2021-07-23

„Matka się śmieje” Chantal Akerman

 

Wydawca: Wydawnictwo w Podwórku

Data wydania: 14 lipca 2021

Liczba stron: 192

Przekład: Agata Kozak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje, rozpoznania

Przyznam, że nie jestem ani znawcą, ani wielbicielem dokonań artystycznych Chantal Akerman, a do tej książki – wydanej głównie dzięki wyjaśnionej przez wydawcę koincydencji – przyciągnął mnie motyw matki. Wiadomo więc z góry, że nie jestem tu czytelnikiem obiektywnym, a gdybym nim był, prawdopodobnie zakwestionowałbym literackość tej publikacji. Chodzi o język dostosowany do tego specyficznego strumienia świadomości. Od irytującego „więc”, które rozpoczyna wiele zdań, po nie do końca chyba kontrolowany chaos opowieści i wspomnień. Mógłbym tej narracji sporo zarzucić – zwłaszcza we fragmentach, które odczytywałem jak dziennik artystycznego egocentryzmu. Jako taki rodzaj pisania, w którym absolutnie wszystko, nawet własna matka, to narzędzia do opowiadania o sferze prywatnych emocji, nazbyt prywatnych, ujawnianych w jakimś niekontrolowanym ekshibicjonizmie. Ale mimo wszystko „Matka się śmieje” to rzecz wybrzmiewająca wyjątkowo mocno. Zwłaszcza gdy odczyta się ją jako opowieść o trzech rodzajach konfrontacji – z tożsamością artystki poszukującej drogi wyrazu, tożsamością dziecka, którym Akerman z kilku wyjaśnianych tu powodów nigdy nie była, i tożsamością kobiety narażonej w najbliższej relacji na zaborczość oraz przemoc. Myślę jednak, że jest to przede wszystkim poruszający pamiętnik rozpoznania. I tej tezy interpretacyjnej trzymałem się do ostatniej strony.

Dochodzi tutaj do specyficznych zestawień, wspomnianych konfrontacji, ale przede wszystkim obnażenia takich emocji, do których Akerman broniła dostępu być może przez całe swoje dorosłe życie. To życie, które podsumowuje z gorzką melancholią, punktuje swoje niepowodzenia albo opowiada o kontekstach, w jakich mogła własny żywot uznać za brzemię. W rozpoznaniu padają tutaj dwa trudne pytania. Oba artystka stawia samej sobie. Po pierwsze: czy matka ją znała? Czy z tych fragmentarycznych relacji, które później stały się intensywne, gdy bezradność dopadła nie tylko osłabione chorobą ciało matki, Akerman jest w stanie stworzyć spójną odpowiedź na tak trudne pytanie? I przy okazji kwestia bardzo ważna, czyli dlaczego to pytanie jest trudne, w jak wielu wymiarach i kontekstach. Po drugie – i to wydaje mi się boleśniejsze z punktu widzenia autorki, ale również przy analizie wspomnień, z którymi na nowo się mierzy: czy Akerman tak naprawdę znała swoją matkę?

W jednej sugestii pojawia się stwierdzenie, że rodzicielka po wojennych doświadczeniach obozowych ruszyła w życie z „martwym sercem”. Wszystko, co po wojnie, było bolesnym doświadczeniem emigracji. Być może także tej wewnętrznej, mentalnej. „Matka się śmieje” to coraz bardziej przejmujący obraz odtrącenia dziecka przez rodzicielkę, które nie było może dramatem wówczas, kiedy Akerman dojrzewała prawdopodobnie bez elementarnej czułości. To jest przeszłość mocno oddziałująca na dalsze życie. Na to, że relacje z matką zawsze były jakimś nieznośnym siłowaniem się. A teraz, kiedy starsza pani jest słaba w każdym możliwym znaczeniu, pozostaje jedynie bezradność dziecka, które przyznaje się do deficytów emocji już w ciele dorosłej i dojrzałej kobiety. Kobiety, która zarówno w swojej twórczości, jak i w związkach z innymi kobietami poszukiwała jakiegoś antidotum na bezsilność i poczucie wiecznej utraty czegoś, czego być może nigdy nie miała.

Pisanie, kreowanie, ucieczka w sztukę. Eskapizm formy i treści, niezgoda na prozę życia i tendencyjne od niej odwroty. A na drugim biegunie bezsenność, problemy z uzależnieniem od środków nasennych, niepewność swej wartości w przemocowym związku i przyglądanie się siostrze, która wie, czym jest przyjemność życia, bo szybko osadziła się w oczywistych i przewidywalnych rolach. „Matka się śmieje” to niepozbawiona egocentrycznego wymiaru, ale jednocześnie bardzo odważna i intymna proza konfesyjna. Wyznacza pewną przestrzeń, w której Akerman podejmuje kolejne próby zbliżenia z chorą matką, a jednocześnie oswojenia lęku przed jego możliwością. Wciąż są to jednak dwa bieguny, dwie osobne wrażliwości, dwie równie silne osobowości. Skomplikowany charakter bezpośredniego kontaktu jest tu zawoalowany przez prozaiczne relacje – suche i punktujące kolejne trudności w chorobie matki, niedające miejsca na obecność tego, co najważniejsze. I nie chodzi wcale o empatię dla schorowanego ciała z ukrytą w nim gdzieś głęboko kobietą, do której nie sposób dotrzeć.

Myślę, że największy niepokój rozpina się tu między zapamiętywaniem a zapominaniem. Jedno i drugie z wielu powodów jest bardzo trudne. Akerman usiłuje zapamiętać i odtworzyć, jaka matka była, by zrozumieć, kim się dla niej teraz staje. Z drugiej strony musi jak najwięcej zapomnieć, by to zrozumieć. To bardzo bolesny proces i bardzo bolesna konfrontacja. Matka cierpi fizycznie. Córka musi unieść inny rodzaj cierpienia, ale cały czas ma nadzieję na to, że będzie też coś wspólnego do wzięcia na swoje zdrowe barki w dalszą życiową podróż. Można odnieść wrażenie, że Chantal Akerman przegląda się we własnej matce, aby ujrzeć najpierw dziecko, potem dorastającą dziewczynę, a na samym końcu tę dojrzałą kobietę, która nie spogląda już na swoją życiową drogę z taką melancholią, złością i poczuciem wielokrotnej przegranej. W tym znaczeniu jest to opowieść o bardzo silnej relacji naznaczonej przez wiele zbiegów okoliczności kształtujących specyficzną jej toksyczność. Opowieść o bezsilności, ale jednocześnie byciu częścią rodziny. To też ciekawa sfera poznawcza tej książki.

„Matka się śmieje” nakreśla mentalną mapę obecności i nieobecności w relacjach rodzinnych Akerman. Centrum tych spotkań zawsze będzie matka – bez względu na to, czy dojdzie do nich w Belgii, w Stanach Zjednoczonych lub w Meksyku. Zaczynamy rozumieć, dlaczego autorka może przyglądać się członkom rodziny z dystansu, wspomniana mapa ma bardzo wyraźne kontury. Chantal Akerman wyruszyła w życie z konkretnymi doświadczeniami funkcjonowania w rodzinie, w której każdy poszukiwał sensu i wolności na własny sposób. A matka głównie patrzyła. Dzisiaj się śmieje. Znakomicie dobrany tytuł odsłoni swoją wieloznaczność, bo poza tym, że jest to pamiętnik goryczy i ironii, mówi również o bardzo ludzkim smutku i empatii doświadczenia granicznego. Matka godzi się z bezradnością wobec swojego ciała. Córka w emocjach nie chce czuć się bezradna jak matka. Ta rodzina kryje wiele gorzkich doświadczeń, ale Chantal Akerman nie opowiada o nich z goryczą. A na pewno nie tylko z nią. Dlatego jakkolwiek słaba językowo i wzbudzająca wątpliwości co do pracy redaktorskiej nad oryginałem, jest to jednak książka dużej mocy i specyficznej wykładni tego, jak zacieśniają się między kobietami więzi najważniejsze i pierwsze w kompulsywnej ucieczce przed przeszłością, w której coś te więzi niszczyło. Ważna opowieść o tym, jak jesteśmy niedoskonali w najbliższych relacjach.

Brak komentarzy: