2021-12-17

„Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” Mateusz Pakuła

 

Wydawca: Nisza

Data wydania: 3 października 2021

Liczba stron: 222

Oprawa: miękka

Cena det.: 43 zł

Tytuł recenzji: Furia i bezradność

Książka Mateusza Pakuły tnie jak sztylet. Jest furią, jest dziką wściekłością, wchodzi pod skórę i pozostawia tam mocny ślad. Jej siła tkwi przede wszystkim w bezkompromisowym i pełnym intensywnych emocji tonie opowieści tak prywatnej, że bardziej zbliżyć się do opowiadającego historię już nie sposób. Świetnie, że ktoś coś takiego napisał. Opowiedział historię, jakich codziennie dzieją się tysiące. Za tych, którzy nie potrafią spisać swojego żalu, upokorzenia, wstydu, ale przede wszystkim wspomnianej wściekłości. Za tych, którzy w pandemicznej rzeczywistości nie mogą towarzyszyć bliskim chorym w szpitalu. Za dramat ludzi pozostawionych bez właściwej opieki albo zawierzonych polskiej służbie zdrowia – z ryzykiem, że staną się jej ofiarami. Tak, to lektura obowiązkowa dla każdego. Dla wszystkich, którzy uważają, że życie trzeba podtrzymać za wszelką cenę, że wiara w Boga jest faktycznie coś warta w cierpieniu umierania, i dla wszystkich, którzy nie zetknęli się z absurdami oraz okrucieństwami tego, w jaki sposób w Polsce się leczy. A raczej: jak to leczenie naprawdę wygląda.

To niezwykle ciekawy przykład tego, że książka jest bardzo ważna, nie będąc w gruncie rzeczy wielką literaturą. Bo literacka wartość „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” nie jest – przyznajmy to szczerze – jakoś szczególnie wielka. Nie rozumiem też zabiegu wtłoczenia w tę intymną opowieść o gniewie i smutku jednej ze sztuk autora. Historia, którą ma nam do opowiedzenia, broni się sama w sobie, a dodatek w postaci sztuki o paranojach i paranoicznych koincydencjach wygląda tutaj dość sztucznie. Nie potrzeba chyba fragmentu osobnej prozy, która zapewne ma wprowadzać elementy humorystyczne do przejmującego i przerażającego wydźwięku „dziennika umierania”. Te elementy są już w języku najważniejszej opowieści. Między innymi tam, gdzie Pakuła cytuje nieśmiertelny w swej wymowie film „Dzień świra”. Ale komizmu, zwłaszcza słownego, jest tutaj wystarczająco dużo, by pośmiać się przez łzy. Niezrozumiały dla mnie zabieg rozsadzenia kluczowej narracji spełnia tu tylko w moim odczuciu jakąś dziwną funkcję retardacyjną.

A rzecz jest przecież o najważniejszej męsko-męskiej relacji, o której autorzy nie opowiadają może tak chętnie jak autorki, bo czasem wstydzą się tego, co Pakuła tutaj uwypukla. Jest sporo scen wyjątkowo wzruszających. Takich, w których ani umierający ojciec, ani bezradny wobec tego umierania syn niczego się nie wstydzą. Moment, w którym ich dłonie złączone w pełnym czułości uścisku barwi kał chorego. Chwila, w której ojciec na łóżku wtula się w syna. Mniej intymna, ale równie czuła scena golenia człowieka, który chce za wszelką cenę zachować godność i dobrze wyglądać. A umieranie zawsze wygląda źle. „Jak nie zabiłem swojego ojca i jak bardzo tego żałuję” to pełna naturalizmu opowieść o tym, co możemy czuć, kiedy najbliższa nam osoba jest na przykład tylko problemem z wydalaniem. Jest bólem i krzykiem rozpaczy, kiedy ból jest nie do zniesienia. Jest cieniem człowieka, który wie jedno – chciałby tylko godnie umrzeć. A z kilku powodów nie może. W Polsce właśnie.

Mateusz Pakuła zabiera publicznie głos w sprawie eutanazji. Głos pełen drżenia, ale jednocześnie donośny, bo w każdym akapicie tej przejmującej książki furia wznosi się ponad wszystko. Jakim prawem… nie dajemy innym prawa do najbardziej intymnej, najbardziej prywatnej decyzji? Kim jesteśmy jako społeczeństwo, kiedy pozorujemy humanitaryzm, pastwiąc się nad nieuleczalnie chorym człowiekiem, który pragnie jedynie uśmierzenia potwornego bólu? Ta książka opowiada o przerażającej konfrontacji i dwóch rodzajach bezsilności. Jednocześnie jest opowieścią o egzystencjalnej samotności – tu zarówno ojciec umiera sam, jak i syn pozostawiony jest sam sobie ze wszystkimi dręczącymi go emocjami, o których ma może komu opowiedzieć, ale nikt nigdy się z nimi za niego nie zmierzy.

To jest historia o tym, że wyczekujemy tego, co najgorsze, nigdy nie mając świadomości, jak bardzo przerażająco może wyglądać to wyczekiwanie. Ile jest w nim potwornej niemocy. Pakuła opowiada o tym, co przeżywają setki rodzin każdego dnia w Polsce. W kraju, w którym pandemiczne obostrzenia spowodowały, że państwowa służba zdrowia przestaje służyć zdrowiu. A Kościół katolicki jest czymś, w co autor uderzy wyjątkowo mocno, bo w jego mniemaniu to centrum polskiej hipokryzji i coś, do czego wrogość nasila się z czasem, kiedy narrator doświadcza coraz to bardziej obezwładniającej formy bezsilności.

Widzimy, że Pakuła nie zastanawia się szczególnie nad formą swojego opowiadania. Jest ona żywiołowa, sięga różnych rejestrów – w tym znaczeniu ta książka jest swoistym eksperymentem literackim, który sam w sobie wypada średnio. Na pewno jednak zwraca uwagę to, w jaki sposób debiutant za pomocą frazy wciąż na nowo pokazuje, że gniew i bezradność przychodzą do niego falami. Jedno zderza się z drugim, a cały proces przyglądania się czemuś, na co nie ma się wpływu, nie tylko intensyfikuje relacje, ale również zaburza pewność tego, co i wobec kogo się czuje. Bo gdy cierpiący ojciec traci kontakt z rzeczywistością, pełen wściekłości syn nie potrafi znaleźć ujścia dla tego wszystkiego, co go dusi i zniewala. Ojciec bezskutecznie walczy z bólem, syn z samym sobą – z tym, żeby zachować godność, a jednocześnie ją podeptać, poszatkować, zniszczyć, bo jest się przecież cierpieniem bez formy, cierpienie nie zakłada garnituru, nie wyraża się uporządkowaną składnią i przemyślaną symboliką.

Jest więc zatem gniew w najczystszej literackiej postaci. A może po prostu książka o tym, jak bezradna jest literatura wobec piekła umierania bliskiej osoby, choć przecież formalnie temat podejmują co i raz kolejni autorzy i odnieść można wrażenie, że wokół tego mrocznego motywu koncentruje się naprawdę sporo dobrych książek. Mateusz Pakuła jest osobny i niepowtarzalny. Dlatego to, co opowiada, jest tak sugestywne. Wszystko jest przecież doświadczeniem innych, a jednocześnie opowiadane jest tu doświadczenie wyjątkowe, z wielu powodów niepodrabialne. Nie można przecież pożegnać umierającego rodzica drugi raz. Nie można stanąć w opozycji do tego, co się wówczas czuje i myśli, uznając być może, że coś jest niestosowne, nie na miejscu. U Pakuły nie ma niczego niestosownego – są lejące się strumieniami łzy, są płyny ustrojowe, rozpadające się ciało chorego i bezmiar smutku jego najbliższych. Bo nic tu nie można zrobić, a wszystko trzeba zaakceptować. Przejmująca opowieść, która atakuje bezpardonowo, ale mówi tę bolesną prawdę o życiu i umieraniu w Polsce – tę prawdę, którą część z nas usiłuje kamuflować gotowymi schematami myślowymi i słownymi. Choćby kalkami proponowanymi przez Kościół katolicki. Nie można odmówić tej przejmującej książce tego, że mówi o pewnych sprawach wyjątkowo wprost. Jest też specyficznie zapisanym dziennikiem żałoby. Opowieścią o tym, że po tym doświadczeniu granicznym jest się kimś innym. Nie tylko dlatego, że nie ma obok najważniejszego w życiu mężczyzny. Najważniejsza staje się tu bliskość jako antidotum na okrucieństwo odchodzenia. Jedna z tych zapadających na zawsze w pamięć krótkich narracji. Nie da się przeczytać i zapomnieć.

Brak komentarzy: