą sobie jej bohaterowie. Radzą naprawdę świetnie. Detektyw Hodges wciąż jest aktywny i w dużo lepszej formie. Widząc, jak sprytnie rozpracowuje pewnego malwersanta, nie musimy się obawiać, że zaniedba kolejną intrygę, do jakiej zostanie włączony przez siostrę Petera Saubersa. Także Holly Gibney wychodzi na prostą. Wraz z Jerome i Hodgesem ponownie stworzą zespół, który pomoże rozwiązać zagadkę kryminalną, tym razem mocno zakropioną krwią i okrucieństwem wraz z tajemniczym widmem wciąż żyjącego Hartsfielda sugerującego być może następne kontynuacje w konwencji zbliżonej do wcześniejszych opowieści o zjawiskach nadprzyrodzonych.

Tak czy owak King króluje. Tym razem jako autor przystawiający sobie i znanym pisarzom krzywe zwierciadło, w którym kształty nabierają innego rozmiaru, a idee stają się zmanipulowane. To przecież opowieść o pisarskiej sławie, warsztacie pracy i percepcji czytelniczej, która może wpędzić w obłęd. Zabity na początku Rothstein jest w zasadzie najważniejszym, nieobecnym już bohaterem. Pisarzem uznawanym za genialnego, izolującym się od ludzi i zarzucającym Morrisowi czytelnicze dyletanctwo. Być może ten zarzut spowoduje, że książkę rozpoczyna opis mózgu geniusza na ścianie, ale rozważania o istocie pisarstwa obecne są przez cały czas. Kostyczna matka Morrisa wypowiada znamienne słowa: "Dobry pisarz nie prowadzi swoich bohaterów, ale idzie za nimi. Dobry pisarz nie tworzy wydarzeń, ale obserwuje ich przebieg, a potem opisuje, co zobaczył. Dobry pisarz rozumie, że jest sekretarzem, a nie Bogiem". Czy Stephen King w "Znalezionym nie kradzionym" spełnia warunki bycia dobrym pisarzem? Ta wielowątkowa intryga będzie nie tylko źródłem świetnej rozrywki, ale z pewnością zmusi do rozmyślań nad tym, jak wielka i nieopisana jest sfera obecności literatury w umysłach czytelników. Także tych psychopatycznych.

2015-06-08

"Łowca larw" Amir Tadż-as-Sirr

Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 26 maja 2015

Liczba stron: 206

Tłumacz: Agnieszka Piotrowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33 zł

Tytuł recenzji: Zapiski na żółtym papierze

Amir Tadż-as-Sirr to sudański pisarz, a "Łowca larw" jest jedną z jego kilkunastu powieści. To rzecz o mistyfikacjach, systemie opresji, bolesnych paradoksach życia "na podsłuchu" i o bezwzględności reżimu pożerającego nie tylko swoich przeciwników, ale także tych, którzy mu służą. Groteska miesza się z grozą w opowieści o byłym agencie służb specjalnych decydującym się na napisanie powieści - bez żadnego warsztatu, bez doświadczenia. Wydaje mu się, że sprawa jest prosta. "Trochę realizmu i parę elementów wyobraźni - wyjdzie dobra literatura". Tadż-as-Sirr pokazuje brutalny realizm państwa budowanego na obserwacjach, donosach, systemach restrykcji i tłamszeniu wolności wypowiedzi. Niewiele może zdziałać wyobraźnia, kiedy wyrasta się z okrutnego świata, w którym wyobrażone są często winy, za jakie płacą wszyscy bez względu na swój status majątkowy czy pochodzenie.

"Łowca larw" to historia zapisków na żółtym papierze, który przez lata służył do tego, by donosić, i teraz nie zmieni swojej funkcji, choćby wyobrażenia jego właściciela miały moc przemiany. Jego samego, który podsłuchiwanie ma we krwi, ludzi wciąż odznacza inicjałami, latami uczył się zabijać emocje i dzisiaj chce się zbliżyć do innych, choć nadal pozbawiony jest elementarnej bodaj empatii, dzięki której mógłby zrozumieć myśli i poglądy obserwowanych. Abdallah marzy o czymś, co oderwie go od marazmu emerytury i myśli o okaleczonym ciele. To jedyny realny ślad po dawnej działalności. Spryt i wyczulenie zmysłu obserwacyjnego mają go zaprowadzić na trop fabuły, która zbuduje jego pierwszą powieść. Problem polega na tym, że fikcja literacka w świadomości byłego agenta wciąż miesza się z tropami prowadzącymi do podejrzanych. W jaki sposób napisać powieść, odcinając się od dotychczasowych nawyków? Czy istnieje możliwość pogodzenia kurczowego trzymania się przyzwyczajeń z kompulsywnym poszukiwaniem nowych bodźców i doświadczeń? Wszystko i tak skryte jest w mroku opresyjnego państwa, które wszystko widzi, wszystko analizuje, wyciąga konsekwencje i z maniakalnym uporem tropi każdy przejaw samostanowienia w życiu.

Bohater Tadż-as-Sirra chce tego samostanowienia i mocno wierzy w to, że się mu uda. Problem w tym, że jakakolwiek zmiana musi być zainicjowana przez ludzką działalność wokół Abdallaha. Mężczyzna podejmuje się obserwacji miejsc, które do tej pory zupełnie go nie interesowały. Chce podejrzeć i podsłuchać, jak w jego państwie wygląda życie intelektualne, gdzie rodzi się kultura i jakie są jej przejawy. Księgarnia, kawiarnia czy teatr - to miejsca, na które trzeba teraz spojrzeć z innej perspektywy. Trzeba również przeczytać choć jedną powieść, której fragmentaryczna percepcja wpędza w stan jeszcze większego chaosu niż przed lekturą.

Portretowany świat sudańskich intelektualistów wydaje się jednak miałki. Coś tu nie pasuje, nie można się w tym odnaleźć. Uważne przyglądanie się zadufanemu w sobie pisarzowi czy niespełnionemu aktorowi nie daje większej satysfakcji. Jest w nich coś, czego brakuje podglądającemu. Oni tkwią bardzo silnie w świecie własnych przekonań i idei, a Abdallah Harfasz musi te przekonania sobie wyrobić. Tymczasem mentalność jest wciąż ta sama. Trudno ustanowić czytelną granicę między zbieraniem materiałów do napisania powieści a zwykłym szpiclowaniem, od którego nie można się uwolnić.

Tadż-as-Sirr przedstawia proces pisania w oparciu o rytuały i zwyczaje, którym podporządkowują się zarówno pisarz, jak i jego otoczenie. Ta narracja dyskretnie zaznacza sposób, w jaki do głosu dochodzi wewnętrzna potrzeba pisania. Dla Harfasza to poszukiwanie wciąż nowych pomysłów, które niczym larwy owadzie mogą okazać się trefne i zabić literaturę już w pierwszym etapie jej powstawania. "Łowca larw" jest historią obserwowania procesu, do jakiego nie ma dostępu z kilku różnych powodów. Opisuje frustracje przeradzające się w jakiś szalony imperatyw, od spełnienia którego ma zależeć szczęście. Ale czy w świecie Tadż-as-Sirra jest miejsce na poczucie prawdziwego szczęścia i na cieszenie się wolnością twórczą, wolnością tak w ogóle?

Ta książka opowiada o niemożności stworzenia fikcji literackiej, kiedy tkwi się całym sobą w morderczym procederze odpowiedzialnym za różnego rodzaju eliminacje ze świata rzeczywistego. Pod pręgierzem znajdzie się nie tylko nieudolny Abdallah, ale przede wszystkim środowisko artystyczne kraju, w którym jedynym przejawem wolnej woli jest możliwość doniesienia na hipotetycznego wroga. Język tej powieści w swej groteskowości jest dość drapieżny i prowokujący. Nie ma możliwości ulokowania sympatii w którymkolwiek z bohaterów. Nie da się także w pełni oddzielić rzeczywistości od wyobraźni. A wyobrażenia o tym, co się dzieje i co może się stać, czynią z "Łowcy larw" dość upiorną narrację z wyraźnym bezkompromisowym przekazem.

Tadż-as-Sirr zadaje także pytanie o to, czy prawdziwa literatura ma być odwzorowaniem świata czy też całkowitą fantazją na jego temat. Książki traktowane są jako źródło zła, a dla piszących stanowią punkt odniesienia na mapie mentalnych rojeń o świecie, który można naprawdę wymyślić, bez związku z tym, co się widzi i czuje. Opresyjny system władzy niszczy jednak każdą możliwą aktywność twórczą człowieka. Nie dopuszcza do głosu fabuł, bo fragmentaryzuje codzienność naznaczoną strachem i niepewnością tego, co można, a co wypada powiedzieć lub pomyśleć.

"Łowca larw" to niepokojąca i dwuznaczna proza, w której stale czujemy się obserwowani, bo sam narrator wzbudza ambiwalentne uczucia, jest niespokojny i niepewny własnych działań. Widać wyraźnie, że jakakolwiek forma zmiany czy kontestacji ustalonego porządku spotyka się z agresywną reakcją reżimu. Tego reżimu, od którego nie można mentalnie uciec. Dla tych, co podejmują takie próby - szpital psychiatryczny, więzienie lub cmentarz. Duszna atmosfera nieudolnych poszukiwań nowych środków wyrazu siebie idzie u Tadż-as-Sirra w parze z bezradnością, zagubieniem i złowrogimi podszeptami sumienia, którego nie można uwolnić od przemocy naznaczającej tak wiele miejsc i na tak wiele sposobów. To także książka o samotności, którą trudno znieść, gdy do czegoś się nie przynależy. Nawet do państwa, które przywiązuje strachem i wspomnianą wyżej przemocą.

2015-06-05

"Lektor z pociągu 6:27" Jean-Paul Diderlaurent

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 6 maja 2015

Liczba stron: 160

Tłumacz: Beata Geppert

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Wokół książek

Jean-Paul Didierlaurent napisał książkę absolutnie dla każdego. Przede wszystkim dla tych, którzy kochają literaturę. Dla zwolenników historii o poszukiwaniu swojej drugiej połowy w świecie, gdzie chce się być przez większość życia niewidzialnym, bo inni ludzie to źródło frustracji, poza kilkoma zaufanymi osobami. Także dla tych ceniących sobie wyraziste i ekscentryczne nieco postacie. Dla wielbicieli nietuzinkowej fabuły, czarnego humoru, humoru tak po prostu i ironii w jej najbardziej wysublimowanej formie. "Lektor z pociągu 6:27" to opowieść do czytania wszędzie i jedna z tych książek, które przywracają wiarę w lekkość pisania o śmiertelnie poważnym niekiedy egocentryzmie, bo Didierlaurent zbliża nas do świata skupionych na sobie samotników, niezwykle ciepło ten świat portretując.

Guylain Vignolles żyje gdzieś na marginesie prawdziwego życia. Jego wyobcowanie to efekt nieudanych relacji, wczesnej utraty ojca, a obecnie konfabulacji, bo przed matką udaje, że wykonuje inny fach niż ten prawdziwy. Pracuje przy utylizacji książek, kochając literaturę i odczuwając wstręt do swej okrutnej pracy i bezwzględnej maszyny zmieniającej literaturę w szarą breję. Bohater to specyficzny masochista, skoro od lat patrzy na zagładę słowa pisanego, będąc jednocześnie tego słowa gorącym wielbicielem. Guylain ratuje, co może, z tej fabryki zagłady, do której trafiają niesprzedane nakłady książek. Pojedyncze kartki, oderwane od kontekstu fragmenty. To takie żywe skórki, które wydobywa z otchłani diabolicznej maszyny do niszczenia, by dać im życie w specyficzny sposób, odczytując na głos w pociągu podmiejskim, którym codziennie przez dwadzieścia minut dojeżdża do pracy.

Didierlaurent z dużą dawką specyficznego humoru kreśli wizję literatury w dzisiejszych czasach. Francuski autor podkreśla okrucieństwo maszyny do niszczenia zapisanych słów na równi z rynkiem wydawniczym, który co jakiś czas pozbywa się nadmiaru woluminów. Mamy zatem przesyt książek i jednocześnie gorączkowe próby ich ratowania. We fragmentach właśnie. "Lektor z pociągu 6:27" to historia o percepcji czytelniczej i o tym, w jaki sposób można odczytywać książkę. Guylain dość szybko znajdzie większe audytorium niż współpasażerowie o poranku i czytając swoje uratowane stronice, dostrzeże niezwykły zapał wiekowych słuchaczy, którzy poszukują kontekstów, nadają fragmentom nowe życie oraz nowy kształt. Bo przecież czytać można na wiele różnych sposobów. Odważny czytelnik czy też czytelnik zdeterminowany jak Vignolles poradzą sobie z każdym rodzajem lektury. Ocalić literaturę można przede wszystkim w sobie. Można nią także uczynić wszystko wokół. Jak choćby zapiski pewnej pracownicy publicznego szaletu, które uwiodą Guylaina do tego stopnia, że będzie gotów zerwać z kostycznie uporządkowanym trybem swojego smutnego życia.

Francuski prozaik proponuje nam nie tylko różne sposoby zbliżenia się do tekstu literackiego, ale przede wszystkim różne drogi wiązania się ze słowem pisanym. Tu otwiera się wiele możliwości i autor nie marnuje żadnej. Nie sposób przewidzieć, jak traktować będą książki ekscentryczni znajomi Guylaina, dopóki nie zrozumiemy, czym dla nich z osobna jest literatura, czego w niej poszukują. Yvon Grimbet to dystyngowany miłośnik aleksandrynu i prozy do ostatniej kropki, dającej wytchnienie i wyzwolenie. Okaleczony przez maszynę do niszczenia książek Giuseppe Carminetti swą pasję bukinisty przekształca w determinację do poszukiwań całego nakładu pewnej pozycji po to tylko... by odzyskać utracone w wypadku kończyny. Duma, szczęście, euforia, zachwyt i szacunek - wszystko to ma mniejszy lub większy związek z czytaniem. Każdego miłośnika literatury wiąże jednocześnie miejsce, w którym - jak wspomina jeden z bohaterów - niszcząc książki, dopuszczają się aktu pośredniego ludobójstwa.

Niewątpliwym walorem tej historii jest jej lekkość, bezpośredniość i zaskakujące zwroty akcji. Nie ma się wrażenia, by poszczególne sceny jakoś spójnie się łączyły, ale cała opowieść nabiera wyraźnego kształtu, gdy z rozczarowaniem kończy się lekturę. "Lektor z pociągu 6:27" to dowcipna i mądra rzecz o przywiązaniu do tego, co wydaje się trwałe i wieczne. O ludzkim pragnieniu uciekania od opresyjnego świata przede wszystkim do światów alternatywnych, które gwarantuje słowo pisane. Didierlaurent opowiada o mnogości doznań literackich, jak również o wielu możliwościach czytania, które jest procesem na swój sposób ekscentrycznym. Pojawia się też przejmująca sugestia, że gubimy się w każdym możliwym nadmiarze i swoistego zagubienia nie unikniemy również w mnogości książek wokół. Vignolles na własne życzenie przygląda się destrukcji literatury, a jednocześnie chroni jej resztki. Odbiera okrutnej maszynie pożywkę, by dać jej nowe życie. Tytułowy lektor dokonuje zadośćuczynienia, ale codzienny powrót do pracy wpędza go w kolejne fazy lęku i taki rodzaj smutku, przy którym cały wielki świat to pusta kawalerka i złota rybka słuchająca o zdarzeniach kolejnego przygnębiającego dnia.

Jean-Paul Didierlaurent udowadnia, jak wielkie znaczenie może mieć w ludzkim życiu przypadek, jeśli tylko wyzwoli nowe uczucia, nowe pragnienia. To taka narracja o wielu książkach, ale przede wszystkim bardzo sympatyczna opowieść o ludziach połączonych wspólną pasją czytania. "Lektor z pociągu 6:27" mógłby stać się lekturą szkolną oraz ważną pozycją dla tych, co patrzą na literaturę akademickim okiem. To przede wszystkim książka dla ludzi wrażliwych na te rodzaje niuansów, które budzą do życia tylko czytających - całościowo, fragmentarycznie, zawsze świadomie i z zaangażowaniem. Zaskakujące jest zmienne tempo i ten szyk gładkich, pięknych zdań - opowiadających przecież o świecie cierpiącym na deficyt piękna. Wśród złych i złośliwych ludzi znajdują się jednak tacy, których łączy specyficzna wrażliwość i przede wszystkim wielka miłość do literatury. Didierlaurent kłania się nadwrażliwcom, ekscentrykom, samotnikom i szaleńcom - nic bowiem nie łączy wyżej wymienionych silniej niż miłość do zapisanych słów, które mogą zmienić rzeczywistość.

2015-06-03

"Świadek" Robert Rient

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 13 maja 2015

Liczba stron: 180

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: W swojej sprawie

Tego rodzaju książki czyta się z mnogością emocji. Może dominować współczucie albo złość. Autor z pewnością nie oczekuje tego pierwszego, ale chce wyjść naprzeciw tym wszystkim, którzy w Polsce z braku odwagi albo wewnętrznego przekonania wiodą podwójne życie w opresyjnej rzeczywistości, dla której trzeba się poświęcić, udając. Historia Roberta Rienta to opowieść o determinacji i sile. O walce z ograniczeniami, z samym sobą i o samego siebie. "Świadek" to nowy typ literatury nazywany autoreportażem. W wersji popkulturowej nie jest on chyba niczym nowym, ale bzdurne opowieści o swych żywotach, jakie mnożą celebryci, to historie miałkie w porównaniu z opowieścią Rienta. Odważna proza, która rozlicza hermetyczny świat wyznawców Jehowy z wybiórczego miłosierdzia, braku empatii, zamkniętych struktur i opresyjności absurdu, który nakazuje żyć ze świadomością rychłej eksterminacji. Armagedon wyznawców wciąż nie nadchodzi. Autor przeżył swój własny. Pożegnał Łukasza, by zmartwychwstać jako Robert. Nie ma w tym niczego mistycznego. To jedynie przejaw walki wygranej dzięki wierze w siebie i pewności nowego "ja". "Świadek" to reportaż o przemianie i rozliczenie z przeszłością, która nie oferowała niczego poza lękiem i frustracjami.

Narrator wspomina: "Miałem być dziewczynką, Martą, albo chociaż psem, czego życzył sobie mój starszy brat". Przyszedł na świat w rodzinie, w której wiara determinowała wszystko. Czytelny i symboliczny obraz ucieczki z płonącego domu nakreślony na wstępie to świetna metafora walki o siebie, podczas której w ogniu namiętności zgasić trzeba było fundamenty stworzone przez wspólnotę religijną, budując życie na nowo. Cała młodość naznaczona była stygmatem inności. Już od wczesnych lat szkolnych, kiedy Łukasz nie śpiewał hymnu i nie częstował się urodzinowymi cukierkami od rówieśników. Rient sygnalizuje ważne etapy na drodze poznawania samego siebie - swojej seksualności, sfery pragnień, rozziewu między oczekiwaniami wobec życia a nakazami wspólnoty decydującej za niego już na starcie. Pojawiają się przyjaźnie, wobec których trzeba być czujnym. Masturbacja wywołująca obrzydzenie i nienawiść do ciała. Homoseksualne doświadczenia, które u rodziny wzbudzą większe potępienie niż bycie mordercą. Przede wszystkim witalizm okupiony wstydem i poczuciem bycia kimś gorszym, stygmatyzowanym przez otoczenie, w niezrozumiałej rzeczywistości. Myśli samobójcze, eksperymenty z używkami. Kompulsywna bliskość z kobietami i porzucenia przez nie. Podążanie swoją drogą i spustoszenie, jakie czyni w młodej psychice nakaz w konfrontacji z osobistymi pragnieniami. Łukasz opisywany jest jakby z dystansu, bo Robert nie ma już do niego dostępu. Stara się analizować poczynania Łukasza w sposób metodyczny, ale i niespójny. Nic bowiem w życiu tamtego nie miało nakreślonych konturów i wyrazistości, bo każde działanie było rozpaczliwą próbą uwolnienia się od wpływu Jehowy, którego w końcu trzeba było uśmiercić w sobie.

Rient bardzo dokładnie przedstawia struktury wspólnoty o cechach charakteryzujących zwyczajną sektę, gdzie izolacja w poglądach i myśleniu jest tak okrutnie przerażająca, że doprowadza do sankcjonowania życiowych tragedii i osobistych dramatów niegodzących się z licznymi nakazanymi. Świadkowie Jehowy wciąż muszą zdawać egzaminy z wiary, a ich najważniejszą misją jest głoszenie prawdy, zdobywanie nowych wyznawców i dyskusje, podczas których nie potrafią słuchać, a jedynie oceniają. Łukasz bardzo długo wierzy w słuszność swoich poczynań. Jest pionierem, prężnym działaczem, krzewi prawdziwą wiarę, jest oddany wspólnocie. Ta wspólnota dokonuje samowolnych odczytań Biblii, manipulując świadomością, sterując lękiem i wzmacniając strach przed wykluczeniem. Kiedy widzimy, jak bardzo temu wszystkiemu wierzy młody człowiek z dramatyczną chęcią życia po swojemu, dostrzegamy nie tyle niebezpieczeństwo, ile przede wszystkim zło działalności sankcjonowanej przez międzynarodową siatkę stowarzyszeń i organizacji.

Poczucie winy, wyrzuty sumienia, wieczne zagubienie, niezdolność do odczuwania świata po swojemu. W tej matni Łukasz musi dokonać wyborów ostatecznych. "Świadek" pokazuje wiele mrocznych tajemnic opresyjnej wspólnoty, ale i kilka psychologicznych mechanizmów utrzymujących porządek, karność i dyscyplinę. Wszystko po kolei musi przełamać Łukasz, by stać się Robertem, uwolnionym od ciężarów i zwolnionym z obowiązku tłumaczenia się ze swojego życiorysu.

Mógł zabić siebie lub kogoś, oszaleć albo zachorować. Podjął wyzwanie i postanowił stworzyć sobie nową tożsamość. To książka obrazująca kolejne kroki ku prawdziwej wolności. Ukazująca odwagę samostanowienia. Jednocześnie dramatycznie oddaje wieloaspektową samotność, z którą na różnych etapach życia trzeba sobie było radzić na kilka możliwych sposobów. Czyta się "Świadka" z nieustającym zdumieniem, bo stwierdza się z lękiem, jak wiele odmiennych obrazów rzeczywistości stworzyć mogą manipulacje. Walka nie jest przecież zakończona, a zwycięstwo jeszcze nie cieszy tak bardzo. Dowodem na to, że proces metamorfozy trwa, jest przede wszystkim ta książka. Jej pisanie było z pewnością dodatkową formą terapii, a dla nas to żywe świadectwo możliwości, jakie daje życie, a z których tak często nie mamy odwagi skorzystać.

Łukasz Zamilski decydował się na różne ucieczki od samego siebie. Przed dorosłością krył się w Nibylandii. Sporo pisał, komunikował się z samym sobą z pewnym dystansem. Wciąż naiwnie wierzył, że wewnętrzną wolność można realizować w ramach nakazów wspólnoty. Pożegnał się z domem na kilka możliwych sposobów. Ogień z introdukcji symbolizuje pożegnanie ostateczne. Sam autor tylko wie, czy Robert będzie w stanie wspominać Łukasza jedynie z sentymentem. Droga przemiany okupiona niewyobrażalnym cierpieniem duchowym pozwoliła stworzyć przejmującą narrację o sobie samym, którego od pewnego czasu trzeba uczyć się na nowo, a nie jest to zadanie łatwe. "Świadek" dotyka problemu izolacji wewnątrz pewnej struktury. Tkwi w nim także sugestia, że człowiek walczący o własną tożsamość na każdym etapie życia musi pozostać tylko sam ze sobą. Nie można się odnaleźć wśród gotowych recept na życie. Nie ma możliwości, by żyć świadomie, nie będąc świadkiem własnej samotności i siły, której wielu może tylko zazdrościć.

2015-06-01

"Nasz skrzywiony bohater" Yi Mun-yol

Wydawca: Kwiaty Orientu

Data wydania: 2 kwietnia 2015

Liczba stron: 96

Tłumacz: Katarzyna Różańska

Oprawa: twarda

Cena det.: 25 zł

Tytuł recenzji: Reżim i demokracja

Książki o szkolnych formach przemocy przyciągają uwagę z prostych powodów. Każdy z nas albo doświadczył osobiście młodocianego reżimu na własnej skórze, albo był świadkiem zdarzeń, w których siła i manipulacja szły w parze z zastraszaniem. Od tego nie są wolne szkoły, bo przecież życie nie jest od tego wolne. Na wielu poziomach i w różnym natężeniu. W licznych, czasem bardzo skomplikowanych uwarunkowaniach i w szeregu kontekstów, które tłumaczą takie, a nie inne zachowania przemocowe. Yi Mun-yol wydał w 1987 roku niepozorną książkę o ważnych sprawach. Bardzo cieszy fakt, że polski czytelnik może się z nią dziś zapoznać. Chociaż porównywanie "Naszego skrzywionego bohatera" do "Władcy much" Goldinga uważam za lekkie nadużycie, bo koreański pisarz nie analizuje totalitarnej wersji pajdokracji w jej odizolowaniu, powieść ta z pewnością opowiada i o dziecięcym okrucieństwie, i o ludzkim okrucieństwie tak w ogóle. Yi Mun-yol napisał gorzką opowieść o człowieku, dla którego wolność i demokracja są wartościami w specyficzny sposób trudnymi do przyjęcia. Opowiedział historię samotności pośród zmieniającego się układu sił, zarysował przejmującą wizję buntu i zachowawczości, przeprowadził nas na niespełna stu stronach przez każdą fazę ludzkiej percepcji reżimu. Wskazał, jak szybko można się do niego przystosować i jak łatwo ulec wpływom, by od buntu przejść do rezygnacji i nihilizmu.

Mamy schyłek lat pięćdziesiątych minionego stulecia, a może początek lat sześćdziesiątych. Koreański prymus ze stolicy przenosi się do prowincjonalnej szkoły podstawowej. Jego ojca zdegradowano, a pobyt w nowym miejscu ma być karą dla całej rodziny. Szczególnie dyskomfortowo czuje się młodziutki seulczyk, który sam siebie w nowych warunkach nazywa "zdetronizowanym księciem w ruinach". Nowa szkoła - z sześćdziesięcioosobową klasą! - wywołuje w nim gorzkie rozczarowanie. Wszystko jest inne, gorsze. To nie są warunki, w jakich zdobywał wiedzę i uznanie rówieśników. Tutaj będzie musiał o uznanie walczyć. To kara za sprzeciwienie się klasowemu gospodarzowi. Om Sok-dae odgrywa rolę niekoronowanego władcy. Doskonale manipuluje otoczeniem, by uznawało go za wyjątkowego, silnego i bezwzględnie panującego nad wszystkim. Dzieci z tej powieści tworzą własne struktury i jednoczą się w obozie pod przywództwem tego, który siły nie musi manifestować. Zbudował swą pozycję gospodarza za pomocą szeregu różnych posunięć, podporządkowując sobie zespół klasowy i budując wokół siebie aurę kogoś, komu nie można się przeciwstawić.

Nasz bohater decyduje się na bunt. Środowisko, w jakim się znalazł, sankcjonuje ład ustanowiony przez wspomnianego uzurpatora. Dorośli są wobec przemocy obojętni. Ten, który decyduje się na ujawnianie manipulacji i form zastraszania, od razu zostaje napiętnowany i potem nie ma możliwości, by zdjąć z siebie odium tych, którzy reżim uznają za naturalny rozkład sił, bezwzględnie podporządkowując się swemu klasowemu gospodarzowi. A ten bardzo inteligentnie i w wielu różnych formach umacnia swój autorytet. Yi Mun-yol każe swemu bohaterowi dokonać wyboru - wciąż być samotnym w opozycji albo umiejętnie dostosować się, zaakceptować choćby część reguł bezwzględnego świata oprawcy i jego niemych ofiar. Co wyniknie z konfrontacji dwóch silnych charakterów? Czy i jak zmieni się układ sił? "Nasz skrzywiony bohater" ukazuje anatomię niesprawiedliwości i przemocy. Są one ze strachu przyjmowane jako coś naturalnego. Koreański prozaik zadaje bardzo ważne pytanie o to, czy totalitaryzm ma wystarczająco silne fundamenty, jeśli rządzi nim właśnie strach i zachowawczość. Odpowiedzi szukamy gorączkowo, mierząc się z dwunastoletnim lękiem, wewnętrznymi sprzecznościami, z pragnieniem odczarowania okrutnych konfabulacji na przemian z chęcią wtopienia się w nie...

Opowieść snuje dorosły już mężczyzna. Minęło trzydzieści lat od opisywanych wydarzeń, a w nim nadal kryją się emocje sprzed lat. To wewnętrzne zagubienie, w które wpędziło go dorosłe życie. W nim to bowiem poznawał, czym jest demokracja, i zauważył jej mroczne strony. Wspominając dzieciństwo w prowincjonalnej koreańskiej podstawówce, narrator snuje w gruncie rzeczy rozważania o tym, gdzie kryć się mogą pokusy, by uciekać przed wolnością w bezkompromisowość reżimu. Bo człowiek to jednak istota zachowawcza i nad wyraz niebezpieczna. Może zmienić poglądy, może zdecydować o czyimś szczęściu lub porażce. Najciekawszy jest jednak rys psychologiczny - powieść wskazuje na dualizm ludzkiej natury, która równie często może zachwycić przez swą prawość, jak i wywołać potępienie, nurzając się w otchłani lęków i zachowawczości.

"Nasz skrzywiony bohater" to historia ludzkiego dramatu rozpisanego na etapy. Dramatu człowieka, który doświadczył wielu form zniewolenia, a paradoksalnie najtrudniej było mu się zmierzyć z demokratyczną wolnością. Ta opowieść pełna uporządkowanych myśli, charakteryzująca narratora o rysie pedanta, rozsadza się wewnętrznie, bo nie traktuje jednoznacznie ani o formach zniewolenia człowieka, ani o możliwościach dokonywania wyboru poprzez bunt wobec tego zniewolenia. Nieznośna niejednoznaczność tej książki zmusza do refleksji nad tym, kim jesteśmy w społeczeństwie i jaki ono na nas wywiera wpływ. To nie jest jedynie alegoria tyranicznej władzy, która tylko na chwilę poddaje się i ustępuje, wracając zawsze i bezwzględnie skutecznie. To głównie książka o dorastaniu do postawy obywatelskiej i do odpowiedzialności za własne życie, trafne lub nietrafne wybory, za błędy i wypaczenia oraz za siebie samego gotowego na popełnianie błędów.

Yi Mun-yol fantazjuje o karach za brak dostosowania się do norm i o tych norm rozbijaniu. O walce okupionej wyobcowaniem i o wyobcowaniu w życiu, które nie spełniło oczekiwań. Ta w gruncie rzeczy gorzka narracja jest wyraźna, wskazując szanse i nadzieje. Takie opowieści wykraczają daleko poza czas i miejsce, w jakich powstały. Pokazują także, że bez względu na szerokość i długość geograficzną jednostka ludzka poddawana jest przez całe swoje życie wielu, niekiedy okrutnym i bezwzględnym formom nacisku. Czym jest zasadniczo wolność i czy należy do niej dążyć za wszelką cenę? Yi Mun-yol prowokuje do rozważań, które mogą być tak samo niebezpieczne jak świat prowincjonalnej szkoły, w której zasady ustala silniejszy i charyzmatyczny.