2014-07-18

"Kamienny Anioł" Margaret Laurence

Wydawca: Wydawnictwo Bona

Data wydania: 10 czerwca 2014

Liczba stron: 284

Tłumacz: Danuta Pasicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Niepokorna do końca

U progu tego roku polski czytelnik miał okazję poznać bezpretensjonalną i czułą narrację o starości jako o procesie naturalnym, oczekiwanym oraz takim, w którym bohaterka - mimo kilku wątpliwości - w pełni się odnajduje, rozumiejąc swój czas pożegnania ze światem. "Kamienny Anioł" kanadyjskiej pisarki Margaret Laurence różni się znacznie od "Być Esther" Miriam Karmel, choć bohaterki tych książek łączy wiele wspólnego i każda z nich na swój sposób godzi się z teraźniejszością dzięki sile wspomnień. Laurence nie pisze jednak o starości w sposób tak pogodny jak Karmel. Otrzymujemy książkę, która jest biografią duszy tak niepokornej, że trudnej w kontakcie z bliskimi do samego końca, buntowniczej i samotnej.

Hagar Shipley nie będzie opowiadać o życiu spełnionym tak jak Esther Glass. Poznamy pełną dramatyzmu oraz rozczarowań, powikłaną i niepokorną biografię kobiety, która walczy z niedołężnością, zanikami pamięci, ze wstydem i upokorzeniem oraz ze świadomością, iż staje się coraz większym ciężarem dla bliskich. A przecież przez całe swe życie nosiła w sercu ciężary innych, dzielnie mierząc się ze stygmatem kanadyjskiej prowincji, pamięcią pochowanych mężczyzn z jej życia i świadomością bycia osobną, hardą i zawziętą, czego nie odziedziczyła po matce, tak słabej, tak uległej. Regina odeszła zupełnie niezauważona. Jej córka Hagar do ostatnich chwil będzie zwracać na siebie uwagę. Laurence opowiada trudną historię, w której dystans i litość mieszają się z buntem, złością, bezsilnością oraz poczuciem utraty siebie. Hagar ma w sobie siłę, a jej witalizm do samego końca jest dowodem na to, że w niej także toczy się nadal życie, chociaż to prawdziwe zdaje się mieć miejsce gdzieś w oddali, gdzie wnuki Hagar dojrzewają do dorosłości, a syn pragnie jedynie spokoju i umieszczenia matki w domu opieki. Bohaterka nadal żyje. Nadal ma coś do powiedzenia i do opowiedzenia także.

Dom i rzeczy - tylko to stanowi teraz o wartości Hagar. Flegmatyczny Marvin tkwi u jej boku wraz z dwulicową Doris, której Hagar nie znosi, mając jednocześnie świadomość, iż jest uzależniona od jednego i drugiego. Bohaterka ma dziewięćdziesiąt lat, a przez ostatnie dziesięć poddała się dwóm nałogom - paleniu i czepianiu się. Hagar jest trudna w kontakcie, bo nadal chce walczyć o godność, którą nosiła w sobie zawsze, a którą starość chce jej odebrać. Mamy połowę wieku XX, ale zasadnicza część narracji przeniesie nas w przeszłość, bo tylko tam borykająca się ze starczą nieporadnością Hagar może wybrać się po to, by przypomnieć sobie, kim była i jak zawsze dzielnie sama stanowiła o sobie. Była bezkompromisowa, niezależna oraz harda. Dzisiaj ma problemy z chodzeniem, zapomina wiele, wstydzi się zależności od innych i trudno jej pojednać się z Bogiem oraz zbliżyć z tą małą garstką ludzi, którzy chcą dla niej dobrze.

Hagar Shipley zawsze chciała dobrze dla swych synów. Dwa owoce burzliwego związku z obcesowym i wulgarnym Bramem, za którego wyszła wbrew woli ojca, czego konsekwencją było ojcowskie odtrącenie. Marvin zawsze był przewidywalny i poukładany. Taki z niego drugi stateczny, choć prostacki ojciec. Tyle tylko że ojcem do ostatnich chwil zajmuje się jednak John. Niepokorna dusza i prawdziwy buntownik - to na pewno po matce. Historia Johna stanowi mroczną tajemnicę, którą będziemy stopniowo poznawać, bo przecież już na początku dowiemy się, iż tylko jeden z synów Hagar pozostał przy życiu, a ona sama musiała żegnać mężczyzn od wczesnej młodości. Najpierw doświadczyła śmierci dwóch braci, potem ojca i męża. John odszedł w chwili, której nie chce się pamiętać. Śmierć była przy Hagar zawsze, ale ona sama wciąż jej na przekór wiodła życie, jakiego nie mogła zaakceptować prowincja, skąd pochodziła. Bohaterka zawsze musiała walczyć z mężczyznami, będąc z nimi w bliskości jednocześnie. Najpierw ze srogością ojca, potem z grubiaństwem męża. Z planami i rojeniami synów, którzy układali sobie życie po swojemu. A potem po żadnym z nich nie płakała... Hagar nie miała przyjaciółki, nie była blisko z żadną kobietą. Zmężniała przez los, jaki wyznaczyła jej opozycja do męskości. Tej, która zawsze była blisko i z którą trzeba było toczyć boje.

Życie bohaterki powieści Margaret Laurence było życiem ciągłego wyzwalania się i ucieczki. Preria zachodniej Kanady pozostała w niej na zawsze, ale by wyzwolić się z gorsetu małomiasteczkowych obyczajów, Hagar musiała dużo ryzykować. Ta buta i śmiałość przyszły do niej z czasem. Przecież wspomina chwile oporów i lęków, które nie pozwoliły jej udawać matki dla umierającego brata czy skrócić cierpienia kurcząt na wysypisku śmieci. Kanadyjka o szkockich korzeniach musi nie tyle uwierzyć w siebie, co w fakt, iż jakiekolwiek stanowienie o sobie domaga się odcięcia od tych, którzy duszą bliskością. Preria i Manawaka - kraina dzieciństwa samej autorki - ukształtowały Hagar na tyle silną, że będzie gotowa zmierzyć się z trudami życia w Kanadzie borykającej się między innymi ze skutkami Wielkiego Kryzysu.

Czyta się "Kamiennego Anioła" z zainteresowaniem także dzięki językowi. Dobre maniery i takt, jakich nigdy nie pozbyła się Hagar, kontrastują z językiem, który służy jej do opisu rzeczywistości na starość. Gorzko, ostro i często ironicznie dziewięćdziesięciolatka komentuje świat, do którego już nie należy. Sposób opowiadania o świecie odzwierciedla nasilające się rozgoryczenie. Kiedy przychodzi czas podsumowania, Hagar nie chce rozmyślać o tym, czy miała dobre życie, a jedynie zachować godność i niezależność, o jakie zawsze walczyła. Obserwujemy dramat odchodzenia mimo obecności ludzi wokół; Hagar jest samotna w dosłowny i symboliczny sposób, a narracja jej wspomnień zdaje się buntować przede wszystkim wobec niepamięci, postępującej amnezji, dostrzegania świata bez konturów i wyraźnych zarysów. "Kamienny Anioł" jest zatem opowieścią o trudzie życia kobiety niezależnej, ale także przygnębiającym studium rozpadu i odchodzenia. Nad tym wszystkim wspomnienie tytułowej figury, która przypomina o śmierci oraz o pamięci tego, co minione. Hagar rozpaczliwie chwyta się życia do samego końca. Nie chce odejść, bo nie jest na to gotowa, choć w życiu gotowa była na wszystkie, najbardziej nawet dramatyczne scenariusze.

Laurence zachwyca pięknym, plastycznym stylem. Jednocześnie niepokoi obrazem jesieni życia, w której walczy się o każdy kolejny dzień, o własną tożsamość i niezależność. To także książka, która opisuje proces trudnego dochodzenia do pokory wobec spraw, na które nie mamy wpływu. Barwnie i wyraźnie wpisująca się w kanadyjską codzienność przełomu XIX i XX wieku.

2014-07-16

"Kultura a śmierć Boga" Terry Eagleton

Wydawca: Wydawnictwo Aletheia

Data wydania: 22 maja 2014

Liczba stron: 226

Tłumacz: Bogdan Baran

Oprawa: miękka

Cena det: 49,85 zł

Tytuł recenzji: Boska nieobecność, boskie powroty

Kiedy przed dwoma laty czytałem "Zło" Terry'ego Eagletona, pozostałem z poczuciem głębokiego niedosytu, bo esej ten wydał mi się jedynie potwierdzaniem cudzych tez, opinii, sądów i spekulacji. "Kultura a śmierć Boga" to rzecz zupełnie inna. Nic wtórnego! Prowokacyjna w dużej mierze dzięki temu, że autor podejmuje się odważnego procesu śledzenia filozoficznej myśli europejskiej, która nazywała relacje między kulturą a religią, wskazywała ich wzajemne powiązania, uwypuklała zależności i zwracała uwagę przede wszystkim na różnice.

Analizując tezy myślicieli od oświecenia po postmodernizm, Eagleton zadaje dużo trudnych pytań - nie o to, gdzie jest Bóg w kulturze, która go nie chce albo zastępuje, lecz o to, jak umysł ludzki na płaszczyźnie doświadczeń osobistych, społecznych i przede wszystkim politycznych rozstrzygał kwestie obecności Wszechmogącego, usilnie spychanego w niebyt. Już we wstępie pada znaczące zdanie, które określi charakter tej publikacji. "Ta książka mniej dotyczy Boga, a więcej kryzysu wywołanego jego widomym zniknięciem". Eagleton prześledzi głównie oświeceniową myśl społeczną, by wskazać moment, w którym nadawano Bogu świeckie imię, nieustannie poszukując odpowiedzi na pytania o to, w jaki sposób scalić społeczeństwa, nie odwołując się do enigmatycznej sfery wiary i wyobrażeń. Angielski intelektualista nie może dokonać wyraźnego rozróżnienia między Bogiem a kulturą, a jedynie stara się pytać o to, czym przez wieki te rozróżnienia były warunkowane. W jaki sposób obecność boskości była zastępowana ideami oraz jak to się stało, że po 11 września 2001 roku "pochowany" Bóg śmieje się ironicznie, przypominając o tym, że pozbyto się go przedwcześnie.

Zdecydowanie najważniejsze i na pewno najciekawsze są rozważania tyczące się oświeceniowych wizji zamieniania wiarę na rozum oraz obserwacja badań relacji między rozumem a zmysłami czynionych przez niemieckich idealistów. Oświecenie dawało ludzkości komfort pozbycia się lęku przed boskością, ale w znacznym stopniu utwierdziło tę samą ludzkość w zachowaniu szacunku względem Boga. Nie odesłano go w niebyt, bo oświeceniowy Bóg mas i Bóg filozofów niebezpiecznie się różniły; trzeba było znaleźć zatem narzędzia do nazywania religii w sposób nowoczesny, bo nie dała się odesłać w niebyt. Idealiści kreślili związki religii z mitologizowaniem. Kwestionując ją, nadawali jednocześnie nowy status czemuś, co w dużej mierze wyrosło z przekonań tłumu, a stało się tematem rozważań intelektualistów.

Eagleton stawia dość wyraźną tezę. Religia ujednolica ludzi. Jest narzędziem, dzięki któremu rodzi się jakże często nieuzasadnione poczucie sprawiedliwości dziejowej czy społecznej. Jak traktować religię? Cytowany jest między innymi Herder, który głosił, że "religia tkwi w samym sercu kultury". Tymczasem Eagleton tytułuje książkę niejako w opozycji do tej tezy. Nowoczesne społeczeństwa europejskie równie chętnie oddawały się rozmyślaniom o tym, jak wiarę zastąpić rozumem, co mało rozumnie ufały, iż kulturowy ład to nowa jakość, rodząca się gdzieś obok religii i w opozycji do niej. Terry Eagleton przygląda się tym wszystkim ideom, które jednocześnie separując się od boskości, wszczepiały ją stale kolejnym pokoleniom, nazywając wciąż na nowo. Legitymizacją dla nich była odwieczność owej boskości, która towarzyszyła ludzkości zawsze pod różnymi postaciami.

Autor "Zła" przygląda się uważnie procesowi utraty wiary i odchodzenia od religii, kreśląc trudność i niejednoznaczność samego ateizmu, jaki pojawił się w kulturze dużo wcześniej niż sami ateiści. To rzekomo od Nietzschego zaczyna się świadomy ateizm i to jego myśl szybciej niż jakakolwiek inna każe dystansować się od religii całkowicie, a nie za pomocą różnego rodzaju surogatów wiary religijnej. Nietzsche sprawił, że Bóg przestał wchodzić w kolejne zastępcze role. Nie został tym samym zdegradowany, tak naprawdę na chwilę przestał istnieć. O ile poczucie braku dostrzegano w myśli Nietzschego, o tyle postmodernizm - co sugeruje Eagleton - świetnie radził sobie z tym brakiem i uznawał go za coś oczywistego przy jednoczesnej nieufności do wiary w ogóle. Tymczasem coraz skuteczniejsze rugowanie Boga oraz religii niespodziewanie szybko i zaskakująco uciął rozwój barbarzyńskiego fundamentalizmu. Terry Eagleton w niespokojnej końcówce rozważań stawia pytanie o to, na ile Zachód zrodził fundamentalizm i jak w XXI wieku społeczeństwa radzą sobie z tak inteligentnymi i skomplikowanymi jednocześnie próbami wypychania religii z kultury, którym poświęciło się wielu intelektualistów na przestrzeni wieków. Boga pożegnano niejeden raz i na wiele sposobów. Co jednak zrobić z faktem, że jego idea wciąż jest obecna, zmieniając być może tylko położenie geograficzne?

"Kultura a śmierć Boga" to książka z rozważaniami na temat trudów kwestionowania wiary oraz trudności w jej zachowaniu. Bada powiązania religii z myślą społeczną i polityczną. Rozważa tendencje służące wypieraniu Boga z kultury i wskazuje jednocześnie ich iluzoryczność. Udowadnia też, iż kultura asymilowała wszystko to, co w religii było najważniejsze. Każdą cząstkę dystynktywną wtopiła w rozwijający się model bez boskości.  Eagleton pisze: "Religia jest zarówno wizją, jak i instytucją, odczutym doświadczeniem i uniwersalnym projektem, a najbardziej pewna siebie kultura starała się mieć wszystkie te cechy". Bez względu na czas i miejsce religia zawsze w pewnym stopniu porządkowała życie społeczne. Ta publikacja stara się pokazać, na jakie wyżyny wspięła się intelektualna myśl społeczna minionych wieków kwestionująca boskość na rzecz kultury i z jak wysokiego konia spadła, nie przewidując czegoś tak bolesnego jak religijny fanatyzm, nie przewidując dramatu 11 września i nie uświadamiając sobie faktu, że bez względu na ustrój i kulturę, religii i boskości pod wieloma postaciami nie można się bezwzględnie oraz jednoznacznie pozbyć.

2014-07-14

"Gry losowe" Joanna Dziwak

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 10 czerwca 2014

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka

Cena det: 25 zł

Tytuł recenzji: Ucieczki i (za)stałość

Młoda krakowska debiutantka stworzyła na Facebooku stronę z popularnymi memami. Joanna Dziwak wyszła od satyrycznej kultury obrazkowej, by teraz zaprezentować nam kulturę słowa. A raczej jego niepohamowanie, złośliwość, buńczuczność i zadziorność. Tak to teraz jest, że wyrazisty debiut musi być albo prześmiewczy, albo maksymalnie skomplikowany do tego stopnia, by przedrostki "post" mnożyć w nieskończoność w celu oddania w omówieniu skomplikowanego charakteru dzieła. Ja napiszę po prostu. Debiut Dziwak jest dobry.

"Gry losowe" są czymś na kształt antypowieści napisanej wyrazistą kreską. To opowieść, która nie ma początku i końca oraz historia ludzi, których biografie z jednej strony są puste i jałowe, z drugiej jednak domagają się zajrzenia gdzieś w głąb. Dostaje się hipsterom, geekom, autorom bestsellerów niedocenianych przez krytykę. Dostaje się samemu językowi wyrażającemu dzisiejszy świat. Ten świat, w którym podglądamy i porównujemy. Nasilając nasze depresje, jakie rozumieją dzisiaj tylko koncerny farmaceutyczne, przyglądamy się kadrom z życia innych; takim, które upublicznione w Internecie zdają się mówić prawdę o nas samych. Joanna Dziwak nie dąży do prawdy i nie chce nam sugerować, co w wymieszanym świecie bezwartości jest jeszcze warte uwagi. Stworzyła kolaż ze słów, w którym wiruje wszystko, o czym dzisiaj się mówi, myśli i to, co się robi. Bezsens w sensie i kalki słowne wyrażające wtórność. To niewygodna rzecz dla wszystkich, którzy nie mają poczucia humoru. Ci, co potrafią przyjąć ją z przymrużeniem oka, będą zadowoleni.

Historia Jo rozpoczyna tę lingwistyczną psychodramę. Jo jest szansonistką, której nie chciał Nowy Jork ani Las Vegas. Ponieważ jest dodatkowo ckliwa i depresyjna, bolesna świadomość bycia jedną z wielu dziewcząt chcących zrobić karierę przygnębi ją w dwójnasób. Jo ironizuje z poukładanego życia wszystkich materialistów tego świata, bo dla niej jedynym słusznym posunięciem zawsze jest ucieczka. Najpierw chciała uciec od swej prowincjonalnej Alabamy, a potem ucieka już od wszystkiego, bo tak jej wygodnie i się przyzwyczaiła. Wyczynem jest dla niej podjęcie jakiejkolwiek decyzji, a kiedy już ją podejmie, upływa dużo czasu, nim ją zrealizuje. Jo ma dziwne poczucie bycia wyjątkową w pustce. Usiłuje nadać swej egzystencji jakiś sens. W ciągłym ruchu zatrzymać się, złapać oddech. Ponieważ trudno jej określić siebie, podsłuchuje innych. I wtedy dopiero Joanna Dziwak się rozkręca, bo porzuca swą bohaterkę i rozpoczyna się część zasadnicza - wielogłosowy bełkot o świecie depresji i fejmu, o deficycie stałości i porządku i o staraniu się o to, by wciąż zmieniać siebie. Język odzwierciedla wszelkie wahania oraz sztuczny bunt. Studenci "chujwieczego", natchnione nastolatki, muzycy-kontestatorzy i wszelkiego rodzaju subkulturowe loże szyderców, które nie widzą, że też są obiektami drwin. Bujamy się w tym wszystkim, w słowach porozrzucanych, w stylizacjach stylizacji i w chaosie ekspresji. Tworzy się powieść panoramiczna o niczym, bo pośród zgiełku młodych zagniewanych nie ma właściwie żadnego sensownego komunikatu. Nie pozostaje nic innego jak zamknąć ten postmodernistyczny bajzel na rzecz nieco bardziej kameralnej opowieści.

Kontrastem do chaosu jest historia o pewnym poecie z Bytomia. Arkadiusz Pszczoła w przeciwieństwie do wszystkich portretowanych wcześniej "nie ma szans na lans" i nie pragnie niczego więcej poza silnym zakotwiczeniem się w czasie teraźniejszym. Arkadiusz Pszczoła zdobywał fejm, gdy kochały go nauczycielki języka polskiego w podstawówce. Potem zdobył już tylko stabilizację dzięki spadkowi, który uratował go przed koniecznością pakowania się w kredyty, zobowiązania i przed nieustanną walką o środki finansowe na codzienne życie. Na co dzień Arkadiusz Pszczoła spogląda przez okno, gdzie stoi kościół i sklep Biedronka. Pisze wiersze, które wrzuca do netu, ale tak naprawdę marzy o czymś więcej, o dostrzeżeniu przez innych. Wie, że niczego nie musi zmieniać i nie dane jest mu mierzenie się z przyszłością, ale postanawia wyrwać się ze swojego Bytomia. Cel nakreślony przez Joannę Dziwak nie jest zbyt konkretny, a przecież Arkadiusz Pszczoła stawia na konkret i jasne intencje. Autorka mocną kreską odcina go od wyjących z niespełnienia hipsterów, czyniąc jednocześnie postacią tragiczną w swym braku wyrazu. Okazuje się, że uwięziony w szarości i polskich absurdach Arkadiusz niewiele różni się od poszukującej siebie Jo. W tym wszystkim jest nie tylko fatalizm, ale i ironia wraz z odrobiną empatii. Autorka "Gier losowych" dość uważnie przygląda się swoim loserom, chcąc stworzyć własną narrację zbudowaną z tych cudzych, gdzie coś jeszcze warte jest opowiadania.

Pojawia się problem, na kogo i w jaki sposób stylizuje się na proza. A może jest integralną całością, która kpiąc z form, sama zamyka się w oryginalnej formie drapieżnego ataku na świat, do którego samemu się należy? Ciekawe są również fantazje snute w trzeciej historii, o której tutaj celowo nie piszę, a którą w skrócie można nazwać dekonstrukcją literackich miraży. "Gry losowe" drwią z literatury celebryckiej i literatury westchnień kur domowych. Joanna Dziwak pokazuje, że w tytułowych grach jej bohaterowie szczęścia nie mają, ale nie chodzi o żadne "happy endy", lecz o nakreślenie punktów widzenia, myślenia i odczuwania, które nie są niczym pewnym i można podważyć niemal każdą tezę tak, jak ta książka sama siebie podważa, dyskredytuje, satyrycznie ośmiesza oraz inteligentnie nas uwodzi.

Gdzieś pomiędzy stałością i przewidywalnością losu bytomskiego Everymana a kompulsywną nadpobudliwością amerykańskiej uciekinierki jest jeszcze życie, któremu Joanna Dziwak się nie przygląda. Interesują ją skrajności, ale może dlatego, że dzisiaj żyje się skrajnie, by wierzyć, iż żyje się w ten sposób naprawdę. "Gry losowe" ośmieszają literackie konwencje i naiwność myślenia o rzeczywistości. Dziwak mierzy się z tym kakofonicznym dyskursem, który nazywamy dziś wciąż na nowo. Wciąż staramy się wartkiemu nurtowi wielości nadać jakiegokolwiek znaczenia. Zagubienie i próby poszukiwań Jo czy Arkadiusza to tylko symboliczne drogi wyjścia naprzeciw czemuś, co nieznane. Stale bowiem kryją się przed nami tajemnice, choć o świecie wszyscy wiedzą już wszystko. Lektura "Gier losowych" będzie z jednej strony nieprzyjemnym doświadczaniem tego, co gdzieś obok. Z drugiej jednak - jest to opowieść specyficznie wpisana w tekst i kontekst. Wyraźna. Złośliwa i czuła jednocześnie. Taka jest dzisiejsza forma ekspresji, tak się dzisiaj pisze, tak się myśli o pisaniu i odczuwa niedosyt, że pełno wokół wszystkiego, co już było.

2014-07-12

"Laura" J.K. Johansson

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 3 lipca 2014

Liczba stron: 252

Tłumacz: Anna Buncler

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Fińskie tajemnice

Książka jest pierwszą częścią trzytomowej serii "Miasteczko Palokaski" i widać to wyraźnie, bo bardziej mnoży znaki zapytania i zagadki, niż je rozwiewa. Promowana jest jako fińska odpowiedź na amerykańskie "Miasteczko Twin Peaks". Podobieństwo nieco naciągane  - pod pseudonimem J.K. Johansson kryje się enigmatyczny sztab fińskich pisarzy. Pierwsze litery zdają się wskazywać, że wzorowali się być może bardziej na autorce przygód o Harrym Potterze i jej małomiasteczkowej panoramie społecznej z "Trafnego wyboru", bo do filmowego dokonania Lyncha niewiele się zbliżają. Nie będzie w "Laurze" mistyki i symbolizmu, nie będzie dwuznaczności na miarę mrocznej opowieści o Laurze Palmer. Będzie - jak w przypadku wielu skandynawskich kryminałów - dobrze rzemieślniczo wykonana robota, bo tajemnicza historia zaginięcia nastolatki z Palokaski intryguje, zastanawia i pozostawia w niedosycie, więc oczekuje się na kolejne części, które wyjaśnią zagadki, z jakimi pozostaniemy nadal po zamknięciu powieści.

Fińska Laura ma też bogaty, choć nie tak niejednoznaczny jak u Lyncha życiorys. Za jej zniknięciem stać może wielu ludzi. Właściwie każdy przez moment znajduje się w kręgu podejrzeń policji. Eksploatowany na siłę motyw pamiętnika spełni w tej prozie nieco inną funkcję niż w amerykańskim serialu, mniej też wszystkie zdarzenia zapadną w pamięć. O ile bowiem obrazy z "Miasteczka Twin Peaks" pozostaną z nami chyba na zawsze, o tyle dynamicznie skreślone sceny z prozy J.K. Johansson(ów) nie pozostawiają miejsca na głębszą refleksję, a całość ratuje przede wszystkim zakończenie, w którym pojawi się to, czego oczekuje się od pierwszych stron - zaskoczenie na miarę kolejnych odsłon historii Lyncha. Warto sięgnąć po "Laurę", bo pomimo ogranych chwytów stosowanych przez mistrzów kryminalnych suspensów ze Skandynawii, jest to książka w dużej mierze realistyczna, niepokojąco osadzona w codziennym życiu; regionalnie fińska, ale w gruncie rzeczy będąca alegoryczną opowieścią o dwuznaczności, fałszu wirtualnego życia XXI wieku, o zagubieniu w nadmiarze bodźców i o trudnej młodzieży, która paradoksalnie coraz mniej świadomie dokonuje jakichkolwiek wyborów wraz ze wzrostem całej mnogości alternatyw podarowanych im przez świat.

Do szkoły, w której uczyła się zaginiona Laura Anderson, przybywa po latach, tym razem w roli pedagoga, trzydziestosiedmioletnia Miia Pohjavirta. Jako policjantka walczyła z przestępczością w Internecie, co doprowadziło do uzależnienia się od sieci, a posada u boku brata Niklasa ma być dla Mii czymś na kształt kuracji odwykowej i pokuty, bo teraz nie będzie walczyć z zagrożonymi przez Internet nastolatkami, tylko zmuszona zostanie ich słuchać. Nie będzie to łatwe - ani na początku, ani też później. Miia rozgląda się uważnie wokół. Młode twarze."Emo, goci, banany, lolity, dziunie i skejci". Wielość subkultur idzie w parze z wielością doznań oraz przeżyć, które w sposób patologiczny kształtują młode osobowości. Fińskie nastolatki z powieści mają wszystko poza prawdziwymi uczuciami i ciepłymi rodzinnymi domami. Ich życiorysy są dramatyczne i właściwie każdego z nich może spotkać to, co Laurę Anderson...

Palokaski to prowincja, w której ogniskują się majątkowe podziały społeczne, jakie zapoczątkował kryzys lat dziewięćdziesiątych, a pogłębiło konsumpcyjne i bezrefleksyjne życie. Takie wiedzie spora grupa rówieśników zagubionej. Wpatrzeni są w szklane ekrany równie mocno co Miia. Tyle że oni szukają tam zapomnienia, a świeżo upieczona pani pedagog chce znaleźć w Internecie odpowiedzi na pytania, które mnożą się po tym, jak fińskie media chwytają sprawę zaginionej blondynki jako krwistą, nośną i taką, co się dobrze sprzeda, bo ukazuje bezradność nie tylko policji. "Laura" prezentuje zatem, w jaki sposób media wpływają na działania służb bezpieczeństwa i jak czasem je stymulują.

Miia Pohjavirta nie należy do papierowych postaci. Ma ogromny apetyt, w tym także na seks. Między pochłanianymi niezdrowymi kaloriami a szalonymi ekscesami w łóżku, do którego chętnie zaprasza nieznajomych, Miia mimo wszystko przegląda wiadomości na znanym portalu społecznościowym i wierzy w to, co wielokrotnie ujawniło się jej jako policjantce w swej złudnej i żałosnej odsłonie. Trudno jest bohaterce wejść w świat rówieśników Laury, bo jest to świat bardzo jej odległy, a dodatkowo wewnętrznie zatomizowany i wydaje się, że każdy młody w Palokaski stara się ukryć przed światem jakąś tajemnicę. W kręgu podejrzanych o zabicie Laury - tak, takich tez domagają się media, bo tylko takie tezy zapewniają zainteresowanie żądnemu krwi i plotek społeczeństwu - znajduje się jednak bliska Mii osoba, o której niewinność była policjantka będzie musiała powalczyć. Nikke jako szkolny psycholog spotykał się z Laurą poza godzinami pracy i poza szkołą. Ta niebezpieczna bliskość stojąca w sprzeczności do etyki zawodowej sprowadzi na brata Mii społeczne odium. Ona sama musi działać szybko i nadzwyczaj ostrożnie. Nie wiadomo komu ufać. Nawet jej przełożony, komisarz Korhonen zachowuje się podejrzanie. Do tego dochodzi jeszcze niejasna biografia nauczyciela gry na pianinie Laury, tajemniczy kochanek Mii, apodyktyczna matka jednego z uczniów szkoły oraz ci wszyscy, którzy pozornie nie są związani ze sprawą, a znajdują się w niebezpiecznej bliskości węszącej ekspolicjantki.

"Laura" trafnie obrazuje nie tyle upadek autorytetów w świecie młodych ludzi, którzy zupełnie zatracili wyraźność życiowego azymutu, co spektakularne zmiany, jakie zaszły w fińskim (i nie tylko, rzecz jasna) społeczeństwie w ciągu niezwykle krótkiego czasu. Psychologowie nie mają już pacjentów, lecz młodocianych klientów - to zasadniczo zmienia sposób relacji między gronem pedagogicznym a młodzieżą. Rówieśnicy Laury jakby nie wyrośli z tego dziecinnego okrucieństwa, w którym czai się zazdrość i nieprzemyślana podłość. Komplikują sobie życie, wchodzą w trudne relacje, toną w internetowym bagnie pomówień i konfabulacji, ale przede wszystkim - cierpią. Laura Anderson jest nastolatką, jakich wiele. Taką, której brakuje czułości kostycznego ojca. Taką stygmatyzowaną za idealizm i ośmieszaną za piękny wygląd. Czy taka przyszłość czekać będzie potomka Niklasa i Suski, która zdeterminowana pragnieniem posiadania dziecka jest w stanie nielegalnie zdobyć od innej kobiety komórkę jajową?

Trudno jest orzec, kto dla kogo jest w "Laurze" bliskim, a kto wrogiem. Miia rozwiąże część zagadek tylko wtedy, gdy zaufa obcemu. Świat przedstawiony w tej powieści jest z jednej strony światem ciągłych podejrzeń, z drugiej jednak - rzeczywistością, w której wszyscy mają dość fałszu, ale nie są w stanie od niego uwolnić. Podążać będziemy ścieżkami, po których wędrują samotnicy, frustraci, niepoprawni romantycy i bezwzględni w okrucieństwie zawistnicy. Codzienność Palokaski chwilami jawi się nam jak z koszmaru, a to miała być przecież enklawa fińskiego bezpieczeństwa oraz stabilności, do której niepostrzeżenie wkradł się niepokój wraz z przemocą.

Wbrew dacie wydania nie jest to kryminał dobry na lato. Zaglądając głębiej, widzi się te rysy i pęknięcia małomiasteczkowej społeczności, o których z jednej strony wie się sporo, z drugiej jednak zaskakują w mroczny i wieloznaczny sposób. Dość duszny klimat wzmaga również fakt, iż zmierzając do końca tej opowieści, coraz bardziej zdajemy sobie sprawę, jak silnie powiązana będzie z kolejnymi częściami cyklu. Zwolennikom prostych i przewidywalnych rozwiązań finałowych stanowczo odradzam. Tych, którzy chcieliby poznać prawdę, ostrzegam jedynie - w Palokaski nie ma jednej prawdy i kiedy wkroczy się tam naprawdę, z wydostaniem się będzie duży kłopot...

2014-07-10

"Wegetarianka" Han Kang

Wydawca: Kwiaty Orientu

Data wydania: 3 lutego 2014

Liczba stron: 168

Tłumacz: Justyna Najbar-Miller i Choi Jeong In

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29 zł

Tytuł recenzji: Uciec od człowieczeństwa

Niepokojąca jest powieść Han Kang. To kameralna od początku do końca historia dramatu kobiety, która chce pożegnać się ze swym człowieczeństwem, wreszcie wyrazić bunt, uciec od uporządkowanego życia i dyktatorów, jacy kazali jej w milczeniu znosić swój terror. Koreańska pisarka wprowadza nas do swej wstrząsającej fabuły za pomocą prostych środków wyrazu. Yǒng-hye pewnego dnia przestaje jeść mięso. Niewiele rozumiejącemu mężowi tłumaczy, że na jej decyzję wpłynął sen. Senne wizje, coraz bardziej brutalne i natarczywe, będą męczyć bohaterkę regularnie. Wegetarianizm spotka się ze sprzeciwem otoczenia Yǒng-hye. Zacznie zaburzać się codzienny porządek. Pękać będą silne struktury, w których życie toczyło się w przewidywalny sposób. Odrzucenie mięsa będzie jedynie początkiem głębokiej przemiany. Niemego dramatu, rozpaczliwej próby ucieczki, autodestrukcji postępującej niezauważalnie i znamionującej nieszczęśliwą duszę, której nikt nie może pomóc.

Historia dzieli się na trzy integralne części. O poczynaniach Yǒng-hye dowiadujemy się z perspektywy jej męża, szwagra oraz siostry. Początkowo wydaje się, iż wegetarianizm ma być próbą kontestacji ładu zaburzonego tylko przez senne wizje. To jednak znamionuje dużo głębszy problem. Przemianę podążającą w stronę zniszczenia. Han Kang stawia przed nami pytanie o to, ile jesteśmy w stanie zrobić wbrew sobie, by zachować pozorną harmonię życia. Yǒng-hye w swym buncie nie określają tylko zachowania. Na nie zwraca uwagę zniechęcony i rozdrażniony mąż w pierwszej części książki. Potem wchodzimy w głąb. Jesteśmy świadkami niecodziennych zdarzeń. Bohaterka znajduje na moment wytchnienie od swych męczących snów. Oddaje ciało artyście, w którym rodzą się pragnienia - on nie jest świadom, skąd pochodzą. Yǒng-hye wchodzi w relację erotyczną podszytą fascynacją, która doprowadzi do ruiny kolejny związek. Tak, dwa małżeńskie porządki rozpadną się. Wydaje się, że przypadłość wegetarianizmu niesie w sobie moc, która niszczyć będzie więcej niż nocny niepokój umęczonej sennymi wizjami Yǒng-hye. Rozpoczyna się walka o samostanowienie w innej formie. O bycie innym, w oderwaniu od człowieczeństwa. Od losu pokornej żony, potulnej siostry, fascynującej prostotą szwagierki. Dramat rysowany przez Han Kang staje się coraz bardziej niejednoznaczny. Coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę z tego, do czego może doprowadzić. Nie jesteśmy jednak w stanie przewidzieć, o co i w jaki sposób będzie walczyć Yǒng-hye. W cieniu cierpiącej siostry dużo ciekawszą psychologicznie postacią jest jej siostra In-hye i to w jej biografii odnajdziemy kilka wskazówek, dzięki którym zrozumiemy choć częściowo postawę młodszej o cztery lata Yǒng-hye.

Siostrzane relacje są uwypuklone o tyle, że w rodzinie głównej bohaterki żyje się raczej obok siebie, bez bliskości. To, co zbliża do siebie obie kobiety, to zapomniany już dramat życia z przeszłości. Kiedy okrucieństwo pojawia się ponownie, zrozpaczona Yǒng-hye ryzykuje nawet próbę pożegnania się z życiem. In-hye wiedzie natomiast życie w opozycji, ale do pewnego momentu. Okazuje się, że taka forma kontestacji, jaką prezentuje Yǒng-hye mogłaby być udziałem jej siostry, gdyby tylko nadarzyła się ku temu okazja. Siostry ranią się wzajemnie, ale ich miłość jest jedynym trwałym uczuciem; pozostali bohaterowie Kang podążają tylko ścieżką, gdzie realizują się ich fantazje i zamierzenia. Ścieżką emocjonalnego fałszu.

Świat mężczyzn z "Wegetarianki" staje się opresyjny w takim znaczeniu, że nie dane jest im przeniknąć świata kobiet, a jedyną możliwą formą zaakceptowania go jest obojętność na doznania, pragnienia, potrzeby i lęki dnia codziennego. Wszystkie one kumulują się w mrocznych snach Yǒng-hye. Wszystkie uwypuklone są symbolicznie w opowieści o kobiecie, która żyć nadal chce w innym wymiarze i na innych warunkach. Płaci za to kolosalnie wielką cenę, ale to jedyna droga ku wewnętrznej wolności. Tej, którą Yǒng-hye uznała za niemożliwą i tę, którą warunkuje specyficzna metamorfoza. Włączenie w nią świata przyrody nadaje "Wegetariance" filozoficzny wydźwięk. Egzotyka życia wewnętrznego Yǒng-hye zbliża nas ku myśleniu o tym, czy istotę człowieczeństwa można zrozumieć i wyrazić.

Matka bohaterki wypowiada znamienną przestrogę. "Jak nie będziesz jeść mięsa, to ludzie cię zjedzą!". Początkowa negacja mięsa w jadłospisie to dopiero początek mąk, które Yǒng-hye przeżywa w dużym związku z opresyjnym otoczeniem. Wybija się z rodzinnego schematu, żegna z uporządkowaniem małżeńskiego pożycia, odrzuca mięso i po nim kolejne elementy łączące ją z życiem społecznym. Yǒng-hye zdaje się umierać do wewnątrz. Jej potrzeby determinuje już tylko to, co pozwala wzrastać roślinom. Bohaterka przestaje być zwierzęciem - człowiekiem tym samym. Podąża ku wewnętrznej wolności, cierpiąc na równi z tymi, których odrzuca tak jak część tego, czym do niedawna się żywiła.

Han Kang stosuje w swej powieści bardzo ekspresyjne środki wyrazu, co jest dokonaniem karkołomnym, bo całość książki - jak wspomniałem na wstępie - przeraża atmosferą pozornego spokoju i chłodem opowiadania o dramatach rozgrywających się w Yǒng-hye oraz wokół niej. Istotne znaczenie mają barwy. To kolory tęsknot, którym nie dane jest się spełnić. Symbolicznego znaczenia nabiera także akt seksualny. Wieloznaczna jest metafora wegetarianizmu. Skomplikowana struktura tej książki z jednej strony mocno maskuje całą gamę skrytych emocji, z drugiej jednak ujawnia je w plastycznej scenie pozornego katharsis, gdy bohaterka oddaje się mężczyźnie. Trzecia część powieści przynosi odpowiedzi na wiele pytań postawionych przez koreańską pisarkę wcześniej. Nie pozwala jednak, by pojąć tę historię w zupełności. Han Kang błyskotliwie kreśli przed nami krajobraz zrozpaczonej duszy - wzbogacony barwami, zapachami, smakami i dźwiękami. To powieść polifoniczna nie tylko w tym znaczeniu, że poznajemy zdarzenia z trzech różnych punktów widzenia. Brzmi nad wyraz zagadkowo i pozostawia nas z niemocą. Yǒng-hye walczy o coś, czego nigdy nie udało jej się osiągnąć. Czytelnik próbuje mierzyć się z tym wszystkim, co nienazwane i co potęguje jeszcze dramaturgię opowieści o kobiecie, która pragnęła stać się drzewem...

2014-07-07

"W krainie czarów" Sylwia Chutnik

Wydawca: Znak

Data wydania: 21 maja 2014

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czarów nie będzie

Czasami - jak Sylwia Chutnik - żałuję, że nie urodziłem się choć kilka lat wcześniej, że zabrane mi było tak ważne pokoleniowe doświadczenie czarno-białego świata jedynej słusznej ideologii (która była gdzieś obok, choć wszechobecna), że zostały po nim marne resztki jak wspomnienie kartek czy pustych sklepowych półek... Większość bohaterów opowiadań ze zbioru "W krainie czarów" właśnie tam, w innej rzeczywistości i w innym czasie, żyło marzeniami i planami, żyło naprawdę i jedyne, co zostało im w gorzkiej codzienności, to wspomnienia, zachłyśnięcie się przeszłością, niechęć do uwolnienia się od niej i życie na marginesie tego, co obecnie pożera w szalonym pędzie ku nicości.

Jest u Chutnik także wojna, ekstremalne doświadczenia, wspomnienia zabitych i tych, co żyją już tylko biologicznie, zanurzeni w wiecznie żywym czasie minionym. Autorka pisze o ludziach, którzy - jak bohaterki tekstu "Anna" - mogą odnaleźć swą tożsamość i osadzić się tylko w tym, co było albo w tym, co będzie. W jedenastu tekstach będących efektami uważnego słuchania i rozglądania się wokół, jest bezgraniczna niechęć i obojętność wobec "teraz", które nie ma statusu, nie ma właściwości, nie ma w sobie niczego. Teraz wszystko zależy od nas. Wybrać siebie wbrew modom i tendencjom? Wycofać się? Dać unieść żalowi, rozczarowaniu, smutkowi i zawiści? To nie tylko dylemat jednej z bohaterek tego zbioru.

Sylwia Chutnik bardzo wyraźnie pokazuje świat tych, którzy uciekają w głąb siebie, bo tylko tam czują się bezpiecznie. Do osobistej krainy czarów, jakiej brakuje wiele. Czarów w tej książce nie ma. To wyraźna proza życia. Taka nastawiona na odczuwanie i na to, by chłonąć opowieści mocno uwierające, niewygodne, nieśmieszne i często bez jakiegokolwiek "endu", bo o "happy" można pomarzyć. "W krainie czarów" to zbiór o samotności. O wyborach, których się nie dokonało. O namiastce szczęścia przy golonce i wódce. O cichej przystani lumpenproletariusza. O mieszczańskiej samokontroli, co uwiera. Także o determinacji w smutku i smutnej woli życia. O szukaniu sensu w opowieściach i trudzie opowiadania samego siebie. W końcu - o bliskości boga w ludzkim okrucieństwie i o doświadczeniu śmierci, w której zapominamy o wszystkim. Chciałoby się, żeby opowiadania Sylwii Chutnik nie były zapomniane. To kolaże z emocji i wrażeń, które autorka wycięła sobie z rzeczywistości. Do poczytania. Do rozważenia. Do współczucia także, ale nie ckliwego i bez przesady.

Niezwykle ważna jest w tej prozie kobiecość konstytuująca się między niespełnionymi marzeniami matek i córek. W bolesnych oraz odczuwalnych wyraźnie bliskościach jakby mimo woli. Wspomniane już opowiadanie "Anna" to świetny przykład opowieści o matce i córce, które tkwią w światach, jakich sobie nie wybrały. "Bożena z Poznańskiej" to obraz matki, która wierzy, że córce się udało, ale nie ma pojęcia o tym, jak żyje. Mamy też matkę tulącą córkę w ciemnej piwnicy, gdy obie ukrywają się przed hitlerowcami i żadna nie jest świadoma różnic między nimi, bo nie mają niczego poza gotowanymi warzywami, wszami i bliskością fizyczną. Będą miały szanse na spełnienie marzeń, na kłótnie, irytację i na walkę o własne życia, bo hitlerowcom szkoda bomby, by wysadzić piwnicę. Sylwia Chutnik fantazjuje na granicy boleśnie zbliżonej do tego, co z życia proza wyrywa łapczywie i bezceremonialnie. Nie wydaje się jednak, by autorka kogokolwiek i cokolwiek tutaj oszukała dla własnych celów. Więź matki z córką to klasyczny przykład więzi na zawsze; takiej często niewygodnej, rwącej się i boleśnie doświadczanej. Prawdziwej jednak, mimo upływu lat i mimo zgorzknień, które dane są kobietom na każdym etapie życiowej drogi.

Mężczyźni? Są, w bezruchu. Tadeusz traci umiejętność rozumienia słów i rozpaczliwie poszukuje ich bliskości, bo musi opowiedzieć historię, by się oczyścić duchowo. Piotra od złudzenia tego, co dawać może szczęście, dzieli ledwie osiem przystanków autobusowych. Obaj są szary, tacy nie do opisania. Pojawia się psychopata w opowiadaniu "Przeszkadzały" i o nim to można powieść napisać, ale po co? Mężczyźni marginalizowani i z marginesu. Smutni w swoich rolach, ale przecież kochani. Pierwsze, tytułowe opowiadanie to nie tylko historia lęku przed dorastaniem po doświadczeniu śmierci mężczyzny, który zabrał ze sobą ważny czas i ważną biografię. To opowieść o emocjonalnym przywiązaniu między pokoleniami. Dziadek i wnuczka. Z innych światów, lecz bliscy.

Po "Kieszonkowym atlasie kobiet" i po "Cwaniarach" Sylwia Chutnik udowadnia tym razem, że nie płeć determinuje jej uwagę oraz rozwagę w opowiadaniu o czyichś losach. "W krainie czarów" jest między płciami, między podziałami - to książka o wspólnym mianowniku, jakim jest empatia. Nawet dla tych, którzy mogą być irytujący i dla tych, co nie mają już nic do powiedzenia, nic do przekazania, do przeżycia, do doświadczenia. Sztuką jest słuchać tych, którzy nie chcą mówić nawet sami do siebie, a Chutnik słucha uważnie, robi z tego literaturę i dochodzi do takiego punktu, gdzie opowieści ożywają, gdy opowiadający chcą, by pochłonęła ich nicość. Taka to siła krótkich form prozatorskich autorki "Dzidzi".

Styl Chutnik powoduje, że ta proza w każdym akapicie iskrzy i chociaż w swej trudnej problematyce nie chce zapaść w pamięć, wierzę w to, iż tak się nie stanie. Autorka wskrzesza zmarłych i żywym nadaje prawo do tego, by przestali już żyć. Czyni to inteligentnie i elegancko, choć czasami widać gniew ukryty gdzieś między akapitami. "W krainie czarów" wydaje się bardzo osobistym zbiorem tekstów. Gdzieś między okaleczonymi przez życie bohaterami autorka próbuje rozliczać się też z samą sobą. I to dobrze, że udało jej się przeredagować oraz zebrać opowiadania z kilku lat swej twórczości, bo właśnie dzięki temu widać to bardzo wyraźnie. Brawa za umiejętność barwnego opisu czarno-białego świata. I za nadzieję, która mimo wszystko tkwi gdzieś między tymi tekstami.

2014-07-05

"Psychoanioł w Dublinie" Łukasz Stec

Wydawca: Akurat

Data wydania: 18 czerwca 2014

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Anioł, absurd i przeznaczenie

Siedem lat mija od momentu wydania zbioru opowiadań Łukasza Steca o prowokacyjnym tytule "Bimber". Długo zatem wydawało się, że to autor jednej książki. Zaskakuje nas ponownie. W swoich opowiadaniach igrał z literackimi konwencjami i kreślił obraz młodych zagubionych w swoim świecie, który nie do końca mogli uznać za oswojony. Tym razem Stec napisał powieść w rozpoznawalnym sprzed siedmiu lat stylu. Tu także zawarł parę socjologicznych diagnoz i sprawnie uwypuklił kilka charakterystycznych dla emigracji zarobkowej scen.

Tak, "Psychoanioł w Dublinie" jest w dużej mierze książką o emigracji. Tylko jeśli potraktujemy ją dosłownie. A przecież to typowa proza, którą trzeba przyjmować z przymrużeniem oka. Autor wprowadza nas w absurdalną sytuację, mnoży groteskowe rozwiązania fabularnie; buduje coś na kształt powieści kryminalnej, ale przede wszystkim w dowcipnym stylu opowiada, że nie możemy uciec od przeznaczenia. To też historia o tym, iż anioły są wśród nas i opiekują się nawet ateistami. O lekkości bytu i lekkomyślności życia. O sprawach poważnych takich jak śmierć, ale w satyrycznej, surrealistycznej konwencji. Dobra lektura nie tyle na lato, co dla tych, którzy lubią być zaskakiwani. Stec zaskakuje, manipuluje, bawi i przeraża. Mnoży dygresje, tropy, gubi nas i intryguje. "Psychoanioł w Dublinie" jest książką rozrywkową, ale też z uwagą w obserwującą, w jaki sposób można sobie budować życie na mrzonkach i fantazjach, mając czasem więcej szczęścia niż rozumu.

Wawrzyniec zwany Wową budzi się z dyskomfortem. Nie pamięta ostatniego tygodnia swojego życia. Amnezja nie jest dla niego niczym wyjątkowym, ale siedem dni wytartych z życiorysu zaczyna mu doskwierać. Ku zaskoczeniu spostrzega, że przybył do niego ekscentryczny jegomość. Indianin w kitlu, który zaczyna mu wmawiać, iż jest aniołem. Wowa nie tylko konfrontuje się z kimś, kto doskonale zna jego życie i myśli. Zostaje też postawiony w sytuacji skrajnego wyboru. Oto bowiem dowiaduje się, że zyskał ostatni tydzień życia, by wyśledzić kto i dlaczego zabije go w dniu trzydziestych urodzin. Wowa ma następującą alternatywę: "Możesz być czujny i ostrożny albo możesz się starać wykorzystać każdą chwilę, jaka ci jeszcze pozostała". Co wybralibyście, wiedząc, iż darowano wam tydzień i szanse na to, że zmienicie przeznaczenie są co najmniej nikłe? Wowa postanawia powalczyć z losem i o prawdę; chce dowiedzieć się, komu w życiu tak bardzo przeszkadza, że chce go usunąć. W kręgu podejrzanych od samego początku stają wszyscy, z którymi spotyka się na co dzień. Kto jest gotów dokonać morderstwa i wysłać Wowę do raju, w który nasz bohater nie wierzy?

Wraz z Wawrzyńcem obserwujemy uważnie postacie równie ekscentryczne co jego osobisty psychoanioł. Nikt nie jest jednoznaczny. Komu przyjdzie do głowy myśl, aby zabić Wowę? Egocentrycznej byłej żonie, która pojawia się nagle pod dwóch latach i wierzy we wskrzeszenie dawnego związku? Dobrotliwemu pracodawcy, jaki potrafi pokazać gniew? Może czeskim współlokatorom albo polsko-meksykańskiej parze gejów, którzy wspólnie z Wową wynajmują dom? Są też podejrzane kobiety, które pojawiają się po raz pierwszy w życiu bohatera. Jest Turczynka z mężem-zazdrośnikiem i jest domorosła poetka chcąca ulżyć w niedoli... kotu Wowy, a tenże futrzak zmaga się z depresją i jest już po kilku próbach samobójczych.

To oczywiście tylko garstka szalonych postaci, jakie znajdą się w pobliżu młodego Polaka, który mimo irlandzkiej niepogody i panujących tam absurdów nie ma zamiaru powrócić do kraju. Nie udaje się namówić go do tego nawet dziadkowi, który przybędzie do Dublina ze specjalną misją. Wowa wie, co chce robić. Wie, jak żyć. Wie, dokąd nie wracać. I jednocześnie jest pewien, że jego plany na życie mogą obejmować więcej niż siedem dni. Podczas niezwykłego tygodnia absurd gonić będzie absurd, ale w tym wszystkim będziemy widzieć jednocześnie barwny kalejdoskop zdarzeń mogących rozgrywać się tylko w Irlandii. Pięknej, zielonej, z czasem rozciągającym się... w czasie, z dobrym guinnessem oraz ludźmi, którzy tworzą w tym kraju oryginalną wspólnotę i tygiel kulturowy.

Stec opowiada zwariowaną historię, ale jest w niej sporo goryczy, bo życie jego bohaterów naznaczone jest trudem. Najbliższą istotą dla Wowy jest wspomniany i wyeksponowany na okładce kot. Dlaczego kot? Bo ludzie na różnych etapach życia rozczarowali. Z Borysem można sobie porozmawiać, dać mu Fromma do poczytania, zaufać i wiedzieć, że jako jedyny z otoczenia nie przyczyni się do przedwczesnej śmierci swego pana. Tymczasem atmosfera wokół bohatera gęstnieje. Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się odkrycie sprawcy zabójstwa, ale sporo tropów w tej powieści myli i niekoniecznie zgodnie z naszymi oczekiwaniami Stec swą historię zamknie. Historię przede wszystkim młodego i przyjmującego życie bez pretensji młodego człowieka, którego mimo wszystko naznaczyło już doświadczenie i który w całej swojej bylejakości zna własną wartość, realizując się twórczo jako autor awangardowych konstelacji budowniczych. Wowa to też świadomie samotny emigrant. Outsider na własne życzenie. Lekko traktujący każdy trud życia i bezwzględnie oddany tym drobnym rozkoszom, które szare przecież życie na chwilę zamieniają w coś niezwykłego. Bo tylko w ten sposób można nie zwariować, skoro świat wokół wydaje się tak bardzo zwariowany.

Tyle samo śmiechu, co smutnej refleksji pojawi się przy lekturze "Psychoanioła w Dublinie". Są momenty, w których autor nieco się zapętla i trudno jednoznacznie określić, jaką konwencję dalszego opowiadania wybiera. To jednak książka świeża, napisana lekką frazą, dygresyjnie buńczuczna i zatroskana, wyrazista w swej groteskowości i zostawiająca w pamięci ślad. Każdy chciałby poznać swego anioła, być kochanym przez pupila, wieść nieograniczone niczym życie i ufać, że policzony czas jakoś się rozciągnie. Tak jak w przypadku kolei DART, które odjeżdżają o godzinie wyświetlonej, a nie faktycznej.

Łukasz Stec jest wesołym ironistą i uważnym obserwatorem rzeczywistości, co pokazał już w opowiadaniach ze zbioru "Bimber". Niedosyt pewien pozostawia fakt, że w nowej powieści nie zaskakuje niczym nowym, jeśli chodzi o formę. Ważne jednak, iż wie, jaką drogą podążać, ma wyrazisty styl i kreuje bohaterów, którzy zapadają w pamięć. Polecam z pełną świadomością tego, że jest to powieść mogąca w równym stopniu bawić, co irytować absurdem pozornie bez granic. Warto zajrzeć!


PATRONAT MEDIALNY

2014-07-03

"Magda Goebbels. Pierwsza dama Trzeciej Rzeszy" Anja Klabunde

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 10 czerwca 2014

Liczba stron: 392

Tłumacz: Monika Kilis

Oprawa: twarda

Cena det: 42 zł

Tytuł recenzji: Królowa życia i śmierci

Biografie ludzi z drugiego planu Historii zawsze o wiele trudniej zredagować. Anja Klabunde zwierza się na wstępie, że historia Magdy Goebbels przylgnęła do niej na drodze przypadku. Trudno było opisać jej losy, kiedy do dyspozycji było bardzo niewiele zaufanych źródeł. Pisząc, Klabunde zachowywała daleko posunięty dystans i odczuwa się go od początku do końca w tej porażającej książce. On był potrzebny i konieczny, by próbować zrozumieć choć cokolwiek. A pytań jest przecież mnóstwo. To podstawowe brzmi jednoznacznie - co zaszło w biografii i umyśle inteligentnej kobiety, która w młodości była przyjaciółką zagorzałego syjonisty, a potem oddała się życiu u boku ministra propagandy reżimu? Tak potwornego, że wciąż nowe świadectwa nie dają nam możliwości, by do końca uwierzyć w jego wiarygodność i w to, że hitlerowska Rzesza mogła być tworem, który istniał dość stabilnie przez tyle lat. A tak było naprawdę.

Dla czytelników dużo bardziej ważna jest inna potworność. Czyn, jakim Magda Goebbels zakończyła swoje życie. Morderstwo z zimną krwią, którego dokonała na swoich dzieciach. Potomkach rodzonych rok po roku, wychowywanych przecież bez specyficznego dla niemieckiego nazizmu drylu. Ukochanych dzieciach Goebbelsa, który kłamstwami i nienawiścią zaciemniał innym obraz rzeczywistości, by w domowym zaciszu być oddanym ojcem dla swoich pociech zupełnie chwilami nieświadomych tego, co się wokół nich dzieje. Magda Goebbels to nie tylko morderczyni dzieci. To na pewnym etapie cyniczna, zdystansowana wobec okrucieństwa i wierząca w misję dziejową Hitlera kobieta, której lodowaty wzrok dostrzegali nieliczni, bo niewielu tak naprawdę mogło poznać Magdę Goebbels taką, jaka była. Zawsze oddalona od innych, wciąż rozpaczliwie poszukiwała przynależności. Anja Klabunde stara się udowodnić tezę, że żona Josepha Goebbelsa była nie tyle osobą bez właściwości, co przede wszystkim kobietą, która nie znała czegoś takiego jak wartość samej siebie. Oddana ideologii wciąż znajdowała się w cieniu silnych mężczyzn, którym dawała sobą manipulować. Jaką drogę przeszła od dzieciństwa po czas, kiedy NSDAP rosła w siłę, niemieckie społeczeństwo ubożało i stawało się spolegliwe, jej mąż ział nienawiścią, a ona sama wciąż rodziła mu kolejne dzieci, będąc idealną żoną salonową oraz przerażająco zamkniętą w sobie samotniczką?

Chyba wierzyła w przepowiednie, pozwalała sobie wróżyć. We wczesnym życiu usłyszała: "Zostaniesz królową życia, ale koniec będzie straszny". Starała się za wszelką cenę uwiarygodnić pierwszą część tej wróżby. Klabunde analizuje dokładnie dwa emocjonalne związki Magdy Goebbels zanim stała się kochanką i żoną hitlerowskiego ministra propagandy. Victor Arlosoroff imponował jej mądrością, otwartością, tolerancją i tym, że był typem społecznika zawsze uważnie słuchającym innych oraz traktującym rzeczywistość jako wieczne wyzwanie, z którym trzeba się mierzyć, będąc optymistą. Dom młodego syjonisty dawał Magdzie ciepło, którego nie znajdowała u siebie. Stała się bliską przyjaciółką tych, którzy dla Arlosoroffa byli najważniejsi. Nie sposób uwierzyć, jak szybko się od nich odwróciła. Nie chce się pojąć, iż prawdopodobnie przez nią Victor został potem zamordowany. Od otwarcia i empatii Arlosoroffa Magda przeszła w kierunku zasadniczości i uporządkowania, które reprezentował Günter Quandt. Wyszła za niego, bo zapewniał stabilizację. Choć różny od Arlosoroffa, był podobnie wytrwały w dążeniu do celu i cechowała go pasja życia. Magda tego życia nie rozumiała. Weszła w związek z człowiekiem, przy którym brakowało jej poczucia, iż błyszczy  w świetle sukcesów partnera. Nie była adorowana, doceniana wystarczająco. Nie była królową życia, żoną zdobywcy, kobietą świecącą blaskiem wielkiego męża...

Joseph Goebbels zafascynował ją tym, że miał charyzmę. Jego życie w pogardzie dla ludzkości było być może efektem tego, że wątły, niski i kaleki mężczyzna doznawał w młodości od innych samych upokorzeń. Wsłuchany w słowa Hitlera, który przemawiał w Monachium, znalazł swego mentora i osobę, przy której został dowartościowany. Klabunde dość dokładnie opisuje proces dochodzenia przez Goebbelsa do rangi człowieka, który w pewnym momencie stał się dla Hitlera niezbędny, bo nikt nie potrafił tak przekonująco kłamać i tak sugestywnie zmieniać obrazu rzeczywistości, w jaki wierzyły masy. Goebbels w swym dzienniku zapisał przerażającą myśl. "Obojętne, w co człowiek wierzy, ważne, że wierzy". Wydaje się, że Magdzie mniej więcej też o to chodziło. Oddała się swemu nowemu mężowi i ideologii, którą głosił z zaskakującym brakiem refleksji. Nie minęło wiele czasu, a była tym, kim chciała być. Blisko Hitlera, ponad wszystkim, w blasku sławnego męża i w wierze, iż nazizm to właściwa droga ku przyszłości. Prawdziwa królowa życia.

W tej biografii najtrudniejsze są momenty życia Magdy Goebbels, w których możemy być skłonni do współczucia dla niej. Tak, była w dużej mierze samotna i nieszczęśliwa. Bolały ją liczne romanse męża, a nawet pewne plany matrymonialne, jakie snuł względem czeskiej aktorki Lidy Baarowej. Była zamknięta w świecie własnych przeżyć i żyła w oddaleniu od tego, co rzeczywiste. Wolała ulec niż walczyć o siebie, ale samej siebie nie rozumiała. Czy można pochylić się nad skomplikowanym losem kobiety, która nie była zdolna do empatii? Stawiając takie pytanie, niezwykle trudno jest śledzić dzieje żony Goebbelsa tak silnie przecież sprzężone z Historią, która doświadczyła okrutnie wszystkich tylko dlatego, że strach przed fanatyzmem wygrał i pozwolił mu urzeczywistnić się w najbardziej koszmarnej formie.

Magda Goebbels to postać tragiczna, ale jednocześnie przerażająco niejednoznaczna. Nie dziwi dystans Anji Klabunde, nie dziwi fakt pisania tej biografii z dużym wewnętrznym oporem i z wieloma wątpliwościami. Ta książka niewiele może nam wyjaśnić. Bardziej zmusi do stawiania kolejnych pytań. Jest przede wszystkim pełnym grozy zapisem lat, w jakich rozwój niemieckiego nacjonalizmu szedł w parze z postępującą obojętnością na niewyobrażalne krzywdy dziejące się wokół. Magda Goebbels zabrała ze sobą swoje dzieci, bo uznała je za własność. W chwili, kiedy legł w gruzach świat złudzeń kreowany przez jej męża, nie pozostawało nic innego niż zakończyć życie. Nie było już miejsca na nową wiarę, nowe poglądy, rewidowanie przemyśleń. Zakończyło się życie pełne odosobnienia, rutyny, nudy, hipochondrycznych schorzeń i oddania roli wzorowej żony niemieckiego obywatela. Co działo się jednak w umyśle kobiety, która nie zechciała ratować swoich dzieci przez zagładą? W umyśle tej, która ku zagładzie sama dążyła i nigdy nie potrafiła szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie o to, czego sama pragnie i jak można to osiągnąć?

Mroczna, niepokojąca, szalenie trudna książka. Czyta się z przerażeniem i fascynacją jednocześnie. Ta biografia to rozpaczliwa literacka próba pojęcia sensu życia kogoś, dla kogo życie - swoje i cudze - miało tak niewielką wartość...

2014-07-01

"Kamienista ziemia" Bernhard Jaumann

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 czerwca 2014

Liczba stron: 304

Tłumacz: Alicja Rosenau

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Powrót do Namibii

To druga, po wydanej przed rokiem "Godzinie szakala", namibijska opowieść kryminalna Bernharda Jaumanna. Niemiecki pisarz z wnikliwością przedstawia problemy Namibii - kraju, na który składa się trawa, piasek i kamienie. Te symboliczne elementy będą ważne w drugiej opowieści o zmaganiach Clemencii Garises, bo tym razem intryga będzie się wiązać z ziemią niemieckich farmerów, którą oni sami nazwali Steinland, ale w gruncie rzeczy ta kamienista ziemia nie należy przecież do nich, choć przez stulecie i trzy pokolenia udowadniali, iż jest ich osobistą własnością, jakiej nadali tożsamość.

Jaumann wątki kryminalne i sensacyjne zręcznie łączy z socjologicznym tłem codziennego życia Namibii, po raz drugi serwując nam świetną prozę osadzoną w trudnym życiu kraju, jaki odzyskał niepodległość, ale nadal jest miejscem rasowej segregacji, biedy i bezrobocia, korupcji wraz z zacofaniem oraz wolności, z jaką wciąż trudno jest sobie poradzić. Znowu historia opowiedziana przez niemieckiego pisarza dotknie spraw wagi państwowej i ponownie z Namibią trzeba się będzie zmierzyć jak z niezrozumiałą trudnością, którą trudno zaakceptować. Takich powieści kryminalnych chciałbym czytać więcej - Jaumann błyskotliwie, rzetelnie i niezwykle sugestywnie portretuje codzienność afrykańskiego kraju, która daleka jest od naszej nie tylko w sensie geograficznym.

Opowieść rozpoczyna metafora krzyczących kamieni. Znamienne jest to, w jaki sposób autor umieszcza kamień także w zakończeniu. Między jednym a drugim obrazem - historia społecznej niesprawiedliwości, międzyludzkich krzywd i walki o ziemię, która z jednej strony jest symbolem przetrwania białych europejskich osadników, z drugiej natomiast obrazuje żal Namibijczyków zgłaszających roszczenia względem tego, co od wieków było ich własnością, a zostało po prostu zagrabione.

Steinland - farma Rodensteinów.  A może Okongava, gdzie chowano kiedyś czarnoskórych związanych z tym miejscem. Dwanaście tysięcy hektarów ziemi, z której tak niewiele można mieć, a która jednocześnie przywiązuje do siebie niemieckich osadników, potem pełnoprawnych właścicieli. Farma z kamienistej ziemi to też przestrzeń dla zmarłych. Groby przodków białych mają swoje miejsce, czarnych odsyła się; nie mogą spocząć w ziemi należącej do Rodensteinów. W niej pochowany zostanie Gregor, nad którego zwłokami stoi zrozpaczona żona w pierwszej scenie powieści. Dramat, jaki rozegrał się przed momentem, stanie się jednocześnie zagadką, bo coraz trudniej jest orzec, co właściwie spowodowało śmierć Gregora Rodensteina. Grupa czarnych tsotsi przybyła na farmę w celach rabunkowych. Zostali osaczeni przez białych farmerów, doszło do strzelaniny, zginął właściciel, jego syn został uprowadzony. Co naprawdę się wydarzyło? Kto odpowiada za obecność czarnoskórych w miejscu, gdzie nie powinno ich być? Dlaczego biali znaleźli się w jednym miejscu i o jednym czasie? Czy tylko ich solidarność wpłynęła na to, że przyłapali rabusiów na gorącym uczynku? Sprawa zacznie się komplikować coraz bardziej, a dla samej Clemecii Garises stanie dodatkowo problematyczna. Co zrobi namibijska policjantka w momencie, kiedy Elsa Rodenstein wskaże jej brata Melvina jako mordercę swojego męża?

Sylwetkę Garises nakreśliła wyraźnie "Godzina szakala", tutaj mamy tylko pewne uzupełnienia. Z dużym poczuciem humoru Jaumann portretuje ekscentryczne ciotki bohaterki, ale tym razem - choć intryga kryminalna powiązana jest z bratem Clemencii - narracja nie skupia się na silnych więziach rodzinnych tych, którzy w biednej Katuturze codziennie walczą o przetrwanie. Nie, w kręgu autorskiego zainteresowania znajdzie się namibijska nierówność społeczna, której egzemplifikacją jest afera wywłaszczeniowa - państwo zdecydowanie chce odebrać białym rolnikom ziemie i rozdzielać je między tych, do których przodków kiedyś należała. Grupa czarnoskórych tsotsi wydaje się wykonywać jakieś zlecenie. Nie chodzi o rabunek. Coraz wyraźniej nakreśla się intryga, której celem jest zdobycie ziem białych i udowodnienie im, że ich determinacja w walce o farmy jedynie podsyca rosnący niepokój uwidoczniony podczas demonstracji ulicznych, jakie obserwuje także Clemencia Garises pragnąca udowodnić niewinność brata.

"Kamienista ziemia" obrazuje wyraźny podział, którego nie zmienia upływ czasu. Czarni i biali w Namibii tworzą swoje własne światy. Świat czarnych jest przestrzenią, w której townshipy tworzą smutną architekturę życia na krawędzi. Takiego, w którym prawo miesza się z bezprawiem, a obecność śmierci wciąż jest odczuwana. Biali to właściciele majątków, których bronić będą z determinacją. Gdzieś pomiędzy kolorami skóry i mentalnościami chce znaleźć się Claus Tiedke, niemiecki dziennikarz i bliski przyjaciel Clemencii, który podejmuje ryzykowną decyzję o zamieszkaniu w Katuturze, świecie czarnych, zamkniętej przestrzeni dla białych. Jakie konsekwencje będzie mieć jego decyzja? Wspomniany podział obserwujemy także pośród policjantów. Czarnoskóra Clemencia wciąż jest na cenzurowanym u swego białego partnera, inspektora Robinsona. Ów przekonany jest o tym, iż pozycja Clemencii wynika tylko z działań opartych na politycznej poprawności. Clemencia musi być czujna. Nie tylko dlatego, że jako czarna osiągnęła w tym kraju zbyt wiele. Czyha na nią niebezpieczeństwo w najbliższym otoczeniu, z którego nie zdaje sobie sprawy...

Jaumann snuje wartką opowieść o konfliktach, jakich nie da się załagodzić. Opowiada o kraju, który - poza stołecznym Widhukiem - składa się z traw, piasku i kamieni; na tym i tylko na tym można budować namiastkę stabilnego życia. Takiego, którego nie doświadcza połowa mieszkańców Namibii bez pracy i bez perspektyw, codziennie mierząca się z głodem. Jak poradzą sobie namibijscy policjanci z intrygą o wadze państwowej, skoro ich możliwości są ograniczone, w komendach brakuje nawet materiałów biurowych, a społeczeństwo nie ufa policji, bo może być skorumpowana jak prawie wszystko wokół? Clemencia Garises to bardzo wyraźna postać, uwiarygodniona tutaj dodatkowo przez fakt, iż starając się ochronić brata, mimo wszystko dąży do prawdy i konsekwentnie osiąga kolejne cele, choć jej bezradność w kilku miejscach jest symbolem namibijskiej bezradności tak w ogóle.

Autor "Godziny szakala" w tej książce ponownie udowadnia silne zaangażowanie w problemy kraju, w którym o wszystko trzeba walczyć, wszystko zdobywać i najtrudniej tu o prawdę, uczciwość i ludzką życzliwość. One bowiem lokują się w dwóch nieprzystających do siebie światach. Świecie czarnych i białych, odległych i jednocześnie zmuszonych do trwania obok siebie. "Kamienista ziemia" opowie o trudach przenikania tych dwóch światów i zręcznie poprowadzi nas przez szereg spektakularnych zdarzeń, dzięki którym czyta się Jaumanna z rosnącą ciekawością i bez poczucia, iż poznajemy kolejną typową powieść kryminalną.