Kiedy czyta się takie książki jak „Bezludny raj”, nie sposób nie uświadomić sobie, jak ważne w naszym dalszym życiu są wspomnienia, w jaki niezwykły sposób możemy je pielęgnować i jak silnie mogą oddziaływać na innych, jeżeli zostaną w piękny sposób zapisane. Ana María Matute, wiekowa i utytułowana pisarka hiszpańska, z niespotykanym wdziękiem i finezją potrafi napisać swą smutną, dziecięcą autobiografię. A nawet jeżeli ta książka nią nie jest, stanowi na pewno poruszający obraz dziecięcego wykluczenia, zagubienia i rozpaczliwej próby poszukiwania miłości.
Adriana urodziła się nie w porę. Jakiekolwiek uczucia między jej rodzicami dawno wygasły. Kontakty zarówno z matką, jak i z ojcem mają charakter formalny i zdaje się, że ich wzajemna oschłość rzutuje na to, jakimi są dla córki. Matka jest kostyczna, ojciec zamknięty w sobie. Adriana dorasta w świecie, który musi sama oswajać, sama go sobie tłumaczyć i samodzielnie się w nim odnaleźć. Nie jest to łatwe. Stawiana za wzór w szkole starsza siostra już od pierwszych dni dyskredytuje Adri, która nie zachowuje się tak, jak winna zachowywać się młodsza z rodu. Adriana jest zła. Jej zło to bycie kimś innym, niż chce ją widzieć otoczenie. Tak naprawdę otoczenie wcale nie chciałoby jej widzieć, ale dziewczynka nie potrafi być niewidzialna. Jedyne co może, to uciec. I ucieka. W pozornie baśniowy, słodki, dziecięcy świat wyobrażeń, ale tak naprawdę w przestrzeń równie opresyjną niż ta, którą budują jej relacje z dorosłymi.
Bohaterka powieści oswaja samotność w dwójnasób. „Zrozumiałam, że są dwa rodzaje samotności: Dobra i Zła. Zła jest brakiem ciepła, pieszczoty, lekkiego pocałunku ponad grzywką; dobra jest brakiem wtrącania się, wymagań oraz pytań, które przekraczają moją zdolność rozumienia”. Jej porą prawdziwego życia jest noc – czas, kiedy wszyscy śpią; wszyscy ci, którzy podczas dnia dają jej do zrozumienia, iż jest zbędna. Adri nawiązuje bliższy kontakt jedynie z nianią i kucharką, ale to ledwie substytut tego, o czym marzy i co chciałaby od świata otrzymać.
Ostatecznie nić porozumienia znajduje z synem rosyjskiej baletnicy, Gawryłą. Teatralizując swoje życie, doskonale czuje się wtedy, kiedy bawią się razem w teatrzyk albo opowiadają sobie historie, jakie można byłoby wystawiać na scenie. Łączą ich także wspólne lektury. Andersen jest dla Adrianny wręcz Bogiem. Bohaterowie, których wymyślił, stają się dla niej jak bliskie rodzeństwo. Bo przecież to prawdziwe, tak jak rodzice, zdaje się jej nie dostrzegać.
Gdyby Matute opisywała w swej książce jedynie losy wrażliwego i osamotnionego dziecka, nie byłoby w tej pozycji niczego szczególnego. Najważniejszym atutem „Bezludnego raju” jest bowiem mroczny klimat niedopowiedzeń. Jest to książka bardzo smutna i w swym smutku dotykająca szczególnie. Opowieść rozgrywająca się głównie w krainie fantazji, ale w krainie skażonej Złem, niepokojem, niejednoznacznością. Adriana przeżywając nieliczne miłe chwile w życiu, od razu boi się, że je straci. Żyje jakby w świecie cieni, wśród których pojawia się i znika jej wyimaginowany przyjaciel – Jednorożec.
Tymczasem ten realny, Gawryła, z czasem staje się obiektem silnego uczucia Adri. Uczucia natychmiast zdegradowanego przez jej matkę, która od początku podchodzi sceptycznie do ich znajomości. Ta dwójka to młodziutcy outsiderzy, których życie okrutnie doświadczy. Biorąc pod uwagę fakt, że z każdym kolejnym rozdziałem czuć coraz wyraźniej lodowaty oddech wojny domowej w Hiszpanii, można sobie wyobrazić, że wizyjny świat Matute kreślony jest czarną kreską.
To opowieść o ukrywaniu się – w sensie dosłownym przed dorosłymi, Olbrzymami – i poznawaniu siebie w ukryciu. Książka o wielkiej wrażliwości i równie wielkim cierpieniu. Historia poruszająca już od pierwszych stron oraz nieuchronnie zmierzająca ku katastrofie. W tym wszystkim jednak niesamowicie ciepła i zwracająca uwagę na to, jak bardzo można się krzywdzić samą niemą obecnością. Uważam, że „Bezludny raj” to nie tylko powieść o krzywdzonym dziecku, ale i o skrzywdzonym świecie, w którym to dziecko musi egzystować.
Wydawnictwo W.A.B., 2011
Kiedy na początku tego roku recenzowałem pierwszą przetłumaczoną na język polski powieść Mattiego Rönki, byłem entuzjastycznie nastawiony do nowej jakości, którą do świata skandynawskich kryminałów wprowadziła przewrotna i inteligentna książka „Mężczyzna o twarzy mordercy”. Kolejna powieść kryminalna tego autora to porażka na całej linii i nie sposób znaleźć w niej niczego, co przykułoby uwagę podczas lektury. Zmęczony nią okrutnie, wskażę jedynie najsłabsze ogniwa „Dobrego brata, złego brata”, a już na samym wstępie mogę napisać, iż Matti Rönkä wart jest uwagi, ale tylko w przypadku dużo wcześniej wydanej książki.
Główny bohater, Victor Kärpä, został przedstawiony już w pierwszej o nim powieści. Tym razem autor dodaje jedynie informacje o śmierci matki Victora, która spowodowała, iż rodzinna Sortavala pozostała już na zawsze poza granicami w sensie dosłownym i metaforycznym oraz uwzględnia fakt korespondencji mailowej z Marią, z którą bohatera łączy silna więź. Co poza tym? Do Finlandii przybywa brat Victora, Aleksiej. Zaskakująco szybko aklimatyzuje się w nowych warunkach, znajduje pracę i otrzymuje mieszkanie. Wiemy, że w Moskwie zostawia żonę i syna. Wiemy także, że w przeszłości bracia nie żyli w zgodzie i że teraz jeden drugiego niejako oswaja na nowo.
Co poza tym? Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Marnie portretowane środowisko drobnych handlarzy-przemytników. Jakaś mafia, której nie sposób się bać, choć zabija. Cała masa zupełnie niepotrzebnych postaci epizodycznych, które przedstawiane są z pietyzmem epopei. W tle jakaś kobieta, Helena, nijaka jak pozostali bohaterowie. Główny bohater został już przedstawiony i Rönkä nie ma w zasadzie żadnych kart do odkrycia. Trudno także wskazać jakąś jedną, konkretną intrygę kryminalną, bo jest ich kilka, ale żadna tak naprawdę nie narzuca rytmu narracji fragmentarycznej, powierzchownej i – jak już to zaznaczyłem – przeraźliwie nudnej. Nuda fabularna to strzał w kolano, a może nawet swoiste samobójstwo, jakie autor kryminału na sobie popełnia. Matti Rönkä wydaje się miotać w szeregu opisywanych zdarzeń i tak naprawdę nie mamy w tej książce jednego, wyraźnego wątku, który trzymałby tę opowieść jakoś w ryzach. „Dobry brat, zły brat” rozpada się już na samym początku i każdy kolejny rozdział zmierza po prostu ku katastrofie.
W przypadku tej książki mamy do czynienia z czymś w rodzaju literackiego wypalenia. Bywa tak bowiem, że autor cyklu powieści o jednym bohaterze przedstawia go już w pierwszej powieści, a drugą i kolejną rujnuje to, co ciekawie zbudował na początku. Tutaj właśnie mamy coś takiego. „Dobry brat, zły brat” ponownie na granicy fińsko-rosyjskiej próbuje stworzyć intrygę sensacyjno-kryminalną, ale zupełnie się to nie udaje. Zasadniczym błędem jest koncentracja na postaciach, które zwyczajnie pojawiają się i znikają. Niby coś się dzieje, niby mamy aferę narkotykową i nie tylko taką. To jednak taki kryminał na niby. Bo co to za kryminał, przy którym się ziewa?
Jedyną postacią godną uwagi jest Korhonen, policjant „fatalny”. Człowiek oddający się hedonistycznym uciechom i walczący jednocześnie ze światem przestępczym, który takie uciechy zapewnia. Jedna interesująca postać dobrej książki nie czyni. Owszem, „dzianie się” jest wyznacznikiem „Dobrego brata, złego brata”. Dziać się może wiele, ale cóż z tego? Nie uważam się za jakiegoś smakosza literatury kryminalnej, cenię sobie kilkanaście tego rodzaju dokonań twórców ze Skandynawii. Obawiam się, iż niepotrzebnie sięgnąłem po tę lekturę, gdyż miałem o autorze „Mężczyzny o twarzy mordercy” bardzo dobre zdanie. Miałem. I smutno mi, że przeczytałem książkę tak marną.
Wydawnictwo Czarne, 2011
Długo trzeba było czekać na nową powieść autorki „Lata polarnego”. „Do utraty tchu” jest swoistym rozwinięciem tego, co na temat skomplikowanych relacji damsko-męskich pisarka miała do powiedzenia w poprzedniej książce. Tutaj także mamy do czynienia z surową, północną Szwecją i dwójką ludzi uwikłanych w miłość. Tak, to książka o miłości i wszelkich jej konsekwencjach, ale truizmem byłoby uznanie „Do utraty tchu” za powieść miłosną. Anne Swärd w mistrzowski bowiem sposób oddaje skomplikowane relacje rodzinne bohaterów książki oraz pokazuje, jak silnie oddziałują one na Lo i Lukasa, którzy zwiążą się ze sobą na zawsze nierozerwalną nicią wielkiego uczucia.
To błyskotliwa książka. Tytuł nasuwa skojarzenia z filmem z 1960 roku, w którym wyraziste kreacje stworzyli Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg. Inspiracja obrazem filmowym jest dość czytelna, ale książka Swärd stanowi jakość sama w sobie. Autorka bowiem rozpatruje w niej problem przynależności do kogoś, emocjonalnej niestabilności, opowiada o pragnieniu bycia najważniejszym i docenieniu tego, iż po prostu się jest. Problemy, które w książce wydają się być nierozwiązane oraz specyficzny skandynawski klimat jako tło ich pokazania to najważniejsze atuty „Do utraty tchu”. Oczywiście jest ich dużo więcej. Skupię się przede wszystkim na głównych bohaterach, by pokazać złożoność problematyki tej powieści.
Lo Mård jest odważna i od momentu swoich narodzin czerpie z życia ile się da. Siedmioletnia Lo spotyka na swej drodze trzynastoletniego Lukasa. Początek ich znajomości związany jest z pożarem. Od tej pory ogień będzie płonął między nimi nieustannie i nikt nie będzie w stanie go ugasić… Lo żyje w licznej rodzinie, ale najciekawsze wydają się jej relacje z matką. „Nie odpychała mnie od siebie, ale wciąż była poza moim zasięgiem – nawet wtedy, gdy przebywałyśmy razem”. Lo bliższa jest swojej rodzicielce z oddalenia. Matka i córka tworzą od początku kalekie relacje, chociaż miłość jest w nich widoczna i to miłość każe matce… ostrzegać córkę właśnie przed zakochaniem się. „Podczas gdy inne matki ostrzegały swe córki przed gwałcicielami, niechcianymi ciążami i chorobami wenerycznymi, matka ostrzegała mnie przed zatraceniem się w kimś”. Przestrogi nie pomogą, bo Lo zatraci się w Lukasie i w relacjach z nim zmieni diametralnie.
Lukas usiłuje poradzić sobie z traumą sprzed lat. Płomienie ognia nie kojarzą mu się tylko z Lo, ale przede wszystkim przypominają o śmierci matki i brata, którego nie pamiętał. Razem z Lo stają także wobec śmierci ojca Lukasa, który umiera na raka. Lukas bardzo pragnie zdobyć coś od Lo, ale mu się to nie udaje. Narastające uczucie, które obezwładnia dziewczynę, każe jej uciekać od niego i wędrować po świecie, próbując zapomnieć o czymś, co wydaje się nierealne.
Wszystko jednak w książce Anne Swärd jest bardzo realne. Opowieść zmierza ku jakiejś uczuciowej katastrofie, pełna jest fatalizmu i można mieć wiele złych przeczuć, kiedy zmierza się ku ostatniej stronie. W gruncie rzeczy jednak jest to książka, będąca peanem na cześć miłości obezwładniającej; miłości zmuszającej do tego, by zmieniać siebie i by uczyć się siebie na nowo. Autorka operuje zdaniami, jakie niosą w sobie tajemnicę i niedopowiedzenie. Chwilami nic nie jest tym, czym się wydaje. To niezwykła historia o bliskości ognia i palącego uczucia. O troskach i tragediach życiowych w cieniu wielkiej miłości. O odnajdywaniu siebie i bezskutecznych próbach ucieczki od tego, kim się jest. Książka o wielu emocjach, a pozornie chłodna i dostojna. Ci, którzy czytali „Lato polarne”, z pewnością zauważą ewolucję stylu autorki i to, że pisząc po raz kolejny o podobnych problemach, ukazuje je wieloaspektowo i z finezją.
„Do utraty tchu” oddziałuje na wszystkie zmysły. Misterna, subtelna i mądra opowieść o rodzącym się uczuciu i o tym, iż nie można się od niego uwolnić.
Wydawnictwo Świat Książki, 2011
Kolejna powieść Łukasza Gołębiewskiego nie wychodzi poza spektrum tematyczne jego dotychczasowej twórczości. Nihil novi – chciałoby się rzec z przekorą i nawrzucać trochę autorowi, że ciągle o tym samym, ciągle w tej samej konwencji, wciąż podobnie i przewidywalnie. Chociaż „Bomba w windzie” stara się być nieprzewidywalna i zaskakujący zwrot akcji ma tę nieprzewidywalność podkreślić, ta dość niepozorna książka nie jest niczym odkrywczym i nie można się do niej przywiązać, bo zwyczajnie skupia na sobie uwagę krótko i też na bardzo krótko pozostaje w pamięci. Ponieważ lubię twórczość Gołębiewskiego, napiszę przede wszystkim o tym, co mnie osobiście w jego nowej książce zainteresowało. „Bomba w windzie” to utworek fikcyjny, ale też uderzający prawdą i oczywistością pewnych sądów. To bardziej rozbudowane opowiadanie niż powieść. Średnio warte uwagi. Jednak przeczytałem, zatem słów parę napiszę.
Chociaż główny bohater przypomina na przykład Krzysztofa ze „Złam prawo”, jest mimo wszystko postacią oryginalną. To Richard Burton, który raczy nam się przedstawić dopiero na 79 stronie. Od pierwszych stron natomiast widzimy, że mężczyzna znalazł się w nie lada tarapatach. Samotny w szybie windy, którą uszkodził wybuch bomby, prawdopodobnie jakiś zamach terrorystyczny. Richard, zatrzymana na 17:26 godzina w jego zegarku, przejmująca samotność, lęk i żadnego pomysłu na to, jak wydostać się z matni. „Jestem tu jak więzień wrzucony do ciemnego lochu, któremu nie podano długości odbywanej kary”. W takich oto warunkach Burton rozmyśla o swym dotychczasowym życiu, pełnym rozczarowań, porażek i bliskości śmierci, o którą teraz ponownie się ociera. Przed naszymi oczami otwiera się obraz zmęczonego życiem outsidera, dla którego upadek w szybie windy jest początkiem końca.
Jak można polubić bohatera, który mówi o sobie następująco? „Nie jestem normalny. Nie zasypiam bez proszków uspokajających. Mam wrażliwość dwunastolatka. Nie umiem tworzyć związków. Nie umiem czerpać satysfakcji z pracy. Nie mam też satysfakcji z seksu, ale to może być winą partnerki. Piłem i brałem narkotyki. Mój umysł jest przeciążony”. Myślę, że Burton nie jest postacią stworzoną po to, by go lubić. Także nie po to, by mu współczuć. To wyraziciel pewnej idei, człowiek-przesłanie, fantastyczny byt w realnym otoczeniu. Kim jest Richard Burton? Czym są jego zapiski? Czy to tylko strumień świadomości byłego krytyka literackiego, który po wielu latach poznawania światów literackich innych ludzi postanowił mocno i wyraźnie odczuć, czym jest świat jego samego otaczający? Warto zwrócić uwagę, że przebywanie w szybie windy jest dla niego swoistym czyśćcem, w którym ten obrzydliwy w gruncie rzeczy egocentryk musi zmierzyć się ze swymi wspomnieniami i samym sobą bez uspokajaczy – bez proszków, alkoholu, bez punkrockowej muzyki łagodzącej stany lękowe i bez niczyjej pomocy. Ten ateista z protestanckiej rodziny dopiero teraz odczuwa naprawdę, czym jest pustka i zmuszony jest w tej pustce do konfrontacji z demonami, jakie kryją się w jego duszy.
„Bomba w windzie” jest przegadana i w zakończeniu po prostu przekombinowana. Niby wiemy, o co autorowi chodzi. Szerzej otwieramy oczy, kiedy kończy się opowieść Burtona, a zaczyna zaskakująca narracja finałowa. Wydaje się, że wszystko, co opisuje autor, gdzieś i kiedyś już przez niego zostało opisane. Nie ratuje tej książki ani angielska sceneria, ani koncept z szybem windy. Gdybym miał poznawać twórczość Gołębiewskiego od tej pozycji, raczej bym się doń zraził. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak przestrzec przed rozczarowaniem. Mnie „Bomba w windzie” zaintrygowała na chwilę, by chyba na zawsze pozostawić jedynie czytelniczy niedosyt.
Wydawnictwo Jirafa Roja, 2011
Nie określiłbym powieści Austina Wrighta mianem „arcydzieła”, a taka etykieta znajduje się na okładce książki. Nie dołączę do peanów na jej cześć, które można przeczytać tym razem na okładce tylnej, bowiem „Tony i Susan” bynajmniej nie jest powieścią ani piękną, ani cudownie napisaną. Myślę, że to dość dobrze skrojony dramat obyczajowy o specyficznej formie – mierzymy się bowiem, wraz z główną bohaterką Susan Morrow z książką, którą przesyła jej ni stąd ni zowąd były małżonek. Książka w książce, dwie fabuły, dwie pozornie różne historie, którym już na samym początku nadany jest wspólny mianownik, zatem zmusza ona czytającego do takiej, a nie innej interpretacji. Susan ma zostać bowiem dotknięta przez powieść autorstwa mężczyzny, którego kiedyś utrzymywała i któremu wierzyła, iż potrzebuje natchnienia i spokoju, by pisać, a w gruncie rzeczy nie miał do tego ani predyspozycji, ani też nie wiedział, o czym pisać. Tymczasem wiele lat po rozstaniu nagle znajduje temat i maszynopisem ma zadać Susan bolesny cios. To wszystko wiemy już z pierwszych stron tej powieści, czy trzeba zatem czytać ją dalej?
Może warto spojrzeć na tę książkę nieco inaczej. Może jest tu mowa o wzajemnej ekspiacji, oczyszczeniu się z demonów przeszłości i stawianiu czoła temu, od czego wcześniej uciekano. Tak, z pewnością „Tony i Susan” to książka rozliczeniowa. Edward bowiem rozlicza się w swej kryminalno-obyczajowej powieści z samym sobą i Susan, ona zaś przytłoczona twórczością swego ex, tak silnie wdzierającą się do jej wnętrza, próbuje z perspektywy czasu spojrzeć na swój nieudany związek z Edwardem i zrozumieć błędy, jakie popełniała oraz to, kiedy i w jaki sposób go raniła. Dociera do niej także fakt, iż nie jest szczęśliwa w obecnym związku.
To, co przesyła do przeczytania Edward, jest mroczną powieścią o zemście. Główny bohater, Tony Hastings, jest świadkiem tego, jak trzech zbirów na autostradzie rozdziela go z ukochaną żoną i córką, by potem je zgwałcić i zamordować. Poniżenie Tony’ego stanie się jednocześnie jego zemstą. Bohater próbuje zdefiniować swoją męskość i udowodnić przede wszystkim sobie to, iż był męski w konfrontacji z nocnymi kierowcami, którzy najpierw ścigali się z jego rodziną, by później zatrzymać ich samochód i skazać na piekło, jakiego końca potem nigdy już nie można było zobaczyć. Zamknięty w sobie, brzydzący się przemocą Tony, początkowo kiepsko współpracuje z policją i jest tak, jakby policjantom bardziej zależało na schwytaniu przestępców niż jemu samemu. Nie podejrzewa, że z czasem wejdzie w swoistą grę, w której trudno mu będzie się odnaleźć. Grę, której reguły ustali pewien ambitny policjant śledczy…
Susan odnajduje wiele wspólnego z powieściowym Tonym. Dramatyczna opowieść Edwarda – jak to zaznaczono na początku opowieści i we wstępie tej recenzji – przenika ją na wskroś i powoduje, iż coraz trudniej jest jej odciąć się od niezwykłej fabuły, jaką raczy ją ex. Dochodzimy tutaj do kwestii autora i czytelnika oraz wzajemnych między nimi zależności. Wright napisał książkę o istocie pisania, o kreacji twórczej za pomocą słów, która ma oddziaływać na wyobraźnię odbiorcy i poruszać go na tyle, by wszedł w interakcję ze słowami budującymi czytaną przez niego fabułę. Edward to modelowy typ niespełnionego pisarza, Susan zaś jest wymagającą czytelniczką. Autor pokazuje szereg napięć, jakie rodzi kontakt między nimi za pomocą słowa pisanego. I to ostatecznie przekonało mnie do tego, by nie krytykować tej powieści. Austin Wright bowiem stopniuje napięcie i gra z czytelnikiem. Do tego potrafi go wyprowadzić w pole i zaskoczyć, a taka sztuka nie każdemu się udaje. Plus zatem za inteligencję autora, minus za ckliwą i w gruncie rzeczy przesłodzoną opowieść, w której zemsta ma lepki smak i nie ma w niej ani odrobiny cierpkości.
Wydawnictwo MUZA, 2011
Czy wspomnienia Krystyny Chiger spisane z punktu widzenia oszołomionej traumą wojennych doświadczeń dziewczynki czegoś nie przypominają? Pod względem formy jej książka powiela schemat pisarstwa Romy Ligockiej. Oto dziesięć lat po ukazaniu się w Polsce „Dziewczynki w czerwonym płaszczyku” możemy przeczytać „Dziewczynkę w zielonym sweterku”. Czy to jakiś prosty zabieg polegający na połączeniu dziewczynki z kolorem fragmentu jej garderoby, by ściągnąć uwagę czytelnika? Ligocka pisała wiarygodnie, nie odbieram tej wiarygodności Krystynie Chiger. Odrobinę mnie tylko niepokoją te dwa tytuły, bo nasuwają skojarzenia z jakąś marketingową grą o czytającego. Przyznam, iż „Dziewczynka w zielonym sweterku” to książka przejmująca w równym stopniu, co większość literackich świadectw Holokaustu. Tyle że tym razem to nie obóz zagłady stanie się miejscem rozwoju świadomości małego dziecka, lecz… kanały pod pięknym Lwowem, do których pewnego dnia trafia rodzina Krystyny Chiger.
Autorka rozpoczyna od szczęśliwych wspomnień; opisuje okres tuż sprzed wojny, sielski żywot dorastającej dziewczynki w klimatycznym Lwowie, gdzie Czas i Historia wydają się nie istnieć. Początek drugiej wojny światowej jest jednocześnie początkiem końca dla wielu żydowskich rodzin. Szybko okaże się, że Chigerowie będą zmuszeni do tego, by zejść do podziemnego świata, albowiem ten oświetlony promieniami słońca jest dla nich piekłem na ziemi. Zejście do kanałów Lwowa – decyzja dramatyczna i przerażająca jednocześnie – poprzedzone jest opisem tego, jak Lwów zmieniał swe oblicze i zamieniał życie swych żydowskich mieszkańców w koszmar, który opisywano już wielokrotnie i za każdym razem przejmująco. To, że Chigerowie ostatecznie znajdą się w kanałach, jest wynikiem przede wszystkim niezwykłego sprytu i siły przetrwania głowy rodziny. To bowiem Ignacy najpierw konstruuje misterne schowki i skrytki, by w końcu zabrać żonę z dwójką dzieci pod ziemię, bo tylko tam mogą być bezpieczni.
Zaskakującą i mocno zapadającą w pamięć postacią ze wspomnień Krystyny Chiger jest niejaki Leopold Socha. Ten człowiek pomaga ukrytym w kanałach Żydom przez długie czternaście miesięcy. To postać będąca łącznikiem między światem zewnętrznym a ponurymi wnętrzami, w jakich zmuszeni są egzystować najbliżsi Krystyny wraz z nią samą. Socha nie pomaga bezinteresownie, ale szybko możemy się zorientować, iż nie traktuje tego, co robi li tylko jako pracy zarobkowej. Między Chigerami a Sochą nawiązuje się specyficzna więź. Autorka książki przedstawi tego mężczyznę w bardzo różnym świetle, ale chyba w każdym zdaniu o nim dostrzec będzie można ogromne przywiązanie, jakie z czasem się w niej narodziło. Leopold Socha stawał się stopniowo dla Chigerów kimś najbliższym. Przewodnikiem, któremu można zaufać. Kimś, kto zrozumie, jakim piekłem jest życie w kanałach, wśród szczurów i wszy, w wiecznym mroku i strachu przed tym, by nadmiar wody w rurach nie zakończył marnej egzystencji ukrywających się tam przed Niemcami Żydów.
Chiger szczegółowo i precyzyjnie odtwarza czas życiowej traumy. Jej dzieciństwo zawsze będzie się kojarzyć z brudem, smrodem i nieszczęściem, jakiego zaznawała ona i jej rodzina. Autorka stara się być obiektywna w tym, co opisuje, ale niejednokrotnie widać, iż nie można zwyczajnie przedstawiać suchych faktów, kiedy było się narażonym na tak wiele krańcowo od siebie różnych emocji oraz przeżyć. Chiger w zielonym sweterku pomaga przetrwać wyobraźnia (niczym Sarze Crewe z klasyki literatury dziecięcej, „Małej księżniczki” Frances H. Burnett) oraz jej wymyślony przyjaciel Melek. Pomaga także to, iż czuje się odpowiedzialna za młodszego brata i że nie może upadać na duchu, skoro jej rodzice nigdy nie upadali – nawet w sytuacjach najbardziej beznadziejnych. Jednocześnie autorka opowiada o przeżyciach dziecka, których niemal nie można sobie wyobrazić. Terror strachu, patrzenie na śmierć bliskich z rodziny, głód, skrajne wykończenie, nawet zalążek dziecięcej depresji odegnanej precz przez Leopolda Sochę i dzięki odrobinie słonecznego światła. Niezwykłe to świadectwo dramatu życia i siły przetrwania. Przejmujące tym bardziej, że nie oszczędza czytelnika, każąc mu przeżyć najtrudniejsze chwile razem z bohaterami.
Przed nami premiera ekranizacji tej książki w reżyserii Agnieszki Holland. Filmowa kamera zejdzie do mrocznych kanałów i uczyni ze świadectwa Krystyny Chiger z pewnością poruszający obraz. Do tego czasu warto zapoznać się z książką i przyjrzeć temu, w jaki sposób o niewyobrażalnym cierpieniu autorka pisze w tak plastyczny i prosty sposób…
Wydawnictwo Naukowe PWN, 2011
Nowa powieść Dona DeLillo traktuje przede wszystkim o ludzkiej świadomości. Dokładnie chodzi o zanik owej świadomości, jej unicestwienie oraz o próby walki z tym, by nie dojść do tytułowego Punktu Omega. Co tam jest? „Świadomość się wyczerpała. Pora wrócić do materii organicznej”. Jeśli dodamy do tego jak zawsze skomplikowaną znaczeniowo, choć pozornie prostą fabułę charakteryzującą pisarstwo DeLillo i niespokojny klimat, w jakim rozgrywają się opisane zdarzenia, otrzymamy powieść-zagadkę, czyli coś, do czego autor „Performerki” zdążył nas już przyzwyczaić.
To właśnie performance rozpoczyna opowieść. Mroczna instalacja prezentuje „Psychozę” Hitchcocka bez dźwięku, rozciągając film klatka po klatce tak, by można go oglądać przez 24 godziny. Odwiedzający nie spędzają przy niej tak długiego czasu. Jest jednak tajemniczy mężczyzna, który patrzy na to wszystko w urzeczeniu, tworząc swoją własną wykładnię tego niemego filmu. Kadr po kadrze, scena po scenie – jest bliżej światowego arcydzieła filmowego tylko wtedy, gdy uważnie się w nie wpatruje. O czym informuje narrator? „Chciał zapomnieć pierwotną wersję filmu albo przynajmniej sprowadzić ją do roli odległego, nienarzucającego się punktu odniesienia”. Tym samym wyznacza sobie nowy Punkt. Staje się świadomym (sic!) odbiorcą tego obrazu filmowego.
Z sali muzealnej przeniesiemy się na pustynię. Gdzieś z dala od cywilizacji spędzają ze sobą czas dwaj mężczyźni. Elster to wolnomyśliciel, filozof, bezbronny wobec przemocy i przerażony nią. Ale to właśnie on brał udział w rządowych projektach wojennych związanych z atakiem na Irak. „Haiku nie znaczy nic oprócz tego, czym jest. (…) Odpowiedź na wszystkie pytania, sformułowana w ustalonej liczbie wersów o przepisowym układzie sylab. Chciałem wojny w stylu haiku”. Co otrzymał? Gorycz porażki i świadomość (!), iż musi żyć dalej. Z dala od ludzi, na pustkowiu. Zaprasza do siebie młodego reżysera Finleya, który stara się skłonić Elstera do zwierzeń, jakie osadzone w surowym tle, będą fascynującym – założeniu autora – dokumentem, mającym przynieść mu sławę. Obaj dyskutują na tematy tak skrajnie od siebie różne, że czytamy tak naprawdę scenariusz filmu. Filmu, którego jednak nie będzie. I to nie tylko dlatego, że Elster niechętnie chce opowiadać o sobie, bo dla niego to poświęcanie się innym niemal na pożarcie. Zdarzenia na pustyni potoczą się mało przewidywalnie, kiedy do dwóch mężczyzn dołączy tajemnicza córka Elstera, Jessie…
Tę skromną powieść zamyka klamrowo powrót do mężczyzny oglądającego „Psychozę”. Tym razem nie jest sam, u jego boku pojawia się kobieta. Dla niej obraz ten jest niejasny i niezrozumiały. Czy tajemniczym podglądaczem filmu jest niejaki Dennis, a w finale rozmawia z nim Jessie?
Don DeLillo tworzy coraz bardziej mroczną prozę. Delikatnie używa materii słownej i stara się za wszelką cenę pisać tak, by nie było to jednoznaczne. „Punkt Omega” to książka zmuszająca do refleksji nad tym, czy nasza świadomość jest w stanie ogarnąć wszystko. Tezy Elstera, tak wyraziste i klarowne na samym początku, rozsypią się gdzieś i pozbawią go chęci do działania, życia. Dlaczego tak się stanie? Jakie powiązania ma ze sobą instalacja Douglasa Gordona z fikcją literacką Dona DeLillo? Warto zwrócić uwagę na to, iż być może teraz pisarz amerykański przekracza swój własny Punkt Omega, a jego proza staje się świadectwem dojrzałego i nadal świadomego spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość.
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2011
To dopiero reportaż! Pokłosie odwiedzin Stambułu w 2006 roku oraz licznych lektur, dzięki którym Geert Mak, holenderski pisarz i historyk, przygotował się wcześniej do tych odwiedzin. Miejscem, które zwróciło jego szczególną uwagę, jest most spinający dwa brzegi Stambułu, dwa kontynenty, dwie cywilizacje, dwa różniące się od siebie światy. Most Galata – wieloznaczny w swej wymowie, pięciokrotnie „zmartwychwstały”, mogący o historii Turcji opowiedzieć więcej niż niejedna encyklopedia. Czego dowiemy się z książki Maka?
Zaczyna się tak niewinnie i bez wyrazu! „Właściwie most wcale nie jest ładny. Betonowa konstrukcja, długa na ponad pół kilometra, szeroka na cztery pasma jezdni i linię tramwajową. Pośrodku wznosi się instalacja do podnoszenia mostu, a wokół podjazdów i pod nimi znajdują się tunele i galerie handlowe”. Mak rozmawia z tymi, którzy na moście handlują i są z nim w jakiś sposób związani. Poznamy zatem opowieści wędkarzy, sprzedawcy herbaty, niewidomego flecisty czy handlarza książkami. Wszyscy oni znaleźli się na moście, bo tam, skąd pochodzą, nie byli w stanie sobie poradzić. Most ogniskuje w sobie nędzę Turcji czy jej koloryt? „Tu dzieje się wszystko, czego Bóg zabrania: kradzieże, kieszonkowcy, a hazardziści oszukują nawet siebie nawzajem”. Geert Mak nie przechodzi obok tego obojętnie. Rozmawiając z ludźmi, snuje jednocześnie własne rozważania. Inspirowany opowieściami prostych ludzi, tworzy wcale niełatwą historię, w której upadek Imperium Osmańskiego i narodziny Turcji odegrają bardzo ważną rolę i spróbują pomóc odpowiedzieć na pytanie, co obecnie Stambuł łączy z Zachodem, a co go odeń oddziela.
Zwraca uwagę erudycja autora i fakt, iż własne spostrzeżenia stale konfrontuje z sądami innych na temat Mostu Galata i wszystkiego, co się z nim wiąże. Mak sięga do zapisków kronikarzy tureckich, ale także w ciekawy sposób nawiązuje między innymi do de Amicisa, Brodskiego, Pamuka, Lottiego czy Hikmeta. To tylko kilka nazwisk. Historia mostu jest jednocześnie historią państwowości, o jakiej nie dowiemy się, przemierzając go z przewodnikiem. Mak pisze o sprawach trudnych. Wskazuje mroczne punkty na mapie obecnej Turcji, rozważa istotę pojęcia tureckiego honoru, zastanawia się – wraz z Elif Şafak – nad tym, jak wygląda wyzwolenie tureckich kobiet oraz próbuje dotknąć złożonego problemu zderzenia kultur i religii. Zachód konfrontowany ze Wschodem, chrześcijaństwo z islamem. Czyż jest lepsze miejsce, by o tym porozmyślać niż Most Galata?
Most owiewają różne wiatry. One to przywiewają kolejne opowieści do niepozornej w gruncie rzeczy książki, której wartość jest przecież bardzo duża. Geert Mak dotyka problemów kraju kulturowo zupełnie innego niż Holandia, a przecież czyni to z tak ogromnym zaangażowaniem, że nawet potrafi trafnie zestawić ze sobą specyfikę Amsterdamu i Stambułu. Teoretycznie nie rusza się z miejsca (pomijając kroczenie po moście), tak naprawdę wędruje po historii od średniowiecza poprzez erę nowożytną do współczesności i do tego, z czym Turcja mierzyć się będzie w przyszłości jako kraj pragnący stać się częścią Unii Europejskiej.
Warto przeczytać „Most” choćby z tego powodu, by doświadczyć oswajania inności. Autor doświadcza i analizuje, wnioski jednak pozostawia czytelnikom. Warto przez chwilę stanąć między Europą a Azją i pomyśleć, czy faktycznie aż tak wiele je dzieli.
Wydawnictwo Czarne, 2011
Pofantazjujmy przez chwilę. Wyobraźmy sobie ogromne przestrzenie skryte w mroku. Pomieszczenia mieszkalne i użytkowe, korytarze, tunele – wszystko pośród ciemności, tworzące wielki dom. W tym domu od czasu do czasu można zajrzeć nie tam, gdzie należy i zniknąć. Wewnątrz mamy dom w domu – to jądro zwane Centrum. Do Centrum wiedzie droga tylko w jedną stronę, a rolę przewoźnika przejmuje mroczny wózek, do którego trafiają pechowcy. W ciemnym domu nie ma miejsca na spokój. W tym domu panuje terror strachu i niewola. Zniewolone są ciała, ale przede wszystkim umysły. Dom jest wypaczony. Tak samo jak wypaczone są zajęcia jego mieszkańców czy lśniące strzałki wskazujące przerażającą drogę ku Centrum. Witamy w piekle Tarjeia Vesaasa, w iście Kafkowskim klimacie. Witamy w świecie, w którym piekło na ziemi stwarzają dla siebie ludzie.
„Dom w ciemności” to powieść wiekowa. Wydana w 1945 roku do dzisiaj nie utraciła aktualności, zyska za to polskich czytelników dzięki uprzejmości Państwowego Instytutu Wydawniczego. Anna Marciniakówna, tłumaczka książki, zamieszcza wiele informacji zarówno o samym autorze, jak i jego dziele, w związku z tym postaram się nie powielać tego, co znajduje się w posłowiu, lecz napisać przede wszystkim o wrażeniach czytelniczych, a tych „Dom w ciemności” dostarcza bardzo wiele.
To, co zwraca natychmiast uwagę to teatralność tej prozy. Poszczególne sceny, dialogi i rozmyślania bohaterów – to wszystko wręcz prosi się o kreację sceniczną i to niekoniecznie jako całość. Norweski pisarz bowiem u schyłku II wojny światowej napisał coś na kształt alegorii totalitaryzmu i nie sposób tego nie zauważyć już od pierwszych stron. Nieokreślona z jednej strony, a przecież tak bardzo wyrazista przestrzeń domu, w którym panują ciemności, to czytelny sygnał interpretacyjny. Vesaas w swej literackiej teatralności nie koncentruje się jednak na budowaniu wizerunku władzy totalnej czy też wyjaśnianiu mechanizmów taką władzą rządzących. Oczywiście jest mowa o strachu jako o narzędziu najważniejszym do budowy struktury zła, ale „Dom w ciemności” opisuje przede wszystkim to, w jaki sposób wobec Zła zachowują się prości ludzie. Z ich losów można by stworzyć kilka wybornych monodramów.
Mamy grupę sprawnych kolaborantów pod dowództwem niejakiego Stiga. Mężczyzna wykazuje się wielką siłą oraz odwagą, nic nie jest w stanie odwieść go od walki z tym wszystkim, co kryje w sobie Centrum i co zniewala innych. Stig to człowiek czynu, który nie myśli o tym, co przyniesie zmiana zastanego porządku. Nad tym zaś zastanawia się kapłan, z którym to Stig toczy ideowe dyskusje na temat bierności względem terroru mroku. Droga Stiga jest jasna i klarowna, drogi jego towarzyszy potem się rozchodzą… Mamy zatem kluczową dla fabuły powieści postać buntownika całkowicie przekonanego o słuszności swych życiowych wyborów. Obok niego niejednoznaczni Peter, Johan i Henrik. Zwłaszcza ten ostatni przykuje uwagę czytelnika pod koniec książki. W mrocznym domu poznamy także Czyściciela Strzałek, który otrzymuje ostrzeżenie, a potem donosi, by w finale powieści przyjąć wszelkie konsekwencje takiego działania. Obok wskazanych już postaci zachowawczy Martin, dla którego najważniejsza jest praca i skupiając się na niej, próbuje za wszelką cenę zrzucić ze swoich barków odpowiedzialność za to, że przez brak oporu i lęk świat domu ogarniają ciemności.
Dość o postaciach, zbyt dokładna ich charakterystyka zniechęci do lektury. Warto jedynie zwrócić uwagę na wizerunki kobiet – nijakie, pozbawione wiedzy o tym, co przeżywa ich mąż, partner, oddalone od głównego nurtu narracji… Vesaas próbuje ukazać napięcie, jakie towarzyszy człowiekowi w zderzeniu z obcą mu siłą, która nie dość, że przerasta, to jeszcze nakazuje postępować wbrew sobie i niewoli bardziej niż cokolwiek innego.
„Dom w ciemności” to proza niezwykle plastyczna. Vesaas nie oszukuje; on naprawdę wie, o czym chce napisać i doskonale dobiera środki artystycznego wyrazu. Totalitaryzmy były, są i prawdopodobnie będą. Norweski dramaturg i prozaik już w 1945 roku wskazał, jak ludzie się z nimi mierzą. Zrobił coś podobnego, co Orwell, ale w Polsce dopiero teraz możemy się o tym w pełni przekonać. Zajrzyjcie do piekła Vesaasa, może stamtąd wyjdziecie…
Państwowy Instytut Wydawniczy, 2011
Libia, Trypolis, gorące lato 1979 roku. Inne być nie może w kraju mężczyzn, zielonej flagi, w kraju zagarniętym przez al-Kaddafiego i w miejscu, skąd nie sposób się wydostać. Tam też poznamy bliżej pewną rodzinę, bo książka Hishama Matara to historia dorastania, zbyt wczesnego dojrzewania młodego Sulejmana, który będzie opowiadał o swoim życiu i opisywał tych, którzy w tym życiu coś znaczą. „W kraju mężczyzn” zatem jest powieścią inicjacyjną i w dużej mierze autobiograficzną. Powieścią, która odsłania prawdziwe oblicze Libii, libijską codzienność, mentalność i kulturę. Wartościowa pozycja, bo ma charakter poznawczy. Istotna, gdyż ukazuje mechanizmy buntu i jego skutki w kraju, gdzie jakakolwiek forma wolności natychmiast jest niewolona.
Matar stworzył coś interesującego także z punktu widzenia kreacji narratora. Czyniąc nim dziecko, każdy twórca utrudnia sobie zadanie. Taka książka musi się wówczas obronić i stanąć gdzieś między dziecięcym infantylizmem a powagą sądów i opinii, jakie autor chce przemycić. Matarowi udaje się znaleźć tę równowagę, a jego Sulejman to barwna i zapadająca w pamięć postać. Postać, wokół której koncentrują się najważniejsze wydarzenia, chociaż tak naprawdę dzieją się gdzieś daleko poza jego domem.
Najważniejszy dla Sulejmana jest ojciec, baba. Chłopiec wciąż odczuwa niedosyt obecności baby w domu. Jednocześnie o wiele silniej myśli o nim, gdy go nie ma. ”Kiedy był w domu, wydawał się daleki. Kiedy wyjeżdżał, wydawał się jakiś bliższy, bardziej żywy w moich myślach”. Co robi, gdy opuszcza Sulejmana i jego matkę? Gdzie bywa? Co ukrywa przed rodziną? Tajemnice te rozwiewane są dosyć szybko; wiemy, jakie książki czyta baba i możemy sobie wyobrazić, w jakim stanie wraca po przesłuchaniach władz reżimu. Baba jest dysydentem, ale Sulejman poznaje losy innego, sąsiada. W telewizji transmitowane jest przesłuchanie, a następnie wieszanie politycznego wroga, czemu małe dziecko przygląda się z trwogą, ale i z zainteresowaniem.
No właśnie, ono jest z punktu widzenia Sulejmana najważniejsze. „Zainteresowanie. Tego chyba pragnąłem. Ciepłej, stałej, niezmiennej troski i zainteresowania. W okresie krwi i łez, w Libii pełnej posiniaczonych i obsikanych mężczyzn, rozpalonych pragnieniem i złaknionych wytchnienia, ja, śmieszne dziecko, pragnąłem czyjejś uwagi, zainteresowania”. Na co dzień stara się zdobyć uwagę u matki, kolegów z podwórka. Każdy jednak wydaje się jednocześnie bliski i daleki Sulejmanowi. Jego matka, Nadżwa, urodziła chłopca w wieku piętnastu lat; rok po tym, kiedy zmuszono ją do ślubu. Jest bardzo zachowawcza, trzeźwo patrzy na zdarzenia toczące się w Libii i jest przeciwna działaniom antypaństwowym. Ona chce po prostu emigracji, baba rewolucji. A Sulejman? Tego, żeby go zauważono.
Matar napisał książkę o zbyt wczesnym dojrzewaniu do męskości. Główny bohater, chłopiec, zadaje sobie wiele pytań o tę męskość. Czy oznacza ono intensywność (życia i zapachu), czy też stawanie się niezależnym. Czy męskość to faktyczna dominanta libijskiego społeczeństwa i czy warto być taki jak baba, buntować się i sprzeciwiać, by dojrzewać i naprawdę w męskość wrastać?
„W kraju mężczyzn” to rzecz, którą warto znać. Specyficzny styl, ciekawa dygresyjność, niezwykły dar opowiadania (niczym Szeherezada, o której przecież kilka razy jest w powieści mowa), klarowność i piękno. Proza, której szybko się nie zapomina. A gorące libijskie lato 1979 roku pozostaje z nami na zawsze…
Wydawnictwo Smak Słowa, 2011
Dawno lub niedawno temu w Danii matka lekomanka i alkoholiczka urodziła trzech synów. Dwóch przeżyło, trzeci zmarł zaraz po urodzeniu. Ten trzeci miał najwięcej szczęścia. Jeśli już to stwierdzenie powoduje, że jeży ci się włos, nie czytaj „Submarino”. Jeżeli natomiast masz ochotę zejść w otchłań ludzkiego piekła na ziemi, uważaj. „Submarino” jest jak narkotyk, bo i o narkotykach między innymi traktuje. Nigdy nie wiesz, kiedy uzależnisz się od Bengtssona i jego prozy. A wtedy będzie już za późno, bo po pochłonięciu tej rewelacyjnej powieści, nie przestaniesz myśleć o obrazach, jakie wytworzyła twa wyobraźnia podczas lektury.
Opowieść o braciach, którzy przeżyli rozpoczynają perypetie Nicka. Mężczyzna jest cynikiem, a wyjście z więzienia, dokąd trafił za ciężkie pobicie, czyni z jego życia fatalny ciąg picia alkoholu, uprawiania seksu, deprecjonowania wszystkiego i wszystkich oraz trwania gdzieś na krawędzi snu i jawy. Nick nawiązuje bardzo bliską znajomość z Sofie, współlokatorką w „komunie” niejakiej Tove. Sofie cierpi, bo nie jest jej dane przebywanie z ukochanym synem. Namiastkę spokoju odnajduje w ramionach Nicka. Wszystko zmieni się wówczas, gdy ramiona kochanka zastąpią niezdecydowane ręce Ivana, którego Nick chce uczynić mężczyzną i poddać inicjacji seksualnej…
Brat Nicka wydaje się nie mieć imienia. Jest ono tak samo zbędne, jak zbędny czuje się sam bohater. „Codziennie jestem bliski śmierci. Bliski zrobienia błędnego kroku. Bliski utraty równowagi”. Od szaleństwa odwodzi go jedynie syn, którego wychowuje samotnie. Mały Martin jednak nie zdaje sobie sprawy, że jego ojciec to wytrawny heroinista. Przerażające są opisy scen, kiedy ojciec zamyka się z działką narkotyku w łazience, a syna pozostawia w pokoju przed telewizorem. Koszmarne jest czytanie o szpitalnym dylemacie, gdy mały Martin przypadkowo połyka narkotyk, a ojciec nie jest w stanie wydusić, by podali mu nań antidotum, bo wie, że go straci. O ile Nick żyje w jakimś bliżej nieokreślonym niebycie, o tyle życie jego brata jest piekłem. „Wiem, że piekło nie pojawia się po śmierci, że piekłem wcale nie są inni. Prawdziwe piekło jest wtedy, kiedy się patrzy na pustą torebkę, a mały synek śpi w sąsiednim pokoju”. Kiedy brat Nicka wdaje się w regularny handel narkotykami na ulicach Kopenhagi, łatwo się zorientować, że to równia pochyła i wszystko zmierza ku tragedii…
Tytułowe „submarino” polega na takim torturowaniu człowieka, by pod wodą go utopić. Obaj bracia torturowani są przez życie. Przez wspomnienia o zmarłej już matce, której nadal nienawidzą. Przez życie, które dało im jedynie powody do wściekłości i rozczarowania. Obaj stają się groźni dla innych i dla siebie. Ale przecież – jak twierdzi Nick - „Nikt z nas nie jest niegroźny. Niektórzy po prostu nie mieli szansy na skrzywdzenie innych”. Relacje braci odzwierciedlają to, co działo się przed laty w ich domu. Nie mogą wyjść poza traumę rodzinnych wspomnień i dziwnym trafem wpadają w niemoc, z którą żaden z nich nie potrafi sobie poradzić.
Zwraca się uwagę na to, że autor portretuje mroczną stronę Kopenhagi. Myślę, że akcja książki mogłaby dziać się w każdym dużym mieście. Doświadczamy upokorzeń żebrających o działkę narkomanów, desperacji młodych prostytutek, przyglądamy się światkowi przestępczemu i chcemy się stamtąd jak najszybciej wydostać, ale „Submarino” na to łatwo nie pozwala.
Powieść dojrzała i przemyślana. Intrygujący prolog i epilog. Świetna, dwuczęściowa konstrukcja, która pozostawia pewien niedosyt, choć wydaje się, że ostatnie zdanie i ostatnia kropka w każdej opowieści o braciach są we właściwym miejscu. „Submarino” to historia samotnych ludzi, jakim trudno jest przełamać samotność i szukają zastępczych środków, by jakoś sobie z nimi poradzić. Mocna i wartościowa rzecz. Zdecydowanie warta uwagi!
Wydawnictwo Czarne, 2011
Debiutancka książka Magdaleny Zych wpisuje się w nurt współczesnej literatury homoerotycznej, w której po Witkowskim czy Żurawieckim chyba niewiele nowego można napisać. A jednak! Interesujące „Siedem szklanek” porusza nie tylko problem tożsamości i jej związków z seksualnością, ale w symboliczny sposób ukazuje zderzenie heteronormatywnego świata z innością, której nie sposób ogarnąć.
Główni bohaterowie powieści to Kuba i Emil. Kuba jest w gruncie rzeczy nijaki, Emil samym sobą stanowi pewną jakość. Spotkanie tych dwóch skrajnie różnych od siebie mężczyzn zaowocuje mnóstwem zwrotów akcji, ale przede wszystkim zmusi do myślenia nad istotą ich znajomości i nad tym, że w gruncie rzeczy się przyciągają.
Emil to szalony kontestator. Artysta wciąż ocierający się o kobiecość, choć bardzo silnie osadzony w męskości (o tym świadczą m.in. wygłaszane przez niego poglądy). Znawca literatury i sztuki, a także wzorowa niańka. Ucieka od samotności i wie, że jedynym sposobem na to jest bycie słuchanym i adorowanym. Kubie trudno zrozumieć zachowania Emila. Z jednej strony to klasyczna „ciotka”, przebierająca się w kobiece fatałaszki i robiąca stylowe makijaże na twarzy. Z drugiej strony dość bezkompromisowy i twardy facet, który wie, czego chce w życiu i potrafi realizować swoje plany. Jaka jest zatem orientacja seksualna Emila? Kiedy się ją kwestionuje, bohater przeżywa to jak największą zniewagę. Jednocześnie wygłasza takie sądy: „W zasadzie to uważam, że na świecie w ogóle nie ma heteryków. Są tylko źle podrywani biseksualiści”. Jest o tym tak przekonany, że nawet Kuba, którego Emil początkowo mierzi i do którego odnosić się może z cynizmem, zaczyna zastanawiać się nad kwestią własnej (i nie tylko) seksualności.
Kuba zostaje przez Emila dość szybko przemianowany na Kubusia. Kubuś jakby tracił swą dotychczasową tożsamość, ale nie jest mu z tym źle, bo taka niepewność może być inspirująca. Po jakimś czasie Emil zaczyna definiować Kubę, zastępuje mu Boga, a ich znajomość przeradza się w coś, co psychicznie Kubusia męczy. Emil zaś sprawia wrażenie bardzo zadowolonego w takim układzie.
Warto zwrócić uwagę, że Emil adorowany jest nie tylko przez mężczyzn, ale także przez kobiety z najbliższego otoczenia. Imponuje innym tym, iż jest tak bardzo pewny siebie. Czy na pewno? Emil uosabia zarówno poglądy homoseksualnej mniejszości, jak i wypowiada się w imieniu tych, dla których homoseksualizm jest czymś nie do zaakceptowania. Magdalena Zych prowadzi tutaj dwuznaczny dialog z czytelnikiem. Nie zdradza tak naprawdę, jakie motywy kierują zachowaniami Kuby ani Emila, stoi jakby obok i spisuje to, co mówią bohaterowie oraz opisuje ich zachowania.
Tytuł sięga do klasyki literatury dziecięcej. W „Akademii pana Kleksa” Adaś Niezgódka śni sen o siedmiu szklankach. Surrealistyczny i zaskakujący. Opowieść o Emilu i Kubie przeplatana jest lirycznymi marzeniami sennymi tego drugiego. Czyżby Emil jako Kleks wprowadzał niezdarnego Niezgódkę-Kubę w tajniki prawdziwego życia?
„Siedem szklanek” opowiada o tym, w jaki sposób na co dzień gubimy się wśród schematów, metek i ograniczeń wywoływanych opiniami innych o nas samych. To także książka opisująca, jak wielką zagadką może być ludzka seksualność. To również dość dobrze skrojona opowieść obyczajowa, w której znajdą coś dla siebie także zwolennicy opowieści o miłości, przywiązaniu, rozczarowaniach i smutku. Miejmy nadzieję, że Magdalena Zych będzie próbowała wyjść poza swe zainteresowania teorią queer i w przyszłości napisze opowieść o ludzkim dramacie niemożności bycia sobą do końca, bo ten problem w jej debiucie został jedynie delikatnie nakreślony.
Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2011