Wydawca: Wydawnictwo Sonia Draga
Data wydania: 8 kwietnia 2026
Liczba stron: 376
Przekład: Paweł Cichawa
Okładka: miękka ze skrzydełkami
Cena detaliczna: 59,90 zł
Jaka to przyjemność: po trzech latach wrócić do czytania Yrsy Sigurðardóttir! W międzyczasie konkurencja pisarska na Islandii mocno się rozrosła, ale autorka wie, że nikt nie jest w stanie jej zdetronizować, choć w przeciwieństwie do wielu piszących zawodowo Islandczyków Sigurðardóttir tworzy „po godzinach”, pracując w zgoła odmiennym zawodzie. Tym razem poza znakomicie zaprezentowaną z wielu perspektyw historią kryminalną ważna i cenna poznawczo jest lokalizacja zdarzeń. Nie wszyscy wiedzą, że Islandia to nie tylko jedna wyspa, ale także archipelagi lub mniejsze wysepki tuż obok. W „Złych decyzjach” przeniesiemy się do Vestmannaeyjar, na archipelag na południe od Islandii, a dokładnie na półwysep Stórhöfði, do którego nawet ja, odwiedzając Vestmannaeyjar, nie dotarłem, skupiając się na wulkanie oraz osadniczej części Heimaey. Z mrocznymi intrygami doskonale współgra tutaj wybrana pora roku – styczeń to jeden z najbardziej nieprzyjemnych miesięcy na Islandii, a autorka pokazuje to już w pierwszej scenie, gdy sugestywnie opisuje śnieg kłujący jednego z bohaterów w twarz. Potem jest mgła, więcej śniegu, potężny wiatr i opowieść, która rozgrywa się zasadniczo dwutorowo i w taki sposób, że przez chwilę można stracić czujność, myśląc, że te dwa tory narracyjne są symultaniczne.
Nie są. Nic nie jest tutaj tym, czym się wydaje – może poza dzikością natury pochłaniającą ludzkie sekrety. „Złe decyzje” kryją ich mnogość. We wspomnianej interesującej lokalizacji pojawia się kontrolowany chaos. Coraz więcej niedopowiedzeń i tajemnic powoduje, że czytający dezorientują się w sieci uwarunkowań, które mogą sprawiać wrażenie nieprawdopodobnych. A jednak takie nie są. I wszystkie rozsypane puzzle znajdują tutaj swoje miejsce, gdy ujrzymy w pełni mroczny obraz namalowany słowami Sigurðardóttir – jak zawsze z mistrzowską klasą.
Powieść wykorzystuje ograny literacko motyw tajemnicy grupy przyjaciół, którzy po latach spotykają się ponownie, by wrócić do czegoś, o czym chcieliby zapomnieć. Prezentowana grupa ma jednak specyficzną hierarchię; relacje w niej – a wraz z nimi wewnętrzne sojusze – zmieniają się. To wszystko portretuje jeden z bohaterów, który wydaje się zdystansowany w stosunku do reszty nie tylko dlatego, że pojawił się na Islandii, przylatując zza oceanu. Jednak jak każdy w tej grupie chce pożegnać koleżankę, która straciła życie. Dziś na jej pogrzeb płyną trzydziestolatkowie – kiedyś połączeni traumatyczną sytuacją, obecnie mający uporządkowane życie, dobre pozycje zawodowe i płace oraz ułożoną całą resztę, na którą ciężko się pracuje i by tego nie stracić, jest się w stanie zrobić wszystko. Na przykład konfabulować.
Konfabulacje połączone z misternym opisem narastającej paniki tworzą tutaj nie lada wyzwanie czytelnicze. Jak wspomniałem, ważna jest perspektywa opisu. Tylko jedna z postaci jest w stanie opowiedzieć nam o reszcie. Ten piąty. Najbardziej chyba rozsądny. Najmocniej przeżywający wszystko, co zacznie się dziać na dzikiej wyspie. Najciekawszy psychologicznie, bo próbujący racjonalizować to, co dzieje się z jego koleżankami i kolegami, kiedy wpadają w pułapkę toksycznych zależności związanych z tym, że przeszłość przypomina się tu wyraźnie, bardzo wyraźnie. Dobitnie jak śmierć. Nie tylko ta, z którą związany jest pogrzeb – zasadniczy cel wizyty w Vestmannaeyjar.
Na drugim torze mamy dużo chłodniejszą emocjonalnie narrację dotyczącą losów patolożki, która przybywa ze stolicy, gdy okazuje się, że na wyspie prawie że spłonęło ciało jednej kobiety, druga zmarła tuż obok płonącego stosu, a trzecia walczy o życie i jest w krytycznym stanie. Tu tylko pozornie zapanuje porządek wynikający z metodycznej pracy lekarki i zespołu policyjnego, który w mniejszym lub większym stopniu ją wspomaga. Punktem wyjścia są dwie absurdalne śmierci. Finalnie w historii lekarki odsłaniane są karty, które psychologicznie uwiarygodniają bohaterkę w nieco inny sposób, niż ma to miejsce w przypadku piątki przyjaciół. Tu mamy dramatyczną historię rodzinną, w której niektóre bolączki nie przemijają, a na pierwszym torze – do którego wracam – zaznaczone jedynie punktowo jednostki postawione wobec największego zagrożenia: utraty tak zwanego normalnego i poukładanego życia.
„Czasem niewiedza jest błogosławieństwem”. Nikt jednak nie pobłogosławi piątki przyjaciół. Raczej będą oni schodzić do kolejnych piekielnych kręgów, odkrywając, dlaczego tak naprawdę znaleźli się na wyspie. Podoba mi się dynamizm islandzkiej pisarki pokazującej, do jak absurdalnych zachowań mogą posunąć się pozornie uporządkowani ludzie, których cechuje zdrowy rozsądek – w końcu zdroworozsądkowo ułożyli sobie życie i chcą, by wszystko pozostało tak, jak jest. Ile są gotowi zrobić, by zatrzeć ślady przeszłości? Jak daleko posunąć się w autodestrukcji, jak blisko śmierci stanąć? Świetnie dobrany tytuł powieści funkcjonuje tu w wielu wymiarach i na kilku planach czasowych. Ale ujmuje sedno tej historii: działanie impulsywne może pogrążyć, a w chwili niestabilności nerwowej można zrobić wszystko. Czasem stać się potworem. Czasami targnąć na swoje lub cudze życie. Bo przecież, jak mówi jeden z bohaterów: „Wszyscy mamy w sobie coś dobrego i coś złego, prawda?”.
Surowość przepięknego otoczenia znakomicie współgra tutaj z poczynaniami ludzi, których umysły i serca wydają się równie surowe – dla innych i dla samych siebie. Wiwisekcja emocji patolożki idzie w parze z punktowaniem jedynie tego, co dzieje się w emocjach piątki przyjaciół. A właściwie ludzi już całkowicie sobie obcych, którzy w rywalizacji o życiowy spokój są gotowi kąsać się nawzajem. Albo zrobić coś jeszcze gorszego. Całość przedstawiana z perspektywy tego, który robi wszystko, by nie oszaleć, gdy na jaw wychodzą coraz bardziej mroczne szczegóły wydarzeń sprzed siedmiu lat, a pogrzeb znajomej to dopiero początek ekstremalnych doświadczeń. Bliskość żywych i umarłych czyni z tej powieści fascynującą lekturę o tym, do czego możemy być zdolni, zaspokajając swoje własne potrzeby. Do czego może doprowadzić chora lojalność i czym ona jest tak w ogóle. Vestmannaeyjar staje się areną przerażających zdarzeń. Ich nagromadzenie zaskakuje i zachwyca jednocześnie, bo dzięki tej mnogości „Złe decyzje” zyskują jako kryminał, gdyż praktycznie każdy detal zostaje tutaj wyjaśniony, a ważne okazują się także postacie spoza pierwszego planu. Jak również te, które nie żyją, a choć pozornie nie wniosą już nic nowego, to wnoszą niepokój. Przeradzający się w szaleństwo. To jak żywioł islandzkiego sztormu, który najpierw wysyła charakterystyczne zapowiedzi, a potem smaga ląd bezlitośnie i długo. Tu poznamy ludzi, którzy nie mieli lub nie mają litości, ale także tych, którzy potrafią antycypować zagrożenia, jednak nie są w stanie pomóc samym sobie.
Brawurowo opowiedziana historia o tendencjach ucieczkowych, które przynoszą zarówno ukojenie, jak i coraz więcej napięcia. Eskaluje ono tu w kilku wymiarach. Można uznać, że bohaterowie tej powieści Yrsy Sigurðardóttir są skazani… przede wszystkim na siebie. I to może wydać się jeszcze bardziej makabryczne niż śmierć, której niejedno oblicze tutaj ujrzymy. Mocna rzecz i znaczący dowód na to, że autorka wciąż jest w formie. Zastanawiam się tylko, na ile w opisach detali ucierpiała pierwotna islandzka wersja, bo czytamy jej przekład z angielskiego na polski. Mam wrażenie, że w tłumaczeniu wprost z języka islandzkiego mógłby nam zostać tutaj zaprezentowany jeszcze gęstszy mrok. Ale i tak mamy go pod dostatkiem. I ludzi, którzy nigdy z mroku nie wyszli, a ich wrogiem może być własny cień. Druga część nowego cyklu pisarskiego czyta się znakomicie także bez znajomości pierwszej książki.
---
Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz