Wydawca: Wydawnictwo Czarne
Data wydania: 4 lutego 2026
Przekład: Hanna Pustuła-Lewicka
Liczba stron: 384
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena det.: 56,90 zł
Tytuł recenzji: Dorastając
Młodziutki północnoirlandzki pisarz, który mógłby być moim synem. Synem, z którego powodu odczuwałbym ogromną dumę, bo zwykle tak dobrze się nie pisze debiutów, tak znakomicie nie łączy się frapującej fabuły z doskonale zaprezentowanym bohaterem prowadzącym, tak nie układa się zdań ani części książki, a już na pewno wielu debiutantom daleko do tego. „Blisko domu” będzie na długo blisko mnie. Bo to powieść o bardzo wielu utratach, które często są nie odrobienia, a czas miniony na zawsze nim pozostanie i rok, który Wikipedia wskazuje jako datę zakończenia konfliktu Wielkiej Brytanii z Irlandią Północną (czy można ten teren nazywać Irlandią Północną? Czytajcie uważnie), wcale nie jest tym zakończeniem. Znajdziemy się pięć lat później, w 2013 roku, i będziemy szli dalej z udręczonymi przeszłością ludźmi w każdym wieku czy każdego stanu majątkowego, obarczonymi różnorodnymi doświadczeniami związanymi z konfliktem.
Magee – znakomity w debiucie o charakterze inicjacyjnym i panoramicznym, co uważam za dużą sztukę – skupi się w swej powieści na młodym pokoleniu. Ludzi, dla których trwający dekadami konflikt północnoirlandzki to z jednej strony coś, co wciąż tkwi w nich pod skórą i we krwi, i dla tych, co po konflikcie utknęli. „Być w dupie” nabiera tu specyficznego znaczenia – zwłaszcza że autor nie nadużywa wulgaryzmów i stosuje je w bardzo przemyślany sposób. Zatem wchodzący w dorosłość bohaterowie to osobowości, które jeszcze się nie ukształtowały, ale już zdążyły politycznie i społecznie spolaryzować. Nieprzypadkowo książkę otwiera zdanie: „To było takie proste”. Przyłożyć komuś w samoobronie. W ogóle wdać się w bójkę. Ujawniać agresję nie tylko poprzez język i śpiew, ale również działania. „Blisko domu” ma piękny i paradoksalny tytuł. Kto jest tu blisko swojego domu, a kto daleko od niego? Czym w ogóle jest dom? W znaczeniu państwa, dzielnicy, czterech kątów do spania? Michael Magee rozgrywa przed naszymi oczami kameralną, jednak pełną smutku i brutalności psychodramę. Ze wspomnianym już bohaterem prowadzącym. To dzięki niemu ta powieść tak gładko wchodzi do głowy.
Sean. Też jest chłopakiem, który mógłby być moim synem, ale usiłowałbym zrobić wszystko, by być z niego dumnym, bo przedstawiony taki, jaki jest: znajduje się na równi pochyłej, po której niebezpiecznie się stacza. Z jednej strony chłonny i humanistyczny umysł. U tych złych Brytoli, w jednym z dużych miast, zrobił licencjat i uczył się kreatywnego pisania. Ale historie pisze za niego życie, nie on sam. Kiedy zdecyduje się na to drugie, jak znakomita większość pisarzy (także polskich) bez agentów (to agentowi w pierwszej kolejności dziękuje debiutant) otrzymuje odpowiedź odmowną w sprawie publikacji, ale i pewnego rodzaju wzmocnienie. Daje mu ono siłę, by uwierzyć w siebie.
Bo przecież tak łatwo komuś przyłożyć. A potem sprzątać cmentarze w ramach prac społecznych i wykonywać dziesiątki innych niesatysfakcjonujących zajęć, za które pobiera się ledwie tyle „funi”, by przeznaczyć je na to, co konieczne. Sean nie jest krystalicznie czysty, ale właściwie we wszystkim, co robi i mówi – sympatyczny, prostolinijny, godny zaufania czytelnika. To nie jest postać stworzona na potrzeby tak zwanej dobrej powieści. To po prostu znakomicie psychologicznie rozpisana postać. Bo Sean może dać w mordę, ale też przytulić ukochaną matkę, znaleźć serce dla przyjaciółki, być lojalnym wobec przyjaciół i próbować czytać Sartre’a, Hamsuna, Munro czy Kunderę, choć nie do końca mu to wychodzi. Ale Sean jest młody i nieukształtowany. W jego świadomości pozornie zakończony konflikt w miejscu, w którym przebywa, wciąż się toczy. Sean nie dobiera sobie znajomych przypadkiem, kieruje się sojuszami. A w tle opowieść o tym, do czego przeciwnicy – ci drudzy, ci źli – są zdolni: nawet do przestrzeliwania kolan włącznie. Sean dodatkowo pracuje przy cmentarzu bezimiennych. Sam nie ociera się o śmierć, ale ona jest wciąż gdzieś blisko. Na przykład symbolicznie umiera dla niego ojciec. Umiera ta część, która odpowiedzialna jest za to, by iść naprzód. Nie oglądać się za siebie, bo nie w tamtym kierunku się podąża. W Seanie jest mnóstwo emocji, które Magee znakomicie przedstawia: od radości z drobiazgów, przez kilka rodzajów furii, po ciekawość i trochę zazdrość, bo córka jego ojca nie musi pracować jak on, zarabia w social mediach, gdzie czasem „wystarczy być”.
Tak, to wystarczy wielu, zbyt wielu bohaterom tej poruszającej powieści. Stanie w miejscu. Nadużywanie środków, dzięki którym trudna do uniesienia rzeczywistość staje się lżejsza. Tu rany z przeszłości tkwią w psychice każdej osoby należącej do tych dwóch pokoleń. To starsze egzemplifikowane jest między innymi przez matkę bohatera. Retrospekcje z nią związane są jednocześnie czułe i pełne surowości. Jednak ona nadal jest, nadal kocha i nadal chciałaby dla swoich synów najlepiej. Sean nie ma najlepiej, ale zaskakująco lekko przyjmuje ciosy od losu, jak również zdroworozsądkowo analizuje sytuacje graniczne, w których pojawia się sporo agresji. Ten dorastający chłopak nie może się zdecydować: melanżować ze znajomymi i odpływać od rzeczywistości, czy chwytać ją za barki w prozie, którą może tworzyć, bo ma ku temu kompetencje.
„Blisko domu” to panorama społeczna północnoirlandzkiego społeczeństwa, którego punktem odniesienia zawsze jest jakiś konkretny podział. Widzimy to też w sferze, w której debiutant portretuje emocje swoich bohaterów. Są mocne momenty tej książki, w której nie ma nic pomiędzy – albo przemoc, albo bycie ofiarą. Pomocny i w gruncie rzeczy przecież dobry Sean kradnie w kasach samoobsługowych. Jego równie dobra matka tkwi w dysfunkcjach, które rozsadziły rodzinę i oczywiście nie była to wcale tylko jej wina. Nie ma tu wyraźnego podziału na dobre i złe postępowanie. Zasuwanie na morderczych zmianach w gastronomii łączy się tu z marzeniami, by wyjechać bliżej (Berlin) albo dalej (Australia), ale cały czas z mrzonką o tym, że daleko od domu na pewno będzie lepiej.
Sam Belfast – lata po zakończeniu otwartego konfliktu – wydaje się tu klatką, która skutecznie zamknęła w sobie ludzi podzielonych już na zawsze. Nieświadomych możliwości kreowania życia bez tworzenia w nim opozycji. Od czegoś zawsze trzeba uciekać, ku czemuś kompulsywnie dążyć i w dodatku cały czas się bać. Źródła lęku są różne, ale najważniejszym jest codzienne życie. Wtedy, kiedy jest się trzeźwym, świadomym biedy, trudności w funkcjonowaniu i spoglądającym w lustro. Sean nie będzie wiecznie chłopcem, który zasłoni się przed wszystkimi fioletowym kocem. Nie będzie obok życia, życie da mu w kość, a on stanie do walki o zrozumienie, dlaczego tak się dzieje. Dramaturgia, nostalgia, niezwykle opisane zwykłe elementy życia. Wierzę mocno, że tacy debiutanci jak Michael Magee to przyszłość literatury. Gdybym był sądem, za tak znakomicie stworzoną książkę, która jest wręcz powalającym ciosem, nakazałabym w ramach prac społecznych napisać kolejną. „Blisko domu” to przykład tego, jak pisać o twardzielach sentymentalnie i jak zachować sentymentalizm, gdy opisuje się pełne rezygnacji i smutku życie wokół.
---
Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

