2008-09-21

"Wałęsa" Paweł Demirski

Trudno powiedzieć, czy wydana przed trzema laty dramatyczna opowieść, w której miesza się wesołość i smutek, pretenduje do miana dokonania literackiego. Dramat Demirskiego sytuuje się gdzieś pomiędzy socjologicznym szkicem a reportażem opartym na dialogach, które ożyć mogą jedynie wygłaszane, na pewno zaś nie podczas cichej lektury – tutaj drapieżność przekazu tego dzieła po prostu nie istnieje. Dokonanie prężnie działającego dramaturga jest próbą opisania na nowo legendy „Solidarności” i gloryfikacją jej założyciela, który urasta w tekście do rangi narodowego Mesjasza. I tak naprawdę nie wiem, czy uśmiechać się, czy też smucić po przeczytaniu „Wałęsy”. W moim odczuciu dramat ten napisany został naprędce, tak samo szybko wydany, a potem błyskawicznie wystawiony na scenie. Tekst bardzo emocjonalny i pełen pasji. Mam jednak wrażenie, że nie do końca przemyślany i nieumiejętnie podkreślający wagę historycznych zdarzeń, które dla autora są pokoleniowym przełomem, za jakim tęskni, bo nie dane mu było naprawdę go przeżyć.

Konstrukcja poszczególnych scen przypomina lingwistyczną wieżę Babel. Cały utwór bowiem opiera się na dialogach i próbach porozumienia się, wypracowania konsensusów, dojścia do kompromisów za pomocą słów. Chociaż dominują u Demirskiego rozmowy i napięcie dramatyczne położone jest na grę poszczególnych słów oraz zdań, tekst ten wydaje się niemy. Powstał z tego, co autor podsłuchał, zanotował, nagrał i zapisał, ale jest jedną wielką kakofonią, bo wszystkie słowa rozsypały się na kartach tego dramatu tak, jak rozpadają się coraz to nowe próby porozumienia między anonimowymi bohaterami, oznaczonymi cyframi bądź literami. Nie postacie są w tym tekście oczywiście najważniejsze, lecz słowa, za którymi kryć się ma niepewność co do losów nowej Polski, buntującej się wobec opresyjnego systemu władzy. Odnoszę jednak wrażenie, że sam autor schował się za słowami i nie do końca uwierzył w to, że ich współbrzmienie ma nieść jakąś sensowną treść.

Otrzymujemy dość specyficzne połączenie tragikomedii z patetycznym dramatem narodowym, w jakim główną rolę odegra „historycznie przypadkowy” człowiek, któremu udało się zmienić bieg historii. Przyjrzymy się Polsce od momentu formowania się pierwszych struktur „Solidarności” do końca lat osiemdziesiątych, kiedy obrady Okrągłego Stołu pozwalały uwierzyć, że Polacy nareszcie będą szczęśliwi. Otrzymamy także gorzkie „bonusy” rozrachunkowe w postaci scenek rodzajowych pokazujących życie pewnej rodziny w realiach Polski po transformacji ustrojowej. Demirski dokonuje tego specyficznego przeglądu historycznego dość wybiórczo, sygnalizuje jedynie problemy ukryte pod historycznymi etykietami „strajków 1980 roku”, „karnawału Solidarności” czy „stanu wojennego”. Przebiega między zdarzeniami, lokuje w nich swoich anonimowych dyskutantów i pozostawia wszystko bez autorskiego komentarza. Robi to tak szybko, że na komentarz nie daje szans nawet czytającemu.

Tym, który od początku do końca uczestniczy w opisanych zdarzeniach i tym, którego rolę w przemianach dziejowych autor wciąż podkreśla jest jedyny wyrazisty bohater dramatu, wielbiony przez Demirskiego Lech Wałęsa. Wokół niego koncentrują się rozmowy (o zdarzeniach raczej trudno jest mówić, zostają zasygnalizowane tylko w tle), on od początku przedstawiany jest w jednoznacznie pozytywnym świetle, on także będzie wyrazicielem jedynych konkretnych myśli, postulatów i pragnień, jakie zostaną przedstawione w utworze. To także ów W jako jedyny w dramacie irytować będzie patosem swoich wypowiedzi i snutych wizji. Demirski portretuje postać z krwi i kości, ale w tekście ta postać staje się nieco papierowa, nieprzekonująca. I tak jak słowa wzajemnie uderzają o siebie w każdej dynamicznej scenie rozmowy, tak tytułowy W ze swoimi wypowiedziami rozpada się na atomy, nie trzymając w ryzach całego tekstu, o co autorowi jednak na pewno chodziło.

„Wałęsa” to także przykład wyrazistego i nowoczesnego dramatu na miarę początku XXI wieku. Mamy w nim bowiem pomysły miksowania wystąpień Jerzego Urbana, latynoską muzykę w tle wydarzeń stanu wojennego oraz elementy trailera filmowego ubarwiające opis lat osiemdziesiątych. Mamy sporo lingwistycznego hałasu, bardzo dużo dynamiki i… brak pomysłu na to, czemu to wszystko ma służyć. Dlatego też w moim odczuciu tekst Demirskiego, choć autentyczny i powstały w szczerym porywie powiedzenia kilku prawd o człowieku dla autora ważnym, jest chaotycznym zlepkiem pomysłów, które domagałyby się rozwinięcia.

Korporacja Ha!art, 2005

2008-09-19

"W pogoni za dalekim głosem" Taichi Yamada

„Jest świat, którego nie widzisz” – te znamienne słowa usłyszy główny bohater powieści Taichiego Yamady i to one mogą być kluczem interpretacyjnym w misternie skonstruowanej historii oswajania własnych lęków oraz emocji przez człowieka, który marząc o normalności, stale ją kwestionuje, docierając z pomocą tajemniczego głosu do istoty swojego cierpienia, uniemożliwiającego mu zapomnienie o przeszłości i odnalezienie się w teraźniejszości. Yamada w prosty sposób próbuje przedstawić całą sieć skomplikowanych zależności emocjonalnych, które w umyśle cierpiącego mężczyzny wywołują chaos, zmuszający go do zadawania sobie zasadniczych pytań dotyczących własnej tożsamości. Jest to bowiem historia o ponownym stawaniu się, o budowaniu siebie na nowo, o próbach odnalezienia się w rzeczywistości, w jakiej pozornie nie ma możliwości na to odnalezienie się. Smutna i melancholijna opowieść o napływających falach pożądania, smutku, apatii oraz o silnym wietrze, którego podmuch na zawsze pozostawia po sobie ślad…

W tytułowej pogoni znajdzie się Tsuneo, pracownik japońskiej policji imigracyjnej, zbliżający się do trzydziestki mężczyzna, który za wszelką cenę próbuje żyć bez zwracania na siebie uwagi. Tsuneo planuje małżeństwo z racjonalistką Yoshie, dla której świat wydaje się poukładany w takim samym porządku jak rzeczy na jej urzędniczym biurku. Bohater snuje wizje małżeństwa bez miłości, bo przecież nie jest ona niezbędna, skoro nauczył się żyć, nie zapełniając swego życia treścią. Tropiąc nielegalnych emigrantów i czyniąc rytualne wręcz kroki poprzedzające wejście w związek małżeński, Tsuneo w pewnym momencie zaczyna słyszeć dziwny głos i zdawać sobie sprawę z tego, iż normalne życie, o jakim marzył i jakie pozornie sobie stwarza, jest tylko próbą ukrycia prawdziwych pragnień i pokładów emocji tłamszonych przez lata.

Kiedy dojdzie do pierwszego mistycznego kontaktu z głosem, Tsuneo uświadomi sobie wagę skrywanych do tej pory skrzętnie uczuć. Dotrze do niego, jak bardzo podporządkował swoje dotychczasowe życie walce z kompleksami i urazami z młodości oraz jak silnie odwróciły się jego życiowe role, czyniące ze ściganego młodego emigranta ścigającego nielegalnych osadników stróża prawa. Bohater coraz bardziej zapadać się będzie w głąb samego siebie, straci kontrolę nad swym uporządkowanym życiem i pożegna się z normalnością, która była jego celem nadrzędnym przez wiele lat. Jednocześnie nawiązywać będzie coraz silniejszy kontakt emocjonalny z kobietą, której głos poprowadzi go przez mglistą przestrzeń rozpościerającą się między mroczną przeszłością a przewidywalną i pozornie jasną teraźniejszością.

Proza Yamady jest prosta i niesamowicie skomplikowana jednocześnie. Traktować tę książkę można jako dynamiczną opowieść obyczajową i jako psychologiczne studium intymnego rozbicia człowieka, który próbuje budować życie na niepewnych fundamentach tego, z czym nie umie się do końca pożegnać. „W pogoni za tajemniczym głosem” będzie wysublimowaną przypowieścią o samotności oraz sentymentalną historią wtajemniczenia. Książka zniewala już od pierwszych stron i nakazuje z zapartym tchem śledzić rozwój zdarzeń rozgrywających się stale na granicy świata rzeczywistego i niekończącego się nigdy snu o przeszłości, od jakiej nie można się uwolnić.

Yamada zaprasza do odwiedzenia niewidzialnego świata, w którym rozegra się dramat przypominania, osobliwej spowiedzi i jej frapujących konsekwencji. Ja zapraszam do lektury specyficznej i niejednoznacznej, w której nic nie będzie tym, czym się na pozór wydaje być.

Wydawnictwo MUZA, 2008

2008-09-14

"Po rozstaniu" Zeruya Shalev

Zeruya Shalev napisała książkę mającą znamiona eposu. Obszerną, wielowątkową, patetyczną w swej pozornie prostej wymowie; sięgającą do mitów, podań, wielowiekowej tradycji i historii. Książkę o dramacie budowania życia na gruzach tego, co z niego pozostało i książkę, w której spektakularna walka rozgrywa się nie tylko w psychice doświadczonej życiowo kobiety, kończącej swój wieloletni związek z mężczyzną, ale przede wszystkim pomiędzy płciami, społecznymi rolami i nakazami tworzącymi od wieków porządek instytucji rodziny. Shalev opowiada o życiu po rozstaniu, rekonstruując jednocześnie jego wcześniejszy bieg. Oczyma swej bohaterki, będącej z zawodu archeologiem, ukazuje czytelnikom skomplikowany proces rozumienia tego, co jest teraz przez opisywanie tego, co odkryć można w ruinach przeszłości.

Zasadnicze założenie Eli Miller będzie bowiem brzmiało następująco: „Czy naprawdę łatwiej rozszyfrować skamieniałe rezultaty ludzkiej działalności niż te żywe, poruszające się istoty? Przecież naszym celem nie jest szukanie pozostałości, lecz wyjaśnienie, czemu się tam znalazły, odtworzenie świata, który zniknął”. Stojąc na początku nowej drogi życia, bohaterka dokona rekonstrukcji siebie dojrzewającej do rozstania, ale pozwoli także na to, by narracja powieści stała się polifoniczna i by dramat kobiety odchodzącej od męża był jednocześnie zbiorowym głosem kobiet, które od wieków zmagały się z problemami odrzucenia. Postać wykreowana przez Shalev będzie musiała zrozumieć, dlaczego burzy odwieczny porządek i czy rzeczywiście ma się czuć winna. Początek nowego życia po rozstaniu będzie jednocześnie epickim prapoczątkiem czegoś o wiele ważniejszego niż jednostkowy ból po nieudanym związku…

Ela przeżywa nie tylko pustkę po odejściu od Amnona, ale przede wszystkim poczucie klęski wywołane zdezorientowanym i cierpiącym z powodu rozpadu małżeństwa rodziców Gilim. Jej syn stanie się niejako trzecim graczem w rodzinnej psychodramie, w której każdy kolejny krok rozstających się dorosłych ludzi będzie wpływał na poczucie bezpieczeństwa ich potomka. Gili wydaje się widzieć i czuć więcej niż jego rozhisteryzowani rodzice. Tylko dzięki niemu zarówno Ela, jak i Amnon zmuszeni będą spojrzeć na swoje dotychczasowe życie z dystansu i dokonać gorzkiego rozliczenia czasu, jaki upływał gdzieś obok nich. Kiedy Ela ostatecznie przekona się o słuszności swej decyzji, na jej drodze pojawi się nowy mężczyzna, z którym bohaterka wejdzie w skomplikowaną zależność, odbierającą jej na nowo poczucie wolności i spełnienia. Kto w tej dramatycznej grze końca i początku naprawdę odnajdzie siebie? Czy można zacząć życie od nowa, skoro to dotychczasowe nigdy nie da o sobie zapomnieć? I czy można po rozpadzie toksycznego związku odnaleźć prawdę o sobie w innych męskich ramionach?

Na te i wiele innych pytań Shalev odpowiadać będzie stopniowo i ze swoistym dostojeństwem, a dwa kluczowe słowa, o jakich trzeba pamiętać podczas lektury, to „nieoczekiwanie” i „nieodwracalnie”. Tak samo nieoczekiwanie następuje rozpad dotychczasowego porządku w życiu Eli, jak nieoczekiwanie zniszczona została starożytna Tera, której badaniami zajmuje się bohaterka. Obie katastrofy nieodwracalnie wpłyną na to, w jaki sposób kształtować się będzie przyszłość. Odkrywanie przeszłości odbywać się będzie poprzez nazywanie śladów pozostawionych przez nią w teraźniejszości. Taka emocjonalna archeologia zdarzeń.

To książka napisana z rozmachem, ale jednocześnie zanadto statyczna, zbyt przewidywalna, nadmiernie egzaltowana i po prostu nużąca. Lektura „Po rozstaniu” może frapować wielością odniesień, kontekstów i komentarzy do religii, mitologii i historii starożytnej. Traktowana jednak jako miłosna opowieść o poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, irytuje powtarzalnością usilnie na nowo nazywanych uczuć i męczy błądzeniem po omacku labilnej emocjonalnie bohaterki i obu mężczyzn (byłego męża i kochanka), którzy ustawicznie próbują określić swoje męskie role i ukazać swój przemożny wpływ na walczącą z emocjami Elę. Można przez pomyłkę ominąć jakieś sto stron rozważań Shalev i jej bohaterki, a ma się wrażenie, że wraz z nimi nadal stoi się w miejscu. Te specyficzne badania archeologiczne są wyjątkowo żmudne i równie wyjątkowo nudne.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-09-09

"Senność" Wojciech Kuczok

Myślę, że o nowej książce Wojciecha Kuczoka napisane zostanie bardzo wiele – nie tylko dlatego, iż jest to rzecz, o której wiele można napisać, ale przede wszystkim dlatego, że proza ta znajduje się w bezpośrednim i trwałym związku z filmem Magdaleny Piekorz, który wejdzie na ekrany polskich kin 17 października. Teraz czas jednak na to, by przyjrzeć się książce. Uważam, że po recenzji Przemysława Czaplińskiego „Nieprzebudzeni” („artPapier” nr 17 (113)/2008), w której dokonuje on trafnej i dokładnej egzegezy powieści Kuczoka, nie sposób już napisać o niej niczego odkrywczego. Współuczestniczyłem jednak w snach na jawie, jakich doświadczali bohaterowie książki i o przeżyciu ich śnienia chcę napisać. Chciałbym także wyjaśnić, dlaczego ta opowieść mnie nie zachwyciła i dlaczego zakończyłem lekturę nieco rozczarowany.

W „Senności” symultanicznie toczą się trzy historie. W każdej poznajemy człowieka, który nie żyje naprawdę, tkwiąc w onirycznej przestrzeni niespełnienia. Adam, Robert i Róża są senni w sensie dosłownym i senni sennością rozczarowania, smutku i melancholii. Każde z nich uśpione jest inaczej, ale jednocześnie wszyscy wydają się być obok siebie i życia, które tak naprawdę nie jest ich udziałem. Kuczok starannie i precyzyjnie połączy trzy senne persony, aby ukazać ich wspólny moment przebudzenia. Tyle tylko, że ludzie ci wychodzą z repertuaru męczących ról, aby w życiu zagrać inne role. Symboliczny moment obudzenia nie wstrząsa nimi całkowicie, nie zmienia w zasadniczy sposób ich samych, a jedynie warunki, w jakich przyszło im zapaść w letarg.

Adam właśnie skończył studia medyczne i jest świeżo upieczonym ortopedą. Mężczyzna znajduje się stale pod ogromnym wpływem ojca–tradycjonalisty, silnego i panującego nad światem syna, który próbuje ułożyć Adamowi ten świat według zasad prostego, wiejskiego dekalogu. Psychiczny terror ojca, realizowany głównie w specyficznej „zastanawialni”, czyni z Adama człowieka całkowicie uległego i podporządkowanego ojcu. Okaże się, że nie dom, „kobita” i praktyka lekarska na prowincji staną się wyznacznikami życia Adama, ale homoseksualna miłość do poznanego w autobusie Pięknisia – ulicznego złodzieja, twardego faceta, który jednak stopniowo mięknie i odkrywa w sobie nieokreśloną fascynację młodym panem doktorem. To jednak Adam przede wszystkim poddaje się wiernopoddańczemu oszołomieniu i stopniowo odkrywa to, co chłopięce i to, co męskie w Pięknisiu, który staje się z czasem jego obsesją. „Piękniś, kiedy po raz pierwszy został na noc, na zawsze okradł Adama z samotności, jeśli odejdzie, zostawi mu tylko osamotnienie”. Adam walczyć będzie zatem o swoje szczęście u boku Pięknisia i obaj w różny sposób odpędzać będą od siebie widmo samotności. Pytaniem zasadniczym tej części „Senności” jest pytanie o to, komu ta znajomość przyniesie prawdziwe spełnienie i kto zyska więcej dzięki przeżytej w tym specyficznym związku metamorfozie.

Drugi z sennych bohaterów Kuczoka to Robert – niegdyś ceniony i znany pisarz, dzisiaj próbujący pokonać lęk przed bólem, cierpieniem i nieuleczalną chorobą pracownik znajdującego się w suterenie archiwum, w którym można przyjrzeć się światu z innej perspektywy i odkrywać go na nowo „od dołu”, odczytując prawdę o ludziach z ich nóg, a nie oczu. „Kiedyś pisało mu się samo, potem zaczął zmuszać się do pisania, teraz już tylko podpisuje swoje książki”. Robert wciąż wydłuża swój urlop od pisania, żyjąc jednocześnie w matni kompromisów, doprowadzających go do bierności i apatii. „Niestety, od kiedy ożenił się z Żoną, Teściem i Teściową, stał się pisarzem niepiszącym, mimo że jego życie nabrało rytmu i regularności, jakiej nie wyśniłby w malignie”. Żyjąc w ostoi normalności, jaką jest dom wielbiącej Radio Ojca Dyrektora Teściowej i jej Męża, Znanego Polityka, u boku marionetkowej żony hipochondryczki, Robert coraz bardziej zapada się w nicość.

Trzecią z osób dramatu jest niegdyś sławna aktorka, dzisiaj cierpiąca na narkolepsję i senne oderwanie od rzeczywistości Róża. To żona człowieka sukcesu i specjalisty od bilansów, którego bilans małżeństwa jest katastrofalny. Kobieta zmuszona do konfrontacji z całą siecią kłamstw, na jakich jej mąż buduje swoje życie prywatne i zawodowe. „Mąż wie, że geniusz kłamstwa musi być przekonywający, a do tego trzeba spełniać dwa warunki: zawsze mówić to, w co ludzie chcą uwierzyć, i zawsze kłamać tak, żeby wierzyć sobie samemu”. Róża jest w stanie wierzyć we wszystko, co małżonek jej powie - do czasu, kiedy szeroko otworzy oczy i nie zaśnie po raz kolejny, tym razem stawiając czoła prawdziwej do bólu jawie.

Bohaterowie powieści Kuczoka przebudzą się do życia tylko w konfrontacji ze zmianami otoczenia. Wychodzące ze swych ról postacie z otaczającego świata mają być rzekomo impulsami do otwarcia ich samych na nich samych. Mój zasadniczy zarzut odnośnie do konstrukcji książki dotyczy tego, że cała ta fascynująco portretowana trójka doświadcza przemiany niejako narzuconej, przemiany idącej z zewnątrz, a nie z prawdziwego pragnienia zerwania z sennym koszmarem, jakim stali się z czasem sami dla siebie. Przebudzenie odbywa się na zasadzie protestu wobec tego, co jest na zewnątrz. Nie rozgrywa się naprawdę i do końca w samych sennych. Można oczywiście zauważyć, że bohaterowie przeżywają własną metamorfozę – przecież Adam przestanie bać się ojca, Robert (zbyt późno) odnajdzie drogę ku szczęściu, a Róża przestanie uciekać od kłamstw, by dać sobie radę w prawdziwym życiu, w którym nie ucieka się w sen. Zerwanie jednak ze światem ojcowskiej dominacji, zniszczenie i wykpienie struktur rodzinnych Kato–Polaka, powrót na drogę gwiazdorstwa wielbionego przez tłumy – to wszystko kwestionuje świat senny i niemożliwy do przeżycia na jawie, ale czy naprawdę pozwala do końca wyzwolić się ze snu o samym sobie, tak niepokojącym i tak bardzo trudnym do zniesienia?

Irytująca jest ckliwość rozwiązań finałowych, która – w moim odczuciu – może spowodować, że obraz filmowy Magdaleny Piekorz skupi się nie na świadectwie dojrzewania do prawdy o samym sobie, a na efektownym momencie potrójnego wyjścia z otchłani piekielnej, jaka utworzyła się obok bohaterów, a nie w nich samych. Nie wiem, co będzie lepsze i ciekawsze – przeczytanie „Senności” czy śledzenie losów bohaterów na kinowym ekranie. Pisząc o książce, nie sposób nie przestrzec przed nazbyt oczywistymi zamknięciami każdej z trzech opowieści.

Dostrzegając kunszt pisarstwa i umiejętność słownego oczarowania czytelnika, warto jednocześnie przed nowym dokonaniem Kuczoka ostrzec, ale i namawiać do tego, by czytający przejrzał się w tym osobliwym lustrze rozmytych snów i onirycznego świata półprawd.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-09-06

"Ból kamieni" Milena Agus

Milena Agus wydaje się prosić o chwilę uwagi oraz refleksji nad pozornie prostą i banalną, ale tak naprawdę głęboką historią o bólu i radości istnienia; historią, w której rodzi się zarówno miłość, jak i świadomość tej miłości. Po niedawno wydanej jugosłowiańsko – greckiej opowieści wnuczki o babci (mam na myśli „Ekaterini” Marii Knežević), polski czytelnik otrzymuje kolejną, tym razem toczącą się w urokliwych zakątkach Sardynii i północnych Włoch. Opowieść wnuczki jest jednocześnie poznawaniem samej siebie i emocjonalnym przenikaniem do historii sprzed wielu lat, mającym na celu zrozumienie drogi, po jakiej niebawem narratorka – znajdująca się u progu związku małżeńskiego – będzie musiała kroczyć. Przewrotna i niejednoznaczna rekonstrukcja dziejów własnej babci niesie w sobie także specyficzne pragnienie odkrycia i zrozumienia rodzinnych więzi, wszak „Moja babcia była cała dla mnie, przynajmniej tak, jak mój ojciec cały dla muzyki, a moja matka cała dla mojego ojca”. Ta rodzinna opowieść będzie coraz bardziej wnikliwym studium wzajemnych relacji, jakie ukształtowały babcię, jej syna i kształtują świadomość jego córki.

Ta, która już odeszła, ale ożywa na nowo we wspomnieniach wnuczki, od początku musiała radzić sobie z niezrozumieniem i alienacją, która popychała ją do autodestrukcyjnych czynów. Obdarzana wielką niechęcią przez matkę, pragnąca za wszelką cenę odnaleźć swoje miejsce u boku jakiegoś mężczyzny, stale próbowała przełamać fatum wiszące nad wiejską wariatką, której nigdy nie dane było być szczęśliwą. I chociaż pewnego dnia znajduje się ktoś, kto zechce dzielić z nią życie i łoże, kobieta nadal szuka czegoś, co rządzi się własnymi prawami i być może nigdy do niej nie przyjdzie. „Babcia zawsze zastanawiała się, jak to jest z tą miłością, która jeśli nie chce, nie przychodzi, mimo łóżka, i serdeczności, i dobrych uczynków, i jakie to dziwne, że właśnie tej najważniejszej ze wszystkich rzeczy nie można w żaden sposób zmusić, żeby przyszła”. Może bowiem ze swoim prawnym mężem dzielić łoże, ale nie jest w stanie podzielić się z nim sobą i swoimi pragnieniami, a przede wszystkim nie może go pokochać. Tak rozpoczyna się opowieść o tym, co niezrealizowane, nienazwane, pozbawione kształtu i jednocześnie mocno wyraziste.

