2014-06-06

"Pan Mercedes" Stephen King

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 4 czerwca 2014

Liczba stron: 576

Tłumacz: Danuta Górska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Naciąć skórę świata...

Nazywanie Stephena Kinga debiutantem brzmi co najmniej niezwykle, ale tak, "Pan Mercedes" jest gatunkowo debiutem, bo amerykański pisarz postanawia się sprawdzić w roli twórcy opowieści detektywistycznej. Jego rozpoznawalny styl, ironizowanie i wyraźne kreski przy portretach bohaterów - to wszystko jest obecne. Są nawet duchy, ale zracjonalizowane, bo to powieść trzymająca się prozy życia. Mamy także pasjonującą opowieść o walce emerytowanego gliniarza z psychopatą, którego portret psychologiczny wydaje się dość stereotypowy, ale King z każdym stereotypem rozprawia się po swojemu i serwuje nam opowieść, w którą wchodzimy całkowicie i z pełnym oddaniem.

"Pan Mercedes" to brawurowa historia oparta na założeniu, że każdy z nas, kto pożegnałby tak zwane Ołowiane Buty sumienia, znajdzie możliwości, by dokonać okrutnych czynów, swoje okrucieństwo czyniąc filozofią, a brak empatii jedyną słuszną racją sankcjonującą złe uczynki. King ze swoim zabójcą szuka luki, która w życiu społecznym pozwala na aktywność wszelkiej maści szaleńców. Znany nam od razu z imienia i nazwiska psychopata jest wcieleniem zła, jakie drzemie w każdym sfrustrowanym i doświadczonym ciężko przez życie człowieku. Stephen King próbuje zlokalizować ten moment oraz te okoliczności, w których szaleństwo przejmie władzę, a ze świadomości społecznej szkodliwości swoich czynów stworzy się coś na kształt misji. "Pan Mercedes" bada również granice między ludzką inteligencją a wspomnianym szaleństwem. Czy idą w parze? Co je ze sobą zbliża? W jaki sposób można nadać szaleństwu wiarygodności i czy to w ogóle możliwe? Moralność psychopaty Kinga zarysowana jest w taki sposób, że otrzymujemy klasyczny zaburzony przypadek z historią rodzinnej traumy oraz nienawiści do świata opartej na przeświadczeniu, iż świat jest zły i niesprawiedliwy. Zemsta na ludziach i na świecie jest w jego mniemaniu czymś oczywistym. Tak nakreślonego bohatera trudno jest dodatkowo ubarwić. A przecież Brady Hartsfield to genialny spiritus movens tej dynamicznej powieści i chociaż część jego zagrań można przewidzieć, niebywałą frajdę sprawia nam śledzenie, jak i w co pogrywa z nim Bill Hodges, który przed przejściem na emeryturę był bezradny wobec sprawy Pana Mercedesa, a teraz nadarza się okazja, by ją wyjaśnić i przede wszystkim skonfrontować się z mordercą.

Brady w kwietniu 2009 rozjeżdża skradzionym mercedesem ludzi czekających we mgle na otwarcie targów pracy. Wśród nich jest zdesperowana matka z małym dzieckiem. Brady w dzikim szale atakuje ten tłum jednostek zredukowanych zawodowo i tkwiących we mgle, by po krwawej jatce odstawić samochód i ujść policji. Ślady prowadzą donikąd. Niewiele można zrobić. Tymczasem pewnego dnia, gdy Bill Hodges śledzi w telewizji idiotyczny program jako żywo przypominający talk show Jerrego Springera, przychodzi do niego tajemniczy list. Nadawca wskazuje szczegóły makabrycznej zbrodni, pisze o podnieceniu seksualnym podczas jej popełniania, drwi z detektywa i uświadamia mu, że od dłuższego czasu jest obserwowany. Hodges podejmuje wyzwanie rzucone przez psychopatę. Ten kieruje go na pewien portal społecznościowy. Wcześniej Hodges usiłuje zrozumieć, co działo się z właścicielką skradzionego mercedesa, której zarzucano, iż pozostawiła kluczyk w stacyjce i w związku z tym jest współodpowiedzialna śmierci pod City Center. Olivia Trelawney popełniła ostatecznie samobójstwo. Jaki związek ma z tym morderca i dlaczego oczekuje, że Hodges ruszy drogą pani Trelawney?

Bardzo trudno jest utrzymać napięcie, kiedy wprowadza się postać zabójcy w tym samym miejscu fabuły co człowieka, który będzie z nim walczył. Jesteśmy obok Hodgesa i tuż obok Hartsfielda. Widzimy niebezpieczną bliskość ich obu. Jesteśmy świadkami tego, w jaki sposób ekspresyjny egocentryzm Bradego zaślepia go na tyle, by popełniać kolejne błędy. Śledzimy dokonania detektywa, który będzie musiał przyjrzeć się bliżej rodzinie Olivii Trelawney, wtajemniczyć w swe poczynania młodego czarnoskórego przyjaciela Jerome'a i zmierzyć się w grze o kolejne ludzkie istnienia, albowiem Brady - wbrew zapewnieniom z pierwszego listu - nie zamierza poprzestać na samochodowej masakrze spod City Center i tym razem chce pozbawić życia dużo więcej osób...

Logika psychopaty jest prosta. Co chce zrobić? "Naciąć skórę świata, żeby została blizna". Naruszenie ładu społecznego, w którym Brady może być niewidzialny przez swą pospolitość, jest celem nadrzędnym, bo tylko pokazanie słabości tej tkanki zmusi ludzi do zastanowienia się nad cienką granicą między stabilnością a piekłem, które człowiek może w każdej chwili zgotować drugiemu człowiekowi. Brady wchodzi do gry z Hodgesem nieświadomy tego, że mierzy się z przeciwnikiem równie inteligentnym co on. Choć prywatne śledztwo wciąż balansuje na granicy prawa, Hodges podejmuje się działań, które są ryzykowne dla niego, ale przede wszystkim dla sprzymierzeńców, jakimi okażą się osoby dużo lepiej rozumiejące szaleństwo i odmienność stanu świadomości niż Bill Hodges, dla którego szczytem marzeń jest stabilna wegetacja na emeryturze.

King opowiada także o tym, jak bardzo szkodzą nam na co dzień wszelkiego rodzaju uprzedzenia wobec innych ludzi. Ocenianie na podstawie pierwszego wrażenia, analizowanie dokonań danej osoby przez pryzmat braku sympatii do niej - uprzedzenia na pewnym etapie skierowały śledztwo w sprawie Pana Mercedesa do ślepego zaułka. Sprzymierzeńcy Hodgesa pokażą mu, jakim błędem jest wydawanie opinii o innych na postawie ogólnego wrażenia. Brady uważany jest za człowieka z tła, a w tle buzuje jego nienawiść i szaleńcze plany. Ci z życiowego marginesu, pozornie słabi i niezdolni do życia w społeczeństwie - właśnie dla tego społeczeństwa przysłużą się najbardziej. "Pan Mercedes" to też opowieść o przemianach, jakie zachodzą w ludziach, którzy w obliczu zagrożenia są w stanie wznieść się ponad słabości. Dodatkowo to piękna historia o przyjaźni międzypokoleniowej i o trudach życia w ciągłym lęku, o ludziach nadwrażliwych i przez to stygmatyzowanych.

Stephen King wykorzystał kilka prostych chwytów z powieści detektywistycznych i za ich pomocą stworzył niezwykłą narrację między innymi o przebaczeniu, spóźnionej miłości i o tym, że ważna jest przyjaźń oraz bliskość, jakiej unikamy na co dzień. Truizmy? Może, ale nie w wykonaniu Kinga. "Pan Mercedes" ma dostarczyć przede wszystkim rozrywki, ale i odpowiedzi na pytania, na które literatura popularna do tej pory nie odpowiedziała w stopniu wystarczającym.

2014-06-03

"Białoruś dla początkujących" Igor Sokołowski

Wydawca: MG

Data wydania: 21 maja 2014

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Po sąsiedzku

Igor Sokołowski założył sobie, że napisze i wyda książkę o Białorusi. Cel osiągnął i chciałoby się, by takie cele stawiali sobie teraz młodzi ludzie. Pewnie brzmieć będę jak archaiczny odbiorca wspominający, czego to nie było "za moich czasów", ale w zbiorze reportaży Sokołowskiego widać ślady jego młodego wieku, co wskażę nieco później i co absolutnie nie jest zarzutem. Teraz zaznaczę jedynie, iż autorski cel był wyzwaniem, bo książek o Białorusi wydano już kilka. Myślę, że to pozycja, w której Sokołowski głównie się przygląda, nie analizuje. I dobrze, bo skoro w tytule zaznaczone jest, iż ma to być garść obrazków dla początkujących, książka doskonale spełnia swoją rolę. Te reportaże przepełnione są wrażliwością, ciekawością i taką formą zaangażowania w to, co się widzi, że można je uznać za udane, a dodatkowo wskazać, co czyni z "Białorusi dla początkujących" naprawdę niezłą książkę. W czasie, gdy z niepokojem spoglądamy za południowo-wschodnią granicę, Sokołowski proponuje wędrówkę do sąsiada, który nie chce wojen, żyje statycznie, odcina się od świata i coraz dalej oddala od naszego kraju - nie tylko z powodu wprowadzenia wiz i ogólnych utrudnień dla obcokrajowców podróżujących po Białorusi.

Autor rozpoczyna swe spotkania z Białorusią od przekraczania granicy, co samo w sobie jest dzisiaj wyzwaniem. Potem krok po kroku, kilometr po kilometrze, miasto po mieście - wkraczamy do państwa, które staje się zagadką. Sokołowski wybiera specyficzną podróż. Nie interesują go zabytki i trasy turystyczne, choć oczywiście wspomina o tych miejscach, które należy zobaczyć. Zmierza ku peryferiom, ku ruinom w swym pięknie, ku opowieściom ludzi z prowincji i ku dzikiemu poleskiemu życiu, którego przyrodą zachwyca się podczas ekstremalnej podróży na motocyklu. "Białoruś dla początkujących" to zatem subiektywny przewodnik po tych rejonach kraju, do których dociera się z pewnym wysiłkiem. Sokołowski podejmuje też ryzyko. Dodatkowo barwnie opowiada o wielu absurdach i kontrastach, jakie naznaczyły Białoruś już przed laty i które czynią z krainy między Bugiem a Dnieprem państwo niezgłębione i nieprzeniknione. Takie jak jego prezydent, któremu także poświęconych będzie wiele spostrzeżeń i uwag.

We wstępie Sokołowski wygłasza dość odważną tezę, z której potem musi się wytłumaczyć i chyba robi to przekonująco. Pisze o Białorusinach następująco: "Społeczeństwo, które postrzegałem jako biedne i uciskane, pragnące lepszej przyszłości, okazało się w większości encyklopedycznym przykładem bierności, marazmu, ignorancji oraz braku ambicji". Czy taka jest większość? Dlaczego wybierają spokojne życie w bierności zamiast zmian? Dlaczego boją się wszelkiej maści rewolucji? Autor uczestniczy w demonstracji opozycjonistów. Jest grudzień 2010 roku. Łukaszenka ponownie wybrany wolą narodu na jego przewodnika. Gorzka jest analiza tego, czego doświadcza młody polski student wychowany w kraju, który walkę o wolność, pluralizm i możliwość decydowania o samym sobie ma już za sobą. Na ulicach Mińska kryje się tylko część odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego Białoruś tkwi w stagnacji i nic z nią nie robi. Więcej odsłonią spotkania w mniejszych miastach, w kameralnym gronie, gdzieś na prowincji, na granicy wszystkiego. Tam, gdzie życie toczy się z dala od mińskiego gwaru i gdzie rozmówcy Sokołowskiego opowiedzą o Białorusi, którą kochają, chociaż ich uciska. Państwo Łukaszenki jest swoistym skansenem, w którym codzienność wygląda inaczej niż u nas tylko dlatego, że inaczej się ją definiuje. To kraj, gdzie wielką siłę ma medialna propaganda. Kraj, w którym wiedzie się jeszcze kołchozowe życie i gdzie KGB nadal coś znaczy, będąc jednocześnie tylko czubkiem inwigilacyjnej góry lodowej. Reportaże Sokołowskiego zadają wciąż pytania o to, skąd się to wszystko wzięło, ale nie do końca analizują, dlaczego jest tak silnie osadzone i co z tego wynika dla ludzi żyjących biednie, lecz stabilnie. Stwierdzenie, iż straszone od dziesiątek lat widmem faszyzmu społeczeństwo woli ubogi spokój niż jakiekolwiek formy konfliktu - to zdecydowanie za mało...

Białoruś wcale nie jest szara i ponura. Tam nagrobki bywają kolorowe, choć ze wszech stron straszą bure betonowe blokowiska i tonące w błocie drogi szumnie nazwane tak przez białoruskie mapy. Sokołowski zabiera nas w egzotyczną podróż do miejsca, do którego mamy naprawdę blisko. Turyści nie są tam mile widziani, bo i prawdziwa podróż odbywa się gdzieś poza tym, co zachwyciłoby np. japońskich podróżników ironicznie wspominanych przez autora. Białoruś to kraj, gdzie poza Leninem pomniki stawia się ogórkom i bobrom. Kraj zgrzytających wesołych miasteczek, gigantycznych muchomorów przy drogach. Tam spotkacie Dziadka Mroza wśród żubrów, skanseny nowoczesności i ruiny, za które nikt nie opowie historii. Poznacie ludzi, którzy odnajdują się w archaicznych i biurokratycznych normach. Dowiecie się, jak motywować pracowników, nie przydzielając im podwyżek. Odwiedzicie miejsca, gdzie dotarło promieniowanie po katastrofie czarnobylskiej.

Będziemy wszędzie, ale tylko na chwilę. Kalejdoskop opisanych zdarzeń, miejsc i ludzi zdaje się nie pozostawiać miejsca na głębsze refleksje. Między innymi o tym, dlaczego język białoruski uznawany jest za relikt przeszłości i coś wstydliwego oraz czym jest białoruska świadomość narodowa ocierająca się w tym kraju o lekką schizofrenię. Widać młodzieńczość autora w szeregu dość ciekawych wynurzeń. Ot, obrażanie się na Mińsk za to, że nie prowadzi nocnego życia czy ocenianie wdzięków ponętnych Białorusinek. Tudzież wykład o białoruskiej modzie ze wskazaniem na to, co w niej obciachowego. Myślę, że żaden ze znanych reportażystów nie pokusiłby się o takie spostrzeżenia o odwiedzanym kraju, ale to chyba także dodatkowy urok "Białorusi dla początkujących". Bo ta książka powstała z wielkiej fascynacji, którą Igor Sokołowski próbuje nas zarazić.


PATRONAT MEDIALNY

2014-06-01

"Kontener" Katarzyna Boni, Wojciech Tochman

Wydawca: Agora

Data wydania: 15 maja 2014

Liczba stron: 159

Oprawa: twarda

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Życie tymczasowe...

Katarzyna Boni i Wojciech Tochman przybywają do Jordanii. Nie udają się jednak w kierunku Akaby czy Petry, nie interesują ich malownicze miejsca w tym kraju. Dla nich Jordania jest bura. A w niej Zaatari - czwarte miasto tego państwa, o którym milczy polska Wikipedia. Rozpaczliwe siedlisko pokaleczonych biografii, pustynne miasto bez tożsamości, miejsce zrodzone ze szmat i blachy. To obóz dla uchodźców, gdzie znajdują pozorny spokój syryjscy uciekinierzy. Boni i Tochman nie ograniczają się do suchych relacji o tym miejscu, nie robią standardowych fotografii i nie kreślą kilku zdań agencyjnego raportu. Wchodzą głębiej. Tam, gdzie życie toczy się w namiotach i kontenerach. Gdzie relacje międzyludzkie naznaczone są traumą ucieczki. I chęcią powrotu, bo - jak piszą autorzy - kiedy Arab opuszcza ukochaną kobietę lub ojczyznę, czuje gurbę, dramatyczne poczucie wyobcowania. Zaradzić mu może tylko powrót. Nawet wtedy, kiedy nie ma do czego wracać...

Z ogarniętej wojną Syrii przez lata uciekły miliony obywateli. W Jordanii obozy syryjskich uchodźców są stałym elementem pejzażu. Akurat takim, na który turyści nie chcą zwracać uwagi, a świat swe wyrzuty sumienia rekompensuje nadsyłaniem kolejnych kontenerów, gdzie zamieszkać mogą w Zaatari ci, co w rozpaczy muszą odnaleźć coś, co już dawno gdzieś zagubili. Nieprzypadkowo jeden z rozmówców wypowiada proste i dramatyczne pytanie, które brzmi jak tragiczne motto "Kontenera": "Co robić z życiem, które nie ma sensu?". Co zrobić z Zaatari? Z życiorysami wygnańców, którzy wielokrotnie chcą wracać, choć wiedzą, że ich ziemia zbrukana jest krwią, a ich domów prawdopodobnie już nie ma? Tysiące koczujących stworzyło sobie smutną infrastrukturę bezdomnych. Okładka książki ukazuje zdjęcie z lotu ptaka, na którymi widzimy, że prowizoryczne domostwa ustawione niczym baraki w hitlerowskich obozach zagłady, wtapiają się w spalony słońcem piach. Powstało miasto rozpaczy, które domaga się tego, by je zobaczyć i by o nim napisać. Boni i Tochman zrobili to. Tak rzetelnie jak tylko rzetelnie można oddać rozpacz, frustrację, lęk i fakt, że śmierć nie jest niczym nadzwyczajnym dla ludzi, którzy się o nią otarli i wiedzą, że kontener nie jest żadną namiastką spokoju i stabilizacji.

Obok rozrastającego się wciąż Zaatari - więzienna enklawa o chwytliwej nazwie Cyber City. To tam najpierw zabierają nas autorzy reportażu. Tam widzimy ludzkie nieszczęście spotęgowane faktem, iż trwa nadal, choć przecież nieszczęśnikom nie latają nad głowami samoloty i bomby. "Kontener" traktuje o uchodźcach, którzy mają mimo wszystko marzenia. Chcą wrócić tam, skąd wygnał ich okrutny los. Nie wierzą w to, iż ich obecne życie ma być życiem zamiennym, a w nim istnieje cokolwiek stałego. Syryjscy uchodźcy są zdeterminowani siłą miłości ojczyzny, z której ich wygnano. Próbują się organizować, wieść jakkolwiek ustrukturalizowane życie przypominające czas sprzed piekła wygnania. Katarzyna Boni i Wojciech Tochman nie tylko przyglądają się ich obecnej nędzy, ale także uważnie słuchają. Otrzymujemy opowieści tych, którzy chcą nadal walczyć o godne życie. Chcą porzucić kontener, choć wiedzą, że to namiastka miejscówki od wszystkich sytych, dla których ich problemy nie istnieją...

Zahid czy Fadi to Palestyńczycy z Syrii, więc skazani na wieczną tułaczkę właściwie od urodzenia. Oni nie za bardzo mają dokąd wrócić. Takich jak oni Jordania nie ratuje, bo ma ich w nadmiarze i nie chce więcej. Zahid opowiada o miłości do Aidy - bohaterki z kulą w głowie, która nie dała się śmierci mimo tak okrutnej jej bliskości. Fadi mówi o rezygnacji, bo dopada go coraz częściej. Szuka sensu tak jak Ahmed, którego domem jest jutowy namiot i który obozu nie chce, a mieszkania w Jordanii mieć nie może. Dramat rozmówców to także męska bezsilność w zderzeniu z faktami, które odbierają im po kolei życiowe role. Nie są już mężami opiekującymi się rodziną. Nie są mężczyznami, na których można polegać. Uchodźcą jest ten, który musi zrzec się godności. Nie musi jednocześnie pozbawiać się marzeń i nadziei, choć o nie jest niezwykle trudno.

Zaatari to zurbanizowana bieda, bezradność i bezsilność. Także tłumiona agresja, bo tej prawdziwej okazywać nie sposób bez ryzyka wysiedlenia. Życie tymczasowe, któremu nadaje się jakieś ramy, próbuje się uczynić sensownym. Kobiety przejmujące role mężczyzn. Mężczyźni odzierani z godności i pozostawieni w piekle bezczynności każdego kolejnego dnia. Nad tym wszystkim fatalizm i boleść dzieci, które wiedzą, jak wiele z nich ginie w Syrii tylko dlatego, że są małymi Syryjczykami i można na nie zrzucać winy za przemoc dorosłych...

"Kontener" wybija nas z równowagi, każe przyjrzeć się uważnie swojemu otoczeniu i pomyśleć nad tym, jak ważne są cztery ściany, w których możemy oddać się lekturze. To książka o zapomnianych przez świat, którzy pamiętają piekło zniszczenia, ale mimo wszystko chcieliby budować choćby na najstraszniejszych gruzach. Opowieść o ludzkiej determinacji w świecie, w którym logika i sens zostały zaburzone na tyle, iż trudno w pełni zrozumieć nawet to, że jest się uchodźcą z jakimikolwiek prawami.

"Kontener" sugeruje pewne tezy, ale żadnego punktu widzenia nie narzuca. Powstał z tego, co podejrzane i podsłuchane. Z wrażliwości reporterów, którzy zajrzeli do kontenerów naprawdę. Tymczasowe życie wciąż nim jest. Wciąż ma jakiś cel i stale trzeba go poszukiwać. Wspomniana już Aida, która żyje z kulą w głowie, skarży się na zaburzenia równowagi. W sensie symbolicznym równowaga życiowa wszystkich jej podobnych została zaburzona bezpowrotnie. Boni i Tochman pytają za swoich rozmówców o to, co dalej, bo syryjscy uchodźcy boją się zadawać takiego pytania. Tymczasem zarysowany problem rozrasta się tak jak powierzchnia Zaatari. A my po lekturze "Kontenera" winniśmy wiedzieć, że ten wstrząsający reportaż nie kończy się w momencie, w którym autorzy wsiadają na pokład samolotu punktualnie odlatującego ku lepszemu światu...

2014-05-28

"Londyn NW" Zadie Smith

Wydawca: Znak

Data wydania: 22 maja 2014

Liczba stron: 398

Tłumacz: Jerzy Kozłowski

Oprawa: twarda

Cena det: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Wrośnięci w miejsce...

Tym razem Zadie Smith nie przenosi nas gdzieś daleko. Zaprasza do peryferyjnych dzielnic Londynu. Do Kilburn, Willesden, do miejsca środka i centrum wszechżycia. Stamtąd pochodzą nakreśleni wyrazistą kreską bohaterowie, tam pozostają mentalnie i stamtąd się nie ruszają, choć każde z nich będzie próbowało mierzyć się z życiem po swojemu i częściowo zacierać to, co wydaje się niewygodne z przeszłości, czasu dorastania w tytułowym rewirze London NW.

Pisarka stała się już czymś na kształt ikony brytyjskiego pisarstwa z wyższej półki, nie dziwi więc zatem promocyjny hurraoptymizm i określanie tej powieści mianem, na jakie nie w pełni zasługuje. Arcydzieło? Niekoniecznie. Naprawdę dobrze skrojona proza obyczajowa, mroczna i drapieżna, balansująca między granicami stylów, wciąż te granice zacierająca i porywająca rytmem opisywanych dzielnic. Bardzo dobra narracja, iskrzy na każdej niemal stronie, zwodzi i zaciera czytelne sugestie. Jest jednak "Londyn NW" opowieścią o ludziach i sprawach, o jakich już wielokrotnie napisano. Zadie Smith zrobiła to po swojemu.  Zadała każdemu z nas pytania o to, do czego zdolny jest człowiek dążący do stabilizacji i ten, któremu nie jest dana. Kazała zastanowić się, czy na pewno zwykle każdy człowiek otrzymuje od życia to, na co zasłużył. Pokazała jak życie zmienia ludzi, ale nie zmienia śladów ich pochodzenia. Jak rozpaczliwie próbują oni wyzwolić się z czasu minionego, wyjść poza ramy i ograniczenia oraz kiedy zmuszeni są odpuścić i pogodzić się z losem. "Londyn NW" to nie tyle wielowątkowa powieść o tym, z czym należy się pogodzić, a czemu przeciwstawić, co przede wszystkim barwna historia wchodzenia w wiek średni, któremu barwy odbiera codzienność, lecz nadają ich jednocześnie wspomnienia. I czas miniony wciąż mimo wszystko żywy.

Mocny prolog wbija nas w chaos, jakiego nie sposób uporządkować. Ludzie, zdarzenia, słowa, gesty, zapachy, smaki i ukazana kalejdoskopowo mnogość wszystkiego. Wkraczamy do tej części Londynu, która oswoiła różnorodność i dała jej możliwości rozwoju. Jest tam dynamicznie, nowocześnie... i groźnie przede wszystkim, bo ten tygiel nie służy spokojowi, nie daje wytchnienia. Smith opowie o różnorodności na kilku ważnych płaszczyznach. Ta najbardziej czytelna i oczywista odnosi się do czterech życiorysów ludzi, których coś istotnego połączyło w przeszłości i coś równie ważnego ominęło wspólnie, bo każdy żyje już obok innych, w piekle własnych frustracji, żalu, skrywanych przed światem emocji i z poczuciem, że zawsze można żyć inaczej, lepiej.

Keisha Blake szybko stwierdziła, że nie będzie marnować czasu. Kiedy jej przyjaciele palili trawę, przejmowali się ekologią i angażowali w różnego rodzaju europejskie konflikty, Keisha - spoglądając na siostrę, której losu nie chciała podzielić - studiowała skrypty, oszczędzała pieniądze, wyznaczała sobie drogę rozwoju i krok po kroku realizowała plan idealnego życia. Jest wziętym adwokatem, ma idealnego męża, idealne dzieci, idealny dom i idealnie opanowane życie w zgodzie z własną hipokryzją. Keisha zmienia tożsamość i imię. Natalie żegna wszystko to, co w swojej dzielnicy ją frustrowało i blokowało. Gotowa jest na zmiany radykalne, bo odrzuca też boga, który nie jest już potrzebny. Pozostaje jednak zachowawczy stosunek Natalie do instytucji kościoła i do kilku innych instytucji także. Poza tym trzeba mierzyć się z wieloma rolami. Córki, siostry, matki, żony, prawniczki, bogaczki, Brytyjki, Jamajki i przede wszystkim przyjaciółki. Bo Keisha, która jest obecnie czarna na zewnątrz, a biała wewnątrz, musi dźwigać ze sobą balast bliskiej relacji z Leah, jaka kiedyś dzieliła z nią czas, dzielnicę i marzenia. Kiedyś. Dzisiaj ich bliskość wystawiona jest na próbę.

Leah Hanwell paradoksalnie jest dużo bardziej wyraźna niż Keisha, choć idealnym dla niej stanem jest bezruch i przekonana jest o tym, że gdy ona się stawała, wszyscy w międzyczasie już się stali; są teraz uformowani, unormowani, wbici w sztywny gorset przyzwyczajeń i przede wszystkim pewni tego, jak wieść stabilne życie, któremu niczego nie brakuje. Leah ma pozornie wszystko i nie powinna narzekać. Ma przystojnego, dynamicznego męża, który wielbi Londyn za to, że daje szanse afrykańskim imigrantom, czego nie dawała Francja, skąd przeniósł się do brytyjskiej stolicy. Być może będzie mamą, co ma jej dać szczęście i spełnienie. Ma spokojną pracę, w której może pozostać zwyczajna, niewidoczna, nierozwijająca się oraz cudownie empatyczna dla bliźnich, jacy tej empatii nie odwzajemniają. Bliskość z Keishą wydaje się przeszłością. Okazuje się, iż kobiety realizujące się w tak różny od siebie sposób, znajdą wspólny język, bo wspólne pochodzenie i niezwykła moc dzielnicy nie pozwolą im się od siebie za bardzo oddalić.

W oddaleniu żyją natomiast Felix Cooper i Nathan Bogle. Pierwszy chciał się spełniać jako filmowiec, a musi zadowolić się posadą mechanika. Felix jest szczęśliwy i imię do niego pasuje. Żyje chwilą, odwiedza szalonego ojca-rastafarianina i planuje stały związek, uprzednio pożegnawszy się z podstarzałą kochanką-kokainistką. Felix idzie dzielnie do przodu i nie spodziewa się, co go czeka. Nic nie zaskoczy już jednak Nathana, który żyje na marginesie i stawia sobie jeden cel - przetrwać mimo wszystko. Nathan sięga dna, Natalie wydaje się zdobywać wyżyny. Zadie Smith gorzko rozprawi się ze swoimi bohaterami, a nam pokaże, że nie wszystko w życiu tej czwórki jest takie, jak wynika z pobieżnej analizy.

"Londyn NW" to przepełniona sporą dozą goryczy opowieść o trudnym losie ludzi, którzy przekraczają trzydziestkę, granice własnych marzeń i planów i dla których życie pisze nieprzewidywalne scenariusze. Bliskość opisywana jest symbolicznie. Oddalenie Smith ukazuje za pomocą dość sporego wachlarza środków wyrazu. Jest to opowieść o miejscu, które naznaczyło biografie i o biografiach, jakie nie wychodzą poza miejsce. Peryferie Zadie Smith to mikroświat,  w którym jak w pigułce ukazane jest życie ze wszystkim, co w nim niewygodne i z trudnościami, bo praktycznie nigdy nie jest tak jakbyśmy chcieli, żeby było. Czy nie otrzymujemy jednak tego, na co zasłużyliśmy i co sobie wypracowaliśmy?

Życie staje się dla bohaterów problemem i wyzwaniem - każdy mierzy się z nim na swój sposób. Od uroku młodzieńczych wspomnień po dramat depresji i niespełnienia, w końcu po tragizm wegetacji mimo woli i przypadkowej śmierci. "Londyn NW" na początku kusi swą wieloznacznością ulic, miejsc, ludzi i gwaru. Potem zaś widzimy, że Smith pisze o polifonii uczuć, pragnień i oczekiwań, dla których miejscem realizacji musi być północno-zachodni Londyn, bo nigdzie indziej spełnienia nie będzie.

2014-05-25

"Zimne opowiadania" Virgilio Piñera

Wydawca: Universitas

Data wydania: 15 maja 2014

Liczba stron: 360

Tłumacz: Tomasz Pindel

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 36 zł

Tytuł recenzji: Kubańska groza życia

Virgilio Piñera nie żyje od trzydziestu pięciu lat. Właśnie ukazał się podwójny zbiór jego opowiadań - 24 teksty ze zbioru "Zimne opowiadania" (1956) oraz 22 składające się na "Tego, który przyszedł mnie zbawić" (1970). Nobliwy wydawca, czyli Universitas. Zasłużony tłumacz - Tomasz Pindel. Inauguracja serii literackiej "Nieznana Klasyka Literatury Latynoskiej". Wszystko wskazuje na to, iż jest to rzecz ważna i że należy ją poznać. Być może. Piñera na wiele sposobów próbuje ukazać nam piekło istnienia. Stara się oswoić z bezwzględnością upływu czasu, który niewiele daje i więcej zabiera. Przygląda się ludzkiemu ciału. Wszelkiej maści szarlatanom i dziwakom. Opisuje sytuacje skrajne i oddaje w nich dramaty, zatrzymując - to cytat z opowiadania "Konflikt"  - nasycenie. Ta książka nasycona jest grozą, drapieżną groteską i czarnym humorem. Rozsadza każde z opowiadań tym, iż nie przewidujemy jego końca, niezbyt też pojmujemy strukturę. Język igra niebezpiecznie między złowieszczą metaforą a okrucieństwem przyziemnych prawd. Całość nie dociera do mnie może tak, jak powinna, bo to estetyka mi obca i próbując wedrzeć się do światów przedstawionych Piñery, czułem się jak intruz, a lektura mnie męczyła.

Zacząć warto od pierwszego tekstu, w którym konwencja czarnej groteski służy ukazaniu symbolicznego rozpadu jednostki ludzkiej. Z dwóch wędrowców w "Upadku" pozostają tylko oczy i broda. Jeden ocala zmysł wzroku, którego znaczenie Piñera kwestionuje choćby w późniejszej "Miłości z widzenia" i który niebezpiecznie groźnie powraca w "Twarzy", gdzie bohater się oślepia. Twarz właśnie... Jej fragment ocalony zostaje w upadku. Tej części ciała Piñera poświęca dużo obsesyjnej uwagi. Ciało ludzkie koncentruje się na zmysłach, a kubański prozaik odwodzi nas jednak od nich, kierując ku biologii, rozkładowi oraz ku mrocznej wizji psucia się od wewnątrz i na zewnątrz. Czasem ze strachu. Niekiedy po prostu z powodu upływu czasu. Człowiek Piñery funkcjonuje tylko dzięki rozmaitym zrządzeniom losu, tylko pośród konkretnych wpływów, przede wszystkim zaś w klatce hipokryzji i fatalizmu.

Trafnym komentarzem do tego zbioru opowiadań są słowa, jakie padają w tekście "Pływanie". "Nauczyłem się pływać na sucho. Bardziej się opłaca niż w wodzie. Nie ma ryzyka utonięcia, bo człowiek już jest na dnie, więc bardziej nie utonie". Rozsadzając stereotypowe myślenie i wdzierając się w rejony absurdu, których nie da się połączyć z tym, co realne, Piñera mimo wszystko opowiada o świecie absolutnie prawdziwych przeżyć. To, co je ma wywołać, to zwykle zdziwienie i zaskoczenie. Swoich bohaterów - i niejednokrotnie dwuznacznego narratora - stawia w pozycji tych, którzy mają doświadczyć zmiany struktury dotychczas ustabilizowanej. Piñera rejestruje takie zdarzenia, gdzie ludzie całkiem nieświadomie stawiani są w sytuacji dla nich skrajnej. Tak może być w przypadku śmierci w autobusie, którą spowodował prawdopodobnie zatruty cukierek. Tak jest wówczas, gdy rodzice stają się dziećmi i konsekwentnie dążą do szczęścia w tym odwróceniu ról. To może też być wielomiesięczna sesja pokazywania i komentowania starych zdjęć przez pewną damę. Moment, w którym skazany na rozstrzelanie usiłuje zatrzymać chwilę i skupia uwagę oprawców na kwestiach,  o jakich nigdy nie myśleli. Piñera jest w tych sytuacjach cały zanurzony albo też zanurza w nich narratora, od którego raczej się odcina. Wychodzi z tego makabryczny voyeryzm jak w "Przypadku Akteona", ale to pozwala na chwilę oderwać się od mrocznej rzeczywistości stworzonej przez absurdy i nieprawdopodobne wypadki. Stajemy bowiem obok i obserwujemy.

Dużo bardziej sugestywne są w moim odczuciu miniatury literackie. Pośród opowiadań rozbudowanych i wielowątkowych pojawiają się narracyjne, mocno symboliczne skróty myślowe; tworzą one teksty nasycone napięciem w stopniu maksymalnym. Wrażenie może być piorunujące - jak w przypadku "W bezsenności", w której nawet śmierć nie jest w stanie zakończyć udręki braku snu. Ucieczkę w sen chcieliby praktykować prawie wszyscy zdegradowani przez autora bohaterowie jego tekstów. "Projekt snu" - najbardziej chyba oniryczne opowiadanie - każe nam wędrować pośród klatek i korytarzy, w których zamknięto wielu za cenę "nieskończonej miłości ludzkości". Czytając Piñerę, odnosi się wrażenie, iż ludzkość obdarzona jest nieskończoną wręcz nienawiścią. W świecie kubańskiego prozaika ludzie cierpią we śnie i na jawie, bo opresyjny świat przybiera ramy, w jakich nie mogą się odnaleźć ze swoimi pragnieniami. Miłość wydaje się szczątkowa. Kochankowie mają wycięte języki i oczy, innym razem oddają sobie własne twarze i tym samym pieczętują klęskę związku. Miłości przeciwstawiona jest śmierć, zbrodnia i zło. Tego jest więcej, dużo więcej. Duszny klimat każe spoglądać na "Zimne opowiadania" z dystansem, bo angażowanie się w nie może być bolesne.

Jest jeszcze kwestia natury ogólnej - co i w jaki sposób Piñera chce opisywać. Opowiadanie "Wróg" zawiera pewien znaczący sąd. "Poza tym, że opisujemy to, co przeżywamy, opisujemy także to, czego nie przeżywamy". Piñera pisze o możliwościach przeżywania świata w taki a nie inny sposób, a możliwości skryte są zazwyczaj w wielokrotnie otwartych zakończeniach, gdzie pozostajemy porzuceni tak samo jak kalecy bohaterowie tekstów. Wszystkie one - boleśnie przecież sygnalizujące doznania, które uczyniły życie Piñery mocno nieznośnym - tworzą chwilami niemożliwy do zinterpretowania zbiór, zbiór też bardzo hermetyczny, zbudowany wokół czytelnych motywów śmierci, przemijania, egzystencjalnego fatalizmu i ludzkiej biologii, jakie powracają z jakąś obsesyjną potrzebą nawrotu.

Piñera pisze w sposób trudny i jest to niewątpliwie rzecz, która stanowi wyzwanie. Osobiście poległem. Bez sił na rozmyślania o tym, czemu służy wymienianie cech dystynktywnych lokomotywy, opisywanie połknięcia przez psa smakosza dzieci, zamykanie filozofii życia w krokomierzu czy fantazji o ośmiu wariantach balu planowanego przez pewne małżeństwo. Są w zbiorze teksty wyraźne i mocne, to - obok wspomnianych wyżej miniatur - dłuższe narracje jak "Filantrop" czy "Kukła". Jest świat opresji osadzony w konkretnym czasie historycznym. Jest przejmujące poczucie dramatu istnienia. Jest jednocześnie maniera i styl, które do mnie po prostu nie docierają. Wiele razy łapałem się na tym, że Piñera po prostu się mną bawi. Że drwi sobie z mojego zaangażowania i ciekawości. Że nie jest to doprawdy aż tak wielkie dokonanie literackie i rzecz, której publikacji nie powinno towarzyszyć sugerowanie, iż oto mamy do czynienia z arcydziełem zapomnianym i z reprezentatywnym przykładem literatury kubańskiej minionego stulecia.

2014-05-22

"Wszystkie dzieci są zdolne. Jak marnujemy wrodzone talenty" Gerald Hüther, Uli Hauser

Wydawca: Dobra Literatura

Data wydania: 20 maja 2014

Liczba stron: 208

Tłumacz: Andrzej Lipiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czego nie dostrzegamy w dzieciach?

Skąd wziął się - prowokacyjny poniekąd - tytuł książki, którą wspólnie napisali niemiecki dziennikarz i profesor neurobiologii? Warto już na wstępie oddać głos samym autorom. "W obliczu niemożności jednoznacznego ustalenia źródeł szczególnych uzdolnień oraz wątpliwej jakości kryteriów ich oceniania nasuwa się tylko jeden wniosek: wszystkie dzieci są bardzo uzdolnione". Gerald Hüther i Uli Hauser próbują na kilka sposobów pokazać, jak nieograniczone uzdolnienia mogą tkwić w każdym z dzieci i jak szybko współczesny świat z obecnym modelem edukacji uzdolnienia te potrafi dusić w zarodku. Jest to książka, która w bardzo ogólnym sensie wskazuje naprawdę fatalną pozycję dzieci w XXI wieku. Zbyt wiele jest im odbierane, a otrzymują w zamian mnogość propozycji rozwoju, przy których pyta się często o to, jak kształcić i wychowywać, ale prawie nigdy nie zadaje pytania, czemu te procesy mają służyć.

Dzisiaj bycie niemieckim dzieckiem jest co najmniej opresyjne. Okolice żłobków, przedszkoli czy szkół nie są atrakcyjnymi miejscówkami dla spragnionych przede wszystkim spokoju Niemców, którzy z różnych powodów na dzieci się nie zdecydowali i dzieci mieć nie będą. Tymczasem te, które są - tak rzadko widziane na ulicach niemieckich miast - blokuje się bezustannie we wrodzonej ciekawości, pomysłowości i w sposobach, jakimi chcą poznawać świat oraz uczyć się go na swoich, obcych dorosłym warunkach. Zaczynam właściwie od tego, na czym autorzy tej publikacji kończą, ale wydaje mi się właściwe nakreślenie problemu nierozpoznawania u dzieci talentów i uzdolnień poprzez ukazanie kontekstu, w jakim one same muszą poznać świat. Współczesne technologie oferują dziecku tylko konsumpcję już zastanego świata, a nie jego kształtowanie. Za tym idą wszelkie możliwe nakazy, zakazy, ocenianie wedle sztywnych kryteriów, walka o punkty w licznych testach i odzieranie w edukacji ze złudzeń odkrywania rzeczywistości przez pomyłki i błędy. Współczesność dała dziecku niespotykane możliwości szybszego rozwoju i dojrzewania. W nich tkwi mnóstwo pułapek, o których na co dzień nie myślimy.

"Wszystkie dzieci są zdolne" to książka demaskująca przekonanie o tym, iż możemy z powodzeniem formatować dzieci wedle naszych wyobrażeń. W nich między innymi znajduje się błędne przekonanie, iż edukacyjna koncepcja "różnicowania talentów" oraz kostyczny system uczenia pod klucze testów to gwarancja właściwego rozwoju w świecie nastawionym na zysk, zdobywanie i posiadanie. Dziecko tymczasem chce poznawać, uczyć się po swojemu, błądzić, być we wszystko emocjonalnie zaangażowane i przede wszystkim nieprzewidywalne, bo to jego urok i dla wielu nieszczęście.

Hüther i Hauser o współczesnym modelu szkolnictwa wyrażają się w sposób bardzo zdecydowany. "Każdego, kto na początku wierzy, że sensem życia jest realizowanie wyższych celów, szkoła szybko nauczy przeciętności". To szkoła, która nie skupia się na potencjale, talentach i zainteresowaniach uczniów, lecz zmuszona jest ich wszelką aktywność wbić w sztywny gorset wyznaczonych odgórnie narzędzi sprawdzania postępu wiedzy i umiejętności. W takim modelu edukacji wyróżnia się wyraźnie proces sterowania dziecięcą kreatywnością, ale czy naprawdę taki proces jest możliwy? Czy nie łudzimy się tylko, że rozwijamy nasze dzieci i wtłaczamy im wiedzę tak, jak wydaje się to obecnie najlepsze?

Najlepsze i najwłaściwsze dla młodego człowieka jest przecież uczenie się tego, czego sam chce się nauczyć. Poprzez analogię do nauki raczkowania, stawania i chodzenia autorzy podkreślają wagę i znaczenie takiego sposobu uczenia się, który jest tłumiony i kierunkowany na wytyczne uznawane za właściwe do modelowania dojrzewającej świadomości uczącego się dziecka. Hüther i Hauser w ogóle dużo miejsca poświęcają analizie wczesnego życia człowieka, łącznie z okresem prenatalnym. Analizują prawdziwą naturę dziecka-zdobywcy świata i dziecka, które mierzy się z trudnościami, ucząc poprzez doświadczenia. Tę naturę cechuje przede wszystkim otwartość, która zamykana jest brutalnie w wyznaczone ramy - nie tylko w szkole, ale także w codziennym życiu wśród rodziców, jacy jeszcze przed urodzeniem potomka potrafią zaplanować jego życie i rozwój z najdrobniejszymi szczegółami.

"Wszystkie dzieci są zdolne" to publikacja, która zawierać może rozważania trywialne, niekiedy boleśnie banalne, zaskakująco oczywiste i równie zaskakująco wypierane z codziennego myślenia, w którym ważne jest, by wtłoczyć dziecko w instytucjonalne ramy oraz sprawdzić jego potencjał za pomocą testów, średnich i kryteriów oceniania. Autorzy pokazują procesy rodzenia się różnorodnych talentów i sugerują drogi ich rozwoju, ale nade wszystko zwracają uwagę na to, co talenty blokuje lub marnuje.

Wszelkie środki zastępcze w wychowywaniu, ciągłe kompensacje różnorodnych braków - dzisiejsze dzieci żyją w naprawdę smutnym i męczącym dla nich samych świecie oczekiwań, jakie stawiają przed nimi wszyscy ci, którzy nie potrafią zajrzeć do środka innego świata. Wewnątrz kryją się wciąż tłumione i modyfikowane dziecięce pragnienia przeżywania oraz uczenia się otoczenia zdecydowanie inaczej, niż chcieliby dorośli. Ta książka nie jest publikacją, która daje gotowe recepty, szczęśliwe rozwiązania i wskazuje, w którym miejscu popełniamy błędy, nakazując dziecku uczyć się wbrew temu, jak samo może i chce. To w gruncie rzeczy zbiór swobodnych przemyśleń na temat współczesnego systemu edukacji oraz wychowywania dzieci. Selekcjonowania ich. Wskazywania miejsc, jakie mają zająć w doskonale zorganizowanych społeczeństwach. To rzecz ważna z punktu widzenia pedagogicznego, ale także socjologicznego i filozoficznego po trosze. Gerald Hüther i Uli Hauser starają się udowadniać, jak bardzo możemy krzywdzić dzieci właśnie wtedy, gdy jesteśmy przekonani, iż działamy dla ich dobra. Warte przeczytania i przemyślenia!


PATRONAT MEDIALNY

2014-05-20

"Zbrodniarz i dziewczyna" Michał Witkowski

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 21 maja 2014

Liczba stron: 430

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Proza ze wszystkiego

Michał Witkowski od 2005 roku pisze wciąż tę samą książkę. Kolejne odsłony są lepsze i gorsze, ale nie można odmówić mu talentu literackiego, umiejętności żonglowania słowem, beztroskiego i celowego kaleczenia fraz, owijania sensów wokół produktów (ubocznych) popkultury i wiecznej prowokacji na granicy dobrego smaku. "Zbrodniarz i dziewczyna" może być jego odpowiedzią na bijące rekordy popularności kryminały maści wszelakiej, może być pokłosiem fascynacji filmem Janusza Nasfetera z 1963 roku i "Milczenia owiec", jest też wyraźnym znudzeniem samą literaturą (lecz nie procesem pisania) oraz ucieczką ku turpistycznej grotesce podążającej w stronę mody, którą Witkowski zajął się na poważnie.

Najnowsza powieść to wskrzeszenie i "Lubiewa", i "Drwala", przepełniona dygresjami w doskonale już znanym i ogranym stylu powieść śmiertelnie poważna oraz jednocześnie konsekwentnie parodystyczna, śmieszna w najmroczniejszym stylu, prowokacyjna i przede wszystkim przewidywalna. O ile do czasu wydania "Drwala" byłem w stanie akceptować i nawet chwalić kolejne pisarskie odsłony "Lubiewa", o tyle tym razem mam już chyba dość. Jestem zmęczony i nie udało mi się ani przerazić, ani ubawić, ani też jakoś głębiej zastanowić nad tym, co skrywa ten specyficznej urody kryminał. Specyfika urody to autoironia i narcyzm, lekkość i egzystencjalna zaduma, mnogość dygresji, ale przede wszystkim niezdecydowanie o tym, kim się ma teraz być. Michaśka z powieści kryje wstydliwie swe trofea za dokonania literackie, lecz jednocześnie prezentuje się jako uznana persona, której książki przeczytało pół Polski. A przynajmniej całe Międzyzdroje, gdzie autor wraca obsesyjnie, natrętnie i zupełnie z punktu widzenia tej narracji niepotrzebnie.

Michał Witkowski to obecnie mężczyzna po przejściach. Niemęski już całkowicie, bo poddany miazdze antydepresantów, które zwiększyły jego masę i zdecydowanie zmniejszyły atrakcyjność seksualną. Mordercze treningi z trenerem personalnym, jałowość codziennej egzystencji, zapaść emocjonalna i duchowa, zblazowanie i traktowanie świata z ironią, na jaką nie zasługuje... Tak, Michaśka to wrak i nadaje się już tylko do tego, by sensu szukać w bytach zastępczych - w ciuszkach, w ich projektowaniu i być może tworzeniu. Tyle tylko że lepszy w wyszywaniu jest pewien tajemniczy gość z wielkiej willi na Krzykach. Pan na pustych włościach, w szlafroku i z rękawiczkami bez palców. Wspominający terror matki, jaka sama się terroryzowała. Zapatrzony w przedwojenne trendy. W martwe ciała, które można zawłaszczyć i do nich zajrzeć. To ów archaiczny dyktator - niekoniecznie mody! - okaże się dla znudzonego życiem i sobą Witkowskiego śmiertelnym wrogiem. Tworzy krawieckie Arcydzieło dla swej pisarki, okrutnie pozbawiając życia i upiększając trupy niechcianych chłopców z marginesu, o których nikt się nie upomni i którymi po śmierci można się upajać do woli. A potem porzucać. Tu i tam. Wszystko jakoś się toczy do momentu, w którym seryjny zabójca nie pozbawi życia zbuntowanej gotki, córki dzianych wrocławian, dziewczyny mającej z jego krwawymi czynami więcej wspólnego niż się początkowo wydaje...

Walczy z tym zabójcą o palmę pierwszeństwa nasz główny bohater, oj walczy. Wejdzie w role, o jakich nigdy by nawet nie pomyślał. Dla dobra śledztwa - lecz nie dla dobra fabuły - ponownie znajdzie się w Międzyzdrojach, ponownie nakupuje lujowi tego i owego, znowu westchnie do tytułowego Drwala z poprzedniej powieści, ale przede wszystkim będzie się starał wskrzesić klimat i mikrośrodowisko z "Lubiewa", co ani nie przysłuży się sensownie aktualnej historii, ani też w żaden sposób jej nie wzbogaci.

Już sam początek jest okrutny. Wciąż te same podchody, takie samo lawirowanie, fascynacja niejakim Studencikiem i rozczarowanie, że to znowu nie pora na miłość, nie pora na namiętność i że pozostaje tylko katar od wystawania na zimnie pod oknem adorowanego oraz niesmak rojeń, które nie pozwalają dostrzec w nim tego, kim jest naprawdę. Książka zaczyna się generalnie gdzieś w okolicach setnej strony, kiedy zdruzgotana Michaśka orzeka: "Jak zwykle - miał być romans, miał być seks, a oczywiście tylko proza będzie coś z tego miała". Obawiam się, że ta proza na przydługiej introdukcji jedynie traci. Dalej jest nieco lepiej, ale to wciąż ograne chwyty i wciąż ta sama maniera. Nie pomaga patologiczny naturalizm, nie wzmaga napięcia poruszanie się tam, gdzie człek to tylko wnętrzności, krew, śluz, resztki mózgu i siarkowodór z odbytu. Człowiek w swej naturalnej obrzydliwości okrywany jest specyficznymi kreacjami. Witkowski człowieczeństwo degraduje, by wynieść resztki jego dumy gdzieś na piedestał modnych stylizacji, bo przecież nie jest ważne, co w środku (tam wszyscy mają te same paskudztwa), lecz to, jak jest ten środek opakowany. Opakowanie "Zbrodniarza i dziewczyny" jest niewątpliwie interesujące, ale od środka ta świeża przecież proza psuje się bardzo szybko i wywołuje znużenie.

Opowieść o ściganiu jakiegoś retropsychopaty idzie w parze z odkrywaniem kilku ludzkich patologii oraz wiecznym eksponowaniu chuci jako mocy sprawczej działania o niebywałej determinacji podmiotu działającego. Działa w tej powieści sam pisarz, przyjmując na siebie nowe obowiązki i wyzwania. Neguje siebie w swym pisarstwie, a jednocześnie wciąż zbiera do prozy zlepy, ścinki i drobiazgi niczym tajemniczy krawiec, który szyje kiczowate stroje dla ofiar, jakie pod nimi są tak samo obrzydliwe. O ile w poprzednich powieściach Witkowskiego można było bez trudu zauważyć, kiedy sam się bawi swoim pisaniem i kiedy chce coś ważnego przekazać, tutaj granice się zacierają. Bo nie wiem już, komu wierzyć - prozie, do której wrzuca się wszystko, bo się przyda czy autorowi jawnie kpiącemu z siebie, stylizującemu się gdzieś na nowej drodze, niedyskretnie puszczającemu do nas oko i każącemu się zastanawiać, po co  zaistniała książka taka jak "Zbrodniarz i dziewczyna".

I pozostaje jeszcze - czytelnie dość wyrażona - nowa forma opresji w pisaniu o tak zwanym środowisku. W czasie, gdy większe kontrowersje wywołują sensacje żołądkowe oraz metody ich leczenia niż faceci uprawiający seks oralny pod mostem, tęskni się za pisaniem o czymś, co było niezwykłe, może egzotyczne, na pewno konieczne do panoramicznego nakreślenia. Teraz zostaje wiara w modowe życie, pozostaje cięty język, choć już nieco stępiony dowcip i autoironia, która tym razem każe zadać proste pytanie: quo vadis, Michale Witkowski? Bo to dużo ważniejsze niż ścieżka, po której do spektakularnego finału wiedzie nas najnowsza powieść, jaka mocno mnie rozczarowała.

2014-05-18

"Sońka" Ignacy Karpowicz

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 22 maja 2014

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość, śmierć i opowieści

Połączyć poezję i okrucieństwo - to prawdziwe wyzwanie, bardzo niebezpieczne i mocno ryzykowne. Ignacy Karpowicz w swej nowej powieści podjął je i dał radę. Czyta się "Sońkę" z przerażającym uczuciem, że ludzkie życie jest rozpaczliwie kruche i z niepokojem, czy można ocalić własną tożsamość kiedy to, co nas przerasta, rujnuje cały świat wokół i nas samych także, przede wszystkim nas samych. Po kontrowersyjnych i ekspresyjnych "ościach" Karpowicz wraca do poetyki intymnego wyznania, do prozy kameralnej oraz pozornie spokojnej, do czegoś ujawnionego już w "Gestach", ale teraz niepokojąco wieloznacznego, bo "Sońka" nie budzi niczego tak bardzo jak niepokój i grozę, z którymi trudno sobie poradzić. To mroczna opowieść o bezradności miłości w czasach, kiedy wojna może się okazać czymś wartym pamięci. Bo żadna miłość nie ląduje w niebie, lecz w ziemi. Ziemia chłonie wszystko, co można by ocalić przed zapomnieniem. Bohaterowie tej książki chcą zapomnieć, ale jednocześnie nie mogą i nie wierzą w to, że pamięć im odpuści.

Matka dała Soni życie, a sama odeszła z tego świata. Diaboliczny ojciec przez całe życie wypominał córce, że odebrała mu małżonkę. Sonia dorastała w cieniu jego gniewu i okrucieństwa, wbrew sobie i być może nieświadomie, pielęgnując narastającą nienawiść. Chociaż ojciec ratuje jej życie, Sonia nie jest w stanie wybaczyć. Nie będzie miłosierna, nie będzie dobra. Będzie bezwzględna. Także w miłości, której zabrania jej okoliczna wieś, czas wojny i zdrowy rozsądek.

Obecnie kategorią odniesienia do wszystkiego jest dla starej Soni "dawno, dawno temu". Wtedy wiejska kobieta warta była mniej niż koza. Sonia odnalazła swą wartość w miłości. Niepoprawnej, niestosownej, niemożliwej do spełnienia. Sonia pokochała Niemca i choć była to miłość pośród nienawiści, nigdy nie pozbawił jej żaru ani upływ czasu, ani zmieniające się okoliczności. Druga wojna światowa wdzierała się od czasu do czasu do domostw w sąsiedztwie Soni, ale w niej samej pozostała przede wszystkim jako czas, który chciałoby się powtórzyć. Bo chociaż inni cierpieli, chociaż stu martwych, trzech żywych i muchy przypominały o potworności tego czasu i chociaż ukochany Joachim odszedł bezpowrotnie, ona sama kierowała się logiką własnego serca. Wbrew wojennym uwarunkowaniom, wbrew ostracyzmowi, wbrew skazaniu na samotność i temu, że szczęściem można było łudzić się przez chwilę - Sonia pozostała wierna miłości, wierna sobie i palącemu uczuciu światu na przekór.  W nim wina, w nim przekleństwo. W nim niesamowita siła trwania mimo wszechobecnej, dusznej śmierci. Sonia to kochanka fatalna, która żyjąc za karę, przyglądała się odejściu wszystkich tych odchodzących za szybko i niesprawiedliwie.

Do domu bohaterki trafia przypadkiem Igor Grycowski. Miejski królewicz, przepycha się w życiu, nie patrzy wokół, nie patrzy też w głąb siebie. Igor przeżywa miałkie cierpienia twórczej impotencji, zmaga się z obcością wokół i w sobie, ale przede wszystkim za wszelką cenę chce schować przed światem swą prawdziwą tożsamość, swoje pochodzenie, swoje świata poznawanie i świata odczuwanie. Igor zmuszony jest zostać w domu Soni. Słucha jej opowieści i pożera resztki życia, jakie tlą się w staruszce. Oboje jednoczy to, że nie mają tak naprawdę nic poza sobą. Nicość Igora jest metaforyczna, ta Soni jak najbardziej dosłowna. Poznając opowieść fatalnej kochanki, wiejskiej ladacznicy, uratowanej przez psa i ojca przed śmiercią kobiety, która dawno już duchowo zmarła, Igor pozwala na to, by przeszłość wróciła także do niego. Z historii starszej kobiety buduje sztukę teatralną. Poznając tożsamość rozmówczyni, wraca do tej swojej, zapomnianej. By oddzielić to, co ich łączy, poznane opowieści teatralizuje. Dystans się powiększa, ale nasza rola jako słuchaczy i obserwatorów, rośnie coraz bardziej. To my mamy bowiem ocenić, określić, uznać lub potępić. To my mamy zrozumieć piekło, w którym znalazła się Sonia i które nosiła w sobie tak wiele lat.

Karpowicz rozważa kwestię naszego niebytu i opowieści, które mają udowadniać istnienie. "Jak ktoś nie żyje, czy to znaczy, że kiedyś był naprawdę? Czy już nie? Nigdy?". Chce ocalić od zapomnienia to, czego nie da się zapomnieć, jeśli wciąż się żyje. Dramatycznie pyta o przeszłość i o fakt jej zacierania, o konieczność przypominania i o wątpliwość, co za tym wszystkim idzie. "Sońka" opowiada historię ocalenia i upadku w jednym, jest niemożliwie boleśnie dwuznaczna; to proza niepokojąca w taki sposób, że nie chce się być - w niej ani obok niej. To co pozostaje? Co było naprawdę? Co się wydarzyło, co jest zmyśleniem? Ile w miłości cierpienia i ile cierpienia w kłamstwie? Kto odpowie za to, że mamy złudzenia i możemy w nie uwierzyć? Kto uwiarygodni opowieść tej, którą wojna złamała, ale mimo wszystko nie zniszczyła?

Kiedy w listopadzie ubiegłego roku rozmawiałem z Ignacym Karpowiczem, powiedział mi coś niewygodnego, przejmującego i te słowa mocno we mnie pozostały. Rzekł, iż boi się, że przegramy pokój. Że skryta w testosteronie chęć do tego, by bić i zabijać, u niektórych powoduje żywsze bicie serca. Tutaj  widzimy bardzo wyraźnie, co może nas czekać w każdym czasie i w każdym miejscu. Wojna z tej historii pozornie odeszła, ale jej okrucieństwo naznaczyło na zawsze Sonię i naznacza nas, bo nie możemy po prostu zapomnieć, uznać czasu minionego za miniony naprawdę. Duszna jest atmosfera grozy, w której człowiek człowiekowi jest w stanie wyrządzić największą krzywdę, ale nie może zrozumieć uczuć i kwestionując je, krzywdzi w sposób najbardziej okrutny z możliwych. "Sońka" to książka, która czas wojny czyni czasem wciąż żywym i przerażająco teraźniejszym. Wojnę niesiemy w sobie cały czas i pozwalamy jej się ujawnić w chwilach słabości oraz cierpienia. Nieznośne to wszystko i zmusza to tego, by czytać "Sońkę" - niedługą przecież fabułę - z przerwami na oddech, bo jest za duszno, zbyt męcząco, nie do wytrzymania...

Miłość, śmierć, zdrady, ból i doświadczenie odchodzenia. Opowieść o przegranej i o fatalnych konsekwencjach życia wbrew zasadom i wbrew logice. Dość mocna i wieloznaczna rzecz. Czy cokolwiek można ocalić z historii, w której wszystko jest przeszłością, ruiną, bolesnym wspomnieniem? Czyta się nowego Karpowicza początkowo z niedowierzaniem, że to może być banalne i ograne, a niedowierzanie zamienia się potem na zdumienie. Kto jest w stanie unieść przesłanie tej powieści? Kogo "Sońka" złamie? Czy daje nadzieję? Na tyle przejmujące, że nie pozwala na żaden kategoryczny ton w omówieniu.

2014-05-15

"W gazetach tego nie napiszą" Taras Prochaśko

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 kwietnia 2014

Liczba stron: 168

Tłumacz: Renata Rusnak

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Lekcje ukrainoznawstwa

Wiecie, co to są biesagi? Taras Prochaśko porównuje do nich Ukrainę. Tułacz i wędrowiec zmieści tam wszystko, ale zazwyczaj trudno mu odnaleźć to, co w danej chwili zda się potrzebne. Biesagi to zbiorowisko różności wszelakich i wszystkiego, co się zawsze może przydać, więc nie można tego zgubić, pozostawić gdzieś, wyrzucić. Jest taki moment, który biesagi porządkuje. "A jeśli faktycznie przypili, to trzeba wysypać wszystko. Właśnie tak odnajdują się rzeczy konieczne". Prochaśko rozsypuje przed nami wszystko to, co o Ukrainie wie, co z niej rozumie i co w niej zobaczył. Stara się - mimo wielości elementów trudnych do ogarnięcia - wskazać rzeczy konieczne... dla zrozumienia kraju, o którym wciąż jest głośno, ale ten wielogłos niewiele nam mówi. Teraźniejszość i przyszłość Ukrainy to niezliczone znaki zapytania, mnożone pośród medialnej demagogii, stronniczych diagnoz i roszczących sobie prawo do wyłączności wniosków, które wciąż na nowo coś sugerują. Czas wreszcie poczytać o czymś, o czym gazety nie piszą, a co wypływa z głębi serca kogoś, kto da nam 34 prywatne lekcje ukrainoznawstwa, zabierze w sentymentalne podróże, opowie o różnorodności Ukrainy oraz o tym, co jest w niej na stałe i czego nie zmieni żadna skomplikowana sytuacja geopolityczna.

Ponieważ teksty Prochaśki malowniczo oddają krajobraz niepokoju, mamy w nich do czynienia z jednej strony z kategorycznymi sądami, z drugiej jednak - z liryczną narracją, która zaciera granice między tym, co jest obecnie a tym, co minione, oferując nam specyficzną podróż w głąb tego, co naprawdę ukraińskie. Prochaśko z pewnym dystansem opowiada o Ukrainie jako o państwie. Być może dlatego, że - jak sam twierdzi - stosunek do kraju jest uzależniony od jednostkowych doświadczeń Ukraińców. Dwadzieścia lat państwowości nie pozwoliły ani na to, by pożegnać się z przeszłością i radzieckim wspomnienie, ani na powitanie przyszłości pośród europejskich standardów, do jakich nie chce się dążyć, bo mimo wszystko są odległe i obce. Współczesna Ukraina jest takim poligonem do badań terenowych, gdzie wdziera się przeszłość i zaznacza swą obecność przyszłość. A Taras Prochaśko puentuje to tak: "Na razie i Europa, i Rosja prowadzą badania w naszym laboratorium. Eksperymentują, choć nie mają pojęcia o tym, jaki może być wynik tej syntezy". Jest w tym pewna doza ironii, ale dzisiaj nie można odmówić grozy temu stwierdzeniu...

Ukraina to miejsce dwuwiary ze swą niezwykłą urodą i specyfiką. Chrześcijaństwo wciąż ściera się z pogaństwem, a dogmaty i wiara rozchodzą się po wielkiej ziemi we władzy duchów. Ukraina w oczach Prochaśki jest przytuloną do karpackich pleców krainą kontrastów, absurdów, archaizmów, zmian i wiecznej niepewności. Ukraina wciąż staje na nowo, choć jest przecież w swej zmienności cały czas taka sama, od wieków dość czytelnie określona, od dawna swojska, nazwana i kochana. Czasami trudną miłością ludzi, których stosunki warunkuje kult krzywd i tendencja do łamania prawa, jakie samo często jest sprzeczne w sobie. Ukraina podzielona na wschodnią i zachodnią przypomina skłócone małżeństwo, impulsywny i silny jednocześnie związek, arenę konfliktów oraz zrozumienia w tym, czego nie rozumieją państwa i narody z przeszłości i przyszłości. Jest w niej i alkoholowe uzależnienie, i silne przywiązanie do tradycji, i dzikość natury, jaką symbolizują lasy.

Prochaśko-botanik łączy ukraińskość z roślinną zdolnością przetrwania. Bardzo mi się podoba myśl, w której autor dostrzega bezsens marnowania czasu w Europie na to, by roślinność modyfikować w tym, jak i gdzie rośnie. Ukraińska roślinność rośnie sama. Nikt jej nie przycina, nikt nie przesadza, nikomu nie chce się ingerować w siłę rozsądku natury, ale wielu podejmuje się wyrębu lasów, co w rozumieniu Prochaśki jest zieloną metaforą wciąż trwającej wojny. Jest więc dzikość, ale i prawo podległe naturze, nie ludzkiemu rozsądkowi czy ludzkim fanaberiom. Wkraczamy do kraju, co sam o sobie stanowił siłami innymi niż te, które ustanawiały kontynentalne porządki, zatwierdzały prawa, wyznaczały normy. Niepokorność i dzikość Ukrainy jest jej mocą trwania na przekór i mimo wszystko. Wedle porządku, który możemy obserwować nieco z boku, gdy wybierzemy się z autorem w podróże - geograficzne i sentymentalne jednocześnie. Dotrzemy do poleskiego Jeziora Pisoczne, znajdziemy się  w Mariampolu, odwiedzimy pokuckie kamienie i pomidory - wszystko pod rękę z niezwykłej urody i wrażliwości przewodnikiem, jakim jest Taras Prochaśko z sercem oddanym ziemi, po której oprowadza.

"W gazetach tego nie napiszą" to zbiór tekstów z jednej strony poetyckich, ciepłych i łagodnych. Z drugiej jednak widzimy wyraźne kategoryzowanie, poznajemy klarowne tezy, dostrzeżemy ślad buntu, może częściej gniewu. To wszystko jednak to ślady prawdziwej miłości - do miejsca, tożsamości, do nieobliczalnego piękna we wszystkim tym, co można jedynie opisać i poprzestać na opisie, darując sobie diagnozowanie oraz decydowanie za kogoś o tym, co ma z tak niezwykle opisanym światem zrobić. Tę książkę trzeba przeczytać i przeżyć. Nie jest stronnicza, nie jest egzotyczna. Jest napisana sercem i choć traktuje czasami o sprawach nam obcych, zbliża w tej obcości do zrozumienia tego, co w dzisiejszej Ukrainie może zależeć od ideologii i geopolityki, a co jest od nich bardzo dalekie. Kiszenie kapusty, zabawy w okopach, malowanie pisanek, przytulanie dzieci. Jesteśmy w stanie gdzieś to umieścić? Wyznaczyć perspektywę rozumienia opowieści o tym?

Prochaśko zabiera nas w miejsca, które mogą być marginesem, ale jednocześnie centrum. Powinniśmy, musimy znaleźć się tam choć przez chwilę. Po co? By uważniej dostrzegać, co jest za naszą wschodnią granicą. I nie spoglądać na to przez pryzmat tego, o czym pisze się w gazetach. Otrzymujemy od Prochaśki liryczne narracje, magiczne przypowieści, wzruszające historie i garść naprawdę sugestywnych wspomnień. Spojrzenie od środka - krytyczne i sentymentalne. Prawdziwe. Bo książka taka jak ta to przede wszystkim literatura prawdy, a nie faktu.