2026-06-01

„Moi przyjaciele” Fredrik Backman

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 3 czerwca 2026

Liczba stron: 432

Przekład: Anna Kicka

Okładka: miękka

Cena detaliczna: 59,90

Tytuł recenzji: Minione i obecne życie

Niezwykły humanista literatury środka. Człowiek, na którego kolejną książkę naprawdę czeka się z wytęsknieniem. Tutaj Backman dziękuje w zakończeniu wszystkim bliskim mu ludziom, dzięki którym powstała poruszająca opowieść… o bliskości ludzi, choć czasami szorstkiej, naznaczonej głównie utratami, której tłem jest wszechobecna śmierć, ale również sugestia, co to znaczy żyć naprawdę. I tak jak autor dziękuje tym wszystkim ludziom, ja dziękuję właśnie jemu. Takie książki jak „Moi przyjaciele” powinny zasłużenie trafiać na półki z bestsellerami, bo nie są ani skomplikowane formalnie, ani uwikłane w problematykę trudną do objęcia rozumem czy całkowitego przyswojenia. To po prostu rzecz dla wszystkich. Znając wcześniejsze powieści Fredrika Backmana, oczekiwałem jednocześnie śmiertelnie poważnej historii i przezabawnej opowieści; tym razem pisarz gra detalami: opisami mrugania, przewracania oczami czy brania głębokiego oddechu.

Tym, co mnie zaskoczyło w tej książce, jest sposób budowania historii. Tu jedna opowieść wyłania się z drugiej. Fundamentem jest klasyczna narracja drogi – podróż dwójki ludzi, którzy zupełnie do siebie nie pasują i pozornie są całkowicie różni choćby z racji wieku, a jednak przemierzają przestrzeń, od początku wiedząc, że w jakimś stopniu do siebie przynależą. A potem zrozumieją tę przynależność bardziej, kiedy właśnie z jednej historii wydobywać się będzie kolejna. Obie zmierzają ku zakończeniu, które – znając twórczość Backmana i proponowane przez niego tezy dotyczące kondycji egzystencjalnej człowieka jako takiego – staje się przede wszystkim zaprzeczeniem wcześniejszego założenia, że dużym ciężarem jest „słyszeć samego siebie w innym”. Zarówno pozbawiona bliskich oraz poczucia sensu istnienia nastolatka, jak i dobiegający czterdziestki mężczyzna, który wciąż żyje pamięcią tego, co minęło, usłyszą od siebie być może więcej na swój temat, niż zdołali się o sobie nauczyć do tej pory.

Ona żyje dużo krócej, lecz bardziej intensywnie niż on. Za chwilę przestanie być istotna dla systemu poszukującego uciekinierki. Skończy osiemnaście lat i stanie się dla tego systemu nieważna, niewidoczna. Dorosłych już się nie ściga z takich przyczyn. Ich problemami już nikt się nie interesuje. „Moi przyjaciele” to gloryfikacja nastoletniości poprzez czynienie jej zauważalną. Ale to również mroczna historia mężczyzny, który jako nastolatek doświadczał, tego, czego doznawać nie powinien, bo to wypaczyło jego poglądy na życie i samego siebie. Nie ma jeszcze czterdziestki, a zdaje się, że ten wciąż jeszcze młody człowiek przymusza się do każdego kolejnego oddechu. Dzieje się tak, dopóki los nie połączy go z dziewczyną, która mimo doświadczonych traum (w tym śmierci przyjaciółki) pełna jest witalności i ciekawości tego, o co bohater często sam siebie nie pytał. I tak oto niedobrane charakterologicznie postacie ruszają w świat pociągiem. Tyle tylko że ten pociąg zaczyna przemierzać przestrzeń inaczej. Zaczynamy się cofać, a retrospekcje stają się coraz ważniejsze. To one opowiedzą o tym, co wie wielu z nas, ale co Backman podkreśla wyraźnie: „(…) najniebezpieczniejsze miejsce na świecie jest w nas samych”.

Podążamy jednak do miejsca, w którym rodzi się wyjątkowa przyjaźń. Tam, dokąd nie dociera formalizm ani zdrowy rozsądek świata dorosłych i gdzie żadna relacja nie zawiąże się w jakimś klasycznym albo choć przewidywalnym stylu. Są młodzi ludzie doświadczeni przez przemoc, alienację i poczucie bycia bezwartościowymi i jest cud świata natury, który niweluje ich lęki oraz troski, coraz bardziej zbliża do siebie, a ostatecznie prowadzi do tego, że znajdują się na pewnym niezwykłym obrazie. Nie wszyscy, bo ktoś ich przecież malował. Młodziutki artysta. Potem doceniony przez świat. W najważniejszym etapie swojego życia doceniany przede wszystkim przez przyjaciół. Fredrik Backman nie opowie o tej przyjaźni banalnie. W ogóle będzie unikał banałów czy truizmów, które wplątywały się w treść jego poprzednich książek. Autor „Zwycięzców” opowie przede wszystkim o wewnętrznej sile przeciwstawiania się temu, co naciska, sugeruje, nakazuje: żyj tak, by żyć normalnie, niewidocznie. To zresztą porada dla syna wygłoszona przez jedną z matek bohaterów. O młodych ludziach, którzy zaklęli dla siebie krótki czas niesamowitej bliskości. Nigdy się z tego czasu nie wydostali. I zawsze będą wyczekiwali jakiegoś jutra, choćby nawet umierali, fizycznie znikali ze świata, z którym tak uporczywie walczyli.

„Moi przyjaciele” to w dużej mierze historia tego, w jaki sposób uciekamy od piekła w nas samych, ale również opowieść o przypadkowości zdarzeń, których sekwencja prowadzi do niesamowicie silnego przywiązania na całe życie. Jest tu wszystko, co wiemy o życiu albo czego za chwilę się dowiemy: że nikogo nie rozpieszcza, a z wieloma rozprawia się okrutnie. Doświadczane tu rzeczywiste fizyczne ciosy są także ciosami od losu, który wymierza je bohaterom na ich własne życzenie. Piekłem jest żyć wśród ludzi, którzy stają się automatycznie obcy, nie przynależąc do stworzonego świata przyjacielskiej paczki. Piekłem jest jednocześnie żyć w tej paczce, w której każdy niesie bagaż przejmujących doświadczeń i każdy jedynie udaje, że sobie radzi. Albo nie udaje, tonie w sobie, pozwala kierować sobą za pomocą poczucia bezsensu istnienia. Czy portretowani przyjaciele żyliby dalej, gdyby nie zdarzyła się ta niesamowita więź, która pomogła im przetrwać wszystko, co trudne?

Ale przecież najtrudniejsze dopiero przed nimi. Przed każdym z osobna w inny sposób. A przed jednym z mężczyzn pojawia się trudność zderzenia z emocjonalnie rozchwianą nastolatką, która dziwnym trafem potrafi uporządkować jego chaotyczne wnętrze pełne lęków o siebie i przepełnione przekonaniem, że wraz z tamtym nastoletnim okresem bliskości przeminęło już wszystko, na pewno zaś pojawiła się bariera utrudniająca dotknięcie drugiego człowieka, znalezienie się przy nim blisko. W fizycznym znaczeniu trudności życiowych Backman nie dobiera jakichś specjalnych motywów – wykorzystuje ten klasyczny i wszechobecny nie tylko w literaturze, lecz przede wszystkim w życiu motyw przemocy domowej, w której noszone na ciele siniaki są nie tylko świadectwem doświadczonego bólu. Tutaj mowa jest o cierpieniach egzystencjalnych, które są zniuansowane właśnie przez to, że „Moi przyjaciele” to historia różnego rodzaju relacji. Mimo że bohaterowie mogą wydać się papierowi, że autor nie wchodzi gdzieś głębiej w ich umysły, nie koncentruje się jakoś specjalnie na miejscu ich pochodzenia, zaznacza jedynie wyobcowanie przez podkreślanie motywu emigracji i bycia obcym także w języku i państwie.

Pozornie to powieść po prostu o nieszczęśliwych dzieciach, które stają się potem nieszczęśliwymi dorosłymi. Ale tylko pozornie. Istotnym motywem jest sztuka łącząca się tutaj z absolutnie każdą życiową emocją, która tworzy nasze człowieczeństwo. Backman nie odchodzi w wielu akapitach od dydaktyzmu, ale tym razem jest to bardziej sugerowana sentencjonalność. On już po prostu tak pisze: obrazuje jakiś świat przedstawiony i podsumowuje go wnioskami, do których dojście być może utrudnia czytelnikowi. Jednakże tutaj nie pozbawia go zadumy nad tym, kim się stajemy w gromadzie, kim samotnie, a kim jesteśmy, gdy grupa bliskich się rozpada, jednak trzeba żyć dalej. Kochać kogoś lub coś albo w kogoś lub coś wierzyć. To sobie przecież obiecywali nastoletni ludzie widniejący na obrazie będącym wyjątkowo barwnie wykorzystanym leitmotivem „Moich przyjaciół”.

Backman jak zawsze stara się być ironiczny i humorystyczny, ta rozpoznawalna cecha jego prozy zaznacza się już na samym początku. Jednak potem, gdy jedna historia przeradza się w drugą, tę właściwie odradzającą się na nowo, jesteśmy już dalecy od rozbawienia. Tę powieść powinien przeczytać każdy samotny człowiek, by może pojąć, dlaczego samotność mu szkodzi i w jaki sposób się w nią wpędził. Także ten, który uważa, że ma wszystko. A może nie mieć siebie. Na koniec zaś to, co najważniejsze: Fredrik Backman po raz kolejny napisał powieść absolutnie dla każdego, a tym razem mam wrażenie, że fragmentami mogłaby to być lektura szkolna inspirująca niezwykłe lekcje o nadzwyczajności smutku i szczęścia naszego istnienia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: