2012-07-14

"Łóżko" David Whitehouse

Powieściowy debiut brytyjskiego dziennikarza Davida Whitehouse’a to dość specyficzna i oryginalna jakość. Myślę, że dużym nadużyciem jest porównanie tej prozy do pisarstwa Topora oraz Palahniuka, które proponuje Piotr Kofta na okładce książki. „Łóżko” to faktycznie mroczny dramat egzystencjalny, ale także ironiczny obraz świata rzekomo ustabilizowanych wartości, spraw, gestów i słów, które po jakimś czasie mogą jedynie wydać się nudne. Potworny grubas Mal, którego poznajemy w pierwszym rozdziale, to – po dwudziestu latach żarcia i leżenia w łóżku – nowy produkt popkulturowy, który trudno sprzedać, bo nijak nie można określić, czym jest decyzja życiowa Malcolma Ede; deklaracja o tym, iż od momentu 25 urodzin nie wstanie z łóżka, bo nie ma już celu, by to robić.

Mroczny komizm i świetne, satyryczne pióro Whitehouse’a być może powodują, iż należy umieszczać jego twórczość w konwencjach, jakie prezentują Topor lub Palahniuk. Autor idzie jednak swoją, własną drogą. Jego historia iskrzy od początku do końca, chociaż staje się przewidywalna, a momentami zmusza do zadania kilku prostych pytań, na które nie ma odpowiedzi. Takich w rodzaju – skąd matka Malcolma czerpie środki (bo siłę być może z miłości) na to, by paść go jak słonia przez dwadzieścia lat? Wydaje się, że historia opisana w „Łóżku” da się dość jasno wytłumaczyć. Bunt głównego bohatera ma charakter swoistej autodestrukcji. Mal chce uciec od konformizmu, wpadając w kolejny konformizm, który tłumaczy tym, iż nadaje sens życiu nadopiekuńczej matce. Ona przecież nie potrafi niczego innego, jak dbać o obiekty swej miłości. Malcolm chce wypowiedzieć wojnę światu, ale wypowiada ją przede wszystkim własnemu zdrowemu rozsądkowi, jak również rodzinie, włożonej w pewne społeczne ramy, które pękają i rozsadzają ją tak, jak otyłe cielsko Malcolma rozsadza łóżko, na którym tkwi od lat.

Kluczowymi pytaniami, jakie zadają sobie media i obserwatorzy wegetacji Mala na całym świecie, są pytania o to, dlaczego postanowił usankcjonować przestrzeń łóżka jako miejsca, w którym może wypowiedzieć wojnę normom społecznym oraz co takiego się stało w dotychczasowym, w miarę poukładanym życiem niesfornego 25-latka, że zdecydował się na stagnację, jednocześnie powodując, iż jego najbliższe otoczenie zaczęło wirować, gubiąc się w tym i męcząc? Malcolm Ede któregoś dnia stwierdza: „Pracuję za biurkiem. Gram w komputerowe bijatyki. Gdy idę na wybory, mój głos niczego nie zmienia. Nie mogę niczego kupić za moje zarobki. Może moim celem jest wskazać cel innym?”. Jakie przesłanie ma nieść wieloletnie pozostawanie bez ruchu i obżeranie się prawie do nieprzytomności? Czym jest akt szaleństwa, któremu rodzina Mala próbuje nadać znamiona czegoś zwyczajnego, efektu złego samopoczucia i złości na świat? Mal skupia na sobie uwagę świata i mediów, ale tak naprawdę nie potrafi nic z tym robić. Będąc dotychczas krnąbrnym dzieckiem, które rówieśnicy uważali za świra, a ukochana Lou za wyraziciela nowatorskich myśli inteligenta, Mal polegując w łóżku staje się bierny i porzuca wszystko to, co nazywało go wcześniej. Pozostaje jedynie nagość. Ekshibicjonizm młodego chłopca, który rozbiera się nawet w miejscach publicznych, staje się ekshibicjonizmem chorego od monotonii grubasa, do którego już nie sposób się zbliżyć.

Jedyną osobą, której Mal przez lata pozwala się do niego zbliżyć jest Mama. To istota dobrotliwa, która wszystko wybaczy. Bez żadnej większej refleksji przechodzi do porządku dziennego nad decyzją swego syna, który nie zamierza opuszczać łóżka. Karmi go, opiekuje się nim. Ma wyraźny cel. Ma obiekt, któremu może się poświęcić bezgranicznie. Troska tej smutnej postaci jest jednak bardzo toksyczna. Brat Mala zauważa: „Jej troska była niczym koc, który dusił nas, a zarazem ogrzewał”. Mal przekonany jest o tym, iż swą biernością wyzwala w niej życie. Jego brat widzi, jak latami odmierzanymi przez wyświetlacz na ścianie, Mal skutecznie gasi w matce pragnienie życia innego niż kucharki i opiekunki wielkiego wieloryba, który nigdy nie okazuje jej wdzięczności.

Ciekawa jest anonimowa postać brata, którego oczyma będziemy przyglądać się dorastaniu Mala do decyzji o tym, by przestać się rozwijać i pozostać biernym. Mal zawsze był wyraźny, dostrzegany przez innych, często uznawany za fascynującego egocentryka. Mal to także prawdziwy mężczyzna, przyjaciel, kochanek. Do czasu, kiedy rzuca wszystko w diabły i kładzie się na przeklętym łóżku. Choć jego brat chce zerwać z chorym przyzwyczajeniem do dziwactw Mala, nie jest w stanie – dosłownie i metaforycznie – opuścić ich wspólnego pokoju i poddać się rytmowi życia, które ofiaruje mu między innymi obiekt miłości, jaki wcześniej odrzucił jego brat, czyli fascynującą Lou.

„Łóżko” to poruszający obraz ruchu bez wartości i bezruchu jako filozofii. Whitehouse stworzył historię człowieka, który nie uczestniczy w życiu, jednocześnie angażując do tego uczestnictwa wszystkich innych wokół siebie. To także błyskotliwy obraz toksycznej rodziny, w której każdy skazany jest na samego siebie. To opowieść o rozpadzie świata, wartości, miejsc i relacji międzyludzkich. Jednocześnie dowcipna historia o świecie, z którego można kpić, ale nie można się od niego uwolnić. Tak jak Mal z czasem nie może się uwolnić od łóżka, które jego życiu nadało sensu w bezsensie.

Wyrazista i przejmująca rzecz o samotności, wyobcowaniu. Niewiele dająca nadziei, a jednocześnie bardzo witalna i powodująca, że zdajemy sobie sprawę z tego, iż łóżko może i lubimy, ale świat poza nim także wart jest tego, by go polubić i z niego nie rezygnować. Wygrywa bowiem nie ten, który leży w łóżku, lecz jego brat, pełen prostolinijnego umiłowania życia. Właśnie życie wygrywa. I sympatię czytelnika, który czytać będzie „Łóżko” w napięciu i z przyjemnością.

tłum. Anna Popiel

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012



KUP KSIĄŻKĘ

2012-07-12

"Mój brat i jego brat" Håkan Lindquist

Co może zrobić nastolatek, który odkrywa, że jego dawno nieżyjący już brat przeżył swe pierwsze homoseksualne uniesienie i prawdopodobnie jego efektem była śmierć pod kołami pociągu? Jak może czuć się chłopiec, który urodził się po kimś ważnym, jest być może dla rodziców substytutem niespełnionej miłości po tragicznie zmarłym synu? W końcu – dlaczego Jonasowi Lundbergowi tak obsesyjnie zależy na tym, by poznać bliżej tajemnice swego brata Paula i jego czeskiego kochanka?

„Mój brat i jego brat” to historia poznawania tego, co było za pomocą odkrywania tajemnic oraz opisywania tego, co teraz ma miejsce. Jonas dobrze wie, iż pamięć o nieżywym Paulu tkwi w wielu bliskich mu osobach. Zdaje sobie także sprawę, że niektórzy widząc go, przywołują w myślach obraz tego, którego młodzieńcze życie zakończyło się tak nagle. Wydawać by się mogło, iż młodziutki Jonas dojrzeje i zrozumie także samego siebie w momencie, kiedy rozwikła zagadkę tajemniczej miłości brata. Czy poszukiwanie czasu minionego i nazywanie minionych emocji, uczuć i pasji to droga do spokoju ducha, pogodzenia się ze sobą i uświadomienia, iż tak naprawdę nasze jestestwo konstytuują często nawet nasi umarli najbliżsi?

Zupełnie przypadkiem Jonas odnajduje w starej kurtce brata list, który odkryje przed nim prawdę o homoseksualnych skłonnościach Paula. Co więcej, to będzie pierwszy sygnał ku temu, by zgłębić zagadkę adresata listu, który pieszczotliwie nazywa Paula swoim księciem. Zwróćmy uwagę, iż w chwili odkrycia listu Jonas ma jedynie 14 lat. Nie jest w stanie zrozumieć, nazwać własnych emocji ani nawet zwrócić się o pomoc w sprawie, która wydaje mu się najważniejsza na świecie, bo dotyczy mrocznej przeszłości kogoś, w kogo cieniu żyje. Skoro nie można się do niego zbliżyć w życiu rzeczywistym, czas zacząć zbliżanie między tym, co było, a tym, co będzie. Bo fascynacja Jonasa tym, co przeczytał przerodzi się w coś na kształt prywatnego śledztwa, w którym bohater odtworzy losy Paula i Petra, pozwalając nam jednocześnie ujrzeć ich losy obiektywnie. Dlaczego? O młodych kochankach dowiadujemy się nie tylko z pamiętników i zapisków znalezionych przez brata, nie tylko z jego przemyśleń, ale także z opowieści Daniela – przyjaciela domu Lundbergów i bliskiego przyjaciela Paula, który uległ niezdrowemu zafascynowaniu chłopcem. To jedna z ciekawszych postaci drugoplanowych, jaka pojawia się pośród wszystkich czytanych przeze mnie powieści skandynawskich. Nim pochylę się nad postacią Daniela, zwrócę jeszcze uwagę na postać samego Jonasa, która w gruncie rzeczy jest dość papierowa i miałka, bowiem ma służyć jedynie odsłonięciu tajemnicy i opowiedzeniu historii Paula na nowo, z detalami.

Jonas odczuwa dziwną tęsknotę za kimś nieznanym. Pierwsze, co rysuje się wyraźnie w jego głowie, to homoseksualna orientacja brata, o której nikt nie wiedział i która miała charakter opresyjny, zaś spotkania z młodym czeskim kochankiem aktem wyzwolenia w cieniu strachu i niepewności. Jonasowi nie przeszkadza, że jego brat był gejem. Wręcz przeciwnie, wzbudza to większe zainteresowanie chłopca. Wystarczy jednak uświadomić sobie wiek, w jakim Paul przeżywał swą pierwszą miłość (w chwili śmierci na torach miał lat 15), by zrozumieć, że miłosna inicjacja nie była do końca aktem świadomego wyboru i może gdyby Paul nie spotkał na swej drodze Petra, nie doszłoby do kilku nieszczęść i zawodu oraz wstydu, jaki niósł w sobie Paul, myśląc o tym, że woli chłopców niż dziewczyny.

Jonas w tym, co mówi i robi jest prostoduszny, a momentami nawet naiwny. Wydaje mu się, że on i Paul to jakaś jedność. „To ja umarłem. To ja ponownie się narodziłem – prawie zmartwychwstałem – siedemnaście miesięcy później. A jednak przez cały czas był to on, Paul”. W poznawaniu tej rzekomej jedności pojawiają się w pewnym momencie wątpliwości, a nawet wyrzuty sumienia. Im więcej faktów z życia Paula odkrywa Jonas, tym mniej w tej opowieści jego samego. Kurczy się, zanika, przestaje być ważnym i interesującym bytem. Nie dowiemy się tak naprawdę niczego o samym Jonasie. W onirycznych wizjach (sny z udziałem Paula), pośród kartek zapisków z przeszłości, w rozmowach z Danielem – wszędzie i zawsze na pierwszym planie jest Paul. Jonasa nie ma, choć przecież dzięki niemu odżywa jego brat. To słowo także, w kontekście homoseksualnej relacji, nabierze nowego znaczenia, stanie się słowem – kluczem tej książki.

Daniel natomiast to bezgranicznie smutna i wyrazista postać outsidera, który ma skłonności do alkoholu i mężczyzn, a w życiu nie wyszedł dalej niż poza wizje, jakie roił jego zainfekowany samotnością rozum. To człowiek bardzo ciepły, ale jednocześnie tajemniczy. Cierpi, bo pozwolił na to, by Paul wyszedł od niego w krytycznym momencie. W gruncie rzeczy historia Daniela – gdyby została rozwinięta – mogłaby być nawet najważniejszą fabułą książki Håkana Lindquista.

„Mój brat i jego brat” to wielowymiarowa powieść rozgrywająca się gdzieś między snem a jawą, między dramatem przeżyć wyobcowanych homoseksualistów a duchowym ukojeniem, jakiego będą zaznawać Jonas i rodzice zmarłego Paula. Myślę, że autor świetnie wykorzystał także symbolikę ognia i jego wieloznaczność. Dodatkowo stworzył przekonujący obraz seksualnej inicjacji i młodzieńczej pasji odkrywania żaru uczuć. Warto przyjrzeć się tej pozycji, bo wydaje się wiarygodna i w swej pozornej prostocie jest bardzo skomplikowana.

tłum. Justyna Czechowska

Wydawnictwo AdPublik, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-07-05

"Na krótko" Inga Iwasiów

Bliżej niesprecyzowana przyszłość. Kolejne państwa występują z Unii, tworząc coś na kształt neoutopii. W jednym z miast, które oderwało się od wpływów wspólnoty i zaczęło żyć własnym życiem, znajduje się główna bohaterka powieści „Na krótko” – Sylwia. Kobieta jest wykładowcą, zajmuje się na co dzień literaturoznawstwem, a aktualnie pomaga w realizacji projektu FLAK. Przedsięwzięcie bada przepływy myśli etniczno – narodowo – kulturowych. Inga Iwasiów w swej najnowszej książce zbada przepływ tego, co minęło, a co tak naprawdę nigdy się nie zakończyło – w myślach, emocjach i wspomnieniach jej bohaterów.

Trudno jednoznacznie orzec, o czym traktuje „Na krótko”. Fabuła koncentruje się wokół losów wspomnianej już Sylwii oraz Ruty, właścicielki salonu fryzjerskiego. Każda z nich na swój sposób nie przystaje do czasów, w jakich żyje. Sylwia wydaje się zbyt nowoczesna, Ruta staroświecka. Z drugiej strony to Sylwia zajmuje się tym, czym zajmuje się już mało kto, bo są to książki (te w wersji papierowej to przeżytek, czyta się wirtualia). Za to Ruta prowadzi dobrze prosperujący zakład fryzjerski, na potrzeby którego zaadaptowała jednopokojowe mieszkanie. To taki zakład w starym stylu, który cieszy się powodzeniem w nowym świecie. To, co nowe nie jest w żaden sposób ogarniane zarówno przez fryzjerkę, jak i przez pracownicę naukową. Żadna z nich nie czuje się spełniona, a sylwetkę każdej uzupełniają portrety mężczyzn ich życia.

Załóżmy zatem, że „Na krótko” to powieść obyczajowa. Nie dziwi to czytelników autorki „Bambino”, bo Iwasiów po raz kolejny barwnie portretuje ludzi, którzy borykając się z przeszłością, nie są w stanie zrozumieć tego, kim są obecnie. Kobiety u Iwasiów zawsze w jakiś sposób współistniały z mężczyznami, ale tutaj ich mężowie to nie tylko ludzie, z którymi dzielą sypialnie i czasem najbardziej intymne myśli. Relacje damsko – męskie w „Na krótko” są relacjami poczucia braku i historiami kobiecych niepełności. Z drugiej strony obserwujemy starania Ruty i Sylwii, by być niezależnymi i by nie wspierać się na męskich ramionach, bo to ani słuszne, ani potrzebne. Ruta przez pewien czas żyje w idealnej symbiozie z Kazikiem. Różni od siebie, uzupełniają się. Razem tworzą koloryt swojego salonu fryzjerskiego. Do momentu, kiedy Kazikowi przestanie to wystarczać. Jego emigracja to nie tylko przejaw buntu, co przede wszystkim samostanowienia. Tego, którego doświadczy Ruta po jego odejściu, po rozwodzie. Poczucie pustki jest wszechobecne, ale nie idzie za tym poczucie bezsensu. Ruta żyje świadomie, choć tak naprawdę to, co jej jest potrzebne do życia zabrał czas, jakiego upływ zmienia kobietę.

Sylwia też pozornie stanowi jedność z Tomkiem. Także do czasu. Jej mąż nie traci go na studiowanie książek. Jest na wskroś nowoczesny. Daje się porwać fali pieniędzy, sukcesu i seksu pozamałżeńskiego, który ma w pewien sposób gruntować jego pozycję jako zdobywcy. Sylwia wyjeżdża i jakoś nie jest w stanie wrócić do Tomka. W oddaleniu od niego doświadczy innej siebie. Tej, która zaczyna się wyłaniać już w momencie, gdy któregoś dnia Sylwia odczuwa stan czegoś na kształt zaciemnienia. Będąc z dala od domu, tęskni przede wszystkim za dorastającym synem. Nieudolnie próbuje odciąć wreszcie pępowinę, pozwolić mu na samodzielność. Na coś, na co sama pozwala sobie dopiero w oddaleniu. Będąc w dziwnym mieście – muzeum, w świecie spraw niebyłych i w rzeczywistości, w której żyje się nowocześnie, ale tak naprawdę wraca do tradycji.

Kobiety z powieści Iwasiów pozornie nic nie łączy. Sylwia wynajmuje mieszkanie od brata Ruty, Witka. Mężczyzna musiał szybko dorastać po śmierci rodziców, a obecnie otacza się bibliotecznymi zbiorami, przez co w pewien sposób jest bliski Sylwii. Witek nie chce się wiązać z żadną kobietą, ale nie jest w stanie przewidzieć, jakie wrażenie wywrze na nim ta, która wynajmie jego lokum. Napięcia w opisach relacji damsko – męskich to atut „Na krótko”. Myślę jednak, że tym razem Iwasiów napisała książkę nie tylko o doświadczaniu siebie w konfrontacji z tym, co było i tym, co jest. Ta nowa powieść to świadectwo dojrzałości pisarskiej. To przecież nie tylko futurystyczna wizja, w której – by zrozumieć bohaterów – trzeba poznać przeszłość. Iwasiów pisze o problemach egzystencjalnych, ale i o problemie kultury, która nie ma zakorzenienia lub też którą ktoś lub coś kiedyś wykorzeniło.

Klamrowa kompozycja książki także daje pewną wskazówkę interpretacyjną. Sylwia najpierw chce gdzieś wjechać, a potem nie może wyjechać. Na początku decyduje się na podróż nie tylko w dosłownym sensie. Efektem tej podróży jest zapętlenie, ale i możliwość poznania tego, co dotychczas nie było poznawalne. Sylwia chce zatrzymać się z dala od swojego życia. Na krótko. Chwilowo. Nikogo do niczego nie zobowiązywać. Ruta boi się podróży. Nie ruszy w ślad za Kazikiem za ocean. Ona także myśli, że pojechał tam na krótko. Że wróci. Że jej życie będzie łatwiejsze.

„Na krótko” to pasjonująca opowieść o kobiecych złudzeniach i o tym, jak trudno żyć w świecie przyszłości, którego się nie ogarnia.

Wydawnictwo Wielka Litera, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-07-01

"Świat w moich oczach" Tony Giles

Nigdy nawet nie próbowałem ogarnąć tego, jak okrutnym kalectwem może być ślepota. Nie wyobrażam sobie życia w ciemności i nie do pojęcia jest dla mnie także opowieść Tonego Gilesa – Brytyjczyka, który jest głuchy, niewidomy, ma problemy z nerką, a mimo wszystko objechał świat wzdłuż i wszerz, chłonąć świat wszelkimi innymi zmysłami i doświadczając go w sposób, o jakim trudno tak naprawdę napisać.

Mimo całego podziwu dla autora „Świata w moich oczach” nie za bardzo jestem w stanie zrozumieć, na czym ma polegać wyjątkowość jego książki. Fakt, samotne wędrowanie po świecie, którego nie można zobaczyć, to wyczyn niezwykły i naprawdę jedyny w swoim rodzaju. Nie wiem tylko, czym ma być książka o oglądaniu świata, którego nie da się zobaczyć. Tony Giles pisze pretensjonalnie, o zwiedzanych miejscach opowiada mniej więcej tyle, co wyczytać można w Wikipedii, a jego opowieści koncentrują się wokół picia, palenia, wrzeszczenia, ogólnego robienia hałasu, wymiotowania w miejscach publicznych i obnażania się, co rzekomo stanowi fantastyczną formą rozrywki. Odpowiedź, na pytanie o to, czym jest jego książka, daje sam Giles na początku w słowach: „To wyjątkowa historia szaleństwa, przygody, picia, narkotyków, seksu i emocji – od czasu do czasu dla równowagi okraszona jedną czy dwiema historyjkami z podróży”. Myślę, że one doskonale odzwierciedlają to, jaką jakość stanowi „Świat w moich oczach”. Podziwiać można jedynie determinację i ogromny optymizm brytyjskiego podróżnika. W jego pisaniu natomiast nie ma zaś niczego, co warte byłoby podziwu.

Sposób podróży Gilesa jest specyficzny i chwilami naprawdę trudno jest uwierzyć, że udało mu się osiągnąć tak wiele. Świat, który przemierza, jest światem różnorodności. Nie ma w nim miejsca na nudę. Dzięki pomocy oddanych przyjaciół i ludzi spotkanych po drodze Giles może cieszyć się każdą chwilą w kolejnym nowym miejscu. Jego ciekawość świata jest imponująca. Nie narzeka. Praktycznie wszystko mu się podoba. Gdziekolwiek jest, dostrzega same pozytywne aspekty nowych miejsc. A przecież jest mu piekielnie trudno i musi zdawać sobie sprawę ze swoich ograniczeń. Nie może widzieć, ale odbiera klimat zwiedzanych miast, miasteczek, pustkowi i oceanów w taki sposób, że chwilami można się wraz z nim przenieść do Stanów Zjednoczonych, Australii, Nowej Zelandii czy Wietnamu, ale w relacjach z jego podróży nie ma niczego niezwykłego i gdyby nie ślepota, byłyby one historiami, jakich wiele można przeczytać i posłuchać, nie zawsze czytając czy słuchając do końca.

Giles z faktu, iż nie widzi i nie słyszy tworzy coś na kształt prostej ideologii. „A może właśnie dlatego jestem niewidomy, by chłonąć coś, co tylu innym ludziom umyka, a jest prawdziwym odczuwaniem życia?”. Zakłada zatem, iż sposób, w jaki opowiada o swych podróżach ma stanowić specyficzną jakość. Nie stanowi. Co więcej, chwilami jego książka staje się nudna i przewidywalna, a przecież wędrujemy po miejscach dla nas egzotycznych i naprawdę wartych tego, by lepiej je poznać. Poznajemy głównie ekscesy, wokół których koncentrują się zdarzenia. Skoki ze spadochronu czy na linie, ekstremalne picie i włóczenie się po ciemnych zaułkach do bladego świtu. Refleksje może nie tyle płytkie, co po prostu trywialne. Imponujące natomiast jest to, w jaki sposób Giles radzi sobie w często trudnych dla niego sytuacjach. Obraz świata, jaki proponuje, jest jednak dość spłaszczony i nie ma w nim tego czegoś, co zwykle charakteryzuje dobrą prozę podróżniczą.

Stany Zjednoczone są przez niego oswojone choćby z racji wykształcenia i tego, że doskonale wie, jaka jest kultura i na czym opiera się codzienność Karoliny Południowej, Nowego Orleanu czy słonecznej Kalifornii. Wędrówki po Antypodach zawierają w sobie już nieco więcej niedopowiedzeń, ale w gruncie rzeczy nie są niczym odkrywczym. Giles znajduje się w naprawdę wyjątkowych miejscach, ale część z nich swą prostą narracją odziera z wyjątkowości. Chciałoby się pojechać do Nowej Zelandii, odwiedzić Wietnam czy popluskać się w oceanie oblewającym Hawaje. Tyle tylko, że niekoniecznie w towarzystwie Tonego Gilesa, którego hedonizm i czasami brak zdrowego rozsądku może po prostu odstraszać.

„Świat w moich oczach” to połączenie reportażu, literatury faktu i historii, która ma zainspirować oraz pobudzić. Cokolwiek by nie mówić o niewybrednym poczuciu humoru czy dość kontrowersyjnym stylu bycia autora, jego wędrowanie bez oglądania jest na pewno wyjątkowe i niepowtarzalne. Podróże angażują wszystkie inne jego zmysły. Te, którymi może się posługiwać. Niekoniecznie jednak jego sposób pisania i mówienia o tym, jak doświadcza świata może być angażujący. Mamy do czynienia z dosyć mierną literaturą, choć literaturą mówiącą o wielkości, sile i optymizmie człowieka, któremu udaje się realizować własne pasje.

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-06-27

"Wersja Oficjalna" Jarek Tomszak

PATRONAT MEDIALNY
Bardzo odległa, a może wcale nie aż tak odległa przyszłość. Świat demokracji to archaizm. Maluczcy podporządkowani są rządom wirtualnym, bo polityków i wszystkich decydujących o kształcie świata nie ma wśród obywateli. Każdego z nich identyfikują palcokamery. Żyjemy w perfekcyjnie idealnym, komputerowym i technicznym świecie. Nasz status określają viry – sztucznie wykreowane technologicznie przestrzenie istnienia. Egzystencja ma swoją wersję oficjalną. Ten, kto chce jej uniknąć, może ponieść straszliwą karę…

Taki mniej więcej obrazek prezentuje tytułowe opowiadanie ze zbioru Jarka Tomszaka. Tematyka scence fiction służy autorowi do ukazania problemów dręczących człowieka współczesnego, samotnego satelity, wykorzenionego i czującego się zbędnym. Jedenaście miniatur literackich Tomszaka to może nie wizja na miarę Stanisława Lema, ale inteligentne i ironiczne przeniesienie się w przyszłość tylko po to, by zrozumieć, czym do końca jest teraźniejszość.

Przyszły świat ma charakter opresyjny. Nie ma w nim miejsca na indywidualność, szarości zacierają kontury każdego kolejnego dnia, a ludzie żyją albo w cieniu katastrofy kosmicznej albo też setki lat po niej. Znajdujemy się w świecie maszyn. Mechanizacja rzeczywistości ukazana jest na różne sposoby. Może to być pędzący gdzieś w nieznane pociąg, z którego nie sposób się wydostać. Może to być świat kamer, komputerów i sprytnej inwigilacji. Jakiegokolwiek ludzkie uczucia, pragnienia i emocje są czymś zbędnym, niezauważalnym, coraz trudniej je w sobie odnaleźć. Tomszak pisze o bohaterach przeciętnych, a pragnących wybić się poza przeciętność. W większości opowiadań nie mają imion. To Autor, Użytkownik czy Obywatel. Każdy na swój sposób sparaliżowany strachem wobec wszystkiego, co go otacza. Każdy próbuje ocalić swą jednostkową godność i uciec ze świata, od którego nie ma ucieczki.

Obywatela z „Tak jak wszyscy” męczą senne koszmary, w których widzi żonę tulącą się do mężczyzny będącego klonem jego samego, który dodatkowo wyprasza go z jego domu. Te sny zaburzają harmonię. Obywatel nie jest już taki jak wszyscy. A przecież to, co nienormalne, pali na co dzień w krematorium. Normalny jak każdy wydaje się także Max, informatyk z opowiadania „Mniejszość”. Tyle tylko, że wszystko, co robi i to, jak żyje odejmuje mu wartości w świecie, w którym stawia się na inność czy też innowacyjność. Tytułowy mieszkaniec w świecie maszyn nie może pisać o miłości i szczęściu, bo przecież nie jest w stanie ich doznać. Czy normalność to stygmat? Należy od niej uciekać czy się jej poddać? Czego można pragnąć w świecie uniformu, maski i komputerowych technologii uznających człowieka za numer ewidencyjny albo coś temu podobnego?

Choć świat nadal istnieje, u Tomszaka jest na skraju agonii. „Sodoma i Gomora” ukazuje czas apokalipsy, gdzie ziemia przetrwała zderzenie z asteroidą, ale nie jest w stanie być światem dobrym, gdy codziennością są eutanazje, usuwanie ciąż, przemoc różnego rodzaju i życie w pełni kontrolowane od pierwszych do ostatnich chwil. W tym świecie nie ma miejsca na żywe emocje. Nawet mężczyzna zdradzony, który chce się zemścić na obojętnej żonie, nie czyni nic, bo czymże jest wulkan emocji w jego sercu w zestawieniu ze świadomością, iż świata za chwilę może nie być?

W „Sądzie najwyższym” przeczytamy gorzką diagnozę życia bez wartości, które w gruncie rzeczy jest nicością, jakimś trudnym do określenia trwaniem na przekór. Bohaterowie Tomszaka nie są w stanie zmienić w sobie niczego, choć na zmianach tak bardzo im zależy w sytuacji, gdy otaczający ich świat stanowi wartość niezmienną. Poprawną postawą człowieka jest postawa niewyprostowana. Taka, gdzie pochylając głowę, nie widzimy nieba, bo przecież i tak go nie ma. Cybernetyczna przestrzeń na granicy kosmosu to świat, w jakim ludziom żyje się o tyle trudniej, iż nie mogą tej przestrzeni nadać jakiejkolwiek wartości. Sami są tej wartości pozbawieni. I nic nie wskazuje na to, że przyszłość cokolwiek zmieni.

Jedno z ciekawszych opowiadań to tekst „Śmiech bogów”. To ironiczna i przewrotna opowieść o ludzkich ułomnościach osadzona w kontekście biblijnym. Skrzywiony człowiek stworzył świat w krzywym zwierciadle. Jego produkty – komputery stały się samowystarczalne, a kontrolę nad tym, co jest istota ludzka ma tylko pozorną. Tomszak próbuje pokazać kruchość i jałowość egzystencji, ale jednocześnie zauważa, iż do człowieczego upadku po części doprowadzamy my sami.

„Wersja Oficjalna” to jedenaście przejmujących miniatur o człowieku w dobie różnego rodzaju zawirowań. Literacka maska science fiction jest dość łatwa do rozpoznania. Tomszak pisze o świecie jak najbardziej realnym. Świecie nas samych, którzy z trudem określamy, kim naprawdę jesteśmy. W przyszłości natomiast możemy przestać zadawać sobie takie pytanie. I to będzie największy dramat ludzkości zdanej na łaskę zrodzonego zeń potwora – techniki i maszyn.

Warszawska Firma Wydawnicza, 2012

KUP KSIĄŻKĘ