2023-07-24

„Wszyscy tak jeżdżą” Bartosz Józefiak


Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 28 czerwca 2023

Liczba stron: 392

Oprawa: twarda

Cena det.: 56,90 zł

Tytuł recenzji: Na speedzie

Kiedy w kwietniu tego roku w dniu 45. urodzin zdałem w Islandii egzamin na prawo jazdy, zauważyłem tę książkę w zapowiedziach wydawniczych i wiedziałem, że koniecznie muszę ją przeczytać. Nie tylko dlatego, że jako kierowca zdobywający doświadczenie chciałem wiedzieć, co się dzieje, gdy nabiera się zbytniej pewności siebie za kółkiem, a przede wszystkim: dlaczego tak się dzieje. Chciałem zrozumieć, dlaczego przez całe życie bałem się w Polsce samochodów – tego, kto nimi jeździ, i tego, żeby samemu zacząć prowadzić. A książka Bartosza Józefiaka odpowiada na potężnym speedzie na wiele z moich pytań. Bo czyta się ten reportaż – a w zasadzie zbiór tekstów częściowo już publikowanych – na jednym wdechu i po lekturze z pewnością inaczej spojrzy się na to, jak wygląda świat wokół, gdy prowadzimy metalowe pudło, ale także na to, jak ten świat widzi nas, kierujących pojazdami mechanicznymi.

Mój islandzki instruktor jazdy powtarzał to, co powtarzają wszyscy. Samochód daje poczucie wolności. Na pewno nie myślał o tym w takich kategoriach, w jakich myślą polscy kierowcy, którym Józefiak przysłuchuje się bardzo uważnie, a niektórych może jedynie podglądać. Sprawcy śmiertelnych wypadków drogowych, mężczyźni tuningujący swoje auta, wielbiciele ścigania się, ludzie zarabiający jazdą samochodem, przypadkowi kierowcy z BlaBlaCara czy też ci, dla których jazda samochodem jest specyficzną filozofią życia. Ta książka porusza bardzo wiele kwestii, choć oczywiście najsilniej rezonuje w niej problem odpowiedzialności za wypadki drogowe. Jest tu również mowa o tym, jak iluzoryczna jest wspomniana wyżej wolność. W jaki sposób samochód potrafi zniewolić – także emocjonalnie, kształtując zaskakujące światopoglądy.

Bo najbardziej fascynujące i jednocześnie przerażające jest czytanie u Józefiaka o tym, w jaki sposób kierowcy zabijający ludzi – pieszych albo innych kierowców – racjonalizują sobie oraz porządkują argumenty, dzięki którym zmniejszają zarówno presję emocjonalną, jak i zwyczajne poczucie winy za spowodowany wypadek. Na polskich drogach – w przeciwieństwie do islandzkich – giną rocznie tysiące ludzi. „Wszyscy tak jeżdżą” próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie o to, dlaczego tak się dzieje, jednak autor nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie serwuje nam tu truizmów. Koncepcja tej książki i wspomniana wielowątkowość świadczą o tym, że Józefiak widzi problem polskiej „samochodozy” bardzo różnorodnie, gdyż gotowy jest ujrzeć, ale też doświadczyć różnych perspektyw. Na to, jak się jeździ, dlaczego tak się jeździ i skąd biorą się problemy, bo przyczyny tragedii są dość oczywiste.

Zatem poza rozmowami z rodzinami ofiar wypadków drogowych mamy również odwiedzanie licznych polskich miast i przyglądanie się temu, w jaki sposób się tam jeździ, co się dzieje z infrastrukturą drogową, ale przede wszystkim próbę odpowiedzi na pytanie o to, czy za bezpieczeństwo na polskich drogach będzie odpowiadać to, co uważamy za oczywiste i rozsądne rozwiązanie. Rozsądku brakuje bardzo wielu bohaterom tego reportażu – od kierowców szalejących w autach w terenie zabudowanym po włodarzy miast decydujących o rozwiązaniach komunikacyjnych. Ale Bartosz Józefiak chce się przyglądać także postawom dalekim od rozsądku. Wysłuchuje ludzi i spisuje najbardziej nawet absurdalne oraz przerażające w swej absurdalności argumenty, za pomocą których wiele osób usiłuje przekonać samych siebie, że wcale nie postępują niewłaściwie.

Jeden z tych argumentów – wcale nie taki absurdalny i ciekawie tutaj przedstawiony w kilku ważnych aspektach – zawiera się w świetnie dobranym do tej książki tytule. Otóż każdemu może się zdarzyć. Przekroczyć dozwoloną prędkość, zniszczyć samochód, potrącić człowieka, zabić go. Józefiak wysłuchuje ludzi, którzy opowiadają to, czego sam się potwornie boję jako początkujący kierowca: jak nabiera się przekonania, że doświadczenie za kółkiem uniemożliwi jakąś tragiczną sytuację. Zawsze kiedy jeżdżę samochodem, mam z tyłu głowy myśl o tym, że wystarczy sekunda nieuwagi i albo zginę, albo przeze mnie zginie ktoś inny. I ta myśl nigdy stamtąd nie ucieknie. A wielu rozmówców autora tej książki wykazuje się wyjątkową wybiórczością w myśleniu. Tak, doświadczenie za kółkiem czyni każdego z nas lepszym kierowcą. Takim, który wie, że nie spowoduje wypadku, nie będzie sprawcą tragedii. Z drugiej strony jest tu mowa o wszystkich tych, którzy zapominają o tym, o czym ja pamiętam podczas każdej minuty prowadzenia samochodu. Którzy myślą, że każdemu może się zdarzyć, ale mnie się nie zdarzy. A jeśli się zdarzy, to spróbuję z tego wyjść obronną ręką – jeśli sam przeżyję – bo przecież wszyscy wcześniej czy później gotowi są jeździć niezgodnie z przepisami i zbyt pewnie naciskać pedał gazu.

„Wszyscy tak jeżdżą” to nie tylko książka o kierowcach, pieszych, samochodach, problemach komunikacyjnych (z wykluczeniami małych miejscowości) i nie jest to także książka mająca przestrzegać, by po prostu jeździć rozsądniej. To bardzo ciekawa socjologiczna wiwisekcja polskiego społeczeństwa. Tego, kim dla siebie dzisiaj jesteśmy, jak się wzajemnie postrzegamy i jak potężna doza nieufności tkwi w każdym z nas, kiedy decydujemy się na to, by z kimś innym współpracować lub na kimś polegać. Józefiak opowiada o tym, że większość polskich kierowców bazuje po prostu na intuicji. Wiedzą, jak jeździć, i wiedzą, dlaczego nie powinno się jeździć wolno. Dużo ciekawsza jest jednak opowieść o tych wszystkich ludziach, którzy w pojeździe mechanicznym zamknęli całych siebie. Bo jedna z tez tego reportażu głosi, że polski kierowca to egoista oraz egocentryk. W dodatku wiecznie sfrustrowany, spóźniony, zmęczony, poirytowany. Ale są tu też opisani inni ludzie. Tacy, dla których miłość do jazdy za kółkiem staje się niebezpieczną obsesją. Najmocniej jednak dotykają historie tych, którzy z powodu takich obsesji stracili życie.

Czy to ma być książka ostrzeżenie? W dużej mierze tak. Jednakże opowieści o tym, czym jest Polska kierowców oraz udogodnień i niedogodności dla nich, to także obraz licznych absurdów, które dotykają nas w takim stopniu, że często determinują nielogiczne i niebezpieczne myślenie. Nie wiem, czy jest to rzecz dla tych, którzy jeżdżą zbyt szybko, czy też dla tych, którzy chcieliby jedynie utwierdzić się w przekonaniu, co jest złe na polskich drogach i co nigdy nie będzie ich udziałem. Józefiak sporo miejsca pozostawia tu ludziom takim jak ja, którzy przez czterdzieści pięć lat nie prowadzili samochodu, jednak musieli przejść na drugą stronę ulicy, dojechać dokądś i byli zmuszeni do tego, żeby mimo wszystko mieć jakiś kontakt z pojazdem na kółkach. Piesi są tu jakby bohaterami drugiego planu, jednakże wokół nich ogniskuje się również sporo problemów, które Bartosz Józefiak jedynie punktuje. Gdyby opowiadał o wszystkim dokładnie, byłaby to zbyt długa narracja w swoim gatunku. A to i tak jeden z dłuższych reportaży, bo zbliża się do niebezpiecznej liczby czterystu stron. Przypominam, że pochłoniętych przeze mnie z wypiekami na twarzy.

I jeśli kilka dni przed lekturą tej książki postanowiłem sobie dość śmiało powiedzieć, że zdobyłem dużo doświadczenia za kierownicą, bo przejechałem już tysiące kilometrów, to po przeczytaniu zdecydowanie zmieniam zdanie. Tylko kiedy i na jakich zasadach przychodzi do nas tak zwane doświadczenie kierowcy? Przecież niektórzy zabijający ludzi na drodze mieli go bardzo wiele. Nie mamy u Józefiaka oczywistych kontrastów, choć są przecież ofiary, a także historie bezmyślności nadmiaru testosteronu w połączeniu z brakiem zrozumienia podstawowych praw fizyki. Mamy za to sporo różnorodnych historii skłaniających do refleksji nad tym, czy nie upraszczamy kwestii, które wydają się dużo bardziej skomplikowane niż sposób naszego myślenia o nich. Autor na wstępie symbolicznie zaznacza, byśmy zapięli pasy. Mam wrażenie, że po lekturze można poczuć się tak, jakbyśmy zakończyli jazdę, zgasili silnik samochodu, bezpiecznie zaparkowali, a i tak trudno byłoby nam z emocji te pasy odpiąć.

2023-07-17

„Pewnego razu w Wenecji” Magda Knedler

 

Wydawca: Wydawnictwo Mando

Data wydania: 12 lipca 2023

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Trzy tęsknoty

Wszyscy, którzy od lat śledzą dokonania pisarskie Magdy Knedler, wiedzą być może także, iż staram się recenzować każdą jej książkę, bo każdej jestem po prostu ciekawy. Nie po raz pierwszy napiszę publicznie, że dla mnie Knedler to jedna z najbardziej utalentowanych pisarek literatury środka, ale charakteryzuje się jeszcze czymś: niebywałą wrażliwością w portretowaniu kobiet. Dlatego nową powieścią rozłożyła mnie na łopatki. Nie tylko dlatego, że jest to coś zupełnie nowego gatunkowo w jej dorobku twórczym. Tym razem pisarka zdecydowała się opowiedzieć o mężczyźnie. Niebanalnym, choć z pozoru takim, jakich wielu. Niespokojnym, chociaż konsekwentnie dążącym do tego, by stworzyć tak zwane uporządkowane życie rodzinne. Niespełnionym, bo przecież poznajemy go w momencie, w którym jest świadom tego, że nie stoi za nim ani nie tkwi w nim żadna historia, że to go bardzo boli, że nie przeżył niczego wystarczająco poruszającego, by powiedzieć, iż ma jakieś życiowe doświadczenie. Janek to jednak postać najważniejsza w tej powieści z innego powodu. Przede wszystkim dlatego, że to bohater rozwojowy. Z jednej strony odsłonięty ze wszystkimi, najbardziej nawet intymnymi emocjami. Z drugiej jednak – wciąż zagadkowy dla czytelnika ze względu na to, jaka kumulacja przeżyć tego mężczyzny opisywana jest na kartach powieści. I pisze to Magda Knedler – ta od kobiet, specjalistka od kobiecej wrażliwości, kobiecych dylematów, kobiecych historii. Tu również będą kobiety i to przez nie albo dzięki nim autorka opowie swego mężczyznę lepiej. Wiem jednak, że Knedler przywraca mi wiarę w to, że męski bohater literacki może być równie ciekawy jak kobieta. Dawno już w to zwątpiłem. A teraz jestem po prostu usatysfakcjonowany.

Czy można tak się zachwycać czymś, co gatunkowo jest romansem i być może znajdzie się na niewłaściwej półce, bo dystrybutorzy nieznający treści nie będą wiedzieli, jak wielowarstwowa i fascynująca jest to powieść obyczajowa? Wszystko tutaj wymyka się romansowym ramom. Niebanalny początek tak banalizowanego formalnie gatunku daje już nadzieję na to, że będzie tu coś innego. Nie trzy osoby, z których jedna jest zbędna i tworzy zamęt. Będą dwie kobiety, jeden mężczyzna i bardzo wiele skomplikowanych relacji. Sprawczynią dramatu jest „tamta”. Tak nazywa sąsiadkę partnerka Janka, nie mając pojęcia o tym, jak ważny stanie się potem ten zaimek i jak rezonować będzie jego znaczenie. Podoba mi się na początku również dbałość o detale w opowieści o tworzeniu i scalaniu związku, by później uwiarygodnić jego rozpad. I jeśli ktokolwiek myśli, że będzie to książka, w której żonaty mężczyzna zdradza swą kobietę, a potem pojawiają się tego konsekwencje, obrazi Magdę Knedler, jej twórczą oryginalność i to, w jaki sposób opowiada pisarka swoje historie.

Wszystko jest tu niebanalne, choć autorka nie pisze o czymkolwiek, co nie byłoby doświadczeniem tysięcy ludzi. O czymś, czego każdy z nas nie znałby z autopsji albo opowieści przyjaciół lub znajomych. W gruncie rzeczy taka opowieść o tym, czym jest życiowy wybór, oraz o ponoszeniu konsekwencji każdego z wyborów, mogłaby być uproszczona, wtórna albo przewidywalna. A nic takiego się tutaj nie dzieje. Sporo za to dzieje się w Wenecji. Nie ma bardziej banalnego miejsca na romans, prawda? Tak też pomyślałem przed lekturą. Knedler pokaże, że zarówno miejsce, jak i romans można pokazać zaskakująco inaczej. I przede wszystkim w taki sposób, by nie grać na prostych emocjach czytelników, nikogo nie szantażować egzystencjalnymi wyborami bohaterów, nie zmuszać do opowiadania się po czyjejś stronie, przenoszenia sympatii i antypatii na konkretne postacie.

Zatem Wenecja. Wycieczka, która zmienia wszystko. A może zbieg okoliczności, dzięki któremu dochodzi do zaskakujących zdarzeń we włoskim mieście, które będą mieć swój ciąg dalszy w Polsce. Jednakże trudno tu ustalić początek i koniec, bo w zasadzie ta opowieść nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest historią tego, że każda fascynacja może być piękna i jednocześnie niebezpieczna. Każde przekonanie o słusznym wyborze serca może stać się niepokojącą iluzją prowadzącą do cierpienia. Najciekawiej z wszystkich opowieści (bo w tej książce skryło się ich kilka, także takich formalnie rozprawiających się z kwestią tego, czy historię należy opowiadać z użyciem znaków interpunkcyjnych) prezentuje się tutaj fantazja o znanym micie. Orfeusz i Eurydyka otrzymują coś w rodzaju nowego życia, a ich wybory oraz dokonania poddane są ciekawym interpretacjom. Natomiast emocje fantazjom. Dlatego „Pewnego razu w Wenecji” to w dużym uproszczeniu opowieść o tym, że nie zawsze chce się wychodzić z mroku ku istocie obiecującej miłość i nie zawsze można odwzajemnić miłość kogoś, kto kocha bez granic, do szaleństwa.

Magda Knedler wie, że o miłości napisano mnóstwo książek i nie chce dydaktyki, kiedy opowiada o tym, w jaki sposób i na jakich zasadach rozpada się związek. Nie chce również wskazywać winnych i niewinnych, bo taki rozpad to zawsze coś dużo bardziej skomplikowanego niż sytuacja, w której ktoś jest ofiarą, a ktoś okrutnie krzywdzi. Jest tu dużo więcej niż fascynująca wiwisekcja wspólnego życia, które staje się fasadowe, gdy uczucia wygasają. Mamy opowieść o trzech osobach szukających w życiu sensu, a w sercu empatii dla kogoś, kto być może na nią nie zasługuje albo jej nie zrozumie. Anna jest skoncentrowana na czymś, co nie interesuje jej męża. Wioletta koncentruje się na kwestiach będących znowu czymś, co nie znajduje zrozumienia u Janka. Ta trójka bohaterów to trzy zupełnie inne wrażliwości, jednakże Knedler opowiada o czymś uniwersalnym dla nich i dla każdego z nas – o potrzebie lub braku potrzeby bycia z kimś tylko dlatego, że chciałoby się w drugiej osobie widzieć odbicie samego siebie.

Istotna jest tu obecność sztuki, którą postacie z tej książki komentują albo którą się zajmują. Literatura, muzyka, teatr. Jest dużo więcej. Ta historia opowiada się przez archetypiczne wzorce różnych dziedzin sztuki, którym wychodzi naprzeciw w postaci nowych perspektyw. Dlatego ważne jest śledzenie opowieści i tych pozornie pobocznych kwestii, które nie wpływają zasadniczo na fabułę. A jednak mają duże znaczenie. Knedler chce być dodatkowo pełną wrażliwości portrecistką miejsca, o którym napisano już tak wiele i które z tak wielu powodów obecne jest w świadomości większości Europejczyków. W tej książce nie tylko zwiedzamy Wenecję i śledzimy skomplikowane relacje bohaterów. Jesteśmy w mieście, które samo w sobie jest literacką historią. Oraz z bohaterami, którzy próbują swoje historie zestawić z tymi znanymi – opowiedzianymi, namalowanymi, wyreżyserowanymi. Co właściwie deklaruje Janek, sugerując na początku, że nie stoi za nim żadna historia? W jakim celu do włoskiego miasta wybiera się z nim starsza kobieta, która ocenia go, analizuje, uważnie się mu przygląda i czegoś mu zazdrości? Powieść o miłości, której nie ma, którą się traci i którą odnajduje. O jej wielkiej potrzebie, która potrafi determinować każde działanie w życiu. O miłości, która może być uśpiona, może wygasnąć, może również wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Zdecydowanie nie tylko dla wielbicieli romansów. Zdecydowanie dla czytelników Magdy Knedler – zaskoczy was bardzo tą książką.

2023-07-04

„Przeciw-ciało” Ewa Szawul

 

Wydawca: Nisza

Data wydania: 4 maja 2023

Liczba stron: 270

Oprawa: miękka

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Oddalenia i zbliżenia

Czytałem kilka mniej lub bardziej satysfakcjonujących narracji o matkach i córkach, ale podczas lektury powieści Ewy Szawul przypominała mi się przede wszystkim książka koreańskiej pisarki Kim Hye-jin „O mojej córce”. Może dlatego, że w opisywanej tam relacji – tak jak w „Przeciw-ciele” – na pierwszy plan wysuwały się lęki i narastające przerażenie, ale przede wszystkim niepewność. „My obie” u Szawul rezonują tak samo sugestywnie i niepokojąco. Mamy matkę, która jest w zasadzie cała swoim czasem przeszłym, swoimi traumatycznymi doświadczeniami dziewczynki z okresu drugiej wojny światowej i szeregiem narastających wątpliwości, kiedy niepewnie wchodziła w dorosłe życie i kiedy jej ciało okazało się felerne, niezdolne do ofiarowania światu życia. Córka wydaje się przede wszystkim przyszłością – to myślenie o niej, planowanie czasu licealnego, który niebawem nadejdzie, ma być swoistym antidotum na pustkę oraz zagubienie w sobie. Tym bardziej że obie bohaterki Ewa Szawul zamyka w swoistych klatkach. Ta bardziej dosadna i rzeczywista, gdzie znajdzie się Luśka, to szpital mający w założeniu „naprawić” nastolatkę. Świetnie portretowany z perspektywy ciekawej go dziewczyny, a jednocześnie kogoś, kto jest tym wszystkim przerażony. Bardziej symboliczna i mroczna klatka to pamięć Maryli, myślenie o tym, jak wiele straciła. Aż w końcu kobieta uświadamia sobie, że mimo upływu czasu sporo można zyskać.

Jesteśmy chyba bliżej nastolatki, bo narracja Luśki jest pierwszoosobowa, opowieść Maryli zaś prezentuje się w narracji trzecioosobowej – nie tylko dlatego, że jest ona dla autorki wygodna, by ukazać bardzo ważne retrospekcje. „Przeciw-ciało” jednocześnie zbliża do swoich bohaterek i oddala od nich. Dlaczego? Bo jest to w dużej mierze książka o tym, jak opresyjna, a czasami toksyczna może być bliskość i jak wiele wyzwolenia, nadziei i szans na polepszenie relacji oferuje oddalanie się od siebie, odnajdywanie bezpiecznego dystansu.

Luśka nie czuje się bezpiecznie, choć przecież ma kochającą rodzinę. Matkę, która kocha może zbyt zachłannie, zaborczo. Nieco lepiej rozumiejącego ją ojca, ale jednocześnie mężczyznę z dalekiego tła tej historii, które podkreśla stosunek Maryli do męża. Dorastająca dziewczyna nie tylko nie radzi sobie z emocjami, lecz przede wszystkim wchodzi w bardzo niepokojący związek ze swoim ciałem. Ciałem odmawiającym posłuszeństwa. Ciałem, które nie chce przyjmować pożywienia. Ciałem, które niknie w oczach, jakby chciało zakomunikować całemu światu, że Luśka właśnie znika. I nie może znaleźć pomocy, bo w opresyjnej przestrzeni szpitala czuje się jeszcze gorzej niż w domu. Znacznie gorzej, kiedy zetknie się z przerażającym doświadczeniem granicznym, które na zawsze naznaczy jej wrażliwość.

Tymczasem Maryla bardzo się stara. Chce być dobrą matką i wypełniać wszystkie swoje matczyne powinności tak jak należy. Tego nauczyło ją życie. Deficyty, które trzeba było wciąż akceptować, ale także poczucie sprawczości. Maryla zawsze radziła sobie sama. A została sama na skutek przejmującego zbiegu okoliczności, z powodu którego czuje się winna. Tak jak wtedy, gdy po latach wydarzyło się jeszcze coś, może nawet bardziej potwornego. Maryla nigdy nie mogła cieszyć się tym, że jest czyjąś córką. Teraz stara się kompulsywnie działać, by być matką, jakiej nie miała. Ale im bardziej się stara, tym mocniej oddala od dziewczyny, dla której istnieć to być niewidzialną, a istnieć powoli przestaje jej poczucie własnej wartości.

Świetne jest to, że Ewa Szawul pozwala swoim bohaterkom doświadczać trudnych emocji bez moralizowania na ten temat. Nie ma tu też żadnego dydaktyzmu. Wszystkie niejednoznaczności w tej ciekawej relacji domagają się interpretacji od czytelnika. O ile dla młodziutkiej Luśki ciało jest wrogiem, z którym nie potrafi walczyć, o tyle dla Maryli przekonanie, że walka ze swoim ciałem jest bezsensowna, narasta i pęcznieje. „Dziś jesteśmy poza czasem” – mówi do bohaterki jej przyjaciółka i bardzo wyraźnie widzimy, jak zdecydowana na funkcjonowanie poza upływem dni i lat staje się Maryla, gdy wie, że sporo straciła. Przede wszystkim ważną relację, która mogłaby być najpiękniejszą w życiu. I tak jak Luśka, która usiłuje odzyskać panowanie nad swoim ciałem oraz nabrać do niego ponownie szacunku, tak Maryla zdecydowanie opowiada się za tym, by jej ciało realizowało potrzeby, a nie pielęgnowało traumy, gdy umysł rozpaczliwie liczy minione lata i boi się, że przeżyte zostało już wszystko, co najważniejsze.

„Przeciw-ciało” to także bardzo istotna powieść o tożsamości kształtującej się wokół tego, że czegoś w życiu było za dużo albo za mało. Ewa Szawul interesująco wyjaśnia, dlaczego to anoreksja jest jednym z problemów Luśki. Równie ciekawie stara się zobrazować stosunek do swego ciała kobiety przekonanej, że czekają ją już tylko powinności, a ciało jest bolesnym balastem. Obie bohaterki usiłują odpowiedzieć sobie na pytanie o to, czego dzisiaj szukają – w swych emocjach, ale również ciałach, od których przecież nie mogą się uwolnić. Szawul jest znakomitą i pełną empatii portrecistką kobiecej niepewności. Dużo więcej znaków zapytania niż odpowiedzi przyniesie książka formalnie przecież mało skomplikowana, bo autorka w przeciwieństwie do wielu współczesnych polskich twórców dąży do tego, by przede wszystkim opowiedzieć nam historię. Rozpisaną na dwa głosy, ale z czasem stającą się jednością. Jedną historią żegnania się z życiową martyrologią i otwierania się na nowe możliwości.

To także powieść o tendencjach ucieczkowych. Maryla jest wręcz pewna, że chciałaby emigrować od siebie. Luśka nie ma może jeszcze tyle świadomości, jednakże jej wnioskowanie o świecie i o sobie samej czasami jest znacznie bardziej pragmatyczne niż myślenie matki o tym, w jaki sposób rozwiązywać pewne problemy. Tu bohaterki uciekają od siebie i świata na kilka sposób. Najbardziej mroczne i najciekawsze jest to, że za każdym razem jednak muszą wrócić. Portretuje związki ciał, których nie można pokochać, i rozpaczliwe próby pokochania siebie, by dać także miłość komuś innemu, Ewa Szawul snuje fantazje o tym, w jaki sposób może nam pomóc albo nas skrzywdzić najbliższa relacja. „Przeciw-ciało” to również mądra książka o samodzielności w walce z demonami – tak bardzo potrzebnej, zanim uzyska się pomoc kogoś innego, co czasem jest trudne, a czasami niemożliwe. W tej powieści otrzymamy również kilka odpowiedzi na pytanie o to, czy niemożność zaspokojenia potrzeb swoich oraz innych ludzi prowadzi do dysfunkcji spoglądania na świat, widzenia tam siebie jako kogoś potrzebnego. Inteligentny dwugłos o tym, co jest stałe i niezmienne – o samotności, która przychodzi zawsze wtedy, kiedy w odosobnieniu cierpimy z powodu swojego ciała.

2023-06-27

„Zaskocz mnie” Maggie Shipstead

 

Wydawca: Wydawnictwo Znak

Data wydania: 28 czerwca 2023

Przekład: Maria Makuch

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Iluzje doskonałości

Kiedy przed laty oglądałem „Whiplash” Damiena Chazelle’a, pomyślałem sobie, że chętnie przeczytałbym jakąś książkę o tym, jak determinacja, by być perfekcyjnym, wpływa nie tylko na życiowe wybory, ale i na tożsamość. Nie chciałem jednocześnie prozy operującej takimi hiperbolami jak obraz Chazelle’a. I wreszcie taką książkę znalazłem. Maggie Shipstead w swej zaskakująco wielowątkowej powieści (bo „Zaskocz mnie” na początku na taką się nie zapowiada) znakomicie opowiada o złudzeniu, pułapkach oraz symbolicznych konsekwencjach, jakie ma dla przebiegu życia wieczne dążenie do samokontroli. Bo główna bohaterka książki już jako mała dziewczynka marząca o tańcu baletowym wspomina: „Nie mogę być duża ani stara”. A potem zaskakuje ją złożoność życia, w którym podobne kategoryzowanie prowadzi do opresji. Albo pokazuje, jak trudno czasem zrozumieć siebie w relacjach z ludźmi, którzy chcą być po prostu zwyczajni, a nie perfekcyjni. „Zaskocz mnie” świetnie się prezentuje jako metafora wydobycia się z opresyjnego i fascynującego zarazem świata artystycznego, w którym taniec ma odzwierciedlać życie, a bywa czasem jego mrocznym rewersem. Shipstead będzie starała się pokazać – czytelnikom i swoim bohaterom – że iluzja doskonałości niesie ze sobą dużo więcej niż tylko uporczywą chęć poprawiania życia i siebie albo modelowania życia innych na podobieństwo wykreowanego ideału. To przede wszystkim ciekawa opowieść o tym, co to znaczy wziąć za kogoś odpowiedzialność w bliskiej relacji i jak zaskakująca może być ta nonszalancka nieodpowiedzialność stojąca tutaj w egzystencjalnej kontrze. Bohaterowie wygrywają i przegrywają w zależności od tego, jakie zajmą stanowisko wobec ludzi wpływających na ich życie. Ale największą wygraną jest tu przede wszystkim satysfakcja czytelnika, gdy śledzi historię, w której sztuka dyktuje życiu warunki, a życie odpowiada swoimi.

Maggie Shipstead stawia tutaj na jedną zasadniczą konfrontację, której konsekwencjami będą właściwie wszystkie następujące potem zdarzenia. Młodziutka tancerka, która doskonale wie, że czas kobiety w balecie jest ściśle limitowany. A zwłaszcza kobiety, która zajdzie w ciążę. Ale mężczyzna może funkcjonować na scenie zupełnie inaczej i nadzwyczaj długo. Albo jako tancerz, albo w roli choreografa. To mężczyzna również rozdaje karty i ustala zasady w każdej relacji z kobietą. Nawet wówczas, gdy ratuje mu ona życie, dając nowe perspektywy w innym kraju. Mężczyzna u Shipstead jest wyżej, ma większe możliwości i zawsze jest charyzmatyczny, nawet gdy jest emigrantem albo nawet emigrantem na łożu śmierci – także wtedy to on decyduje, a kobieta w sieci emocjonalnych zależności podporządkowuje się temu. To jeden wizerunek męskości w tej powieści – celowo dość karykaturalny, ale z pewnością powstają tu naprawdę intrygujące męskie postacie. Ten drugi wizerunek zainteresował mnie dużo bardziej. Dwaj mężczyźni z tła. Pozornie mało istotni. Właściwie pokazani w taki sposób, jakby od razu byli odsłonięci i oczywiści w swoich rolach. A nie są. Obaj doświadczą bolesnych rozgoryczeń. Obaj różnie sobie z nimi będą radzić. Ale mimo tej interesującej dwubiegunowości postacie kobiece są u Shipstead zdecydowanie najciekawsze.

Nie tylko Joan, która żyje iluzjami, potem obsesjami, a następnie próbuje jedno i drugie zdewaluować, by zacząć czuć się spełniona. Choć większość jej życia to przerażająca samokontrola, ale i projektowanie wszystkiego, co dla niej deficytowe, na innych, na których może wywierać wpływ. Ciekawa, o ile nawet nie ciekawsza, jest jej koleżanka ze sceny, Elaine. Ona w przeciwieństwie do Joan zostaje przy balecie. Z wszystkimi tego konsekwencjami. Bo obie kobiety tańczą również obłąkańczy taniec swoich miłości. Obsesyjnych, dysfunkcyjnych, ale też w niejednym wymiarze pięknych. Shipstead będzie je oddzielać i łączyć ponownie. Jedna przez całe życie chce być lepsza, gdy nie może się pogodzić z pożegnaniem z baletem. Druga wiedzie życie obarczone tendencjami ucieczkowymi, w których balet pozwala zapomnieć o obsesyjnej miłości. Ale przecież, jak czytamy na samym początku, „miłość nie ma prawa zaistnieć w balecie”. Intrygujące jest to, jak pasja tańca będzie korespondowała z pasją doskonałości w życiu, w którym czasem kompulsywnie się wiruje, zamiast świadomie stawiać taneczne kroki.

Kiedy Joan i Jacob rozpoczynają w Kalifornii tak zwane uporządkowane życie małżeńskie, jeden z nowych znajomych chce, by jego dorastająca córka wykorzystała w życiu wszystkie możliwości. Tak zaczyna się opowieść o dwóch rodzinach, w których przyszłość dzieci oraz kształt ich życia staną się specyficznym wyzwaniem rodzicielskim. A raczej niepokojącymi rodzicielskimi fantazjami. Tymczasem autorka zdaje się pytać głównie o to, czy dorośli bohaterowie tej powieści wykorzystali jak najwięcej możliwości, a jeśli nie było im to dane, co stanowiło zasadniczy problem. Maggie Shipstead oferuje nam bardzo trudną i dość złożoną psychodramę, w której kolejne pokolenie odkrywa pewne zaprojektowane role, a frustracje rodzicielskie mają zaskakująco oryginalne motywacje. Bo „Zaskocz mnie” to również jedna z licznych amerykańskich narracji o rodzinie, a wspominam o adresie geograficznym, gdyż właśnie te powieści wciąż na nowo udowadniają nam, jak wdzięcznym literacko motywem jest rodzina z rozmaitymi dysfunkcjami.

Tutaj rozczarowania i gorycz będą silnie powiązane z tym, jak swoje dotychczasowe życie przeżyli dorośli, dla których priorytetem jest szczęście ich potomków. Tymczasem Shipstead opowiada o dorastaniu do podejmowania decyzji za kogoś, kiedy nie do wytrzymania staje się decydowanie za siebie. Joan to postać zarysowana najbardziej wyrazistą kreską, jeśli chodzi o portretowanie determinacji, za którą może stać zwykła frustracja. Jednakże to, co przeżywają tu zarówno kobiety, jak i mężczyźni, trudno definiować przez pryzmat jednego zasadniczego doświadczenia egzystencjalnego, które autorka zarysowuje tu wyraźnie. „Zaskocz mnie” to historia kobiety, która na zdjęciu zastygła z mężczyzną w pewnej artystycznej pozie i być może właśnie ta poza stała się przyczyną nieszczęścia, bo była w niej zarówno pasja, jak i rozczarowanie. Maggie Shipstead ogólnie dość ciekawie wykorzystuje motyw znaczenia fotografii w literaturze i nawet jeśli niepotrzebnie moim zdaniem sięga też do techniki prezentowania listów, jest przekonująca, gdy wyznacza czytelne granice między artyzmem a prozą życia. Między miłością, która jest pewną ideą, a pragmatyzmem kochania kogoś za coś, nie wbrew czemuś.

Co jeszcze? To wcale nie musi być powieść o udręce niedoskonałości. Wręcz przeciwnie, może to być zaskakująca historia tego, że doskonałość nie istnieje. Że precyzja tańca opisywanego tutaj bardzo sugestywnie może być jedynie mrocznym rewersem tego, że taniec życia bywa zupełnie inny i nieprzewidywalnie zmienny. Shipstead prowadzi nas przez trzy ważne dekady z życia bohaterów, którzy nie mieli odwagi albo możliwości, by ujrzeć siebie ze swymi egzystencjalnymi niedoskonałościami. Może wówczas zbudowaliby satysfakcjonujące relacje i związki. Jednak ta książka nie jest o fantazjowaniu, lecz o tym, w jaki sposób fantazja o szczęściu zderza się z jego realnym poszukiwaniem. Inspirująca powieść.

2023-06-23

„Żaden koniec” Zośka Papużanka

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 28 czerwca 2023

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina jako trudność

Książki Zośki Papużanki ukazują się niezbyt często, ale regularnie i w znakomicie wybranym czasie. Kiedy już zaczyna zacierać się w myślach czytelnika jej poprzedni pomysł na fabularne zaskoczenie i chce się wiedzieć, co autorka ma znowu do powiedzenia. Bo jest tego dużo i w zasadzie jest to jedna z niewielu polskich współczesnych pisarek, która unika wtórności, chociaż jej powieści są pisane tak doskonale rozpoznawalnym stylem, że wystarczy mi jeden akapit, by wiedzieć, że to jej. „Żaden koniec” – w ponownie przepięknej szacie graficznej, której w Wydawnictwie Marginesy może Papużance zazdrościć każdy autor zmęczony już trochę postnowoczesnym minimalizmem – to jedna z bardziej przewrotnych narracji, w których pisarka powraca do istotnego tematu ze swojego debiutu, ale traktuje go tu zupełnie inaczej. Bo o rodzinie napisano tysiące dobrych książek i powstaną zapewne tysiące kolejnych całkiem niezłych. To jest literacki temat samograj, choć i taki można zepsuć. Papużanka niczego nie psuje. Opowiada o rodzinie jako relacji skomplikowanej z różnych powodów. Kiedy jeden z bohaterów książki jako ośmiolatek utyskuje, że nie może niczego wybrać, Zośka Papużanka właśnie w tym miejscu punktuje to, co najważniejsze w jej nowej książce. Nigdy nie wybieramy rodziny, ale zawsze możemy wybrać, jaki rodzaj relacji stworzymy z jej członkami. W książce „Żaden koniec” ludzie chyba źle wybrali. Albo nie umieli wybrać. A może nie rozumieli, czego sami potrzebują, by uzyskać od pozornie najbliższych osób choć odrobinę zrozumienia, zaspokojenia swoich potrzeb.

To książka o śmierci i umieraniu, choć Zośka Papużanka doskonale wie, że te tematy można albo strywializować, albo uczynić nieznośnie dramatycznymi. A śmierć po prostu przychodzi, choć umieranie może się przydarzać. Zanim seniorka umrze na oczach naszych i nieco bezradnego wobec tego faktu wnuka, szybko zrozumiemy, że to nie jest żadne odejście. Że Papużanki wcale nie interesują końce, zakończenia, puenty, a nawet wyraźniej stawiane kropki. Jej zdania są tu barwne, autoironiczne, irytujące i przyciągające uwagę. Przede wszystkim jakieś. Bardzo charakterystyczne. Aby snuć opowieść o rodzinie, autorka wykorzystuje swoją przewrotną i pełną pozornej dezynwoltury składnię, w której tłumaczy wytłumaczone, wyjaśnia objaśnione, łączy ze sobą kolejne wypowiedzi, opowiadając o tym, co je właśnie łączy. Tak, Papużanka będzie tutaj odsłaniać składniowo i leksykalnie to, co oczywiste oraz objaśnione. A jednak wcale nie jest zrozumiane lub akceptowane. Dlatego też znajdą się strony, które będą przykuwać uwagę przede wszystkim logiką opowiadania o czymś naprawdę logicznym i uporządkowanym, choć wcale takie nie chce być w naszej świadomości. Język to po raz kolejny jeden z ważnych u Papużanki bohaterów pierwszoplanowych. Autorka zasadniczo zwraca się ku temu, co w naszych wypowiedziach oraz myśleniu poprzedzającym te wypowiedzi jest uderzająco proste, choć sami tak często próbujemy sobie to skomplikować.

A jednak pojawia się egzystencjalna trudność, bo śmierć przecież nie jest niczym łatwym do przyswojenia. Wokół śmierci skoncentruje się jednak wielowątkowa opowieść o życiu. Samej Krystyny, która nie ma już w zasadzie żadnego wyboru, a przed śmiercią wiele wyborów zaprzepaściła, a może z możliwości dokonania wielu z nich nie zdawała sobie sprawy. Potem unika ludzi, którzy nazwali się jej bliskimi, a od których po latach chciała być daleko, barykadując się w mieszkaniu i w sobie przed tym wszystkim, co opresyjne. Krystyna szukała oczywistych rzeczy: miłości, szacunku, akceptacji. Zmuszona była do wchodzenia w role oraz realizowania różnych życiowych zadań, bo wciąż na nowo świat jej udowadniał, że nie zasługuje na bycie sobą i naprawdę ze sobą. A potem zaczęły się pojawiać pierwsze i kolejne dysfunkcje rodzinne. I tu zaczyna być oczywiście najciekawiej – jak w każdej książce podejmującej się opisu właśnie tego, co rujnuje i powoduje rozpad, a nie zacieśnia więzi.

Mam wrażenie, że kiedy autorka z pewną dozą ironii umieszcza na wstępie zdanie: „Ludzie zupełnie nie nadają się do życia z ludźmi”, będzie się ono odnosiło precyzyjnie do tych relacji, którym usiłuje się przyjrzeć, rekonstruując trudne życie kobiety zmuszonej do rezygnacji z części samej siebie. Jest w tej opowieści wiele goryczy niespełnienia, ale jest również próba pokazania, że rodzinna gorycz rezonuje, wciąż rozkwita. Że nie ma w zasadzie określonych winnych, jednak są winy. I że nie tylko Krystyna przeżyła swoje życie pośród rozczarowań oraz frustracji.

Oczywiście Zośka Papużanka nie napisała i pewnie nie napisze wyjątkowo ponurej książki. „Żaden koniec” stara się przyglądać swoim egzystencjalnie ponurym bohaterom z dużą dozą empatii, ale także poczucia humoru. Jak w większości powieści tej autorki chodzi generalnie o to, by oddać wielogłos – emocji oraz przeżyć ludzi, którzy jakby prosili Papużankę, by dopowiedziała za nich to, co tak oczywiste i tak domagające się nazwania. Językowo powieść mknie w kierunku intrygującego rozwiązania, kiedy pojawi się figura wodewilu, jednakże „Żaden koniec” już od samego początku ciekawie korzysta z metafor. Jak choćby tej z układaniem puzzli, które mają odzwierciedlać życie. Sporo jest tu rozsypanek, jeśli spojrzeć na to, co bohaterowie przeżyli, a jakiej części tych przeżyć nie udało im się wyrazić. Tym razem jednak po świadomie wybranej narracji z konkretnego punktu widzenia – jak na przykład w „Kąkolu” – mamy uciążliwego dla bohaterów narratora wszechwiedzącego, a raczej wszechobecnego, natomiast najważniejsze stają się wątpliwości, które można wyrazić dopiero po czasie.

Bo w rodzinie bardzo często nie możemy wyrazić niczego. Nazwać w myślach, zwerbalizować, wypluć z siebie, zapomnieć. Jakub, wnuk Krystyny, to zawodowo specjalista od słów, jednak nigdy nie pomogły mu one nawiązać kontaktu z ojcem. Trochę tu wymuszonego milczenia, trochę nabytej umiejętności zachowywania ciszy, bo to jest pozornie bezpieczne. Wiele jednak buzuje tutaj i nie zamierza być zapomniane. Papużanka zgrabnie łączy retrospekcje, spójną narrację czasu teraźniejszego, ale także dygresje – przede wszystkim językowe – o tym, czym naprawdę jest narzędzie, za pomocą którego opowiadamy siebie i świat. Bo jest to bardzo bolesne, że zostanie po nas w większości przypadków pustka, gdyż z różnych powodów nie stać nas na narracje. Pisarka nie mówi za swoich bohaterów, nie chce ich opowiadać, nie ma ambicji budowania wyrazistych wizerunków psychologicznych. Chodzi jej o coś innego.

Ważniejsze jest nakreślanie relacji, o których wspomniałem. Bo każda rodzina to trudność utrzymania relacji przede wszystkim wówczas, gdy czegoś od nas wymaga. Czy rodzina ma gwarantować bezwarunkowe szczęście, poczucie bezpieczeństwa? W rodzinie nie może być nienawiści? Tutaj nikt nie jest szczęśliwy i każdy ma wrażenie, że na jakimś etapie życia mierzył się z niebezpieczeństwem, nawet i śmiertelnym. Co zatem opowiada tutaj Zośka Papużanka? Historię o możliwościach, które się wydarzyły lub przeszły w niemożliwość. Całość jest narracją, w której autorka po raz kolejny zdaje się sugerować, że zbyt często przekonani o czymś trywialnym, odpuszczamy i nie dbamy o to. W relacji, budowaniu swojej wizji świata i najbliższych, ale także poszukując tego, co dla nas najcenniejsze. I ponieważ o rodzinie można pisać w nieskończoność, zakładam, że autorka nie porzuci tego tematu. Przecież historia, która tu się na naszych oczach rozgrywa, to nie jest żaden koniec. Pokazuje, że bywamy śmieszni i tragiczni w tym, jak czasem chcemy zamknąć coś, co wcale nie zmierza ku zakończeniu. Kolejna powieść, którą pokochają wielbiciele talentu autorki.

2023-06-19

„Szmuc” Felicia Berliner

 

Wydawca: Wydawnictwo Echa

Data wydania: 28 czerwca 2023

Przekład: Tomasz Wyżyński

Liczba stron: 296

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Bunt i tożsamość

Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo Echa zdobyło dla polskiego czytelnika kolejną świetną zagraniczną narrację o kobiecej tożsamości skonfrontowanej z określoną formą opresji. Miałem wrażenie, że monopol na nabywanie praw do tłumaczeń takich powieści, wszystkich interesujących i wszystkich wyjątkowo sugestywnych, ma Wydawnictwo Pauza, by wspomnieć jedynie wydane w tej oficynie powieści Ottessy Moshfegh, Therese Bohman czy Ariany Harwicz. Dlatego przekonywanie się po raz kolejny, że kobieca bohaterka we współczesnej literaturze jest zdecydowanie ciekawsza niż bohater płci męskiej, to sympatyczna niespodzianka i duża przyjemność. A może atrakcyjność powieści Felicii Berliner tkwi raczej w punktowaniu tego, jak społeczne i kulturowe tabu bywają deprecjonujące przede wszystkim dla kobiety. Jak bardzo kobieta w określonej kulturze i religii uprzedmiotowiona jest przede wszystkim przez patriarchalny, skostniały porządek, w którym… większość kobiet jest gotowa ściągnąć na swą uległą stronę wszystkie buntowniczki.

Bohaterka tej książki nie jest buntowniczką. A raczej mocno strywializowałbym jej portret psychologiczny, gdybym użył takiego określenia. „Szmuc”, wielowymiarowa powieść o niedostosowaniu, wyobcowaniu i przede wszystkim opresji samoświadomości, jest w swym podstawowym przesłaniu książką o konsekwencjach uwiedzenia przez iluzje. Tak pozwalałby ją interpretować główny wątek, bo pochodząca z ortodoksyjnej chasydzkiej rodziny młodziutka kobieta staje w obliczu uzależnienia od pornografii, które to uzależnienie urasta nie tylko do rangi szerszego problemu: co rozumieć, akceptować i przyjmować od życia, lecz staje się tu wymownym symbolem poszukiwania, zaspokajania oraz rozczarowania pewnymi potrzebami. Najmocniej jednak „Szmuc” wybrzmiewa jako historia tego, w jaki sposób wyzwolić się z tradycji, zachowując częściowo ukształtowaną przez nią tożsamość.

Tożsamość Rajzly zdecydowanie dopiero się kształtuje. Osiemnastolatka wchodząca w kolejny rok życia skonfrontowana jest w kilku mocnych scenach ze swoją terapeutką, która próbuje uporządkować jej emocje. Tylko czy Rajzla potrzebuje porządkowania, czy przede wszystkim zrozumienia, z jakiego powodu chce być inna niż reszta rodziny i co sankcjonuje tę potrzebę? Oczywisty wymiar zaprzeczenia – bo to książka także o tym, jak zaprzeczenia łączą się lub kłócą ze świadomością słuszności wybranej drogi – dostrzegamy tutaj w ciekawej kompozycji klamrowej. Bohaterka deklaruje, że nie może wyjść za mąż. Ów akt byłby nie tylko bezwolnym podporządkowaniem się religijnej i społecznej normie, wobec której Rajzla chce być w opozycji. Byłaby to próba uczynienia siebie wolną i niezależną. Próba podjęcia pierwszej świadomej oraz w pełni samodzielnej decyzji. Wydostania się z opresyjnego domu rodzinnego, z którego wchodząca w dorosłość bohaterka bierze jedynie drogowskazy w formie surowych zasad i nakazów.

„Szmuc” to powieść, która hierarchię podejmowania decyzji oraz ponoszenia ich konsekwencji w pewnej chasydzkiej rodzinie pokazuje w kilku nakreślonych niby mimochodem, ale wstrząsających scenach. Na przykład wtedy, kiedy czytamy, że matka bohaterki zaleca jej jak najszybsze zachodzenie w ciążę, bo zdrowy organizm będzie łatwiej znosił ewentualne aborcje lub poronienia. Albo gdy widzimy, jak ojciec Rajzli pluje na jej widok po tym, jak kategorycznie oczekuje od córki zwrotu włożonego w nią w jego mniemaniu kapitału, gdy postanawia podjąć decyzje inne niż założone przez konserwatywną głowę rodziny. Chasydzka rodzina portretowana jest w intensywnych relacjach. Także głównej bohaterki z jej rodzeństwem. Z siostrą pełną przerażenia tym, co Rajzla robi. Z bratem, który ma zdecydowanie więcej możliwości i wyborów. Bo w świecie, z którego pochodzi główna bohaterka, mężczyzna może bardzo wiele. Podejmuje decyzje autonomicznie i nikt nie kwestionuje jego wyborów. Może nawet przebierać się za kobietę. Rajzla natomiast może niewiele. Do czasu. Okaże się bowiem, że wachlarz jej życiowych możliwości może się bardzo poszerzyć. A Berliner pokazuje kilka momentów, w których jej bohaterka sobie to uświadamia. Ale stara się również pokazać fasadowość świata, w jakim Rajzla musiała dojrzeć do kilku zasadniczych wyborów.

„Szmuc” jest powieścią o tym, w jak zaskakujący sposób wchodzi się w kontakt z potrzebami własnego ciała, a także iluzjami tychże potrzeb. Felicia Berliner buduje napięcie przede wszystkim wykorzystując opozycję tego, co zakazane, i tego, czemu naprzeciw wychodzi ciekawość bohaterki. Pornografia jest tu swoistym symbolicznym obrazem opresyjnego funkcjonowania między zależnościami, oczekiwaniami otoczenia i własnymi fantazjami o tym, co to znaczy być niezależną. Rajzla chce określić swą tożsamość także przez potrzeby swojego ciała. A stymulują ją obrazy, które są być może równie niebezpiecznym fałszem jak fasadowe przekonania o tym, że rodzinna tradycja poświęcania się i podporządkowania się niepisanym zasadom zapewni każdej kobiecie z rodu spełnienie, bo będzie ona odgrywała dokładnie zaplanowaną dla niej rolę.

Felicia Berliner pisze również o tym, w jaki sposób język nazywa lub dekonstruuje to, co nazwano w naszym imieniu. Nieprzypadkowo w jidysz można wyrazić tutaj tylko to, co konkretne. Można opisać akt seksualny obserwowany przez bohaterkę na ekranie laptopa za pomocą określeń tego, co się widzi. Tymczasem nie ma tu już możliwości wyjścia poza scenę, zbudowania refleksji po tym, jak się zapamiętało coś zaskakującego lub poruszającego. W rodzinie bohaterki są przecież słowa zakazane. Nie wolno ich używać, nie wolno o nich myśleć. Osiemnastolatka wkraczająca w ostatni „-nasty” rok życia pełna jest wewnętrznych nakazów, które wdarły się pod skórę i nieświadomie ukształtowały jej iluzoryczne poczucie lojalności wobec rodziny. Musi być najlepsza w tym, co robi. Musi się wykazać, będąc studentką. To przecież przywilej. Musi być rozważna i jednocześnie posłuszna. Ale przez cały czas jest przede wszystkim coraz bardziej świadoma swoich pragnień oraz oczekiwań wobec dorosłości, która otwiera się przed nią pełna znaków zapytania, lecz również nieopisanej ekscytacji. Dlatego w tej kapitalnej powieści o udręce, obsesji i próbie wyzwalania się z jednego i drugiego, najcenniejsze jest to, że Berliner wciąż zmienia perspektywę pokazywania świata przedstawionego jako czegoś nieoczywistego.

Bo tu w zasadzie każdy wypadnie na chwilę z roli. Od profesjonalnie prowadzącej spotkania terapeutki po ojca pełnego goryczy wobec niesubordynacji córki. Rajzla konfrontuje się tu również z innymi ludźmi, którzy pozwolą jej akceptować przełamywanie barier nawet wtedy, kiedy nie jest przekonana o słuszności swojego postępowania. Na przykład nowa przyjaciółka – z piercingiem w łechtaczce – która jakby celowo zapominała, jak ma na imię Rajzla. Bo też to, jak naprawdę określa samą siebie bohaterka, jest tu kolejną intrygującą zagadką. „Szmuc” prowadzi nas tam, dokąd Rajzla nie mogłaby dotrzeć bez wejścia w rozmaite relacje. Jak również bez wyobraźni stymulowanej pornograficznymi obrazami pełnymi dzikich inspiracji.

Berliner nie pisze jednak o żadnej dzikości. Ani o kontrowersyjności. Ani w zasadzie tym bardziej nie opowiada mocno już przebrzmiałej literacko historii o tym, jak płciowa nierówność polaryzuje także poglądy na drugą płeć i opresyjnie narzuca jej konkretne role. W tej powieści jest wszystko: od intymnej fascynacji, za którą stoi niepewność samej siebie, po wyraźnie artykułowaną wściekłość połączoną bardzo ciekawie z bezradnością. „Szmuc” to jednak przede wszystkim opowieść o nabywaniu siły i przekonania, że odkryć siebie to zdecydować inaczej, przeciwstawić się. Tak, zbuntować. Miałem nie wracać do tego określenia, jednakże bunt u Berliner wygląda równie interesująco jak postacie drugiego planu, które nie są wcale mniej nieoczywiste niż główna bohaterka. To ciekawa fantazja o tym, jak bardzo można bać się swojej symbolicznej nagości – kiedy przeciwstawi się wszystkiemu i wszystkim w taki sposób, jakby z każdą formą przeciwstawienia znikała kolejna część garderoby. I zostaje ta nagość. Cielesna, ale i ukazana tutaj w innym wymiarze. Nie jest przecież istotne to, czy Rajzla przestanie oglądać filmy pornograficzne. Dużo ciekawsze jest to, przed jakimi wyzwaniami Felicia Berliner stawia swoją bohaterkę, która uświadomi sobie, co się ukryło w tym oglądaniu oraz czym naprawdę są potrzeby i oczekiwania koncentrujące się wokół zakazanego aktu. Powieść świetnie równoważąca wizerunek opresji i wyzwolenia. Ani jedno, ani drugie nie jest tu oczywiste.

2023-06-16

„Lubieżność” Rafał Górski

 

Wydawca: Wydawnictwo P.owiększenie

Data wydania: 28 czerwca 2023

Liczba stron: 174

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Powrót

Czytając debiutancką powieść Rafała Górskiego, na początku miałem wrażenie, że znowu obcuję z męską narracją o neurotycznym i egocentrycznym bohaterze, który krytycznie ocenia rzeczywistość wokół, aby nadać swojej ponurej egzystencji jakieś większe znaczenie. Tacy są męscy bohaterowie bardzo wielu współczesnych powieści. I choć Górski wpisuje swojego narratora w pewien schemat odstręczających postaci przesyconych testosteronem oraz fatalizmem, proponuje nam dużo więcej: sporo zdziwień, opowieść o ludzkiej bezradności, za którą czai się rozpaczliwa próba porządkowania świata rozpadającego się na naszych oczach. Kiedy autor pisze o goryczy oblicza współczesnej Polski, dodając do tego mgłę symbolicznej niepewności czasu w postaci oczekiwania na kolejny lockdown podczas pandemii koronawirusa, jest pisarzem udowadniającym, że fatalizm literacki może być magnetyczny. I ujawnia się to nie tylko w momentach, w których widzimy, jak przyciągają uwagę bohatera inni ludzie – przerażający, odstręczający, ponurzy koniunkturaliści albo bardziej ponure życiowe przegrywy.

Bardzo istotna jest przestrzeń tej opowieści. Porzucona przed trzema laty, oswajana na nowo albo na nowo niepokojąca, bo Franek ma wrażenie, że z Wielkiej Brytanii wrócił do ojczyzny, w której lęki i zgorzknienia nie tylko odżywają, one tu otrzymują nowe i mroczne definicje. Warszawa jest tutaj niemym świadkiem wielu dramatycznych wydarzeń, a sama pulsuje, jest przerażająco dynamiczna, zawłaszcza i zniewala. W tym literackim wizerunku stolicy na pewno jest Górskiemu bliżej do dobrych powieści o Warszawie, jak na przykład „Masakra” Krzysztofa Vargi czy „Berlinawa” Dawida Kornagi, niż do nieudanych literackich opowieści o największym polskim mieście, w który to segment wpisuje się „Lukier” Malwiny Pająk. Stolica w „Lubieżności” przyciąga na takich samych enigmatycznych zasadach jak ludzie, z którymi przed laty Franek stworzył jakieś relacje, a dzisiaj obserwuje, jak zmienił ich upływ czasu: co w Polsce stracili, co przegrali. Symbolika ponurego labiryntu, jakim jest Warszawa, od samego początku portretowana dzięki kilku zgrabnym antropomorfizacjom, ciekawie łączy się z mroczną publicystyką tej powieści. Rafał Górski nazywa współczesną Polskę bardzo dosadnie i niekiedy nie przebiera w środkach. Czasem jednak tak mało subtelna definicja jak „kraina kolesiostwa” potrafi się tu obronić w fabule zawierającej nieoczekiwane zwroty akcji. Będzie bowiem „Lubieżność” także trochę powieścią kryminalną, w kilku akapitach sensacyjną, na pewno ze sporą dawką reporterskich komentarzy, jednak to wciąż literatura. I dobra książka o niedobrym państwie.

Sam Franek przykuł moją uwagę także dlatego, że zdefiniował się bardzo karkołomnie, a mam wrażenie, że ta egzystencjalna mieszanka definiuje także mnie samego. Otóż „ekstrawertyczny introwertyk” wciąż nie może się zdecydować na to, by trzymać się w stosunku do ludzi na bezpieczny dystans, którego bezpieczeństwo buduje przede wszystkim cynizm, czy też może stać blisko ludzkich problemów, upokorzeń, niespełnionych nadziei i pragnień. Być kimś, kto wyraża za rozgoryczonych Polaków myśli i emocje, których często się nie werbalizuje, bo równie często zawstydzają. Patrząc na Franka w taki sposób, można się cały czas zastanawiać, czy jego narracja będzie takim specyficznym strumieniem świadomości, dzięki któremu bohater może utrzymać się na bezpiecznej pozycji eskapisty, czy też może żywiołową analizą tego, dlaczego przed laty musiał wyjechać i co nasiliło się lub wyolbrzymiło po czasie. Teraz, kiedy powrót okazuje się taki trudny.

Doświadczenia życiowe bohatera kreślą skomplikowaną drogę młodego mężczyzny, dla którego określenie swojej roli i sensu własnego życia jest niebywale trudne, bo wszystko zostało podkopane przez doświadczenie traumy, bezpośredni powód emigracji. To również ukształtowało taką, a nie inną wrażliwość Franka. Szczególnie jego postrzeganie płci przeciwnej. Towarzyszymy w wędrówce po obezwładniająco okrutnej Warszawie komuś, kto za chwilę wkroczy w czwartą dekadę życia, a wciąż na nowo uświadamia sobie, że życie w Polsce to funkcjonowanie pośród utrat, goryczy, mnożących się kompleksów i w takim kształcie rzeczywistości, który zakleszcza, jest toksyczną klatką. A ucieczka wiele kilometrów na zachód Europy to nie zawsze szansa, by złapać oddech i z dystansu mierzyć się z polskimi demonami.

Który punkt widzenia i perspektywa oceny są tu ważniejsze – trudno orzec. Rafał Górski konsekwentnie na przemian proponuje perspektywę indywidualnego zgorzknienia i szeroką panoramę tego, jak ponuro żyje nam się w świecie, który pozwoliliśmy uporządkować innym. Ich uprzedzeniom, nienawiściom, fobiom i zwyczajnej ludzkiej podłości. Tak jak punkt spojrzenia na rzeczywistość, który wciąż się zmienia, charakteryzuje „Lubieżność” jako powieść ciekawą, tak samo ważne jest przeplatanie się tu doświadczeń rzeczywistych z tym, o czym bohater śni, a co ciekawie uzupełnia jego psychologiczny portret. Być może większa liczba onirycznych scen mogłaby tę książkę bardziej ożywić, jednak Górski dba o to, by nie znużyć czytelnika opowieścią w tym samym tonie i z podobną frazą. Dlatego ma w zanadrzu coś wybuchowego. Wykreowany w tej książce zbieg okoliczności doprowadzi do dość spektakularnego finału. A autor od początku do końca będzie pytał w imieniu i zamiast swojego bohatera: kim jestem doświadczony przeszłością i wtłoczony poemigracyjnie w opresyjną teraźniejszość? Będzie tu oczywiście sporo komentarzy do polskiej rzeczywistości społeczno-politycznej, jednakże dramat egzystencjalny Franka będzie miał kilka – niekoniecznie oczywistych – znaczeń.

„Lubieżność” to książka świadomie oraz konsekwentnie opierająca przekaz na figurze antybohatera, który wymaga nabrania dystansu do tego, aby odejść od spoglądania na to, jak sam nazywa i ocenia świat, a wejść w przestrzeń jej egzystencjalnego niepokoju. Górski z pewnością opowiada historię wielu rozgoryczonych młodych Polaków, którzy mają nadzieję na lepsze życie, a to życie wciąż jest takie samo – bez względu na to, czy zdecydują się na emigrację w celu jakiejkolwiek zmiany. To też pogłębiona psychologicznie analiza kryzysu tożsamości. Opowieść o człowieku, który kiedyś był niemym świadkiem odczłowieczenia kogoś innego i nie zareagował, patrzył i milczał. Dziś dzieje się coś podobnego z nim. Rozpada się – czego świadkiem jest nie tylko on sam, ale i czytelnicy – pozostając rozpaczliwie samotny. Tej samotności towarzyszy wściekła determinacja, by jednak o coś walczyć. Tu niejeden dramat ma podłoże społeczne. Każdy jednak jest ujęty w ramy percepcji mizantropa, który rozpaczliwie pragnie nawiązania jakiejś dobrej relacji z kimś, kto pozwoliłby mu nieść ciężar życia inaczej, bo dzieląc się nim. Górski intrygująco debiutuje. Ciekaw jestem, czy w kolejnych książkach także będzie opowiadał o Polsce tak ponurą frazą z jednocześnie wielką empatią dla każdej polskiej bolączki, bo zły świat uczy polaryzowania, jednak wszyscy tkwimy po uszy w złu, które powstało, bo miało ku temu okazję.

2023-06-09

„Uciec z Wysp Owczych” Kuba Witek


Wydawca: Bezdroża

Data wydania: 23 maja 2023

Liczba stron: 232

Oprawa: miękka

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Archipelag i reporter

Śledzę dokonania Kuby Witka od bardzo dawna. Czasem mnie zadziwiają, niekiedy zaskakują, jednak podoba mi się ta konsekwentnie przez niego wytyczona droga artystyczna, w której najważniejsza jest Północ – o niej Witek może opowiadać równie ciekawie co bestsellerowi reportażyści wydawnictw z pierwszej ligi. To, co Witek z pewnością potrafi, to otwieranie się na nową perspektywę opowiadania o Północy. Jego nowa książka jest częścią projektu multimedialnego i nie tylko znakomite fotografie, które ją ubarwiają, są dowodem na to, że autor szuka sposobów wyrażenia samego siebie i pokazania swojej wrażliwości nie tylko werbalnie. „Uciec z Wysp Owczych” to przede wszystkim publikacja z bardzo celnie dobranym tytułem, bo to właśnie on przykuł moją uwagę, gdy nie odczuwałem większej potrzeby czytania książek o północnoatlantyckim archipelagu, który przecież miałem okazję odwiedzić. I choć w międzyczasie ukazała się rzecz pozornie konkurencyjna wobec Witka, czyli „Wyspy Owcze” Kingi Eysturland, których nie zdążyłem jeszcze przeczytać, a ich autorka jest jedną z bohaterek tego reportażu, tytuł mimo wszystko zrobił swoje. Przeczytałem. Jakkolwiek czytelnicy mogą odebrać to, czy pokusa sięgnięcia po tę książkę przede wszystkim ze względu na tytuł okaże się satysfakcjonująca, na pewno warto przyjrzeć się „Uciec z Wysp Owczych”, jeśli śledzi się to, jaką drogę przez minione lata przeszedł sam autor.

Bo kiedy ukazała się pod koniec 2016 roku jego książka „Ring Road. Dookoła Islandii na rowerze”, był on raczej samotnikiem i podróżnikiem, który punktuje, nie analizuje. Podobała mi się bezpretensjonalna sprawozdawczość tamtej książki, ale nie zapowiadała ona, że spotkam się po latach na kartach „Uciec z Wysp Owczych” z ciekawym reportażystą. Witek od czasu, gdy przejechał Islandię na rowerze, zrozumiał, że szeroko pojęta Północ została już opisana za pomocą zmysłów, w prostych i indywidualnych opowieściach, pięknych, lecz bezkontekstowych. Pojawiło się nie tylko dostrzeżenie tego, jak bardzo opowieść o zimnych krajach można zniuansować. Witek jest teraz w pełni świadom, że prawdziwa opowieść o Północy to zawsze opowieść, w której muszą pojawić się ludzie. I pojawiają się. Tutaj rozmówcy dobrani są nieprzypadkowo, w sposób przemyślany i zasadniczo spójny. Ciekawa jest równowaga między Farerami, którzy wyjątkowo szczerze opowiadają reporterowi z Polski o wielu prywatnych sprawach oraz przeżyciach, a farerską Polonią, która pokazuje tutaj bardzo niejednoznaczny i wielowymiarowy obraz tego, co to znaczy być emigrantem na Wyspach Owczych.

Najbardziej spodobało mi się jednak ujęcie w tej książce tematu, który elektryzuje opinię publiczną na całym świecie. Chodzi oczywiście o grindadráp, czyli stale praktykowane na archipelagu polowanie na grindwale, które zapędzone do zatoki, zarzyna się tam na oczach rozentuzjazmowanej publiki w każdym wieku i każdej płci. Witek rozmawia o tej tradycji z miejscowymi. Zadaje jasne i konkretne pytania. Przytacza wypowiedzi, które pozwalają spojrzeć na kontrowersyjną kwestię z perspektywy farerskiej. Jest tu wszystko, co tuszują lub przekłamują proekologiczne ruchy przeciwne zabijaniu grindwali przez Farerów. Ale w tym punkcie i we właściwym momencie Kuba Witek wie, że należy zaznaczyć swoje zdanie. Niektórzy uważają, że to najbardziej podstawowy błąd piszącego reportera. Tutaj niekoniecznie. Bardzo mi się spodobało to, w jaki sposób podszedł do skomplikowanego problemu i zjawiska ktoś, kto chce być jak najbliżej tego wszystkiego, chce to zrozumieć, lecz chce jednocześnie zachować demokrację poglądów bez ich polaryzowania.

Co jeszcze jest ciekawe? Podobny jak w „Ring Road” sposób opowiadania o zachwycie naturą połączony tu już ze świadomością, że tę wspaniałą naturę trzeba też w ogólnym zarysie przedstawić jako kraj. Nie do końca samodzielne państwo, ale z pewnością zbiorowość ludzi wykazujących się samodzielnością, asertywnością oraz determinacją w bardzo wielu działaniach. Witek chce oddać również to, jak Farerzy myślą, co wynika z ich sposobu myślenia, jak próbują się socjalizować i jak mocno naznaczeni są tą domyślną samotnością, która wraz z wymuszoną izolacją pojawia się na Wyspach Owczych wiele razy w roku, co ma oczywiście związek z aurą. Ale nie tylko.

Bo zaczyna się od opowieści o oceanie, który funkcjonuje w dalszych rozdziałach jako symbol, punkt wyjścia licznych rozważań egzystencjalnych, lecz przede wszystkim jako punkt odniesienia opowieści o budowaniu niezwykle ciekawej tożsamości farerskiej. Tej tożsamości, o której tak gorzko opowiadali choćby bohaterowie reportażu „Kanska” Urszuli Chylaszek, ale tożsamości bezwzględnie podporządkowanej wpływom Atlantyku. Nie wiem, czy lepiej rozumiem pewne trudne kwestie dotyczące codziennego funkcjonowania na archipelagu, dlatego że odwiedziłem Wyspy Owcze na dość bezpiecznych turystycznych warunkach, czy dlatego, że zamieszkałem na Islandii, na której też kiedyś bywałem turystą, ale teraz widzę, że to wszystko, co chłonie się w kontrolowanej podróży, jest niczym wobec tego, co rozumie się, żyjąc na co dzień w bliskości zimnego Atlantyku.

Kuba Witek nie proponuje nam reportażu z jednej czy dwóch podróży. Wyspy Owcze przyciągały go jak magnes, a pokłosiem licznych pobytów był także jego film „Faroe Way”, o kulisach którego przeczytamy w tej książce. Fascynujące jest też porównywanie dwóch różnych wrażliwości na niuanse farerskiej natury. Przereklamowana moim zdaniem wyspa Mykines otrzymuje tutaj wzorową i rozbudowaną laurkę, najpiękniejsze zaś moim zdaniem miejsce na Wyspach Owczych, czyli jaskinie wokół wyspy Hestur, doczekują się jedynie wzmianki. Kuba Witek jest jednak podróżnikiem czujnym, uważnym i bardzo drobiazgowym. Przyjrzymy się tu naprawdę każdemu ważnemu zakątkowi Wysp Owczych. Od wspomnianej już Mykines po Suðuroy, której mieszkaniec mówi autorowi coś, co wydaje mi się oczywiste ledwie po kilku miesiącach mieszkania na Islandii: „Musisz być twardy, jeśli chcesz tu żyć”.

Witek nie chce żyć na Wyspach Owczych, ale stara się być lojalny wobec codziennego życia tam. Jego bezkompromisowości i tego, co może wydawać się naprawdę piękne, nie tylko godne podziwu. Autor jest reportażystą świadomym – sprawnie łączy wątki historyczne z tym, jak portretowane przez niego miejsce radziło sobie z pandemią koronawirusa. Należy tu zwrócić uwagę, że najbardziej barwnie przytaczane i redagowane przez wrażliwość Witka są przede wszystkim zdarzenia z dwudziestego wieku. „Uciec z Wysp Owczych” to świadectwo, że autor naprawdę uważnie słucha wszystkich swoich rozmówców, jednak pozwala sobie przy tym na wyciąganie własnych wniosków. Tym samym widzimy pewną ewolucję światopoglądową, która zachodzi w autorze, a jednocześnie wciąż jesteśmy świadkami spotkania z niezwykle surowym i niebywale pięknym miejscem na ziemi.

Nie jest to jednak w żaden sposób reportaż z tezą. Warto go przeczytać choćby po to, by wiedzieć, kto od lat walczy z turystami w Saksun i na czym polegała tak zwana farerska Wojna Doktorów. Ta książka jest również świetnym uzupełnieniem wszystkich dotyczących Wysp Owczych publikacji, które licznie ukazały się w Polsce. Nie jest ani ich powieleniem, ani też w żaden szczególny sposób ich nie uzupełnia. Kuba Witek ogląda archipelag po swojemu – w swoim tempie, z własną wrażliwością, z dobrym wyczuciem, jakie tematy społeczne poruszyć, i przede wszystkim z tą mocą przekonywania, że Wyspy Owcze są naprawdę pięknym miejscem. Gdybym ich nie widział, Witek z pewnością przekonałby mnie do tego, by się tam wybrać. Jeśli nie dla ludzi, to przede wszystkim dla pejzażu. Na wszystko jest miejsce w tym ciekawym reportażu: na opisy spotkań z oszałamiającą naturą, na socjologizowanie, na wielopoziomowe pokazywanie, czym jest farerska społeczność oraz tożsamość, ale jest tu jeszcze miejsce na opowieść szczególnie bliską samemu autorowi. Warto więc zapoznać się z nieszablonowym pisaniem reporterskim Witka. Nie ma tutaj ani dystansowania się wobec opisywanych kwestii, ani też nadmiernie nużącego egocentryzmu, który przytrafia się wielu polskim reportażystom. „Uciec od Wysp Owczych” to uczciwa relacja z pewnej egzystencjalnej podróży. Jej tłem jest zapierająca dech w piersiach natura. Ale również specyficzna północna surowość, która być może wdziera się w to, jak Kuba Witek chce sportretować między innymi ludzi spotykanych na swoim drodze. Cenna i ciekawa lektura.

2023-06-06

„Dwie i pół duszy. Folk noir” Justyna Hankus

 

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 2 czerwca 2023

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Opowieść peryferii

To zawsze jest bardzo budujące, gdy obiecująca debiutantka pokazuje swoją drugą publikacją, że zdecydowanie nie jest pisarką jednego tytułu, a przy okazji znajduje dla siebie świetną oficynę wydawniczą. Druga książka Justyny Hankus udowadnia, że autorkę stale interesują egzystencjalne peryferia – zarówno życiorysy postaci, które od początku do końca są enigmatyczne w swej nieprzystawalności do świata, jak również to, że można marginesy ludzkich doświadczeń opisać jako uniwersalne historie odtrącenia lub porzucenia. W „Dwóch i pół duszy” znajdujemy wyjątkowych bohaterów w wyjątkowych sytuacjach. To także świadectwo tego, w jak płynny sposób Hankus umie przechodzić od klaustrofobicznych przestrzeni zarysowanych w „Grisaille o pewnym osiedlu” do tych otwartych – tu jednym z bohaterów będzie przede wszystkim naznaczona tajemniczością i grozą polska wieś. Ze swoim kameralnym charakterem, z rozmaitymi wierzeniami i naturą, do której opowiadania autorka znajduje osobny język. Bo tu elementy świata natury będą mieć swą tożsamość. Będą jednocześnie kusić, zwodzić, niepokoić i staną się tłem wielu dramatycznych wydarzeń. W tym pięknym świecie dzikiej przyrody pojawi się zło. Ludzkie zwłoki. Wywołana przez nie groza. Narastający niepokój, gdy rozpada się uporządkowany świat. Gdy „coś po wsi łazi”.

W specyficznej kompozycji klamrowej Justyna Hankus opowie o świecie, którego niezwykłość podkreślą dwa rodzaje narracji. Jednym z nich jest zaznaczone już portretowanie świata przyrody. Uwagę zwraca zwłaszcza dobór nietuzinkowych czasowników oraz różne zabiegi mające na celu antropomorfizację albo wskazanie szeregu zależności między elementami przyrody, która jest tutaj niemym świadkiem zasygnalizowanych wyżej ponurych wydarzeń. Jest na tyle mroczna, że już czytanie opisów otoczenia pewnej naznaczonej fatalizmem wsi staje się samo w sobie przyjemnym doświadczeniem.

Rozciągnięta na kilka dekad historia urzeka przede wszystkim tym, że jest nieoczywista. Łączy ze sobą w niezwykły sposób widoczną na pierwszy rzut oka wyjątkowość świata na peryferiach z tym, co jest przed nami odsłaniane dzięki wierzeniom, opowieściom miejscowych, nawiązaniem do mitotwórczej roli opowiadania o zderzeniach wyobrażeń i gorzkiej rzeczywistości. Hankus przytacza tutaj historie ludzi, którzy widzieli, słyszeli lub zrozumieli coś innego niż pozostali. Ale albo nikt ich nie słuchał, albo nie rozumiał. Inni, odstający od reszty są praktycznie wszyscy bohaterowie tej powieści. Mateusz Kusy to ktoś niezwykły już choćby z tego względu, w jakich okolicznościach się urodził. Urszula jest młodziutką zielarką, którą matka usiłuje wyrwać z wiejskiego środowiska, gdzie kwitnie zabobon. Urszula powróci tam, skąd odeszła, tak jak wróci Mateusz. A między nimi pojawi się jeszcze ktoś inny. I kilka dodatkowych postaci, którym Hankus ofiaruje literackie życie z wyjątkową umiejętnością zacierania jego oczywistych znaczeń.

Znajdziemy się w świecie portretowanym po części w konwencji mrocznej baśni, po części moralitetu, ale przede wszystkim przypowieści iskrzącej mnóstwem niedopowiedzeń. Bo Justyna Hankus doskonale wie, że w literaturze słowo „tajemnica” jest już mocno zużyte. Tu będzie bardzo specyficzna zagadkowość. Świata, w którym możemy się przyjrzeć, jak płaczący mężczyzna tuli się do krowy. Świata, gdzie pewna Cyganka będzie gotowa do największych poświęceń, byle tylko uratować drugiego człowieka przed wpływem zła. Świata, gdzie szepczą swoje opowieści postacie zrodzone z ludowości połączonej z mistyką. Gdzie królestwo Wodnika stanie się areną zdarzeń przerażających i jednocześnie fascynujących.

„Dwie i pół duszy” przede wszystkim ‒ podobnie jak debiut Hankus ‒ zwraca uwagę na to, jak ogromną rolę w pisaniu literatury może odgrywać inspiracja. W „Grisaille o zwykłym osiedlu” mieliśmy obraz Bruegla, tutaj mamy świat moczydeł, wijów, topielic, czarów i zaklęć, ale przede wszystkim rzeczywistość bardzo konkretną nie tylko z powodu klamry kompozycyjnej. Głównie dlatego, że w tym całym niezwykłym świecie Hankus mówi o rzeczy oczywistej, której niejednokrotnie ludzkość wcale nie chce się wstydzić. Chodzi o łatwość wybrania, prześladowania i atakowania wroga, tego innego, odmieńca, odstającego od reszty. Ludzkie okrucieństwo ma tu dużo bardziej przejmujące oblicze niż wyobraźnia sytuująca ludzi na granicy jawy i czegoś na kształt mrocznego snu. Ta powieść to również ciekawa fantazja o dualizmie naszej egzystencji. W dość czytelny sposób wykorzystuje figurę Doppelgängera, ale Justyna Hankus to pisarka niestandardowa w tak wielu aspektach, że nie sposób opowiadać o jej książkach za pomocą uproszczeń. „Dwie i pół duszy” z jednej strony urzeka swoistą prostotą opowieści, ale z drugiej – jest, tak jak genialny debiut tej autorki, także estetyczną przyjemnością, a przy tym wyzwaniem dla czytelnika. I tak jak napisałem, recenzując „Grisaille o zwykłym osiedlu”: Hankus doskonale wie, jak opowiadać o życiu i jednocześnie nadawać tej opowieści wartość artystyczną poprzez przekształcenia, odkształcenia, mitotwórczą rolę symboliki, ale przede wszystkim – i to dodaję po lekturze drugiej książki ‒ dzięki po prostu przepięknej polszczyźnie.

Ta opowieść intryguje również wtedy, kiedy staje się ponurą fantazją o tym, czym jest w ludzkim życiu wybór, a czym konieczność. Coś tu dzieje się dlatego, że dokonano wyborów, nie zawsze właściwych, nie zawsze przemyślanych. Jest także coś, co ma miejsce z powodu konieczności. W sportretowanym świecie pewne niepisane prawa i zwyczaje rządzą absolutnie wszystkim. Każdym ludzkim wyborem i każdą, najbardziej bolesną w swych konsekwencjach koniecznością. Czyta się „Dwie i pół duszy” z dużymi emocjami, kiedy ujrzy się w tej książce opowieść o takim rodzaju ludzkiej tęsknoty, którego nie rozumie gromada. Jednocześnie pisarka daje wyraźnie do zrozumienia, że ta tęsknota jest immanentną częścią tej gromady, jej ukrytymi oczekiwaniami i pragnieniami. Podoba mi się dbałość Hankus o to, by wciąż niepokojąco balansować między wierzeniem a bolesną rzeczywistością, ale również to, że autorka jest w pełni świadoma, po jakie wzorce kulturowe sięgnęła, i wie, że niczego nie pozostawiła tutaj przypadkowi.

Narracje osadzone w różnym czasie łączą się tutaj intrygująco z cytowanymi opowieściami. Takimi rodzajami historii, których wysłuchują tylko wyjątkowi słuchacze. Czy nowa książka Justyny Hankus jest dla wyjątkowych czytelników? Na pewno dla poszukiwaczy niebanalnych opowieści o tym, jak wiele można znieść i jak wiele trudnego doświadczyć, gdy w wyniku zbiegu okoliczności jest się kimś na peryferiach świata. Ujmuje to, w jaki sposób są tu opowiedziane zjawiska tak bezkompromisowe jak śmierć. Można odnieść wrażenie, że literacka delikatność tej autorki obejmuje rzeczy, które można uznać za odstręczające czy wręcz obrzydliwe. Pięknie jest się przenieść do tak pełnego pisarskiej wrażliwości świata przedstawionego, w którym przecież pięknie nie jest. Jest mnóstwo goryczy, są niespełnione marzenia, uczucia bez wzajemności, kilka form wyobcowania. A wszystko z bardzo spektakularnym finałem. Hankus umie zaczarować mroczny świat. Umie też po prostu doskonale pisać.