2026-03-23

„Jeśli nie wolno nam śpiewać” Elizabeth O'Connor

 

Wydawca: Wydawnictwo Cyranka

Data wydania: 2 kwietnia 2026

Liczba stron: 222

Przekład: Kaja Gucio

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59 zł

Melancholijna, pełna przepięknych opisów przyrody, a przy tym smutna przypowieść o przynależności i zawłaszczaniu. Ta krótka książka zawiera w sobie wszystko to, co niezbędne w dobrej powieści obyczajowej: główną bohaterkę portretowaną w specyficzny sposób, miejsce będące istotnym elementem historii tworzenia tożsamości i naprawdę poruszające wizje współistnienia człowieka, lądu i morza. Biorąc pod uwagę istotny motyw umierającego na plaży wieloryba, Kaja Gucio ponownie pokazała swój translatorski pazur, bo zamiast dość oczywistego „Whale Fall” zaproponowała nam tytuł sięgający dużo głębiej, jeśli chodzi o ukazaną tutaj problematykę. Kameralna, nasycona nienazywanymi wprost emocjami opowieść o morzu, które kształtuje społeczność, i o społeczności widzianej w swym odosobnieniu jako świetny materiał do badań antropologicznych. A jednocześnie historia o krzywdzie zadanej zamkniętej społeczności.

Głównym bohaterem – niemym, lecz wciąż obecnym – jest morze. Niebezpiecznie zbliżające się do domostw. Narzucające swoje bezwzględne prawa. Gotowe oszołomić swym majestatem na zawsze albo zabić w jednej chwili. Kolejnym bohaterem jest wyspa zderzona z tym morzem. A później istotni stają się ludzie. Przede wszystkim osiemnastolatka, która prezentuje swój świat w bardzo prosty sposób, a to, co prozaiczne, jest tu niesamowicie ważne. Czytamy o prostych ocenach i osądach. Co jest ładne, czego bohaterka nie lubi, o czym marzy i czym się na co dzień zajmuje. Manod, jak inni, żyje prawami tej wyspy, ale zdobyła dużo więcej samoświadomości niż inni mieszkańcy tego miejsca, w którym głównym zawodem kobiety jest bycie żoną. Na taki brak wyboru nie ma miejsca w jej planowaniu życia. Musi być jednak pragmatyczna, ma pod opieką ekscentryczną siostrę, która w przeciwieństwie do Manod posługuje się tylko językiem walijskim, nie chce uczyć się angielskiego i nie ma zamiaru opuszczać wyspy.

Manod czasami o tym myśli. O świecie, w którym gdzieś daleko znów zaczyna być groźnie, bo ledwie morze skończyło wyrzucać na brzeg resztki tego, co zostało po Wielkiej Wojnie, coraz częściej słyszy się, że nadchodzi kolejna. W wiosce pośród urwisk i wrzosów słychać przede wszystkim krzyk morskiego ptactwa, a ludzi nie zajmują wieści ze świata, lecz proste czynności służące przetrwaniu. Rybacka wioska ma swoją niepisaną hierarchię ugruntowaną przez baptyzm, a Manod nie żyje w jakimś konflikcie wewnętrznym, bo przyjęła to, kim jest i kim ma być w niewielkiej społeczności uzależnionej od darów morza i jego gniewu oraz od natury, która decyduje za ludzi. Łatwiej jest przetrwać w małej izolowanej społeczności, jeśli sfera pragnień i oczekiwań jest ograniczona.

W opowieści skoncentrowanej na kilku miesiącach pojawiają się jednak ludzie, którzy zakwestionują poczucie przynależności Manod, choć i ona sama gdzieś w głębi siebie gotowa była na egzystencjalny zwrot; już na samym początku wspomina, że oczekuje „aż coś pęknie”, antycypuje jakiś niepokój i nieład, które wkradną się na wyspę – i tak się dzieje. Pojawia się para naukowców, którzy przybyli badać specyficzny rejon. To przybycie rodzi w dziewczynie nadzieję na zmianę, inny los. Nie ma bowiem zamiaru poślubiać jedynego w osadzie rówieśnika, a on sam – jak wielu młodych mężczyzn – szybko opuszcza wyspę, by prawdopodobnie paść ofiarą działań wojennych, bo przecież każdy z czytających zdaje sobie sprawę, że faszyzm ma się dobrze, a świat stoi na krawędzi stabilizacji i za chwilę stoczy się w międzynarodowy konflikt. Ale na razie są jesienno-zimowe miesiące i ludzie, którzy przybywają, by przyjrzeć się specyficznej społeczności, spisać miejscowe podania i ludowe opowieści niejednokrotnie pełne skomplikowanych dla badaczy metafor ocierających się o aberracje.

Manod nie spodziewa się tego, co przyniesie do jej wioski para wykształconych ludzi żyjących w innym świecie. Tym, który przyspieszył, i tym, w którym rządzą inne prawa niż te narzucane otaczające ją surowe morze. Co się wydarzy, gdy skryte pragnienia ożywi dwójka ludzi, która finalnie w okrutny sposób wykorzysta dziewczynę? A może wykorzystanie to niezbyt adekwatne słowo. Może Manod po prostu zrozumie, jak wygląda świat, do którego chciałaby zajrzeć. Świat skonstruowany inaczej niż ten jej dobrze znany, egzemplifikowany przez historie wyśpiewywane przez dziewczynę.

Elizabeth O'Connor opowiada dość uniwersalną historię o tym, że zderzenia zamkniętych społeczności z tak zwanym światem zewnętrznym to zawsze konfrontacja, w której finał jest przewidywalny. Powieść ta jednak pozostawia nas w niepewności i przyglądamy się bardzo uważnie temu, w jaki typ zależności wejdzie osiemnastolatka z faszyzującą naukowczynią z Oksfordu i jej niefrasobliwym kolegą po fachu, dla którego najważniejsze są sprzęt i zadanie do wykonania, ewentualnie bliskość ciała Manod. Tak jak morze zawłaszcza mentalność i emocje żyjących na wyspie ludzi, tak przybycie obcych wpłynie zawłaszczająco na tych, którzy z różnych powodów nie godzą się na życie pośród malowniczej, lecz często okrutnej przyrody. Na przykład Manod. Nieświadoma tego, że kobieta wcale nie musi być czyjąś żoną. Wabiona wprost i bez skrępowania, żeby uwierzyć w coś, co nigdy nie będzie miało racji bytu. „Mogłabyś uchodzić za Angielkę” – słyszy nastolatka, która nie jest pewna, czy to powód do dumy, czy niepokoju. A ten rozszerza się i komplikuje. Tak jak morze wyrzucające na brzeg wieloryba, którego tragiczną sytuację przekuwa się na cudzą korzyść, tak Manod zostaje gwałtownie wyrzucona ze swojego naturalnego środowiska, bo ktoś coś jej obiecuje i daje szansę na to, by zmienić życie. Życie, które mogłoby przestać toczyć się na marginesie. A przecież jest tak bardzo intensywne, choć autorka „Jeśli nie wolno nam śpiewać” stwarza duży dystans wobec głównej bohaterki. Pokazuje jednak wyraźnie inne mechanizmy. Nie tyle zawłaszczania, ile traktowania społeczności przedmiotowo. Badawczo nie znaczy wcale z empatią. Nie ma tu w ogóle mowy o jakichkolwiek ciepłych uczuciach, wszystko wydaje się niespokojne jak morze i w taki sam sposób nieprzewidywalne.

To morze jest romantyzowane przez przybyszkę i traktowane bardzo pragmatycznie przez Manod. Odwrotnie jest w kwestii poczucia przynależności do praw natury. Kobieta z zewnątrz opowiada o kobiecym samostanowieniu. Manod od urodzenia jest przekonana, że stanowić o sobie może tylko w ścisłym połączeniu z naturą. Sielankowe zabawy z fokami łączą się tutaj z okrucieństwem scen, kiedy główna bohaterka zaczyna dostrzegać, że jest wykorzystywana. Jak przedmiot. Glina, którą można uformować zgodnie z własnymi oczekiwaniami. Sztucznie wyreżyserowane zdjęcie rybaka z wyspy, pozwalające na dopisanie historii na potrzeby akademickie. Bo przecież jest tu badany świat, który ma się dobrze od wieków, ale to wszystko może się skończyć. „Czy my znikamy?” – na tak postawione pytanie Manod nie uzyskuje odpowiedzi, podobnie jak czytelnik nie będzie miał do końca pewności, w którym kierunku podąża bohaterka, co ostatecznie się wydarzy i jaka zmiana nastąpi. Co pęknie i już nigdy nie będzie takie samo. Ta „dziwna książeczka o walijskich rybakach”, jak określa ją w podziękowaniach autorka, jest głęboko humanistycznym pochyleniem się nad tym, co znaczą pokora wobec natury, współistnienie z nią i konsekwencje zapominania o niej. Z zapierającymi dech w piersiach poszczególnymi scenami malowanymi językiem niezwykle obrazowo opisującym naturę. Piękna książka o tragicznych utratach i braku możliwości, by je jakoś zrekompensować. O niespełnionych pragnieniach i o tym, że większość z nas musi w życiu zadowolić się tym, do czego przynależy z racji swojego urodzenia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-03-16

„Pokój Vilhelma” Tove Ditlevsen

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 4 marca 2026

Liczba stron: 184

Przekład: Iwona Zimnicka

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 44,90

Tak się składa, że przeczytałem dwie powieści Tove Ditlevsen. Tę pierwszą, pięć lat temu, o wchodzeniu w życie z brzemieniem egzystencjalnej samotności i wyobcowania. Tę drugą, teraz omawianą, ze świadomością, że pisarka wraca do tego, co ciążyło jej już od początku drogi życiowej: poczucia, że z różnych powodów nie może podejmować odpowiednich dla siebie decyzji i że jest wykluczona z życia mimo nawiązywania nowych relacji, a przede wszystkim – mimo wejścia w związek (który okazał się toksyczny i destrukcyjny). „Ulicę dzieciństwa” wydano w małej oficynie i przez to publikacja przeszła bez większego echa; obdarzona autobiograficznymi cechami autorki postać miała na imię Ester. W „Pokoju Vilhelma” jest to Lise. W tamtej książce dorastająca dziewczyna przekonywała się, że determinujące ją robotnicze pochodzenie uchyla jedynie drzwi do życia w spełnieniu i w zgodzie ze sobą. „Pokój Vilhelma” to jakby epitafium – historia o tym, że autorce udało się przejść przez te uchylone drzwi, ale mimo tego, co realnie w życiu osiągnęła i jak dużą niezależność zdobyła, wciąż pozostawała uwięziona w sobie. Jej ostatnia książka to świadectwo różnego rodzaju bierności, podległości i poczucia, że oto zbliża się moment, w którym można wybrać godnie. A godnie jest odejść. Nie tylko od męża, który tyranizował ją na wiele wyrafinowanych sposobów. Ta książka w każdym kolejnym rozdziale zapowiada to, co się zdarzyło niedługo po jej napisaniu. Ditlevsen wybrała. Nie rozsądne życie, które jej zdaniem wybierają ludzie będący dla niej zagadką, lecz śmierć – bo głównie autodestrukcja towarzyszyła jej przez wszystkie te lata, kiedy rzekomo uciekała od traum młodości i się rozwijała. Albo próbowała uciec, bo w „Pokoju Vilhelma” poza mężem pojawia się też wspomnienie kostycznej matki, w której dojrzała już Else nigdy nie miała wsparcia.

Ten pokój już nie istnieje” – tak zaczyna się książka, w której dzieje się coś zupełnie innego. Mimo fizycznej destrukcji pomieszczenie symbolizujące charakter życiowego partnera wysysającego z małżonki życie nabiera nowych kształtów i jest punktem wyjścia specyficznej narracji. Podobnie jak w „Ulicy dzieciństwa” duńska pisarka stawia na panoramiczność. Umieszcza siebie ze swoimi dylematami i problemami pośród innych osób. Tu pojawiają się specyficzne postacie, które pomagają albo utrudniają przyjęcie do świadomości tego, że jej rola w związku z tym konkretnym mężczyzną – narcystycznym i histerycznym, stosującym każdy rodzaj przemocy wobec żony – miała jakiś cel. Relacja ta, w której kobieta się dusiła, nie tylko spotęgowała cierpienie wewnętrzne. Przyniosła także fascynacje – wyborami męża, który przebiera w kochankach, a Lise gotowa jest zbliżać się do tych kobiet, licząc może na to, że w relacjach z nimi zrozumie, co sama robiła niewłaściwie, by zaspokoić potrzeby męża. Te i inne zachowania nadają postaci enigmatyczności. A raczej dają możliwość ujrzenia jej jako specyficznej istoty – kobiety rozpaczliwie usiłującej wydostać się z marginesu życia, na który została wypchnięta.

Poza panoramicznością, która dodaje tej historii wiarygodności, mamy tutaj ciekawe wolty narracyjne. Nie mam na myśli tylko tego, że Tove Ditlevsen w konkretnych momentach przechodzi do intymnej narracji pierwszoosobowej, by oddalić się potem od sedna prezentowanych problemów egzystencjalnych Lise. „Pokój Vilhelma” jest opowieścią przełamaną na pół. Najpierw wnioski wyciąga się z kontekstów i charakterów ludzi z otoczenia Else. Potem to otoczenie jakby się zawęża, jesteśmy blisko, coraz bliżej samotności i cierpienia kobiety, która rozpaczliwie próbuje jeszcze przez chwilę wierzyć w to, że dane są jej jakieś szanse. Że to życie, w którym pojawi się jakakolwiek forma spełnienia czy radości, jeszcze może mieć miejsce. Z wielu powodów nie może. Początkiem osuwania się w mrok i oddalania od rzeczywistości nie jest związek z mężczyzną, który przyniósł tyle cierpienia, że później staje się czasem koncentrującym w sobie kolejne wydobywające się z bohaterki emocje. To proza egzemplifikująca bardzo specyficzną wrażliwość w zakresie intelektualnym i emocjonalnym. Niebywałe jest, ile asocjacji pojawi się w tak krótkim tekście opowiadającym w zasadzie całe życie przez pryzmat złego wyboru człowieka, z którym chciało się spędzić życie. „Pokój Vilhelma” to także połączenie brutalności prozy realistycznej z esejem i poetyckim odzwierciedlaniem wnętrza, w którym jest już coraz ciemniej – emocje przytłaczają, wspomnienia uwierają coraz mocniej, ludzie z bliższego i dalszego otoczenia jedynie przypominają w różny sposób, że życie Else to klęska. Ale widmem i odniesieniem do tego najgorszego jest oczywiście ten, który nie zamieszkuje już pokoju, w którym po rozstaniu mentalnie zamieszkała straumatyzowana po związku kobieta, której wartość podważana i kwestionowana była przez cały czas. Zwłaszcza ten segment jej życia, który był odważną i intrygującą drogą do stawiania się artystką. Tu artyzm widać w słowach i zdaniach, które symbolicznie płaczą. A Else może tylko powstrzymać szloch i opowiadać. Tyle, ile gotowa jest opowiedzieć tuż przed tym, gdy pożegna się z tym wszystkim, co jest nie do zniesienia.

Tak łatwo się z tego nie wywiniesz” – to słowa męża, które Elsa słyszy w odpowiedzi na zadane wprost pytanie, czy chce rozwodu. Owszem, Else nie wywinie się z tej przerażającej relacji nigdy. Będzie niczym ofiara, która myśli o sobie jak o kacie. Jakby Vilhelm był szklaną figurką, którą przez przypadek upuściła na podłogę i rozbiła. Ale to on rozbija ją. Sukcesywnie, fragment po fragmencie, deprecjonuje ją w roli kobiety, żony, kochanki, artystki, ale przede wszystkim życiowej partnerki. Nieudolnej. Niepotrafiącej załatwić prozaicznych spraw, zająć się rachunkami czy tak zwanym prowadzeniem domu. Cierpienie Else jest sumą doświadczeń wytrącania z ról, które osiągała w sposób znacznie bardziej skomplikowany niż inni. To książka o deprecjonowaniu osobowości twórczej, która z tego deprecjonowania czyni fantazję literacką i pisze powieść przenikającą odbiorcę na wskroś. Jest prezentowaniem tej bolesnej równi pochyłej, na której Else próbuje przez chwilę znaleźć równowagę, ale nie ma ku temu możliwości. Jest zniszczona i zdegradowana. Obrazowanie w „Pokoju Vilhelma” staje się tym bardziej sugestywne, im mniej jest Else w niej samej. Ostatecznie jest to gorzki rozrachunek z samą sobą. A postać – widmo męża, który nigdy nie odszedł, tak jak nigdy nie przestał istnieć jego pokój – staje się punktem wyjścia opowieści o obrzydliwości męskiej dominacji nad kobietą i feministycznej próbie sprzeciwu, zatrzymaniu tego procesu zawłaszczania oraz destrukcji.

Ale Ditlevsen wciąż o autodestrukcji pisze. Od wskazania utraty elementarnych radości bycia w związku po kształtowanie go sobie na specyficznych zasadach w głowie, w której nie mieści się to, że można otrzymać tyle informacji zwrotnych o swej bezużyteczności. Jako znakomita twórczyni potrafi o bólu i odtrąceniu opowiedzieć za pomocą wielu środków wyrazu. Jako kobieta, której cieniem jest przemocowy mężczyzna, Else potrafi już tylko orbitować wokół mrocznych wspomnień i zbliżać się do ludźmi, z którymi nie powinna tworzyć relacji. Jej świadomość płynie na fali trafnie dobranych słów i zdań. Wszystko ma tu artystyczny sens. Nic nie ma sensu, kiedy spogląda się wstecz, dostrzega własną egzystencję jako pasmo porażek.

Ditlevsen nie pisze o nich jednak wprost. Wręcz przeciwnie: to proza skupiająca się generalnie na procesach odbudowywania ze zgliszcz po relacjach, które się rozpadły. Paradoksalnie chwilami gdzieś między poszczególnymi zdaniami świeci słońce, a do pokoju Vilhelma, z wiecznie zasłoniętymi zasłonami, wpada symboliczne światło nadziei. Nie byłoby wielkości tej książki, gdyby nie była barwną opowieścią o poszukiwaniu wyjścia z impasu. Ale jej największą wartością jest to, w jaki sposób ukazuje proces przyjmowania na siebie kolejnej traumy i tego, do czego prowadziła uległość połączona z boleśnie silnym przywiązaniem. Ale Ditlevsen zamknęła wreszcie drzwi do pokoju Vilhelma. To kosztowało zbyt wiele. Zamknięcie drzwi do swojego dalszego życia. Czy to efekt bezradności, czy zamierzony finał, w którym wreszcie można było stanowić o sobie?

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-03-11

„Alma” Federica Manzon

 

Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga

Data wydania: 18 marca 2026

Przekład: Alina Pawłowska-Zampino

Liczba stron: 320

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Szukając tożsamości

Kobieta wędrująca. I surowa narracja wprowadzająca nas w klimat opowieści, w której najważniejsze będą retrospekcje, ale także to, dokąd zmierza tytułowa bohaterka. „Alma” jest powieścią o podróży w głąb siebie, ale jednocześnie książką o tym, że dawana przez rodziców wolność życiowych wyborów stwarza problemy, gdy chce się określić swą tożsamość. Opozycja „kiedyś” i „teraz” funkcjonuje tutaj równie silnie jak ta nakreślona zaimkami „tu” i „tam”. Federica Manzon proponuje nam opowieść, w której więcej będzie enigmatyczności niż wskazywania wprost emocji lub odczuć bohaterów. Kontrastem do tego staną się niezwykle plastyczne opisy miejsc, które odwiedza bohaterka. Także tych sprzed dekad. Teraz, będąc w średnim wieku, Alma zatrzymuje się na trzy dni w Trieście, lecz to nie będzie wędrówka tylko sentymentalna. Mamy tu specyficzną kobietę, specyficzny rodzaj wrażliwości i pamięci, specyficzną rodzinę tworzącą fundament tożsamości kobiety oraz bardzo wieloznaczną narrację o tym, skąd tak naprawdę pochodzimy, co nas kształtuje i o czym należy zapomnieć, by nie krzywdzić się, lecz poszukiwać odpowiedzi na pytania o siebie. Alma jest poszukiwaczką, jednak przeszłość nie pozwala jej odnaleźć siebie teraz: podczas tych ważnych kilku dni, kiedy wspominane są zdarzenia minionych dekad. 

Zacznijmy od tego, co jest tu zgrabnie określone mianem „pustyni rodzinnej pamięci”. Rodzinę Almy, a także siłą rzeczy ją samą, zawsze określały podziały. Językowe, etniczne, wyznaniowe, światopoglądowe. I geograficzne. Bo po latach bohaterka uświadamia sobie, że to położenie geograficzne miejsca naszych narodzin oraz okolice, w których dorastamy, czynią nas tymi, którymi jesteśmy. Rodzina tkwiła w rozpięciu mentalno-geograficznym, choć pozornie jej członkowie trzymali się blisko siebie. Ale rodzina nauczyła też Almę zachowawczości, pilnowania się w wyrażaniu emocji. Rodzina uczyniła ją czujną na relacje – z mężczyznami, lecz również ludźmi, którzy zachowywali się inaczej w czasie konfliktu zbrojnego na Bałkanach, a teraz pokazują inne oblicze. Alma wciąż pozostała taka sama. Z wieloma pytaniami, na które w rodzinie nie uzyskała odpowiedzi. Jednak umiała ją obserwować. Wiele z tych odpowiedzi znalazła sama. Samodzielnie też wyciągała wnioski, choć niewątpliwie często pod wpływem ojca. Spotkanie z nim w finale powieści mówi nam bardzo dużo o specyficznym charakterze relacji córki z ojcem, ale także o lokowaniu uczuć przez Almę tam, gdzie odbijały się one od ściany, za którą kryły się tajemnice. 

Ojciec był głową rodziny, którą podzieliło wszystko. Matka najlepiej czuła się pośród ludzi z problemami psychicznymi i to im potrafiła dać najwięcej ciepła oraz empatii. Córka i matka żyły w stanie swoistego zawieszenia, w którym wciąż czekało się na mężczyznę, który znikał, pojawiał się, ustanawiał niepisane zasady funkcjonowania domu, a przede wszystkim był tym innym, z bliżej nieokreślonego „tam”. Bliski marszałkowi Tito, podczas gdy Jugosławia uznawała się za najpotężniejszy kraj, i daleki żonie oraz córce, które wciąż widziały w nim cienie i tajemnice. Jest ich zresztą w tej powieści bardzo dużo. Manzon stworzyła świetny kontrast między wizualizacją przestrzeni, w których przebywa Alma, a rozmyciem przemyśleń i emocji wynikających z relacji z bliskimi ludźmi. Nie tylko z rodziną, która była wewnętrznie tak bardzo niejednorodna. 

Chodzi oczywiście o relację miłosną, chociaż takie określenie banalizuje trochę to, co w „Almie” buduje kolejną tajemnicę do rozszyfrowania. Ona poznaje go w bardzo młodym wieku. Dużo ich zbliża, choć równie wiele dzieli. On twierdzi, że nienawidzi swojego narodu, gdy potem zachowuje się tak, jakby tych słów nie wypowiedział. Dorasta jak Alma – wierząc w pewne ideały, a potem widząc, jak się rozpadają. Podobnie bliskość tych dwojga. Kiedy na Bałkanach rozpoczyna się wojna i rzeź ludności, ona jest dziennikarką, która ma o tym piekle pisać, a on piekło fotografuje. Oddalenie ma charakter mentalny, zawodowy, światopoglądowy. A jednak wciąż coś ich łączy. Vili – jego także Alma będzie poszukiwać po latach w Trieście. Mężczyzny, który przyciągał i przyciąga do siebie wszystkim tym, co nienazwane, czego nie decydował się wypowiedzieć wprost. Ale i Alma jest w dużej mierze enigmatyczna, choć włoska pisarka wyraźnie nakreśla jej poglądy w zasadniczych dla burzliwej historii Bałkanów latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy wielka Jugosławia rozpada się i tonie w morzu krwi. Rozpada się też ludzkie poczucie przynależności, a Alma zaczyna rozumieć, że wolność dana jej przez rodziców to właśnie ta zacytowana pustynia, po której kobieta błąka się spragniona – odpowiedzi na proste pytania, które nigdy nie zostaną zwerbalizowane wprost. 

