2026-07-17

„O czym sobie nie mówimy” reż. Gabriele Muccino

 

FILM

Gatunek: komediodramat

Tytuł oryginalny: Le cose non dette

Produkcja: Włochy

Czas trwania: 114 minut

Data polskiej premiery: 17 lipca 2026

Tytuł recenzji: Sieć kłamstw

Ominęła mnie lektura powieści „Siracusa” Delii Ephron. Może dlatego, że dopiero zaczynałem działalność recenzencką, a książka ukazała się, zanim zacząłem czytać dużo więcej niż kilkanaście nowości wydawniczych rocznie. To pewien chichot losu albo po prostu zbieg okoliczności, że mogłem teraz obejrzeć ekranizację tej powieści w znakomitym włoskim wydaniu Gabriele Muccina, który prawdopodobnie rozegrał ją po mistrzowsku, zamieniając anglojęzycznych Amerykanów odwiedzających Sycylię na pełnokrwistych Włochów podróżujących po Maroku (zabiegi te wymusiły też zmianę tytułu – z konkretnie adresującej akcję włoskiej nazwy Syrakuz na o wiele bardziej uniwersalne pytanie o to, „O czym sobie nie mówimy”, czyli Le cose non dette – dosłownie znaczy to „rzeczy niewypowiedziane”). A że nie porównuję filmu z pierwowzorem, to jest mi chyba łatwiej go ocenić i przyjrzeć się detalom.

Przede wszystkim czeka odbiorców ogromny rollercoaster emocji, choć włoski reżyser opowiada o historiach, które dzieją się wszędzie i na co dzień – ale nie splatają tak dramatycznie jak tutaj. Niesamowita jest dynamika tego filmu, zwłaszcza ujęcia kręcone w Tangerze, gdzie bohaterowie miotają się po uliczkach miasta jak po uczuciowym labiryncie, w którym sami tkwią, a ze sceny na scenę coraz wyraźniej widać, że nikt tu nie pokona Minotaura, a miłosna nić Ariadny zerwie się bardzo szybko, bo wszyscy przyjeżdżają tam już wówczas, gdy nie ma miłości, jest jedynie szukanie przyczyn jej braku i ponoszenie konsekwencji.

Początek nie zapowiada znakomitej kompozycji ujęć z marokańskiego miasta, w którym żar jest nie tylko dosłowny. Bohaterowie filmu gotują się wewnątrz, każde z podobnego powodu, choć pokazane jest to w sposób mogący sugerować, że chodzi o skrajnie różne emocje. A wszystko koncentruje się wokół kłamstw. I gwałtownie zaprezentowanych widzowi koincydencji, które powodują, że prawie dwie godziny pozostaje się na wdechu. Trudno złapać oddech nawet wtedy, gdy życie zaczyna wracać na dawne tory. Przecież trzeba będzie na nowo poukładać wszystko, co pęczniało i pękało, doprowadzając do rozmaicie odbieranych, przeżywanych, a przede wszystkim pokazywanych widzowi dramatów.

Zaczyna się bardzo surowo, bo w pierwszych scenach widzimy, że postacie przedstawiają fakty, że to po prostu przesłuchanie, że nie ma tu emocji i nic ich nie zapowiada. Oschłość tej narracji przełamują idylliczne obrazki, od których na początku może niemal mdlić, ale w dalszej części będą one miały ogromne znaczenie, bo te ckliwe wstawki tworzą całość z przejmującym ciągiem dalszym. A w zasadzie ciągami dalszymi, gdyż nie możemy tutaj mówić o pojedynczym dramacie. Choć da się wskazać ten największy: utratę możliwości dalszego życia, zmiany perspektywy, stania się innym człowiekiem, wejścia w nową, satysfakcjonującą relację.

Gabriele Muccino stawia na stopniowe, ale bardzo szybkie odsłanianie kart. Początkowo wydaje się, że historia dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą małżeństw ruszy we w miarę przewidywalnym kierunku. Niczego tu jednak nie da się antycypować. Przeszłość zgrabnie nakłada się na teraźniejszość i wcale nie musimy myśleć o tych surowych ujęciach, które otwierają film i co jakiś czas go przerywają. Bardzo znaczące w montażu są przerwy, kiedy bohaterowie przeżywają emocje, których absolutnie nie są w stanie unieść. Wówczas obraz znika na kilka sekund: jakby zacinała się taśma filmowa, jakby to wszystko było zbyt trudne nawet do nagrania.

On jest pisarzem i wykładowcą na kierunku filozoficznym. Ona dziennikarką znanego pisma. Ułożyło im się, choć nie doczekali się dzieci. Rezolutna nastoletnia córka drugiego z ukazanych w filmie małżeństw odegra niebagatelną rolę: w niej i poprzez nią widać będzie te wszystkie zachowania, których włoski reżyser nie chce pokazywać, gdyż skupia się na emocjach głównych bohaterów. Pięknie portretowane obce miasto w połączeniu z dobrze dopasowanymi do scen fragmentami muzycznymi jest tłem postępującej coraz szybciej katastrofy. Wiemy już wiele, jeszcze zanim dwie zaprzyjaźnione pary postawią stopy na afrykańskiej ziemi. A przynajmniej wydaje nam się, że wiemy – tak jak wydaje się to przede wszystkim głównemu bohaterowi, znakomicie zagranemu przez Stefana Accorsiego.

Aktorstwo to największy atut tego filmu. Jeśli włoskiego, to wiadomo, że z natury głośnego i dynamicznego, pełnego ekspresyjnych gestów oraz wypowiedzi i ujęć pokazujących, jak twarze bohaterów stają się mapami ich emocji. Nic nie jest tu przed nami ukryte. Za to mnóstwo skrywają przed sobą nawzajem ludzie, którzy decydują się na wspólny wyjazd, by doświadczyć tam sytuacji granicznej zmieniającej ich losy na zawsze. To jednak raczej film o rozpadzie, nie o zmianach. Widać to w stopniowo wyciszanych scenach, innym sposobie kadrowania. Ostatnie kilkanaście minut daje wreszcie złapać oddech, lecz i tak pozostawia w osłupieniu.

Istotą dobrego kina jest między innymi zdolność złapania oglądającego w swoisty klincz. Tu jesteśmy nie tylko obserwatorami emocjonalnego tygla umieszczonego w orientalnych dekoracjach. Czujemy niemal, jak nas samych miażdży zaciskające się coraz mocniej imadło. Dlaczego? Może właśnie egzotyka otoczenia, zderzenie z inną kulturą – w której prawdopodobnie takie małżeńskie dramy, takie kłamstwa nie mogłyby się wydarzyć – czyni portretowane dramaty bardziej czytelnymi i widowiskowymi. A może to wszystko jest możliwe pod każdą szerokością geograficzną, lecz w tym przypadku filmowe przeniesienie zdarzeń i emocji dodaje im kolorytu i intensywności?

Najbardziej zaskakuje pozornie sielankowe tło zestawione z szokującymi sytuacjami, które następują jedna po drugiej, i to nieustanne napięcie wynikające zarówno z ukrywania emocji, jak i z ich wyrażania – mimiką, tonem głosu, a zwłaszcza słowami i gestami, bo w obrazie Muccina mówi i gestykuluje się mnóstwo. Na twarzach bohaterów widać każdy rodzaj zdziwienia, bezradności i rozpaczy, a rzeczywistość wokół jakby przyspiesza, rozpędza się, wpędza ich coraz głębiej w labirynt. Jednak wciąż widzimy swoistą równowagę: wszystkie sprawy wydają się zamknięte, ludzie kiedyś sobie bliscy relacjonują zdarzenia ze stoickim spokojem. Ale to tylko chwila. Reszta tego obrazu to głównie ruch, na który warto zwrócić uwagę tak jak na fizyczność odgrywanych postaci i na zmienność tego, co się dzieje z ich ciałami.

Dysonans między tym, co cielesne, a tym, co intelektualne, jest tu zresztą bardzo wyraźnie podkreślony. Scenariusz tworzy kolaż, w którym ważne jest ciało doświadczane silnymi wzruszeniami. I przede wszystkim jest to film o tym, co utrzymuje małżeństwa w spójnej rutynie, a co je rozbija, dokonuje trwałej destrukcji. I nie, nie są to kwestie posiadania lub nieposiadania dziecka, wiary lub niewiary w drugą osobę. Znakomita filmowa wiwisekcja związków, zwłaszcza tego wszystkiego, co je deformuje i niszczy. Zabija miłość, a także dosłownie odbiera życie. Mocne i przejmujące kino obyczajowe. Dla wszystkich, którzy chcą stworzyć związek, tworzą go albo z różnych powodów już w nim nie są.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: