2010-01-28

"Czefurzy raus!" Goran Vojnović

Czefur to w Słowenii obraźliwe określenie przesiedleńca z południowych republik byłej Jugosławii. W pełnej buntu, wulgarności, ironii i dowcipu książce Gorana Vojnovicia czefurzy funkcjonują nie tylko jako imigranci, ale również rodziny imigrantów. Wszyscy zamknięci w specyficznym getcie, na osiedlu Fužiny - blokowisku stolicy Słowenii, w którym rozgrywa się dramat wyobcowania i mają miejsce rozpaczliwe próby manifestowania tego dramatu, a całemu problemowi przyglądać się będzie nastoletni bohater i narrator, Marko Đordić, młodziutki i nadwrażliwy słoweński blokers, którego irytują w życiu drobiazgi, ale i ogólna sytuacja, w jakiej znalazł się on i jemu podobni.

Rodzice Marka przybyli do Słowenii z Bośni. Osiedlenie się w innym kraju nigdy nie dawało im poczucia, że są u siebie. Mimo kupna mieszkania w fužińskim wieżowcu, mimo pracy zajmującej im cały dzień i mimo tego, że starają się za wszelką cenę żyć jak inni Słoweńcy. Marko nie jest Słoweńcem i nie zamierza nigdy się nim stać. Marko i jego koledzy codziennie starają się dowieść światu, że są wyłącznie gośćmi w Lublanie. Bo przecież nie mogą stać się kimś innym niż są. A są czefurami – ludźmi wyobcowanymi, napiętnowanymi i niezdolnymi do tego, by cokolwiek w swoim życiu zmienić. Dla Marka przez pewien czas liczy się koszykówka, ale wagarowanie, picie, ćpanie, spędzanie czasu na osiedlu i przygody kończone czasem nocą na komisariacie nie pozwalają bohaterowi na to, by rozwinął swój talent. Przynajmniej w jego odczuciu nie pozwalają. Bo przecież bycie czefurem to znamię, to stygmat na całe życie. Bycie czefurem to codzienność naznaczona pasmem upokorzeń i klęski. Życie czefura w Słowenii to życie outsidera, który do niczego się nie nadaje i którego nigdzie nie chcą.

Myliłby się ten, kto pomyśli, że Vojnović buduje swoją opowieść tylko z agresywnych, często prostackich tekstów, które pokazują, iż świadomość głównego bohatera jest ograniczona. Bynajmniej. „Czefurzy raus!” to nie tylko interesujący przegląd fobii, kompleksów, lęków i pragnień młodego pokolenia, które dorasta na osiedlu cieszącym się złą sławą. To także wnikliwe świadectwo przemian, jakie zaszły po wojnie bałkańskiej nie tylko w odcinającej się od pozostałych republik Słowenii (która przecież – jak mówi jeden z bohaterów – jest już w Europie), ale także w zniszczonej Bośni, do której w końcu ojciec wysyła syna.

Dramat Marka to dramat młodzieńca, który jest przekonany o tym, że odebrano mu w życiu jakiekolwiek szanse. Że można tylko zbierać kolejne pały w szkole, szlajać się po osiedlu, jeździć po nim samochodem z muzyką włączoną na full, pajacować i obserwować ludzi tak samo szarych, bezbarwnych, pozbawionych ambicji i marzeń jak on. Bohaterowi dodatkowo komplikują życie stosunki rodzinne. On nie ma mamy i taty, on ma Rankę i Radovana. Z Ranką nie znajduje żadnego wspólnego tematu, a Radovan to surowy ojciec, który wciąż czegoś się od niego domaga. Niemniej jednak relacje syna i ojca są w tej książce dość istotne, bo zmiany, jakie w nich zachodzą (przejawy czułości, troski) są jednocześnie zapowiedzią zmian, jakich doświadczy główny bohater.

Kiedy już w końcu Marko przestanie być nazywany czefurem i wróci do ojczyzny swego ojca, otrzyma nowe miano, stanie się Janezem. Tym, który przybył z bogatej Słowenii i nie rozumie problemów życia codziennego w Bośni. Marko jednak wydaje się znakomitym obserwatorem zarówno tego, co dzieje się w Słowenii, jak i procesu rozpadu, jakiemu ulega Bośnia. Kiedy zatem wydawać by się mogło, że fužińskie wyobcowanie Marka odejdzie w przeszłość z chwilą wyjazdu ze Słowenii, okaże się, iż „Czefurzy raus!” to nie tylko książka osadzona w lokalnych realiach i książka o słoweńskich mieszkańcach blokowiska. To książka o wszystkich, których bunt nierzadko jest głośny, ale doprowadza jedynie do coraz większej izolacji.

Vojnović ukazuje, że bardzo trudno jest wyjść ze społecznej roli narzuconej przez innych. Trudno przełamać stereotypy, a czasem po prostu nie chce się tego robić. Kilka refleksji łączy jego książkę z inną słoweńską powieścią, wydaną całkiem niedawno w Polsce. I w zaskakującym formą "Psie” Mazziniego, i w „Czefurzy raus!” autorzy podejmują próbę krytyki słoweńskiej rzeczywistości i krytyki rzeczywistości w ogóle, nakazującej przyjmować ściśle określone role i zachowywać się w społeczeństwie tak, a nie inaczej. Warto też zauważyć, że fužińskie starsze pokolenie czefurów to rozczarowani i znudzeni życiem ludzie bardzo bliscy bohaterom kolejnego słoweńskiego twórcy, Aleša Čara. Smutek i przygnębienie, które są obecne w czterech ścianach lublańskich blokowisk to nie tylko problem imigrantów. Wszak „Awaria” jest zbiorem piętnastu sugestywnych opowiadań o tym, jak trudne i patologiczne może być życie we współczesnej Słowenii nawet dla tych, którym rzekomo w tym kraju się udało.

Gniewna, ciekawa i warta poznania książka Gorana Vojnovicia to kolejny przykład na to, że przekładami słoweńskiej prozy powinny się zająć nie tylko niszowe wydawnictwa. Bo Słoweńcy pisać potrafią. Bynajmniej nie tylko o sobie i swoich lokalnych problemach.

Wydawnictwo Międzymorze, 2010

2010-01-26

"Kronika umarłych" Daniel Odija

Daniel Odija napisał powieść posępną i przygnębiającą. Lektura „Kroniki umarłych” to swoista droga przez mękę, albowiem nagromadzenie mrocznej symboliki i nieszczęść, jakie dotykają głównych bohaterów oraz smutne, zawieszone gdzieś w czasie i przestrzeni nadmorskie miasteczko Kostyń (bardzo rzekomo konkretne, ale przecież wyimaginowane) powodują, że czytanie staje się chwilami nie do zniesienia. I tak ma zapewne być, albowiem to książka, której siła drzemie w dusznej atmosferze snu, jaki wydają się tworzyć zdarzenia bardzo przecież realistyczne i bliskie doświadczeniom każdego z nas. Dobrze, że jest ta siła, że powieść ma mocne punkty, bowiem ogólnie nie jest jakąś istotną pozycją polskiej literatury współczesnej. Atmosfera grozy i niedopowiedzeń bardzo przypomina „Pałac Ostrogskich” Tomasza Piątka, fantasmagoryczny atak szczuraków, o których napiszę poniżej, nasuwa skojarzenia z „Rebelią” Mariusza Sieniewicza, zaś lodowaty i nieprzyjazny Bałtyk to częste tło prozy Pawła Huellego.

Dramaty bohaterów książki są czytelne i przejmujące. Mamy alienację Mateusza, który w duszy tworzy muzyczną etiudę o przewrotnym tytule „Komedia” (i tak też pierwotnie zatytułowana była ta książka, kiedy jakiś czas temu nastąpił falstart i zbyt wczesna zapowiedź wydawnicza). Mamy miejscowego dziennikarza Darka, który przejawia ogólne znużenie życiem i postanawia zakończyć wieloletni związek z żoną, skupioną na nieuleczalnie chorym synu. Mamy pozornie wzorowe małżeństwo Konrada i Agaty, w które wkrada się niepokój. Mamy w końcu nadwrażliwego młodego księdza Jana, którego dramat to brak zrozumienia, kim tak naprawdę jest, kim chce być i rozpaczliwe próby poszukiwania odpowiedzi na pytania natury egzystencjalnej w Księdze, mającej w tej historii istotne znaczenie. Jest w „Kronice umarłych” także ofiara gwałtu, są upośledzone umysłowo dzieci, bierni i znużeni życiem mieszkańcy Kostynia, jest także wszechobecna atmosfera niepewności i zawieszenia. Między tym, co jest a tym, co było.

Nadmorski Kostyń to miejsce, w którym przeszłość łączy się z teraźniejszością w dość przewrotny sposób. Wydaje się, że po ulicach chodzą zarówno żywi, jak i umarli. W tym mieście ludzie to widma, a widma przez chwilę stają się ludźmi. Żywych niepokoją wspomnienia o nazistowskiej rodzinie Hohendorffów, której historia odgrywa w tej książce ważną rolę. „To niespokojne sny miejscowych miały moc wskrzeszania obrazów sprzed wielu, wielu lat. Wtedy Kostyń stawał się miejscem, gdzie to, co było, mogło niezmiennie trwać, a to, co trwało, nie musiało przeminąć”. To, co dzieje się z czasem, jest w tej prozie bardzo istotne. Pierwsze zdanie sugeruje swoiste jego zatrzymanie, próby dokonania tego podejmuje także jeden z bohaterów. Czas przestaje istnieć, a jednocześnie czujemy jego upływ. Zdarzenia rozgrywają się w ciągu jednego roku, ale tak naprawdę Odija czyni z mijającego czasu punkt wyjścia do zrozumienia świata przemian ze swej powieści.

Metamorfozy na kartach „Kroniki umarłych” są częste, dwuznaczne i niepokojące. Dwie dość czytelne to kafki i szczuraki. „Kafki! Pożeracze chwili i płynącego czasu! Kafki! Ptaki powstałe ze skrzyżowania gawronów i kawek! Zbyt poślednie, by pożreć czas biblijny”. Opierzone stworzenia, które nie mają swojego miejsca i których istnienie wprowadza dysharmonię w opisywaną kostrzyńską codzienność. Burzy ją także pojawienie się szczuraków i rebelia, jaka wstrząsa na moment pogrążonym w marazmie Kostyniem. Czym są szczuraki? „Dopóki rodzili się przestępcy, rodziły się one. Były lustrzanym odbiciem złej woli człowieka. Dlatego musiały niszczyć”. Walka ludzi ze szczurakami jest nieprawdopodobna, a jednocześnie w pewien sposób realna. To przecież walka, którą toczy człowiek z samym sobą i dość czytelna metafora dwuznaczności duszy człowieka.

Fascynuje język tej powieści. Chwilami pretensjonalny, czasem nazbyt patetyczny, jest w gruncie rzeczy trudny do opisania. Narrator „Kroniki umarłych” rozgrywa z czytelnikiem swoistą grę. To książka, w której nieprzewidywalność jest tym, co dominuje od pierwszych do ostatnich stron.

Lektura interesująca, choć niekoniecznie obowiązkowa.

Wydawnictwo W.A.B., 2010

2010-01-25

"Wszystko rozpada się" Chinua Achebe

"Chinua Achebe opowiada jednocześnie historię jednego człowieka i całej społeczności. „Wszystko rozpada się” to mozaikowy obraz afrykańskiej kultury, opis rytuałów, obrzędów, struktur społecznych i ról, jakie wyznaczają sobie Ibowie, by ich społeczność funkcjonowała w ustalonym przez nich ładzie. Toczą się w tej książce dwie historie, dwie opowieści tak samo smutne i przejmujące. Autor stworzył nie tylko paradokumentalne świadectwo literackie życia w miejscu, z którego sam pochodzi, ale pokusił się także o diagnozę społeczną i zadał kilka pytań dotyczących tego, w jaki sposób rozpadł się świat dawnych Ibów. Wszak akcja powieści dzieje się pod koniec XIX wieku, a od tamtej pory ta grupa etniczna przeżyła wiele dramatycznych chwil, łącznie z utworzeniem i upadkiem własnego państwa, Republiki Biafry."

Państwowy Instytut Wydawniczy, 2009

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2010-01-22

"Nikołaj i Bibigul" Dmitrij Strelnikoff

Nowa powieść Dmitrija Strelnikoffa rozpoczyna się dość spektakularnie. Oto bowiem główny bohater książki rzuca się z wieży Eiffla. Dlaczego dobrze sytuowany Rosjanin, który ma świetną pracę i prowadzi dostatnie życie, nie ma ochoty go kontynuować? „Przyszła mi do głowy pewna myśl: a gdyby tak skoczyć? Skoczyć tam i zasnąć. Na zawsze. I śnić. Nikt mi wtedy już nie odbierze mojego kraju. Nie będę musiał wykonywać pracy, której nie lubię, ale wykonuję dla pieniędzy. I znów będzie zima, choinka pod cerkwią, walc i mała Swieta przewróci się na lodowisku, a ja będę mógł jej podać rękę i pomóc wstać”. Taki początek zapowiada nietuzinkową historię i jest nią w istocie „Nikołaj i Bibigul” – powieść na poły realistyczna, na poły utrzymana w konwencji groteskowej wizji z pogranicza snu i jawy.

Nikołaj przybywa do Kazachstanu, gdzie próbuje zrealizować ostatnią wolę swojego dziadka i udaje się na poszukiwanie tajemniczego skarbu. Bohater konfrontuje codzienne życie biznesmena pełne zawirowań, pośpiechu i szybko toczących się zdarzeń z pustynnym kazachskim odludziem, jakie musi przemierzyć, by dostać się do miejsca, w którym rzekomo ukryty jest cenny spadek po przodku. Okaże się, że nie będzie mu dane dotrzeć do celu, bo po drodze zostanie zatrzymany przez tajemniczych posterunkowych...

Strelnikoff w sugestywny sposób kontrastuje mknący do przodu świat współczesnych dorobkiewiczów z miejscem, gdzie czas niejako się zatrzymuje i z krajem, w którym Nikołaj w pełni zrozumie, jak bardzo jest zagubiony i rozdarty. To w otoczeniu kazachskich stepów dotrze do niego świadomość tego, że trudno jest mu żyć w obłudzie i trudno tak naprawdę znaleźć swoje miejsce na ziemi. „Rosja mi każe wierzyć w swoje prawdy, a Europa w swoje. Nie odnajduję się ani tu, ani tam, każda z tych wiar jest zatruta kłamstwem”. Kim jest główny bohater i o czym jest ta książka? Li tylko o niepewnym swojej tożsamości mężczyźnie, który odbędzie metaforyczną podróż życia? Czy może o zderzeniu dwóch różnych kultur, systemów wartości, dwóch sposobów przeżywania świata i o dwóch różnych mentalnościach, które prezentują rzekomo cywilizowani ludzie Zachodu i zamknięci na Europę Kazachowie w jednym z największych powierzchniowo państw na świecie, o którym niewielu tak naprawdę wie cokolwiek?

Gdyby Strelnikoff pisał o zderzeniu kultur i zaskoczeniu z tego zdziwienia wynikającym, stworzyłby kalkę swojej pierwszej książki, „Ruski miesiąc”, w której Rosjanin próbuje poślubić Polkę i w związku z tym musi przeżyć bardzo wiele perypetii, dających mu naukę o tym, jak bardzo różnią się rodacy jego wybranki od narodu rosyjskiego. Chociaż „Nikołaj i Bibigul” kontynuuje pewne myśli zawarte w pierwszej powieści autora, mamy tu do czynienia z zupełnie inną historią. Historią, w której ważne jest wszystko to, co niejasne, rozmyte, niedookreślone. Dodatkowo okraszoną porcją kryminalno-sensacyjnej intrygi i symboliką, która każe opowieść Strelnikoffa łączyć z pewną tradycją rosyjskiego pisarstwa.

Tajemnicza tytułowa Bibigul to nie jedyna postać, która wzbudzi zainteresowanie czytelnika. Strelnikoff wyraźnie kreśli wszystkich bohaterów swojej książki i każdy z nich ma duże znaczenie dla zrozumienia tego wszystkiego, co stanie się udziałem Nikołaja. Losy tadżyckiej prawniczki Damieli w misterny sposób splotą się z misją Nikołaja, której finał będzie tyleż nieoczekiwany, co wieloznaczny.

„Nikołaj i Bibigul” to opowieść o symbolicznej wędrówce po bezdrożach, o przekraczaniu granic, jakie stawiamy sobie sami i o tym, jak w magiczny sposób można ożywić przeszłość tylko po to, by zrozumieć, czym jest teraźniejszość. Strelnikoff napisał dość poważną rozprawę egzystencjalną, chociaż książka skrzy się specyficznym humorem, bawi rubasznością i okiem puszczanym do czytelnika przez autora w momentach najbardziej emocjonujących i dramatycznych. Wszystkich, którzy dobrze bawili się przy lekturze „Ruskiego miesiąca” ostrzec muszę, że tym razem humor Strelnikoffa jest czasami czarnym humorem, a z pozoru lekka i przyjemna lektura stanie się opowieścią ukrytą gdzieś między tym, co wyjaśnione, a tym, co stale niejasne – i dla Nikołaja, i dla czytelnika, który śledzi jego losy.

Wydawnictwo W.A.B., 2009

2010-01-21

"Cockring" Maciek Miller

Powieści Maćka Millera są przewidywalne, nadmiernie dydaktyczne i fatalnie skomponowane. Czego autor potrzebuje do pisania? Chwytliwego tematu na czasie, który można wykorzystać w najbardziej szablonowy sposób. Najpierw było o trudach życia z wirusem HIV i wszelkimi komplikacjami, jakie się z nim wiążą. „Pozytywni” to była pewna nowa jakość i tuż obok „Lubiewa” Michała Witkowskiego interesująco wpisywała się w dyskurs o homoerotycznych fascynacjach i konsekwencjach związanych z tak zwanym „coming outem”. Potem przyszedł czas na problem wykorzystywania seksualnego nieletnich, o czym z grubsza traktował „Zakręt hipokampa”. Tym razem Miller postanowił napisać o kryzysie męskości i złożoność tego zjawiska społecznego ironicznie ukryć pod pytaniem typu: „staje czy nie staje?”. Cóż, jedyne, co może stanąć po lekturze „Cockringu”, to włosy na głowie, bo to proza wręcz koszmarna, tak jak poprzednia powieść autora - pełna papierowych postaci budowanych na stereotypach, proza zupełnie nieciekawa i książka, po której lekturze nie można w żaden sposób dojść do jakichś odkrywczych wniosków na wyżej wymieniony temat, bo przemyśleń „Cockring” wielu nie dostarczy. I jeśli znający książkę pomyślą, że niniejszy tekst powstał jako odwet za wykreowany w niej wizerunek krytyka-impotenta, będzie w dużym błędzie. Maciek Miller, lekarz – jak informuje nota na okładce książki– pisarzem bywa w wolnych chwilach. Oby tych chwil było jak najmniej, bo dobrym pisarzem się nie bywa. A autor „Cockringu” nim nie jest.

Problemem, z jakim zmagają się bohaterowie tej opowieści, jest seksualna niewydolność i cały szereg kompleksów, które ona ze sobą niesie. Konrad jest zgorzkniałym i rozczarowanym własnym życiem recenzentem z ogólnopolskiej gazety, który za wszelką cenę próbuje udowodnić żonie swą męskość, ale na pojęcie tej męskości składa się przede wszystkim to, jak często i jak intensywnie Konrad może Iwonie dogadzać. A w łóżku ( i nie tylko) jakoś im nie wychodzi, bo przecież „Jak może (…) podniecać ktoś, kto obok w kuchni gotuje zupę ogórkową, potem obcina paznokcie, ceruje skarpetki, czyta »Trędowatą« i skarży się na zgagę po kiszonych ogórkach?” Konrad po nieudanej próbie zadowolenia się u prostytutki postanawia wziąć udział w eksperymencie medycznym mającym przywrócić siły witalne jego organowi płciowemu, dzięki czemu bohater znowu poczuje się jak pełnowartościowy mężczyzna. Na pewno nie jest kimś takim ani Aleksander, skryty w sobie i podporządkowany żonie księgowy, ani Olgierd ze swoimi homoseksualnymi upodobaniami, życiorysem „niebieskiego ptaka” i hedonizmem, z którego kpi Konrad. Miller ukazuje trzy zupełnie od siebie różne sylwetki mężczyzn, których łączy ten sam problem. Bo przecież impotencja może zdarzyć się każdemu mężczyźnie i wspólnota plemników tak naprawdę nie zna żadnych podziałów. Naturalnie problemy trzech panów rozwiążą się, każdy w zupełnie inny, choć przewidywalny sposób.

Co poza tym w tej opowieści? Kobiecość jako siła, która przeciwstawia się męskości. Żona Konrada doskonale radzi sobie z brakiem atrakcyjności pożycia seksualnego. Badania nad leczeniem impotencji nadzoruje – a jakże – kobieta, pani profesor zresztą. Andżelika, u której Konrad za pierwszym i za drugim razem zupełnie nieoczekiwanie kończy wizytę, to także silna życiowo bestia, choć jest przecież tylko kobietą do używania, z zegarkiem w ręku, bo czas użytkowania dużo kosztuje.

Warto się zastanowić nad tym, czym tak naprawdę jest „Cockring”. Opowiastką dydaktyczną, obyczajowym czytadłem z kilkoma społecznymi problemami w tle? Dla kogo jest ta książka? Dla zawiedzionych samymi sobą mężczyzn czy dla kobiet, które powinny poznać złożony problem bycia prawdziwym mężczyzną? Dla czytelników mało wymagających, których uraduje już samo to, że autor porusza temat uznawany za niewygodny i trudny? Doprawdy trudno jest to ocenić. Trudno jest także zrozumieć, że oficyna wydawnicza, która od ponad 10 lat promuje autorów oryginalnych, ciekawych i inteligentnych, tak kurczowo trzyma się nazwiska Millera i po raz trzeci jego powieścią każe zwątpić w to, że biała „seria prozatorska” to linia ambitna i twórcza.

Korporacja Ha!Art, 2009

2009-12-08

"Wolałbym nie" Antologia

"Wolałbym nie to fraza, którą wypowiada bohater tekstu Hermana Melville’a i obsesyjnie wręcz powtarzana mantra, jaka tkwiła w głowach dwunastu młodych polskich pisarzy, którym Korporacja Ha!art zadała zadanie domowe, mające być próbą swobodnego nawiązania do tego specyficznego zdania, w którym ukrywa się świadectwo buntu i sprzeciwu, a z drugiej strony duża bierność, brak asertywności i wieloznaczność.

Bo zawartość tego zbiorku jest wieloznaczna. Założeniem, jakie miało przyświecać twórcom i o jakim Grzegorz Jankowicz informuje we wstępie, jest próba wyrażenia sprzeciwu wobec wszelkich możliwych instytucji, norm, praw i obowiązków życia społecznego. To także antologia niemocy i antologia wycofania – bohaterowie podejmują walkę z tym wszystkim, co ich osacza i niszczy, ale tak naprawdę nie są w stanie się sprzeciwić, tkwiąc w bierności i wyrażając jedynie tytułowe „wolałbym”, co nie zawsze związane jest z „chciałbym”.

Korporacja Ha!art, 2009

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2009-11-30

"Mój prywatny Sąd Ostateczny" Daniel Koziarski

Przyznam, że z mieszanymi uczuciami zabierałem się za lekturę najnowszej powieści Daniela Koziarskiego. Informacja z okładki mówiąca o trzech zazębiających się historiach natychmiast nasunęła mi skojarzenia z „Klubem samobójców”, którą to książkę przed rokiem skrytykowałem. Bałem się, że schemat fabularny „Mojego prywatnego Sądu Ostatecznego” może rozczarować. I jestem miło zaskoczony, bo choć to książka chwilami pełna truizmów na temat ludzkiego losu, sprawiedliwości, rozmaitych interpretacji takich pojęć jak prawda czy fikcja, czyta się ją naprawdę szybko i zmusza do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób musimy mierzyć się z odpowiedzialnością za własne czyny, jak te czyny wpływają na otaczających nas ludzi, jak gorzko można rozczarować się życiem i samym sobą oraz przede wszystkim nad tym, kiedy i w jaki sposób nadejdzie nasz prywatny Sąd Ostateczny, w którym nie staniemy bynajmniej przed obliczem boskiego sędziego, a zmierzymy się przede wszystkim z pokutą, jaką zadajemy sobie sami w obliczu niekoniecznie dosłownie rozumianego końca życia.

Koziarski prezentuje trzy prywatne apokalipsy; trzy sytuacje, w jakich bohaterowie zmuszeni są do zrewidowania tego, w jaki sposób dotychczas żyli i wysnucia kilku egzystencjalnych przemyśleń dotyczących życia w ogóle. Opowieści Koziarskiego przedstawione będą w trzech zupełnie różnych i pozornie niezwiązanych ze sobą konwencjach. Poznajemy bowiem prawniczkę u kresu życia zniszczonego nieuleczalną chorobą (przede wszystkim jednak nienawiścią, którą bohaterka sama w sobie latami pielęgnowała, by potem odczuć ją w bardzo bezpośredni sposób), której opowieść przypomina sentymentalną historię obyczajową z wyraźnie nakreślonym tłem społecznym i rozważaniami na temat „powracającej fali” zła, jaka uderza w tego, który tak wiele zła w życiu uczynił. Opowieść o homoseksualiście, który odgrywa epizodyczne rólki w filmach, marząc jednocześnie o tym, by własne życie układać jak scenariusz filmowy, jest historią, w jakiej liczą się obrazy, sceny, dramatyczne partie dialogowe i w której Koziarski stawia przede wszystkim na bardzo filmowe przecież „dzianie się”, rozgrywanie zdarzeń niczym kadrów z nieprzewidywalnego filmu na granicy dramatu i czarnej komedii. Ostatnia historia to przeniesiona w polskie realia bardzo hollywoodzka opowieść o mścicielu, który mordując kolejne osoby w tempie doprawdy błyskawicznym, zapomina z czasem, czemu tak naprawdę służą te okrucieństwa, a największy dramat przeżywa wówczas, gdy uświadamia sobie, że kolejnymi zbrodniami nie zatrze przykrych prawd dotyczących jego relacji z córką, którą – w mniemaniu warszawskiego taksówkarza – zły świat i źli ludzie doprowadzili do śmierci, do jakiej pośrednio przecież doprowadza dziewczynę sam ojciec.

Kompozycja książki odkrywa coraz to nowe znaczenia i buduje w wyobraźni coraz bardziej wyraźny obraz pustki. W niej giną główni bohaterowie. Grażyna Szelska osiągnęła w życiu wszystko co, czego można by oczekiwać od kobiety interesu. Jest tak bardzo samodzielna i niezależna, że… nie ma przy niej nikogo, kto w obliczu zbliżającego się końca zdołałby wesprzeć ją na duchu. Kiedy kobieta uświadamia sobie, że jedyne ludzkie uczucia wzbudza w swym zakompleksionym i życiowo niezaradnym asystencie, postanawia zaplanować i zakończyć ostatnią prowadzoną sprawę – sprawę jej życia, z jakim musi się przed samą sobą rozliczyć. Szelska poddaje się surowym osądom między innymi własnego syna, dla którego nie istnieje jako matka i który daje jej do zrozumienia, że postępowania bohaterki wobec jego niedoszłej żony nic nie jest w stanie ani wytłumaczyć, ani też wybaczyć. Pani adwokat snuje także rozważania na temat sprawiedliwości losu i sprawiedliwych ocen postępowania innych. Dochodzi do następującego wniosku: „Sama sprawiedliwość jest pojęciem abstrakcyjnym, dlatego że jest tak bardzo nieżyciowa”. Wypierając się istnienia na tym świecie sprawiedliwości, próbuje być za wszelką cenę sprawiedliwie osądzona za wszystkie złe uczynki, jakich w życiu się dopuściła. Czego tak naprawdę chce Szelska i czy jej potrzeba pojednania z tymi, których krzywdziła jest autentyczną potrzebą kobiety, będącej u kresu zbyt wcześnie odbieranego przez Boga życia?

Życie Krzysztofa dopiero się rozpoczyna, a już skażone jest swego rodzaju okrucieństwem i nieczułością. Młody chłopak, który ukrywa przed zamożnym ojcem swą orientację seksualną (jakiej do końca nie jest pewien) to cyniczny outsider, któremu imponuje blask sławy różnego rodzaju celebrytów, z których tak ostentacyjnie kpi. Konfrontacja podszytego egoizmem eskapizmu Krzysztofa z bezpretensjonalną prostytutką, która pewnego dnia zamieszkuje w jego lokum będzie początkiem kryminalnej i obyczajowej intrygi, a życie bohatera bardzo szybko zacznie przypominać scenariusz zaskakującego filmu sensacyjnego. Ta opowieść to historia o przemianach, które inicjują trzeci ważny wątek książki, a jednocześnie wiążą opowieść Krzysztofa z poprzedzającą go historią Grażyny, w życiu której zmiany będą wiązać się z nowym sposobem nazywania samej siebie.

Specyficznej metamorfozie ulegnie także trzeci bohater, kierowca taksówki, Papierski. On jest postacią najbardziej wyrazistą, postacią przerażającą, ale i intrygującą. To jego żądza odwetu na wszystkich, których wini za niepowodzenia tragicznie zmarłej przed laty córki, spowoduje wewnętrzną transformację, której skutków Papierski się tak bardzo boi. Mężczyzna całe swoje życie podporządkowuje obsesyjnej potrzebie wyrównania ze światem żywych rachunków za zmarłą. Jak bowiem sam wyznaje: „Umarłymi chcemy załatwiać nasze ziemskie sprawy. Budować preteksty, motywacje. Posługujemy się w tym celu wybiórczą pamięcią. W oparciu o tę pamięć wydajemy sądy ostateczne i robimy rzeczy straszne”. Rzeczywistość traktowana przez Papieskiego wybiórczo i wszystkie zbrodnie, które popełnia, stworzą kilka tropów interpretacyjnych dla czytelnika, próbującego trzy różne historie połączyć w pewną całość.

Całość ta powstaje u Koziarskiego stopniowo, ale zaletą tej książki jest to, że podejmuje bardzo wiele problemów natury egzystencjalnej, osadzając je w realiach stosunkowo przyziemnych, by nie rzec – prozaicznych. Nagromadzona w tej powieści symbolika (bynajmniej nie chodzi tutaj tylko o motyw Sądu Ostatecznego, który jest wieloaspektowo przedstawiany) działa na odbiorcę niczym dynamit. Bo jest nowa powieść Daniela Koziarskiego książką wybuchową i taką, w której różne Sądy Ostateczne dają jedną, czytelną wizję wyrzutów sumienia, które nigdy nie pozwolą na duchowe katharsis, do jakiego za wszelką cenę dążą bohaterowie.


Wydawnictwo Grasshopper, 2009

2009-11-23

"Szkice glanem" Piotr Milewski

Na okładce książki widnieje pytanie retoryczne stawiane przez Aleksandra Boratyńskiego – „co to k… jest?”. No właśnie, z czym tu mamy do czynienia? Parafraza tytułu znanego dzieła Andrzeja Bobkowskiego (a być może noweli Henryka Sienkiewicza) wywołuje od razu ambiwalentne uczucia. I będą nam one towarzyszyć do końca podczas lektury tych krótkich tekstów – przesyconych absurdem, ironią i groteską opowiadań, poematów i monologów bohaterów tyleż dziwacznych, co (przede wszystkim) zagubionych w dobie globalizacji, kapitalizmu, w świecie chaotycznym i pozbawionym stabilności; w świecie, w którym mieszają się rozmaite kody kulturowe i pop-kulturowe, tworząc mieszankę doprawdy wybuchową, a czymś takim są właśnie „Szkice glanem”.

Co my tu mamy? Opowieść o diable, który znakomicie radzi sobie we współczesnym świecie. Wywiad z Sarą Jessicą Parker, która opowie o zwierzęcych reinkarnacjach współczesnych celebrytek. Refleksje o liberalizmie, konserwatyzmie i rozmaitych utopiach. Relację z poszukiwań Edwarda Gierka i wyznania czynione Dorocie Masłowskiej. Poza tym historyjki o grzybach, grzybkach, halucynacjach i wizjach oraz o tym, że Halloween świętować można operacją zmiany płci. Napisany w duchu futuryzmu poemat o przyjaźni amerykańsko-meksykańskiej i rozprawa o tym, czym jest asymilacja, dedykowana chasydom. Nie ma wspólnego mianownika dla tych tekstów, nie warto go szukać. Warto natomiast zadać sobie pytanie, czemu służy specyficzne poczucie humoru Milewskiego i dla kogo powstały te teksty.

W „Szkicach glanem” mamy narratora prowadzącego, Milo to zapewne porte-parole autora. Pozwala on nam jednak poznać całą galerię innych, ciekawych postaci. Mają one – jak Milo - problemy z identyfikacją samych siebie. Są neurotykami, introwertykami, stają się przedmiotami i zwierzętami, mówią językiem niezrozumiałym i bełkotliwym. Chwytają się, niczym tonący brzytwy, własnych rojeń na temat otaczającego świata i utwierdzają się w przekonaniu, iż te rojenia kształtują rzeczywistość. Boją się. Buntują. Krzyczą. Biją się. Są śmieszne i tragiczne zarazem. Wyrazistei mgliste niczym słowa, z których lepią swoje narracje. Atakują i ośmieszają – siebie oraz innych. Igrają z konwencjami i bawią się literackimi tropami. Są w ciągłym ruchu i przechodzą metamorfozy. Cierpią i o tym cierpieniu próbują opowiadać.

Piotr Milewski w swych specyficznych przypowieściach i rozprawach dokonuje rozliczeń z rzeczywistością i przedstawia lingwistyczną wieżę Babel. Skupia się głównie na tym, co można zrobić ze słowem, ale te słowa nazywają świat, jaki jest wokół. Przywołuje postaci znane masowemu odbiorcy i wspomina o twórcach oraz myślicielach mu obcych. Kpina i żart idą w parze z wysiłkiem, jaki wkłada autor w to, by jak najdokładniej rozliczyć się ze światem i z samym sobą, za każdym razem inaczej nazywanym (bo Milo pojawia się w różnych wcieleniach i rolach). „Szkice glanem” to książka, która dekonstruuje rzeczywistość i książka, którą cechuje angielski czarny humor rodem z „Cyrku Monty Pythona”. Zbiór tekstów śmiesznych, ale i smutnych; irytujących i intrygujących jednocześnie. Konfrontacja słów i rzeczywistości, która musi być w jakiś sposób przez te słowa opisana. Książka wulgarna, prowokacyjna i krzykliwa. Wyraz bezradności i bezsilności, ale jednocześnie bardzo konkretny i namacalny dowód na to, że w słowach kryje się potęga i moc.

Milewski to twórca żywiołowy i nieprzewidywalny. A jego „Szkice glanem” to opowieści niepokorne i wyraziste. Opowieści, w których niczego nie można być pewnym do końca. Także tego, czym ta książka właściwie jest. Być może tym, co wcześniej próbowali wyrazić futuryści, dadaiści i inni eksperymentatorzy językowi. Być może czymś, co musi zostać nazwane na nowo, choć przecież tak bardzo jest niezrozumiałe.

Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2009

2009-11-12

"Wichura w Hawanie" Leonardo Padura

"Mario Conde to policjant niedoskonały. Poprzednia powieść dość dokładnie opisywała, w jaki sposób zaczął w życiu robić to, co robi i dlaczego ta praca traktowana jest jak życiowe niepowodzenie. W „Wichurze w Hawanie” po raz kolejny zetkniemy się z samotnością zarówno Condego, jak i jego przykutego do wózka inwalidzkiego przyjaciela. Znowu przyjrzymy się, jak Conde nie radzi sobie z kobietami i znów będziemy świadkami rozwiązania kryminalnej zagadki, które pojawia się zupełnie nieoczekiwanie, ot tak, po prostu. Bo chociaż Conde najchętniej przeleżałby cały dzień w łóżku albo pił rum ze swym przyjacielem Carlosem, powiedziałby swym przełożonym, co o nich myśli i zostawił rozwikłanie sensacyjnych kubańskich intryg komu innemu, nadzwyczaj sprawnie po raz kolejny przychodzi mu znalezienie odpowiedzi na pytania, dotyczące tym razem zagadkowego zabójstwa pewnej młodziutkiej nauczycielki Lissette."

Całość tekstu na stronie G-Punkt

Wydawnictwo Znak, 2009

2009-11-08

"Rewers" Andrzej Bart

Nowa książka Andrzeja Barta znacznie różni się od wydanej przed rokiem i obsypanej nagrodami „Fabryki muchołapek”. Chociaż po raz kolejny przeniesiemy się w przeszłość, chociaż będzie to w pewien sposób też książka rozliczeniowa (tym razem po temacie Holokaustu Bart rozprawia się z mrocznymi czasami stalinowskimi, albowiem akcja rozgrywać się będzie na początku lat pięćdziesiątych minionego stulecia) i choć jest w niej tyle samo wieloznaczności co w poprzednich publikacjach autora, mamy w „Rewersie” przede wszystkim intrygę kryminalno-sensacyjną i dobrej klasy historię obyczajową. Historię o kobietach głównie, bo to one odgrywają w tej opowieści najważniejsze role.

Seniorka. Babcia. Postać schorowana i zmęczona już życiem, ale mimo wszystko pełna wewnętrznej energii, zaskakująca i niesamowicie bystra. Jest głównie obserwatorką poczynań swojej córki Ireny i wnuczki Sabiny. Melomanka, oczekująca zbliżającej się śmierci, a jednocześnie tak pełna życiowego wigoru. Postać, która z początku wydaje się mniej istotna dla biegu znaczeń, okaże się w finale jedną z najrozsądniejszych i pełną empatii kobietą, która będzie chciała ratować Irenę i Sabinę przed katastrofą.

Irena to kobieta przewidywalna. Wdowa, której druga wojna światowa odebrała męża. Jej życie wydaje się uporządkowane tak, jak wszystkie medykamenty na półkach w prowadzonej przez nią aptece. Irena za wszelką cenę stara się znaleźć dla Sabiny męża i widzi, jak jej wrażliwe dziecko okrutnie męczy się w samotności. Życie powieściowej matki to ceremoniały, rutyna, prostota. To postać dość statyczna i do pewnego momentu nawet odrobinę irytująca ze swym sentymentalizmem, czułością, prostolinijnością. I ona zaskoczy, bo w kryzysowej sytuacji podejmie się działań, o jakich jej córka nawet by nie pomyślała.

Sabina. To ona jest główną bohaterką, ale odnoszę wrażenie, że to na działania, myśli i wypowiedzi jej babki i matki Bart położył w swojej opowieści większy nacisk. Sabinę poznajemy w chwili, kiedy niebezpiecznie zbliża się do granicy trzydziestu lat, przeraża ją wizja staropanieństwa i fakt, że umiłowaną przez nią poezję kaleczy podczas pracy jako redaktorka wydawnictwa, dokonując korekt wedle jedynej słusznej ideologii jedynego mądrego i sprawiedliwego Józefa Stalina. Kontrast między wrażliwością Sabiny a nieczułością systemu, w jakim przyszło jej żyć obrazuje absurdalny nakaz przemarszu w charakterze łyżwiarki podczas pochodu. Świat wewnętrzny Sabiny to nieustanna walka emocji, podczas gdy na co dzień dziewczyna ukrywa przed światem swoje prawdziwe uczucia i pragnienia. A czego pragnie? Miłości, akceptacji, zrozumienia. Wszystkiego, co chciałaby mieć kobieta w jej wieku, która nigdy nie zaznała bliskości z mężczyzną, a pierwszy w życiu akt seksualny odbędzie tak, jak to zobaczyła w gabinecie swego dyrektora – na stole, bezwolnie, bez jakiejkolwiek subtelności, której przecież w Sabinie jest bardzo dużo.

Te trzy kobiety są niejako całością, bo wzajemnie się uzupełniają. Babcia, córka i wnuczka – niezwykła trójka kobiet, które chcą dla siebie szczęścia. A wokół tylko mrok komunizmu, szare ulice i szarzy ludzie,powstające w centrum miasta monumentalne dzieło budowniczych socrealizmu (jego budowa będzie dla kogoś jednocześnie cmentarzem...), ustawiczna niepewność tego, czy poczynania są właściwe oraz pustka, w której sztuką są traktory i postacie z pochodów malowane przez brata Sabiny, Arkadiusza. Do tego świata wkracza jednak ktoś, kto spowoduje, że każda z tych kobiet stanie się inna. Bronisław Falski, adorator idealny, mężczyzna piękny i kuszący, wspaniała partia dla Sabiny. Do momentu, w którym Sabina nie odkryje Mickiewiczowskiej prawdy, iż „Słowicze wdzięki w mężczyzny głosie, w sercu lisie zamiary”…

Nie sposób opisać zdarzeń, jakie rozegrają się w latach pięćdziesiątych XX wieku bez psucia czytelnikom lektury zaskakującej i ciekawej. Dość wspomnieć, że Sabina dokona czynu, o jakim nigdy by nawet nie pomyślała, zaś jej matka zaskoczy chyba bardziej niż główna bohaterka…

„Rewers” to opowieść bardzo dwuznaczna. Z jednej strony współczujemy Sabinie i wierzymy w nią do końca. Z drugiej zaś pojawia się przecież cały szereg zdarzeń, w których motywacje bohaterów i ich poczynania są co najmniej kontrowersyjne. Dodatkowo snuta przez Barta opowieść o tragicznym w skutkach romansie w czasach komunizmu toczy się symultanicznie z historią tej samej Sabiny, która pół wieku później oczekuje na przylot ze Stanów Zjednoczonych swojego ukochanego syna Marka.

„Rewers” to w podtytule „nowela filmowa” i myślę, że świetnie sprawdzi się jako scenariusz wchodzącego właśnie do kin filmu Borysa Lankosza. „Rewers” to opowieść o kobiecej wrażliwości i o kobiecym heroizmie. To książka z jednej strony dramatyczna, z drugiej zabawna i dowcipna. O ile kobiety Barta to postacie z krwi i kości, o tyle Bronisław Falski jest w „Rewersie” symbolicznym odzwierciedleniem zarówno charakteru ówczesnej władzy w Polsce lat pięćdziesiątych minionego stulecia, jak i tej władzy końca.

„Rewers” jest wielowątkowy. Dynamiczny. Sugestywny. Intryguje. Zmusza do zastanowienia się nad tym, jak bardzo wpływa na nas to, co myślimy i jak życie może zmienić jedno zdarzenie, w którym przyjdzie nam zmierzyć się przede wszystkim z samymi sobą…

Wydawnictwo W.A.B., 2009

2009-11-07

"Jestem komunistyczną babą!" Dan Lungu

Jakże opowieść Dana Lungu kontrastuje z twórczością Herty Müller! Mrok komunistycznej codzienności w Rumunii Nikolae Ceausescu, który z tak śmiertelną powagą opisuje niemiecka noblistka, u Lungu nabiera znamion rzeczywistości barwnej, lekkiej i przyjemnej, za którą można tęsknić. Świetnie się składa, że „Jestem komunistyczną babą!” ukazuje się właśnie teraz, gdy czytelnicy masowo sięgają po prozę Müller. Opowieść Lungu jest bowiem specyficznym antidotum na mroczną twórczość noblistki, w której wspomnienia z komunistycznej Rumunii są świadectwem dyktatury strachu.

U Dana Lungu nie ma żadnego strachu, nie ma ponurych opisów życia w państwie, w którym przecież podczas rządów Ceausescu nie dało się żyć – a zarówno tematyka książek Herty Müller, jak i jej decyzja o emigracji do Niemiec świadczą o tym bardzo wyraźnie. Dan Lungu daje zupełnie inne świadectwo. Jego bohaterka kocha komunizm, tęskni za komunizmem, nie może się pogodzić ze zmianami, jakich doświadczyła Rumunia i nie ma właściwie żadnej koncepcji na to, jak żyć w nowym, wolnym i demokratycznym świecie.

Lungu w dowcipnej konwencji przedstawia osobowość typowego „homo sovieticus”. Jest bowiem Emilia Apostoae uosobieniem dziecka komunizmu, które właśnie w nim odnalazło drogę życiową. Pewnie, że jest w tej książce wiele sygnałów, świadczących o tym, iż komunistyczna Rumunia była piekłem. Jest wszechobecne Securitate – ale przedstawiane w dowcipnych opowieściach pana Mitu (który zresztą sam jest donosicielem) i jakby niegroźne. Jest sam wielki przywódca, lecz ośmieszany i ukazywany np. jako mucha wsłuchująca się w głosy obywateli, jawnie kpiących z dyktatora. Są kolektywne zakłady pracy (Emilia to pracownica jednego z nich), kolektywne osiedla, wizytacje, kontrole, patrole i strach. Pewnie, jest to wszystko, ale Rumunia Ceausescu w powieści „Jestem komunistyczną babą!” to wręcz raj, za którym się tęskni. Czy aby na pewno?...

Dla Emilii czas miniony był czasem, w którym z wiejskiej dziewki, która ugniatała z rodzicami kiziak (warto wiedzieć, co to jest!) stała się miastową panią, przykładną robotnicą w warsztacie, żoną, matką i właścicielką mieszkania własnościowego w obskurnym komunistycznym bloku. Ciotka, która ułatwiła Emilii start w mieście, pomogła jednocześnie zrozumieć, czym byłoby dla bohaterki pozostanie na wsi. A przecież jako miastowa stała się kimś. Osiągnęła sukces, nabyła nowych umiejętności, odnalazła się w rzeczywistości, od której do dalekiej Kanady ucieka jej córka Alice. Opozycja matki i córki w powieści Dana Lungu ma bardzo duże znaczenie. Alice wychodzi za mąż za Kanadyjczyka; nie daje matce szansy na to, by uczynić z niej kobietę systemu minionego, panią inżynier w zakładzie pracy podobnym do warsztatu, w którym Emilia przez lata wyrabiała normy ku chwale ojczyzny wielkiego Ceausescu. Matka analizuje poczynania córki, prowadzi z nią dyskusje światopoglądowe, próbuje zrozumieć powody emigracji i fakt, że dla Alice pozostanie w Rumunii byłoby życiową porażką. I choć wydawać by się mogło, że z konfrontacji pokoleniowej i zderzenia dwóch perspektyw widzenia komunistycznej Rumunii wyniknie jakaś przemiana w świadomości Emilii, nie dochodzi do niej. A może tylko takie wrażenie można odnieść i w pisaniu Lungu więcej jest przewrotności niż to się wydaje na początku lektury.

Myliłby się ten, kto uważa, że „Jestem komunistyczną babą!” to apologia systemu, o jakim dzisiejsi Rumuni chcieliby zapomnieć. To książka dowcipna, pozornie lekka i przyjemna, ale jednocześnie wnikliwe świadectwo kształtowania świadomości człowieka, który usiłuje ukryć własną niesamodzielność, oddając swe serce systemowi, który pomyśli i zadziała za niego. Emilia Apostoae to symbol i świadectwo. To postać z krwi i kości, a jednocześnie marionetka w rękach systemu. To kobieta, która oddała serce komunizmowi i która nie może zrozumieć, dlaczego komunizm ją porzucił.

Zbudowana z retrospekcji i opisów życia w nowej, innej Rumunii, jest powieść Lungu z jednej strony sentymentalną opowieścią o tym, co minęło, z drugiej zaś strony ironicznym komentarzem do zmian zachodzących w tym państwie. Myślę, że konstrukcja tej opowieści niesie ze sobą tak wiele niejednoznacznego przekazu, że warto po nią sięgnąć. Bo czy wyznanie „jestem komunistyczną babą” brzmi dumnie, czy też jest w gruncie rzeczy przygnębiającym świadectwem na to, w jaki sposób komunizm może niszczyć? Jest u Lungu zabawnie i strasznie zarazem. Jest przede wszystkim niejednoznacznie. I to główna zaleta tej książki.

Wydawnictwo Czarne, 2009

2009-10-16

"Taksim" Andrzej Stasiuk

Nic nowego - chciałoby się powiedzieć, znając tematykę poprzednich książek i sposób konstruowania świata przedstawionego przez Andrzeja Stasiuka. Mamy silnych, dzielnych, bezkompromisowych i wulgarnych mężczyzn; mamy całą Europę Środkowo-Wschodnią w tle; mamy ukryte pod pozorną hardością i szorstkością męską wrażliwość i proste, ludzkie pragnienia o lepszym życiu. Mamy w końcu opowieści o zwykłym, szarym życiu tych, dla których liczy się spełnienie najprostszych pragnień i zarobienie kasy w niekoniecznie legalny sposób. Jest w „Taksimie” bohater, którego już poznaliśmy („Dziewięć”), jest problematyka egzystencjalna wpleciona w opowieść o niedostosowaniu do życia i o zagubieniu w nim. Jest zatem „Taksim” bardzo Stasiukowski i jest to książka, która na pewno nie rozczaruje zwolenników Stasiukowego pisania. Autor oddał głos tym, których nie zawsze się słucha i zrobił to po swojemu, czyli bezpośrednio i dosadnie.

Taksim to miejsce-symbol, którego znaczenie poznamy dopiero w finale opowieści. Opowieści drogi i opowieści o drodze, bo akcja toczy się w kilku krajach Europy Środkowo-Wschodniej, w środowisku przemytników podrabianej odzieży. „Taksim” to powieść, w której dużo się opowiada. Opowieści są bardzo dynamiczne i słodko-gorzkie, bo raz dowcipne i ironiczne, raz przygnębiające i przepełnione życiową frustracją. Ważne znaczenie ma ustawiczna podróż, dosłownie tocząca się gdzieś między granicami państw a stoiskami, na których kupuje się tanią odzież z importu, symbolicznie zaś mająca miejsce w świadomości bohaterów, którzy dokonują rozrachunków z własnym dotychczasowym życiem i próbują odpowiedzieć na pytanie o to, kim byli i kim stali się obecnie.

„Taksim to opowieść o specyficznych wygnańcach. O tych, którzy – jak stwierdza jeden z bohaterów - „Próbują uciec od swojego losu do miasta, do Reichu, na Jackowo, na Księżyc albo w pizdu”. To wielowątkowa historia, która tak naprawdę jest bardzo spójna i jednolita, albowiem opowiada o przemianach dotykających wszystkich tych, którzy nie są w stanie się do nich dostosować. Kierowcy, handlarze, przemytnicy, pracujący na czarno… Ci, którym los nigdy nie układał się w taki sposób, by znaleźli w życiu harmonię, stałe zatrudnienie i stabilizację. Ich życie toczy się gdzieś między Polską, Słowacją, Węgrami a Rumunią, albo w każdym z tych krajów po trochu. Wciąż w ruchu, chcą oddalić od siebie strach. Ten strach, który przypomina im o tym, że młodość już za nimi, a zgorzknienie i frustracje dają o sobie znać coraz silniej. Nie jest to bynajmniej opowieść tylko o życiowych rozczarowaniach, chociaż to one są podstawowym doświadczeniem bohaterów „Taksimu”. To książka, która próbuje pokazać, że można nosić podrabiane ciuchy i robić na nich niezły biznes, ale nie można podrobić własnego życia, dopiąć mu metki szczęścia, sprzedać czy wymienić na inne.

Stasiuk napisał kolejną książkę o twardych facetach, którzy mierzą się z życiem na swój sposób. Napisał książkę o przemianach, jakie mają miejsce w rzekomo zjednoczonej Europie i o tym, w jaki sposób wygląda nieeuropejska codzienność narodów wtłoczonych do unii państw, które nie znają mentalności swych sąsiadów ze środka i wschodu Starego Kontynentu. Jest to opowieść o tej części Europy, którą Stasiuk dobrze zna i którą rozumie. I co by nie napisać o „Taksimie”, pewne jest to, iż czytelnicy Stasiuka na pewno po tę powieść sięgną.

Wydawnictwo Czarne, 2009