2026-01-07

„Wymieranie Ireny Rey” Jennifer Croft

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 28 stycznia 2026

Przekład: Kaja Gucio

Liczba stron: 464

Oprawa: miękka

Cena det.: 59,90 zł

Tytuł recenzji: Język, niewidzialność, tworzenie

Dopiero od kilku lat na polskim rynku wydawniczym jest w dobrym tonie umieszczanie personaliów tłumaczy literatury zagranicznej na froncie okładki. Pamiętam czas, gdy nazwisko człowieka, który przełożył daną powieść, umieszczane było w najlepszym przypadku na stronie tytułowej, a nierzadko dopiero gdzieś dalej, drobnym drukiem. Jeszcze całkiem niedawno – i chyba w przypadku niektórych oficyn jest tak dalej – imię i nazwisko tłumacza nie pojawiało się na stronie internetowej oferującej daną książkę. Nie wspominam o marnych zarobkach za taką mrówczą pracę. Robię ten krótki wstęp do omówienia „Wymierania Ireny Rey”, bo jest to pozycja wyjątkowa: opowieść, chwilami szalona fantazja o potędze słowa tłumaczonego, o tłumaczu jako osobie i o tym, że często pisze on książkę wraz z autorem, a fragmentami zamiast niego.

Powieść Jennifer Croft – zajmującej się zawodowo także przekładami! – należy w gruncie rzeczy do Kai Gucio, która pozwala sobie i na wstępie, i w przypisach zaznaczać swoją obecność w tej powieści. Można odnieść wrażenie, że mamy tu do czynienia ze zbytnią ingerencją w pierwotny tekst. Jednak to jest potrzebne, by pewne kwestie podkreślić. Jak wspomniałem, jest to historia o mocy przekładu, trudnościach i otwierających się wtedy furtkach, zgrabnie spleciona z opowieścią sytuacyjnie przypominającą niektóre powieści Agathy Christie: grupa tłumaczy zbiera się w odludnym miejscu – będącym jednym z niemych bohaterów książki – by przetłumaczyć na własne języki ważną powieść. Ważnej autorki. „Nasza autorka” – tak nazywana jest enigmatyczna Irena Rey. Ta historia połączy ze sobą wiele wątków i problemów – od filozofii po kwestie proekologiczne ‒ ale będzie także ciekawym studium psychologicznym postaci. Szczególnie tej, która prowadzi narrację. Tej, z którą w dużym stopniu utożsamia się sama Kaja Gucio.

To tłumaczka w pełni świadoma swojej wartości. Dobierająca do swej pracy książki nietuzinkowe; mam wrażenie, że każda musi być „z pazurem”, by tłumaczka gotowa była się zanurzyć w jej oryginalnych słowach. Dość wspomnieć, że Gucio tłumaczyła między innymi wstrząsającą „Pieśń proroczą” Paula Lyncha czy świetne „Nasze winy” Louise Kennedy. Albo brzmiący dynamiką gniewu „Manifest” Bernardine Evaristo. Wspominam jedynie kilka wydanych jakiś czas temu pozycji, bo dorobek tłumaczki jest ogromny, ale nie wiem, czy jeszcze w którejś z nich nie pozwoliła sobie na eksperymentalne bycie na pierwszym planie, by udowodnić, na czym polega praca tłumacza i z jakimi trudnościami, wątpliwościami i zaskoczeniami można się mierzyć, de facto tworząc książkę na nowo. Tłumaczka bez osłonek pokazuje swoją dominację nad Jennifer Croft. Bo ma to wyraźny związek z przesłaniem i fabułą powieści… o tworzeniu powieści, kształtowaniu jej w innych językach i wynikających z tego komplikacjach.

„Co my tu tak naprawdę robimy?” – pyta jeden z bohaterów i to pytanie wydaje się przebijać z każdego akapitu tej książki, której gatunku nie da się określić. Może być nawet traktatem filozoficznym, a z drugiej strony – opowieścią o tym, jak dajemy się zwieść iluzjom kreowanym przez słowa. Charakterom innych ludzi. W końcu naturze, która bywa okrutna i nieprzychylna. Będą tu ludzkie szczątki i duchy. Napięcia tworzone przez relacje bardzo różniących się ludzi, którym podmiotowość nadają wprowadzone dopiero później imiona. Są elementy powieści łotrzykowskiej, sagi rodzinnej, kryminału, a także dużo humoru, głównie sytuacyjnego (jak dla mnie najlepsza scena z kurierem wzbudzającym postrach znajdujących się w budynku ludzi, którzy muszą mu otworzyć drzwi). Najlepszy jest jednak sam tytuł, bo znakomicie i wieloznacznie odnosi się do tego, co będzie się działo w wyobraźni czytelnika. Nie chodzi tylko o to, że pisarka Irena wciąż pojawia się i znika, a gromadząc materiały do swoich dzieł, robi rzeczy co najmniej dziwne, czasem niemoralne, jest złodziejką i manipulantką w stosunku do zatrudnionych przez siebie tłumaczy. To postać, która jest trochę widmowa, za to konkretne stają się problemy, gdy do Puszczy Białowieskiej przybywają pewni ludzie i zaczynają rozprawiać o kształcie świata formowanego przez język, jak również o jego historii, o okrucieństwie i poczuciu wyobcowania, gdy przebywa się w okolicy, która trochę przypomina miejsce zesłania, gdzie za wszelką cenę trzeba dać sobie radę.

Nikt z obecnych nie jest w stanie niczego wyczytać z „czarnych otchłani” oczu Ireny Rey, nikt też nie jest w stanie zrozumieć struktury zadania, jakie im powierzono. Gwiazda mediów, skandalistka pojawiająca się w życiu zleceniobiorców wyznacza im cel, który nie jest do końca jasny. Pojawia się też trop tragiczny: zleceniodawczyni nie żyje. By przetłumaczyć powieść, o którą jej chodzi, trzeba pojąć także inne. Dotrzeć do skomplikowanych, niezrozumiałych treści. A przy tym wszystkim nauczyć się żyć i pracować jako wspólnota. Obraz jej tworzenia się i rozpadu to jeden z ciekawszych elementów tej książki.

„Wymieranie Ireny Rey” bardzo zgrabnie pokazuje irracjonalizm i zwroty akcji. Chwilami można odnieść wrażenie, że nie akcja jako taka ma tu znaczenie, liczą się przede wszystkim dylematy, wobec których stają tłumacze czyniący z tej prozy tak wielowątkową narrację dotyczącą opowiadania o świecie. Bohaterowie w jednym czasie za pomocą różnych języków czynią tę historię zupełnie nieprzewidywalną, choć problemy są tu wyraźnie zarysowane – niektóre w niezwykle szerokich kontekstach.

Jest tu miejsce na przyjaźń, wrogość, romans, ekscentryczny pojedynek dwóch tłumaczek oraz… sporo symboliki związanej z pojęciem grzyba i grzybni. Bo Croft pisze o tworzeniu, ale także o pasożytnictwie i niszczeniu. Zarówno w świecie przyrody, jak i w tym, w jaki sposób postępujemy z językiem, kalecząc go albo pozwalając, by dzięki niemu powieść odrodziła się w lepszej wersji. W pewnym momencie pojawia się konstatacja, że geniusz Ireny Rey „należał do nas wszystkich”. Że w odludnym miejscu – bo często w takich warunkach pracują tłumacze, jest to jeden z niewielu fachów, w których należy pozostać tylko ze sobą, no i z tekstem – pojawiają się demiurdzy niemający śmiałości, by tak się nazwać, albo pewni siebie w stopniu przekraczającym granice dobrego smaku. Ta powieść tworzy bohaterów i kształtuje ich osobowości niczym plastelinę, bo tak działa język: twórczo, odkrywczo, destrukcyjnie, demaskatorsko. Dlatego „Wymieranie Ireny Rey” może być powieścią o kreatywności odtwarzania, które staje się stwarzaniem. Może opowiadać o odkryciach dokonywanych w samym sobie, kiedy obcuje się z tekstem kogoś innego, a zwłaszcza gdy można te doświadczenia porównać z czyimiś. Może być o kreatywności, którą dostrzega tylko twórca, nie otoczenie. A tutaj otoczenie to nie tylko dzika puszcza. To wspomnienia, wzmianki, dyskusje o fantazjach literacko-filozoficznych i faktach przypominających chwilami te z „Archiwum X”.

Pojawia się też teza – rozwijana oczywiście szerzej – inwazyjności tłumacza wobec tekstu, z którym ma pracować. Ale przede wszystkim to odważna i bardzo ważna powieść o ludziach niewidzialnych. Tytułowe wymieranie będzie miało wiele znaczeń, jednak uważam, że Croft z goryczą połączoną ze specyficznym poczuciem humoru zwraca uwagę na istotę pracy kogoś, kto często bywa niewidzialny. Jakie to szczęście, że jego imię i nazwisko pojawia się wraz z imieniem i nazwiskiem autora bądź autorki książki zagranicznej. Jednakże wciąż jest to specyficzna niewidzialność. A nagromadzenie zaskakujących cech charakterów bohaterów tej powieści podkreśla różnorodność, dynamikę, ścieranie się i wewnętrzną walkę o istotę każdego słowa. I fantazja na koniec: czy jest tu mowa o palimpseście, który jednocześnie pozwala na kreację i destrukcję? Bardzo ciekawa powieść, która powinna zostać wydana 30 września, w Międzynarodowym Dniu Tłumacza. Tymczasem otwiera nam rok wieloma pytaniami, na które nie jest łatwo znaleźć odpowiedzi. Zwłaszcza czytelnikom takim jak ja, którzy na co dzień preferują czytanie książek zagranicznych.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 


2025-12-30

„Rzeka Czerwona” Louise Erdrich

 

Wydawca: Wydawnictwo ArtRage

Data wydania: 19 maja 2025

Przekład: Agnieszka Walulik

Liczba stron: 432

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 69 zł

Tytuł recenzji: Prowincja rzeki

Dakota Północna. Tu kończy się lub zaczyna Ameryka. To tutaj żyją rdzenni Amerykanie i żyli ich przodkowie. Tu nie ma niczego poza polami uprawnymi, farmami i ludźmi, którzy muszą dzielnie mierzyć się sami ze swoimi problemami. Kiedy czytałem genialną książkę Jakuba Nowaka „To przez ten wiatr”, marzyłem o tym, by przeczytać podobnie pasjonującą opowieść o amerykańskiej prowincji. Ale stworzoną przez kogoś stamtąd. Kogoś, kto z pozornej pustki, jałowości i marginesu wydobędzie barwny świat. Bo w „Rzece Czerwonej” znajdzie się tak wiele, jak wiele różnych rzeczy wyciąga ze starych książek oddawanych przez czytelników jedna z bohaterek. Do tego autorka prowadzi narrację konsekwentnie niespiesznie, choć pisze czasem o dramatach, które wymagałyby podkręcenia tempa. Jest statycznie, ale fascynująco. Erdrich układa ze zdań rozdziały swobodne niczym tytułowa rzeka. Punkt odniesienia dla wszystkich, których połączą i rozdzielą namiętności. To świetnie skonstruowana opowieść o tym, że ludzie są autodestrukcyjni i podobnie niszczycielscy wobec ziemi, na której żyją, ale potrafią również się odrodzić, odnaleźć w innych realiach. Jest to też jedna z niewielu przeczytanych przeze mnie książek z detalami opisujących świat przyrody, który okrutnie krzywdzimy. Tej przyrody mającej często siłę oprzeć się takim krzywdom. Jak ludzie doświadczeni tutaj boleśnie przez los – przez przypadek lub na własne życzenie.

Powieść otwiera znakomicie skonstruowana scena, w której Crystal prowadzi w nocy ciężarówkę załadowaną burakami cukrowymi – między innymi z ich uprawy żyje stan. Kolejna zmiana od zmroku do świtu. W tę i z powrotem. Takie życie. Ważne, że jest praca, że bohaterka ma swój własny dom, że jest spełnioną matką i żyje w dość interesującym związku. Trudno wskazać u Louise Erdrich jakiegoś głównego bohatera, ale to losy Crystal przykuły moją uwagę najbardziej. Pokazane jest, jak wielu trudności na przestrzeni dwóch dekad doświadcza kobieta zmuszona do zmagania się z nimi sama. Problemy piętrzą się, czasami stają nie do uniesienia. Nagle znikający mąż. Córka opuszczająca dom i biorąca ślub z młodzikiem, z którym nigdy nie powinna się wiązać. Świetnie pokazane jest prowincjonalne towarzystwo kobiet w średnim wieku skupionych wokół klubu książki, gdzie niekoniecznie o książkach się rozmawia. To chyba jedyna przynależność Crystal, której bohaterka nie utraci. Reszta stanie się chaosem. Ciągiem desperackich prób utrzymania się na powierzchni normalnego życia. Ileż witalności i determinacji jest w kobiecie, która musi zmierzyć się z tyloma formami wyobcowania! Jednakże autorka dba o detale w portretowaniu także innych osób.

Choćby córki Crystal. Wyruszającej z domu, by dokonać ważnych życiowych wyborów. I podejmującej decyzje, które będą miały konsekwencje, gdy życie zamknie ją w swoistej klatce poza domem, poza zasięgiem wpływu i czułości matki. Ta zmuszona będzie schować gdzieś wszystko, co czułe, bo musi stać się jeszcze bardziej pragmatyczna, niż jest. Etapy walki, opisy przegranych, doświadczenia upadków i ważne dla bohaterów, lecz przecież niezbyt istotne dla świata chwile podnoszenia się i odzyskiwania części tego, co utracone – to w zasadzie esencja „Rzeki Czerwonej” skoncentrowanej na kłopotach ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu cierpią z powodu problemów natury gospodarczej, ekonomicznej i demograficznej.

Ale Dakota Północna żyje, choć jest prowincjonalna, nie każdy wskaże ją na mapie, a ludzie zamieszkujący ten region nie myślą o przeniesieniu się poza tereny sąsiadujące z surową rzeką. Niezwykle opisana już na wstępie, niebezpieczna i zabójcza potem, wciąż obecna i choć zmieniająca kształty i koloryt, ciągle płynąca naprzód. Naprzód podążają też młodzi ludzie w miłosnym trójkącie, który przeradza się w kolejną opowieść o wyborach i ich konsekwencjach. I o dramatach, które mogłyby nie nastąpić, a się zdarzają. Dzieją się również rzeczy metafizyczne. „Rzeka Czerwona” nie jest jedynie realistyczną obyczajówką koncentrującą się na nieodzownych tu związkach człowieka z ziemią. Stwierdzenie „ziemia to ład” nabiera znaczenia dopiero wówczas, gdy zaczniemy odkrywać, ile nieładu i przypadkowych dramatów pojawi się w życiu ludzi, którzy dokonują wyborów, ale nie analizują, czy wybrali właściwie.

Produkcja cukru nasuwa skojarzenie z tym, że życie potrafi być niekiedy przesłodzone, a potem gorzkie nie do wytrzymania. Doświadczy tego szczególnie chłopiec stający się mężczyzną, który bardzo pragnie mieć żonę i tę żonę zdobywa, jednak nie udaje się zdobyć jej serca. Ono pozostaje przy kimś innym. Kochającym książki. Młodszym. Niestety decydującym się na podróż, by przy odwiertach zarobić dużo pieniędzy. Nikt tutaj tych pieniędzy wiele nie ma, jednakże obracanie nimi kreuje kolejną interesującą opowieść. Z dowcipnym akcentem: historią rabusiów bankowych, bo okazuje się, że czasem trzeba bez pytania wziąć coś cudzego, by stworzyć coś własnego. Bohaterom tej powieści chodzi głównie o stabilność utrzymania domu. Rodzina jest tu bardzo ważna. Religia też – to ona narzuca rytm życia i myślenia. Wszystko toczy się powoli, ale jednocześnie świetnie widać, że po równi pochyłej. Czy pogubieni w sobie Amerykanie ze stanu zapomnianego przez Boga odnajdą równowagę? Czy uda im się osiągnąć wytyczone cele?

„Rzeka Czerwona” to również opowieść o toksyczności. Tej dosłownej, gdy mówi się o używaniu chemikaliów, by wspomagać uprawy, ale także tej metaforycznej. Ziemia, na której żyją prezentowane tu z detalami rodziny, to miejsce potwornych zdarzeń. Autorka zgrabnie łączy opowieść o historii regionu z tym, jak zmiany – zwłaszcza w jego środowisku naturalnym – wpłynęły na naturę ludzką. Erdrich łączy również pokazywanie dramatów egzystencjalnych z humorem słownym i sytuacyjnym. Jej bohaterów można określić jako ludzi z krwi, kości i pamięci. A także jako zagubionych frustratów, którzy nie chcą przyznać się do frustracji, bo w Dakocie Północnej trzeba być silnym, a ze słabościami radzić sobie samodzielnie. Podoba mi się sposób, w jaki cieniowane są dramaty, by to pokazać. Bohaterowie mogliby wylać dużo więcej łez, gdyby tylko im pozwolono. Ale widzimy ich głównie w działaniach. W relacjach, które się coraz bardziej wikłają albo rozpadają. Tak jak rozpadł się świat natury, który czule wspominają członkinie klubu książki.

Są tu też apokaliptyczne wizje, duchy, niespodziewane zwroty akcji z udziałem bohatera drugiego planu. Jest też wiele o tęsknotach, których nie da się zaspokoić. Bo ludzie z miejsca, w którym się znajdziemy, mają ograniczone możliwości wyboru, także w kwestii osiągnięcia życiowego spełnienia. Dlatego niektórzy szczęście odnajdują w zwyczajności. A część rozpaczliwie chce tworzyć więzi, które jednak nigdy nie staną się trwałe i donikąd się dzięki nim nie dotrze. Sentymentalna, wielowymiarowa i z bardzo solidnie zbudowaną bazą obyczajową powieść o tym, jak trwa się i płynie pośród codzienności, której rytm jest wyznaczany przez rutynę. Jednak u Erdrich ta rutyna oznacza pasjonującą przygodę dla czytelników.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