2016-11-03

"Dni króla" Filip Florian

Wydawca: Amaltea

Data wydania: 10 listopada 2016

Liczba stron: 236

Tłumacz: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Rumuńskie przemiany

Filip Florian nie rozprawia się już z mroczną komunistyczną przeszłością ani nie pisze z Mateiem o sile więzi braterskiej. „Dni króla” podejmują zupełnie inny temat i zręcznie łączą przełomowe dla Rumunii wydarzenia XIX wieku z fikcją literacką rysującą nam postać drugiego planu na prawach tej najważniejszej – Karola Hohenzollerna-Sigmaringena. Zachodni książę przybywający do dzikiego i chaotycznego kraju, w którym musi przepędzić świnie spod okien swojego pałacu, podejmuje się nie tylko modernizacji państwa, ustanawiania jego autonomii i walki z wszelkimi przejawami społecznej oraz politycznej patologii. Mierzy się też z bólem zębów i każe za sobą podążyć pewnemu niemieckiemu dentyście, który – tak jak Karol I – ujrzy Rumunię oczyma obcokrajowca, a zakocha się w niej bez pamięci na tyle, by ostatecznie zrozumieć, gdzie jest jego dom i miejsce na świecie. Florian opowiada o niezwykle ważnych dla jego ojczyzny latach 1866-1881, snując jednocześnie opowieść o hedoniście usiłującym pożegnać traumatyczne wspomnienia i człowieku, któremu Rumunia zawdzięcza chyba najwięcej. Książę i jego cień, obaj z zewnątrz, przybysze z adorowanej przez rumuńskich polityków zachodniej cywilizacji. Karol wniesie praworządność, koleje, konstytucję i niepodległość. Co przyniesie ze sobą Józef Strauss – wielbiciel kobiecych wdzięków, gęsiej wątróbki i swojego kota Zygfryda o niezwykłych zdolnościach do tworzenia psalmów?

Ważniejsza jest ta historyczna perspektywa opisu, więc od niej należy zacząć. Filip I Koburg z niesmakiem przyjmuje propozycję zaopiekowania się jakimś egzotycznym księstewkiem na wschodzie Europy i nie decyduje na to, by objąć władzę w chylącym się ku upadkowi Księstwie Mołdawii i Wołoszczyzny. Ludzie stamtąd, niezrażeni odmową, poszukują kogoś nowego. Ktoś z Zachodu musi zająć się ich państwem i przywrócić porządek. Kimś takim będzie Karol Hohenzollern-Sigmaringen. Wyrusza do krainy, którą ma się zaopiekować, z mieszanymi uczuciami, ale także w kiepskim samopoczuciu. Doskwierają mu zęby. Ulgę przynosi niemiecki dentysta, któremu zostaje zlecone, by towarzyszył księciu. Podróżują jednak osobno. W zasadzie przez cały czas będą osobno. Zachodni przybysz w 1866 roku zastaje państwo biedne, przesycone korupcją, państwo absurdów i kraj daleki od jakiejkolwiek znanej mu definicji porządku. Zadaniem Karola Rumuńskiego będzie porządkowanie rzeczywistości. Józef Strauss ma zrobić porządek w jego jamie ustnej. Obaj wejdą w specyficzną zależność na lata i obaj przyjrzą się XIX-wiecznej Rumunii oczyma najpierw zdziwionego przybysza, potem człowieka odnajdującego własną tożsamość na emigracji.

Straussa poznajemy w sytuacji korzystania z wdzięków niemieckich kobiet lekkich obyczajów i zaciemniania rzeczywistości napojami alkoholowymi. Józef żyje z dnia na dzień. Przede wszystkim na przekór mrocznym wspomnieniom i utracie najbliższych osób, z którą nie może się pogodzić. Zaskakuje go propozycja księcia Karola, ale w gruncie rzeczy nie ma niczego do stracenia i podróż na wschód traktuje jako możliwość odmiany losu, ucieczki od dręczącej przeszłości i jałowego życia w Niemczech. To nie jest łatwy czas do wędrówek po Europie. Strauss i jego ważny pacjent muszą dostać się do kraju, do którego nie sposób dojechać koleją. Muszą zmierzyć się z obcymi im absurdami. Z zaskakująco inną mentalnością, trudnym językiem i przede wszystkim z różnego rodzaju nieuporządkowaniem. Podczas gdy Karol będzie się zajmował państwem, Józef – pod innym nazwiskiem – zajmie się wreszcie sobą i uporządkuje własne życie na tyle, by miało sens i przystawało do nowych warunków egzystencji, tak bardzo przecież naznaczonych bezsensem i chaosem. A jednak jest w tym dziwnym kraju coś, co przyciąga uwagę Józefa i pozwala mu odnaleźć własne miejsce na ziemi. Pacjent, który niejako zmusił lekarza do podróży, tkwi w szponach uwarunkowań i konwenansów związanych z pełnioną funkcją, ale pokazuje swój charakter i zdecydowanie przeprowadza trudne reformy kraju. Dentysta tymczasem poznaje kobietę życia i przełamuje kolejne bariery, dla których nie ma już miejsca, bo ta konstytuująca się na nowo Rumunia będzie domem, o jakim w przeszłości można było sobie tylko pomarzyć.

Filip Florian opowiada o swej ojczyźnie z miłością. Jeden z przybyszów zmieni oblicze kraju, drugi wejdzie weń mentalnie na tyle głęboko, by zdecydować się na pozostanie. Portretowany czas historyczny to okres wielu dynamicznych wydarzeń, potem kolejnych wojen europejskich, ale przede wszystkim czas, w którym formuje się niezależna rumuńska państwowość. Tymczasem przyglądamy się topografii Bukaresztu – najpierw obcego, potem oswajanego. Wędrujemy ulicami miasta, smakujemy je, wdychamy jego zapachy… a przede wszystkim śledzimy perypetie niemieckiego katolickiego dentysty, który zapała miłością do serbskiej prawosławnej niani. W konsekwencji nie tylko dojrzeje i zrozumie siebie. Pozwoli nam spojrzeć na odradzającą się z chaosu Rumunię z perspektywy kogoś, kto się jej uczy i kto uważnie się przygląda zmianom. Odważnie też podejmuje decyzje, zakochuje się, uczy przedsiębiorczości i porządnieje w każdym możliwym sensie.

„Dni króla” to barwna oraz przesycona humorem opowieść, w której komizm sytuacyjny i słowny stanowi często ironiczną dysproporcję dla wagi prezentowanych faktów. Król ma bardzo ludzkie oblicze, gdy jesteśmy świadkami oddawania przez niego moczu albo obcinania sobie paznokci. Ale to nie wszystko. Kiedy Hohenzollern-Sigmaringen siada u Floriana na fotelu dentystycznym, jest uległy i podległy komuś odpowiedzialnemu za usunięcie jego bólu. Okaże się, że w kraju, który bierze pod opiekę Karol, wiele będzie go boleć – dosłownie i w przenośni. Ale i tak obserwujemy okres, w którym Rumunia diametralnie zmienia swe oblicze na lepsze. Codzienne troski i historyczne decyzje prezentowane są z dużą dozą humoru, dzięki czemu czyta się tę powieść o trudnych czasach nie tyle lekko, ile przede wszystkim z dużą sympatią dla każdej ułomności bohaterów Floriana. Dni króla” to także książka o przełamywaniu barier i uczeniu się siebie na nowo. Niezwykle ujmująca i doskonale ważąca tragizm i komizm – dzięki temu ta historia nieustannie iskrzy i zadziwia, choć w warstwie historycznej nie informuje przecież o niczym, o czym nie można przeczytać w odpowiednich źródłach. Chce się jednak o dziewiętnastowiecznej Rumunii czytać u Floriana. Bo robi to z pasją, niemałym talentem narracyjnym i umiejętnością ukazywania w krzywym zwierciadle wszystkiego tego, co zazwyczaj nie chce się w nim przeglądać.


PATRONAT MEDIALNY

2016-11-01

"Król" Szczepan Twardoch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Przemoc, testosteron i wtórność

Szczepan Twardoch wydaje nową powieść. Tuż przed ważnymi targami książki. Zupełnie przypadkowo. Nieprzypadkowo jednak ponownie uwaga opinii publicznej zostanie przykuta do jego publikacji, bo tak być po prostu musi, przynajmniej od kilku lat. Giną na rynku wydawniczym dziesiątki dobrych, ba – bardzo dobrych powieści. „Król” będzie królem recenzji i omówień. Już zauważam wzajemne uszczypliwości recenzentów, którzy uznają, kto płytko, a kto głęboko wszedł w strukturę tego tekstu. Tekstu w gruncie rzeczy mało zaskakującego. Bo w pisarzu kreślącym rzeczy świetne, pisarzu rozwijającym się, pisarzu zobligowanym do pokazywania, ile oblicz ma jego talent, widzę tego samego Szczepana Twardocha, który mówił do mnie słowami świetnej „Morfiny” i już mniej świetnego „Dracha”. Problem „Króla” to problem pisarskiej wtórności. Tematycznej, stylistycznej, może nawet trochę ideologicznej. Czyta się tę powieść z dużą trudnością i nie chodzi już nawet o to, że stężenie testosteronu na jej kartach jest wręcz zabójcze i że Twardoch usiłuje nam ukazać strukturę przemocy jako czegoś, co absolutnie dominuje nad światem. Trudność wywołują niewyobrażalne wręcz uproszczenia, które Twardoch stara się tuszować w nieco karkołomnym zakończeniu. „Król” to ponownie będzie rozprawa o kulcie męskości, samczym wyobcowaniu, o sile i upadku oraz o życiu, które wciąż uwiera, wciąż na nowo otwiera przed bohaterami otchłanie piekielne. Musi być też metafizycznie. W poprzedniej książce z ziemi grzmiał do nas drach. Tym razem specyficzna efemeryda o imieniu Litani będzie wznosić się wśród chmur i na szczęście nie będzie komentować.

Najpierw o tym, co przejaskrawione i nieprzyzwoicie męczące, bo popadające w hiperbolizacje prowadzące w stronę groteski. Jakub Szapiro, gangster dżentelmen. Żydowski bokser, pan ulicy. Bohater, którego ta ulica podziwia, choć na zawołanie swego przełożonego może wyciąć jej fragment w pień, dodatkowo oddać w ręce ludzkich rzeźników, którzy drżą przed wolą boga, ale ciało człowieka mogą bez sentymentów pokawałkować i zatopić w różnych miejscach. Szapiro jest obiektem wielkiej adoracji, a jeśli zrozumieć w zakończeniu dość specyficzną konstrukcję narratora – także autoadoracji. Piękno jest silne. Przemoc jest sankcjonowana. Prawo pięści rozwiąże każdy konflikt. Na wulgarne porykiwanie jurnego Jakuba dziewczęta ustawiają się w rzędzie, eksponując gotowe do penetracji wdzięki. Jakub Szapiro musi mieć oczywiście trudne dzieciństwo, jeszcze trudniejszą młodość i zdecydowanie trudny charakter. Jego mięśnie kruszą mury, masakrują twarze, przywabiają gotowe do dzikiego seksu kobiety. Mężczyzn też. Bohater Twardocha jest jakby superbohaterem. Niewiarygodnym. Nieprzekonującym. Marionetkowym. Tak zdecydowany i pewny każdego swego działania – w finale książki zachowuje się na pokładzie samolotu jak rozhisteryzowany dzieciak. Szapirę szanują, bo się go boją. Ot, krótka definicja wątpliwej charyzmy. To, w jaki sposób portretuje go Twardoch, staje się z czasem groteskowe. Niemalże boski, nieprzejednany, konsekwentny, a jednocześnie prosty, swój chłop. Do kogo przynależy? Co wybiera? Nie chce być królem przedwojennej Warszawy, a się nim staje. Nie chce pozostać w Polsce, a jednak będzie rządził jej stolicą. Może mieć w garści każdego – od ulicznego sprzedawcy po polskiego premiera. Nieustraszony i wszechmocny staje się jakimś fantazmatem męskości. Ociekającej potem, napinającej mięśnie, broczącej krwią, żyjącej na wódce, papierosach, seksie i właściwie bez snu. Tak, Jakub Szapiro przyciąga uwagę. Na tyle, by ją skutecznie przekuć w czytelnicze zmęczenie.

Okaże się, że Szapirę są w stanie dyscyplinować kobiety. Po tym, jak najpierw zostanie nam zaprezentowane, że nadają się tylko do tego, by z nimi kopulować i je bić, Twardoch próbuje zatrzeć ów szowinizm, budując trzy sylwetki kobiet z charakterem. One nie boją się Szapiry, ale warszawski król nie byłby królem, gdyby nie ulegały jego urokowi. Tymczasem portretowanie kobiet wychodzi autorowi nadzwyczaj oszczędnie. Chwilami można odnieść wrażenie, że tak prozaiczni są wszyscy inni mężczyźni w otoczeniu Szapiry. Nieraz myśli się o tym, że w zakończeniu powinni się po prostu nawzajem powybijać.

Nie ma co jednak ironizować, bo „Król” to powieść z mrocznym przesłaniem – bynajmniej niezwiązanym z krwawymi jatkami, komiksowymi scenami zabijania, gwałcenia, stosowania przemocy i innymi spektakularnymi czynami idącymi w parze z dzikością prostych mężczyzn. Król” kreśli przygnębiający obraz polskiej sceny politycznej 1937 roku. Manipulacje, spiski, knowania – wszystko przedstawione w bezkompromisowym języku. Elita polityczna jest spolaryzowana. W siłę rośnie ugrupowanie nacjonalistyczne Bolesława Piaseckiego. To ono chce sprzątnąć warszawskiego trybuna robotniczo-chłopskiego poczynającego sobie z równą lekkością co Jakub Szapiro. O ile jednak Kum Kaplica, pulchny wąsacz o skłonnościach pedofilskich, będzie raczej groteskowym prowodyrem ludowym wielbiącym przemoc i bogactwo, o tyle rys sylwetki Bola Twardoch kreśli mistrzowsko. Właściwie nie ma go w tej książce wcale, a jednak wiemy, że jest. Że nacjonalistyczne, antysemickie nastroje rosną w siłę. Że Warszawa kipi, zjadana przez kompleksy i niedostatki. Że z tego wszystkiego mogłaby urodzić się polska krwawa wojna, gdyby nie wyprzedzili nas atakujący III Rzeszy. „Król” kreśli tło polityczne z sensacyjnym drygiem i choć chwilami ponownie mamy do czynienia z jakimiś autorskimi ucieczkami w stronę hiperbolizacji, możemy się przestraszyć tego, czym mogłaby się stać Polska, gdyby nie wojna. Szczepan Twardoch nie tylko sugeruje i fantazjuje. Przede wszystkim stara się zobrazować, co dzieje się z krajem, którego rządzący nie cechują się skutecznością działań, właściwą charyzmą, nie są prawdziwymi mężami stanu. „Król” to ostrzeżenie. A jednocześnie książka, która nie mówi nic nowego.

Taki mam zasadniczy zarzut do tej narracji. Że nie daje mi autora skądinąd dobrego poznać lepiej, przyjrzeć mu się z jakiejś innej strony. To jest wciąż ten sam Szczepan Twardoch, wciąż ta sama narracja. Inna tematyka, położenie środka ciężkości na czymś innym niż dotychczas – nie ma jednak w „Królu” niczego, co pozwalałoby mi uznać, że autor się rozwija. Kogo kręcą opisy przemocy w natężeniu chwilami nie do wytrzymania, ten może uwierzy w wielkość fasadowego Szapiry. Warto zwrócić uwagę na enigmatyczną postać opowiadacza. Nastoletni chłopak, któremu Szapira morduje rodziców, podąża za nim jak cień i musi być absolutnie wszędzie, żeby zrelacjonować wszystkie spotkania i zdarzenia. Mocno niewiarygodne, stąd nie zaskakuje zakończenie. Szkoda, że nowa książka Szczepana Twardocha nie idzie w parze z oczekiwaniem, że z nagłaśnianą tak silnie medialnie powieścią powinien iść element zaskoczenia. Nie ma tego elementu, niestety. Jest dużo, bardzo dużo przemocy i świat, od którego zła nie sposób uciec. To już chyba było, prawda?

2016-10-29

"Grzybnia" Jelena Czyżowa

Wydawca: Czarne

Data wydania: 21 września 2016

Liczba stron: 336

Tłumacz: Agnieszka Sowińska

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zmiany i utraty

Jelena Czyżowa w „Czasie kobiet” stawiała na żywy język rozmów swoich bohaterów. Wielkość „Grzybni” opiera się na opisach. Na specyficznym przenikaniu tego, co było i pozornie odeszło, z emocjonalną gradacją nastrojów bohaterów, na których nic już nie czeka i którym los niczego nie obiecuje. Ta powieść każe konfrontować żywych z umarłymi i pokazuje, czym jest wykorzenienie, wyrwanie z ram dzieciństwa oraz młodości. Niespodziewane śmierci rodziców idą w parze z emocjonalnym osieroceniem dzieci. Tych dzieci, które tkwią w wieku średnim, w jakimś zawieszeniu i stuporze. Nie mogą ruszyć do przodu, bo blokuje je niezamknięta przeszłość. A przecież wyznanie „miałem… rodzinę” brzmi nadzwyczaj konkretnie, boleśnie dotyka tego melancholijnego smutku, z którym trzeba iść przez życie. Tymczasem Czyżowa zatrzymuje bohaterów w czasie i przestrzeni. Domki letniskowe, gorące lato. Mierzenie się z czasem przeszłym i niejasne sytuowanie w przyszłości. Bo przecież Rosjanin nie potrafi osadzić się w teraźniejszości, żyć nią i korzystać z niej. „Grzybnia” opowiada o dramatycznych biografiach, ale także o czasie, w którym radzieckość zamieniła się w rosyjskość. To książka penetrująca oblicza indywidualizmu w kraju, gdzie przecież od dawna wszystko jest wspólne. Narracja określająca naszą ludzką kondycję – z czegoś wyrośliśmy, ale tego w sobie nie żegnamy. Autorka zagęszcza atmosferę. Zaznacza wyraźne napięcie, poczucie wyczekiwania na coś, co nie nadejdzie. Zmierzając ku dramatycznemu zakończeniu, pokazuje, czym jest ludzkie zawieszenie, ludzka niepewność i przede wszystkim samotność będąca klatką, z której nie można się wydostać, bo klucze do niej zabrali ze sobą zmarli rodzice.

