2008-06-30

"KRK: Książka o Krakowie" Magdalena Kursa Rafał Romanowski

Nie jest przesadą stwierdzenie, że wydana w zeszłym roku przez wydawnictwo Znak dziennikarska publikacja Magdaleny Kursy i Rafała Romanowskiego to doskonale skonstruowane narzędzie reklamowe, którego nie sposób porównać do coraz bardziej krzykliwych billboardów z wizerunkiem grodu Kraka czy masowej międzynarodowej promocji miasta opartej głównie na potędze Internetu. To dość rzetelnie przygotowany dokument o Krakowie, w którym jednak wiele jest jednostronności, subiektywnych sądów i idealizowania wizerunku miasta. Trudno, aby taka książka w jakiś sposób przekonała do siebie kogoś, kto w KRK mieszka dziesięć lat i dostrzega jego mroczne strony, tuszowane dość specyficznie w wywiadach będących głównie peanami na cześć niepowtarzalnego, klimatycznego i urokliwego miasta. Kursa i Romanowski sprytnie nie dają poznać swojej wiarygodności, albowiem opowieści o mieście snują ich rozmówcy i wszystkie one są osobistymi sądami, jakie kształtują mniej lub bardziej przemyślane pytania autorów publikacji. Oczywiste jest natomiast, że dla wszystkich tych, którzy nie znają Krakowa, chcieliby go poznać, a odwiedzają czasem księgarnie, ta książka może stać się kultowym przewodnikiem, bo też i chce nim być. Obok wywiadów z ludźmi różnych środowisk bezpośrednio związanych z Krakowem otrzymujemy także garść lakonicznych informacji o miejscach, do których należy się udać i o których w podobny sposób piszą przewodniki Pascala. Cóż ma mi mówić stwierdzenie, że pewien lokal jest "piwniczno–modelkowo–migotliwy"? Albo dlaczego czytelnicy wprowadzani są w błąd opisem rzekomo malowniczych tras rowerowych (fakt, do Tyńca jedzie się naprawdę wspaniale), skoro od dawna krakowianie wiedzą doskonale, że to ciasne miasto nie jest przyjazne dla rowerzystów?

No dobrze, mam oceniać książkę, a nie w opozycji do niej ukazywać gorszą stronę miasta, do którego zwiedzania zachęcam tak jak autorzy, choć nie jestem aż tak bardzo zakochany w KRK. Dziennikarzom udało się na pewno wieloaspektowe ukazanie różnorodności metropolii (wiem, celowo przesadzam!) i jej specyficznego charakteru, łączącego w piękny sposób kosmopolityzm i ogólnie pojętą tolerancję z wartościami dość konserwatywnymi i swoistą izolacją, z której rdzenni krakowianie są bardzo dumni. Świetnie sprawdził się zabieg przedstawiania miasta synestezyjnie. Czytając tę książkę o Krakowie, można wszystkiego posmakować, powąchać, posłuchać i tym samym mocniej przekonać się do tego, iż jest to miejsce ze wszech miar wyjątkowe. Chociaż wielokrotnie interlokutorzy Kursy i Romanowskiego podkreślają fakt, iż na krakowskim rynku praktycznie codziennie można spotkać znajomych i że miasto ma specyficzny, familiarny klimat, możemy spojrzeć na Kraków bardziej filozoficznie i z większego dystansu. Oto bowiem ze świetnego wywiadu z Michałem Pawłem Markowskim można dowiedzieć się, jak w Krakowie wieść „życie aktywnej nieprzyznależności” i w jaki sposób być wciąż wśród swoich, a jednocześnie stawać obok zdarzeń i miejsc, które bardzo dobrze się zna.

Ta książka ukazuje, jak na przestrzeni stosunkowo niewielu lat wiekowe miasto nad Wisłą stało się centrum europejskiej kultury i rozrywki. Wszyscy rozmówcy Kursy i Romanowskiego podkreślają niepowtarzalny koloryt zmian, jakie ustawicznie zachodzą w Krakowie i ściągają doń mnóstwo turystów zafascynowanych wyjątkowością miasta. Można przekonać się także, w jak wielu zakątkach Krakowa czas po prostu się zatrzymuje, choć wydaje się to niemożliwe w miejscu, którego wyznacznikiem jest wieczna zmienność. Poruszając się po rozmaitych miejscach i wędrując w różnych przestrzeniach czasowych, czytelnik odkryje niepowtarzalne dziedzictwo miasta oraz jego umiejętność włączania tradycji i historii we współczesne trendy. Myślę, że każdy z przeprowadzonych wywiadów ma dużą wartość poznawczą i każdy przekonuje do tego, że Kraków należy poznawać przede wszystkim przez pryzmat swoich osobistych doświadczeń. Ta książka zatem sugestywnie kusi, aby poznać wszystko, co w niej opisane, na swój własny sposób.

Marcin Koszałka w ciekawy sposób opowiada także o zagrożeniach, które czyhają w Krakowie na zwolenników przesiadywania w licznych knajpach i rojenia coraz to nowych niezrealizowanych planów na życie. Reżyser mówi o tym, w jaki sposób miasto potrafi spychać w dół i jak szybko może sprawić, iż człowiek stanie się „ćmą barową”, dla której knajpiana rzeczywistość staje się jedynym punktem odniesienia do wszystkiego, co w życiu robi. To nie jest jednak zagrożenie dla tych, którzy przyjeżdżają do KRK na chwilę. Zastanawiać się także można, czy to miasto nie jest magiczne przede wszystkim dla tych, którzy pojawiają się tu na krótki czas i nie są zmuszeni uczestniczyć w codziennym życiu, niekoniecznie związanym z wieloma zabytkami, miejscami zabaw i specyficznymi punktami ciszy oraz odosobnienia. Wracam jednak do meritum, czyli do recenzowania książki. Warta poznania dla tych, którym Kraków nie jest jeszcze znany oraz ciekawa jako punkt odniesienia do własnych wrażeń i przemyśleń dla tych, którzy w grodzie Kraka mieszkają. Ciekawa i inspirująca mimo mankamentów, o których wspominałem na początku. Klimatyczna i o wielu obliczach – jak sam Kraków.

Dodać jeszcze należy, iż publikacja wzbogacona jest licznymi fascynującymi fotografiami, które dodatkowo kuszą. Dobrze jest mieć tę książkę pod ręką podczas wycieczki do Krakowa. Myślę, że nawet lepiej niż opasły i szczegółowy przewodnik turystyczny.

Wydawnictwo Znak, 2007

2008-06-29

"Uchodźcy z Korei Północnej: Relacje świadków" Dorian Malovic & Juliette Morillot

Korea Północna. Piekło na ziemi. Nikt tak naprawdę nie wie, co znaczy stąpać po nim codziennie, co znaczy żyć w terrorze kłamstw, głodu i czym jest egzystencja w paranoicznym kolektywie, dla którego nie istnieje pojęcie wolności, szczęścia czy swobody. Nikt nie jest w stanie pojąć przerażającego izolacjonizmu kraju, w którym życie rządzi się zupełnie innymi, nieludzkimi prawami i kraju, który jak żaden inny na świecie kryje w sobie wiele mrocznych tajemnic, jakie prawdopodobnie nigdy nie zostaną ujawnione reszcie świata.

Tylko czy cała reszta świata robi coś innego, poza pełnymi współczucia westchnieniami i teatralnymi gestami solidarności z gnębionymi Koreańczykami, ilekroć media w jakiś sposób przekażą strzępki informacji z pogrążonego w otchłani totalitaryzmu państwie? Francuscy dziennikarze Juliette Morillot i Dorian Malovic podjęli próbę opisu rzeczywistości, jaką bardzo trudno jest wyrazić w słowach i pojęciach zrozumiałych dla ludzi wolnych. Postanowili przyjąć technikę uważnej obserwacji i pełnego skupienia podczas wysłuchiwania coraz to kolejnych opowieści tych, którym udało się uciec z północnokoreańskiego piekła. To bardzo ważny i wstrząsający dokument, który nie pozwoli już nigdy na to, by uciec myślami od problemów państwa, gdzie ludzie przestali być dla siebie ludźmi i stali się bezwolnymi istotami, stawiającymi sobie za cel przeżycie każdego następnego dnia. To książka, po której bardzo długo będzie się dochodzić do siebie, to przerażająca opowieść o bezsilności, atrofii uczuć, o zrujnowanym systemie wartości, zdeformowanych uczuciach, myślach i słowach. To opowieść powodująca, że na przemian zaciska się pięści ze złości i roni łzy bezsilności. Książka, którą trzeba poznać, aby zrozumieć, czym jeszcze świat może zaskoczyć w swym okrucieństwie i niepojętej niesprawiedliwości.

Relacje tych, którym udało się uciec z Korei Północnej, ubarwiane są mniej lub bardziej stronniczymi informacjami na temat historii, sytuacji geopolitycznej i obyczajowości zarówno Korei, jak i jej najbliższych sąsiadów. W tej polifonii narracyjnej kryje się sugestywny i wszechstronny ogląd spraw, o jakich bardzo często się milczy, a jakie są niezwykle istotne dla zrozumienia zwłaszcza stosunków panujących między państwami graniczącymi z totalitarnym więzieniem Kim Dzong Ila. Autorzy publikacji dostrzegają złożoność problemu imigracji z Korei Północnej i ukazują niejednorodne stanowiska tych, którzy z różnych powodów opuścili ten kraj. Szereg wywiadów inkrustowanych encyklopedycznymi informacjami daje nam obraz człowieka, który nigdy nie rozumiał sensu swojego człowieczeństwa i żył w kraju, gdzie nie istniał jakikolwiek zewnętrzny porządek ontologiczny, dzięki któremu zrozumiałby, w jak przerażającej pustce tkwił przez całe życie. Imigrant z Korei Północnej zmuszony jest do tego, by poznać szereg podstawowych pojęć i zrozumieć wartości, o jakich dotychczas nie miał pojęcia. To przede wszystkim ktoś, komu za wszelką cenę trzeba udowodnić, że nie jest gorszy od ludzi, z ktorymi spotyka się w nowym świecie. Myślę, że znamienna jest opinia jednego z lekarzy zajmujących się uchodźcami z ziem na północ od trzydziestego ósmego równoleżnika: „To, czego dziś potrzebują najbardziej, to równego traktowania. Musimy im powtarzać, że wszyscy należymy do tego samego gatunku ludzkiego”.

Pisanie o książce Morillot i Malovica wymagałoby nieustannego cytowania, albowiem moc tego dokumentu zawarta jest w bezpośrednim przekazie tych, którzy próbują odnaleźć się w szokującym dla nich świecie. Przejmujące są motywy działania uciekinierów decydujących się jednak na powrót i tych, których dramat konfrontacji z innością zdaje się przewyższać dramat bycia przedmiotem w systemie administrującym przedmiotami. Przytoczę tylko kilka wyjątkowo wstrząsających wypowiedzi, ujawniających, jak bardzo nieludzki świat jest w stanie stworzyć jeden człowiek wraz z gwardią oddanych mu wyznawców jedynej słusznej ideologii. Mają one na celu także wskazanie, z jak trudnymi do przekroczenia barierami muszą zmagać się ci, którym udało się opuścić mroczny świat Korei Północnej.

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na terror strachu i powszechną atomizację społeczeństwa, umożliwiające pełną kontrolę nad świadomością i światopoglądem. „Chorobliwa podejrzliwość została zaszczepiona w każdym z nas, uniemożliwiając najdrobniejszy odruch dobroci czy przychylności. W świecie, w którym rządzi strach i donosicielstwo, wszyscy milczą, a każdy żyje dla siebie”. Niemożliwym wydaje się zrozumienie w takim stanie czegokolwiek innego poza wytycznymi wodzowskiej ideologii, która zastępuje w świadomości obywateli także religię. Najbardziej przejmujące jest jednak to, iż żaden z żyjących obok siebie Koreańczyków z Północy nie jest w stanie zbliżyć się emocjonalnie do rodaka. „Tam nie można nikomu ufać, nie można nikomu wierzyć, każde słowo może być niebezpieczne. Małżonkowi też nie można nic powiedzieć. Nie ufamy nawet własnym dzieciom!". Ci, którzy mimo tego niepojętego systemu wszechkontroli dusz i umysłów są w stanie walczyć o własne dobro, jest naprawdę niewielu i są przerażająco osamotnieni w swoich działaniach. Klęska głodu w państwie tak naprawdę po raz pierwszy na szerszą skalę wymusiła szukanie pomocy poza granicami Korei Północnej. Tyle tylko, że jej mieszkańcy od urodzenia budują granice, które z trudem można przekroczyć. Granice poznania samego siebie i otwarcia na innych.

Ogromna wartość poznawcza tej publikacji idzie w parze ze świetnym warsztatem dziennikarskim autorów i subtelnością w opowiadaniu o tym, o czym wielu z nas nie umiałoby odpowiedzieć. „Uchodźcy z Korei Północnej” to książka drastyczna, ale zalecana do lektury wszystkim tym, którzy nie do końca zdają sobie sprawę z wielkości i wspaniałości demokracji. W niniejszej recenzji zasygnalizowałem jedynie kilka problemów, które zostały w niej poruszone. Reszta niech pozostanie do przemyślenia dla czytających. Nie można obok tej książki przejść obojętnie!

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-06-26

"Pałac Ostrogskich" Tomasz Piątek


"Trop do egzegezy tekstu ukryty jest już w pierwszym zdaniu. Okazuje się, że całość świata przedstawionego wyłania się z subiektywnych odczuć chwili i wybiórczej pamięci. W tonie objawienia Piątek informuje bowiem, że „Na początku był nastrój”. Jego opowieść będzie więc zmienna tonacyjnie, niejednorodna, ustawicznie zaskakująca zarówno formą, jak i treścią. Zaskakująca bardzo pozytywnie i niezwykle sugestywnie. Nic bowiem po lekturze „Pałacu Ostrogskich” nie jest tym, czym się dotychczas wydawało. Wszystko zmienia swój kształt i staje się niejednoznaczne."

Całość tekstu do przeczytania na stronie magazynu "Independent"

2008-06-22

"W ogrodzie Mirandy" Katarzyna Krenz

Czy Platon może narodzić się ponownie w umysłach i pragnieniach kilku mieszkańców znanego, ale bardzo cichego i wydającego się odcinać od reszty świata angielskiego miasteczka? Czy współczesne odczytanie Platońskiej teorii idealizmu pośród realnych bytów, których duchowa wykładnia wciąż na nowo jest odkrywana i które konstytuują skomplikowane życie młodej Polki, pozwoli jej rozpocząć nowe życie? Czy anamneza stanie się skutecznym sposobem na to, by na nowo nadać sens swemu istnieniu, odkryć właściwą drogę i odnaleźć na niej prawdziwie oddanych przyjaciół? Między innymi o tych sprawach traktuje bardzo subtelna, a jednocześnie niesamowicie wyrazista powieść Katarzyny Krenz. Powieść, która może wywołać ambiwalentne uczucia przy lekturze. Z jednej strony przepełniona pięknym humanizmem, będąca mądrym traktatem na temat stawania się człowiekiem i rozumienia samego siebie. Z drugiej – dość sentymentalna, nazbyt statyczna i męcząco ckliwa opowieść o kobiecie, która potrafi dzielnie dać sobie radę w nowym miejscu i nowym świecie i dla której los jest nazbyt hojny, co wywołuje wrażenie, iż czytamy o jakichś cukierkowych, przesłodzonych perypetiach, które oczywiście muszą skończyć się szczęśliwie. Przyjrzę się tej książce zatem z dwóch perspektyw – czytelnika poruszonego i przekonanego filozoficzną głębią tej opowieści i odbiorcy zwyczajnie zmęczonego nagromadzeniem zbyt wielu wątków i ich sielankowymi rozwiązaniami, które niweczą napięcie, jakie autorka wspaniale tworzy podczas nakreślania dość dramatycznych i skomplikowanych biografii bohaterów.

Miranda Kersten (w młodości Mirosława) wiedzie życie szybkie, dynamiczne, męczące i pozbawione głębszej treści. Realizując kolejne kontrakty pewnej warszawskiej kancelarii, coraz bardziej traci poczucie pewności tego, iż jej życie ma sens. Momentem przełomowym będzie – jak to określa jej partner – przejaw braku profesjonalizmu, czyli ciąża Mirandy oraz zwolnienie z pracy, które następuje tak nagle, jak nagle pojawiali się i znikali w jej dotychczasowym zmiennym życiu ludzie i zdarzenia. Bohaterka decyduje się na pozostanie w Anglii i budowanie wszystkiego od nowa. Pierwszą budowlą, jaką musi podnieść z ruiny, jest ona sama. Szybko okaże się, iż na jej drodze stanie wiekowa Mary oraz jej wspaniały dom, w którym czas się zatrzymuje, a pojęcia i emocje zmieniają swoje dotychczasowe znaczenia. „A Mary? (…) Przypominała łagodnie dryfującą łódkę na spokojnym jeziorze. Było w niej dziwnie senne zamyślenie. Nieme jak cień. W ogóle całe Willow Pond było jak dryfująca łódź – z dala od ludzi i świata. Poza czasem”. W innym rytmie i z innymi priorytetami Miranda będzie uczyć się prawdziwego poznawania świata i odkrywania tego wszystkiego, na co w szaleńczym wirze służbowych obowiązków nie zwracała uwagi.

Pobyt w pełnym dostojnego spokoju miejscu pozwala bohaterce dostrzec w pełni jałowość i pustkę, które zostały spowodowane przez to, iż na co dzień nie analizowała swoich poczynań i nie gromadziła wspomnień. Rozpoczyna niejako życie z samą sobą, z którą nigdy nie było jej po drodze. I odbudowuje swą pamięć. „Dopiero w Anglii Miranda przekonała się, jak mało człowiek pamięta. I jak wyrywkowo. Tak jakby miasta, domy i pokoje, gdzie w przeszłości mieszkała ktoś pociął jak klatki taśmy filmowej”. Aby ułożyć życiowe puzzle, kobieta musi nad nimi wreszcie w spokoju zasiąść. Pobyt w Willow Pond będzie ku temu niepowtarzalną okazją.

Niezwykle istotne dla zrozumienia przemiany, jaka dokonuje się w Mirandzie, będzie spojrzenie na nią przez pryzmat życia innych osób, które z czasem staną się bohaterce coraz bliższe. Irena Montag pojawia się w jej życiu zupełnie przypadkowo. Niespełniona pisarka, która próbuje rekonstruować losy i przeżycia Iris Murdoch, poszukuje spełnienia w obcych biografiach, bojąc się tak naprawdę wziąć odpowiedzialność za własną. Miranda pomoże Irenie pożegnać się z paraliżującą jej działania życiową goryczą i pomoże nadać nowe znaczenia dotychczasowym rozczarowaniom kobiety. O wiele jednak silniejszy wpływ na świadomość tytułowej bohaterki wywrze Colin, któremu nieuleczalna choroba dała niepowtarzalną okazję, by przyglądać się poczynaniom swoim i innych z perspektywy obserwatora, który analizuje przeze wszystkim przyczyny, a nie skutki. Colin próbuje za wszelką cenę dać opór relatywizmowi i udowodnić, że harmonia w życiu jest stanem jak najbardziej możliwym do osiągnięcia. O ludziach wypowiada się następująco: „Bo prawdę każdy ma dziś swoją i trzyma się jej kurczowo, żeby nie zwariować. Prawdy ostatecznej jeszcze nikt nie odkrył, nawet w nauce, chociaż raz po raz na horyzoncie pojawia się jakiś fizyk, prorok albo inny filozof, który twierdzi, że ją poznał". Colin nie dąży zatem do znalezienia odpowiedzi na wszystkie nurtujące go pytania, ale przyjemność widzi w ich ustawicznym zadawaniu.

A teraz łyżka dziegciu w beczce miodu. Chociaż autorka ustawicznie podkreśla typowo angielskie zdystansowanie do uczuć i próbuje przedstawiać je w miarę obiektywnie, wychodzi jej z tej powieści nazbyt pretensjonalny melodramat, w którym pojawia się zbyt wielu rozdartych wewnętrznie bohaterów i zbyt wiele fabularnych niejasności, które piętrzą przed czytającym problemy percepcyjne. To książka przede wszystkim za długa, niemiłosiernie ckliwa i nazbyt pompatyczna w swej moralitetowej koncepcji. Mamy także stale widoczny wątek rodzącego się w łonie matki życia i irytującego wręcz przypominania, iż wraz z narodzinami dziecka świat odmieni się i będzie inny. Przygotowani na to jesteśmy praktycznie już od pierwszych rozdziałów. Potem fabuła staje się coraz bardziej przewidywalna i coraz bardziej zaśmiecona licznymi wątkami pobocznymi.

Nie urzekła mnie ta powieść, ale też nie rozczarowała. Może kryje w sobie dość wyraziście ukazaną ideę i bardziej frapujący, pełen niejednoznaczności jej cień? Może ten specyficzny dualizm powoduje, iż nie można tej książki ocenić jednoznacznie?

Wydawnictwo Literackie, 2008

2008-06-15

"Bulterier Samson i ja" Waldemar Borzestowski

Taki typ literatury określa się mianem lekkiej i przyjemnej. Świat przedstawiony w opowieści o wielkiej przyjaźni samotnego mężczyzny i niezwykłego psa dość wyraźnie nawiązuje do familijnej sielanki ze zbyt przewidywalnymi rozwiązaniami fabularnymi, jakie polski czytelnik może znać choćby z powieści Tony’ego Parsonsa. Porównanie przychodzi na myśl samo – tak jak u popularnego brytyjskiego prozaika mamy w tej książce bohatera, któremu życie odebrało szczęście i który o to szczęście sam musi powalczyć, będąc już wieku, w którym pozornie na jakąkolwiek walkę jest za późno. Tyle tylko, że Borzestowski podjął się tematu dość naiwnego i wielokrotnie już eksploatowanego, ale zrobił to z niepowtarzalnym wdziękiem. Tak, jest to książka lekka i przyjemna, ale dostarcza niepowtarzalnego ciepła, które wywołują perypetie związane ze specyficzną metamorfozą, jakiej ulegnie czasowy właściciel groźnego czworonoga.

Dawida właściwie nie da się na początku polubić. Kreuje Borzestowski postać swoistego anty-bohatera, który wydaje się więzić akcję i nie dopuszczać do tego, by w jakikolwiek frapujący sposób się rozwinęła. Dawid skończył czterdzieści lat, a jego dotychczasowe życie naznaczone jest pasmem klęsk i nieustającego poczucia krzywdy, jakiej zaznaje od losu. Ten ckliwy malkontent walczyć będzie przede wszystkim sam ze sobą oraz z fatum klęski, które z czasem już oswoił. Nie dla niego stała praca, awans zawodowy, szczęśliwe małżeństwo i życiowa stabilizacja. Była żona już dawno przestała zwracać na niego uwagę, z córką nie ma praktycznie żadnego kontaktu, a domowy budżet reperuje kieszonkowym od mamy, dla której Dawid nadal jest małym, nieporadnym dzieckiem.

I jak tu czytać dalej taką opowieść, która już na wstępie męczy okrutnie nieporadnością i bylejakością cechującą głównego bohatera? Co może zafascynować w przewidywalnym do bólu, naznaczonym brakiem jakiejkolwiek inicjatywy, wpatrzonym w szklany ekran społecznym wyrzucie sumienia? Jakże można z zaciekawieniem przyglądać się poczynaniom tego, który tak o sobie opowiada? „Ani ja światu, ani świat mnie nie miał nic do zaoferowania, prócz audycji telewizyjnych i tysiąca reklam, absolutnie dla mnie, dysponującego mizernym budżetem, obojętnych, a jedynie pozwalających w trakcie wyjść do toalety, umyć sobie głowę albo przygotować kolację. Byłem odrzutem społeczeństwa, jednostką istniejącą tylko teoretycznie, niczego nie wytwarzałem, niczego nie miałem zamiaru produkować ani tym bardziej kupić”. Okazuje się, że zwrot akcji zainicjuje groźny bulterier, którym Dawid zacznie się odpłatnie opiekować. Wówczas da się zauważyć, iż powieść Borzestowskiego jest inteligentnie i dowcipnie skonstruowaną historią o dorastaniu do samego siebie i o wewnętrznej sile, której pokłady drzemią w każdym z nas. Ta książka poruszy także kwestię społecznej przynależności, zaś pies stanie się motorem zmian uświadamiających Dawidowi, jak bardzo i komu jest potrzebny.

Nieprzypadkowo dzielny bulterier nosi starotestamentowe imię tego, który niejednokrotnie dokonywał czynów niemożliwych dla zwykłych ludzi. Samson bowiem pozwoli Dawidowi na wewnętrzne samookreślenie się, na odbudowanie poczucia własnej wartości, jakie dotychczas znajdowało się w całkowitej ruinie. Dzięki bulterierowi mężczyzna niepewny, nieśmiały i zagubiony odkryje w sobie wewnętrzną moc i nie pozwoli nadal biernie sterować sobą przez otoczenie. Borzestowski w dość prosty, ale jednocześnie przekonujący sposób nawiązuje do gnozeologicznej formy antropocentryzmu, albowiem jego bohater zdobywa wiedzę o świecie poprzez ustawiczny rozwój własnej osobowości. Okaże się bowiem, iż granica czterdziestu lat nie jest bynajmniej ograniczeniem samoświadomości, że dzięki przypadkowym czynnikom zewnętrznym wiele można zmienić i wiele zrozumieć. To nie jest właściwie książka ani o psie ani o jego przyszywanym właścicielu. To ujmująca lekkością przypowieść o stawaniu się na nowo ze wszystkimi konsekwencjami, jakie ono niesie.

Dodatkowo jest książka Borzestowskiego barwnym obyczajowym kalejdoskopem. Będziemy w niej mieli kłótnie i niesnaski małżeńskie, drapieżną rzeczywistość kapitalizmu, w jakiej pozornie nie ma szans na szczerość i miłość, dwulicowość i wścibskość blokowych sąsiadów, obraz mrocznego trójmiejskiego półświatka i buddyjską drogę odnowy, jakieś doświadczać będzie podczas jesieni życia matka bohatera. Socjologiczne tło, w jakim rozegra się opowieść o przyjaźni psa i człowieka także przekonuje oraz powoduje, że pośród zdarzeń powieści każdy mniej lub bardziej rozczarowany życiem czytelnik dosyć szybko się odnajdzie. Autor rozprawi się również z kilkoma obyczajowymi stereotypami, a przede wszystkim udowodni, że uznany za brutalnego i zagrażającego bezpieczeństwu bulterier jest ciepłym i oddanym czworonogiem, od którego wiele mógłby się nauczyć niejeden człowiek.

Chociaż życie wydaje się skomplikowane i przygnębiające, nigdy nie wiadomo, co stanie się impulsem do tego, aby spojrzeć na nie z innej strony. Borzestowskiemu udało się ukazanie tego innego spojrzenia i przekonujące nakreślenie przemiany, którą wywoła sympatyczny czworonóg.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-06-11

"Czym była ciemność" Inka Parei

Obrzeża Frankfurtu. Niepozorna kamienica. Stary i schorowany lokator. I trudna do wytrzymania atmosfera duszności oraz niepokoju. Inka Parei napisała książkę o mocy pamięci i o koszmarze przypominania sobie tego, kim kiedyś się było. Napisała o tym, co dzieje się z człowiekiem próbującym wskrzesić iskrę, która oświetli mu mrok przeszłości. Stworzyła poruszający dramat egzystencjalny, w którym główną rolę zagrają wspomnienia, fobie i wyrzuty sumienia. Lektura „Czym jest ciemność” będzie przygniatać ciężarem niewypowiedzianych słów i nieokreślonych sytuacji. Jest to jednocześnie książka bardzo przejrzysta i dynamiczna dynamiką zdarzeń minionych. Trudno jest określić, czy znajdujemy się w mrocznej przestrzeni mieszkania – labiryntu, czy też uczestniczymy w grze wyobraźni bohatera, która swą mocą i niejednoznacznością powoduje, że tej introwertycznej podróży w czasie i przestrzeni nie da się przeżyć inaczej niż boleśnie.

Parei buduje napięcie narracyjne poprzez specyficzny rodzaj wizyjności. Obrazy z przeszłości kontrastują ustawicznie z ponurym lokum, w jakim stary człowiek próbuje przemierzać przestrzenie. Im więcej fizycznego ruchu wykonuje, tym intensywniej rozgrywają się zdarzenia, które uważny czytelnik złoży w pewną całość dopiero wówczas, kiedy bohater spróbuje nazwać pewne pojęcia, wokół których krążą jego dramatyczne wspomnienia. Co w nich znajdziemy? Rozmyte portrety mężczyzn, którzy kiedyś byli dla starca ważni. Kobietę, z jaką łączyła go specyficzna więź i z którą z jakichś powodów nie mógł się związać. Żołnierski dryl Wehrmachtu i połyskujące w ciemności stalowe druty kolczaste. Przede wszystkim jednak każde ze wspomnień naznaczać będzie piętno niepokoju. Drgają one wszystkie i domagają się uwagi; zmieniają kształty i usiłują zdestabilizować porządek linearnej pamięci. Destrukcja osobowości następuje tutaj poprzez ponowne przeżycie tego, co nie zostało naprawdę przeżyte w przeszłości. Ruina psychiczna, w jaką popada bohater to jednocześnie paradoksalny wzrost samoświadomości tego, jak bardzo kalekie było jego życie. I chociaż rytm tego życia przez lata wyznaczał stukot pieczątek w urzędzie pocztowym, rutyna urzędniczej codzienności okaże się nieskutecznym sposobem na to, aby pożegnać się z demonami przeszłości.

Należy także zwrócić uwagę na fakt, że zamknięta przestrzeń mieszkania także odgrywa w tej opowieści dużą rolę. Można odnieść wrażenie, iż mieszkanie jest więzieniem, które coraz bardziej dramatycznie zmniejsza się, dusząc i zabijając. Więzieniem, z którego nie uda się bohaterowi wydostać będzie także trauma wspomnień i tajemnica domu, w którym mieszka. Klaustrofobiczny nastrój tej książki potęguje fakt coraz intensywniejszego nacierania na siebie zdarzeń minionych i ich wzajemnej walki o to, by utrzymać się w pamięci na trwałe. Im więcej i dokładniej stary człowiek sobie przypomni, tym boleśniej przeżywać będzie napięcie, jakie rodzić się będzie między uzupełniającymi się fantasmagoriami. Ukształtuje tu się zatem opozycja między siłą faktu a słabością urojenia. Gdzieś pośród nich rozegra się osobisty dramat przypominania sobie swego życia na nowo.

To książka, w jakiej smolista gęstość między tym, co jest a tym, co było może mocno utrudniać percepcję lektury. Jest to jednocześnie opowieść, w której dość przejrzyście dokonuje się akt ekspiacji. Okaże się jednak, że drapieżna przeszłość zniweczy szansę na to, by bohater mógł spokojnie oddać światu swój ostatni oddech.

Parei napisała o przejmującej próbie pożegnania z tym wszystkim, co nie pozwala się pożegnać. Finałowe świtanie wydaje się bardzo niejednoznaczne. W końcu jest to opowieść próbująca wyjaśnić istotę ciemności oraz siłę jej oddziaływania. Czy zatem w tej mrocznej historii pojawi się jakiekolwiek światło? I czy zrozumienie, czym była ciemność pozwoli na skuteczną z nią walkę?

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2007

2008-05-31

"Opiekun" Piotr Jędrosz

Monika Mostowik i Paulina Grych udowodniły mi, że nie warto zrażać się do autora po pierwszej jego książce, której przykry cień pozostaje w czytelniczej pamięci i nakazuje omijać dane nazwisko szerokim łukiem. Sięgnąłem więc po „Opiekuna” z czystej przekory, pamiętając o traumatycznym przeżyciu lektury „Bigamisty”. Chociaż już od pierwszych rozdziałów specyficzne poczucie humoru i lingwistyczna ekwilibrystyka w dialogach bohaterów przypomniały mi aż nazbyt wyraźnie opowieść o nierozważnym pilocie zdradzającym kilka kobiet naraz, łudziłem się, że to jednak inny Jędrosz, że tym razem nie będzie uprawiał taniego kuglarstwa i nieco inaczej pobawi się ze stereotypami społecznymi. O ile jednak wychodzi w tej książce opiekowanie się przez bohatera nad wyraz rozwiniętym czternastolatkiem, o tyle nie wychodzi wiarygodność w portretowaniu współczesnego świata relacji damsko – męskich na opak.

Co my tu mamy? Niańką dla dziecka nie jest milutka starsza pani pretensjonalnie nadużywająca deminutiwów w stosunku do podopiecznego ani zbuntowana nastolatka, która po trzaśnięciu drzwiami przez rodziców organizuje sobie schadzki z ukochanym, za nic mając domagającego się swoich praw dzieciaka. Niańką jest… Werner Werner. Posiadający takie samo imię jak i nazwisko mężczyzna (ciekawe jak długo autor myślał nad tym konceptem?) stanie się przykładnym opiekunem i przyjacielem dla Edwarda, dla którego własna matka nie znajduje ani wystarczającej ilości czasu, ani należytej uwagi. Ewa Shuetz, niezależna kobieta sukcesu stanie się zaś chlebodawcą dla mężczyzny życiowo nieporadnego, ale inteligentnego i frapującego – zarówno ją samą, jak i jej syna. I jeśli czytelnik myśli, że autor założył sobie, iż odwróci role i pokaże, jak to mężczyzna może stać się uległy wobec kobiety we współczesnym świecie, a drapieżna domina jest w stanie destrukcyjnie wpływać na samcze „ego”, może się gorzko rozczarować. Jędrosz bowiem w takiej konwencji ukaże siłę i niezależność mężczyzny, którego nie sposób zdefiniować przy wykorzystaniu jakichkolwiek słów ze słownika patriarchatu.

Z ust przyjaciela Wernera Wernera padają następujące słowa: „Rodzina nie ma sensu, a brak rodziny też nie ma. Przypuszczalnie chodzi o nowy model rodziny, którego nikt jeszcze nie wymyślił”. Jędrosz próbuje za wszelką cenę pokazać taki awangardowy model. Buduje go z samych pytań, na które czytający musi odpowiadać tak często, jak bohaterowie książki na czynione sobie zarzuty natury wszelakiej, ale wychodzi z tego obrazek jedynie prześmiewczy, taki autorski żarcik z instytucji rodziny i tradycyjnego podziału ról w owej rodzinie. Żarcik śmieszny, jak mniemam, tylko dla samego Jędrosza i równie nieprzekonujący, co jego papierowe postacie, których przeżycia mają nas tak silnie poruszyć i zmusić do refleksji na temat tego, kim dla siebie są wzajemnie ludzie, którym los pozwala być razem, a życie nakazuje podejmować wspólne decyzje. Powieściowy opiekun bowiem bardzo szybko stanie się kimś znaczącym zarówno dla Edwarda, jak i dla jego matki. Nonszalancki lekkoduch wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom dziecka i zmusi do zadumy matkę, która dotychczas nie zastanawiała się nad rolą mężczyzny w swoim i Edwarda życiu po tym, jak sprawnie przegoniła z niego nudnego i schematycznego męża. Werner Werner to współczesny Papkin, który Klarze będzie chciał sprawić krokodyla. To nowoczesny ojciec i jednocześnie przyjaciel dla Edwarda. Wspaniały człowiek i jednocześnie nieudolny mężczyzna, którego jednak wielką siłą będzie po prostu istnienie. Człek to bowiem wielki poprzez to, że jest, doświadcza, rozumuje i czuje. Stanowi przeciwległy biegun dla zapracowanej właścicielki biura nieruchomości, która ma jeden zasadniczy problem. Jaki? „Ewa Shuetz nie wiedziała jednak wielu rzeczy. Nie wiedziała na przykład, do czego potrzebne mogą być jej pieniądze. Najpierw miała je bowiem niejako za pośrednictwem rodziców, później zaś sama zarabiała je z powodzeniem sama i cała jej o nich wiedza sprowadzała się do świadomości, że są niezbędne”. Werner Werner pokaże jej, że pieniądze to wartość drugorzędna, a pięknem życia można się cieszyć na wiele różnych sposobów, które bynajmniej nie są związane z powiększaniem stanu swojego konta.

Jędrosz w „Opiekunie” próbuje także „sprzedać” nam nowy model partnerstwa, któremu przyklasnąć powinni wszyscy rozczarowani tradycyjnym podziałem ról społecznych i płciowych. W obyczajowym trójkącie dojdzie bowiem do wielu przewartościowań. Matka, syn i ten trzeci, obcy i jednocześnie nadzwyczaj bliski mężczyzna znajdą między sobą specyficzną nić porozumienia. I staną się dla siebie partnerami.

Miało być odkrywczo, zabawnie i demaskatorsko. Wyszło tak jak w „Bigamiście” – nijak. I niech autor nie sądzi, że się na niego programowo uwziąłem, bo to naprawdę nie moja wina, że po raz drugi przeżywam czytelniczy niesmak. Jędrosz pozwala na dobrą zabawę podczas lektury, ale w przekazie swej opowieści po raz kolejny staje się oszustem, któremu znowu nie wyszło mamienie przewrotnością i kwestionowaniem fundamentalnych pytań o istotę życia społecznego.

Wydawnictwo Sonia Draga, 2007

2008-05-26

"Ruski miesiąc" Dmitrij Strelnikoff

Jak długo trwa tytułowy miesiąc? Ile trzeba mieć w sobie cierpliwości i samozaparcia, żeby będąc Rosjaninem, wziąć w naszym pięknym i wolnym nadwiślańskim kraju ślub kościelny z rodowitą Polką? Jakie przeszkody piętrzyć będą przed bohaterem polskie urzędy i polska mentalność? I przede wszystkim – czemu można się przyjrzeć w obcym sobie kraju, do którego miłość warunkuje rozwijające się uczucie wobec przyszłej żony? O tym wszystkim opowie przewrotna i dowcipna książka Dmitrija Strelnikoffa. Chociaż nie jest to dzieło literackie wysokich lotów, warto jednak pozycję tę zgłębić choćby po to, by przyjrzeć się temu, czego na co dzień w Polsce nie dostrzegamy, a co wzbudzać może zdziwienie i konsternację w kimś, kto do tej pory był obywatelem wielkiego państwa, a teraz stał się małym i nieporadnym emigrantem, któremu nic łatwo nie przychodzi. „Będąc obywatelem największego państwa świata, jestem tu, w swoim polskim domu, mniejszością narodową. To ciekawe doświadczenie. To tak jakby tygrysowi nagle powiedzieli, że jest myszką. Szarą myszką, która siedzi w kąciku i cicho czeka, aż ją zje jakiś zarobaczony wielorasowy kot”. Nasza rosyjska myszka bynajmniej nie siedzi cichutko pod polską miotłą. Snując opowieść o komplikacjach związanych z kościelnym uznaniem słuszności swego ślubu z Polką, obnaży polskie przywary w iście mistrzowskim stylu prostej ironii i niegroźnej zgryźliwości.

Książka Strelnikoffa wyrosła z szeroko pojętego zadziwienia innością. Bohater – oczywiście porte parole autora – bezustannie zmaga się z poczuciem zaskoczenia i zaintrygowania niezwykłymi obyczajami niezwykłej ojczyzny swej wybranki Stasi. Jej ojczyzna jawi się jako kraj kontrastów i zaściankowych uprzedzeń. Jest to jednak także miejsce, w którym każda narodowa przywara pod piórem autora zamienia się w dobrodusznie wyśmianą przypadłość, której można zaradzić przede wszystkim wtedy, kiedy się jej uważnie przyjrzy. Okiem zdziwionego Rosjanina popatrzymy zatem na zwyczaje panujące w polskiej izbie wytrzeźwień, na stołeczny bazar mieniący się feerią charakterologicznych barw, na urzędowe tłumy tłustoczwartkowe i na różnego rodzaju ceremoniały oświadczeń i zaświadczeń, jakie składać muszą chętni do zawarcia więzów małżeńskich. „Ruski miesiąc” to książka obyczajowa z wyraźnymi inklinacjami publicystycznymi. Książka, w której śmieszni Polacy paradują przed oczarowanym pięknem ich śmieszności Rosjaninem. Książka o miłości ponad granicami i o granicach, jakie przekraczamy wszyscy w naszej świadomości, próbując zrozumieć mentalność naszego geograficznego sąsiada.

O geografii i polityce także jest tu mowa. Oto bowiem sam bohater ma problem z określeniem swojej przynależności państwowej: „Rosja to zawsze Rosja, a ZSRR to nazwa określająca jej ciężką chorobę, na szczęście już zażegnaną. Urodziłem się w Rosji. Ale pod sztandarami ZSRR”. Kiedy jednak los pozwoli mu poczuć się spełnionym mężem w szczęśliwym związku zawiązanym w kraju, którego rzekomo nie dotknęła żadna choroba, okaże się, iż komunistyczne zaszłości nadal odciskają się piętnem w świadomości wielu co najmniej sceptycznie do Rosjan nastawionych Polaków starszej daty. Wydawać by się mogło, że w świadomości niektórych ZSRR nadal toczy swoiste boje ideologiczne z PRL. Strelnikoff jawi nam się jednak w swej opowieści jako specyficzny mediator między narodami, dzięki któremu zarówno Polacy jak i Rosjanie odrzucą smutny balast przeszłości, odnajdując na nowo miejsce dla siebie w świecie, w którym nie walczą już zaszłości i stereotypy.

Piotr Smirnoff, bohater książki, bardzo dużo uczy się od Polaków, ale może i my powinniśmy nauczyć się czegoś od jego rodaków? Choćby tego, jak patrzeć na przyjaźń. Oto, co mówi Piotr o rosyjskich więziach: „Uprawiamy przyjaźń atawistyczną, pierwotną – nie zależy ona od stanowiska, które zajmujesz w pracy, wysokości pensji, którą dostajesz, ani nałogów, które pielęgnujesz”. Może warto zastanowić się także nad poczuciem jedności i mocy narodowej, która nieobca jest Rosjanom, a tak często zanika w coraz bardziej zatomizowanym społeczeństwie polskim? Nauka z lektury „Ruskiego miesiąca” płynie niejedna. Książka ta bowiem pokaże, jak wiele łączy Polaków i Rosjan mimo tego, iż pozornie wydawać się może, że wcale tak nie jest. Symboliczne małżeństwa Polek i ich moskiewskich wybranków zarysują jednocześnie frapujące tło do rozważań na temat pokrewieństw, o jakich Polacy i Rosjanie na co dzień nie myślą.

Chociaż wartka akcja podporządkowana jest zamysłowi autorskiemu ukazania irracjonalnych zmagań ze skostniałą instytucją polskiego kościoła katolickiego, wiele w niej różnego rodzaju dygresji i sporo mniej lub bardziej efektownych ucieczek od głównego wątku. Dygresyjność narracji może do „Ruskiego miesiąca” przyciągnąć albo odeń odpychać. Wspomniałem już na wstępie, że nie mamy do czynienia z wybitną literaturą, a raczej z zabawnym dokumentem, którego napisanie było dla autora formą duchowego katharsis. Jego efektem jest powieść intrygująca i pouczająca. Bardzo polska i mocno rosyjska jednocześnie. Taki kolaż emocjonalny ponad granicami.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-05-24

"Szczelina" Doris Lessing

Księga Rodzaju w starszej opowieści informuje nas o tym, że kobieta powstała z żebra mężczyzny. Nowsza tradycja mówi o tym, że oboje zostali stworzeni przez Boga szóstego dnia. Doris Lessing natomiast zabawia się w ironicznego demiurga i próbuje udowodnić, że początkiem rodu mężczyzn były kobiety, że to kobiety są silniejsze, mądrzejsze i to one stworzyły nowy płciowy byt na swoje podobieństwo. Wyszła jej z tego antropologiczna bujda, której przesłanie jest tak samo niejednoznaczne, jak anonimowi bohaterowie – dzieworodne pramatki i ich ułomni synowie, którym Lessing posyła uśmiech pełen pobłażliwości. Nie piszę o tej książce krytycznie jako obrażony samczyk, któremu nie podoba się to, jak noblistka portretuje początki rozwoju przedstawicieli płci brzydkiej. Piszę o „Szczelinie” krytycznie, bo to po prostu nie jest dobra książka, a fantasmagoryczny epos o prapoczątkach ludzkości jest dość kiepsko fabularnie skonstruowaną opowieścią, przy której niejednokrotnie można zwyczajnie ziewnąć.

Opowieść o kobietach i mężczyznach uwikłanych w sieci pierwotnych zależności snuje mieszkaniec starożytnego Rzymu, historyk próbujący odtworzyć w jego przekonaniu barwną i intrygującą historię Szczelin i Potworów. Szczeliny przez całe życie rodzą się i umierają w świecie, w którym rządzą nimi dość prymitywne prawa wspólnoty plemiennej z rytualnymi zabójstwami na czele. Kobiety są samowystarczalne, mają swój własny świat, a pełnia harmonii ich żywota zostaje zniszczona w momencie, kiedy na świat przyjdzie pierwszy przedstawiciel płci odmiennej. Koszmarny noworodek zapoczątkuje apokalipsę spokojnego życia Szczelin. Oto bowiem mężczyźni – Potwory i Tryskacze, jak nazywa ich autorka – w dość krótkim czasie znajdą sposób na to, jak przetrwać w okrutnym dla nich świecie kobiet, a potem z dziką satysfakcją zaczną wabić do swojego świata Szczeliny, które odczują, jak bardzo potrzebni im są do życia ci, bez których bardzo długo ich życie się toczyło. Chociaż płeć męska od początku pokazywana jest w tej opowieści jako ta gorsza, jest w spojrzeniu na męskie "potwory" dużo serdeczności autorskiej ocierającej się niestety o mało wysublimowaną rubaszność. Satyryczna i rubaszna jest ta książka jednocześnie. Jest zaplątanym ciągiem zmyśleń, o których po prostu nie chce się już w pewnym momencie lektury czytać.

„Szczelina” wychodzi jednak naprzeciw współczesnym teoriom równouprawnienia i wspólnego decydowania o kształcie życia społecznego. Pośrednie i bezpośrednie nawiązania do maskulizmu czynią z książki Lessing lekturę społecznie zaangażowaną, choć nie do końca chyba przemyślaną. Mamy tutaj bowiem niejednoznaczność obrazu mężczyzny, mamy szereg mniej lub bardziej przekonujących rozważań o tym, dlaczego istnieje nierówność między płciami i jak można ją zniwelować. Mamy także nakreślony z epickim rozmachem obraz kształtowania się pierwotnej rodziny, wspólnoty, więzi tak silnych, jak silne jest napięcie narracyjne tworzone w poszczególnych historiach o wzajemnej koegzystencji kobiet i mężczyzn. Mamy to wszystko, ale… nie mamy pazura zjadliwej ironii i uszczypliwości, bo ta książka – w zamierzeniu dyskusyjna – nie skłania do żadnych głębszych rozmyślań o niejednoznacznej roli płci w kontekście społeczeństwa i kultury. Z takim potencjałem i takim startem fabularnym ta książka powinna dotknąć do żywego zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Nie dotyka nikogo, bo przypomina babcine bajania przy kominku, w których oczywiście wszystko skończy się dobrze.

Tutaj kończy się nijak, bo to nijaka książka. Ciekawy zamysł i intrygująca poza autorska w patrzeniu na odwieczne problemy płciowości i tożsamości seksualnej. Niestety, mamy szereg zupełnie niewykorzystanych pomysłów w opowieści o pramatkach i praojcach, którzy nie rozumieli roli, jaką mieli spełnić dla przyszłych pokoleń.

Rozumiem, iż Lessing chciała sobie pogawędzić o tym, co od wieków frapuje ludzkość. Gawęda to jednak mało żywa, trudna do przeniknięcia i w gruncie rzeczy dość przygnębiająca. Albo może nie przyjrzałem się jej tak, jakby tego chciała autorka. W końcu to ona – kobieta jest demiurgiem słowa, a ja – mężczyzna próbuję tylko nieudolnie to słowo odczytać.

Wydawnictwo Świat Książki, 2008

2008-05-22

"Droga do piekła" Majgull Axelsson

Wznowienie po pięciu latach znakomitej powieści Majgull Axelsson ma inny, bardziej trafny i oddający klimat tej książki tytuł. Kiedy w 2003 roku opowieść o szwedzkiej dyplomatce, która zmagać się musi z przeciwnościami losu na Filipinach, a potem sama ze sobą w ojczyźnie u boku umierającej na raka matki, ukazała się pod tytułem „Daleko od Niflheimu”, ścieżka interpretacyjna wiodła czytelnika ku legendarnej mrocznej krainie, w której smutek i melancholia dominują nas życiem jej mieszkańców. Pięć lat temu można było patrzeć na tę powieść jak na historię ucieczki, odwrotu, zacierania śladów i wytyczania nowej życiowej ścieżki. Nowy tytuł jest bardziej jednoznaczny i bardziej przejmujący. Cecylia bowiem nie wierzy w piekło w zaświatach, bo dobrze wie, że ma je na co dzień na ziemi. O kilku aspektach ziemskiego piekła stworzonego przez ludzi, niesprawiedliwość społeczną i nieszczęśliwe dzieciństwo będzie ta powieść opowiadała bardzo żarliwie i z różnych perspektyw. Lektura będzie niezwykle trudną drogą w kierunku otchłani, jaką zbuduje dramatyczne napięcie między przeszłością a teraźniejszością życia głównej bohaterki. Będzie także próbą odpowiedzi na pytanie o symboliczny śnieg, który spadając w piekle, pozwala je uczynić bardziej przyjaznym…

Specyficzna kosmogonia, jaką Axelsson kreśli na kartach tej polifonicznej spowiedzi pokrzywdzonych i zrujnowanych psychicznie, pokazuje świat rozpięty między dwiema skrajnościami. To świat, który jest niesprawiedliwy i świat, w którym jakakolwiek harmonia nie jest w ogóle możliwa. Antycypacje narracyjne pozwalają nam układać sobie obraz tej dziwnej przepaści malowany pastelami uczuć i emocji bohaterów pokrzywdzonych przez niesprawiedliwość dziejową i rodzinną. Ten świat to świat biedy i bogactwa. Świat mający dwa oblicza, które nigdy tak naprawdę nie widzą się nawzajem. Powieść buduje narastające napięcie między tymi dwoma światami, między którymi wciąż lawiruje główna bohaterka. Dramatyczny okrzyk pewnej Szwedki, której Cecylia próbuje pomóc w biednym rejonie Indii jest jednocześnie świadectwem niesprawiedliwości, jakie wystawia Axelsson obu tak różnym od siebie światom. Bo czy kiedyś nie nastąpi moment przełomowy? „Nadejdzie dzień Sądu Ostatecznego! Nie chciałabym wtedy być z dziećmi w bogatym świecie. Wszyscy się usmażycie, udusicie od tych waszych spalin, sczeźniecie w ogniu zemsty…”

„Droga do piekła” będzie w umiejętnie dobranych słowach opowiadać o niesprawiedliwości świata. Jest to bowiem opowieść złożona z mini-opowieści. Historia Cecylii staje się w pewnym momencie tylko tłem dla skrywanych tajemnic Butterfielda, Ricky’ego, małej Dolores i filipińskiego rebelianta NogNoga, czyli osób, z jakimi bohaterce przyjdzie przeżyć ziemskie piekło po wybuchu wulkanu Pinatubo, którego erupcja uwięzi ich i skaże na siebie przez dłuższy okres czasu. Ona sama zaś snuć będzie swoją opowieść dla kogoś, a adresata poznawać będziemy stopniowo z szeregu niedopowiedzeń wynikających z opowiadanych przez innych historii.

Butterfield skrywać będzie w sobie bolesne piętno samobójczej śmierci matki i wyalienowania ze społeczeństwa, które nie dało jego rodzinie szansy na normalną egzystencję w prowincjonalnym szwedzkim miasteczku. Ricky będzie obsesyjnie myślał o swej licznej rodzinie i nędzy, w jakiej przyszło jej żyć. Dolores opowie przerażającą historię dziecka, które zmuszone do pracy, szybko stało się dorosłe i pozbawione jakiejkolwiek opieki i troski. NogNog natomiast przejmująco powie o tym, dlaczego zieje tak ogromną nienawiścią do białych ludzi i kto wyrządził mu w życiu największą szkodę.

Gdy okaże się, że Cecylia przeżyje zarówno konfrontację z traumatycznymi historiami tych ludzi, jak i ze skutkami erupcji wulkanicznej, powróci do Szwecji, a tam pozna prawdziwy smak goryczy istnienia i zmierzyć się będzie musiała ze swoim własnym piekłem na ziemi. Towarzyszenie umierającej rodzicielce stanie się okazją do wspomnień o dzieciństwie i bolesnych doświadczeniach okresu dorastania. Najbardziej przejmujące jest jednak to, że Cecylia przy łóżku żegnającej się z życiem matki nie będzie w stanie wykrzesać z siebie choćby odrobiny żalu wynikającego z faktu, że oto za chwilę pożegna się na zawsze z tą, która ją urodziła i wychowała. Kim ona była? „Moja mama: nieskończenie dobra w swoim żarliwym poczuciu sprawiedliwości i autentycznej trosce o innych i nieskończenie zła w braku szacunku i empatii wobec nas”. Jakże trudno będzie zapłakać w momencie, kiedy odchodzi…

Cecylia dorasta pośród krzyków rodziców, nieustannych ich kłótni, wiecznego udowadniania sobie nawzajem tego, kto jest lepszy i silniejszy. Tyle, że przy tym sama jako dziecko traci siły i o utracie sił także jest ta opowieść. Jedno ze wspomnień bohaterki niesie w sobie bolesny zarzut, wykrzyczany rodzicom w twarz: „Zrujnowaliście mi życie waszymi wrzaskami. Jestem niezdolna do życia! Nie wiem, co jest normalne, a co nienormalne, boję się komukolwiek zaufać, zrobiliście z życia coś obrzydliwego i cuchnącego…” Częste podróże w dorosłym życiu Cecylii okażą się więc jedynie nieudolnymi próbami uciekania wciąż na nowo od samej siebie.

Axelsson przepięknie opowiada o ponurych aspektach życia każdego z nas. To opowieść o bezsilności, lęku, o potrzebie akceptacji i próbach szukania własnego miejsca na ziemi. To powieść o tym, jak często nie osiągamy tego, do czego dążymy, bo tkwią w nas bolesne ciernie z przeszłości, których usunąć nie sposób. I tak to właśnie wędrujemy po naszych własnych drogach do piekła… I jeśli kiedykolwiek spadnie w piekle śnieg, będzie tak jak chcielibyśmy, żeby było. Ale czy kiedykolwiek spadnie?

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-05-17

"Eus deus kosmateus" Mirosława Sędzikowska

Jeśli spojrzeć na tytuł, książka Sędzikowskiej jest z pewnością koszmarną wyliczanką. Wyliczanką rozdziałów, nieskrępowanych ani głębszą myślą ani jakimkolwiek spójnym zamierzeniem twórczym dialogów, wyliczanką coraz to bardziej absurdalnych zdarzeń, nieudolnie portretowanych postaci (w ilości przyprawiającej o zawrót głowy) oraz wyliczanką rojeń twórczych, które kazały autorce pisać powieść, ale biedna w trakcie pisania się zapętliła i sama chyba nie wiedziała, o czym ma napisać.

Obserwujemy pewną szkołę i podległy jej internat oraz życie rodzinne polonistki, która bez skrępowania wskakuje na biurko i akompaniuje pieśniom Kaczmarskiego skandowanym przez uczniów. Polonistka owa ma świetny kontakt z młodzieżą. Porozumiewa się z podopiecznymi ich slangiem, pozwala nazwać się „suką”, dyskutuje o Szatanie, rozwija szereg żywiołowych dyskusji niekoniecznie związanych z tematami lekcji i ogólnie jest Johnem Keatingiem w spódnicy, chociaż sama miewa chwile zwątpienia w to, co robi. Wespół z rozważną przyjaciółką Olą mającą wśród młodzieży niekwestionowany autorytet i prezentującą im – w ramach nauki życia - seans „Dnia świra” w szkolnej świetlicy, tworzą niezwykły nauczycielski tandem, w którym mogą liczyć na wzajemne wsparcie. Życie szkolne jest równie skomplikowane jak sytuacja rodzinna bohaterki, a w tym wszystkim pojawi się jeszcze pewna tajemnicza historia niejakiego Bladego, który przed laty szalał z nożem po szkole, a który podobno wcześniej wychodzi z więzienia i … być może planuje zemstę.

Nie jestem w stanie uporządkować sensów fabularnych tej skomplikowanej powieści, bo odnoszę wrażenie, że ich po prostu nie ma. Jest jakaś intryga, są marzenia senne, jest miejsce na balansowanie między światem rzeczywistym a fikcyjnymi koszmarami nie tylko sennymi, ale… tak jak nic nie znaczy tytuł, tak też żadnych znaczeń nie niesie w sobie ta opowieść o nauczycielce, która pisze pamiętnik na konkurs literacki i ustawicznie próbuje czytających owym dziennikiem zafrapować. Książka pośrednio i bezpośrednio odwołuje się do rozmaitych tekstów literatury i kultury współczesnej, ale wychodzi nam z tego cytatowy jazgot dokładnie taki sam, jak w jednej z klas, w której trzeba było krzyknąć tak głośno, aby stracić głos…

Uczniowie Sędzikowskiej to „młodzi gniewni” w nadwiślańskiej, a dokładnie podtoruńskiej wersji. Ich programowa bierność i sprzeciw wobec wszelkich autorytetów idzie w parze z niewiarą w to, iż w ojczyźnie znajdzie się dla nich miejsce. Na lekcji bohaterka usłyszy między innymi taki zarzut: „Niech nam pani odpuści te narodowe historie. Przecież my i tak tu nie zostaniemy. Będziemy najemnymi robotnikami w landach albo pomywaczami w irlandzkich pubach. Jak dobrze pójdzie, nasze dzieci będą Niemcami, a może Anglikami czy Włochami…” Przygnębiająco smutni i pozbawieni jakichkolwiek oznak witalności młodzi obijający się o naszą bohaterkę na przerwach pokazują, że nie tylko szkoła wymaga gruntownych przemian światopoglądowych, ale przede wszystkim ich młode zgorzkniałe umysły trzeba natchnąć jakąś treścią. Podobnego bodźca potrzebują synowie bohaterki i ich rodziny, a ona sama od poniedziałku do piątku walczyć będzie na froncie szkolnym, zaś podczas weekendów i świąt próbować będzie ujarzmić szalone temperamenty członków własnej rodziny, pakujących się w mniejsze lub większe kłopoty.

Na czym polega problem Sędzikowskiej? Może przede wszystkim na tym, że założyła sobie, iż napisze książkę o nauczycielce, a wyszła jej poszatkowana dygresjami natury wszelakiej powieść obyczajowo – fantastyczno – sensacyjna. Może na tym, że próbując powiedzieć cokolwiek odkrywczego o swoim zawodzie, banalizuje to i trywializuje, a historia Bladego – w założeniu oś konstrukcyjna książki - wygląda… po prostu blado. Konkluzje, jakie padają w książce trafnie określi sama autorka, pisząc na temat tego, jak wyglądają przemyślenia ludzi dotyczące istoty zła: „Unoszą się na powierzchni świadomości, niczym piana na wodzie, nie pozwalając zajrzeć w głąb”. To była książka ciekawych zamierzeń, a powstała powieść żenujących rozwiązań.

Reasumując, można wykorzystać jeszcze jedno słowo z powieści i stwierdzić: Pani Mirosławo, naprawdę Panią „potarzało”, że zdecydowała się Pani opublikować „Eus deus kosmateus”.

Wydawnictwo Supernowa, 2008

2008-05-14

"Mamidło" David Albahari

O przejmującej traumie bałkańskich doświadczeń wojennych napisano już kilka interesujących książek. Vladimir Arsenijević opowiedział o niej w nihilistycznym tonie melancholii i zadumy, Nenad Veličković natomiast w pozornie dowcipnej i skrzącej specyficznym poczuciem humoru opowiastce podróżnika ukazał obłęd i bezsens wojny w sposób przejmujący i żywy. Temat, z jakim mierzyli się już autorzy „Pod pokładem” i „Sahiba” podejmuje po raz kolejny David Albahari, czyniąc jednak z zakorzenionych w bałkańskim smutku opowieści niesamowitą prozę konfesyjną, w jakiej rodzinna spowiedź matki stanie się jednocześnie możliwością do zrobienia wnikliwego rachunku sumienia przez syna, który daje nowe świadectwo istnienia rodzicielki i poprzez jej opowieści buduje własną, prawdziwą i przejmującą. „Mamidło” jest jednym wielkim akapitem, bo i jest to książka, która wydaje się być napisana jednym pociągnięciem pióra. Dynamizm zdarzeń przy pozornej statyczności akcji zmusza, aby tę książkę przeczytać natychmiast, bo przerywana lektura w znaczący sposób wpłynie na percepcję całości.

Konstrukcję psychiczną bohatera – narratora zdają się najpełniej wyrażać słowa: „Patrzysz na historię, mówili, niby jakiś romantyk, a na los jak na pastoralny obrazek, na którym gdzieś z boku czyhają złe duchy”. Jest w tej opowieści czasem zbyt wiele ckliwego sentymentalizmu, ale jest w niej także ustawiczny niepokój stawania się na nowo, zapisywania tego, co wypowiedziane i mówienia o tym, co zostało napisane. Punktem wyjścia bowiem są taśmy z nagraniami, rodzinne skarby sprzed lat, które pozwalają na nowo odżyć osobie, która pożegnała się już z życiem, ale z którą na pewno nie pożegnał się mentalnie autor. Odtwarzanie taśm stanie się swojego rodzaju próbą wyjścia naprzeciw przeszłości i porządkowania jej w teraźniejszości. Opowiadanie o tym, co nagrane zaczyna przypominać samodzielną strukturę semantyczną, w której autorowi trudno jest się odnaleźć. Dramatyczne praesens historicum narracji nieustannie manewruje między światem zapisanym a światem wypowiedzianym, między koniecznością bytu mimo wszystko a bytem stwarzanym w głębi osamotnionej jaźni. W tym wszystkim rodzi się także opozycja między słowem pisanym i mówionym, która ma pomóc w zrozumieniu złożoności świata. Bohater bowiem wyjdzie naprzeciw słowom matki głównie po to, aby wyzwolić się z marazmu i emocjonalnej pustki.

Matka. Dzielna i dumna kobieta, która wyznaje prostą filozofię godnego przyjmowania ciosów od losu. Kilkakrotnie z taśmy zostaną odtworzone jej słowa: „Ból jest po to, by bolał, w tej kwestii nic nie można zrobić”. Bolało ją całe życie. Bolało rozstanie z pierwszym mężem, bolała druga wojna światowa, bolała żydowskość i bolało przede wszystkim to, jak Jugosławia rozpadała się na atomy pośród wojennej pożogi i opadającego na wszystko kurzu historii. Autor uczy się od niej, co znaczy trwanie mimo bólu. Próbuje ukoić ból sumienia i ból bycia outsiderem gdzieś z dala od ojczyzny, ale przede wszystkim przywraca sobie samemu wartość za pomocą słów. Między poszczególnymi nagraniami a rozmowami z kanadyjskim przyjacielem otworzy się nowy, inny świat doznań i świat, w którym autor będzie w stanie oswoić swoją samotność.

„Mamidło” to także opowieść o zderzeniu różnych kultur, jakie zachodzi w autorze i jakie ustawicznie nakazuje mu rewidować pojęcie przyjaźni, która łączy go z pisarzem Donaldem. Albahari wielokrotnie podkreśla, że on pisać nie potrafi, że napisałby o matce, przeszłości, smutku, zapomnieniu i samym sobie, gdyby dane mu było odpowiednie narzędzie. W tej autoironicznej grze z czytelnikiem chodzi przede wszystkim o zmuszenie do namysłu nad tym, w jaki sposób wyrazić samego siebie i jak bardzo na to wyrażenie wpłynie bolesność rodzinnej przeszłości. Jest to książka o doświadczaniu inności i książka, która pozwala inność oswajać. Należy tylko umiejętnie odczytać kod, jaki tworzy nam Albahari między dźwiękiem, literą a ich znaczeniem.

Po co autor nagrał w przeszłości te taśmy? „Zmuszając matkę do mówienia, chciałem ją mieć tylko dla siebie, przekuć jej poczucie straty w swoje poczucie zysku”. Specyficzny egoizm, jakim tłumaczyć można jego postępowanie, jest też stale obecny we współczesnym mu percypowaniu świata. To bowiem książka, w której „ja” odmieniane będzie przez wszystkie przypadki i opowieść o tym, jak owo „ja” rozmywa się, by potem stać się na nowo jednością wzmocnioną o wiedzę o przeszłości.

„Mamidło” to powieść trudna, ale bardzo prawdziwa. Wymagająca, lecz dająca po lekturze satysfakcję przeżycia czyjegoś życia w pełni. A przecież o to chyba chodzi Albahariemu. Chce, abyśmy go uważnie podglądali i przede wszystkim wysłuchali. Tak, jak on przed laty wysłuchał swojej matki.

Wydawnictwo W.A.B., 2008