Wydawca: IMAGE FACTORY
Data wydania: 20 lutego 2026
Liczba stron: 350
Oprawa: miękka
Cena det.: 49,90 zł
Tytuł recenzji: Wir sensacyjnych wydarzeń
Czasami warto przeczytać coś całkowicie innego, odbiegającego od klasycznych zainteresowań czy pasji. Czasem warto także coś takiego polecić. Powieść z gatunku, po który na co dzień nie sięgam, ale przypominająca mi, jaką konwencję zastosować, by fabuła po prostu płynęła w bardzo szybkim tempie. „Nadkobieta” ze świetnie przemyślaną okładką to dopiero początek estetycznej dbałości o tę książkę. Pozostają jeszcze ilustracje rozpoczynające rozdziały, wszystkie autorstwa Ernesta Błędowskiego. Całość napisana jest w taki sposób, że można z tej powieści stworzyć znakomity komiks. Jest odrobinę slapstickowa. Pisana stylem absolutnie dopasowanym do podążania za biegiem akcji, nie do analizowania (choć w gruncie rzeczy jest to rzecz o wielu ważnych kwestiach, które nakreślę poniżej). Nawiązania do filmów kryminalnych, gangsterskich czy sensacyjnych nasuwają się same, jeśli potraktować „Nadkobietę” jako scenariusz. Czy to dobrze napisana powieść? Najlepiej, jak mogłaby być napisana przez debiutanta, który na co dzień nie zajmuje się literaturą, lecz branżą elektroenergetyczną. W jej przestrzeni przedstawi problemy, dylematy i trudności nie tylko utrzymania się w branży. Przede wszystkim utrzymania człowieczeństwa, moralnego azymutu i tego, by w piekielnym tyglu obowiązków balansujących na granicy prawa zachować się najczęściej jak można jak człowiek prawy. Zatem komiksowy, lekko slapstickowy moralitet. Ze wspomnianym już zabójczym (!) tempem akcji rozgrywającej się w bardzo wielu miejscach.
Pragnę stanowczo podkreślić: omawianie „Nadkobiety” przy zastosowaniu narzędzi omówienia tak zwanej literatury pięknej to kopanie leżącego. Ta książka to przede wszystkim świetnie skonstruowana narracja rozrywkowa dla wszystkich, którzy lubią lekkie historie opowiadające jednak o istotnych problemach. Wszystko w tajemniczej atmosferze szemranych interesów, które rozpoczynają się w Moskwie, a kończą w Petersburgu. Pomiędzy tymi lokacjami znajdziemy bardzo wiele innych, bo Gawłowski proponuje nam nie tylko bohatera „na adrenalinie”. Ale również człowieka, który dużo podróżuje służbowo, serwując nam podstawowe i często przewodnickie informacje o miejscach zachwycających blichtrem i pokazujących, jaki tryb życia wiedzie bohater, co lubi – chodzi o przebywanie w konkretnych lokalach, smakowanie konkretnych potraw oraz rozmowy bynajmniej niezwiązane z biznesami, które mają miejsce gdzieś w tle. Wciąż.
Dlaczego? Dlatego że mężczyzna z tej książki, noszący imię autora, jest typem macho po czterdziestce, który pracuje właściwie zawsze i wszędzie. Pomnażanie majątku swojego lub cudzego to jego chleb powszedni. W zasadzie nie potrafi odpoczywać, choć z odpoczynkiem kojarzą się wszystkie odwiedzane miejsca: od Nicei, przez Wiedeń, po urokliwą Bułgarię (opisaną tutaj w moim odczuciu z największą czułością). Nie umie tkwić w pustce. Takiej relaksacyjnej, dającej przestrzeń na autoanalizę. A jednak są elementy psychologiczne w „Nadkobiecie”, bo to przede wszystkim książka o tym, jak człowiek w szponach mrocznej i trudnej pracy dającej mnóstwo pieniędzy zachowuje się w obliczu zysku i kim może się stać dla zysku właśnie.
Gawłowski w wielu scenach używa hiperbolizacji, jednak nie jest to klasyczna powieść sensacyjna. Nie ma tu właściwie trupów, a osobnik pozbawiony życia w wyniku bezkompromisowej walki interesów nazywany jest „zutylizowanym”. Pośród ludzi, z którymi Adam nawiązuje jedynie biznesowe relacje, pojawiają się kobiety. A przede wszystkim ona, ta tytułowa. Dość szybko można rozszyfrować jej rolę w powieści, gdyż autor napisał pierwszą książkę i jeszcze nie dopracował umiejętności skrywania naczelnej tajemnicy. Nic to. Kusząca, niezwykła, przepełniająca bohatera licznymi emocjami, a przede wszystkim potrafiąca kierować jego zachowaniami femme fatale będzie tutaj osią konstrukcyjną fabuły, jednak nie będzie klasyczną kobietą, która kieruje swego kochanka ku zgubie. Ku niej w pewnym momencie swojego życia kieruje się on sam. A wtedy przychodzi świadomość tego, jak bardzo uwikłał się w niezgodne z zasadami moralnymi i nielegalne w swym charakterze działania.
Mamy tutaj życie w luksusie i luksus jako synonim pustki egzystencjalnej. Mamy człowieka, który przez większość życia budował relacje oparte tylko na realnym zysku. Przyjaciele Adama to ludzie z jego najbliższego zawodowego środowiska. Bliskości szuka pośród kobiet, ale możemy wyraźnie dostrzec, że we wszystkim, co robi, bywa czasem zagubiony, choć zawsze trzyma gardę i nigdy nie pokazuje żadnej słabości. Bezkompromisowo zdobywa coraz więcej pieniędzy, fantazjując o tym, co daje lub odbiera ludziom ich nadmiar lub brak. To cenne w tej książce – pytania o to, w jaki sposób pieniądze wpływają na ludzi. Ile ich naprawdę potrzebujemy, co jesteśmy w stanie dla nich zrobić, jak bardzo mogą nas zgubić i co znaczy: pieniędzy po prostu nie mieć.
„Nadkobieta” to książka, w której bohater stara się znajdować w sytuacjach, w których „można dotknąć rzeczy wielkich”, ale jednocześnie gdzieś podświadomie myśli o tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ukrył się, oderwał od ciemnych biznesów, znalazł inny model życia, funkcjonowania, przeżywania świata, inny model męskiej wrażliwości. Bo jest klasycznym facetem z krwi i kości, a to, co robi, może wzbudzać irytację choćby samą powtarzalnością. Jednak Adam to postać, którą da się lubić. Jako czytelnik chętnie przebywa się w jego towarzystwie. Jako zwolennik dynamicznej literatury, w której pojawiają się wszystkie klasyczne elementy z lubianego i cenionego przez wielu kina akcji, przeczyta się „Nadkobietę” z przyjemnością lektury z określonego gatunku, a jednocześnie jako książkę o charakterze uniwersalnym. Opowiadającą o świecie, w którym dane jest żyć tylko nielicznym, a to życie naznaczone jest ciągłym niepokojem utraty, choć liczą się przede wszystkim zyski.
To z jednej strony opowieść o tym, że w świecie nie ma moralności, lecz dominują wpływy i układy. Jednak byłoby to banalne, a Adam Gawłowski wcale taki nie jest. Otóż istnieją tutaj pewne etyczne i moralne granice, których przekraczanie niesie ze sobą coś na kształt autodestrukcji. Można odnieść wrażenie, że uległby jej sam bohater, gdyby nagle został z czasem, myślami i miejscem, w którym jest statycznie, nic się nie dzieje, daje ono przestrzeń na bycie tylko ze sobą.
Tylko sobie można ufać – do takiego wniosku powinien dojść Adam, ale nie jestem pewien, czy dochodzi i czy autorowi chodziło o coś takiego. Kwestia zaufania drugiemu człowiekowi wydaje się tu konkretna w modelach biznesowych. Ale za wszystkim stoi czujność. Szczere wydają się tylko relacje damsko-męskie, ale i one (z szowinistycznym tłem, wobec którego niektórzy będą pomstować) pełne są niedomówień i niepewności. Stabilne wydaje się tylko to, co bohater w życiu sobie wypracował. Jednak „Nadkobieta” opowiada, że można zarówno stracić wszystko, ze sobą włącznie, jak i bardzo długo dla rozmaitych celów nie być sobą i odnaleźć się w tym, polubić swoją maskę. Gawłowski w specyficznej konwencji pisze o zwyczajnym poszukiwaniu lepszego siebie. Człowieka, któremu można zaufać. Siebie, na którego odbicie w lustrze można patrzeć z zadowoleniem. To też książka, w której bohaterowie latają do upadłego, więc znakomity smaczek dla takich jak ja, którzy boją się latać samolotami. Dynamiczna i rozrywkowa literatura o tęsknotach za stabilnością i niestabilnością życia, które zaczyna być coraz bardziej przepełnione tęsknotami.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz