2025-04-01

„Wybrzeże Chicago” Stuart Dybek

 

Wydawca: Wydawnictwo Księgarnia Akademicka


Data wydania: 28 stycznia 2025

Liczba stron: 172

Oprawa: miękka

 Cena det.: 40 zł

Tytuł recenzji: Miasto różnorodności

 

Czego się spodziewałem? Typowej narracji emigranta, który zderza swoje doświadczenia z życiem na obczyźnie, eksponując własne „ja” w każdym rozdziale, o ile nie w każdym akapicie. Przeczytałem takich książek wiele, większość mnie znudziła. „Wybrzeże Chicago” pochłonąłem od razu nie tylko ze względu na skondensowaną formę. To oczywiście opowieść o tkance miejskiej – wielowymiarowa i portretująca Chicago trochę jak labirynt, z którego bohaterowie próbują znaleźć wyjście, a także przestrzeń, gdzie czuliby się naprawdę wolni i spełnieni. Tymczasem zaprezentowane tu spektrum postaci jest tak interesujące, że odnosiłem wrażenie, iż ci ludzie wiedzą o sobie dużo mniej niż sam główny bohater. Młodziutki, lecz wrażliwy obserwator, który jest specyficznym kolekcjonerem. Miasto sportretowane jest emocjami, rozmaitymi zachowaniami, sytuacjami, w których narrator niekoniecznie bierze udział, lecz się im przygląda. Wszystko w bardzo zmiennej i przechodzącej w różne rejestry narracji – jest poetycko, bywa brutalnie. Jest język wręcz z klasycznej powieści dojrzałego realizmu, jest także styl reportażowy. A w tym wszystkim szeroko pojęta różnorodność. Głównie w obserwowaniu, jak ludzie z różnym doświadczeniem życiowym odnajdują się w nowej ojczyźnie. W nowym wielkim mieście, po którym można spacerować, ale gdzie też jeździ się pociągami z jednego punktu do drugiego, a w nich… można odkryć zupełnie nowe historie.

Stuart Dybek zaczyna jednak od przestrzeni najważniejszej dla niego samego. Dziecko obserwuje sojusze, konfrontacje, wymiany zdań, a także nietuzinkowe zachowania członków najbliższej rodziny. Bardzo ciekawa jest postać seniora: zdeterminowany, żeby żyć, i straumatyzowany polskimi doświadczeniami wojennymi jest najbardziej charyzmatycznym członkiem rodziny. Jest również matka – punkt odniesienia dla wszystkiego. To ta kobieta wypowiada znamienne słowa: „W domu nie ma miejsca na uprzedzenia”. I choć bywają konflikty, a Dybek z literacką precyzją pokazuje, że dorastał wśród bardzo różnych od siebie ludzi, dom jest tu zdecydowanie punktem wyjścia. Takiego prawdziwego, z którego nasz bohater potem wychodzi na ulice Chicago i podgląda, podsłuchuje.

Jest w tej książce bardzo wiele plastycznych zdań, które wizualizują każdy detal. Podkreślana jest również specyficzna wrażliwość dorastającego młodzieńca – wyczulonego na piękno w prozie życia. Opisując ludzi, których spotyka na swojej drodze, narrator usiłuje oddać stopień ich przynależności do miejsca, gdzie żyją. Sam jest zawieszony między tą sielankową wręcz przestrzenią domu rodzinnego, w którym mimo różnorodności zawsze dążono do kompromisów „Wybrzeże Chicago” w pewnym momencie zamienia się w zbiór scen, w którym najważniejsze jest to, co czyni tę prozę tak wyborną: smaki, zapachy, dźwięki, wrażliwość na sposób mówienia innych, przyglądanie się ich relacjom. Są tu ludzie spotkani przypadkowo, ale także koledzy z podwórka, amerykańscy ziomale, młodzi bohaterowie niejednokrotnie doświadczeni przez amerykański wymiar sprawiedliwości, który daje wybór: więzienie albo… nabór do wojska, by walczyć w wymyślonej na potrzeby propagandowe ważnej dla USA wojnie na drugim końcu świata.

Tu należy dodać – i to jest niesamowite, biorąc pod uwagę, jak barwna w detalach jest ta książka – że opowieści sięgają lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minionego stulecia. Mamy do czynienia nie tylko z ludźmi, którym problemy stwarza coś tak fundamentalnego jak nieznajomość języka angielskiego. Są tu polscy emigranci, którzy wyjechali z Polski naznaczonej konfliktami zbrojnymi. Z Polski, z której w tamtym czasie uciekał, kto mógł. Natomiast narracja Dybka nie jest poświęcona asymilacji sensu stricto, choć oczywiście opowiada o nowym i oswajanym świecie. To książka o tym, co można zobaczyć w ogromnym mieście w innym kraju, jeśli tylko ma się szeroko otwarte oczy. A raczej zdolność do tego, by nie tylko zrelacjonować jakąś sytuację, lecz również dodać do niej własne fantazje. Dzięki temu każdy akapit tej krótkiej książki żyje i mam wrażenie, że w takiej formule można by ją było czytać dużo dłużej.

Stuart Dybek nawiązuje także do tego, co zawsze w jakiś konkretny sposób kształtuje ludzką tożsamość. Będą tu wspominane dziedziny sztuki takie jak muzyka (także muzyka ulicy), taniec czy film. W jednym miejscu pojawi się też mój ukochany Hopper. Dybek doskonale wie, w jaki sposób pokazywać miejsca i ludzi z artystyczną wrażliwością na to, co ich może łączyć. Poza tym jest to barwna kronika tego, w jaki sposób ludzkie indywidualności wpływają na zróżnicowanie miasta – także w tamtym czasie kształtującego się, tworzącego własną tożsamość.

Zatrzymujemy się na chwilę przy ludziach, którzy nie powinni nas zatrzymywać, a jednak znajdują miejsce w wyobraźni. Matka dbająca o poprawność polszczyzny. Dziewczyna, która od czasu przybycia do USA śmieje się przez sen. Kobieta mdlejąca w kościele. Dilerzy i członkowie gangów znajdujący się na swych życiowych równiach pochyłych. W tym wszystkim chłopiec stający się mężczyzną. Młody Polak skonfrontowany z amerykańską mentalnością. Tylko że to nie przebiega w żaden przewidywalny sposób. Stuart Dybuk stawia na sceny. Niektóre z nich są nawet filmowe. Tutaj liczy się detal, reszta wielokrotnie odsuwa się na dalszy plan. To przecież opowieść o mieście, jednakże jego topografia jest gdzieś na marginesie.

Przyjaciel narratora wypowiada zdanie: „Widzę piękno”. Ja w tej książce widzę nietuzinkowo ukazaną różnorodność. Jestem przekonany, że to materiał na dłuższą powieść, lecz jednocześnie rozumiem zamysł twórczy. To ma być w pewnym sensie skrócona wersja miejskiej odysei. Taka, która koncentruje się na relacjach międzyludzkich albo pokazuje, co miasto robi z ludźmi, jacy się stali, mieszkając właśnie w tym mieście. Dybek świadomie włącza tutaj Historię, by pokazać status i sens tego, co jest teraz. To nie jest opowieść skoncentrowana na tym, że trudnością i jednocześnie łatwością jest życie w zróżnicowaniu nowego kraju. Ludzie, zwłaszcza członkowie rodziny bohatera, zabrali za ocean bagaż życiowych doświadczeń, ale młody narrator zdaje się wybierać z niego to, co najcenniejsze. Tu cenne są chevrolet czy zbieranie kapsli. Jest miejsce na napisanie o tym, że z zasobu doświadczeń rodzinnych można niczego nie zabrać, a wręcz hodować w sobie uprzedzenia i nienawiść. Jest także sporo tragikomizmu, jak opowieść o człowieku, który w chłodni znajduje martwą dziewczynę. Jedno jest pewne: miasto jest tu punktem wyjścia dla rozważań o skomplikowanych ludzkich losach. Ale też swoistym fundamentem po prostu pięknie napisanej prozy. Nie do końca wspomnieniowej. Nie do końca także bliskiej powieściowej linearności, gdyż jak wspomniałem, autor stawia na eksponowanie scen. Zadaniem czytelnika jest połączenie wszystkiego w całość. Jeszcze jedno jest pewne: to książka mnogości, przypominająca literacki kalejdoskop. Gdyby Chicago miało prawdziwe serce, biłoby ono dużo szybciej niż serca jego mieszkańców. A może jednak je ma?

2025-03-26

„Do czysta” Alia Trabucco Zerán

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne


Data wydania: 5 marca 2025

Przekład: Tomasz Pindel

Liczba stron: 254

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Ból milczenia

Służący, sprzątacze, pracownicy marketów. Osoby niewidzialne. Stół się sam nakryje i zastawi potrawami, pomieszczenie samo się posprząta, towary same wyłożą się na półkę. Przecież to takie proste: nie patrzeć, przede wszystkim zaś nie słuchać. „Do czysta” to wstrząsająca opowieść o współczesnej niewidzialnej niewolnicy. Nawet jej imienia nikt nie jest w stanie usłyszeć, a domaga się ona wysłuchania już we wstępie, który jest dramatycznym początkiem, gdyż ta powieść – co sugerowane jest wprost i ma też kilka symbolicznych znaczeń – jest historią początków i jednego tragicznego końca.

Estela wyrusza z biednej rodzinnej prowincji do wielkiego miasta – ku lepszemu życiu. Scenariusz tak banalny, że wydaje się zupełnie absurdalne, by tworzyć z tego powieść. A co dopiero stworzyć powieść głęboko wstrząsającą. Rozpięta pomiędzy ciszą a kakofonią odgłosów wrogiego otoczenia intymna spowiedź kobiety, która oddaje swoją podmiotowość w zamian za etat, jest także opowieścią osadzoną w politycznej i społecznej sytuacji kraju toczonego przez niesprawiedliwość. Gdzieś na marginesie czytamy, że jakiś mężczyzna w geście rozpaczy spalił się na ulicy. Jakaś staruszka utyskuje na swój los. Gdzieś mają miejsce napady, a w mieście panuje przemoc. Jednak nie tam, dokąd trafia główna bohaterka. Nie w bezpiecznym, oddzielonym od rzeczywistego świata deficytów domu, w którym jej pracodawcy mają absolutnie wszystko. Tyle tylko że Alia Trabucco Zerán opowiada nam zupełnie inną historię. O strukturalnej przemocy, wielopoziomowych manipulacjach, o świecie pełnym ciosów zadawanych dosłownie i w przenośni. Wkraczamy do domu bogatych ludzi: ona wciąż zakłada maskę perfekcyjności i łyka kilogramami leki odkształcające rzeczywistość na jej potrzeby, on odlicza w nieskończoność czas od jednej do drugiej czynności, pomiędzy którymi pozwala sobie na jego wyłączenie, gdy staje się potworem, także dla własnej córki.

Chilijska autorka stawia na ciekawą koncepcję swojej powieści. Mamy nie tyle ujrzeć fakt, ile przede wszystkim zrozumieć jego uwarunkowania oraz konteksty. Nie jest ważne, co się stało – a stała się śmierć – lecz istotne jest dochodzenie do tego, co to znaczy umierać powoli, tragicznie, tracić kontrolę nad sobą, doznawać rozmycia swojej tożsamości, funkcjonując w rytm czasowników w bezokolicznikach, i przede wszystkim: co znaczy uczyć się cierpienia w ciszy. Estela wydaje się tym ciekawsza, im więcej trudnych doświadczeń staje się jej udziałem. Usiłuje je zwerbalizować, ale nawet niezwykłe wyczulenie na detale (ta powieść jest najlepsza w kreowaniu miniscen, dramatów o potężnej sile oddziaływania) nie pozwala na żadną linearną narrację i książka ta wymusza specyficzny rodzaj czujności. Odbiorca w żadnym momencie nie może mieć pewności, że dana dygresja opowiadającej jest odbieganiem od tematu. Że cokolwiek tutaj jest zbędne, nieistotne dla zrozumienia brutalnego faktu określanego zdaniem oznajmującym już na początku.

Do mnie najbardziej przemówiło w „Do czysta” zobrazowanie tego, jak wiele traum, niepowodzeń i niespełnionych oczekiwań przenosimy do swojego życia, będąc nieodłączną częścią fatalizmu swojej matki. Bo bardziej niż szukanie odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego zaistniał wskazany na wstępie fakt, wydało mi się analizowanie niebywale silnych powiązań między matką a córką, odczytywanie ich relacji w kategorii żelaznej pępowiny, która na zawsze wyznacza życiowy azymut, nie pozwala na inne życie. „Tacy jesteśmy” – mówi matka Esteli o sobie, córce i ludziach z ich najbliższego otoczenia. Jacy? Skazani na klęskę? Bezwolni wobec losu? Niegotowi na jakąkolwiek formę spełnienia, bo jedynym spełnieniem jest niewolnicza praca stająca się fundamentem życia bez głębszej filozofii? Tu jednak niespodzianka: u Zerán młoda bohaterka, która pozornie powinna wejść w tor życiowej uległości wobec tego, co niesprawiedliwe, podejmuje kilka odważnych prób zmiany kolei losu. Odrzucenia matczynej spuścizny. To tylko próby, usiłowania spojrzenia na życie z innej perspektywy. Jednakże to dziennik walki o godność. Przegranej z powodu milczenia. „Do czysta” udowodni na kilka sposobów, że milczeć to tak naprawdę rozdzierająco krzyczeć z bezradności. Dlatego kontrastowość wymowy tej powieści jest tak spektakularna.

Bohaterka słyszy w dzieciństwie, że „każdy z nas ma swoją granicę”. Ta z natury subiektywna spowiedź jest jednocześnie wnikliwie zarysowaną panoramą ludzi, którzy konfrontowani są z przekroczeniem jakiejś granicy. Nie ma znaczenia stan majątkowy. Tu ani pieniądze szczęścia nie dają, ani ich brak nie doprowadza do jakiejś skrajnej rozpaczy. Tutaj dzieją się rzeczy bardziej nieoczywiste. Meandrujemy po świecie, który uważnie obserwuje bohaterka gotowa do doświadczeń granicznych, lecz dostrzegająca też to, że wyrafinowana przemoc nie zna granic. Przemocowi są tu dla siebie wszyscy: małżonkowie, posiadacze córki jedynaczki, uległa służąca do wszystkiego, nawet zwierzę domowe, które nie może znaleźć swojej przynależności. Dziecko dorasta w atmosferze okrutnej opresji. Egzemplifikuje ją kilka scen. Ta najważniejsza dla wymowy książki to scena nauki pływania, w której ojciec zmusza córkę do zdobycia umiejętności, której ona nie pragnie. Z drugiej strony mamy świadomą możliwości buntu osobę podlegającą zasadom i normom, ale taką, która pozwala swojej młodziutkiej podopiecznej wygrzebać palcem marmoladę ze słoika. W przestrzeni, w której wszystko ma być uporządkowane – od spożywania posiłków po formy spędzania czasu.

Upływ czasu w „Do czysta” nie jest linearny ze względu na charakter narracji, ale jednocześnie przestaje mieć znaczenie, kiedy główna bohaterka przywyka do tego, iż wciąż na nowo robi to samo i że tak już będzie. Skąd ta bierność? Skąd momenty, w których rodzi się w niej potężna siła sprzeciwu? Co dzieje się z umysłem kobiety zniewolonej na każdym poziomie? Kobiety, która ma się stać czymś w rodzaju przedmiotu pasującego do ułożonych przez innych puzzli? Scena masturbacji to jedna z kilku pokazujących podmiotowość i pragnienia Esteli. Tej, która zmuszona jest tłumaczyć się ze wszystkiego, z każdej odrobiny przyjemności. Tymczasem przemoc w białych rękawiczkach wkraczająca w jej życie odbiera jakąkolwiek satysfakcję. Pozostają ból i niezrozumienie. Przecież nikt nie chce słuchać nawet po fakcie, kiedy każdy detal wydaje się wart wyjaśnienia, opowiedzenia.

Alia Trabucco Zerán genialnie prezentuje procesy stawania się bierną i wybijania się na niepodległość. To także opowieść o tym, jak rodzi się gniew, jak dotyka każdego i jak niemożliwy jest do uniesienia – choć w finale uniesienie kamienia w dłoni staje się symboliczną kontestacją gniewu, który nie ma już innego ujścia niż zareagowanie przemocą na przemoc. Znamy tragiczny finał historii, lecz nie wiemy niczego o tym, w jaki sposób doszło do tej tragedii. Możemy szybko się zorientować, że zanim zdarzyła się śmierć, życie pokazało niejedno oblicze okrucieństwa. I niesprawiedliwości, w której trzeba szukać bezpiecznych ram. Czasem milcząc. Czasem zadając bolesne ciosy.