2026-01-14

„Opowieść o starym dziecku” Jenny Erpenbeck

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak Literanova

Data wydania: 14 stycznia 2026

Przekład: Luiza Berg

Liczba stron: 112

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: w milczeniu

Bardzo mi się podoba, kiedy polski rynek wydawniczy uświadamia sobie ważność jakiejś zagranicznej twórczyni i nagle pojawia się boom na jej przekłady, a sama pisarka, dość długo w Polsce nieznana, staje się literacką gwiazdą, o ile można użyć takiego określenia. Widać to na przykładach dwóch niemieckich prozaiczek: Herty Müller wydawanej w jednej oficynie i Jenny Erpenbeck, której przekłady zostały rozproszone po różnych wydawnictwach, ale po niedawnym wielkim sukcesie „Kairos” otrzymujemy bardzo szybko od Znaku kolejną książkę tej autorki. A w zasadzie początek jej pisania, bo to debiut. Wyraźnie zaznaczający symboliczne, polityczne i moralne kwestie, które rozwijane będą w kolejnych książkach. „Kairos” jest w tej chwili na topie, jednak gdybym miał porównać debiut Erpenbeck do innej jej książki, byłby to zdecydowanie „Słownik”.

Dwie techniki obrazowania okrutnego świata, w którym zaistnieć to nazwać coś. W debiucie – nazwać siebie. O ile w „Słowniku” narracja szła torem odsłaniania tego, w jaki sposób słowa definiują bezkompromisowość świata, o tyle w „Opowieści o starym dziecku” autorka stawia na siłę milczenia. Inaczej zresztą prowadzi narrację. Najpierw dominuje sprawozdawczość. Potem wkradają się subtelne detale związane z tym, że bohaterka to uważna obserwatorka: dostrzega na przykład owłosienie dłoni nauczyciela języka angielskiego. W dalszym ciągu Erpenbeck łączy linearną opowieść i mroczne wizje. Są to najprawdopodobniej myśli głównej bohaterki. Niemej. Nijakiej. Tajemniczej i gotowej dostosować się do wszystkiego, co pozwala przetrwać. Bo najbezpieczniejsze są spokój, szpitalne łóżko, ciepła pościel, brak jakichkolwiek oczekiwań, brak wchodzenia w relacje z kimkolwiek. Bohaterka jest, a jakby chciała zniknąć. Wciąż jeszcze oddychając. Wciąż mając nadzieję na to, że demaskacja wszystkiego, co w niej może tkwić, nie nastąpi tak szybko. Że może wcale nie nastąpi.

Czas „Opowieści o starym dziecku” to sromotny koniec drugiej wojny światowej. Mimochodem wspomniane jest bombardowanie Drezna. Świat dalej dzieli się na obozy, ośrodki, skupiska, miejsca łączące ludzi – w zagubieniu, rozpaczy, niezrozumieniu samych siebie. A ona zostaje znaleziona wcześniej. Stojąca z pustym kubłem. Wypowiadająca się tylko za pomocą słów „tak” lub „nie”. Wyrośnięta dziewczynka z tajemnicą. Bardzo wyrośnięta. Niedopasowana. Ani w sierocińcu, do którego trafia, ani w szkole, w której dużo słucha i chłonie, ale nie wykorzystuje okazji, by zaprezentować, czego się nauczyła. A życie najprawdopodobniej nauczyło ją wiele. Bycia niewidzialną. Bezwzględnego posłuszeństwa i dopasowania się do każdej z form funkcjonowania, do której zostaje przyporządkowana.

Dziwne dziecko. Niespotykane. Gdy inni się śmieją, ona płacze. Zdaje się nie rozumieć, co stanowi o jej ułomności. Dziewczynka znikąd, która wydaje się donikąd zmierzać. Kim jest naprawdę? Czy to rzeczywiście dziewczynka? Jakiego rodzaju troski albo większego wsparcia potrzebuje? A może chce przekazać światu coś, co było jej osobistym doświadczeniem, a stało się niewyrażalne? „Słownik” Erpenbeck definiował wszystko to, co niewyjaśnione, wykoślawione, okrutne, złe. Tu też mamy zły świat i zagadkę istnienia człowieka. „Opowieść o starym dziecku” to wielowymiarowa opowieść o ludzkim wyobcowaniu. Na to, co złożyło się na psychikę bohaterki, nie mamy już wpływu, nie mamy również możliwości, by dowiedzieć się, co było jej udziałem. Widzimy, jak bardzo wrosła w podporządkowanie, posłuszeństwo. Nie ma osobowości albo głęboko ją ukryła przed samą sobą. Pragnie spokoju. Niezadawania pytań. Nieinteresowania się tym, kim jest, a przede wszystkim – przez co przeszła. Erpenbeck jest bezlitosna – zarówno w portretowaniu dziewczynki, która z czasem zaczyna się zamieniać w symbolicznego potwora, postać wywołującą coraz mniej współczucia czy poczucia winy wobec jej sytuacji, jak i świata otaczającego tę dziwną i nieprzystającą do niego jednostkę, choć w gruncie rzeczy kogoś, kto przeżył i doświadczył być może tego samego co inni.

Tu nie ma dopasowania do żadnej normy. Normy, nakazy, sytuacja polityczna i społeczna się zmieniają. Zmienia się też sposób przyglądania się tej, która pojawiła się z tym swoim kubłem i podkreśla na każdym kroku, że jest bardzo zmęczona. To nie jest stara maleńka. A otaczająca ją rzeczywistość nie jest tworzona przez ludzi, którzy chcą jej pomóc, nawiązując jakąkolwiek bliską relację. Wszystko w tej krótkiej powieści jest takie surowe i odpychające. A jednocześnie fascynuje tajemnica. Świat funkcjonujący wedle ustalonych zasad  zestawiony z bohaterką, która nie ma w sobie siły, by cokolwiek kontestować. Najlepiej spać. Najlepiej odpoczywać. Dużo odpoczywać. I nie rzucać się w oczy.

Intrygujący finał być może zdradza trochę za dużo, ale podkreśla, że Erpenbeck swoje literackie wprawki rozpoczęła od prozy dotyczącej pamiętania, niepamięci oraz siły wypierania doświadczeń ekstremalnie rujnujących. Symboliczny kubeł, ta ciągła gotowość, by służyć i wykonywać polecenia, niewyciąganie wniosków ze zdobytych doświadczeń. Czy to powieść o ruinie człowieka zdeterminowanej przez okoliczności, w których musiał walczyć o siebie? Cokolwiek wywalczyła, bohaterka jest niema, cicha, chciałaby być niewidzialna i robi bardzo dużo, aby taka się stać. Kto i co doprowadza człowieka do takiego stanu? Dziewczynka, która być może nie jest dziewczynką, chciałaby zatrzymać czas. Co wydarzyło się wcześniej? Bo teraz właściwie nic ma się nie dziać. Zostały pustka oraz wszechogarniające pragnienie pozostania w spokoju. Jednakże bohaterka musi być zidentyfikowana, dopisana do jakiejś grupy lub organizacji, musi mieć miejsce w społeczeństwie i ma obowiązek to miejsce świadomie zająć. Kończy się wojna, zaczyna się nowy porządek, ważna jest przyszłość, a nasze dziecko zatrzymało się gdzieś w traumatycznej przeszłości.

Twórczyni wykonała znakomitą robotę, prezentując postać człowieka, którego właściwością jest… brak właściwości. Ten debiut to literacka zagadka. Na kilku poziomach. Ale zapowiadająca już to, jaki rejon rzeczywistości i relacji międzyludzkich będzie niemiecką pisarkę dalej interesował. Erpenbeck ukryła tu wszystko, co można było sprawnie literacko ukryć. Ta książka to z jednej strony przejmujące studium wyobcowania, z drugiej jednak – by nie krzywdzić jej banalizowaniem – enigmatyczna historia tego, co jesteśmy w stanie znieść, znosimy i będziemy nieść ze sobą. Najczęściej w milczeniu. Bo po to jest dobra literatura. By o wymownym milczeniu również opowiadać jak o każdym wypowiedzianym zdaniu. Debiutancka książka zrodziła pisarkę, która zaczęła rozglądać się uważniej, a także dbać o formę wypowiedzi. Tu zaczęła od czystej karty, którą jest główna bohaterka. Ale każdy z nas zauważył, że nic tu nie jest tym, czym się wydaje, a już na pewno nie tożsamość dziewczynki znalezionej z kubłem. Zresztą jaka tożsamość? To bardziej powieść o tym, jak rozpaczliwie bohaterka chce się jej pozbyć.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 



2026-01-12

„Trać i żyj. Co nam dają straty” Bernadetta Janusz, Monika Rusin

 

Wydawca: Wydawnictwo MANDO

Data wydania: 17 września 2025

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 45,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec czegoś, co odeszło

Zazwyczaj to recenzent omawia książkę. W tym przypadku książka będzie recenzować piszącego. Przez blisko dwadzieścia lat nie pozwoliłem sobie na tak osobisty tekst recenzyjny. Tym razem zrobię wyjątek. Bo jako osoba w kryzysie uzyskałem bezinteresowną pomoc Wydawnictwa Mando, które całkiem niedawno ofiarowało mi tę książkę – mam wrażenie, że pominiętą w recenzjach. Tę z grupy, po którą w ogóle nie sięgam, bo nie mam potrzeby czytać ani poradników, ani literatury faktu, która wskazuje, jak żyć (choć przecież na dobrą sprawę w sensie symbolicznym cały segment recenzowanej przeze mnie literatury pięknej w mniejszym lub większym sensie to robi). Publikacja ma charakter rozmowy. Dyskutują ze sobą psycholożka kliniczna Bernadetta Janusz i redaktorka książek Monika Rusin. Trudno orzec, czy więcej ciekawszych tez zawierają pytania, czy będące ich wynikiem odpowiedzi. W bardzo spójny sposób autorki przeprowadzają nas przez całe życie: od narodzin do śmierci, dyskutując o istocie, intensywności, wpływie utrat na życie i trudności ich udźwignięcia. Bo przecież całe nasze życie to strata. Każdy kolejny przeżyty dzień jest utratą i to potęga pamięci (a z książki wynika, że nie tylko) pozwala nam uznać przedwczoraj czy wczoraj za czas zyskany, nie utracony.

Ze szczególnym zainteresowaniem czekałem na rozważania dotyczące ludzi w moim wieku, tak zwanym średnim, w którym ma się dużo większy wgląd w siebie, ale często dużo trudniej zrozumieć, unieść i zaakceptować utratę. Autorki sugerują, że najwięcej strat różnego rodzaju przynosi właśnie wiek, w jakim jestem. A ponieważ poniosłem ze swojej winy stratę, której nigdy bym nie antycypował (o antycypacjach utrat również jest w tej publikacji) i znajduję się w sytuacji, w której tylko w niewielkim stopniu mogę ją przekuć w zysk, zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że utraciłem zyskane na dwa lata marzenia i zrobiłem to na własne życzenie, a teraz, żyjąc wciąż na dwóch walizkach, czytam o tym, co i w jaki sposób ludzie tracą przede wszystkim po to, by się potem podnieść.

Siłą rzeczy większość rozmowy dotyczy dzieciństwa i dorastania. Autorki bardzo dużo uwagi poświęcają relacjom między rodzicami a ich dziećmi, na każdym rozwoju tych drugich wskazując straty możliwe do odpracowania i takie, których odrobić się nie da. Jedna z tez głosi, że czasami z domu rodzinnego zabieramy ze sobą definicję życia brzmiącą „musi boleć”. Inna wskazuje brak psychologicznych kompetencji rodziców, by ich dziecko czuło się do końca otoczone opieką i bezpieczne. Do końca, czyli do momentu, w którym wciąż bezwzględnie tego potrzebuje. Jako dziecko poznałem i zabrałem w dalsze lata dużo mocniejszą i bardziej dramatyczną definicję życia. Janusz i Rusin opowiadają o klasycznych rodzinach, w których utrata staje się zarówno funkcją koegzystencji, jak i wynikiem określonych działań. Są tu fragmenty fascynujące dla osoby bezdzietnej – wskazują te newralgiczne punkty, w których straty czynią w dziecku spustoszenia, bo jego opiekunom brakowało rodzicielskich kompetencji. Ciekawa jest teza sugerująca tak zwaną nadmierną czujność nazwaną tu także po angielsku. Nie jest to więc zjawisko (a może proces), który pojawia się tylko na potrzeby tych rozważań. 

Jest mowa o stanach lękowych, które się pogłębiają, a rozpoczęły się od straty czegoś, co nie powinno zostać utracone. Bo najbardziej fascynujące jest analizowanie w tej rozmowie zjawisk, zachowań i relacji, które odpowiednio zaistniałe mogłyby przekuć się w zysk, a nie stratę. Jednakże rozważania dotyczą tego, co utracone, co zaczyna się tracić albo myśli się o tym, jak o utracie – choćby dziecięcia niewinność, której dorosłość nakazuje żyć wedle innych praw i pewne sfery myślenia czy zachowania pozostawić za sobą. Rozmówczynie analizują praktycznie każdy aspekt dorastania, skupiając się również na niepokojących objawach relacji rodziców, które rzutują w bardzo nieoczywisty sposób na dzieci. Dlatego „Trać i żyj” ma bardzo trafnie ustawioną kolejność czasowników w tytule, albowiem poznajemy historię ludzi, którzy dopiero po utratach są gotowi znieść je, zaakceptować i dokonać zmian. A potem żyć pełnią życia.

Nie chce mi się wierzyć, że choć Bernadetta Janusz ma całą tę psychologiczną i socjologiczną wiedzę o różnych etapach oraz formach utraty i dotyczących ich problemów, to zgłasza się do niej tak mały – jak sama wspomina – odsetek ludzkości. Jedna z odpowiedzi nasuwa się tu sama: to zjawisko wypierania tego, co utracone, milczenia o tym, tworzenia z tego w pamięci czegoś zupełnie innego, co już tak nie boli, ale przede wszystkim kształtowania mechanizmów ochrony przed tak zwanym normalnym życiem, w którym traci się albo niewiele, albo bezboleśnie.

W gruncie rzeczy jest zupełnie inaczej. Autorki bardzo ciekawie prowadzą tę część rozmowy, w której niegotowe na straty dzieci wypracowują sobie własne sposoby na to, by sobie z nimi radzić. To też książka pochylająca się nad tymi rodzicami, którzy w pewnych kwestiach są bezradni i nie są w stanie zapobiec stracie. Mowa jest o kreowaniu mechanizmu „końca świata” przez dziecko, ale nie jest to książka pesymistyczna w swej wymowie. W wielu mądrych radach wskazuje, jak walczyć z utratami w każdym wieku, lecz prezentuje też czasem bezradność wobec problemu. Nie jest to zatem klasyczny poradnik o tym, że utrata może być wartością lub czymś, co może uczynić nas silniejszym. To w dużej mierze książka o słabości. A ciekawa dla mnie staje się wówczas, kiedy dociera do utrat związanych z moim wiekiem. I wtedy czytam ze wściekłością, oburzeniem, potem bezradnością i zwyczajną ciekawością.

Dlaczego? Bo Janusz i Rusin opowiadają o ludziach, którzy przeżyli zasadniczo większość życia, ale nie to jest dla nich utratą. Stratą może być bardzo bolesne marzenie. Nawet to realizowane. Rozmówczynie mówią o ludziach w średnim wieku, którzy decydują się na porzucenie opresyjnych schematów i zrobienie czegoś nazywanego zdroworozsądkowo szaleństwem. Spróbowałem tego. Postanowiłem wziąć od życia wolność Fromma i pokonałem FOBO, a efektem tego jest teraz pozostanie w pustce, lęku i zawieszeniu. „Trać i żyj” to ciekawa fantazja o starości, która jest okresem bardzo rozmaitych przemyśleń o tym, co się utraciło bezpowrotnie, co się traci teraz i jakie formy utraty można jeszcze zamienić w zysk lub chociaż odzyskanie. I docieramy w końcu do tej najważniejszej i nieodwracalnej straty: życia. Zanim to jednak nastąpi, książka ta opowie o schematach radzenia i nieradzenia sobie z tym, co odchodzi, ale również o sile tkwiącej w pierwszym i paradoksalnie drugim schemacie. Ciekawe jest tu również nawiązanie do filmów w związku z tytułowymi rozważaniami. Ja z pewnością dodałbym tutaj znakomitą „Symfonię o umieraniu” Mattiasa Glasnera (jeden z bardziej wstrząsających filmów ubiegłego roku) – o tym, co traci się w relacjach i co doprowadza do utrat realnych, ale wszystko ma niesamowicie skomplikowaną strukturę. Drugi z filmów, równie poruszająca „Strefa interesów” Jonathana Glazera, mówi wręcz o patologii utraty. Utraty człowieczeństwa także. Bo w tej książce będzie mowa o konkretnych stratach i rzeczach, które nie wrócą, lecz również o reakcjach na utratę tuż obok, która nie dotyczy danej osoby, ale wobec której trzeba zająć jakieś stanowisko.

To nie poradnik. To nie zbiór truizmów. To nie jest książka, która ma krzepić, ale też nie jest to publikacja wprowadzająca w mroczny nastrój. Kwestia nastroju powiązanego z faktem jakieś straty też jest tutaj chwilami poruszana. Podoba mi się kompatybilność rozmówczyń – przytakują sobie może zbyt często, ale meandrują pośród trudnych zagadnień w taki sposób, że jest to książka, w której słowo „strata” właściwie na każdej stronie nabiera nowego znaczenia. Ja w swej utracie muszę ją najpierw zaakceptować, bo straciłem najpiękniejszy ze światów, wybaczyć sobie, że to zrobiłem, i spojrzeć na dramat życiowy z innej perspektywy. Autorki pokazują wiele perspektyw patrzenia na stratę, nie demonizując jej, a jedynie zaznaczając, że zawsze jest i będzie obecna. I do śmierci musimy stawać jej naprzeciw, bo potem nie ma to już żadnego znaczenia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