2013-01-16

"Bogowie na balkonie" Anja Snellman

Anja Snellman pisze powieści z tezą. Przemyca do nich sporo publicystyki i czyni punktami wyjścia do rozważań o kondycji zachodnioeuropejskiego społeczeństwa XXI wieku. Po lekturze jej drugiej książki nie jestem pewien, czy takie pisanie ma coś wspólnego z prawdziwą literaturą. Snellman potrafi poruszyć do żywego i zobrazować problem z wielu perspektyw. Stawia tezę i pozostawia z pytaniami, na które trudno znaleźć odpowiedź. Tym razem otrzymujemy dość przewrotną opowieść o trudach integrowania się muzułmańskiej emigracji w kapitalistycznym świecie wolności, która jawi się jako zagrożenie, a przecież daje uchodźcom z krajów ogarniętych konfliktami (też na tle religijnym) pewną stabilność i możliwość życia po swojemu. Muzułmanie w powieści Snellman nie chcą jednak żyć po swojemu. Uciekli setki kilometrów od świata, w którym trwa wieczne piekło muzułmańskich sporów. Zamienili ten żar na fiński chłód, ale tak naprawdę nadal pozostali mentalnie tam, skąd przybyli. Czasem tylko niektórzy przekonują się, iż laicka Europa z jej możliwościami, może być tym lepszym światem. Tak uważa Anyżka F. Muumin, somalijska emigrantka w Helsinkach, która chce się odciąć od miejsca, skąd przybyła i wtopić się w pełen uciech świat wolnych fińskich Śniegolek.

Snellman po raz kolejny uczyni bohaterkami młode dziewczyny, które często bezkrytycznie przyjmują wzorce serwowane im przez popkulturę XXI wieku. "Dziewczynki ze Świata Maskotek" rozprawiały o zniewoleniu, dziecięcej pornografii i fakcie stawania się młodych odbiorczyń produktami czasów, do jakich nie dorosły. Anyżka i jej fińska przyjaciółka Wanda to bohaterki, które mają coś wspólnego z Jasmin Martin i Lindą Rossi. Anyżka pragnie być Śniegolką, mieć czerwone bikini, iść na koncert Madonny, odkrywać nowe lądy, poznać intrygującego chłopaka z dredami i wyzwolić się od nakazowego stylu życia, który funduje jej zamknięty na fińskość i europejskość w ogóle ojciec. Wanda żyje zupełnie inaczej; ma ekscentryczną i tolerancyjną matkę – pisarkę, jest małą anarchistką i freeganką, może wszystko i wszystko jej wolno. Korzysta z tego i chce umożliwić to Anyżce. Dziewczynki nie wpadają w szpony przestępczego gangu jak bohaterki „Dziewczynek ze Świata Maskotek”, ale obie w mniejszym lub większym stopniu są zagubione, bo żyją marzeniami i projekcjami wyobraźni stymulowanej przez świat ulotnych wartości, zmienności i kolorowych miraży.

Anyżka mieszka na szóstym piętrze Domu Uchodźców z liczną rodziną, dla której wyjazd do Finlandii jest tylko geograficzną zmianą miejsca zamieszkania. Ojciec Mahmad to człowiek, który trzyma twardą ręką rodzinę w rozsypce, bo kapitalistyczny świat zagraża bardziej niż najzagorzalsi przeciwnicy Mahometa. Mahmad ma dwa zegarki: jeden odmierza czas fiński, drugi zaś wskazuje czas modłów. Głowa rodziny doskonale wie, co jest właściwe (halal), a co godne potępienia (haram). Hermetycznie oddzielony od fińskości, żyje w świecie wartości i zasad, których nie uznaje dorastająca Anyżka. Dziewczynka żyje zaś w opresyjnym domu wiecznej podejrzliwości, kontroli, przesłuchań i przemocy. To, co ją fascynuje, a czego nie jest w stanie zrozumieć jej ojciec, jest zdecydowanie haram. Mentalność Mahmada jest prosta – to, co niezrozumiałe, jest złe, niewłaściwe. Anyżka jest świadkiem współistnienia dwóch światów. Zamkniętego muzułmańskiego, dla którego Śniegole nie znajdują zrozumienia i otwartego, wolnego świata Finlandii może niedoskonałej, ale dążącej do ideału kraju, w którym godnie się żyje.

Wraz ze wzrostem świadomości Anyżki i coraz silniejszym przekonaniem, iż muzułmańskie wartości nie są warte kultu, obserwujemy zupełnie odwrotny proces u Alli – Zahry, starszej siostry Wandy. Dziewczyna ma za sobą traumatyczne przejścia, jej twarz szpecą blizny, na ciele ma liczne przekłucia, tatuaże. Pewnego dnia postanawia odnaleźć system spójnych wartości i spokój w tym, co kształtuje świadomość muzułmanów. Alla – Zahra inicjuje ruch Wiernoty i Tolerakcji, dzięki którym możliwe będzie zbliżenie laickiego świata do tego, co bezpieczne i dające wewnętrzny spokój w religii islamu oraz kulturze sterowanej przez tę religię. Im bardziej Anyżka się wyzwala, tym silniej Alla – Zahra wiąże chustę na głowie i tym mocniej kryje siebie pod hidżabem. Jedna z nich ucieka przed czymś, co dla drugiej stanowi wyzwolenie. Kiedy splotą się losy obu bohaterek, finałowej tragedii nie sposób będzie uniknąć…

Anyżka lubi przebywać na balkonie. Jej ojciec zajmuje się zabudową przestrzeni balkonowej i sam nie znosi tych miejsc. Tymczasem – jak rozprawiają bogowie - „balkon to stan umysłu”. Anyżka chciałaby widzieć tam życie. Chce zasadzić wrzosy, cieszyć się świeżym powietrzem, spoglądać na okolicę z perspektywy szóstego piętra. Ojciec pragnie jedynie umieścić na balkonie antenę satelitarną, by bez większych problemów odbierać programy ze świata, z którego uciekł, a nie te sugerowane przez świat, w jakim żyje, ale który dla niego nie istnieje. Przestrzeń balkonu będzie wiązać się z fabułą coraz silniej, a sam tytuł dość prowokacyjnie wskaże, iż żaden bóg nie wpłynie na ludzkie wybory oraz rozwój (albo cofanie się) świadomości tych, którzy dokonują wyborów nie zawsze świadomie.

Anja Snellman to pisarka wyraźna i taka, dzięki której z opowiadanej historii można wysnuć szereg kolejnych, innych. „Bogowie na balkonie” ukazują dwie nieukształtowane jeszcze osobowości – jedna uznaje tradycję muzułmańską za opresyjną, druga chce się do niej zbliżyć. Książka iskrzy ciekawą metaforyką – np. serce Anyżki robi gwiazdę, gdy dziewczynka dostrzega fascynującego ją chłopca. Dodatkowo ukrytymi sensami i taką konstrukcją fabularną, dzięki której zderzenie dwóch różnych osobowości każe w obu znaleźć mimo wszystko jakieś podobieństwa. Ciekawa rzecz, choć „Dziewczynki ze Świata Maskotek” to była książka bardziej wyrazista, mocniej zapadająca w pamięć. Niemniej jednak lektura nowej powieści Snellman to też jakość i historia, które warto znać.

tłum. Sebastian Musielak
Wydawnictwo Świat Książki, 2013

2013-01-14

"Picie. Opowieść o miłości" Caroline Knapp

Caroline Knapp, nieżyjąca już amerykańska pisarka i dziennikarka, postanowiła opowiedzieć o własnej walce z demonem. O tym, jak rozstała się z alkoholem, który był treścią jej życia, jedynym celem i pragnieniem. Wznowienie „Picia” uważam za istotne nie tylko dlatego, że to książka poruszająca wciąż marginalizowany temat alkoholizmu kobiet. Knapp opowiedziała swoją historię, ale pokusiła się także o kilka uogólnień, wskazała znaczące problemy pijących i zwróciła uwagę na to, że romansu z alkoholem nie da się tak naprawdę nigdy raz na zawsze przerwać. Można się starać. Oswajać i nazywać lęki, które zmuszały do sięgania po butelkę. Alkoholizm – nie tylko kobiet przecież – to problem całego życia. Heroizmu potrzeba, by się z nim mierzyć i wygrywać.

Co zawiera książka napisana przez Caroline Knapp? „Jest w niej mowa o namiętnościach, o zmysłowej rozkoszy, o wielkim pożądaniu, lęku, wzmożonym pragnieniu. O potrzebie tak silnej, że aż obezwładniającej. O pożegnaniu z czymś, bez czego nie wyobrażasz sobie życia”. Myślę, że jeszcze jest w tej opowieści o sile i determinacji jedno ważne przesłanie. Alkoholik to nie tylko chwiejący się na nogach lump, nie tylko bywalec izby wytrzeźwień, nie tylko obdarty i pozbawiony godności na własne życzenie degenerat. Knapp opowiada o zniszczeniach dokonanych przez alkohol, jakich nie widać. Tych, które dotykają wnętrza pijącego, odbierając mu samego siebie.

Źródeł i przyczyn alkoholizmu autorki trudno jest się doszukać; trudno jednoznacznie je określić. Wydaje się, że wiodła życie idealne, ale tak naprawdę daleko było jej stabilizacji życiowej i pozornemu porządkowi do jakiegokolwiek ideału. Rodzina Caroline Knapp zawsze żyła w gorsecie konwencji i porządku ustalanego przez niepisane zasady. Ściśle określona hierarchia wartości, wciąż pielęgnowane rytuały życia wedle wytycznych, wśród których nie było miejsca na wylewność, nazywanie uczuć, okazywanie sobie bliskości. W rodzinie Knapp był spokój i porządek. Tylko pozorne, bo od choroby sierocej do romansu z butelką alkoholu droga była naprawdę krótka. Autorka pisze o skomplikowanych relacjach ze swym ojcem – psychoanalitykiem. Na co dzień obawiała się jego wyniosłości, nie była w stanie do niego dotrzeć, nie chciała tego nawet. Oddaleni od siebie, żyli obok i każde na własny rachunek. Z czasem okazywało się, że to butelka dobrego wina pozwalała zbliżyć się do niego. Oboje zapijali swoje lęki. Ona obawę przed tym, że kostyczny ojciec stale ją ocenia, analizuje i nigdy nie chce się zaakceptować taką, jaka jest. On traumę przeszłości, małżeństwo z kobietą nadużywającą alkoholu, niepełnosprawnego syna – źródło wielu opresji – i wieloletni romans, o którym opowiedział matce Knapp chwilę przed swoją śmiercią.

Zapewne problemy alkoholowe ojca mocno rzutowały na życie jego córki, ale jej ucieczka w procenty była chyba czymś zupełnie innym. Knapp przeżyła podwójne odejście rodziców. Straciła ojca, którego tak naprawdę nigdy nie miała, gdy skończyła 32 lata. Rok później żegnała matkę. W międzyczasie przeżyła dni i miesiące, w których generalnie nie trzeźwiała. Nie było powodu, by przyjmować świat bez znieczulenia. Tylko dzięki alkoholowi można było przetrwać, czyniąc sobie jednocześnie piekło na ziemi. Knapp nie była alkoholiczką, która rujnowała swe otoczenie. Przez lata picia nie wydarzyło się nic spektakularnego, co zwróciłoby uwagę innych na jej problem. O fakcie, że pije, wiedziały latami tylko najbliższe osoby. A przecież piła i piła stale w różnych ilościach. Była czynną alkoholiczką, aktywną zawodowo, stale zasłaniającą swoją wstydliwą tajemnicę przed innymi. Praca dawała jej złudzenie porządku życia; picie stawało się nagrodą za przeżyty stres, niepowodzenie. Picie było także elementem jej seksualnej tożsamości i szło w parze z anoreksją. Knapp na własne życzenie staczała się po równi pochyłej tak niepostrzeżenie, że kiedy sięgała dna, widziała je niezbyt wyraźnie i nie była świadoma tego, że gorzej już być nie może.

„Picie” to książka obrazująca kilka oczywistych mechanizmów kierujących życiem alkoholika. Przede wszystkim wieczne samookłamywanie się, że nie jest jeszcze źle. Przesuwanie granic tego, co dozwolone i dopuszczalne. Życie ze świadomością, iż tylko upojenie daje jakąkolwiek ulgę. Szukanie rozwiązań w świecie zewnętrznym, nie w sobie samym. Wieczna tułaczka i wieczne poszukiwanie czegoś, czego nie można zdobyć. „Czasami mam wrażenie, że alkoholicy z poszukiwań uczynili sztukę lub religię, wypełniając pustkę trunkiem, wychylając szklankę za szklanką, niekiedy płacąc za to życiem”. Knapp udało się zatrzymać proces alkoholowej destrukcji zanim przypłaciła życiem swoją potrzebę tego życia nieprzeżywania. Opowiada o heroizmie życia w trzeźwości i kreśli granicę, poza którą jest już nicość. Otoczenie zwykle stara się widzieć, jak nisko upada alkoholik, który pragnie skończyć z nałogiem. Autorka uświadamia, że w większości przypadków nikt poza samym pijącym momentu upadku ani nie zauważy, ani go nie opisze.

Alkoholizm to ukrywanie siebie przed samym sobą. Kobiety przeprowadzają ten zabieg zwykle w samotności. Być może one bardziej się wstydzą. Jeszcze bardziej, gdy nie są klasycznymi alkoholiczkami; mają pracę, w miarę stabilne życie, nie krzywdzą innych. Caroline Knapp opowiada nie tylko o wstydzie, ale przede wszystkim o ogromnej determinacji, by pomóc samej sobie w sytuacji, kiedy tak naprawdę nie ma na kogo liczyć. Ta książka wyraźnie pokazuje, że odebrać sobie alkohol na własne życzenie, to często dokonać okrutnego aktu sadomasochizmu, bo świata nie ma, gdy nie można się napić i gdy robiło się to latami. Opisane mechanizmy uzależnienia pokazują, iż nie ma jednej, właściwej i sensownej odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego się pije. Knapp stara się pokazać, czy jest świat pytań i odpowiedzi gdzieś z dala od alkoholowej rzeczywistości pozorów, która potrafi stłamsić bardziej niż realny, trzeźwy świat.

tłum. Ewa Horodyska
Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012

2013-01-07

"Wolne" Remigiusz Grzela

Miniony rok przyniósł dwie książki z opowieściami kobiet; dwa zbiory wywiadów z tymi, które zdecydowały się publicznie o sobie opowiedzieć. Jakość wywiadów, jaką prezentuje Remigiusz Grzela w wydanych niedawno „Wolnych”, nie ustępuje przenikliwości pytaniom Aleksandry Boćkowskiej, autorki książki „One za tym stoją”. Tyle tylko, że ta druga, wydana dość tendencyjnie 8 marca i zawierająca osiem rozmów z kobietami sukcesu, jednak nie jest jakością tak dobrą jak „Wolne”, bo to książką z tezą; niekoniecznie słuszną, a wciąż podkreślaną. Grzela wybrał swoje rozmówczynie wedle zupełnie innych kryteriów niż Boćkowska. Zdecydował się – w przeciwieństwie do swojej koleżanki po fachu z „Elle” – na rozmowy z kobietami, których historie zajmują nie dlatego, że coś wywalczyły i za coś tam są odpowiedzialne, a my winniśmy im wdzięczność. Kobiety w książce Grzeli dla niego samego są bohaterkami, bo zdobyły w życiu prawdziwą wolność. Musiały o nią czasem długo zabiegać. To rozmówczynie, które już przeżyły w życiu to, co najważniejsze – jak Julia Hartwig czy Wanda Wiłkomirska – oraz takie, których wybory sprzed lat dopiero owocują. Powodują tym samym, iż ich życie może się zmienić, nie uznając zasady, że metrykalnie dojrzałe przeszły już w życiu wszystko, co najważniejsze.

Ta książka nabiera nowego wymiaru po tym, jak przed kilkoma dniami odeszła Teresa Torańska, jedna z rozmówczyń Remigiusza Grzeli. Widać w ich rozmowie wzajemną bliskość i poczucie, że dyskutują nie tyle o czymś ważnym, co się wydarzyło, ale przede wszystkim o planach na przyszłość, bo żywioł życia między nimi kipi. Sama Torańska – baczna, wnikliwa i uważna dziennikarka z przypadku – chciała w życiu jeszcze wiele osiągnąć, niejednej historii wysłuchać; przedstawić czytelnikom prawdę o tragedii smoleńskiej i zajrzeć głęboko w oczy Donaldowi Tuskowi, który może kiedyś zgodziłby się na długą i szczerą rozmowę. Torańska opowiada o własnym dojrzewaniu do tego, aby być dziennikarką. Zwraca uwagę, że współczesne dziennikarstwo jakby wyzbyło się pamięci, jest bezrefleksyjne, nastawione na wierszówkę i zysk. Ona zawsze pisała po to, by zrozumieć problem, jaki porusza. Uważam, że Remigiusz Grzela ujawnia w „Wolnych” nie tylko fascynację warsztatem Torańskiej i jej bezkompromisowość, co potwierdza, iż dobry dziennikarz powinien umieć słuchać. Zasłyszane przez niego historie walczących o wolność i zdobywających ją w różnych aspektach życia wielogłosową opowieścią o tożsamości i wewnętrznej sile, której przyjrzał się ktoś, dla kogo pytać, to znaczy starać się naprawdę rozumieć.

Można zadać sobie pytanie, czy coś łączy utytułowaną poetkę, kilka aktorek i dziennikarek, prowadzącą w Gdańsku tramwaj, jaki zatrzymała w 1980 roku czy też światowej sławy skrzypaczkę albo siostry reżyserujące filmy, które wraz z matką opowiadają o momentach przejścia do życia, gdy musiały wziąć za siebie pełną odpowiedzialność. Można o to pytać, ale wydaje mi się, iż takie pytanie nie jest tutaj istotne. Grzela nie tyle stara się pokazywać podobieństwa, co przede wszystkim rozmawiać z kobietami, jakim los niekoniecznie dawał drugą szansę; zdobyły ją, wykradły albo przyszła do nich przypadkiem. Niektóre – jak Zofia Posmysz – afirmują po prostu fakt, że żyją. Dla innych bycie tą, którą jest się teraz, to efekt trudu dorastania do własnej tożsamości i spośród tych rozmówczyń najbardziej przejmująca jest opowieść Teresy Nawrot. Ta aktorka – emigrantka ukazuje dwa oblicza teatru Grotowskiego, który wywarł na nią kolosalne wrażenie. Gdzieś między niebem a piekłem Laboratorium, między radością pracy a traumą upokorzeń; między wiarą we własne możliwości a poddaniem się uzależnieniu od leków uspokajających – tam gdzieś wykuta jest prawdziwa twarz Teresy Nawrot, która odnalazła swe szczęście i spełnienie.

Piękne są opowieści tych odrzucanych i niekochanych, które jednak znalazły w życiu to, co ma Teresa Nawrot. Henryka Krzywonos ze swym trudnym żywotem niepokornej politycznie nakreśla jedynie życie w patologicznej rodzinie bez miłości. Mimo braku wzorców udało jej stworzyć inną. Historia jej rodzinnego domu dziecka urzeka w równym stopniu, co opowieść o nieustępliwości, jakiej dał początek dzień, w którym zatrzymała swą „piętnastkę”. Przeszłość Henryki Krzywonos odeszła wraz z ideałami podzielonych dziś członków „Solidarności”. Tymczasem zwracają uwagę historie tych kobiet, które z demonami przeszłości poradzić sobie nie mogą, choć przecież widzimy, iż pozornie radzą sobie nieźle. To wspomniana Zofia Posmysz ze swoją obozową przeszłością. Krystyna Chiger, która czternaście miesięcy spędziła w lwowskich kanałach. Alina Świdowska grająca postać swojej matki, lekarki z getta i współpracownicy Marka Edelmana. Kobiety, która miała czas i zrozumienie dla wszystkich, a nie dla własnej córki.

Są też kobiety, które z różnych przyczyn nie chcą mówić o sobie. To Julia Hartwig czy Hanna Krall. Budują w rozmowach dystans, ale jednocześnie są szczere. Formalizm i dyscyplina pisania Hartwig idzie w parze z jej pragnieniem nieobciążania nikogo własnymi przeżyciami. Krall tymczasem umieszcza samą siebie gdzieś w głębi swoich reportaży, ale nigdy nie wskazuje, gdzie tak naprawdę się ukryła. Wylewność Wandy Wiłkomirskiej, która szczerze przyznaje, że nagrała się już i nażyła kontrastuje z pozornym chłodem wyżej wskazanych rozmówczyń. Tymczasem ich historie, tak jak dziesięć pozostałych, to ujmujące prostotą opowieści o życiu w cieniu przeszłości i przeszłości, dzięki której mogły raźniej patrzeć w przyszłość. „Wolne” to zdecydowanie zbiór pytań, a nie odpowiedzi. Kobieca dojrzałość niejedno ma imię. Remigiusz Grzela potrafi to imię wywołać nawet z największej ciemności wspomnień.

Nic nie szkodzi, że większość z tych rozmów była już publikowana. Do takich wywiadów warto wracać. Takim wywiadom należy się kolejne życie. Bo takie zdobyły od losu niektóre bohaterki tej książki.

Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, 2012

2013-01-05

"Ciemno, prawie noc" Joanna Bator

Właściwie to można by napisać bardzo obszerny esej w oparciu o nową powieść Joanny Bator. Niejeden esej. Pewnie dlatego, że problematyka „Ciemno, prawie noc” jest nie tylko skomplikowana, ale i wielobarwna. Akcja tej książki toczy się głównie w nocy i niejedną noc uczyni nieprzespaną, by rozpoznać w niej to, co za dnia kryje się za fałszywymi konturami. To rzecz nie tylko dla bezsennych czytelników. Pozycja niezwykle ważna dla wszystkich, którzy z zapartym tchem czytali wałbrzyskie opowieści w dwóch częściach, czyli „Piaskową Górę” i „Chmurdalię”. Dla kogoś po raz pierwszy wchodzącego w niezwykły świat narracji Joanny Bator, będzie to książka o roli ślepego losu i świadomego uczestnictwa w swoim życiu; o istocie zła, z którym zawsze trzeba walczyć; o polskości zaszczutej, zwulgaryzowanej, zasłoniętej katolickimi fetyszami i mało katolicką wrogością względem sąsiada. „Ciemno, prawie noc” opowiada się samo. Myślę, że o głównej bohaterce powiedzą wszystko je słowa: „Moja praca polega na zbieraniu opowieści i wypuszczaniu ich między ludzi. Każdą cudzą opowieść wyprawiam w drogę, by sobie radziła sama. Na tym kończy się moja rola”. Tak mogłaby podpisać swoją powieść Joanna Bator i w zdaniach tych jest prawie wszystko, co stanowi o znakomitej jakości tej narracji.

Opowieści jest wiele. Wysłuchuje ich i zbiera Alicja Tabor. Kobieta powraca do rodzinnego lata, poruszając się po śladach sprzed lat, których nie dało się zatrzeć. Wielki poniemiecki dom czeka na nią, bo należy do niej. Czy Alicja nadal jednak należy do miejsca, w którym przeżyła tak wiele dramatycznych chwil? Do przestrzeni, która wciąż oddycha trudną historią? Którą definiują w zasadzie trzy słowa, czyli szpara, grób i brud? Dziennikarski cel Alicji to dotarcie do ludzi, którym porwano dzieci. Dwie niekochane przez rodziców dziewczynki – Andżelika i Kalinka. Obok nich uwielbiany wnuczek Patryk, dla którego babcia uchyliłaby nieba, a który pewnego dnia w tajemniczy sposób gubi się w supermarkecie. Główna bohaterka podchodzi do problemu rzeczowo i w sposób zdystansowany. Ma wyjaśnić tyle, ile może. Chce przyjrzeć się też wałbrzyskiej histerii jakby obok tych zniknięć. Okazuje się, iż w międzyczasie ktoś morduje lokalnego proroka Jana Kołka, który przekonywał przed śmiercią, że to Matka Boska Bolesna zabrała dzieci do siebie i zwróci wtedy, kiedy wałbrzyszanie powrócą na drogę dobra i wiary. Choć wokół Alicji rzeczywistość pełna jest emocji, a jej rozmówcy emocjami mówią, ona sama stara się być względem wszystkiego oddalona. Świadoma jednocześnie, iż słuchając opowieści o porwanych i przyglądając się Wałbrzychowi, który z radością zostawiła za sobą przed laty, musi mierzyć się z inną zagadką. Zagadką tego, kim jest i jak wyglądała jej przeszłość.

Odkąd uciekła i w Warszawie z trudem zbudowała sobie jakieś stabilne życie, zawsze obok niej byli jej najbliżsi zmarli – ojciec i osiem lat starsza siostra Ewa. On za życia karmił się mirażami i marzeniami, żył wśród map i planów, nieustannie poszukując tego, czego nigdy nie mógł znaleźć. Ona zawsze odpowiedzialna za los młodszej siostry, snująca opowieści, konfabulująca w słusznej sprawie, marząca o karierze aktorki i wierząca, iż będzie w życiu w drodze. Tymczasem w wiecznej drodze jest samotna Alicja, dla której nie ma już żadnej stabilizacji i nie warto się zatrzymywać, skoro najbliższa jej osoba, Ewa, jest tylko bolesnym wspomnieniem dobitnie wskazującym, iż nigdy już Alicja – Wielbłądka nie zostanie obdarzona taką miłością, czułością i opiekuńczością. Ewa z Alicją, do czasu samobójczej śmierci tej pierwszej, stworzyły sobie w szarym wałbrzyskim świecie swoją własną Chmurdalię. Nie miał do niej dostępu nikt – ani ojciec, ani też chłopak Ewy, z którym gotowa była dzielić życie. Alicja wierzy, że nawet duch zmarłej siostry jest w stanie ochronić ją przed złem; przed tajemniczymi kotojadami; przed matką w końcu, która życie córek i męża zamieniła w piekło, sama spadając gdzieś w piekielną otchłań egzystencji.

Bohaterka najnowszej książki Joanny Bator rozwiązuje kryminalną intrygę, przede wszystkim skupiając się na opowieściach ludzi, z jakimi się spotyka. Wychodzi z prostego założenia: „Historia jest jak reportaż. Im większej grupie ludzi udzieli się głosu, tym pełniejsza będzie opowieść, a tylko tak można dotrzeć do prawdy o tym, co się stało”. Zabierają więc głos opiekunowie zaginionych dzieci. Także pan Albert, wykorzeniony Cygan wiecznie w drodze, podobny niedobitek jak Alicja. Wieloletni przyjaciel jej ojca oraz opiekun domu uświadomi jej, że przyjechała do Wałbrzycha nie tylko dla tych zaginionych dzieci. Opowieść snuje Dawid, były chłopak Ewy oraz kilka innych osób, które pozornie nie mają związku z mroczną intrygą gatunkowo sytuującą chwilami „Ciemno, prawie noc” między thrillerem a horrorem. Dodatkowym źródłem nieskładnych, ale istotnych opowieści są pełne agresji komentarze internetowe, których autorzy przecież chodzą po ulicach pośród mijanych przez Alicję wałbrzyszan.

Niemym świadkiem zdarzeń jest robiący wrażenie Zamek Książ, w którym kiedyś mieszkała księżna Daisy. Obiecała ona swe perły kobietom, które zdobywając je, będą potrafiły więcej, zdobędą wiedzę i stać je będzie na to, by zmierzyć się z tajemnicami. Zamek Książ to przestrzeń, w którym zdarzenia już się rozegrały. To, co przechodzi Alicja obecnie i o czym opowiada fabuła książki otulone jest jakby cieniem miejsca, w którym doszło do dramatów, jakie rzutować będą na zdarzenia z teraźniejszości.

Istotna jest – nie po raz pierwszy – rola neologizmów w pisarstwie Joanny Bator. Sfera niezwykłych słów wiąże się z grupą kobiet związanych z kotami. Wałbrzyskie kociary także mają swoje historie, ale nie dane jest im ich opowiedzieć, bo pewnie nawet nie chcą tego robić. Alicja doznała dziwnego uczucia spełnienia i zadowolenia, kiedy pomogła pewnej warszawskiej kociarze jako dziennikarka. Tym razem, nieco nawet magicznie, opiekunka kotów wraz ze swoim specyficznym językiem, pomoże Alicji uporać się z demonami; tymi związanymi z historiami porwanych dzieci oraz tymi obecnymi wciąż w obrębie poniemieckiego domu, w którym Alicja poznaje własne życie, od jakiego już nie zdoła uciec…

Okrutna jest ta polifoniczna powieść Bator i piękna zarazem. Zło okazuje się mieć wiele twarzy, a mimo wszystko jest niezrozumiałe. Bohaterka i jej rozmówcy doświadczyli zła tak wiele razy, że obecnie potrafią się przed nim tylko bronić, zamiast walczyć o dobro. Zło jest centralnym punktem w tej narracji, źródłem wszelkich odniesień i inspiracji, dzięki którym ten pokaźny wolumin na każdej niemal stronie błyszczy nowym blaskiem. „Zło nigdy mnie nie zaskakuje, ale zawsze dziwi”. Tak mówi Alicja i pewnie pod tym podpisałaby się sama autorka. To wcale nie jest tak, że w portretowanym już we wcześniejszych książkach Bator Wałbrzychu, gdzie żyje między sobą ludność napływowa w symbiotycznym marazmie i z dala od tego, co polskie, Zło jakoś szczególniej daje o sobie znać. Ono jest wszędzie. Wałbrzych to tylko symbol. Miasto smutku, deszczu i melancholii kryje w sobie jednak niepowtarzalną aurę małej ojczyzny, którą tak pięknie Joanna Bator portretuje od lat w swoich powieściach. „Ciemno, prawie noc” to egzystencjalny traktat o ratowaniu świata przez tych, których kiedyś ratowano przed światem właśnie. Zło jest bowiem wszędzie, ale dajemy mu wolną rękę tylko wówczas, gdy nań obojętniejemy. Ta książka, jej barwne opowieści, splątane wątki i wiele różnorakich przesłań – wszystko pobudzi wyobraźnię, bo mamy tu do czynienia z wielką pisarką i naprawdę wielką literaturą.

Wydawnictwo W.A.B., 2012