„Ile początków może mieć jedna historia?” – to raz postawione pytanie wraca tu po wielokroć, bo w „Almie” połączenie zdarzeń i nadanie im klarownego punktu wyjścia jest w zasadzie niemożliwe. Ale to pytanie odnosi się także do Historii, przemian dziejowych i okrucieństwa, w którym człowiek stawał się zły pod wpływem okoliczności, a potem wypierał z siebie zło. Czy dlatego ojciec sugeruje Almie, że wracanie do przeszłości, a tym bardziej próby zrozumienia jej detali – nie mają sensu? Co w takim razie z pytaniem o to, skąd pochodzimy i przez kogo lub przez co zostaliśmy ukształtowani? Manzon opisuje burzliwy przebieg działań wojennych, w których Alma nie musi uczestniczyć wprost, ale które już zawsze będą wpływać na nią i jej postrzeganie samej siebie. 

Milcząca. Bez dostępu do wnętrza. Gotowa – jak ojciec – do ciągłego odchodzenia. I robi to, porzuca kolejnych mężczyzn, obsesyjnie myśląc o tym, z którym na pewno być nie może. Wykazująca narastające tendencje ucieczkowe, a jednak ciekawa zrozumienia faktów, których wcześniej nie rozumiała; chyba nie chce już uciekać od tego, co było trudne w jej i jej rodzinnej biografii. Czy to naturalne, czy wypracowane, że Alma nie chce się zwierzać, że nic nam tu sama od siebie nie powie, że będzie unikać ludzi pytających wprost o to, kim jest? Odnajduje sensy i treści w tej miniodysei po włoskim mieście? Jakich sensów i jakich treści poszukuje? W tle literatura, sztuka, ludzie wpływowi, destrukcyjna wizja władzy i zmiany, wobec których trzeba się ustosunkować. A także mnożące się pytania dotyczące czasu przeszłego. Czasu, w którym rozpadło się tak wiele: od osobistych relacji po kraj, który miał być najwspanialszym i najsilniejszym na świecie. 

Choć „Alma” prezentuje pewien panoramiczny ogląd rzeczywistości kilku bardzo trudnych dekad, punktuje też detale, które otwierają kolejne furtki interpretacyjne. Na przykład istota porozumiewania się za pomocą różnych języków. Upodobania estetyczne, fascynacje twórcze i literackie dziadków, a także radykalne czasem, ale wyraźnie wpływające na córkę poglądy ojca, kiedy ten zdecyduje się na powrót, a przede wszystkim na rozmowę. „Alma” to opowieść o tym, co nas determinuje i każe poszukiwać albo odrzucić poszukiwania swojego dziedzictwa – także narodowego. Opowieść, w której szukać mamy nie współczucia dla bohaterów, lecz zrozumienia tego, co ich spotkało. Alma spotyka samą siebie – po latach intensywnego życia, podczas którego chciała zapomnieć, kim jest, bo nikt jej tego dokładnie nie wytłumaczył ani nie zasugerował jakiejkolwiek pewności egzystencjalnej. Książka pełna niepokoju, białych plam biograficznych i przede wszystkim opowieść o tym, jak trudno opowiedzieć się po którejkolwiek stronie, gdyż podjęcie takiej decyzji zawsze wiąże się z wyrządzeniem komuś krzywdy. Historia, w której istotne są też fotografie, mająca pamiętnikarski sznyt, pozornie jednolita narracyjnie, ale skomplikowana znaczeniowo. 

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-02-24

„Kochając Sylvię Plath” Emily Van Duyne

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak Literanova

Data wydania: 25 lutego 2026

Przekład: Agata Ostrowska

Liczba stron: 464

Oprawa: twarda

Cena det.: 69,99 zł

Tytuł recenzji: Czuła badaczka

Tytuł tej książki można odczytać bardzo konkretnie, a przynajmniej ja tak zrobiłem. Emily Van Duyne wpłynęła na dość niebezpieczne wody morza narracyjnego. Jest to od początku do końca tekst o charakterze rozprawy naukowej, lecz jednocześnie intymny dziennik wyznania miłości do poetki, o której napisano tak wiele, ale najprawdopodobniej nie z taką czułością i empatią, jak robi to Van Duyne. Sama zresztą podkreśla w podsumowaniu, że książka o charakterze akademickim pisana przez wielbicielkę osoby, o której ta publikacja opowiada, jest „przepisem na katastrofę”. Łączenie rozważań badaczki i naukowczyni z prywatnymi opiniami, czasem szeroko rozwijanymi osobistymi przemyśleniami – to było ryzykowne i mogło się nie udać. 

A jednak się udało. „Kochając Sylvię Plath” to dowód na to, że korzystając z mnogości materiałów źródłowych, można stworzyć jednocześnie wspomnianą już rozprawę naukową, specyficzny esej, tekst o charakterze dziennika, jednak przede wszystkim skupioną na relacji Sylvii Plath z jej mężem książkę o tym, jak odczytywanie poezji może mylić, ile można z niej odczytać, jak na tym zarobić i w jaki sposób poetka, która zmarła w pełni świadoma warsztatu i możliwości twórczych, funkcjonuje teraz w formie kultu. Bo wydaje się, że o Plath napisano już wszystko. Van Duyne interesuje oczywiście, co już napisano, i mierzy się z tym z wyjątkową drobiazgowością. Analizuje teksty opiniujące życie i śmierć Plath, uzupełniając je lub łącząc ze sobą, gdy tworzy dany rozdział tej opowieści. Nie boi się trudności, nieuznania, kwestionowania tego, co stworzyła. Odwołuje się do badaczy trudnych i niezbyt jej przychylnych – jak na przykład Harriet Rosenstein, która ostatecznie nie zdecydowała się spotkać z Van Duyne. Brnie w kierunku, który sobie wyznaczyła. I ku wyjaśnieniu kilku niewyjaśnionych spraw.

Przede wszystkim tej, czy w poezji Plath naprawdę ujawniała całą gamę trudnych emocji. Pojawia się tu teza, że forma i treść twórczości poetki to zaledwie uchylone drzwi do jej prawdziwego wnętrza. Wnętrza poszukującego swobody i wolności, a także własnego domu – w znaczeniu przenośnym i dosłownym. Wnętrza, które w jakiś magnetyczny sposób przyciągnęło ją do człowieka, który pozostał jej wierny, ale dopiero po jej śmierci, we własnej twórczości nawiązującej pośrednio i bezpośrednio do relacji z Plath. Najważniejsza niewyjaśniona sprawa dla Emily Van Duyne to właśnie pełna ambiwalentnych uczuć, bardzo silnych i często wykluczających się nawzajem, relacja z Tedem Hughesem – człowiekiem oskarżanym tutaj o stosowanie przemocy wobec kobiety. A cała książka orbituje wokół kwestii przemocowych mężczyzn unikających konsekwencji i kobiet, które doświadczenia przemocy na wiele sposobów ukrywają. Podoba mi się bardzo czytelny fragment, w którym twórczyni podkreśla, że użyty formalnie w twórczości zwrot „fioletowy siniak” nie będzie żadnym symbolem, lecz rzeczywistym śladem po doznanej przemocy. Tak, jest tu cały czas szukanie konkretów – mąż testujący różnego rodzaju wyższość nad żoną.

Książka mocno w duchu feministycznym nie jest jednostronna. „Kochając Sylvię Plath” to nie rozprawa o tym, że Ted Hughes był potworem, a Sylvia Plath jedną z jego ofiar. Faktem jest to, że jako spadkobierca niewydanej twórczości swojej żony zarobił krocie na tantiemach i puścił w obieg utwory po prywatnej selekcji. Co ukrył, co zniszczył, co wyparł spośród treści przeczytanych po śmierci Plath? Zwłaszcza że niebawem samobójstwa dokonała jego kochanka, której twórczość, pochodzenie i mentalność także pozostawiły ślad na dalszym kreowaniu literatury przez Hughesa.

Co jednak wykreował w realnym życiu? Van Duyne mocno podkreśla, że bez względu na liczbę analiz naukowych, recenzji czytelniczych czy sposobów odbioru twórczości Sylvii Plath wciąż naprawdę nie wiemy, co się wydarzyło, choć fakty zna cały świat – młoda kobieta łyka leki nasenne, wkłada głowę do piekarnika, odkręca gaz, przed którym chroni swoje dzieci, zabezpieczając drzwi do pomieszczenia, gdzie się znajdują, i odchodzi z tego świata, pragnąc prawdopodobnie jeszcze wysłać list do swojej matki. Wiemy, że ma miejsce śmierć. Nie wiemy, jak wyglądało naprawdę życie wewnętrzne samobójczyni, a także – jak kształtowała się jej relacja z Hughesem. Van Duyne chodzi o pomijane albo niewystarczająco opowiedziane fakty. Ale jest też naukowczynią, w związku z tym zdecyduje się na schemat analizy tekstu źródłowego, którą poprzedzi własnym wprowadzeniem w dany problem, a potem to, co naukowe, interpretuje czasami zaskakująco, czasami zdradzając przy tym zbyt wiele uczucia, jakim darzy Sylvię Plath. Szkoda, że ktoś pokochał poetkę tak mocno dopiero po jej śmierci.

Związek z Tedem Hughesem był specyficzny. Najbardziej prozaiczne słowo do opisania relacji, która bardzo szybko przerodziła się formalnie w związek małżeński. A w nim Sylvia Plath znalazła się w kolejnym kręgu piekielnym. Interesujące jest to, jak autorka traktuje samego Hughesa. Jest to przecież książka o mężczyźnie stosującym przemoc wobec kobiety, która była tak rozpaczliwie samotna, że tej rozpaczy nie opisze właściwie nikt, nawet Van Duyne ma świadomość, że sama nie jest do tego zdolna. Wie jednak, w jakim kierunku poprowadzić narrację, by zbliżyć nas do sedna problemu – braku rozliczenia Hughesa za to, co zrobił swojej żonie, zanim ona zdecydowała się na odejście z tego świata. Nie wchodzimy do ich domu, nie oglądamy sypialni, nie jesteśmy świadkami kłótni i sposobów, w jaki Hughes dręczył Plath. Ta książka ma zaprezentować szerszy kontekst do rozmyślań o tym, jak destrukcyjne może stać się to, co przemilczane. A jednocześnie ile siły do dalszego przetrwania może dostarczyć. Plath pisała wiele, autorka podkreśla, że uznano, iż nawet histerycznie, że wcale nie jest ofiarą, że w jakiś sposób doprowadzała do takiego, a nie innego końca związku z Hughesem. Jej twórczość to nie ekstrawertyzm na sprzedaż. To jedynie fragment błagania świata o zrozumienie wewnętrznego cierpienia. Z pewnością przemilczała bardzo wiele. Dużo więcej przemilczeń odnajdziemy u Hughesa. A może bardziej kłamstw, które padały za życia Plath i po jej śmierci? W tym kontekście podoba mi się umieszczenie na początku książki słów z mojego ulubionego utworu Madonny „Life to tell”. Mam wrażenie, że „Kochając Sylvię Plath” to taka książka, która chce opowiedzieć życie takim, jakim było, a nie takim, jakie wynika z analiz, opinii, doświadczeń naukowych oraz czytelniczych i z odbioru twórczości Plath.

Oczywiście, że Emily Van Duyne sięgnie do tej twórczości. Wskazuje konkretne fragmenty „Szklanego klosza”, w którym jest mowa o okrucieństwie męża wobec Plath. Dociera do tekstów mało popularnych lub wielu nieznanych – jak „Widow”. Śledzi nie tylko to, jak przez lata kształtował się przede wszystkim naukowy odbiór twórczości Sylvii Plath, ale także tropy z tej twórczości, które według niej nie zostały dostatecznie dokładnie przeanalizowane. W kluczowym temacie – doświadczenia przemocy – głos zabiera tylko poszkodowana, jej oprawca milczy. Van Duyne nie używa mocnych słów, ale wystarczająco dosadnych, by pokazać, z jaką niesprawiedliwością wiąże się analizowanie przemocowego związku dwojga poetów, w którym nie ma po latach dwugłosu. Oboje nie żyją, ale zmarli inaczej, Hughes inaczej, lepiej się czuł ze swoim światem. Tymczasem autorka tej książki, podążając za głosem cytowanych naukowców i publicystów, pisze o ich „niesprawiedliwości epistemicznej” wobec Plath. Tylko dlatego, że to ona zabierała głos, a krzywdziciel nabierał wody w usta.

Gdy kończyłem lekturę, nasunęła mi się refleksja, że ta ogromna liczba podziękowań na końcu świadczy o tym, że  Emily Van Duyne, tworząc swoją pracę, otoczona była wieloma bliskimi, przychylnymi jej ludźmi. Oni wsparli ją w stworzeniu tej książki, są jej częścią, mieli w opracowaniu jej kształtu dużą rolę. Van Duyne otoczona była po prostu gronem osób wspierających. Analizując biografię Plath, do której włączane są wątki wykluczania z życia innych kobiet znajdujących się wokół niej, twórczyni tej opowieści ujawnia najbardziej bolesną samotność egzystencjalną. Tę, która pojawia się po doznanej krzywdzie i gdy za krzywdą nie idzie zadośćuczynienie. Całość jest bardzo ważnym głosem naukowym, publicystycznym i częściowo konfesyjnym – jak sporo wierszy Plath – o relacji, która zrujnowała wiele, bo zbudowana była nie na dobrych fundamentach, lecz w pogorzelisku, bo przecież stan psychiczny Sylvii Plath był bardzo skomplikowany, gdy wchodziła w opisywany związek. Czytelnicy wejdą w jej świat z bardzo różnych perspektyw – głównie badawczych. A ze strony na stronę coraz bardziej zrozumieją znaczenie tytułu i fakt, że to książka o tragizmie poznawczym i tragedii egzystencjalnej rozpisanej na kilka rozdzierających serce aktów. Aktów, które próbuje się opisać językiem naukowym. Ten wkroczy tu tylko fragmentarycznie, bo Van Duyne będzie stale mieszać style i gatunki. Ustawicznie podkreślając dramatyczną sytuację kobiet milczących w sprawie krzywd zaznanych od mężczyzn. Lektura poruszająca, niebywale smutna, ale jednocześnie udowadniająca, jak z miłości można stworzyć tekst naukowy o bardzo osobistym charakterze.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