FILM
Gatunek: dramat społeczny
Tytuł oryginalny: Jeunes mères
Produkcja: Belgia/Francja
Czas trwania: 104 minuty
Data polskiej premiery: 22 maja 2026
Tytuł recenzji: Wobec macierzyństwa
Jean-Pierre’a Dardenne’a można w pewnym stopniu uznać za belgijskiego Kena Loacha – obaj proponują surowe i bezkompromisowe kino społeczne, aczkolwiek nowy film tego reżysera stworzony wspólnie z bratem Lukiem nie wgniata w fotel tak jak filmowe dokonania Loacha. „Młode matki” to obraz bez wyraźnego początku – początków jest tutaj wiele, o jednych dowiadujemy się wprost, innych możemy się domyślać – ani jednoznacznego końca. Dwaj belgijscy reżyserzy nie poprzestają tutaj na konkretnej tezie, film jest wielowątkowy i wielopłaszczyznowy, co stoi w kontraście do prostoty i surowości zdjęć kręconych w taki sposób, że chwilami widzowie mogą odnieść wrażenie, iż weszli gdzieś między jedną a drugą bohaterkę, tworząc tam niepotrzebny tłum, bo i bez tego postacie, które los obdarzył macierzyństwem, z trudem – dosłownie i w przenośni – łapią oddech i próbują znaleźć równowagę. Bo przecież są matkami. Młodymi, lecz matkami. Twórcy nie wspięli się na wyżyny interpretacyjne opowiadanych historii, nadając temu filmowi tytuł. Tu ważna będzie dosłowność. Dosadność. Widoczne na twarzach dziewcząt i kobiet łzy i cierpienie, a także próby pozbycia się ich.
Kadry są tu bardzo wyraźne, adekwatnie do prezentowanych wprost problemów. Przedwczesne lub niechciane bycie matką. Dylematy natury moralnej i kilka dramatycznych scen, kiedy wydaje się, że dziecku coś się stanie, zostanie dosłownie porzucone, że coś w tych młodych bohaterkach pęknie i przestaną je karmić, przewijać, zrobią z nimi to, co matka jednej z nich zrobiła z kanarkiem. Jednak to tylko złudzenia, bo bracia Dardenne’owie tworzą film realistyczny i mocno trzymają się tego realizmu nawet wówczas, gdy pojawia się minimalistyczny, choć niezwykle wymowny wiersz. Świat przedstawiony tego filmu daleki jest od poezji, choć widzimy tu sceny ukazujące bohaterki z wielką czułością. Operator kamery dokonuje zbliżeń w doskonale dobranych momentach. Twarz, sylwetka, klaustrofobiczna przestrzeń samochodu. Ale jest też w tym filmie widoczna wolność egzemplifikowana przez jazdę na motorze. Iluzoryczna czy prawdziwa? Wszystko jest poddawane moralnej i etycznej ocenie widza. Ale czy tak naprawdę cokolwiek tu powinno jej podlegać?
Być może z większą empatią ogląda się ten film, znając treść wstrząsającego reportażu Katarzyny Tubylewicz „Nie czekam na szklankę wody”. Urodzenie dziecka to nie bycie matką. Bycie matką nie ma często żadnego związku z urodzeniem dziecka. Brak tu moralizowania, jest naga prawda. Bolesna jak spojrzenie w oczy matce, która przed laty oddała córkę w obce ręce. Tu sytuacja się powtarza, jedna z bohaterek podejmuje heroiczną w jej przekonaniu decyzję. Niewyobrażalnie bolesną, ale właściwą. Dziewczęta, które były świadkiniami błędów swoich matek, nie chcą podążać tymi samymi ścieżkami. A jednak część wchodzi w schematy utarte przez smutną przeszłość. Bracia Dardenne’owie nie będą oceniać, nie pozwolą na bezpośrednie wejście gdzieś głębiej. Pozostaną przy filmowej poetyce cierpiących młodych twarzy. Dziewcząt, które albo po prostu płaczą i ból widać w ich rysach, albo metodycznie ukrywają pod makijażem ślady cierpienia. Nie będą pokazywały, w jak tragicznym położeniu się znalazły. A my nie będziemy w pełni świadomi, dlaczego to wszystko tak się ułożyło.
„Młode matki” ktoś gorzko i ironicznie spuentował, że to „najlepsza reklama kliniki aborcyjnej w dziejach”. Taka konkluzja jest okrutnie niesprawiedliwa, bo ktoś widzi ten film jednowymiarowo, a pokazane problemy mają w tle bardzo często historie, za którymi stoją smutek i upokorzenie, ale mimo wszystko także miłość. Trudna, niejednoznaczna, kaleka, może też pojawiająca się później niż powinna. W moim odczuciu to nie film o niechcianych dzieciach, lecz obraz niedojrzałości emocjonalnej do tego, by zaakceptować siebie, a następnie istotę, którą powołało się na świat.
Kino społeczne ma to siebie to, że odwzorowuje rzeczywistość, dając jednocześnie trudne czasem do dostrzeżenia furtki interpretacyjne. I tu bohaterki również nie widzą rozwiązań, które czasami są na wyciągnięcie ręki. Największym dramatem, ale i najciekawszym punktem wyjścia jest tu danie komuś życia: wydalenie z siebie ciała – zbioru komórek, którego jednak nie wyrzuca się potem do śmieci. Te dziewczyny z maluchami w ramionach, choć na marginesie lub zakręcie życia, są heroskami, a „Młode matki” to obraz doceniający przede wszystkim determinację osób w tak trudnym położeniu. Pomimo smutku otwierającego się przed nami już w pierwszej scenie filmu otrzymujemy ciekawą opowieść o wielkiej nadziei i możliwościach, które pojawiają się zupełnie niespodziewanie. To także ciekawie skonstruowany film o wewnętrznych walkach toczonych przez bohaterki, najlepiej ukazanych wtedy, gdy konfrontują się z kimś innym. Wszystko mimo to stonowane i spokojne. Nie ma miejsca na spektakularne dramaty, ale jest dużo pola do interpretacji, kiedy miały miejsce, i antycypacji, że mogą się zdarzyć lub powtórzyć.
Ogląda się to wszystko z uwagą i przygnębieniem, a sprawy kontrowersyjne czy przynajmniej dyskusyjne są tu zwyczajnymi elementami życia codziennego. Bracia Dardenne’owie pięknie też opowiadają o solidarności. Widać to w różnych wymiarach: oprócz trudów macierzyństwa mam na myśli wymienianie się lub zastępowanie dziewcząt, które nie zawsze pamiętają o tym, że mają przygotować posiłek całej grupie z ośrodka. Starają się też nie pamiętać o przeszłości, która jednak powraca – odbijają ją wtedy jak piłeczkę pingpongową albo odczuwają wzmagającą się zwyczajną złość na los próbujący serwować im przykre powtórki.
Film, który ukazuje istotny społecznie problem, tworząc kameralny, lecz wyrazisty obraz różnorodności. Tu nie ma przestrzeni na oceny, jest miejsce na szybkie podejmowanie decyzji i działanie. Wchodzimy w środek świata, który stał się trudny, i pozostajemy sami z tym, co udało nam się podejrzeć, bo ciągi dalsze są zarysowane mniej lub bardziej wyraźnie, jednak bez żadnych sugestii, co przyniesie przyszłość. Hipnotyzujący film o tym, co jest tu i teraz. O braku miłości, jej nadmiarze, nieumiejętności dzielenia się nią i o tym, że macierzyństwo potrafi odsłonić coś, co w zwykłym życiu tuszujemy. Brawa za prosty, ale dosadny scenariusz – skierowany niekoniecznie do tych, którym mogłoby się wydawać, że to film dla nich lub o nich.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ







