Wydawca: Wydawnictwo MOVA
Data wydania: 16 stycznia 2026
Przekład: Kaja Gucio
Liczba stron: 344
Oprawa: twarda
Cena det.: 59,99 zł
Tytuł recenzji: Jeść i dorastać
Tę całkiem zgrabnie skonstruowaną obyczajówkę Lottie Hazell powinno się czytać razem z „Głodem” Roxanne Gay. Nieważne, w jakiej kolejności i czy jedną po drugiej, czy na przemian. Twórczynie proponują nam zupełnie inne gatunkowo narracje, bo książka Gay to i pamiętnik, i dziennik, i jednocześnie pewien rodzaj manifestu, ale obie te pozycje albo symbolicznie, albo wprost mówią, że nasycanie ciała pokarmem może być świadectwem prywatnej walki ze światem o samostanowienie. Są to też książki opowiadające – w zupełnie odmiennej tonacji – o tym, że apetyt i spożywanie mają ogromny związek z tożsamością. Zostawmy dalekie od Hazell rozważania Gay na ten temat. Skupmy się na „Śwince”. Książce, przy której chce się jeść, jednocześnie nienawidzi się jedzenia i je kocha, ale przede wszystkim poznaje sposoby przygotowywania potraw, o których czytając, chciałoby się je wszystkie zjeść od razu.
Można powiedzieć, że to, co pisze Hazell, jako czytelnicy jemy, a przede wszystkim trawimy. Ogromny minus tej narracji – co ciekawe, stworzonej jako swoisty apendyks do pracy naukowej – stanowi to, że zasadnicza kwestia ujawniona jest zdecydowanie za wcześnie, bo daje się odszyfrować na pierwszych kilku, może kilkunastu, w najlepszym przypadku kilkudziesięciu stronach. Dlatego pisanie o perypetiach głównej bohaterki mija się z celem, bo ważne jest tutaj to, jakim językiem napisana jest ta historia. Uwielbiam tłumaczenia Kai Gucio i przekład jej autorstwa to dla mnie zawsze wyznacznik literatury niosącej w sobie i barwę, i charakter, i specyficzne rodzaje ironii lub autoironii. Nie wiem, czy w „Śwince” więcej jest pierwszego, czy drugiego. Zazwyczaj nie podbieram określeń innych recenzentów, jednakże „kulinarny snobizm” ujawniany tu z rozdziału na rozdział chyba najlepiej charakteryzuje książkę traktującą o nierozłączności apetytu na jedzenie i braku apetytu na siebie, na swój życiowy plan, na życie tak w ogóle.
Główna bohaterka konsekwentnie nazywana jest słowem użytym w tytule, jakby to miało od początku określać jej tożsamość. Tymczasem pośród opisów przygotowań wszystkich wykwintnych potraw i obok traktowania ich jako wyznaczników bycia lepszym lub bogatszym czytamy o tym, jak ta tożsamość się kształtuje. Bohaterka z jednej strony jest przezabawna, z drugiej – tragicznie samotna, pozostawiona sama sobie. A właściwie sobie i swojemu żołądkowi. Bo Świnka nie tylko zje wszystko, ona też wszystko potrafi przyrządzić. Z pietyzmem i niesamowitą fantazją. Jest tu mowa o kulinariach, które łączą się z komizmem – głównie sytuacyjnym – ale także o tym, co to znaczy przygotować jedzenie, zjeść je, najeść się i przejeść. Bynajmniej nie w znaczeniu dosłownym.
Świnka wywołuje współczucie swoją bezradnością wobec własnych emocji. Bezwolnością. Wewnętrznym pozwoleniem na to, by mężczyźni byli dla niej okrutni – inaczej narzeczony, inaczej ojciec. Wszystko jest tu wyraźnie rozpisane i granica między katem a ofiarą jest wyraźnie nakreślona, stąd też mniej intrygująca jest sama fabuła. Ale już jej zakończenie jak najbardziej, jeśli traktujemy utwór Lottie Hazell jako opowieść o samowyzwalaniu się, odnajdywaniu klucza do własnej klatki, uwalnianiu świadomości i zdobywaniu pewności siebie.
Ona na niektórych etapach życia bohaterki prawie w ogóle nie istnieje. Mówi za nią i pokazuje ją jedzenie. To przygotowane, to pałaszowane. Ale jest to też książka, która w tragikomicznym stylu zmierza do przewidzianej błyskawicznie katastrofy. Piszę to oczywiście ironicznie, bo ironii w tej książce jest bardzo wiele. Mnóstwo mądrego i inteligentnego poczucia humoru. Sporo jednak dydaktyzmu, który wkrada się w przerywniki w ramkach. Trudno określić ich funkcję, później są komentatorskie, ale wcześniej wprowadzają nas dość ciekawie w pogłębiający się proces autodestrukcji związku, który powinien się zakończyć, a nie stwarzać pozory czegoś głębszego.
Bo ile jest małżeństw niosących ze sobą sekrety przedmałżeńskie, o których należy zapominać w imię lepszej przyszłości? Ile razy potwierdzany notarialnie akt to fikcja i obustronny dramat? „Świnka” podąża tokiem rozważań, w jaki sposób związek dwojga ludzi wpływa na ich rodziny. A te Hazell portretuje z mistrzowskimi detalami. Czasem odnieść można wrażenie, że jej niejednoznaczna w zachowaniach bohaterka schodzi zdecydowanie na drugi plan. Albo ma tam schodzić, bo takie jest jej zadanie, taka powinność wobec jej rodziny oraz rodziny wybranka.
„Świnka” to słodko-gorzka opowieść inicjacyjna, w której znajdziemy się pośród ludzi budujących relacje na szeroko pojętym fałszu. I tak jak dla męskich członków danej rodziny opinia jest faktem, tak dla sportretowanych tu kobiet powinność społeczna jest koniecznością. Wątek ciąży, porodu i połogu jedynej przyjaciółki Świnki jest tu zgrabnie wpleciony, bo dzięki niemu ożywa historia o samostanowieniu głównej bohaterki, jednakże za dużo tutaj uproszczeń w metaforyce łączącej kulinaria z egzystencjalnymi dramatami. A przynajmniej ja zauważyłem ich zbyt wiele.
Każdy, kto kiedykolwiek usłyszał z czyichś ust, że jest obrzydliwy, zostaje straumatyzowany na całe życie bez względu na to, co wydarzy się potem. Tytułowa Świnka słyszy pod swoim adresem słowa oceniające: od łagodnych perswazji po stanowcze wyrażanie negatywnych opinii o tym, w jaki sposób żyje. Celowo nie wspominam, co myśli, bo tu autorka przymknęła nam drzwi i bardzo jej za to dziękuję, gdyż enigmatyczność wnętrza bohaterki w miarę rekompensuje przewidywalność fabularną.
Ciekawym zabiegiem jest też to, że początek powieści konsekwentnie prowadzi do końcowej ruiny, choć antycypacje są nieliczne, jednak gdy się pojawiają – stanowią najsłabszy element tej narracji. Książki o tym, co znaczy być pełną w znaczeniu przejedzenia się i być pustą, czyli niegotową na życiowe scenariusze napisane przez innych, gdyż trudno o ten własny, kiedy jakiś problem uniemożliwia prawdziwy kontakt z umysłem. Do gry wkracza wówczas żołądek, żre się często i kompulsywnie, odczuwa się wobec jedzenia więcej emocji niż wobec drugiego człowieka. To jest zabawne, ale chwilami niebezpieczne, wręcz groźne. Dlatego „Świnka” to, jak wspomniałem na wstępie, powieść obyczajowa o bardzo intymnej walce o siebie, gdy ma się niewielu popleczników.
Na szczęście oni są i wszystko zmierza ku katastrofie będącej… katharsis. W tym wszystkim mnóstwo poczucia humoru i dystansu Hazell do samej siebie jako autorki i jako narratorki tej historii. I tak jak suknia ślubna nie chce się tu dopasować do ciała panny młodej, tak stosowane przez nią sposoby, by poczuć się lepiej ze sobą, dodatkowo pogrążają ją w kompleksach i niebezpiecznie zbliżają do stanów lękowych i depresyjnych. Nie można czytać „Świnki” ze śmiertelną powagą, gdyż wielokrotnie wybucha się śmiechem w najmniej spodziewanych momentach, ale jest to niezwykle poważna opowieść o rozdźwięku między tym, czego szukamy w sobie samych, a tym, co koniecznie chcą w nas znaleźć inni. Pod rozwagę bez względu na płeć, choć feministyczny sznyt tej powieści widoczny jest dość wyraźnie.
---
Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz