2014-09-21

"(Niepotrzebne skreślić)" Wojciech Engelking

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 24 września 2014

Liczba stron: 314

Oprawa: twarda

Cena det: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Skreśleni

Dynamiczna, ironiczna, prześmiewcza i mroczna futureska Wojciecha Engelkinga będzie z pewnością ważnym wydarzeniem wydawniczym. Autor już na wstępie sygnalizuje, że losy dwójki dorastających warszawiaków – Weroniki Kulpy i Wiktora Fabrowskiego – opisywane są z punktu widzenia kogoś, kto blisko pięćdziesiąt lat później przedstawia mechanizmy programu „Fabuła”. Opanowała ona już cały świat i polega na tym, iż wszyscy mogą obserwować się wzajemnie, ciesząc z potknięć, nieudanych egzystencji, czerpiąc radość z krzywdy innych i oglądając życie na ekranie, albowiem własne nie jest już godne zainteresowania. Weronika i Wiktor przetrwają wszystko, o czym traktuje narracja, ale finał książki będzie dla nich dramatyczny. Co się wydarzy w międzyczasie?

Powiedz mi, jaki jest twój status majątkowy, a powiem ci, kim jesteś – tak prowokacyjną tezę Wojciech Engelking stawia na kartach tego gorzkiego debiutu o świecie wyzutym z dobra oraz zmierzającym ku okrutnemu voyeryzmowi, jaki nie zna litości. Smutne, złe, mroczne i uderzająco dobrze diagnozujące świat, w którym zamiast „być” ceni się „mieć”. Powieść bardzo na czasie - chce się stwierdzić z trwogą.

Weronika jest postacią tragiczną w wielu wymiarach. Przede wszystkim jest biedna, a to już stygmat równie palący co matka-sprzątaczka, która nie jest w stanie zaoferować jej niczego poza swoją miłością. Weronika dorasta w atmosferze opresji; dla otoczenia jest zawsze gorsza, głupsza, trzeba się nad nią litować. Dziewczyna dojrzewa w buncie wobec matki i tego, jaki los jej zgotowała. Chce za wszelką cenę wyrwać się biedzie, z której wyrosła i od której cierpienia nigdy się nie uwolni. Poznajemy bolesny czas szkolnego dorastania Weroniki, jej ośmieszania przez rówieśników, jej wyobcowania oraz samotności, w których rodzi się najpierw gorycz, a potem złość. Na wszystko i wszystkich. Weronika ma dość życia, w którym nie ma barw i przyjemności zaznawanych przez innych. Wyznacznikami tych przyjemności są pojawiające się wciąż marki produktów, jakie sterują świadomością i przekonaniem o tym, że tylko posiadanie rzeczy X oraz Y stanowi o wysokiej pozycji społecznej.

Weronika ma świadomość tego, iż może stać się takim samym nieudacznikiem jak jej matka. Chce zmienić swój los. Postępuje nieracjonalnie, impulsywnie. Nie radzi sobie... Świadomość Weroniki ukształtowało poczucie bycia gorszą od innych. Ośmieszana i upokarzana znajdzie przy zasobnym portfelu możliwości, by ośmieszać i upokarzać, czyli oddać światu zaznane przez nią krzywdy. Nie stanie się przez to ani lepsza, ani bardziej rozsądna. Nie może się taka stać.

Pełna kompleksów bohaterka o dość wąskich poglądach nie przystaje do sprytnego Wiktora wychowanego na człowieka, który ma osiągnąć sukces. Weronika wyrosła z biedy, Wiktor biedę piętnuje. Radzi sobie. W każdym możliwym znaczeniu. Jego majętni rodzice starają się mu wyperswadować opiekę nad będącą w śpiączce po wypadku narzeczoną, bo to przecież tylko balast, a życie ze swoimi radościami i możliwościami dopiero przed Wiktorem. On sam podejmuje się opiekować Beatą nie dlatego, iż ją kocha. Działa instynktownie i w tej tragicznej sytuacji jest w stanie zobaczyć możliwości inwestycji. Bo przecież życie to inwestowanie, cwaniakowanie i rolowanie innych. Wiktor ma wyśledzić Weronikę ściganą za niespłaconą pożyczkę i podąża jej śladem zafascynowany innością, z jaką styka się, poznając jej tragiczny życiorys.

Oboje mają życie przed sobą, ale oboje potrafią je sobie zrujnować; na różnych płaszczyznach i w różnym wymiarze. Chociaż Weronika doznaje coraz to nowych krzywd, których kumulacja momentami jest już nie do zniesienia, nie wzbudza sympatii czytelnika. Co więcej - widzimy młodą dziewczynę, którą bieda naznaczyła na całe życie i która poza to naznaczenie wyjść nie może, pogrążając się coraz bardziej. Wiktor natomiast nie jest w stanie wyjść z matni kłamstw i oszustw, na jakich buduje swoje życie. Paradoksalnie dostrzega w Weronice prawdziwość i uczciwość; ona nie stara się tak kombinować i lawirować jak on. Zbliża ich poczucie osamotnienia. Niewiele ponad to.

Autor "(Niepotrzebne skreślić)" zadaje pytanie o to, czy człowiek biedny może być szczęśliwy. Czy determinuje nas pochodzenie i status majątkowy, czy jesteśmy w stanie wyjść poza spuściznę po rodzicach, często będącą stygmatem i źródłem wielu kompleksów. Licealna koleżanka Weroniki jest przekonana, iż na świecie nie ma miejsca dla takich bezwolnych biedaków jak Pani Ściera i jej córka. Świat zabrania Weronice wyjść poza biedę i upokorzenie. To świat, w którym wszyscy mają sobie radzić, a ci, co są nieudacznikami, powinni najlepiej zniknąć.

W świecie przyszłości, gdzie bezwzględnie panuje dyktat programu „Fabuła”, teza ta znajduje potwierdzenie. Społeczeństwo klasowe w większości żyje w biedzie. W tym świecie jest się na zawsze uwiązanym do pracy pracownikiem. Nie ma instytucji Opieki Społecznej, nie istnieją emerytury. Biedni żerują na odpadkach. I na upokorzeniach innych, przede wszystkim w pracy. Furorę robią nagrania, na których w różny sposób ośmiesza się pracujących. Najchętniej oglądane są filmy o tym, jak ktoś sobie nie radzi. Liczy się wyrazistość i przekaz dramatu. Kamery „Fabuły” już dawno wyeliminowały transmisje z życia średniaków, którzy tylko narzekają. Ludzie żywią się wyrazistą krzywdą innych. Nie ma satysfakcji z życia, bo nie ma satysfakcji z żadnego rodzaju pracy. Pozostaje bezwolne wzajemne oglądanie własnych dramatów. Wśród zła, niesprawiedliwości i brutalności, życie po 2055 roku ma wartość tylko wtedy, kiedy jest oglądane. A oglądane wówczas, kiedy można nasycić się krzywdą. W tym znaczeniu futurystyczny wydźwięk książki Engelkinga jest jednoczesną diagnozą czasów, w których praca to harówka, liczą się osiągane wyniki, a słabych i gorzej przysposobionych do życia piętnuje się, a potem eliminuje.

Myślę, że to rzecz zdecydowanie warta uwagi; śmiała, sprytnie skonstruowana i nowatorska, choć przecież o mrokach przyszłości przepowiadanej literacko na tysiące różnych sposobów. Ten młody autor ma nam do powiedzenia dużo więcej i robi to o wiele ciekawiej niż dużo starsi od niego zasłużeni literaci. "(Niepotrzebne skreślić)" to książka bardzo niewygodna i zaskakująco dojrzała. Koniecznie! Tak dobrze młodzi autorzy rzadko dzisiaj piszą.

2014-09-18

"Oczyszczenie" Andrew Miller

Wydawca: Znak

Data wydania: 11 września 2014

Liczba stron: 364

Tłumacz: Michał Kłobukowski

Oprawa: twarda

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mrok i odór

Andrew Miller zabiera nas do osiemnastowiecznej Francji. Tej u progu krwawej rewolucji, niepewnej przyszłości, nurzającej się w nędzy trzeciego stanu, mrocznej i niejednoznacznej. Otrzymujemy zatem książkę niepokojącą. Nie tylko dlatego, że fabuła koncentruje się wokół likwidacji paryskiej nekropolii, która przyjęła do siebie zbyt wielu zmarłych i odorem przypomina o swej toksyczności. Miller buduje zaskakująco wieloznaczną historię. Wprowadza wyraźnego bohatera i zarysowuje jedynie postacie wokół niego. To taki upiorny sposób portretowania ludzkich cieni kryjących w sobie tajemnice. Wędrujemy przez cmentarz Niewiniątek, któremu odbierane jest znaczenie i szacunek, a wokół widzimy tych wszystkich żywych, co przypominają zjawy, widziadła niepokojące; kryją oni w sobie lęki, frustracje i żal, ale przede wszystkim nędzę, o której - na kilku różnych poziomach - opowiada "Oczyszczenie". To powieść, w której przeszłość mierzy się z wiarą w potęgę przyszłości i rozumu. Historia ekshumacji nabierającej znaczeń metaforycznych; niszczenie będzie się odbywać nie tylko w murach nekropolii, a sam proces likwidacji cmentarza będzie jedynie pretekstem do ukazania zmian następujących w osobie odpowiedzialnej za tę likwidację.

Dwudziestoośmioletni Jean-Baptiste Baratte przybywa z normandzkiej prowincji, by podjąć się zadania, o jakim już na miejscu - w Wersalu - dowiaduje się od ministra przedstawiającego mu propozycję nie do odrzucenia. Mężczyzna przyjął twarde wychowanie, duch okrutnego zmarłego ojca pozostaje z nim stale. Baratte uważa się za człowieka przyszłości - wierzy w logikę rozumu, sceptycznie podchodzi do wiary i zabobonów, wydaje się pewny swojej wartości oraz dumny z faktu, iż otrzymał wykształcenie i ma plany, jak zmieniać zastałą rzeczywistość. Zlecenie likwidacji cmentarza przyjmuje nie bez wahania, jednak z dnia na dzień przekonuje sam siebie, iż podoła nowym obowiązkom. W Paryżu konfrontuje się z ludźmi, którzy jego obcość rozpoznają nie tylko dlatego, iż nie jest ze stolicy. Miller panoramicznie portretuje ludzi bez fachu i właściwości, szary tłum z dzielnicy tuż obok cmentarza. W powietrzu unosi się przykry zapach. Ten odór, tkwiący także w ludzkich oddechach, a nawet smakach potraw, jest oczywistą metaforą sytuacji społecznej w kraju, w jakim za chwilę dojdzie do historycznej rewolty. Tymczasem mamy rok 1785 i młodego inżyniera, który przyjmuje zlecenie usunięcia toksycznej przeszłości. Wie, że będzie się mierzyć z żywymi i umarłymi. Jest jednocześnie solidny oraz uczciwy, zadanie musi zostać wykonane i Baratte nie widzi początkowo żadnych przeszkód w jego realizacji.

Potem pojawiają się różnego rodzaju wątpliwości i to na nich Andrew Miller skupia naszą uwagę. W otoczeniu ministerialnego najemnika widzimy ludzi, dla których przepełniony trupami cmentarz jest częścią życia, z którą trudno jest im się rozstać. Ta likwidacja zabierze dom grabarzowi oraz jego rezolutnej wnuczce Jeanne, młodziutkiej dziewczynie zafascynowanej postacią likwidatora z Normandii. U Monnardów, gdzie Baratte wynajmuje pokój, bacznym wzrokiem śledzi go Ziguette. Ona nie może pogodzić się z tym, co zostało zaplanowane i z nieznanych nam powodów popada w obłęd w momencie rozpoczęcia prac likwidacyjnych. Jest też rezolutny organista kościelny Armand, który zaprzyjaźnia się z Barattem mimo świadomości faktu, iż wraz z końcem cmentarza utraci swą posadę. Są też tacy, którzy nie dadzą się poznać, będą jak mroczne cienie i równie mroczne wyrzuty sumienia. Pokojówka Monnardów, kostyczny ksiądz z kościoła należącego do nekropolii, dawny znajomy Baratte'a sprowadzający do pracy flamandzkojęzycznych górników. Będzie również kobieta lekkich obyczajów, dla której Baratte zacznie tracić głowę. Miller szkicuje jedynie postacie wokół głównego bohatera, bo to na nim koncentruje się ta książka - na tym, kim się stał, za kogo się ma i kim będzie po wykonaniu zadania, które z czasem zaczyna go przerastać.

Baratte jak mantrę powtarza sobie przed snem, kim jest i co stanowi o jego tożsamości. Czuje się wyobcowany i odczuwa pewną wyższość - nie tylko w stosunku do podwładnych, co przede wszystkim do mieszkańców ciemnych paryskich zaułków. Trudno jest orzec, w co naprawdę wierzy i komu ufa, bo sam przestanie być tego pewny. Na początku, mając się za lepszego i bardziej dystyngowanego, zamawia pistacjowy strój z jedwabiu, który potem zamienia na czerń wełny. Będąc pewnym tego, iż przyszłość może nieść w sobie samo dobro, z czasem zaczyna w to wątpić. Zastanawia się nad zasadnością realizowanego działania i widzi siebie jako trybik w maszynie pracującej na tyle sprawnie, na ile sprawnie każdy odpowiedzialny za zadanie karnie wykonuje odgórne polecenia.

Jeden z bohaterów zachwyca się podjętym zadaniem i z ogromnym entuzjazmem wykrzykuje: "Jesteśmy maszyną! Nakręcono nas i oto ruszyliśmy!". Trzeba pożegnać to, co minione. Oczyścić Paryż z czegoś, co kiedyś było przestrzenią sacrum, a obecnie pozostaje jedynie śmierdzącym wyrzutem sumienia. Przestrzeń cmentarza ma wymiar symboliczny; w niej wygrzebuje się coraz to nowe szczątki, ale tam też chowa się ofiary, bo likwidacja nekropolii niesie ze sobą świeżą śmierć. Niejedną. Jest też śmierć, której komuś udało się ujść. Cmentarz odkrywa tajemnice grobów. Miller ukazuje nam to, co jego bohaterowie chcieli przed światem ukryć. Ukazuje wewnętrzny rozpad racjonalisty, do którego umysłu wdzierają się wątpliwości. Wszystko w trudnym do zniesienia, dusznym klimacie autodestrukcji. W pewnym półcieniu, zarysie konturów - ludzi oraz tego, do czego zmierzają ich działania.

"Oczyszczenie" jest powieścią, która wprowadza nas w świat nędzy, zabobonów, rozpaczliwego przywiązania do tego, co stare. Wtłacza w ten świat młodego człowieka, który czuł się dumny, a staje się czymś na kształt ludzkiego widma - jak szczątki ludzkie z nekropolii, świadectwo niegdysiejszego istnienia i obecnej rozsypki. Andrew Miller zabiera nas w przerażającą podróż do świata, w którym nic nie jest pewne i nikt nie może przewidzieć przyszłości. Wiara w nią zostanie zdyskredytowana. To, co wokół, będzie jedynie areną gry ludzkich cieni, niejednoznacznych i przygnębiających żywych obok wykopywanych zwłok i zmarłych, którym nie daje się spokoju. To opowieść o rozumie i jego szaleństwie. O ingerencji w to, co minione oraz o złudzeniach, jakie rozwiewają się niczym trupi odór zabijany przez dym z ognisk. Miller buduje specyficzny klimat, nie dla wszystkich do wytrzymania i nie przez wszystkich akceptowany. To właśnie o akceptacji tego, co mamy, a czego mieć nie możemy, także jest ta książka. Mroczna i tajemnicza. Brudna jak paryski bruk i olśniewająca jak idee Baratte'a, co blakną razem z kolejnymi likwidowanymi grobami i kolejnymi ludzkimi tajemnicami, za poznaniem których czaić się może tylko obłęd...

2014-09-16

"Miasto z lodu" Małgorzata Warda

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 11 września 2014

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 33 zł

Tytuł recenzji: Napiętnowane

Małgorzata Warda nie unika trudnych tematów. Po świetnie skreślonej powieści "Jak oddech" otrzymujemy kolejną wielowątkową historię o wszystkim, co w życiu ludzkim nieoczywiste i o tym, o czym nie chcemy myśleć, kierując się osądami innych tak jak sportretowana społeczność małego miasteczka, która widzi tylko to, co chce zobaczyć. "Miasto z lodu" to druga w ostatnim czasie po "Zbiegu okoliczności" Katarzyny Pisarzewskiej opowieść o specyfice życia na prowincji. O ile Pisarzewska zaglądała do domów mieszkańców swej mieściny i bezlitośnie punktowała dwulicowość skrywającą w czterech ścianach wszelkie problemy oraz tajemnice, o tyle Warda pokaże, w jaki sposób miasteczko ocenia to, co na zewnątrz. A obiektem obserwacji i napiętnowania stanie się młoda samotna matka z nastoletnią córką, które za wszelką cenę usiłują z dala od rodzinnej Gdyni zbudować namiastkę normalnego życia, walcząc o to życie z determinacją i uporem kogoś, kto wie, iż normalność może być fragmentaryczna, a o bezpieczeństwo oraz stabilność muszą walczyć we dwie - naznaczona chorobą matka i dziecko w roli opiekuna.

Agata zostaje znaleziona o poranku w śniegu. Jest bosa, nieprzytomna. Nie wiadomo, dlaczego znalazła się w górach i kto jest odpowiedzialny za to, iż straciła przytomność, długie godziny spędziła na mrozie, a po odnalezieniu walczy o życie przy złowrogim szumie respiratora. Godzina po godzinie śledzimy wydarzenia tego poranka. Trzynastolatka z trudnych do ustalenia przyczyn znalazła się tam, gdzie być nie powinna. Co się wydarzyło? Z tym pytaniem mierzy się między innymi Aleksander - reporter, który jako jeden z nielicznych chce zrozumieć fakty z oszałamiającą szybkością ujawniane opinii publicznej. A ta wydaje wyrok natychmiast. Winną zaniedbania jest matka, która nie miała pojęcia o tym, gdzie córka spędza czas. Matka od dawna napiętnowana przez lokalną społeczność. Niezdolna do opieki, romansująca z mężczyznami, wiodąca chaotyczne życie i skrywająca tajemnice, a przede wszystkim inna niż otoczenie, do którego dotarła, by schronić się przed bolesną przeszłością. Teresa jest chora. Jej córka być może nie przeżyje. Aleksander obserwuje i analizuje, starając się pojąć skomplikowane relacje Teresy i Agaty, a przede wszystkim zorientować się w trudnych zależnościach matki i córki, gdy tylko ta pierwsza może opowiedzieć o swoich przeżyciach.

Teresa została matką w wieku osiemnastu lat. Dziecko zmieniło jej życie, ale nie zmieniło stanu chorobowego, powracającego jak fala, niszczącego wszystko wokół, samą Teresę, jej relacje z córką. Obie są uciekinierkami od życia. Tego, któremu nie chce poddać się Teresa, walcząc z wewnętrznymi demonami i na przekór wszystkim udowadniając, iż może wywiązać się z rodzicielskich obowiązków. Tego, w jakim Agata nagle weszła w rolę osoby odpowiedzialnej za dorosłą. Bo Agata musi być czujna i choć ciągle żyje  w lęku, rozpaczliwie stara się pomóc matce w tym, by uwierzyła, iż we dwie są w stanie stworzyć prawdziwy dom, dom pełen opieki i miłości.

Tymczasem przyjezdne zamieszkują w domu fatalnych wspomnień, do którego zabiera ich nowy pracodawca Teresy. Miasteczko uważnie podgląda. Jest nieufne. Nie stara się nawet, by przybyłe stały się jego częścią, choć te są tak bardzo zdeterminowane, by zacząć życie od nowa. Jak wyglądało ono wcześniej? Co w zachowaniu Teresy i Agaty wzbudza niezdrową ciekawość, niechęć, potem agresję i gniew? Małgorzata Warda wprowadza nas w skomplikowany świat relacji opartej na ciągłym przekraczaniu granic. Zaciera się ta najważniejsza - matka przestaje być ostoją dla dziecka, a dziecko czyni wszystko, by zaopiekować się matką. Kiedy po feralnym poranku następuje ostrzał oskarżeń różnego typu, widzimy wyraźnie, na jak grząskim gruncie bohaterki osadziły swą iluzoryczną normalność w świecie, w którym nie ma miejsca dla odwróconych ról i dla tych, którzy z nich wypadają.

Retrospekcje starają się dać odpowiedź na pytanie o to, kim stała się Teresa, wchodząc w toksyczne zależności z mężczyznami i do czego doprowadziła jej zmienność wynikła z zaburzeń psychicznych, tak brzemienna przede wszystkim dla dorastającej Agaty. Przeszłość dość wyraźnie łączy się z tym, co obecnie - niepewnością pobytu w górskiej mieścinie, w której Teresa i Agata doświadczają coraz większej niechęci otoczenia. Obie są zdane na siebie, a wcześniej bywało tak tylko wtedy, kiedy matka decydowała o ponownej próbie wspólnego życia z córką. Teraz ocenia je otoczenie, które tak naprawdę sądy buduje na podstawie wybiórczo dostrzeganych zdarzeń. Tytułowy lód miasteczka jest obecny od początku do końca. Nic nie jest w stanie wpłynąć na ludzi, którzy kobietę i dziewczynkę traktują jak intruzów.

"Miasto z lodu" to opowieść o dysfunkcyjnej miłości, której definicję musi stworzyć sam czytelnik. Czy uczucie łączące matkę i córkę może być prawdziwe, skoro ich bliskość jest kompulsywna i na chwilę? Czy nie mamy tu do czynienia z patologicznym przywiązaniem, jakimś atawizmem, rozpaczliwym trwaniem przy sobie na przekór wszystkim? Kto jest ofiarą w tej książce? Dziewczynka opowiadająca historię czy matka, która opowiedzieć swego życia nie potrafi? Obok tego wszystkiego rozmaite formy ludzkiego okrucieństwa. Także, a może przede wszystkim tego dziecięcego. Nieprzychylne otoczenie oraz rozbity wewnątrz świat relacji dwóch najbliższych sobie osób, tak bardzo od siebie oddalonych przez postępującą chorobę i trudność w okazaniu bliskości. Agata znajduje się w piekle niepewności dnia codziennego. Jej matka wierzy w to, że się zmieni i zmieni tym samym rzeczywistość wokół siebie. Obie wydają się pozostawione sobie i w tej nieprawdopodobnie silnej zależności na przemian udowadniają, iż żyją w uporządkowanym przez siebie świecie.

Tymczasem świat wokół bohaterek Wardy jest nie tylko bezwzględny, ale w okrutny sposób stronniczy. "Miasto z lodu" dotyka problematyki wykluczenia w bardzo szerokim aspekcie, ukazując tym samym piekło życia w świetle nieustannych subiektywnych ocen, które wpływają na życie dwóch boleśnie doświadczonych przez los istot. Matka Wardy jest jednocześnie katem i ofiarą. Córka staje się katalizatorem nastrojów matki warunkujących ich wzajemne trwanie obok siebie. Wyraźny minus? Absolutnie chybiona jest moim zdaniem pozycja Agaty jako narratorki wszechwiedzącej i panującej zarówno nad przeszłością, jak i czasem, gdy leży nieprzytomna w szpitalu. Ta opowieść o tym, jak rzeczywistość widzi się na różne sposoby, powinna być historią kilku perspektyw narracyjnych. W tym znaczeniu "Miasto z lodu" nie jest do końca wiarygodne, ale to świetna rzecz mówiąca o tym,  w jaki sposób można racjonalizować sobie trudności, czyniąc ich możliwymi do przejścia i opowiadająca o  ludziach, którzy tworzą trudny świat wokół oparty na sztywnych zasadach, poza którymi kryje się chaos.

Małgorzata Warda napisała także o zranionym zaufaniu i o bolesnych konsekwencjach ludzkiej ufności tak w ogóle. To książka wielu pytań i niewielu jednoznacznych odpowiedzi. Zaskakuje, bulwersuje. Pokazuje rozpaczliwe próby odcinania się od świata i boleśnie okrutne powroty do niego, czyli tam, skąd uciec nie sposób. Lodowe miasto jest zawsze wokół nas. Czasami i wewnątrz, gdy dopadają demony i wątpliwość tego, czy da się radę zmierzyć z kolejnym dniem.

2014-09-14

"Pejzaże metropolii śmierci. Rozmyślania o pamięci i wyobraźni" Otto Dov Kulka

Wydawca: Czarne

Data wydania: 3 września 2014

Liczba stron: 200

Tłumacz: Michał Szczubiałka

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Cud przetrwania

Za każdym razem, kiedy kończę czytać kolejną książkę ocalonego z piekła obozu koncentracyjnego, obiecuję sobie, że to już ostatnia. Z drugiej strony wciąż nie jestem pojąć tego, co za czas ludzkości wymierzyły bramy obozowe i wciąż na nowo zadaję pytanie o to, jak to wszystko mogło być możliwe. Dlatego sięgnąłem po "Pejzaże metropolii śmierci", poruszające świadectwo izraelskiego historyka, który w tej książce jest przede wszystkim dziesięcioletnim chłopcem przywitanym we wrześniu 1943 roku przez ciemność i światła, gdy wagon z Terezina zatrzymał się u bram obozu Auschwitz-Birkenau. To świadectwo tożsamości zamkniętej w czasie i miejscu, z którego nie można było się już wydostać. Ta historia dotyka problemu przetrwania w okrucieństwie i okrucieństwa upływu czasu, jaki wciąż pozostawia ślady i wciąż każe tkwić w tej bliskości nieistnienia innych. Tych, którym nie dany był cud wydostania się z obozu.

Otto Dov Kulka wyznaje, iż poznając historie ludzi, którzy przeżyli to piekło, zupełnie się w nich nie odnajduje. Rozmyśla nad tym, dlaczego nie widzi siebie w tych wszystkich bestsellerach o czasach piekła na ziemi. Nie był przecież osobny, ale ma osobną historię. Ją stara się opowiedzieć. I pewnie z tego też względu wciąż czytam takie książki. Każde świadectwo jest inne. Każde - podmiotowym zetknięciem z czasem Zagłady. Tak trzeba traktować tego typu zapis. Oddać szacunek tym, którzy musieli pożegnać się z człowieczeństwem, a po latach boleśnie rekonstruują zdarzenia, by zrozumieć, z czego wyrośli, co przetrwali i jak toczy się ta niekończąca się przecież droga powrotna z obozu. U Dov Kulki jest spokój i lekko jedynie zarysowana melancholia. Obrazy pojawiają się w pamięci przypadkowo, trzeba określić je w jakimś porządku. Nie ma dramatyzmu, choć opisane są rzeczy nie do uwierzenia. Jest pozorny dystans do czasu,  w którym autor jako dziecko poznał pierwszy ważny porządek tego świata - porządek selekcji i śmierci w morzu ognia, co stale płonie we wspomnieniach.

Otto Dov Kulka wciąż zastanawia się nad tym, jak rozumieć stan ocalenia po latach. Kiedy w 1978 roku odbywa podróż do miejsca, z którego miał się nigdy nie wydostać żywy, wita go cisza pomieszana z pustką. Nie sposób wejść ponownie w świat, o jakim świadczy muzeum czy ruiny. Nie sposób go także opuścić, choć wydarzyło się tak wiele niewiarygodnych zdarzeń, dzięki którym można spojrzeć na "metropolię śmierci" inaczej, głębiej. Dov Kulka czyni wyznanie tak bolesne, że za nim nie musi stać już ani jedno słowo. "Pozostałem w metropolii, pozostałem więźniem tej metropolii, niezmiennego prawa, które nie pozwala na ratunek, naruszenie straszliwej "sprawiedliwości", na mocy której Auschwitz musi pozostać Auschwitz". Jego Auschwitz było nieco inne, lepsze. Trafił do obozu rodzinnego o odrębnej specyfice i ocalał mimo faktu, iż dwukrotnie zmierzał do komory gazowej. Piekące ślady po kontakcie z drutem podłączonym do prądu czy przeraźliwie monotonny szum krematoriów tuż obok - to pozostaje do dziś. Teraz, kiedy Kulka wkracza w pewien mityczny sen uciekiniera. Budując prywatną mitologię na gruzach piekielnego Auschwitz, wciąż mierzy się ze stygmatem uciekającego, bo wciąż ucieka i daje świadectwo przede wszystkim za tych, którym ucieczka się nie udała.

Racjonalizowanie zła, jakiego doświadczano w Auschwitz, jest równie niemożliwe co opowiadanie o czasie pobytu tam - mijał inaczej, wyznaczał granice nierzeczywistego, wciąż przypominał o nieuchronności śmierci i o tym, że niemożliwe będzie życie potem. Otto Dov Kulka opowiada, jakie ślady prawdziwego życia można było znaleźć pośród uwięzionych. To czysty sarkazm, ironia niebagatelnych rozmiarów - ten stan, w którym pośród śmierci można było znaleźć miejsce na życie. Poruszające wspomnienia ludzi, którzy poznawali kulturę europejską na zgliszczach ludzkości, w kresie cywilizacji. "Oda do radości" w cieniu krematorium, czytanie Dostojewskiego, zajęcia kulturalne, chór czy przedstawienia. Dodatkowo wspomnienie pięknego letniego nieba nad obozem. To wszystko obok wierszy pisanych u wrót komór gazowych. Pomiędzy okrucieństwem, którego śladów we wspomnieniach Kulki nie jest wiele, ale które było przecież wszechobecne, teraz przez autora gdzieś wyparte, nieobecne w pamięci.

To nie są tylko dramatyczne wspomnienia chłopca. To opowieść świadomego przemian dziejowych człowieka, dla którego siłą woli pewien okres czasu historycznego się zatrzymał i w nim skryła się prawdziwa tożsamość badacza historii wiedzącego, co należy racjonalizować, a czemu poddać się w pokorze, gdyż stanowi niepowtarzalne doświadczenie jednostkowe o charakterze traumatycznym. Brama Auschwitz-Birkenau nadal jest przed Dov Kulką otwarta. Jej znaczenie dostrzec można wówczas, gdy zrozumiemy celowość mitologizowania świata minionego i gdy uda nam się wejść w strukturę tej prywatnej mitologii autora, dzięki której może on wejść do obozu, wyjść z niego i wiedzieć, że brama pozostawia dwa znaczenia.

"Pejzaże metropolii śmierci" to bowiem książka rozpięta między doświadczeniem śmierci a rozumieniem człowieczeństwa, które ukształtowało ocalenie. Dov Kulka sankcjonuje prawo do własnej opowieści właśnie tym doświadczeniem. Ślady umierania innych pozostają w jego życiu. Życiu ocalonego, uciekiniera. Życiu dziecka, któremu zabrano wiele, ale i podarowano nadzwyczaj dużo. Przetrwanie i pamięć. Autor mierzy się nie tylko z bolesnymi wyimkami własnej pamięci. Jego doświadczeniem jest niemożliwe - ocalał z miejsca, z którego nikt żywy nie miał prawa wyjść. Ocalał, nie rozumiejąc tego stanu. Do dziś wycieczki w czas miniony są ustawicznie stawianymi znakami zapytania o to, dlaczego stało się właśnie tak. Wokół cisza i pustka jak w obozie odwiedzanym w 1978 roku. To najbardziej przejmujące i najtrudniejsze do wytrzymania. O tym wszystkim jest właśnie ta książka.

2014-09-11

"Niechciani" Yrsa Sigurðardóttir

Wydawca: MUZA

Data wydania: 10 września 2014

Liczba stron: 334

Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Wykluczeni i samotni

Yrsa Sigurðardóttir nie produkuje powieści w tempie Stephena Kinga - do którego zresztą porównuje ją "The Independent" - ale jestem przekonany, że to się niebawem zmieni, bo szablon dobrego wykonania islandzka pisarka ma już opanowany. Jest jednak problem. Po raz drugi, po "Statku śmierci", odnoszę wrażenie, iż włożona weń historia mogłaby być lepsza niż jest. "Niechciani" to kolejna po "Pamiętam cię" powieść niecykliczna, kolejna również z duchami w tle, chociaż tutaj to głównie otwierające się drzwi, szelesty i nieprzyjazne, zwykle źle oświetlone przestrzenie, mają nam wprowadzać klimat inny niż realistyczny. Sigurðardóttir straszy tym, co irracjonalne bardzo dobrze, ale jak zawsze trzyma się twardo rzeczywistości, w której bohaterowie muszą się mierzyć z demonami w sobie i z fatalnym wpływem zdarzeń minionych. Zazębiają się one z teraźniejszością, budując tym samym opowieść wielu tropów i wielu interpretacji. W "Niechcianych" czas miniony spięty jest z problemami teraźniejszymi nieco na siłę i niezbyt przekonująco. Ponownie - po "Statku śmierci" - z dużo większą uwagą śledzi się narrację z przeszłości. Ponownie autorka rozpisuje nam na wstępie osoby dramatu i znów symultanicznie snuje dwie opowieści, które mają się zamknąć w niesamowitą całość tworzącą zaskakujące zakończenie.

Lubię pisanie Yrsy Sigurðardóttir, bo każde zdanie ma tam swoje miejsce, a budowanie klimatu tajemniczości autorka zdążyła opanować już do perfekcji. Znowu jednak odczuwam pewien niedosyt. Nie chodzi o to, że nie zostałem wystarczająco przestraszony czy nie zaskoczył mnie finał opowieści. Mam wrażenie, że Sigurðardóttir buduje zawsze szalenie dwuznaczne sytuacje grozy, z których wyłania się w zakończeniu rozwiązanie nie tyle przewidywalne, co traktujące wcześniej zbudowaną rzeczywistość nazbyt prozaicznie. W "Niechcianych" ważna jest figura wykluczenia i samotności, są potworne zbrodnie i jest minimalistyczna koncepcja mierzenia się z ich konsekwencjami w surowym islandzkim klimacie. Jest też sporo scen i dialogów, które nie zostają wyjaśnione. Co gorsza - nie otrzymujemy żadnych sugestii do zinterpretowania detali, o jakich autorka zdaje się zapominać. Czyta się "Niechcianych" z wypiekami na twarzy, jest się zaskoczonym finałem, ale jednocześnie zadaje się pytanie o to, czy to naprawdę wszystko i czy współistnienie tajemnic z życia urzędnika państwowego w Reykjaviku i życia wychowanków mrocznego domu resocjalizacyjnego na prowincji czterdzieści lat wcześniej nie powinno być jednak bardziej ścisłe, mocniej z siebie wynikać.

Oðinn mierzy się z bardzo trudną sytuacją. Po śmierci byłej żony, która w nie do końca jasnych okolicznościach wypadła z okna, musi zająć się jedenastoletnią córką. Dotychczas był dla Rún weekendowym tatą, teraz musi wspierać coraz mocniej zamykającą się w sobie dziewczynkę, by zapomniała o bolesnej traumie, z jaką nie radzi sobie przede wszystkim sam Oðinn. Mężczyzna przejmuje obowiązki służbowe po zmarłej koleżance z pracy. Musi wyjaśnić, czy system prowadzenia pewnego ośrodka dla trudnych chłopców przed laty nie naruszał ich dobrego imienia i czy dzisiaj państwo nie powinno komuś wypłacić rekompensat za ówczesne złe traktowanie. Codzienność domu poznajemy oczyma młodej pomocy kuchennej, która obserwuje zgorzkniałych właścicieli kryjących pod swym chrześcijańskim światopoglądem niejedną mroczną tajemnicę. Wkraczamy zatem w dwa światy. Zagubionego w nowej roli ojca, dla którego wychowywanie córki jest wyzwaniem i snującej plany o lepszym życiu dziewczyny krok po kroku poznającej coraz bardziej dramatyczne losy ludzi wokół niej. Sigurðardóttir wyraźnie zaznacza, iż obecne doświadczenia jej bohatera mają związek z przeszłością, którą zajmie się zawodowo, śledząc losy ośrodka. Co więcej - otrzymujemy niezwykle spektakularny prolog i od pierwszych stron zastanawiamy się nad tym, jak dochodzi do opisanej w nim tragedii.

Czytelnik zakłada, iż tytuł odnosi się prawdopodobnie do wychowanków domu w Krókur, ale z czasem orientuje się, że nie jest tak do końca. To bowiem opowieść o zawiści, zazdrości, szaleństwie w nich. Historia niesprawiedliwości, którym nigdy nie uczyniono zadość. Opowieść o niezawinionych śmierciach i o okrucieństwie rodzicielskim. Sigurðardóttir chciałaby oddać głos tym, których już nie ma. Tymczasem borykamy się ze zrozumieniem zależności między czasem, w którym izolowano młodych chłopców od rodziców i ich codziennością a okresem, w jakim Oðinn odcina się od własnych przeżyć wywołanych żałobą i szokiem, bo śmierć matki Rún zaskoczyła go w stanie, w jakim nie był zdolny przypomnieć sobie, co wówczas robił. Teraz natomiast nie może pojąć zachowań córki, która na przemian izoluje się od świata i stwarza wrażenie ufnej wobec ojca, unikając tym samym babki, z którą sam Oðinn nie ma dobrego kontaktu.

"Niechciani" to historia powtórzonej śmierci i losu, który dla nikogo nie jest łaskawy. Opowieść boleśnie przygniatająca, bo koncentrować się będzie na dzieciach. Ofiary, którym współczujemy, mogą się niespodziewanie stać katami, a ci przerażają. Nic w tej książce nie jest jasne i klarowne. Mnożone tajemnice niekiedy pozostaną nimi na zawsze. Autorka opowiada o racjonaliście, który nie ulega emocjom, ale w krótkim czasie przekona się, iż granica obłędu w uporządkowanym świecie urzędnika państwowego może zostać niezauważenie przekroczona. Oðinn nie wydaje się najciekawszą postacią książki, ale warto od początku właśnie na niego zwracać uwagę. Jego postrzeganie świata będzie zaburzane kolejno po sobie następującymi doświadczeniami, z którymi Oðinn nie będzie w stanie sobie poradzić. Ostatecznie zadamy pytanie, czy on sam - nigdy dostatecznie doceniany przy błyskotliwym bracie - także zalicza się do grona tytułowych niechcianych?

Yrsa Sigurðardóttir potrafi zaskakiwać, mylić tropy i budować wiarygodne narracje obyczajowe. Sporo straszy tym razem i dużo też w tej opowieści rzeczy niewyjaśnionych. Ostatecznie jednak przyjemność lektury "Niechcianych" ma polegać na tym, że wciąż czymś jesteśmy zaskakiwani, a zagadki pozostaną nimi nawet wówczas, gdy zamkniemy książkę, myśląc o kilku z jej wyrazistych przesłań. Mimo pewnego niedosytu - jak zawsze czytałem z przyjemnością. Czasami chciało się zamknąć oczy. Ci bardziej wrażliwi nie powinni czytać po zmroku. Proszę uwierzyć, bo ten zwrot nie brzmi w niniejszym omówieniu jak marketingowa propaganda. Będzie strasznie. Boleśnie. Cała ta opowieść skryta jest w mroku - tym dosłownym, ale przede wszystkim symbolicznym.

2014-09-09

"Sceny z życia rosyjskich milionerów" Marie Freyssac

Wydawca: Poradnia K

Data wydania: 1 września 2014

Liczba stron: 196

Tłumacz: Natalia Stochalska

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Mgliste obrazki

Francuska dziennikarka i politolożka Marie Freyssac zdobyła na czas ściśle określony posadę guwernantki u rosyjskich miliarderów Sokołowów, których dwójką dzieci opiekowała się przez trzy dni w tygodniu, zarabiając przy tym pensję dyrektora średniej firmy. Weszła w oszałamiający świat luksusu i specyficznej izolacji, o którym postanowiła napisać książkę. Zastosowała technikę prezentacji zastanej rzeczywistości w postaci tytułowych scen. Stworzyła kolaż całościowo niewiele jednak znaczący. Szkoda.

Już we wstępie czytamy o świecie, do którego nie mamy dostępu. "Kawior na śniadanie, podróże prywatnym samolotem czy wakacje na własnym jachcie... Gdy jest się miliarderem w Moskwie, to już nie tylko luksus i przyjemność, to obowiązek". Zachęcające, prawda? Freyssac postanowiła poruszyć wyobraźnię Francuzów; dla nich codzienność jej rosyjskich pracodawców to świat, o jakim czytają czasami w kolorowej prasie, poznają jego wyimki, niepowiązane ze sobą fragmenty. Strzępy informacji, które nie charakteryzują nieprzyzwoicie bogatych w takim znaczeniu, że nie niosą ze sobą żadnych informacji o ich prawdziwej naturze i zachodzących między nimi zależnościach. Nam, Polakom, opowieści Freyssac nie będą bardzo obce w momencie, kiedy zanurza się ona w szeroko pojętą rosyjską mentalność. Poczytamy o moskiewskim metrze, alkoholizmie, o bezczelnych kelnerach i policjantach-służbistach. Autorka wyjaśni, czym jest zapoj i niezdarnie podpatrzy rosyjską ulicę w przerwach między doświadczaniem życia przepełnionego blichtrem rosyjskich oligarchów. My, Polacy, możemy być rozczarowani tą książką. Dla nas dużo ciekawsze może być śledzenie tego, w jaki sposób mentalność autorki próbuje na siłę znaleźć sobie miejsce w świecie, w którym tego miejsca nie ma.

"Sceny z życia rosyjskich milionerów" mogłyby być zbiorem felietonów kolorowej prasy. Autorka od razu zaznacza, iż nie chce być obiektywna ani dokładna. O ile brak obiektywizmu może być zasadniczym atutem takiej publikacji, o tyle brak dokładności zaczyna razić. Być może dlatego, że nie chodzi już nawet o zbliżenie się do dokładnego opisu. Freyssac serwuje nam fragmentaryczną opowieść, z jakiej niewiele wynika. Historię, w której obserwacje są powierzchowne, brak im jakiejkolwiek głębszej analizy, tekst nie zbliża się zatem ani do rzetelnej relacji (autorka widzi wszystko wokół jedynie w mocno zarysowanych konturach) ani do reportażu, bo Francuzka nie wchodzi w dialog z opisywanym światem. Nie jest w stanie tak naprawdę do niego wejść. Pozostaje wykorzystanie tego, co na pewno zainteresuje - opisu bogactwa ponad stan i śladów życia, jakie rozgrywa się w fasadowym świecie papierowych bohaterów.

Liza ma siedem lat, a jej brat Alosza cztery. Żyją w bezpiecznej izolacji. Mają wszystko, czego sobie zażyczą. Mają także plany i marzenia. Jakieś... Liza jest odważna i zdeterminowana. Doskonale wie, co chce w życiu osiągnąć i zna drogę, po której trzeba podążać. Jest sprytna, ale nieświadoma tego, że światem nie rządzą takie reguły, jakie ustanowił w życiu jej ojciec. Dziewczynka opływająca nieprzyzwoicie w bogactwie zawsze dostaje to, czego sobie zażyczy. Widzimy ją okiem guwernantki, która w żaden sposób nie zarysuje nam portretu tej dziewczynki wyraźnie. Charakterologicznie Liza jest nijaka. Nie ma jej. Freyssac w równym stopniu mogłaby opisywać jakikolwiek przedmiot w domu Sokołowów. Nieco ciekawiej wygląda Alosza, bo z nim francuska niania jest chyba bliżej. Aloszy na każdym kroku wyznaczane są granice jego płciowości, z góry narzucany męski punkt widzenia i od małego wpajany szowinizm, na który - w opinii Freyssac - rosyjskie kobiety godzą się nad wyraz łatwo. Dzieci Sokołowów są dziećmi nijakimi. Tam nawet oddychanie wydaje się czynnością sztuczną. Dowiemy się, jakimi dobrami materialnymi pociechy obdarzane są przez bogatych rodziców. Nie dowiemy się niczego, o czym powinna dowiedzieć się wnikliwa niania od razu. Nawet jeśli pracuje z dziećmi wybiórczo, bo zajmuje się nimi tak wiele osób, że Bogiem a prawdą do żadnej chyba nie mogą się przywiązać.

Tymczasem Marie Freyssac stara się rzetelnie nakreślić sytuację guwernantki rosyjskich bogaczy. Jej codzienność jest nauką pokory i wyczekiwania. Czekanie to stan podstawowy i doświadczenie, które trzeba oswoić. Dodatkowo należy umieć być niewidzialną, a kiedy trzeba - wykazać się sztuką dyplomacji łączonej z elementami szantażu. Ponad wszystko jednak jest to wyzwanie szybkiego obycia się z luksusem, któremu nie można się dziwić, lecz wejść weń, oswoić go wokół, nie zadawać niepotrzebnych pytań i nie dziwić się zanadto.

"Sceny z życia rosyjskich milionerów" napisane przez kobietę zawierają także obserwacje tego, czym jest kobiecość po rosyjsku. Autorka wspomina o Rosjankach, które przeżywają dramat wkraczania w wiek dwudziestu pięciu lat bez partnera i ratują się przed "staropanieństwem" na różne sposoby. Przyjrzymy się tym wszystkim wyzwolonym nocnym klubowiczkom, które chcą zostać zniewolone przez portfel krezusa bez względu na jego wiek. Spojrzymy także na kobiecość już osamotnioną, na zwyczaje babuszek - kobiet na starość zazwyczaj samotnych, bo żyją w Rosji dłużej niż mężczyźni i muszą być po prostu dzielne, gdy ich zabraknie. Wszystko, co opisuje Freyssac jest - przypomnijmy! - mało obiektywne i na pewno niedokładne. Takie podglądanie tego, co akurat się znajdzie w zasięgu wzroku. Wkracza w to chaos i dlatego czyta się tę książkę z lekką irytacją. Te sceny są tak dramatycznie osobne i tak okrutnie pozbawione czegoś głębszego, że odnieść można wrażenie, iż duchowość nieprzyzwoicie bogatych nie istnieje, nie tworzą oni ze sobą relacji, zależności, nie widzą się wzajemnie, nie rozmawiają, nie dzielą troskami ani radościami.

Jeśli skusimy się tylko opowieściami o tym, jak to szasta się gotówką na prawo i lewo oraz zainteresuje nas opis posiadania wszystkiego, zawsze i natychmiast - w funkcji czysto rozrywkowej ta rzecz sprawdza się doskonale. Dużo bardziej ciekawa byłaby wówczas, gdyby autorka więcej podsłuchiwała niż podglądała. Byłoby to nie tyle wiarygodne, co przede wszystkim naprawdę wartościowe. Rzadko komu udaje się wejść do codziennego życia rosyjskiej elity. Myślę też, że rzadko kto tak jak Marie Freyssac marnuje tę szansę, by opowiedzieć nam o tym życiu coś naprawdę interesującego.

2014-09-07

"Gorzko" Barbara Kosmowska

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 10 września 2014

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Poszukujące i walczące

W swej najnowszej powieści Barbara Kosmowska nie oszczędza bohaterek. Gorzko diagnozuje życie, w którym ideały i marzenia umierają, a codzienność zdaje się nie do wytrzymania. Kobiety Kosmowskiej wytrzymują jednak. Wstyd, upokorzenie, kłamstwa, miłosne udręki. Żyją na przemian bolesną przeszłością i przepowiedniami, którym chciałyby zaufać, ale się boją. To nie tylko narracja o trzech pokoleniach kobiet, którym nie wyszło. To gorzka opowieść o trudzie bycia samej ze sobą, o bycie osobnym i niezależnym, bycie w pustce i wśród złudzeń. O ucieczkach i powrotach oraz o tym, że każda kobieta gotowa jest poświęcić wiele dla szczęścia, ale los niewiele tego szczęścia ofiaruje, zaś cierpienia rozpinają się między tym, co idealizowane a prozą życia boleśnie weryfikującą plany i zamierzenia.

Olga na zawsze utkwiła w przeszłości. Wyniosła arystokratka, która żyje przedwojennym Wilnem, okaleczona przez los na kilka sposobów, cierpiąca po samobójczej śmierci brata i wciąż na nowo ożywiająca Łoszę, Bogdanówkę i Perłową Górę, enklawy szczęścia już nieistniejącego. Oldze-repatriantce odebrano nie tylko majątek, ale także godność. Wywłaszczenie było początkiem uporczywej walki o to, by zachować postawę wyprostowaną, by mimo wszystko mieć siebie dla siebie. Córka Olgi, Danuta, wyparła się pochodzenia i matczynych planów względem niej. Wybrała życie na prowincji, wiecznie utyskując na zły los. Zdecydowała, że będzie żyła dla innych, nie dla siebie. Pożegnała matczyną dumę oraz wyniosłość, poświęciła się życiu przy nieobecnym mężczyźnie, wśród codziennych trudów i rozczarowań. Pielęgnowała brzydotę - w sobie i wokół siebie. Zapracowana, zgorzkniała, nie znalazła czasu dla siebie ani pomysłu na własne życie. Wśród kompotów, krzątaniny, małomiasteczkowej zazdrości i wewnątrz pustki Danuta oddała swój życiorys szarościom płytkiej egzystencji. Jej córka Teresa wstydzi się matki. Kończy szkołę, zaczyna studia, ucieka do Miasta i stara się oddychać pełną piersią, czyli robić coś, czego matka robić nie potrafi. Babka Olga jest jej bliska ze swą staroświeckością, wytwornością, ze swoimi wspomnieniami i życiem czasem przeszłym. Teresa zdaje się przejmować arystokratyczną spuściznę babki, ponieważ matka niewiele jej oferuje. Podobnie jak Miasteczko, z którego nigdy nie można się wyzwolić, bo wiecznie pozostanie się tam na językach i przy matce, co wiecznie niezadowolona z życia, nie zazdrości ani nie docenia innej alternatywy. Teresa ją ma. Tak jak jej koleżanki z akademika, świetne postacie drugiego planu, mocno doświadczone przez los i jak Teresa przezeń oszukane. Czego zatem szukać w tych życiorysach, które Kosmowska tak wyraziście i boleśnie nakreśla? Spełnienia i wiary w siebie. Nadziei. Siły i odwagi, która każe walczyć z okaleczoną duszą, macicą, sercem i wspomnieniami.

Teresa pokochała Adama miłością żarliwą i chyba tą jedyną, na którą mężczyźni często nie zasługują. Oddaje się niecierpliwym rękom miejskiego rzeźnika na swoim balu maturalnym na złość Adamowi, co to nie zauważył i poszedł swoją drogą. Jego losy splotą się z życiorysem głównej bohaterki, ale nim Teresa będzie mogła znów na chwilę uwierzyć w miłość i spełnienie, doświadczy rozczarowań oraz bólu, których nie była w stanie przewidzieć. Miasto, jakie ją przyjęło i zaakceptowało, rani okrutnie w najmniej odpowiednim momencie. Przynosi wiarę w to, iż będzie się godnie żyło, po czym ją odbiera, kiedy pośpiesznie i bez bożego błogosławieństwa poślubiony mąż odrzuca poświęcenie Teresy, zaś ona sama błądzi między przywiązaniem do niego a nieśmiało rodzącą się odwagą, by wyrazić bunt wobec ustroju, wobec ciemiężonego Miasta. Razem z  ludźmi pragnącymi wolności i zdeterminowanymi, by o nią walczyć.

Teresa zmuszona będzie powalczyć o siebie. Traumatyczne przeżycia utrwalą w niej jedynie postawę unikową względem przeszłości. Bo tylko w jednym przypadku Teresa może i chce myśleć o tym, co minęło. Tylko wówczas, gdy babka Olga opowiada o świecie, w którym był ład, był porządek, były wartości i ludzie nazywali rzeczy po imieniu. W Mieście walczącym o zmianę ustroju Teresa zmuszona będzie walczyć o to, by zaakceptować zmiany w sobie. Doświadczonej równie okrutnie jak jej przyjaciółki z akademika, ale silniejszej mimo wszystko. Każda z kobiet Barbary Kosmowskiej cierpi gdzieś do wewnątrz i z cierpieniem się nie obnosi. Tylko Teresie dana jest jednak siła, by przetrwać bez złudzeń, w jakich utonęła jej babka. Tylko Teresa będzie w stanie dać świadectwo tego, że gorzko się żyje, ale można żyć naprawdę i podążać do przodu bez naiwnej wiary w szczęście, lecz z racjonalnym przekonaniem o sile zdobytej dzięki trudnym doświadczeniom.

"Gorzko" jest panoramiczną opowieścią o losie kobiety poszukującej. Takiej, która często nie jest świadoma swoich pragnień, ale doskonale wie, że osiągnie część z nich tylko dzięki determinacji. To historia okrutnego losu, który drwi z kobiecej wrażliwości i ufności. Czyta się tę książkę i chce krzyknąć, że coś się tym kobietom od życia należy i że w końcu jednak jakaś odmiana nastąpi, poczują się spełnione, odnajdą fragmenty szczęścia skryte gdzieś w przedmiotach, gestach, rzadkiej serdeczności innych ludzi. Kosmowska opowiada w taki sposób, że doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo silnie osadzeni jesteśmy w innych. Z czegoś trzeba się wydobyć, do czegoś wrócić - to są zawsze światy stworzone przez bliskie nam osoby, którym tak trudno czasem bliskość okazać.

"Gorzko" to książka smutna i prawdziwa. Dla wszystkich tych kobiet, którym w życiu nie wyszło, ale mimo wszystko dają radę, bo są silne. Dla tych, które chcą się zmierzyć ze swym smutkiem i rozczarowaniami, bez czytania przesłodzonej narracji ze szczęśliwym zakończeniem. Barbara Kosmowska z niezwykłą wrażliwością pokazuje świat kobiet, które wiecznie walczą. Kobiet rozczarowanych i takich, którym odebrano cząstki siebie. Pokazuje siłę i słabość, głęboko sięga do serca i trzewi, zdaje się trzymać za rękę w chwilach przełomowych, ale też bezwzględnie wystawia bohaterki na kolejne ciosy.

Miłość, krew, łzy oraz złudzenia, które się traci. Kraj zmieniający się na oczach tych, co czekają na te zmiany przyczajeni. Wnikliwa diagnoza kobiecego smutku i poruszający obraz smutnego świata, w którym trzeba silnie w coś uwierzyć, by nie poddać się przypadkowej beznadziejności. "Gorzko" to historia kobiecych tożsamości, do których się dojrzewa i z którymi nie można sobie poradzić. O życiu, gdzie śni się o wilkach. Gdzie oszukuje religijność. Gdzie nie sposób uciec od pijanej rodzinnej przeszłości. Gdzie ratunkiem może być tylko wiara w siebie. Bez względu na okoliczności.


PATRONAT MEDIALNY

2014-09-04

"Dwie kochanki" Marek Harny

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 9 września 2014

Liczba stron: 632

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 35 zł

Tytuł recenzji: Poszukując prawdy...

Czytanie nowej książki Marka Harnego jest - w dobie wielu opowieści pisarzy niewiele mających do powiedzenia - mierzeniem się z prawdziwą, soczystą, poruszającą oraz nakreśloną z rozmachem historią. "Dwie kochanki" to narracja rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych, wymagająca i dosadna, stawiająca nas wobec niewygodnych tez, demitologizująca bohaterstwo, ukazująca strach w jego najbardziej naturalistycznej postaci. Harny formalnie buduje opowieść, której kolejne odsłony są łatwe do przewidzenia. Czyta się go ze spokojem, a jednocześnie z trudną do nazwania wątpliwością tego, czy naprawdę da się wybiec do przodu, rozpoznać pozostawiane znaki, ułożyć tę skomplikowaną fabułę w jedną całość. Rzecz ma się o kobiecie żydowskiego pochodzenia, która poszukuje prawdy o matce. O młodym człowieku doświadczonym przez Historię i o obsesyjnym zaangażowaniu się w tajemnice skryte gdzieś w rodzinnej wsi. A może już w lesie, wśród partyzantów, między bohaterami skazywanymi potem przez stalinowskie sądy na śmierć.

Harny opowiada o ludziach, którzy są niejednoznaczni, a ich motywy działania zmuszają do refleksji nad tym, jak wiele zła, dobroci i obojętności jednocześnie może kryć się w każdym z nas. Każdym, kto opowiada swą historię z własnego punktu widzenia. "Dwie kochanki" pokazują, że dane wydarzenie można zapamiętać na kilka różnych sposobów. To historia zagubionego chłopca, potem rozdartego wewnętrznie mężczyzny oraz historia dwóch kobiet - jednej i drugiej rozpaczliwie konfrontowanych z własną niemocą oraz tajemnicami, których nie da się wyjaśnić.

W 1962 roku Marcin Cichy ma szesnaście lat i przebywa u dziadków w Zyndramowicach, by uczyć się do egzaminu poprawkowego, który pożegna go ze szkołą, gdzie pokazał się z niepokornej strony. Marcin przejawia wszelkie młodzieńcze fascynacje i tkwi w nim witalność jego wieku. Tymczasem obok słyszy opowieści o śmierci i o zagładzie. Słuchając dziadka, poznaje nienawiść do Rosjan oraz odkrywa, jak silnie wrośnięty w części jego rodaków jest antysemityzm, zmora jego późniejszego życia. Ojciec - uratowany cudem od śmierci, były dowódca partyzantki AK - nieporadnie próbuje nawiązać kontakt z dorastającym synem, opowiadając mu o masakrze Żydów w okolicy oraz wtajemniczając w losy pewnej ciężarnej kobiety. Tymczasem do Zyndramowic przebywa z wujem Marcina jego narzeczona, Maryla. Studentka polonistyki nieprzypadkowo zjawia się w tej wsi. Czegoś szuka. Próbuje znaleźć ślady. Młody Cichy z miejsca ulega fascynacji dziewczyną o czerwonych paznokciach, nie podejrzewając jednocześnie, iż jej życie oraz tajemnice nie dadzą mu spokoju już nigdy. Ale na razie jest sielskie lato, którego atmosferę zniszczy podpalenie i pojawiające się zewsząd oskarżenia.

Jesteśmy jednocześnie w Prowansji, gdzie ten sam Cichy znajduje się w domu swego rosyjskiego przyjaciela i wraz z nową towarzyszką życia, Agatą, pracują nad scenariuszem serialu o Miriam Podgorski, która niedawno straciła życie w wypadku samochodowym. Cichy próbuje zrozumieć motywacje Agaty - dlaczego tak silnie związała się z Miriam już za jej życia oraz dlaczego chce stworzyć wspomniany scenariusz. Agata wydaje się silna i efemeryczna jednocześnie. Bohater zdaje sobie sprawę, że nie związali się przypadkiem. Młoda kochanka pisarza nie zna okresu, kiedy Miriam, zwaną jeszcze Marylą, fascynował się nie tylko sam Cichy. Nie zna do końca dramatu życia artystki, która wiecznie przed czymś uciekała, stale jednocześnie chcąc poznać prawdę o sobie. Teraz, kiedy Miriam nie ma, prawdziwość relacji między Agatą a Cichym ma warunkować wejście w czas miniony i zrozumienie zagadki dalszych losów uratowanej cudem z pogromu żydowskiej ciężarnej kobiety.

"Dwie kochanki" to opowieść o bolesnych uprzedzeniach i o kamuflowaniu prawdy, które doprowadzają do niejednej życiowej tragedii. To nie tylko czas zatrzymany gdzieś w momencie, w którym Polacy ukrywający Żydów musieli zdecydować, co z nimi zrobić. To czas obsesji samego Cichego, który najpierw zupełnie nieświadomie, potem obarczony coraz to nowymi prawdami dotyczącymi przeszłości, próbuje zrozumieć istotę bliskości z Marylą oraz fakt, iż niejednokrotnie zdecydował, by być od niej daleko, a przecież z jej tajemnicami pozostawał blisko na zawsze. Napisana i wydana książka oparła się na zapiskach niejakiej Chany Berg i to one przede wszystkim zmieniły życie Cichego już w momencie, w którym wiedział, iż do Maryli będzie mu daleko nie tylko w znaczeniu geograficznym. Jak teraz żyć? Co zrobić z cieniem tej kobiety?

Harny nie próbuje opowiadać się po którejś ze stron, ale wikła przeszłość opowieściami, które czasem nawzajem się wykluczają. Stawia pytania o to, kim może być człowiek w sytuacji zagrożenia i jak cienka granica dzieli przywiązanie od nienawiści. Ukazuje też stereotypy, które boleśnie rozgniata. W jego historii nic nie jest oczywiste. Partyzanci-tchórze? Polscy chłopi ze swym ambiwalentnym stosunkiem do Żydów? Komunistyczne władze piszące historię wojny i powojnia po swojemu? Stalinowscy kaci, którzy mogli się mylić i młodzi karierowicze mieszający fakty z zemsty bądź ignorancji? Jest w "Dwóch kochankach" wiele światów, wiele motywacji, sporo znaków zapytania i rosnąca wątpliwość w to, komu ufać i dokąd nas ta historia prowadzi. Harny zadaje nie tylko pytanie o to, czy można obnażyć cudzą intymność, by zachować spokój ducha. Myślimy także nad tym, jak bardzo niejednoznaczne pobudki mogą kierować ludźmi, którzy z taką łatwością i precyzją są w stanie po latach tłumaczyć się z własnych błędów. Ale to też powieść o niemocy i o wstydzie, o popełnionych błędach i pokucie za nie, przede wszystkim jednak o wyrzutach sumienia i o bolesnej polskości naznaczonej wieloma traumami, z których wciąż nie można się otrząsnąć.

"Dwie kochanki" imponują rozmachem, szczegółowością opisów i autorską wnikliwością. Harny zamyka zawikłane życiorysy kilku pokoleń w jedną opowieść o dochodzeniu do prawdy. Stawia pytanie o to, czym jest sama prawda. Sugeruje, iż bohaterowie mogą być okrutni, a uprzedzeni i ziejący nienawiścią mimo wszystko okazać serce bliźniemu. Nikt nie jest poddany ocenie, choć wielu mieni się sprawiedliwymi z gotowością do oceniania postępowania innych. W tej wieloznacznej opowieści ważna jest przede wszystkim miłość oraz dochodzenie do poczucia świadomości tego, jak godnie pożegnać przeszłość, by przestała być obsesją utrudniającą życie. Harny stworzył przekonujące wizerunki okaleczonych przez Historię oraz subtelną opowieść o bliskościach w oddaleniu. Takie historie, mocno zanurzone w polskości, uciekają od tego, co stereotypowe. Takie pisanie daje przyjemność obcowania z fabułą dogłębnie przemyślaną i wewnętrznie przez autora przeżytą. Świetna rzecz o pamięci racjonalizującej zło i o złu, które utkwi w pamięci na zawsze.

2014-09-02

"Samotność Portugalczyka" Iza Klementowska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 25 sierpnia 2014

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: U wrót Europy

Iza Klementowska w swoim świetnym reportażu zabiera nas do kraju, który leży bardzo daleko albo też bardzo blisko. Jego położenie jest problematyczne o tyle, że nie jesteśmy pewni -  tak jak Portugalczycy - u jakich wrót Europy się tam znajdujemy. W książce pojawiają się dwa ważne pytania. "Bo kimże my jesteśmy - wejściem do Europy czy jej ujściem? Czy stoimy plecami do Europy, a twarzą do reszty świata, czy odwrotnie?". Ano właśnie. Portugalia Klementowskiej to kraj, w którym wiecznie zadaje się pytania. Miejsce z jednej strony stabilne i pełne ciepła (nie tylko w znaczeniu temperatury), do którego z przyjemnością przybywają turyści z całego świata. Z drugiej jednak - zagubione nieco po szaleństwach kolonializmu, w cieniu wielkiej Hiszpanii obok, dość biedne i warunkowo przystosowane do unijnej egzystencji.

To kraj, w którym wciąż się rozmawia, bo rozmowa stanowi podstawę stosunków międzyludzkich opartych na otwartości, na jaką wreszcie można sobie pozwolić po latach dyktatury António de Oliveira Salazara. Autorka wykorzystała tę portugalską właściwość i porozmawiała z ludźmi, którzy opowiedzieli jej swoje losy oraz podzielili się często smutnymi historiami z mało radosnym finałem. Piękno Portugalii u Klementowskiej rozpina się gdzieś między wiekami, ustrojami i między ludzką różnorodnością. Plaże i klasyczne zabytki autorka raczej omija. Woli swymi sandałami wejść w brud i śmieci. W Portugalię współczesną, tę wyśnioną i tę okrutnie okaleczoną przez reżim oraz wojny kolonialne. Piękną, ale też niepokojącą. Z wędrującymi zmarłymi, historią w kamiennych pomnikach, z objawieniami oraz językiem pełnym subtelnych wieloznaczności. Wędrujemy przez lata portugalskich kompleksów i zniewolenia, ale także przez czas, w którym tożsamość oraz wiara w swoje możliwości wzrastała w tempie wprost proporcjonalnym do liczby odwiedzających kraj turystów.

Gonçalo M. Tavares, znany portugalski pisarz, jest jednym z ważniejszych rozmówców Klementowskiej. Ma się wrażenie, że powiedziałby jej dużo więcej niż możemy przeczytać, ale nie dał się podejść. Tavares opowiada o tym, jak wiele Portugalczykom brakuje do szczęścia oraz o ich kondycji obserwatora wszelkich zmian, który mości sobie miejsce w bezpiecznej odległości i po prostu się przygląda. Tak wygląda ogląd świata w Portugalii - jej mieszkańcy to empatyczni obserwatorzy, którzy w przeciwieństwie do wielu nacji potrafią wyciągać konstruktywne wnioski z tego, że uważnie przyglądają się różnorodności.

Ta jest obecna w Portugalii na każdym kroku. Pewnie częściowo wynika z przeszłości kolonizatorów, ale Portugalczycy wyraźnie zaznaczają, iż w przeciwieństwie do innych oni kolonizowali ziemie najmniej okrutnie i agresywnie. Tavares wspomina o kolonizatorskim kompleksie, a z ust kogoś innego padnie sugestia dotycząca genezy podbojów. Obok wielka Hiszpania, która przez wielu traktowana jest z dystansem. Dlaczego Portugalczycy ruszyli w świat? "Bo gdy sąsiad od dawna spycha cię do morza, to szukasz dla siebie nowego domu, prawda?". Klementowska rozmawia także z imigrantami, ludźmi z Angoli czy Mozambiku. Opisuje trud ich współistnienia z rdzennymi mieszkańcami kraju u wrót Europy o dwuznacznym znaczeniu. Rasizm i podziały na jego tle nie omijają kraju, który z różnorodnością mierzył się na kilku kontynentach przez lata. Dostrzec można, za co i czego wstydzą się Portugalczycy, ale poznajemy przede wszystkim powody do dumy oraz zadowolenia z życia, jakie nigdy nie niosło w sobie tyle swobody i otwartości co dzisiaj.

António de Oliveira Salazar to mroczna postać, której nieprzypadkowo Klementowska poświęca wiele miejsca. Salazar w opowieściach to dziwak i ekscentryk, jednocześnie polityk surowy, zdeterminowany. Trudno było oddychać w Portugalii, kiedy rządził twardą ręką przekonany o słuszności każdego z poglądów czy posunięć. Mroczna karta Historii odcisnęła swoje piętno na tym, co jest dzisiaj. Gonçalo M. Tavares zaznacza jednak, że istnieje teraz inne niebezpieczeństwo. Ludzie mogą odsuwać się od polityki i nader często to robią, skupieni na własnych problemach i poczuciu wiecznego braku. A polityka przesiąka korupcją. Zło rządzących pozostaje nie tylko w pamięci, ale w pewien sposób też odciska piętno na mentalności Portugalczyków, którzy starają się być przede wszystkim zachowawczy, co powiększa dystans patrzenia na inność, o jakim wspomniałem w niniejszym omówieniu.

Poznajemy Portugalię przez jej przysłowia i język. Iza Klementowska wciąż zestawia przeszłość z dniem obecnym. We wstępie znajdujemy się na targu, gdzie wystawia się na sprzedaż stare fotografie. Dynamiczne i barwne "teraz" ściera się z sepią czasu minionego i dramatów, które skrywają się pod pozornymi uśmiechami uwiecznionych na zdjęciach ludzi. Ten reportaż to przewodnik po Portugalii alternatywnej dla masowego turysty. Tutaj możesz dosiąść się do kogoś siedzącego na ławce... i zyskać przyszywanego ojca. Tu dowiesz się o Rewolucji Goździków i staniesz z boku tych, którzy niczemu już się nie dziwią. Klementowska przedstawia różne punkty widzenia na te same kwestie, ale stara się przede wszystkim sięgać do przeszłości. Tylko dzięki temu można poznać Portugalię naprawdę. Kraj, o którego historii uczy nas inwalida-bibliofil. Miejsce, gdzie więzienie odbierało na zawsze człowieczeństwo. Gdzie na promie o poranku wszyscy są sobie równi, by wieczorem tworzyć zwarte i osobne względem siebie grupy, które tolerują się z coraz większym trudem.

Tytuł odnosi się do historii portugalskiego imigranta, który w Brazylii zakochuje się w cmentarzach. Ta opowieść o przykrym wyobcowaniu pozostaje w myślach, bo wkraczamy do świata ludzi, którzy doświadczeni przez los z trudem pozbywają się wewnętrznych cierpień, samotności pośród innych i smutku, którego ślady znajdziemy w fado. Słodko-gorzki ten reportaż, ale na pewno solidny i wieloznaczny. Tak się powinno pisać o miejscu, które chce się zrozumieć. Tak powinno się rozmawiać z ludźmi, jacy pragną rozmów i w nich otwierają się bardziej niż sami by chcieli.