Cory Doctorow pozwolił sobie pofantazjować i w „Małym Bracie” pokazał możliwe scenariusze zdarzeń po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku. W błędzie jest jednak ten, który uzna, iż autor skupia się na opisie podobnego ataku, jaki będzie mieć miejsce w San Francisco (zostaje wysadzony most, giną ludzie, kalifornijskie miasto jest w panice). W moim odczuciu to przede wszystkim tanie sensacyjne czytadełko, ale chyba nie jest nim jednak do końca, skoro kazało mi się zastanowić nad kilkoma kwestiami.
Przede wszystkim nad szeroko rozpatrywaną kwestią wolności. Główny bohater, siedemnastoletni Marcus, wraz z przyjaciółmi zostaje aresztowany po zamachu terrorystycznym i zmuszany przez Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego, by ujawnił to, czego ujawnić nie chce. A Marcus to nie byle jaki nastolatek, tylko tęga hackerska głowa i młodociany rewolucjonista, który po łaskawym przez DBW wypuszczeniu, planuje serię akcji wśród młodych ludzi, których celem jest przede wszystkim egzekwowanie różnie rozumianej wolności. Chodzi naturalnie o wolność poglądów, ale nie tylko. Marcus bowiem, równie dobry gracz internetowy, co wielki patriota (ze świecą teraz szukać takiego wśród polskich siedemnastolatków), na lekcjach wiedzy o społeczeństwie wdaje się w burzliwe dyskusje z nauczycielami na temat elementarnych praw, jakie łamie się i atakuje obywateli w kraju, który jednocześnie po raz kolejny jest atakowany przez niezidentyfikowanego jeszcze wroga.
Krajobraz pięknego San Francisco zmienia się diametralnie po zamachu i zniszczeniu mostu. „Przez to wszystko miasto zdawało się jakieś przygaszone, jakby zatrzaśnięte w windzie, skrępowane dokładną inwigilacją sąsiadów i wszechobecnością kamer”. Tam to właśnie młodzi ludzie pokroju Marcusa przełączają się na xnet, zaszyfrowaną alternatywę Internetu, będący miejscem swobodnej wymiany poglądów i azylem dla wszystkich represjonowanych przez system. System bowiem jest zły. Jego egzemplifikacją są tortury DBW oraz świat zamknięcia na Treasure Island i względem tego wszystkiego należy się buntować. Kontestacja młodych bohaterów książki odbywa się w środowisku dla nich naturalnym, czyli pośród wszelkiego rodzaju mniej lub bardziej technologicznie skomplikowanych sprzętów służących głównie komunikacji.
Tutaj zaczyna się „bajeczkowość” tej książki. Marcus przybiera cybernetyczne imię M1k3y i rozpoczyna walkę z systemem. W międzyczasie zakochuje się z wzajemnością i stara się za wszelką cenę uwolnić pozostałego w sidłach Departamentu przyjaciela. Nowoczesne modele komunikacji i młodzi bohaterowie – to wszystko mogłoby wskazywać docelowego odbiorcę książki. Myślę jednak, że Doctorow przy jej pisaniu po prostu dobrze się bawił i bynajmniej nie przerazi mnie po lekturze wciskanie klawisza enter ani też świadomość tego, iż każde zabezpieczenie, jakie stosuję w moim życiu, można złamać. Tak na marginesie pojawiać się może na twarzy uśmiech, kiedy bohater wypowiada zdania typu „Wystarczy sflashować firmware na czytniku RFID za dziesięć dolców i gotowe”, a tłumaczka w pewnym momencie wyjaśnia w przypisie, czym jest skrót LOL.
„Mały Brat” to połączenie czegoś bardzo realnego, a mianowicie ludzkich tęsknot za sprawiedliwością, wolnością i poczuciem bezpieczeństwa z cyberprzestrzenią skierowaną na ideologiczne boje. Tym bardziej nieprzekonujące, że toczą je papierowe postacie, a niestety Marcus i inni jego koledzy właśnie tacy są. Można sobie o ich perypetiach poczytać, ale nie jest to konieczne. Rozumiem, że Amerykanie określają tę powieść fenomenem, ale Amerykanom iskrzą także oczy na filmie „2012”, więc pozwolę sobie uznać, że to po prostu… tylko niezła sensacyjna powiastka.
Wydawnictwo Otwarte, 2011
Nie sposób nie uznać racji tych, którzy nazywają Hiromi Kawakami pisarką nieistniejącego i ledwie odczuwalnego; pisarką zmuszającą wszystkie zmysły do ciężkiej pracy, a w rezultacie autorką całkiem oryginalnych historii. Taką jest i ta opisana w „Manazuru”.
Kei żyje w szczęśliwym małżeństwie z Rei. Los daje im córkę, wszystko przypomina typową rodzinną sielankę. W pewnym momencie –Momo jest już trzyletnią dziewczynką – Rei znika. Motyw tajemniczego zniknięcia z biegu przykuwa do lektury, ale to nie to będzie tak nas hipnotyzowało u Kawakami. Bo w jej odczuciu nie ma czegoś takiego, jak całkowite zniknięcie męża „Odejść w przeszłość może tylko to, co teraz jest. To, czego nie ma, nie może stać się przeszłością. Nie może też całkiem zniknąć. Choć nieobecne, pozostanie na zawsze”. Kei żyje zatem w zawieszeniu, gdzieś między tym, co było, a tym, co będzie. To, co właśnie trwa, jest najtrudniejsze do zdefiniowania. Tym bardziej, że kobieta jak w amoku wędruje trasą kolejową Tokio-Manazuru i sama nie wie, gdzie jest początek, a gdzie koniec wędrówki. Przed szaleństwem chroni ją Seiji, partner bohaterki. Co może zrobić ona sama, wiedząc o jakiejś tajemniczej godzinie 21:00 i nie rozumiejąc motywów zniknięcia męża?
Ścisłe i trwałe więzy międzyludzkie budują społeczną potęgę Japonii. Tymczasem to Japonka próbuje tę potęgę rozbijać. Nie wiemy, czy jej poszukiwania to działania stęsknionej żony czy też może morderczyni, która musi odnaleźć ciało? Poza tym bardzo interesująco nakreślone są relacje między Kei a jej dorastającą córką (od zaginięcia mija kilkanaście lat). Kei ma do Momo ambiwalentny stosunek. Kocha ją i chwilami nie chciałaby jej mieć. Jest dla niej cenna, ale nie niezbędna. Czy w gruncie rzeczy ktokolwiek z najbliższego otoczenia Kei mógłby tak o sobie powiedzieć?
Autorka wyraźnie wraca do stylistyki "Nadepnęłam na węża" w momencie, w którymi wędrującej Kei zaczyna towarzyszyć kobieta. Widzi ją sama Kei, kobieta wydaje się być obca, by za chwilę czuć wszystko to, co czuje Kei. Obie odbywają wiele wędrówek, nie tylko tych do Manazuru i obie próbują oczyścić się z cierpień, jakie doznawały.
Podkreślić też należy, iż jest to książka reprezentatywna dla literatury japońskiej nie tylko przez swój chłód i wyjątkowo rozważnie dobierane słowa, ale także np. przedstawienie aktu seksualnego ujawnia się charakterystycznie, kiedy autorka niespełniona po stosunku, musi „wyciszyć” podniecenie. Kwestia macierzyństwa, jego sensu i końcowego bólu wymieszanego z rozczarowaniem, to też dość zaskakujący zabieg orientalny. Sama Kei mówi do siebie, że ma żal do Reia za to, że odszedł. Japońska kultura uznaje takie słowo za mocne, toteż Kei nieco się z nim męczy, ale uznaje ostatecznie, że przecież ma prawo tak się czuć.
„Manazuru” ma moc. Nie sposób tej mocy nie doświadczyć, ale lojalnie ostrzegam, że u Hiromi Kawakami nie wszystko da nam zrozumieć. Tych, którzy lubią linearny porządek i dobrze zarysowane sylwetki postaci, zapraszam do innej lektury, bo „Manazuru” ma dziać się w naszej wyobraźni i wtedy, gdy pracuje.
Wydawnictwo Karakter, 2011
Drobne zamieszanie mamy z najnowszą publikacją Dubravki Ugresić, wszak powinna nosić tytuł „Baba Jaga zniosła jajo”, czyli taki, jaki nosił wydany przed laty zbiór opowiadań autorki. Czyżby świadectwo tego, iż motyw starej wiedźmy pożerającej dzieci bądź ludzi w ogóle, mieszkającej samotnie i w samotności planującej kolejne zemsty na tych, którzy burzą jej spokój, nie daje Ugresić spokoju? Mityczny motyw Baby Jagi jest przez nią rozpatrzony wieloaspektowo przede wszystkim w trzeciej części „Życie jest bajką”; najbardziej chyba dwuznacznej, mylącej tropy, robiącej czytelnikowi zamieszanie w głowie i stawiającej pytanie o istotę kobiecości starzejącej się, ale też opowiadającej o starych jak świat obrazach wiedźm, mających tak wiele oblicz.
„Starość jest rodzajem naturalnego środka uspokajającego, może dlatego, że sama jest nieszczęściem”. Ugresić bynajmniej nie stara się pokazać, jak podeszły wiek jej bohaterek je uspokaja. Wręcz przeciwnie – im starsze, tym bardziej żywotne. Gderliwe, uprzykrzające życie innym, ekstrawaganckie i niezwykłe w swym szaleństwie wieku starczego. Takie są bohaterki tej niesamowicie ciepłej, inteligentnej i niejednoznacznej książki.
Część pierwsza to taka słodko-gorzka narracja o skomplikowanych relacjach autorki z własną matką. Z jednakowym pietyzmem i dokładnością opisane są i cierpienia staruszki, i jej obsesje, przede wszystkim ta dotycząca sprzątania. Ugresić nie wstydzi się pisać o ofiarowaniu jedynie czegoś na kształt substytutów uczuć, bo z ich pełnym okazywaniem ma ogromne problemy. W opowieść o starszej pani wplata się niepostrzeżenie historia sentymentalnego wyjazdu autorki do Bułgarii, gdzie spędza czas ze studentką folklorystyki Abą. Początkowa irytacja dziewczyną zmieni się tak, jak zmieni się kształt całej książki, kiedy Ugresić podejmie się drugiej, przezabawnej i niesamowicie ciepłej opowieści o … trzech starych dziewczynach. Aba natomiast powróci i to w zupełnie innej roli. Cicha i speszona dziewczyna dokona odważnej interpretacji dwóch poprzedzających jej rozprawkę naukową tekstów.
Najciekawsza jest ukryta wewnątrz opowieść o starzejących się kobietach. Każda z nich przybywa do czeskiego Grand Hotelu N., by uciec od przeszłości. Każda może mieć w sobie rys specyficznej czarownicy; wiedźmy zmieniającej rzeczywistość i potrafiącej dopiec tym, którym dopiec trzeba. Na pierwszy plan wysuwają się jednak relacje przyjaciółek i ich wzajemne powiązania. Oto jak Dubravka Ugresić potrafi połączyć ich bagaże doświadczeń: „Każda z tych trzech kobiet, Lala, Beba i Kukla, miała swoje życie, każda po drodze zgromadziła sporo życiowego bagażu i każda dźwigała na plecach swoje brzemię. I oto teraz, ten bagaż, zrzucony na jedną stertę, zawalił się pod własnym ciężarem, walizki się pootwierały i stare szmaty ujrzały światło dzienne…”. Okazuje się, iż pobyt w czeskim uzdrowisku ma być dla jednej z przyjaciółek miejscem pożegnania się z życiem, a dla dwóch z nich rozpoczęciem życia na nowo u boku małej dziewczynki, pojawiającej się nie tyle niespodziewanie, co niemal fantastycznie, a przecież ukryta w gąszczu mitycznych i regionalnych znaczeń historia sama w sobie jest przecież czymś całkowicie niemożliwym do wyobrażenia.
Dubravka Ugresić to pisarka wiarygodna. Jej dotychczasowe utwory świadczą o tym, że wie, jak pisać i do kogo się zwracać. Myślę, że „Życie jest bajką” to lektura wskazana dla mężczyzn. Choćby po to, by spojrzeli na męskie wizerunki w tej książce, o których celowo nie napisałem ani słowa. To naturalnie także kobieca literatura. Można czytać z nadzieją, że starość nie oznacza klęski, a jesień życia może kryć więcej zagadek i przyjemności niż całe dotychczasowe.
Wydawnictwo Znak, 2011
Wydaje mi się, iż Bartosz Żurawiecki uprawia coś na kształt pisarstwa kompulsywnego. Ot, wpadnie mu do głowy pomysł, dość szybko wrzuci go w jakąś pisarską formę, hermetycznie wręcz zamknie się w świecie homoseksualnych doznań rzutujących na życie codzienne w nieprzyjaznym heteroseksualnym społeczeństwie i będzie starał się nazwać to literaturą zaangażowaną. Kiedy przed laty recenzowałem „Ja, czyli 66 moich miłości”, byłem przekonany, iż mamy do czynienia z pisarzem nie tyle interesująco osadzającym swą twórczość w aspekcie seksualności własnej, co seksualności w ogóle. Tymczasem „Nieobecni” pokazują kiepskie oblicze autora, bo jest to książka nie tylko nieudana, ale też pozbawiona mocy przekazu, a naprawdę miałaby co przekazać światu.
Bohater główny nie ma imienia i ma to być oczywiście znaczące. Znaczące jest także to, że – jak autor powieści – A. przekroczył granicę czterdziestu lat. Poznajemy go sparaliżowanego egzystencjalnymi lękami i nękanego bezsennością, starającego się za wszelką cenę utrzymać porządek swego życia, wykonując wciąż te same, powtarzające się czynności. Zatem pobudka bladym świtem, poranny dyżur w radio, a potem bezproduktywnie spędzana reszta dnia. Prawdopodobnie A. jest w depresji i dość szybko dowiadujemy się, kto za tym stoi. Wieloletni partner A., Dominik, postanowił zerwać z przewidywalnym i nudnym życiem u jego boku i rozpoczął nowy żywot jako polski emigrant w Londynie. Pozostaje po nim widoczny i trwały ślad, jakim jest matka Dominika, z którą A. ma częsty kontakt.
Porzucony, starzejący się gej i jego eksteściowa – doprawdy niezwykły tandem. Będzie jeszcze bardziej niezwykły, kiedy któregoś dnia i jedno, i drugie zorientuje się, że… nikt ich nie widzi. A. ta orientacja przychodzi dużo szybciej. Wraz z nią zaskakująca metamorfoza. Cierpiący po cichu, zamknięty w sobie i przed światem A. nagle chwyta za broń, zaczyna strzelać, zabijać, pozwala sobie na kradzieże i łamanie wszelkich możliwych zasad. Dołącza do swej gry panią Marię, która początkowo niechętnie, potem z dużym zaangażowaniem zabiera się do misji niszczenia świata, który jej i A. przez całe życie był nieprzychylny.
Pani Maria ukrywa w sobie chyba więcej goryczy niż A. Czuje obrzydzenie do siebie i swojego życia. Przez cały czas czuje się karana oraz upokarzana, chociaż stara się wzorowo wypełniać najpierw rolę córki, potem żony, matki i idealnie wpisywać się w społeczne schematy, które nakazują jej wieść żywot stateczny, stabilny oraz przeraźliwie nudny. „Powiedz mi więc, jaki to ma sens tak się męczyć i niesprawiedliwie cierpieć, choć wypełnia się przecież wszystkie obowiązki i to, co trzeba. Punkt po punkcie, jak przykazali. A jednak nie ma nagrody, jest tylko kara”. Monologi pani Marii po pewnym czasie męczą już samego A., w gruncie rzeczy natomiast i on, i druga wykluczona, odizolowana od innych postać, są postaciami bardzo papierowymi i pozbawionymi siły przekonywania.
„Nieobecni” to proza buntu, ale takiego polegającego na odmrażaniu sobie uszu na złość mamie. Nie sposób traktować tej książki poważnie, bo jest dalece niepoważna. Jej struktura wewnętrzna i przesłanie są nad wyraz nieprzekonujące. Odnoszę wrażenie, iż ta historia została napisana na siłę i tworząc ją, autor męczył się tak, jak jego bohaterowie. Właściwie to mamy tutaj do czynienia z tragedią końca w porównaniu z dobrym początkiem. Bo – choć A. od początku wzbudzać może tylko antypatię – „Nieobecni” to intrygujący zapis umysłu zainfekowanego lękami, ale to tylko pierwszych kilkanaście stron. Potem robi się z tego wszystkiego po prostu bałagan. Ma się ochotę odebrać broń A. i strzelić w powietrze ostrzegawczo, by Żurawiecki ponownie podobnej rzeczy nie popełnił.
Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2011
Sporo już napisano w przestrzeni publicznej o „Oskarżonej”, bo to faktycznie książka, która musi przykuć do fotela i należy do tych niewygodnych lektur, po skończeniu których oddycha się z ulgą, odkłada ją i z radością mówi w myślach „mnie to nie dotyczy”. Myślę, że to, co zawarła w swojej opowieści Mariella Mehr (której biogram załączony do książki stanowi lekturę chyba bardziej poruszającą niż fabularna fikcja „Oskarżonej”), dotyczy nas wszystkich bez względu na płeć i wiek. Autorka bowiem próbuje zaprezentować skomplikowaną architekturę zła, a jego moc ucieleśni przesłuchiwana podpalaczka i morderczyni, która w realnym świecie ma swój odpowiednik, co czyni „Oskarżoną” książką jeszcze bardziej wiarygodną.
Mamy do czynienia z przejmującym monologiem, jaki tytułowa postać, kieruje do przesłuchującej ją urzędniczki. Początkowo zdystansowana, Oskarżona szybko stara się zbudować pewną opozycję i wskazać, że oto słaba wola konfrontuje się z wolą silną i że przesłuchująca tak naprawdę niewiele jest w stanie zrozumieć z tego, co się do niej mówi. Potem coś się zmienia, niema rozmówczyni jest już osobą, do której Oskarżona zwraca się per „ty”, następuje coś w rodzaju szaleńczej bliskości… Szaleńczej dlatego, iż kobieta opowiadająca swe dzieje, historie podpaleń i zabójstw, wydaje się być jakąś ideą nadczłowieka, a nie zwyczajną morderczynią. Kari Selb nie jest w stanie spojrzeć na siebie oczyma przesłuchujących, bo dla nich jest ona jedną z wielu, a chce – dla siebie i dla świata – pozostać tą wyjątkową.
Dobrze robi jej izolacja. Kari wyraźnie ją sobie ceni. „Nie tęsknię za skrzeczącymi babami, wiecznie lejącymi łzy nad własnym życiem. Moja ściana mi odpowiada”. Tylko w izolacji jest w stanie przeżywać swoje życie naprawdę, nazywać to, co robiła i widzieć w tym sens. Logiczne dla Kari jest uwięzienie, jednak nie mieści się jej w głowie, iż proces, któremu jest poddana, ma stanowić jakąś formę katharsis dla niej samej. Oskarżona sama oskarża i czuje się daleko ponad światem, który nie może jej wybaczyć okrucieństw.
Oskarżona we wspomnieniach wraca do traumatycznego dzieciństwa z wiecznie pijaną matką i nieobecnym ojcem. Opisuje, jak wzrastał w niej gniew. Potem bunt. A może jedno i drugie jednocześnie. Tajemnicą jest, w jaki sposób od tego momentu Kari dotarła aż do otchłani piekielnej. Wspólnie zresztą ze znikającą Malik i Serafimem, których symboliczna funkcja ujawniana w toku zwierzeń nie jest jasna. Ta istota troista, jak siebie określa Kari, próbuje powiedzieć, jak rozumie zniszczenie. „Zniszczenie rozumiałam zawsze jako samodzielną siłę. (…) Ale ani nienawiść i zazdrość, ani inne uczucia nie skłaniały mnie do niszczenia upatrzonych wcześniej celów”. Niszczenie dla samego niszczenia? Gdzieś między snem a jawą, między Malik i Serafimem a ofiarami zbrodni… Kari zabłąkana, Kari odważna, Kari zagubiona, Kari niezwykle silna. Okrutna, zła i nieszczęśliwa.
Mehr pisze o zranieniu, o patologii rodzącej się z okrucieństw rzeczywistości na pozór niepatologicznej. Jednocześnie pisze o kimś, kogo sama jest w stanie zrozumieć. Nam jest zdecydowanie łatwiej zrozumieć „Oskarżoną”, kiedy pozna się dramatyczną biografię Marielli Mehr i zwróci uwagę na to, ile w tej prozie jest prawdy. Bolesnej, przerażającej prawdy między innymi o tym, iż rany zadane przed laty mogą zostać zadane ponownie.
Kari spala się w niszczycielskiej sile czerwieni. Oddaje się demonom przeszłości, które każą jej monologowi zmienić formę. Zakończenie „Oskarżonej” stawia więcej pytań niż odpowiedzi, a autorka próbuje nazwać istotę zła, które rodzi się w kobiecie stawiającej siebie ponad innymi…
Wydawnictwo Czarne, 2011
Proza Szulkina jest ciężka, mroczna i uderzająca trzema sztyletami ze słów, bo „Epikryza” to specyficzny tryptyk o samotności, cierpieniu w niej i odczuwaniu tego cierpienia. Na tę niepozorną książkę składają się trzy dość specyficzne teksty. Dwa wyszły Szulkinowi pewnie dlatego, iż nieobca jest mu reżyseria. To w końcu idealne dramatyczne monologi dla zgorzkniałego Bogusława Lindy czy histerycznej Krystyny Jandy. Teoretycznie. W teorii także trzeci tekst, makabryczną baśń z elementami czarnego humoru i wstawek a la „Piła, numer wpisz sobie sam”, moglibyśmy przyłożyć do aktorskiego światka i pokusić się o to, kto najciekawiej zagrałby skazanego na samotną walkę z otoczeniem i samym sobą Kajtusia, w którym walczą i Gombrowiczowskie Formy, i szaleństwo surrealistów. Kontrolnym słowem, słowem-kluczem, narzuconym nam przez autora, jest tytułowa epikryza. Bolesna, przejmująca, przerażająca. Analiza postępu choroby. Choroba jest jedna. Szulkin udziela trzech o niej informacji. Jakich?
Warta podkreślenia jest struktura czasowa, albowiem poznajemy najpierw bohaterów z przyszłości, potem bohaterkę z czasu teraźniejszego i dopiero na końcu rezolutnego Kajtusia, burzyciela świata przedstawionego, którego poznajemy w XIX wieku. Szulkin rusza zatem od przyszłości w przeszłość. By zdiagnozować chorobę i jej rozwój, trzeba się cofnąć wstecz. Chorzy bohaterowie „Epikryzy” mówią trzema różnymi głosami, ale w gruncie rzeczy o tym samym.
„Ślimak” przypomina groźne widmo Orwella, co może być o tyle zaskakujące, iż akcja opowiadania dzieje się w dalekiej przyszłości. Pratt to stary człowiek w nowych czasach. Jego biografia nie zawiera nic cennego, jego życie nie było w żaden sposób urozmaicone i zlały się po latach nawet noce i dnie. Takiego to Pana-Nikt zaczyna przesłuchiwać enigmatyczny Kontroler. Czytamy o jego marzeniach, ale i chorych rojeniach, o zgorzknieniu i kompleksach, ale jednocześnie o wielkim przywiązaniu do wieloznacznie rozumianego pojęcia „systemu”. Symbolika wędrującego ślimaka, który zostawia po sobie ślad, może być gorzką diagnozą kondycji społeczeństwa, jednak nie tylko o nie tutaj chodzi. Wartością (?) nieprzemijającą ma być pogarda i w niej to pławi się Kontroler. W finale jednak podkłada swój kark do ugryzienia Prattowi. Schyla przed nim głowę. Upokarza się i chce być upokorzony. Cierpi najbardziej w tej właśnie chwili.
A ona? Jest artystką, która spotyka się z nieznajomym mężczyzną, dla którego rzekomo spotkanie to ma być nagrodą za jakieś proekologiczne działanie. Aktorka z „Per procura” jest dublerką. Aktorzy kłamią, a ona kłamie za kłamców. Stąd też jej wizja sztuki jako cierpienia, jej gorycz i cierpienie tej, którą ktoś potrzebuje tylko w zastępstwie. Łzawy i chwilami naprawdę irytujący monolog kobiety to wieloznaczna opowieść życia – od kiszki pasztetowej i jej znaczenia po bezkres samotności, w której dublerka gra już tylko samą siebie…
„Ucięta głowa czarownicy” to już zupełnie inna bajka (sic!). Pozornie. Kajtek od zawsze ma wpajane przez Babcię przekonanie, iż chcieć oznacza móc i że może to w życiu wykorzystać. Któregoś dnia upokorzy go tajemniczy nauczyciel w zastępstwie, który przechwyci jego liścik miłosny na lekcji. Obiekt westchnień Kajtusia, Zosia, będzie też swoistym fantazmatem, bo przecież nic w tej opowieści nie będzie tym, czym się wydaje być. Następująca po sobie seria ataków na Kajtka i jego ucieczek kończy się dramatycznie dla bohatera i każe mu… zmienić się. A to boli i to bardzo.
Bolesna jest także lektura „Epikryzy”. To taka mała książeczka, do której można parę razy wrócić i za każdym razem inaczej pomyśleć o symbolice i roli groteski w tych trzech tekstach. Śmiać nie ma się z czego, ale zajrzeć do tekstów Piotra Szulkina na pewno warto.
Korporacja Ha!art, 2011
Czy „Trans” to literatura? Przeraża mnie rekomendacja tej książki w salonie Empik i jej wysoka pozycja w rankingu tejże placówki. Właściwie to nie chce mi się o tej książce pisać, bo myślę nawet, iż nie wypada, ale jednak kusi, by wyrazić własne zdanie. Bo „Trans” jest osobistą spowiedzią autorki i po raz pierwszy od dłuższego czasu wraca ona do spisywania swoich wspomnień. Dlaczego tym razem tak kurczowo uczepiła się Andrzeja Żuławskiego, którego stara się w „Transie” skompromitować jako mężczyznę i jako twórcę? Ma to jakiś związek z zamieszaniem wokół „Nocnika”, w którym wyszło na to, iż Żuławski ździebko przesadził, opisując swe podboje miłosne? Jakoś nie chce się wierzyć, że Manueli Gretkowskiej nagle zebrało się na jakiś sentyment i postanowiła opisać swój płomienny romans z artystą, który nie docenił jej jeszcze bardziej płomiennej kobiecości.
Poza nirwanicznymi orgazmami, wędrowaniem z podpaską na czole, poza opłatkiem w pochwie, kobiecymi wytryskami i porównywaniem seksu do religii, najnowsza książka Gretkowskiej jest jeszcze o czymś, albowiem stara się nie być wtórną wobec poprzednich i tym razem pozwala sobie na ostrość oraz bezkompromisowość w ataku, przy jednoczesnym zachowaniu subtelności tej, która ów atak przypuszcza.
Zaczyna się rzekomo od Taty. Ojciec uległy, wieczny chłopiec podległy swej matce i żonie, na oczach córki kurczy się i przestaje być autorytetem. Dodatkowo obecność przy jego agonii po wylewie powoduje, iż autorka romans z powieściowym Laskim stara się tłumaczyć nie czym innym, jak poszukiwaniem ojcowskiego odpowiednika w kochanku, poszukiwaniem silnego i prawdziwego mężczyzny, którym – jej zdaniem – nie mógł być Tato. Najpierw ojca poszukuje w Mężu, a po zdradzie i porzuceniu przez niego, kotwiczy razem z ekstrawagancką nastolatką Itą na brzegu Sekwany, gdzie stara się nabrać dystansu do własnego życia, a jednocześnie wejść w łaski reżysera, jej Mistrza.
Deprecjonowanie Żuławskiego odbywa się w „Transie” na kilku płaszczyznach. Ośmieszenie go w roli twórcy nie jest trudne, jeśli włoży się w jego usta słowa o tym, iż film to kłamstwo. Kpina z jego męskości odbywa się tu już dużo bardziej interesująco; kwestionowana jest jego męskość jako partnera i jako kochanka. Partnerem Laski być nie potrafi, kochankiem może być żenującym (Gretkowska bez skrępowania opisuje, jak to sobie popierdywał podczas stosunków i jak unikała kontaktu z jego odbytem). Kim jest ostatecznie? Zdrajcą i hochsztaplerem jej uczuć. Tej, która spalała się dla niego w swoistym transie przez dwa lata, a którego ukoronowaniem był żenujący scenariusz do koszmarnego filmu „Szamanka”, który do dziś zapewne w wielu budzi niesmak.
Atak na Laskiego jest precyzyjny i bezpardonowy, kiedy już uczucia ustąpią miejsca złości. „Wsadzasz kobietom kamery w pizdę i panoramujesz. Uprzedzasz je o tym? Chcą tego? Wykorzystujesz, że w buraczano-patriarchalnej Polsce nikt się za nimi nie ujmie. One ze wstydu przemilczą, ofiary wstydzą się bycia ofiarami”. Jak można się spodziewać, Gretkowska daje sobie prawo do mówienia w imieniu pewnej zbiorowości, bo kochanki wykorzystywane przez Andrzeja Żuławskiego mają tu znaczenie symboliczne.
Naprawdę nie rozumiem, komu i po co ta książka. Niesmaczna. Nieprzyjemna. Nieudana. Ale jej autorka nadal pozostaje skandalistką, zatem nic się nie zmieniło. Może tylko to, że „My zdies’ emigranty” można było czytać, ale ostatnich kilku pozycji autorki już nie.
Wydawnictwo "Świat Książki", 2011
„Przestępstwo” to książka jedyna w swoim rodzaju. Autor, znany niemiecki adwokat, szereg dylematów, z jakimi się spotyka w swojej pracy potrafi zamknąć w literackie formy kilkunastu krótkich przypowieści, dla których punktem wspólnym jest niewątpliwie próba zrozumienia, czy sportretowanych ludzi trzeba całkiem obarczyć odpowiedzialnością za popełnione czyny. A może jednak było inaczej? Może warto podpatrzeć tych, którzy dopuszczają się przestępstwa i zrozumieć ich motywy działania?
Autor we wstępie wskazuje cel napisania swej książki, używając takiego symbolicznego porównania: „Przez całe życie tańczymy na cienkim lodzie, pod nim jest zimno i szybko się umiera. Pod niektórymi lód pęka i zaczynają tonąć. Ten moment mnie właśnie ciekawi”. Nie musi bowiem dojść do utonięcia. Możemy uratować i siebie, i tego kogoś, z kim właśnie tańczymy. Ferdinand von Schirach w swych przewrotnych opowiadaniach ukazuje nie tylko trud pracy adwokata broniącego z urzędu, co sam skomplikowany proces, który zwykło się nazywać dochodzeniem do prawdy. Autor stara się pokazać, że zawsze istotny jest dowód, nie zaś to, iż komuś lub czemuś się wierzy. Czy my, laicy prawa karnego, pragnący być jedynie karmieni jakimiś sensacyjnymi fabułkami uwierzymy w to, co przeczytamy? Myślę, iż warto przede wszystkim zbiorek tych niezwykłych tekstów przemyśleć. Zadać samemu sobie pytanie o to, czym naprawdę jest przestępstwo.
Poznamy doprawdy rozmaite historie i wraz z von Schirachem stawiać sobie będziemy wiele pytań. Dlaczego 72-letni lekarz ćwiartuje siekierą swoją żonę, a potem natychmiast oddaje się w ręce wymiaru sprawiedliwości? Kim jest milczący mężczyzna, który na dworcu kolejowym kilkoma wprawnymi ruchami morduje atakujących go chuliganów? Czym wyjaśnić samobójczą śmierć młodej wiolonczelistki? Dlaczego wcześniej morduje brata? I dlaczego na wieść o jej śmierci zabija się także jej ojciec? Koszmarne naczynia połączone dźwiękiem wiolonczeli…
Jeśli to za mało, będziemy głowić się nad tym, dlaczego partner pewnej prostytutki podejmuje się makabrycznego ćwiartowania zwłok jej klienta. Zadamy sobie pytanie, czy urojenia natury schizofrenicznej mogą popchnąć nastolatka do morderstwa. Pomyślimy nad tym, dlaczego młodociani przestępcy oddają skradzione z sejfu pieniądze oraz niezwykłą czarkę pewnemu Japończykowi. W końcu będziemy świadkami tego, jak autor stara się odwieść swego klienta od tego, by… nie zjadł swojej partnerki w dowód miłości.
Von Schirach operuje słowem bez rozmachu, lecz precyzyjnie. Opowiadania tworzą krótkie, rwane notki, przypominające suche zapisy w kronice policyjnej. Pisząc o ofiarach i zbrodniarzach, autor snuje także refleksje o własnej roli w procesach karnych. Nie wszyscy znają pewną prawdę. „Między obrońcą w procesie karnym a jego klientem panuje szczególna relacja. Adwokat nie zawsze chce wiedzieć, co się naprawdę stało. (…) W innych przypadkach adwokat musi znać prawdę bezwarunkowo”. W opowiadaniach z „Przestępstwa” autor lokuje się właśnie w tych dwóch skrajnie różnych od siebie pozycjach. Mimo wszystko ocenę opisywanych postaci pozostawia czytelnikowi. I pewnie dlatego można się podczas lektury poczuć śledczym prowadzącym sprawę, w której jest wiele niewiadomych. Trudno także nie zrozumieć, dlaczego książka ta szybko stała się w Niemczech bestsellerem.
Wydawnictwo W.A.B., 2011
W zalewie skandynawskich kryminałów naprawdę trudno wybrać coś, co w jakiś sposób wyróżniłoby się w tym gatunku i byłoby naprawdę warte polecenia. Książkę Jussiego Adlera-Olsena wyróżnia określenie „thriller” na okładce. Owszem, „Kobieta w klatce” jest thrillerem, ale w żaden sposób nie ustępuje gatunkowym „produkcyjniakom” o dzielnych policjantach walczących w skandynawskim chłodzie ze złem ucieleśnionym lub symbolicznym. Tutaj będziemy mieli raczej do czynienia z walką z czasem oraz z pokładami nienawiści, jakie drzemią w człowieku. Poza tym, iż jest to powieść nadmiernie i niepotrzebnie wielowątkowa, czyta się „Kobietę w klatce” szybko, a przede wszystkim chyba o to tutaj chodzi, by przykuć uwagę, czyż nie?
Dramatyczne zdarzenia rozpoczynają się w 2002 roku, kiedy niezależna i lubiana przez media parlamentarzystka Merete Lynggaard, bez słowa znika z pokładu promu, na którym znajdowała się wraz ze swym niepełnosprawnym bratem. Uffe, bo tak ma on na imię, jest skrzętnie przez Merete ukrywany przed mediami, a obcowanie z nim w domowym zaciszu daje parlamentarzystce chwile wytchnienia po ciężkiej pracy. Dla Lynggaard właściwie nie istnieje żaden inny świat poza tym związanym z obowiązkami w pracy i tym drugim, przy Uffem, pozornie sielankowym, a tak naprawdę kryjącym w sobie mrok zdarzeń wypadku samochodowego z 1986 roku, kiedy zginęli między innymi ich rodzice. Te zdarzenia położą się cieniem nie tylko na życiu Merete i Uffego. O tym jednak dowiemy się dopiero po pięciu latach.
Druga bowiem płaszczyzna narracyjna obejmuje zdarzenia z 2007 roku, kiedy to pewien duński policjant podejmuje się wznowienia śledztwa w sprawie zniknięcia parlamentarzystki, które zostało przed laty przerwane. Carl Mørck zaczyna grzebać w papierach dotyczących sprawy zaginięcia właściwie zupełnie przypadkiem. Otrzymuje bowiem wolną rękę od przełożonych i jako przedstawiciel powołanego przez rząd duński Departamentu Q winien rozwiązać którąś z nierozwiązanych dotychczas zagadek, nad którymi Carl ma się pogłowić w swym nowym piwnicznym biurze. I chociaż autor dwoi się i troi, by to jednak postać Merete była w centrum uwagi czytelnika, dość szybko przenosi się ona na Carla.
Dlaczego? Dlatego, że od początku wiemy, iż Merete jest gdzieś uwięziona i pod wielkim ciśnieniem (w przenośni i dosłownie) próbuje walczyć z niewidzialnym wrogiem, który zamknął ją w jakimś koszmarnym miejscu. Będziemy z czasem odkrywać tajemnice jej klatki, ale nie dowiemy się już niczego ponad to, co o jej życiu mówi narracja wprowadzająca nas do momentu zniknięcia Merete z pokładu promu. Postać Carla jest dużo bardziej ciekawsza z psychologicznego punktu widzenia. Policjant ten bowiem wrócił niedawno z urlopu zdrowotnego, podczas którego wciąż na nowo przeżywał moment zawodowej klęski, kiedy wraz z przyjaciółmi dali się zaskoczyć przez przestępców, w efekcie czego jeden policjant poniósł śmierć, a drugi leży sparaliżowany w szpitalu i błaga Carla o to, by go zabił, skracając męki. Sprawa Merete Lynggaard ma wyrwać Carla z marazmu, jednocześnie pokazuje, jaką inteligencją i przewrotnością charakteryzuje się ów policjant. Nie można też nie zauważyć przesympatycznej postaci pewnego syryjskiego pomocnika, dzięki któremu Carlowi będzie na pewno łatwiej zrozumieć i połączyć kilka wątków zapomnianej sprawy.
Symbolika klatki, w której znajduje się Merete, jest dość czytelna: „Niewielu będzie za mną tęsknić – pomyślała. Uffe, tak. On na pewno będzie tęsknił. Biedny, biedny Uffe. Ale też nigdy nie pozwoliła nikomu oprócz niego tak bardzo zbliżyć się do siebie. Odcięła się od innych i zamknęła w sobie jak w klatce”. Kobieta zdana tylko na siebie, pozwalająca być blisko siebie tylko niepełnosprawnemu bratu… ktoś taki musi za coś odpokutować, a zamknięcie ma być rodzajem kary. Za co? Jak długo ta kara ma trwać? Czym ma się skończyć? Czy wznowienie sprawy Merete w 2007 roku pozwoli Carlowi dotrzeć do zamkniętej gdzieś przez jakiegoś szaleńca w klatce Lynggaard? Te i kilka innych pytań skłaniają do coraz uważniejszej lektury.
Klaustrofobiczny klimat, atmosfera pogoni za czasem, wciąż nowe i niewyjaśnione wątki, postacie, zdarzenia – to i jeszcze wiele więcej kryje w sobie „Kobieta w klatce”. Otwarta opowieść o pewnym zamknięciu.
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2011
Trudno jest pisać o powieści Leeny Parkkinen, bo jest to też trudna książka. Opowiada o wiecznym połączeniu, o byciu z kimś zawsze i wszędzie, ukazuje brak granic prywatności i przedstawia udrękę, opisując losy dwóch braci zrośniętych ze sobą tułowiami, dwóch potworów, wyrzutków, wiecznych outsiderów. Porzuconych przez matkę – kurwę, matkę Medeę w stroju Junony, która z ekspedientki sklepowej zmieniła się w modelkę fotografa i nigdy nie odczuwała wyrzutów sumienia, że porzuciła swych zdeformowanych synów. Ta opowieść nieprzypadkowo rozgrywa się w pierwszym trzydziestoleciu minionego wieku. Nie ma bowiem wówczas narzędzi ani możliwości, by pomóc Maxowi oraz Isaacowi, opowiadającemu tę wielobarwną i w gruncie rzeczy bardzo okrutną historię rozpisaną na wiele rozdziałów, wiele dat, wiele zdarzeń i wielu niemych świadków zdarzeń.
Jak żyć, mając wciąż u boku (w sensie dosłownym) tego drugiego, tak innego? „U bliźniąt syjamskich tajemnica to luksus. Ten drugi jest wiecznie obecny. Samotność w towarzystwie. Fizyczność przekraczająca granice małżeństwa. Nauczyliśmy się zamykać oczy i odwracać, kiedy drugi mówi.” Max spogląda na życie nieco inaczej niż Isaac, ale obaj zmuszeni są przez los do tego, by to życie przeżywać wspólnie. Co przeżywają? Przede wszystkim moc upokorzeń i krzywd, które rozpoczyna odrzucenie przez matkę, a kończy finał znajomości z niejaką Iris – kobietą, która mocno poróżni braci i pod koniec ich życia będzie stanowiła pryzmat, przez który bliźniacy spojrzą na swą przeszłość.
Max i Isaac wchodzą w skomplikowane relacje z kobietami, z którymi łączy ich tragizm istnienia. Można to naturalnie wiązać z odrzuceniem przez matkę, a potem przez ciotkę (ją zwłaszcza Isaac próbuje usprawiedliwiać). Można przyglądać się temu z jeszcze innego punktu widzenia. Dramat cyrkowego życia Sabriny czy Mony koresponduje w jakiś sposób ze stanem psychicznym, w jakim znajdują się obaj bracia, także przecież występujący na cyrkowych arenach jako zjawisko i coś, czego widokiem syci się gawiedź. Charyzmatyczna Madam Maxime, która nadaje bliźniakom imiona Max i Isaac, jest jednocześnie obiektem pożądania i kobietą prowadzącą przez życie. Taką, wobec której trzeba zachować pokorę. A francuska prostytutka Lucia? Jak inne jej podobne z paryskiej „Marinary” oferuje bohaterom przyjaźń. To przyjaźń odrzuconej dla tych, których całe życie odrzucano. Tych, których ostatecznie zrozumie, ale i poróżni Iris, o której już wspomniałem.
Świetna jest kreacja opowiadającego Isaaca. Widzimy świat jego oczyma, ale opowiada on o doświadczeniach własnych i brata w taki sposób, że w każdej chwili możemy nabrać wobec nich dystansu. To narracja niespieszna i stonowana. Łagodnie opowiadająca o brutalnej przecież rzeczywistości.
Debiutancka książka Parkkinen wpisuje się zapewne w pewien psychologiczny nurt pisarstwa fińskiego, którego odzwierciedleniem są takie książki jak „Przypomnij sobie” Hirvonen czy "Oczyszczenie" Oksanen. Nie czyta się jednak Leeny Parkkinen łatwo. Nie jest także łatwo – co już zaznaczyłem – o tej książce pisać, stąd też zaledwie dotknięcie wielowątkowej problematyki tej powieści.
Wydawnictwo "Świat Książki", 2011
To książka niekoniecznie dla mężczyzn, chociaż kto wie, czy kartki tego amerykańskiego czytadełka nie będą zachłannie przewracane przez przedstawiciela płci brzydkiej. „Zła Matka” ma bowiem pewne walory poznawcze i opisuje dylematy, z którymi borykają się także mocno zaangażowani w życie rodzinne ojcowie. „Ta książka opowiada o niebezpieczeństwach i radościach towarzyszących próbie bycia przyzwoitą matką w świecie, który chce, bym czuła się zła”. Intrygujące? Myślę, że na tyle, by z zaciekawieniem zacząć czytać… Ayelet Waldman, matka czwórki dzieci, dostała mocno po nosie w mediach, kiedy powiedziała, iż męża kocha bardziej niż swoje pociechy. Zaczęła się nagonka, podczas której kobiety – bo to one głównie atakowały – przykleiły Waldman etykietkę „Złej Matki”. Autorka pół żartem pół serio próbuje odnieść się do tego medialnego szkalowania, ale w gruncie rzeczy pisze głównie dla siebie i po to, by pewne uczucia oraz emocje nazwać. Chwilami robi to ciekawie, natomiast generalnie „Zła Matka” mnie znudziła tak jak – o tym pisze sama Waldman – nudzi opiekowanie się dziećmi, chodzenie z nimi na plac zabaw etc. Ileż bowiem można czytać o poświęceniach dla swych dzieci! Kilka rozdziałów? Owszem. Ale nie osiemnaście. Waldman bowiem już na wstępie wychodzi z założenia, iż osiemnaście jest magiczną liczbą dla każdego z rodziców. Swe rozważania zatem zamyka, poruszając tematycznie osiemnaście różnych kwestii związanych z jej macierzyństwem, życiem prywatnym i zawodowym, z wewnętrznym niepokojem i radościami dnia codziennego. „I tak jak Dobrą Matkę definiuje samowyrzeczenie, tak główną cechą Złej Matki jest egoizm”. Autorka nie wyrzeka się własnego życia na rzecz życia swych dzieci. Z pewnością zgodzi się z powtarzaną tu i ówdzie refleksją o tym, że pewne kobiety decydują się na dziecko wtedy, kiedy kończą im się już plany na ciekawe życie osobiste i wolą się przenieść w świat pieluch oraz smoczków. Waldman wędruje tam, ale nie tkwi w tym wszystkim tak namiętnie. Rozwija się i pokonując nawet schorzenia natury psychicznej, udowadnia iż jest kobietą aktywną w wielu sferach, ceniąc sobie jednocześnie to, że potrafiła wychować czwórkę pociech. „Zła Matka” opowiada także o mrocznych stronach życia autorki. O dokonanej przez nią aborcji. O chorobie afektywnej dwubiegunowej. O poczuciu porażki, które towarzyszyło jej zwłaszcza po urodzeniu pierwszego dziecka. Co poza tym? Kilka interesujących przemyśleń na temat zazdrości o teściową, wychowywania dzieci w poczuciu równości i szacunku zwłaszcza dla odmiennych orientacji seksualnych, o pożądaniu kolejnego dziecka mimo czwórki już urodzonych i o tym, że stereotypowi macierzyństwa Dobrej Matki nie jest winny amerykański patriarchat, a …amerykańskie kobiety i to głównie matki. Waldman pisze też o żółci na temat macierzyństwa, której tak wiele w Internecie oraz o tym, jak dojrzała kobieta konfrontuje własne doświadczenia z dzieciństwa z tym, co przeżywają jej pociechy. Właściwie to wszystko, co można napisać, bo „Zła Matka” to nie literatura. Ot, ciekawostka na rynku wydawniczym napisana w obronie własnej prawdopodobnie dla zarobku, który wspomoże rodzinny dom Ayelet Waldman. Celowo nie wspominam o jej mężu, bo zagadkę, czy naprawdę bardziej kocha jego niż swoje dzieci, zostawiam czytelniczkom lub ewentualnym czytelnikom.Wydawnictwo Znak, 2011
Nie za bardzo rozumiem, skąd biorą się zachwyty nad nową książką Petry Hůlovej. To opowieść zbyt wielowątkowa i zbytnio wieloaspektowa, a to nie służy młodej autorce. Spróbuję wskazać mocne strony tej dość mrocznej i w gruncie rzeczy bardzo przygnębiającej książki oraz przy okazji wskazać to i owo, co nie czyni ze „Stacji Tajga” jakiejś wielkiej literatury, a jedynie książkę w miarę dobrą. Tytułowa tajga to mroczna przestrzeń, gdzie rozegrają się najważniejsze wydarzenia. „Czarne lasy. Jakby ciężarówkami zwożono do nich całą ciemność. Ciemnozielone, z polanami porośniętymi wiecznie mokrą trawą tam, gdzie słońce nigdy nie zachodzi”. Do syberyjskiej tajgi trafia tuż po wojnie duński podróżnik Hablund Doran. Jego celem jest między innymi sfilmowanie niezwykłego obrzędu Kawaszi i bliższe poznanie kultury syberyjskich enklaw, które tylko nieliczni śmią nazywać wsiami. Nie do końca zrozumiała determinacja bohatera, by dotrzeć tam, gdzie dociera, a w konsekwencji zostać na dłuższy okres czasu w Charyniu, który powoli odcina go od dotychczasowego życia oraz niemożność pełnego zrozumienia, dlaczego czeska pisarka tworzy tak zawikłany życiorys, to wyraźny minus. Można bowiem tworzyć powieść niedomówień, podczas gdy Hůlova po prostu daje upust swej nadmiernie pobudzonej kulturoznawczymi studiami wyobraźni. Sześćdziesiąt lat później śladami Hablunda wyrusza młody antropolog Erske. Postać dużo ciekawsza, choć rozdziały, w których jest głównym bohaterem, należą akurat do najsłabszych fabularnie. Erske rusza w stronę Syberii, albowiem Hablund nie powrócił nigdy ze swojej podróży tak jak nie powróciła nigdy kochająca go żona Mariane, która wchodzi w złożone relacje z pewną kobietą, uciekającą od piekła mroźnej Syberii. Erske nie ma już tak sprecyzowanego celu jak Hablund. Właściwie to kierują nim zupełnie inne pobudki. Na uczelni jego notowania spadły, informacje o Doranie i zdobycie kilku ciekawych materiałów z podróży w głąb Syberii, dałyby mu wiele. Mężczyzna nie jest może zbyt dociekliwy, ale blisko mu do rozwiązania zagadki zimy 1949 roku, kiedy to wydarzyło się coś, o czym dowiemy się dosłownie w ostatnim akapicie powieści, ale co uważny czytelnik jest w stanie przewidzieć. Hůlova stara się zbliżyć czasy powojenne ze współczesnością i stworzyć coś na kształt opowieści o różnicach kulturowych, a także o tym, że kultury także wewnątrz samych siebie się dzielą, stwarzając tym samym zagrożenie samounicestwieniem. Doran i Erske teoretycznie penetrują syberyjskie przestrzenie w zupełnie innym czasie historycznym. Tymczasem tam, gdzie docierają, pojęcie czasu jest pojęciem względnym. Albo nawet w ogóle nie istnieje. Żyjący w tajdze ludzie dzielą się wyraźnie. Ci gorsi, buraczarze, nawet między sobą z trudem odnajdują porozumienie. Lepsi, charyniacy, tylko pozornie się nimi czują. Niezwykły pomost między nimi tworzy wsiowa idiotka, Jowaka Josifowa, której udało się dostać do charyniaków, lecz zostaje brutalnie wygnana. Obie grupy dostają porządnie od jednostek sielsowietu i tu moim zdaniem Hůlova przesadziła z ideologizacją, pozwalając zbyt łatwo organom władzy centralnej dotrzeć tam, gdzie mało kto dociera. Dotrzeć i penetrować, jak centrum Petersburga na przykład. Erske dostrzega wyraźnie marazm Charynia i okolic. „Tutaj jest taki zwyczaj z tą zimą. Nie robi się niczego, co mogłoby być zrobione w zimie. W zimie też nic nie zrobią, ponieważ będzie zima, a od wiosny zaczynają przygotowania do następnej”. Jest w nim wiele sceptycyzmu, ale i swoiste młodzieńcze nieokrzesanie, które pomaga zbliżyć się z obcymi mu ludźmi o wiele bardziej niż jego poprzednikowi sprzed sześćdziesięciu lat. To także miejsce wielu tradycji i obrzędów tak niepowtarzalnych jak środowisko, do którego próbują wedrzeć się Duńczycy. Wystarczy przeczytać fragment opisujący rytualne wesele Hablunda i Saszki (tak, nasz główny bohater w desperacji zdobywa się nawet na taki krok). I tu trzeba przyznać Hůlovej, że się postarała, bo „Stacja Tajga” to intrygujący zapis tego, co ludzie na co dzień między czarnymi drzewami czynią. Pozwalam sobie pominąć wiele wątków i kilka ważnych postaci, ale ze wszystkimi czytelnicy spotkają się na kartach powieści, jeżeli po nią sięgną. Skomplikowana narracja nie uczyni lektury łatwiejszą, a o samej tajdze i Syberii może lepiej poczytać w encyklopedii?Wydawnictwo W.A.B., 2011