Jego i jej tożsamości nie nazywają imiona. Widzimy ich jednocześnie bardzo wyraźnie, jak próbują nakreślić, kim są w określonych kontekstach, niosąc ze sobą traumę po zmarłych. Tych, którzy rzekomo głosu nie mają, a w tej powieści brzmią nadzwyczaj dosadnie. On przyjeżdża na daczę, żeby pracować. Ona chce się wyłączyć z nadmiernie aktywnego życia, schować przed nim, uporządkować ślady po rodzicach i mentalnie rozstać się z miejscem, w którym czuła się stygmatyzowana jako ta, co nie spełniła oczekiwań matki i ojca. Oboje tkwią w czasie przeszłym na nieco innych warunkach. On nie jest w stanie ogarnąć spraw, których porządek zawsze gwarantowała matka. Nie może zabezpieczyć swojej prywatności, bo zepsuł się zamek, a on nie jest w stanie go naprawić. Do jego świata, w którym okopuje się z taką determinacją, może mieć dostęp właściwie każdy. Także ona. Córka inteligentów, która najpierw nie chciała być baletnicą, a potem sama decydowała o sobie i sama wybrała w życiu fach i cel. Jego chłopskie pochodzenie nie gwarantowało mu żadnego istotnego startu. Dacza, w której dziś ogląda pamiątki po rodzicach, była świadectwem ich antysystemowego buntu. Chcieli zamknąć siebie i swój spokój w granicach domku letniskowego, ale przecież tak naprawdę rozpad ZSRR był dla nich kompletną porażką. Nie umieli zbudować życia w nowych warunkach, w nowym ustroju. On czerpie z ich życia to, co zaklęli w tej magicznej przestrzeni daczy. Czuje ich oddechy. Pamięta wypowiadane słowa. Nie odszedł od nich, choć tak naprawdę robił wszystko, by stanowić o sobie. Boryka się także z innymi utratami. Ona również. Ktoś im umarł, ktoś ich opuścił. Kim zostaną sami ze sobą? Kim mogą się stać?

Jelena Czyżowa buduje z jednej strony kameralną opowieść o dwóch obliczach wyobcowania i smutku, ale w dużej mierze opowiada także o Rosji, przemianach w niej. O tym, co tak naprawdę się zmieniło, a czego w świadomości Rosjan nie jest w stanie zmienić żadna, najbardziej nawet wywrotowa rewolucja. Odizolowana od świata przestrzeń letniskowej prowincji ogniskuje w sobie wszystkie deficyty, smutki, rozczarowania i frustracje, z którymi dzisiejsza Rosja nie jest w stanie sobie poradzić. Obok staruszek opuszczonych przez rodziców tkwią dzieci, którym rodziców zabrała śmierć. Ustrój państwa też został nagle uśmiercony. W jego miejsce pojawiły się nowa forma i nowe zasady, ale wielu ludzi nie było w stanie się do nich dostosować. Także oni dwoje w swoich daczach nie będą mogli dopasować światopoglądu i oczekiwań do pustki, z jaką muszą się mierzyć. On ucieka w świat tłumaczonych książek z całą świadomością tego, iż jego zawód nie jest już tak prestiżowy jak kiedyś. Ona chce kompulsywnie porządkować ślady po tych, którzy za życia stygmatyzowali ją jako tę nieposłuszną córkę. Na złość rodzicom, a może na przekór nastrojom społecznym, złapała wiatr w żagle i umiejętnie weszła w nowy system, nowe zasady. Radzieckie ograniczenia porzuciła na tyle konsekwentnie, iż w nowym świecie znalazła się pośród zwycięzców, biorących z życia pełnymi garściami. Tymczasem wróciła na daczę rodziców i utknęła. Tak jak on. Stanęli w miejscu – zdziwieni, zrozpaczeni, boleśnie samotni i porzuceni przez najbliższych. Któreś z nich musi podjąć jakąś inicjatywę. On nie jest w stanie naprawić zamka, ale ona może dużo więcej. Na pewno?

Czytelna symbolika grzybni i samych grzybów nakreśla spojrzenie na kondycję ludzką. Na to, jakie mamy możliwości i co nas ogranicza. A są to przeszłość, powiązania rodzinne, stosunek do państwa i do samego siebie. On i ona zbudowali swoją tożsamość. Określili się, dokonali wyborów. Nieoczekiwana życiowa tragedia zaciemnia im teraz horyzont. Tkwią w stuporze i rozmyślają. On przypomina sobie braterską więź, po której pozostały tylko wspomnienia. Ona wspomina silną relację między rodzicami, analizuje kondycję ojca jako pisarza, przypomina sobie jego pogardliwe sądy o tym, kim tak naprawdę są ludzie. Oboje błądzą po śladach przeszłości, usiłując na nowo odczytać znaczenie przeprowadzonych rozmów. Walczą. Czułość do bibelotów miesza się z niechęcią do nich. Rodzice tkwią w przedmiotach oraz w pamięci. W czasie przeszłym znajdują się wszystkie ważne relacje, w czasie teraźniejszym pustka. To wszystko nie może się dobrze skończyć. To wszystko może obrazować pozycję i kondycję Rosjanina, który nie pożegnał się z bolesną przeszłością, tkwi w niej i nie potrafi zbudować czego trwałego dziś, teraz, w momencie odczuwania wielkiej pustki.

Jelena Czyżowa opowiada o deficytach, z którymi zarówno człowiek, jak i państwo nie są w stanie sobie poradzić. To opis fundamentalnych braków, które czynią wyrwy w duszy. Grzybnia” to obraz tego, czym jesteśmy, gdy wydobędzie się nas z uwarunkowań społecznych, kulturowych i historycznych. To ważna książka nie tyle o kondycji emocjonalnej człowieka, ile przede wszystkim o tym, czym jest w świecie, jak może się w nim osadzić i jak łatwo naruszyć to, co uznaje się za pewne, niepodważalne. To także powieść o bezkompromisowości śmierci i obliczach żałoby. Smutna, melancholijna i udowadniająca, że nigdy nie jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować bez stworzenia ważnych więzi z tym, co nas otacza.

2016-10-27

"Nebraska" Zbigniew Białas

Wydawca: MG

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 260

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dziennik z prowincji

Ten dziennik to pokłosie pierwszego, dziewięciomiesięcznego pobytu Zbigniewa Białasa w Stanach Zjednoczonych i dotyczy roku 2001. Autor opowiada o amerykańskiej prowincji przez pryzmat przybysza z dalekiej Polski, którą mało kto z autochtonów jest w stanie zlokalizować na mapie. Wydawać by się mogło, że zapiski sprzed piętnastu lat nie będą zbyt aktualne. Niekoniecznie. Czyż Nebraska, stan Środkowego Zachodu, aż tak bardzo zmieniła się przez ten czas? Wita Białasa pustką, mrozem i zasypanymi śniegiem preriami. Żegna lękami społecznymi i radykalizacją poglądów po zamachach z 11 września. Wówczas autor opuszcza kraj z pewną melancholią i pośród jesiennych barw, ale to wciąż ta sama pustka, te same prerie, ten sam ogromny obszar, do którego z przyjemnością przyczepiają się jedynie pył i wiatr. Wbrew tytułowi nie jest to opowieść tylko o jednym stanie, ale nebraska Omaha staje się punktem, z którego Białas rusza w liczne wyprawy. Chce nam zatem zaprezentować oblicze tej Ameryki, którą niewielu się interesuje, a także pokazać, jak zmienia się obraz kraju, gdy wyrusza się z jego prowincjonalnego serca, a dociera do pulsujących życiem metropolii na wschodzie i zachodzie kraju.

Dziennik powstawał po godzinach – i to bardzo wyraźnie widać. Dominuje w nim sucha sprawozdawczość, a w niej od czasu do czasu dowcipne bon moty lub humorystyczne historie, które czasami Białasowi wychodzą (gdy opisuje zetknięcie z mormonami czy wizytę w amerykańskiej świątyni Elvisa Presleya), a czasami niekoniecznie – jak opowieść o duchu zmarłej zakonnicy w kaloryferze. Autor udał się do Omahy w celach naukowych. Analizuje między innymi język wyprawy Lewisa i Clarka. Przez pryzmat tej dziewiętnastowiecznej ekspedycji patrzy na Amerykę, która dziś, w XXI wieku, także domaga się odkrywania. Białas dużą wagę przywiązuje do obserwacji i analizy śladów po rdzennej ludności kontynentu, której tak wiele zła wyrządzili ci okrutni, biali ludzie. Teren, na jakim przebywa, obfituje w wiele śladów stygmatyzacji. Pozostało tam sporo pamiątek po tym, że Ameryka zdobywana była przemocą. Rezerwaty z ich odizolowaniem to tylko bardziej czytelny punkt odniesienia do rozważań o tym, jak wiele śladów gwałtu Amerykanie potrafili różnymi sposobami zatuszować. Lewis i Clark byli wnikliwi w swoich obserwacjach, a jednocześnie bardzo surowi, kiedy chodziło o opis niedogodności oraz trudów podróży. Zbigniewowi Białasowi podróżować jest znacznie łatwiej, choć musi zdać egzamin na prawo jazdy, bo USA nie respektuje europejskiego dokumentu. Oświeceniowi badacze towarzyszą mu w podróżach po tej części Ameryki, która wciąż domaga się opisania i różnego rodzaju analiz. Wciąż też przyciąga uwagę także polskich reportażystów, jeśli wziąć pod uwagę choćby „Drogę 66” Doroty Warakomskiej.

Obecny w zapiskach Zbigniewa Białasa jest duch Jeana Baudrillarda, do którego autor kilkakrotnie się odwołuje, gdy amerykańskie podróże przypominają mu tezy francuskiego filozofa kultury, który kiedyś również obserwował prowincjonalną Amerykę, odnosząc się do tych obserwacji w krytycznych tezach o koncepcji współczesnego świata. Białas przede wszystkim obserwuje, ale snuje też coś na kształt filozofii świadomej podróży. Odnosi się do samego przemieszczania i do obserwowanych różnic w tym, jak wygląda amerykański świat, pełen niespójności i zaskoczeń. A przecież mamy do czynienia z krajem starającym się uchodzić za pewien monolit. Stany Zjednoczone – państwo dumy, licznych śmiałych wizji oraz mistrzów w wielu dziedzinach. Kraj, którego prowincjonalne oblicze jest zupełnie inne. Miejsce tak różnorodne i nieustająco wywołujące zdziwienia. Omaha jest początkiem autorskich zdumień. Zaczyna się od tego, że jej mieszkańcy nazbyt często ulegają aurze, zamykając uniwersytet, gdzie pracować ma Białas. Na czym się kończy? Na strachu po 11 września i konkluzjach o tym, czym tak naprawdę może być Nebraska, co stanowi jej kwintesencję.

Ta książka ma być dowodem na to, że każda ludzka podróż wnosi do świadomości dużo więcej niż jakakolwiek rozprawa naukowa o przemierzanym terenie. Zbigniew Białas odbywa wraz z rodziną spektakularną podróż na zachodnie wybrzeże i wówczas udowadnia, z jak ogromną różnorodnością ma do czynienia. Ameryka to niejedno oblicze. Z kilku powodów autor lubi to nebraskie, z dala od zgiełku, pozbawione patosu albo przerostu formy nad treścią. Odwiedzając Nowy Jork, widzi głównie fasadowość. To prerie Nebraski są miejscem, w którym można wziąć głęboki oddech. Przyjrzeć się Amerykanom z wyjątkową uwagą. Dostrzec także to, co charakteryzuje prowincję – przekonanie o własnej wyjątkowości i niepowtarzalności, które często tuszuje różnego rodzaju kompleksy.

„Nebraska” to nie tylko zbiór uważnych obserwacji, ale także autorskie potyczki z własnymi lękami, neurozami, niepokojami i uprzedzeniami. Białas pochłania inność i jest otwarty na nowe doświadczenia. Jednocześnie odnosi się do wielu spraw z perspektywy Polaka – często z pełną świadomością tego, iż takiej perspektywy należy się wstydzić. Depresyjny przewodnik przypominający W. Allena to najbliższa Białasowi osoba. Greg to kwintesencja Nebraski. Jej fascynujących ograniczeń i rojeń o oddalonym świecie, w którym zawsze coś się dzieje gdzieś poza prerią, pustką, poza surowym klimatem zimy i lata, poza powtarzalnością i swoistą prozą życia tego rejonu USA. Autor opowiada także o innych spotkaniach. O znajomych z różnych stron globu, którzy z niewiadomych powodów stają na jego drodze tutaj, w Ameryce. Czasem miłe, czasem frustrujące go konfrontacje także wywołują szereg przemyśleń o kondycji podróżnika, o zmieniającej się przestrzeni i o upływie czasu. Nieprzypadkowo bowiem Białas dzieli swój dziennik na cztery części określane przez pory roku.

To książka o tym, ile miejscowych ekscentryczności może kryć w sobie kraj, którego nie znają sami Amerykanie. Ten dziennik porusza wyobraźnię i choć czasem traktuje o rzeczach nadzwyczaj prozaicznych, jest specyficzną wykładnią świadomego podróżowania. Baczności i uważności. Także sentymentu oraz miłości do miejsca, z którego się raczej ucieka. Białas jest uważnym obserwatorem, a opis jego podróży wzbudza przede wszystkich zazdrość. Chciałoby się tak mknąć po amerykańskich bezdrożach, poczuć siłę amerykańskiego wiatru, ujrzeć tę masę różnorodności i pochylić się z czułością nad śladami tego, co nie istnieje, a co kiedyś świadczyło o tożsamości Stanów Zjednoczonych. Podróżnik humanista zawsze wie, jakie formalne środki wyrazu zastosować, by dziennik z podróży uczynić punktem odniesień do spraw ważnych i wciąż aktualnych. Bo mimo piętnastu lat te zapiski nadal trafnie opisują kilka aspektów życia w kraju, do którego nam, Polakom, wciąż daleko nie tylko z powodu ograniczeń wizowych. Interesująca rzecz, ważna pamiątka dla samego Zbigniewa Białasa. Dla nas świadectwo tego, czym jest świadome przyglądanie się obcości i tej obcości oswajanie.

2016-10-25

"Słowik" Kristin Hannah

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 12 października 2016

Liczba stron: 560

Tłumacz: Barbara Górecka

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Wojenna bajka

O różnego rodzaju wojennym bohaterstwie napisano już setki książek. Im więcej czasu mija, tym temat okrucieństw drugiej wojny światowej staje się coraz bardziej popularny. Na traumie tamtego okresu można zbić duży literacki kapitał – jakkolwiek bezkompromisowo i okrutnie by to brzmiało. Wydaje mi się, że dziś dużo ciekawsze są opowieści o ludzkich słabościach niż o heroizmie – na froncie, w ruchu oporu, w więzieniach, obozach czy na sparaliżowanych strachem ulicach. Dużo więcej zagadek kryje w sobie to, czego człowiek z różnych powodów nie był w stanie zrobić, niż to, czego dokonał. A Kristin Hannah wykorzystuje literacko wojnę przede wszystkim po to, by grać na emocjach, budując postaci wykazujące się nie tylko hartem ducha. Przede wszystkim spektakularną brawurą. A wokół tego miłość, poświęcenie i trudne relacje do naprawienia. Wojna, która odziera z godności, lecz może również paradoksalnie tę godność przywrócić. Słowik” to taka przesłodzona wojenna bajka. Złożona z elementów doskonale już nam znanych. Zdecydowanie przegadana i odbierająca czytelnikowi jakiekolwiek momenty, w których chciałby się czegoś sam domyślić. W szkolny sposób prowadząca przez to, co bohaterowie robią i co myślą. Zabijająca wszelką niezwykłość stworzonej opowieści. Hannah nie pozwala myśleć, ona każe się wzruszać. Buduje misterną konstrukcję ze scen przepełnionych emocjami, a swe bohaterki obrazuje w sytuacjach granicznych, którym stawiają czoła na dwa różne sposoby. Za każdym razem są to sposoby chwytające za serce. Dobra książka dla tych, co lubią sobie popłakać nad lekturą. Literacko rzecz dość rzemieślnicza i mocno przeciętna. Takie to teraz bywają bestsellery.

To, co amerykańska autorka usiłuje wbić nam do głów, to teza podkreślana na kilka niemiłosiernie żenujących sposobów. Chodzi o kondycję i bohaterstwo kobiet w czasie wojny. O to, że odznaczani i nagradzani za heroizm są mężczyźni, a kobiety tworzą drugi front, o którym niewiele się mówi. Siostry w „Słowiku” wybierają dwie różne życiowe drogi, kiedy wojna spada na Francję, a Francja zaskakująco łatwo ulega hitlerowcom. Obie jednak utożsamiać będą tę kobiecą siłę, której nic nie jest w stanie złamać. Hannah ugruntuje nas także w przekonaniu, że to kobieta może być powierniczką wszelkich tajemnic i w rozplotkowanym męskim świecie tylko ona jest w stanie skrywać w sercu najboleśniejsze sekrety. Wszystko to dość grubymi nićmi szyte i bardzo jednowymiarowe. Książka zawierająca kilka rzeczywiście mocnych scen – jak scena pierwszego bombardowania francuskiej ludności cywilnej czy moment, w którym zdesperowany tłum uciekinierów dewastuje ogród jednej z sióstr, sugerując bezkompromisowe wkroczenie wojny w jej życie – jest jednocześnie powieścią pełną niemiłosiernej ckliwości. A lukrować wojenną opowieść w stopniu tak niemożliwie intensywnym to popełniać literackie samobójstwo. „Słowik” bowiem odpycha, zamiast przykuwać uwagę. Wiemy, jakie wartości będą najważniejsze i których strzec będą po swojemu obie bohaterki. Wiemy już od samego początku, że moralnym imperatywem jest wyzbycie się bierności. Że siła to działanie i opór wobec wroga. Nie ma u Hannah drżących serc, nie ma opowieści o ludzkich słabościach, a strach portretowany jest w wyraźnej opozycji do odwagi. I nie ma w tej książce żadnej szarości, żadnej dwuznaczności, żadnego momentu naprawdę przykuwającego uwagę. Może oprócz sugestii, że wojna nie ma ludzkiej twarzy i że okupujący dom Niemiec może być wrażliwym na krzywdę człowiekiem, który gotów jest do poświęceń i ratunku.

Wszystko zaczyna się niezwykle spektakularnie. Staruszka zmagająca się z rakiem i wspomnieniami. Filmowa scena otwierania starego kufra, przeglądania jego zawartości. Czytelnie akcentowane przekonanie, że to teraźniejszość jest rozmyta, a przeszłość wciąż na nowo przypomina mroczne obrazy, o których starsza pani nie jest w stanie opowiedzieć swojemu synowi. Wkraczamy do świata Kristin Hannah, w którym kobiety niosą w sobie dużo większą siłę niż siła najeźdźcy biorącego gwałtem kraj. Ten kraj, w którym tak wielu niezwykle szybko się poddało. Francja portretowana jako kraj słabych ludzi, zachowawczych i przepełnionych lękiem, to ojczyzna dwóch sióstr, z których każda wykaże się wyjątkowo czytelnym heroizmem.

Vianne nigdy nie miała dobrego kontaktu z dużo młodszą od niej Isabelle. Siostry nie potrafiły okazywać sobie uczuć. Ich ojciec po powrocie z pierwszej wojny światowej i po stracie żony nie stanął na wysokości zadania – odtrącił je obie i każda na swój sposób musiała dać sobie radę z tym odrzuceniem. Vianne miała więcej szczęścia, bo szybko znalazła ukochanego mężczyznę i choć przeżywała dramat poronień, udało jej się zbudować stabilne życie u boku kogoś, kto z pełnym przekonaniem pewnego dnia mówi o tym, że musi iść na front, by… chronić rodzinę. Isabelle nie miał kto chronić. Wiecznie krnąbrna, impulsywna, wydalana z kolejnych szkół. Z deficytami miłości, które niesie przez życie i które chce zrekompensować żarliwym uczuciem do przestępcy i komunisty stającego nieoczekiwanie na jej drodze. Isabelle działa pod wpływem emocji. Nie może znieść francuskiej zachowawczości. Gdyby dano jej szabelkę, uderzałaby nią w niemiecki czołg. Tymczasem wykaże się w inny sposób. Zacznie od roznoszenia zakazanych ulotek, skończy… no właśnie, jej los naznaczony jest tak wielką traumą i cierpieniem, że natychmiast przymykamy oko na jej młody wiek i impulsywność, trzymając mocno kciuki za wszystkie działania zmierzające do udowodnienia światu, iż Isabelle potrafi być dzielna. Dlaczego nastolatka chce dobra kraju, w którym nikt tak naprawdę nie był dla niej dobry? Kierowana przez złość i poczucie odrzucenia, chce działać nie tyle impulsywnie, ile przede wszystkim wbrew zdrowemu rozsądkowi, jakim kieruje się Vianne. Obie zmierzą się z wojną na dwóch różnych frontach. Od samego początku wiemy, że będą nadzwyczaj dzielne. Hannah nie pozostawia absolutnie żadnych niedomówień. Miłość i wojnę zestawia w doprawdy tak wtórnym i kiczowatym stylu, że ta opowieść o ludzkich okrucieństwach wywołuje czasami uśmiech politowania.

„Słowik” to książka fatalna nie dlatego, że narzuca tezy i sugeruje oczywiste rozwiązania. Opowiada o wojennym koszmarze w niemal pastelowych kolorach. Stosuje takie środki wyrazu, które każą nam myśleć i czuć dokładnie to samo, co autorka. Kiedy jest zimno, musi być zimno absolutnie i bezwzględnie. Kiedy nie ma co jeść, mamy ten głód poczuć niemal namacalnie. A kiedy Isabelle choruje na zapalenie płuc, musi przez długie tygodnie (sic!) pluć krwią, bo konieczne jest, by dotarła tam, gdzie dotrzeć musi, i nadludzką siłą uścisnęła tego, z którym złączyła ją pierwsza prawdziwa miłość. Tak, bohaterki Hannah są heroinami. Przechodzą same siebie i doświadczając ekstremalnych przeżyć, zawsze mają głowę podniesioną z dumą. Zawsze. A wokół chaos wojenny wyzwalający w ludziach tak różnorodne emocje i postawy, że stworzenie powieści o jednoznacznym wydźwięku i tak nieznośnie sentymentalnej jest zbrodnią na temacie. Zgrabnie obudowaną zdaniami.

2016-10-21

"Wdowa" Fiona Barton

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 14 września 2016

Liczba stron: 456

Tłumacz: Agata Ostrowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Postać drugiego planu

Mam wrażenie, że robi się dużą krzywdę tym debiutantom, których dokonanie wynoszone jest na piedestał, nazywane objawieniem roku, hitem i bestsellerem, książką konieczną do przeczytania i dodatkowo zestawianą z czymś, co przed nią sprzedawało się z dużym powodzeniem. „Wdowę” sprzedano medialnie bardzo dobrze, ale mam wrażenie, że autorce bardzo zaszkodzono. Obawiam się, że Fiona Barton nie napisze już dobrej książki. Napisała coś interesującego, ale tylko w znaczeniu sprytnego labiryntu narracyjnego, który stanowi jedyną zaletę „Wdowy”. Po raz kolejny otrzymujemy rzecz literacko bardzo przeciętną, odnoszącą się do chwytliwej tematyki, starającą się tylko pogłębić psychologicznie postaci i ocierającą się o wtórność, gdy po raz kolejny stygmatyzuje nieudolność policji, cynizm mediów czy płynność sądów opinii publicznej, która nadzwyczaj często i nadmiernie stronniczo feruje wyroki wobec osób z pierwszych stron gazet. Fiona Barton nie zaoferowała nam żadnej unikatowej historii. Skupiła się na szarej postaci drugiego planu, której często przyglądała się reporterskim okiem, śledząc rozmaite procesy potworów w ludzkiej skórze. Zaprezentowała nam żonę oskarżonego – w jej trudnej kondycji kobiety i kogoś, kto być może uczestniczy w konfabulacjach, o jakich możemy nie mieć pojęcia. Postarała się udowodnić, że kobieta u boku męża sądzonego za przestępstwo może być postacią równie dwuznaczną co sam podsądny.

Autorka stara się przyjrzeć nakreślonemu problemowi z kilku różnych punktów widzenia. Będziemy więc poznawać narrację tytułowej wdowy – kobiety, która latami stała u boku męża oskarżonego o pedofilię i uprowadzenie dziewczyny. Tuż obok bliższa chyba samej Barton narracja reporterki – Kate Winters, usiłującej wydobyć z Jean prawdę o jej mężu, tajemnicach ich związku i problemach mnożących się pod ich dachem wraz z biegiem procesu, który naraził na szwank dobre imię Glena. Jest jeszcze jedna perspektywa: wyjątkowo silnie zaangażowanego w swoją pracę detektywa Boba Sparksa. To on zdecydowanie przyciąga uwagę, bo najpierw odnosimy wrażenie, że działa po omacku, potem widzimy jego niezdecydowanie i frustrację i na końcu dostrzegamy w nim najwięcej empatii. To Sparks widzi najwięcej i najwięcej rozumie. Tak opowiadana historia nabiera rumieńców, ale ostatecznie – mimo wszystko – pozostawia nas w sporym niedosycie.

Jean nigdy nie miała żadnych śmiałych planów życiowych. Zadowoliła się posadą fryzjerki. Męża poznała bardzo wcześnie i jeszcze jako nastolatka postanowiła związać się na całe życie z kimś, kogo wówczas – ani nigdy potem – tak naprawdę nie poznała. Glen czarował otoczenie i zaczarował też Jean. Ustalił zakres jej obowiązków i urządził za nią życie. Podległa małżonka przez lata nie wyrażała żadnego sprzeciwu. Poddała się dyktatowi Glena z zaskakującą prostotą i ufnością. Po pewnym czasie uznała nawet, że życiowe priorytety to ładny wygląd i brak zajęć, które miałyby ją przemęczać. Tymczasem między małżonkami pojawiają się pierwsze rysy. Ktoś nie jest zadowolony z tego, jaki kształt przybrało małżeństwo po dramatycznym odkryciu, że jedno z nich nie może mieć dzieci. Jean wrosła w zasady, jakie wyznaczał na co dzień Glen, i równie łatwo dała się umiejscowić w świecie jego konfabulacji, kiedy padły zarzuty o to, że uprowadził i wykorzystał seksualnie dziecko. Jean skrywa jednak pewne tajemnice. Musimy zadać sobie pytanie o to, kto kim manipuluje w związku pod obstrzałem mediów. Kto jest tu prawdziwą ofiarą i co tak naprawdę dzieje się między małżonkami?

Kate Winters uosabia wzór zdeterminowanej i poświęconej swojej pracy dziennikarki. To ona namawia Jean na ekskluzywny wywiad po śmierci Glena. Jest przekonana, iż manipulowanie Jean może być łatwiejsze, kiedy okaże się jej czułość i troskę. Czy nie powiela myślenia życzeniowego jej męża? Winters wydaje się dużo bardziej pewna siebie niż błądzący pośród poszlak i pomówień Sparks. Brytyjska policja latami nie jest w stanie określić, kto stoi za tym, że pewnego dnia z ogródka zabrano dziewczynkę, której matka wykazała się niefrasobliwością i pozostawiła ją bez opieki.

Motyw skrzywdzonego dziecka i niedojrzałej w swym macierzyństwie kobiety przypomina mi inny hit wydawniczy, czyli „Gdzie jest Mia?” Alexandry Burt. Doskonale sprzeda się przecież książka, w której ktoś chce krzywdy słodkiej dziewczynki. Każdy z wypiekami na twarzy będzie czytał o perypetiach matki, która pozwoliła na zaginięcie dziecka. O ile u Burt uwaga koncentrowała się przede wszystkim na postaci zdruzgotanej zaginięciem matki, której ambiwalentny stosunek do macierzyństwa nie ułatwiał współczucia wobec bohaterki, o tyle Barton wykorzystuje ten motyw niejako w drugim planie. Dobrze jest zagrać na emocjach czytelników tak dramatyczną historią, do której już z pełną świadomością wydawniczego sukcesu można dołożyć opowieść o niej, o wdowie. Kobiecie, która z ulgą wita wieść o śmierci męża. Co stoi za tym uczuciem wyzwolenia i co pozwala Jean tak swobodnie chodzić po świecie, który wciąż – za sprawą mediów – ma do niej pretensje o to, że stała wiecznie po stronie oprawcy i porywacza?

„Wdowa” podejmuje się trudnej rekonstrukcji prawdy, która być może wyjaśni zachowawczość Jean. Myślę jednak, że jest to książka pytająca o ludzką tożsamość. O to, jak wiele czasu potrzeba, by ją zbudować, wykształcić poczucie własnej wartości i świadomość samostanowienia. Jean określa siebie w cieniu męża, a potem poprzez rozpaczliwy brak, niemożność zaspokojenia instynktu macierzyńskiego. Skąd bierze się w jej mężu tak wiele fiksacji i co tak naprawdę rozsadza ten związek od środka? To nie jest do końca tak, że mamy tutaj do czynienia z opozycją niezwykle silnego charakteru i pozbawionej charyzmy kobiety, która wciąż szuka akceptacji oraz potwierdzenia swoich życiowych ról. Barton nie ułatwia czytelnikom jednoznacznej oceny, ale ostatecznie buduje powieść mimo wszystko usianą truizmami, dość przewidywalnymi zwrotami akcji i z momentami wywołującymi znużenie. Kilka perspektyw czasowych i pomieszane narracje nie tworzą skutecznego efektu retardacji. Prawda jest taka, że w kilku momentach lektury „Wdowy” po prostu się nudzimy. A Fiona Barton nie opowiada nam o świecie niczego, czego sami byśmy się nie domyślili. Być może sugeruje dyskretnie, by jednak widzieć świat poza ramami, jakie nakreślają mu media. Prawdopodobnie z cichej postaci drugiego planu chce uczynić pełnokrwistą bohaterkę, która każdego zaskoczy. Element zaskoczenia pojawia się jedynie we wstępie, gdy autorka z przekonaniem informuje, jak świetnie się jej tę książkę pisało. Niestety, niekoniecznie świetnie się ją czyta. Literacko rzecz jest po prostu przeciętna.

2016-10-19

"Jarmarczny kuglarz" Jelena Lengold

Wydawca: Toczka

Data wydania: 14 października 2016

Liczba stron: 156

Tłumacz: Miłosz Waligórski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Język naszych potrzeb

Trzynaście miniatur literackich serbskiej pisarki Jeleny Lengold to kolejny piękny i dosyć kameralny ukłon literatury w stronę prozy życia. W zbiorze „Jarmarczny kuglarz” otrzymujemy opowieści bohaterów z krwi i kości, których autorka czyni bardzo atrakcyjnymi literacko. To zaproszenia do utożsamiania się – z różnymi sytuacjami życiowymi, towarzyszącymi im emocjami, z pewnym stabilnym, lecz nieatrakcyjnym statusem istnienia pośród lęków i niezrealizowanych pragnień. W tym wszystkim widać specyficzną wrażliwość, bo Lengold to także poetka. Oddaje niuanse emocjonalne z nadzwyczajną lekkością, stosując nie tylko skróty myślowe, ale i przemyślane symbole. Opowiada o traumach i boleściach, w których musimy się jakoś odnaleźć, ale przygląda się także sferze naszej seksualności, czyli wszystkiemu temu, co wydaje się nieznane, obce, często wywołujące zmieszanie, niegodne prawdziwego przeżywania. Seks i życiowe udręki. Bezradność wobec życia i witalność na przekór jego powtarzalności. Jarmarczny kuglarz” zaprasza do świata, w którym bohaterowie wciąż mają życia za mało, a siebie za dużo. Do przestrzeni przeżywania miłości w kategoriach udręki i tęsknoty oraz do miejsca w naszych duszach, w którym rodzi się poczucie nieprzystawalności do świata. Lengold opowie o tym, co więzi nas samych w sobie i co każe zadawać sobie pytania o to, czy w przeszłości zrobiliśmy wystarczająco wiele, by teraz móc usankcjonować utyskiwanie na los.

Tytułowe opowiadanie to nie tylko literacka wykładnia atawizmów tkwiących w naszych potrzebach seksualnych. To także opowieść o alternatywnym życiu budowanym na zaspokajaniu potrzeb fizycznych. Akt miłosny okazuje się cenną zdobyczą, a jego odbycie – ucieczką od pustki i poczucia straty. Bo w portretowanych związkach cementowanych jakoś przez lata coś nieznośnie uwiera – czasem pchając w ramiona kochanka, czasem powodując blokady emocjonalne i frustracje łóżkowe. „Love me tender” to opowieść o tym, co można sobie powiedzieć i co zrobić, kiedy udaje się bezpiecznie wyjść poza ramy związku, zwerbalizować jego deficyty. „Senka” pokazuje, co dany związek utrwala, i choć w tym opowiadaniu jest to pewna stabilność oraz stałość, inne nie będą potwierdzać takiego fundamentu.

Bohaterki i bohaterowie tekstów są w średnim wieku i dotychczas zrobili niewystarczająco wiele, by wieść teraz spełnione życie. Jelena Lengold zadaje pytanie o to, czy w ogóle jest możliwe spełnienie w każdym możliwym aspekcie życia, skoro ono samo nie dostarcza możliwości, a czasami te możliwości blokuje. W skrajnej rozpaczy można skupić się jedynie na dylemacie: wypić kawę czy wziąć prysznic. Można pisać do partnera listy, których i tak się nie wyśle. Można popaść w szaleństwo i poczucie, że wypadło się z nieba – czymkolwiek by było i jakkolwiek byłoby definiowane. „Jarmarczny kuglarz” to historie ucieczek i powrotów, a także opowieści o ludziach, którzy znaleźli się w takich momentach, gdy ich życie zostało jakby prześwietlone, a na kliszy widnieje pustka. Lengold pokazuje, że nie potrafimy się porozumiewać językiem naszych najskrytszych potrzeb. Tę komunikację zastępuje niekiedy kompulsywna seksualność. Czasami jednak frustracja bierze górę, bo my sami czujemy się jedynie drobinami w pełnym chaosu świecie, któremu najlepiej przyjrzeć się z odpowiedniej perspektywy – jak czyni to bohaterka opowiadania „To mogłam być ja”.

Są w tym zbiorze miniatury literackie szczególnie piękne i sugestywne. Jak „Zugzwang”, w którym siostry doświadczają specyficznej lekcji miłości, a ich gorące podbrzusza wyznaczają kierunek i sposób, w jaki spełnienie stanie się możliwe. Jest „Aurora borealis”, najmniej chyba symboliczny, najmocniej dotykający tekst mówiący o kilku rodzajach utraty. Jest też „Degrengolada” – przejmujące świadectwo tego, w jaki sposób odpuszczamy sobie w życiu pewne sprawy i jak łatwo dajemy się wtłoczyć w bylejakość pełną niespełnienia. Lengold opowiada za każdym razem innym głosem, każdy narrator ma pewną siłę perswazji, każdy również cierpi z powodu emocjonalnych deficytów.

To historie o tym, że upływ czasu obchodzi się z nami wyjątkowo surowo. Także narracje o życiu we dwoje i o tym, w którym momencie wspólna perspektywa gdzieś zanika, każąc nam okopać się i trwać przy partnerze na zasadzie przyczajenia. Są opowieści śmiało przekraczające granice wstydu i konfrontujące nas z seksualnością odartą z tabu. Za każdym razem autorka sygnalizuje, że to, czego tak naprawdę nam brakuje, to miłość – w każdym jej aspekcie, także erotycznego spełnienia. Miłość nie będzie dana każdemu, lecz każdy może o nią powalczyć. Być może dzięki niej żegnamy nasze demony, a może z powodu miłości rozpalamy w sobie mroczne namiętności i te demony się ujawniają, werbalizują. „Jarmarczny kuglarz” opowie o uczuciach w sposób zdystansowany, a jednocześnie wyjątkowo sugestywny. Dlatego ta książka ma swój niepowtarzalny urok i traktuje o sprawach wyjątkowo ważnych. O ludzkich podróżach, które zostały przerwane na pewnym etapie życia. O poszukiwaniach sensu w tych podróżach. O rozpaczliwej potrzebie bycia kochanym i o trudzie dawania miłości. Lengold dołącza do swoich narracji także ludzkie ciało, któremu trudno oddać głos, jednak łatwo ulec. Wszystko w różnorodnej tonacji, ale i napisane z przekonaniem, iż pojedyncze historie ludzkiego życia tworzą pewien porządek, w którym możemy się odnaleźć, jeśli nie zamkniemy się w sobie, przyjrzymy innym. Tak opowiada o życiu osoba pełna empatii. Autorka pewna swoich wizji i odważnie kreśląca sylwetki bohaterów, którym czasami brakuje życiowej odwagi.

Być może bohaterowie tej książki nie dali sobie w życiu tyle wolności, ile zabrane jest kotu w opowiadaniu „Włóczęgi”. Bo przecież Jelena Lengold opowiada nam o przestrzeni, w której uczymy się stanowić o sobie, ale jednocześnie podglądamy, przyglądamy się innym wzorcom. Ważny jest pewien rodzaj ruchu, przemieszczanie się. Ważne także umiejętne uciekanie od rutyny i bezczynności. Podoba mi się to, w jaki sposób serbska pisarka sankcjonuje potrzeby ciała na równi z potrzebami emocjonalnymi. Jak buduje specyficzne historie o tym, że mówią one za nas, spełniając się w miłosnej ekstazie. To także książka o traumach i boleściach, które dotyczą nas wszystkich, ale często rozpatrujemy je tylko ze swojej perspektywy. Lengold zaprasza do lektury, by pokazać, że wszyscy w niej jesteśmy. My, nasze traumy i lęki, nasze frustracje, skryte pragnienia, nasze ciała spragnione rozkoszy i serca oczekujące miłości oraz czułości. Bardzo ciekawe miniatury na wysokim poziomie literackim.


PATRONAT MEDIALNY

2016-10-17

"Proszę mnie nie budzić" Wojciech Kuczok

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 14 września 2016

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Sennie

Nowa książka Wojciecha Kuczoka to taki produkt uboczny zapełniający pustkę po wydaniu poprzedniej narracji, która to pustka nieznośnie się przedłuża i koniecznie trzeba dać znać wszem wobec, że nadal jest się sprawnym pisarzem. Kuczok jest nim w istocie, ale „Proszę mnie nie budzić” sprawia wrażenie publikacji wymuszonej. Właściwie można za nią winić żonę autora, Agatę Passent. To ona namówiła go do tego, żeby spisywał sny, więc robił to sumiennie przez kilkanaście miesięcy, pokazując nam, że jest to sztuka. Surrealizm i groteska nabierają literackich kształtów, śniące się obrazy są bardzo czytelne. Jest w tym wszystkim jako taki sens i ciekawy przebieg akcji. Przy niektórych opisach można się pośmiać, niektóre mogą lekko żenować. Całość przypomina produkt grupy znajomych, albowiem kwieciste rekomendacje napisali na okładce ci, których Kuczok śni – Janusz Rudnicki i Hanna Bakuła. Znanych postaci ze świata literackiego i okołoliterackiego jest w tych narracjach wiele. Kuczok zgrabnie bawi się sennymi konceptami, proponując nam opowieść o swoich lękach, nieprzepracowanych traumach, o radosnych doświadczeniach i o prozie życie zamienionej tutaj na oniryczną rzeczywistość, w której skryte są przemyślenia dotyczące tego, jak wygląda otaczający autora świat oraz jak widzi on w nim swoje miejsce.

„Proszę mnie nie budzić” nie jest książką potrzebną. Nie jest czymś, co można nazwać wydarzeniem literackim, i zdecydowanie odstaje od twórczości Wojciecha Kuczoka pisanej serio oraz z odpowiednim zaangażowaniem. I proszę mnie nie posądzać o brak poczucia humoru, bo lubię książki zabawne, ale celowe. Autor „Gnoju” dzieli swoje opisy na dwie kategorie. Dużo zabawniejsze są narracje z grupy tragedii niż te osadzone w etykiecie komediowej. Czyta się to wszystko bardzo szybko, równie szybko zapomina. Nagromadzenie absurdów czyni z tych zapisów rzeczy wręcz nieznośne, które nie znajdują miejsca w świadomości czytelniczej i mogą być zapominane już w momencie przeczytania ostatniego zdania. To chyba tak jak z rzeczywistymi snami. Przy tej książce można, niestety, usnąć. Można też zastanawiać się nad tym, co jest tak boleśnie polskiego, co uwiera Wojciecha Kuczoka, co stanowi o jego śląskiej tożsamości, oraz rozmyślać nad tym, czy słuchanie się żony zawsze popłaca.

Czytać to można zdecydowanie na leżąco. Mała drzemka podczas lektury także może mieć miejsce. Wędrujemy przez światy, w których ironicznie i w krzywym zwierciadle odbija się rzeczywistość. Między innymi stygmaty katolickiego wychowania w opowieści o psie, który zżera hostię, i pobycie w Watykanie. Wyraźnie opresyjna wydaje się przestrzeń kościoła tak w ogóle. Inne sny koncentrują się na tym, co buduje pasje i zainteresowania pisarza. Będzie trochę o górach, między innymi o targach książki organizowanych w Tatrach. Będzie o jaskiniach. O palącym problemie biegunki, który pojawia się w ciasnej przestrzeni groty skalnej. Będzie o meczach piłkarskich, które zamieniają się w coś zupełnie szalonego. I będzie także o samym Śląsku obecnym w tych snach w kilku możliwych wymiarach. Także lingwistycznym, albowiem opowiadanie o alkoholu można snuć jedynie w gwarze.

Poza wspomnianymi już osobami, które uraczyły autora dobrym słowem na okładce, mamy w sennych opowieściach również Agnieszkę Drotkiewicz w szpitalu psychiatrycznym czy Dariusza Nowackiego krytykującego pisarskie lansiarstwo. Czy „Proszę mnie nie budzić” nie jest przypadkiem świadomym aktem lansu? Podejrzewam, że autor i jego żona dobrze się bawili, gdy powstawały kolejne narracje do niej, ale czy gwarantuje to także dobrą zabawę czytelnika? Możliwe, choć niekonieczne. Poetyka senna ma to do siebie, że zwykle bawi albo przeraża. Nawet to, co Kuczoka przeraziło w jego snach, podane jest nam w dowcipnej, slapstickowej konwencji. To nie tylko dowód poczucia humoru i dystansu do samego siebie. To także, niestety, dowód na to, że sprawny warsztat pisarski pozwala na napisanie jakiekolwiek książki, o czymkolwiek, bez zasadniczego kontekstu i bez większego namysłu nad celowością projektu. Nie wiem dlaczego, ale przypomina mi to dokonanie wspomnieniowe Huberta Klimki-Dobrzanieckiego „Zostawić Islandię”, które – jak nowa rzecz Kuczoka – sprawia wrażenie napisania czegoś na kolanie, na zamówienie.

W sennych paranojach odbiją się echa rzeczywistych relacji z ludźmi. Wojciech Kuczok widzi konteksty, w jakich te relacje się nawiązują, i pokazuje ich trwałość – choć opowieści o znajomych nie są niczym trwałym, oni się pojawiają często w różnych epizodach. Zawsze – tak myślę – w jakiejś funkcji. Będą w tych zapiskach obecni Jacek Dehnel, Marek Bieńczyk czy Astrid Lindgren. Pojawią się też ludzie z wydawniczej konkurencji – Paweł Szwed czy Monika Sznajderman. Wspólnie z Kuczokiem rozsadzają świat norm, linearności, porządku i celowości. Sny obrazują specyficzne zależności od ludzi, z którymi autor z różnych powodów jest blisko albo też w związku jakiejś konkretnej zależności. Sporo w tych rojeniach opowieści o samej żonie Kuczoka. Wydaje się konkretną muzą, czynnikiem sprawczym dynamizmu tej książki. To nic, że w jednym ze snów umiera, a mąż wyrzuca jej pomnik do śmietnika. Można też uśmiercić ojca, pograć z funkcją krytyka filmowego, zarzucić sobie jako pisarzowi dyletanctwo, ale przede wszystkim opisać świat w taki sposób, by każda kolejna opowieść wynikała z życia. Bo sen to tylko ucieczka od całego skomplikowanego mechanizmu rzeczywistości. W nim można rozprawić się z powstaniem warszawskim, z politykami w różnych rolach – od pornograficznej po szefa boiska. Można opowiedzieć o niekompetencji różnych osób i instytucji, rozpędzić się i walcem przejechać przez wszystko to, czego unika się na jawie oraz czemu nie chce się przyglądać, bo straszy.

Mimo specyficznego uroku i pewnej oryginalności nowa książka Wojciecha Kuczoka jest czymś, co naprawdę przypomina sen. Nierówna, chropowata, czasami balansująca na granicy dobrego smaku, osadzona w chaosie, nieprzewidywalna. Można poczytać o tym, jak autor zwiedza Turcję na własnych zasadach, jak walczy z domowym atakiem samurajów, jak startuje do wyborów jako prawicowy kandydat. Można, ale właściwie po co? „Proszę mnie nie budzić” to książka dla zagorzałych zwolenników Kuczoka i pewnie też dla licznej grupy jego krewnych i znajomych. Wydaje mi się, że przede wszystkim dla nich.

2016-10-14

"Ślady" Jakub Małecki

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Bezradni i śmiertelni

Jakub Małecki pozostaje w tematyce swej poprzedniej powieści, dając dokładniejszą, jakby uzupełniającą perspektywę patrzenia na ludzki los zaprezentowaną w „Dygocie”. To, co szczególnie wyróżnia literackie miniatury składające się na „Ślady”, to przede wszystkim skryte gdzieś między tymi mrocznymi powieściami autorskie zapytanie o to, czy literatura jest w stanie unieść ciężar opowieści o ludzkim życiu. Pytanie nienowe, ale wciąż na nowo zaskakujące. U Małeckiego korowód licznych śmierci będzie szedł w parze z pamiętaniem. To chyba pamięć może być jedynym orężem w walce z końcem ostatecznym. Ze śmiercią o wielu możliwych obliczach – często przypadkową, prozaiczną, złośliwą, okrutną, bezkompromisową i czasami po prostu głupią. Bohaterowie „Śladów” znikają wtedy, kiedy zadecyduje o tym los. Mogą stanowić o sobie w różnych okresach i nie zawsze będą mogli być tym, kim chcieli zostać. Prokrastynacja jednych związana jest z lękiem przed przemianą i przed tym, że można wykorzystać możliwości. Obok nich życia przerwane nagle, bez uprzedzenia i bez możliwości przeżycia wszystkiego tego, co można by przeżyć w życiowych rolach, na różnych etapach życia. Jakub Małecki nie będzie opowiadał o strachu przed istnieniem. Tę historię poznaliśmy w „Dygocie”. „Ślady” będą wielowątkową opowieścią o tym, co pozostawiamy po sobie i co możemy ze sobą zabrać w charakterze wspomnienia. Ludzie w tej książce rozpaczliwie mierzą się z pustką, ale także z samotnością. Te historie definiują samotność w mikroświatach przeżyć i wspomnień. Każą przyglądać się ludzkiej osobności. Skazaniu na podążanie w kierunku śmierci własną, tylko swoją drogą.

Opowieści tworzące tę książkę charakteryzuje chaos. Chronologia wciąż jest zaburzana, związki między poszczególnymi postaciami musimy odtwarzać z dużą uwagą. Nie zawsze istotne jest następstwo zdarzeń, niekiedy ważne są one same z siebie i to, czy zostaną właściwie zapamiętane. Czy pojawią się po nich tytułowe ślady. Coś, co będzie nas identyfikować mimo upływu czasu, a nawet wbrew temu upływowi. Życie jest właśnie tak rozpaczliwie fragmentaryczne jak opowiadane historie. A jednak „Ślady” mają wyraźnie nakreślony początek i koniec. Małecki porządkuje ślady po tych, którzy nie pozostawili ich wiele, ale dramatycznie walczyli o to, by osadzić się w swych biografiach, nauczyć się siebie, definiować świat przez pryzmat własnych doświadczeń i porządkować to, co odbierają chaos życia i bezwzględność śmierci.

Tadeusz jest trębaczem z Kwilna. Przyszło mu żyć w czasie wojny i ta wojna zabiera go ze sobą. Ktoś mu się przygląda. Ktoś jest z nim do ostatniej chwili, kiedy Tadeusz spotyka się ze śmiercią, ale nie wiemy, co naprawdę z tej konfrontacji wyniknie. Pozostaje Kwilno. Stamtąd niektórzy wydobyli się samodzielnie, innych porwał los i rzucił w osobne miejsca, jeszcze inni pozostali prowincjonalnymi durniami albo świętymi. Jak Chwaścior i Eugenia. On miłuje wiejską prostotę i niestraszna mu śmierć. Ona konfrontuje się z nią za każdym razem, kiedy chowa kolejne padłe zwierzę. Bo nie chce pamiętać tego, że musiała pochować najbliższych jej mężczyzn. Z Kwilna życie wyrusza w swoją drogę, kwilnianie swoje życiorysy budują w opozycji do miejsca, z którego się wydobyli. A jednak pozostają z nim w związku. Bawią się, cierpią, korzystają z przyjemności. Zdradzają, płaczą, przepraszają się albo oddalają od innych, bo nie mogą znieść samych siebie. A potem umierają albo umierają na tyle niespodziewanie, że prawdopodobieństwo tego, kim mogliby być, jest dużo bardziej frapujące niż to, kim byli.

Ludwik oswaja śmierć na licznych pogrzebach. Jego córka Bożena każdą chwilę swego intensywnego życia poświęca na to, by zapominać śmierć. Jej mąż unosi się w powietrze i ginie w katastrofie lotniczej. Synowie nie mogą uporządkować śladów po rodzicach, kiedy zostaje tylko towarzyszenie im w ostatniej drodze. Jeden z nich chce skryć się w ziemi, bo tam jest naprawdę bezpiecznie, nie atakują zgiełk i chaos życia. To tylko jedna straumatyzowana w kilku pokoleniach rodzina, dla której życie jest nie tyle pasmem zaskoczeń, ile przede wszystkim egzystencjalną udręką. Nie sposób się z niej wydobyć, a kiedy na drodze staje śmierć, nie można już niczego zmienić.

Kalejdoskop umierania – to bardzo rzuca się w oczy w „Śladach” i szczególnie dotyka. Bo to opowieść o tym, że nasza tymczasowość jest wyjątkowo efemeryczna. Nieprzypadkowo sugerowane jest w tej narracji, aby niczego nie odkładać na później, wykorzystać wszystkie możliwości, popełnić wszystkie możliwe błędy. Życie jest piękne, ułomne i chwilowe. Wie o tym Irek, który codziennie wyszarpywał z niego kompulsywnie to, co najcenniejsze, a dziś jest już tylko ciałem, z którym nic nie można zrobić i którym zajmują się dobrzy ludzie w kitlach. Ten stan to pewien półsen. Śniący bohaterowie są w stanie uporządkować sobie dużo więcej niż na jawie. A jednocześnie to przerażające sny, gdy wszystko się zatrzymuje. Życie nie wymusza już śmierci, a śmierć nie implikuje namiętnej miłości do istnienia, którego za chwilę nie będzie. „Ślady” to też nieco oniryczna wykładnia tego, kim jesteśmy, gdy mierzymy się z czymś, co nas przerasta i co powoduje, że musimy bezradnie pochylić głowę, poddać się, zatrzymać. Małecki punktuje nam to, co odbiera śmierć, i jednocześnie pokazuje te momenty, w których być może marnujemy czas. Jego opowieści są także hołdem złożonym ludzkiej tęsknocie za odebranymi bliskimi. Mówią o budowaniu sensu życia w parach i o paraliżującej samotności życia w pojedynkę.

Jakub Małecki opowiada o sprawach niewygodnych i bolesnych. Przyjmuje specyficzną, oryginalną formę. W tych tekstach tkwią niejako zapowiedzi tego, co można byłoby przeczytać, a co trzeba przede wszystkim wydobyć z wyobraźni. „Ślady” są dla nadwrażliwców, dla przekonanych o swej wieczności narcyzów i dla wszystkich tych, którzy wciąż na nowo opłakują stratę najbliższych. Można nie zaznać w życiu strachu jak milczący Bartłomiej. Można się też mentalnie zatrzymać w pewnym miejscu naznaczonym traumą – jak Julka. Odpowiadamy jednak tylko za siebie, tylko ze sobą jesteśmy najbliżej i tylko siebie możemy uratować. Pozostawić ślady, bo czas naszych możliwości jest ograniczony. Ale przecież wszystko ma swój początek i koniec. Małecki nakreśla egzystencjalne fantazje o tym, co może się zdarzyć między jednym a drugim.