Bóle związane z kamicą nerkową nakazują babci wyjechać do uzdrowiska. Pobyt w nim i poznanie innego mężczyzny całkowicie zmienia życie bohaterki. Weteran jest wykształconym, doświadczonym przez życie mężczyzną, który zupełnie niespodziewanie odnajduje specyficzną nić porozumienia z prostą sardyńską kobietą. Oboje – niczym Paolo i Francesca z opowieści Dantego Alighieri – rozpalą w sobie namiętność, z jaką będą zmuszeni się ukrywać i znajdą się w Piekle, którego bohaterka nie będzie się bała. Wtedy właśnie babcia uzmysłowi sobie, że właśnie teraz miłość postanowiła do niej przyjść, ale przyniesie jej jednocześnie trudną do zdefiniowania ciężkość.

Weteran mówi o niej następująco: „Zachowuje się pani jak księżniczka. Nie troszczy się pani o świat zewnętrzny, to on ma się troszczyć o panią. Pani zadaniem jest tylko istnieć”. Kobieta jednak z czasem coraz silniej doświadczy trudu samego istnienia i zmuszona będzie pogodzić się z tym, że uczucie spełnienia jest tak ulotne jak chwila, w której się realizuje.

Od razu wiadomo w opowieści Agus, że Weterana nie będzie stale u boku jego księżniczki, że cała ta sentymentalna historia jest jedynie symbolem i prowadzi nas ku drodze zrozumienia tego, czym jest dawanie i przyjmowanie miłości w życiu. Opowiadając o ponadludzkiej walce babci o własne szczęście, wnuczka snuje przede wszystkim opowieść o spełnianiu się, o nadanych w życiu rolach i o tym, jak pośród nich ukrywa się to, czego nie wyrażają słowa, a co tkwi silnie w sercu.

Milena Agus barwnie portretuje życie na Sardynii, specyficzną izolację wyspy i fakt, że nawet najbardziej traumatyczne doświadczenia historyczne (w tle opowieści rozgrywa się najpierw druga wojna światowa, a potem trudne budowanie włoskiej państwowości) nie są w stanie zrujnować prostych pragnień, których spełnienie daje szczęście i siłę. Wnuczka składa hołd babci, teraźniejszość kłania się dostojnej przeszłości, pragnienie zrozumienia miłości nakazuje przyjrzeć się temu, jak kiedyś się kształtowała. Wszystko w muzycznej scenerii, która dodaje powieści uroku. I tak gładko, prostolinijnie, przekonująco napisane.

Na przeczytanie tej książki potrzebny jest spokojny wieczór. Wieczór, w którym można przez chwilę wsłuchać się w szum Morza Śródziemnego, posmakować sardyńskich potraw, poczuć magię i zrozumieć, że w życiu nie warto się na nic skarżyć, chociaż „ból kamieni” wielokrotnie może dać o sobie znać. To nie jest jakaś wielka literatura, to literatura prostej prawdy i subtelnych prób jej uchwycenia.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-09-02

"Sańkja" Zachar Prilepin

"Wydana przed dwoma laty w ojczyźnie Zachara Prilepina powieść „Sańkja” wyraźnie wpisuje się we współczesny dyskurs światopoglądowy dotyczący przyszłości narodu rosyjskiego, jego struktur społecznych i politycznych oraz związków z wielowiekową tradycją światowego mocarstwa kulejącego wskutek wpływów zachodniego kapitalizmu. Polski czytelnik ma możliwość zapoznać się z książką bardzo żarliwą, wyrazistą i dyskusyjną, która nie jest niestety wolna od tendencyjności. Idą za nią skłonność do poglądowej hiperbolizacji i „czarno-białe” konstrukcje bohaterów."

Wydawnictwo Czarne, 2008

Całość tekstu na stronie artPapieru

2008-08-30

"Betonowy ogród" Ian McEwan

Z twarzą w betonie umiera ojciec. Po nim betonowe miejsce spoczynku przypadnie matce. Gdy pewnego dnia czwórka rodzeństwa odetnie się od przeszłości oraz pozostanie pośród kurzu, cementu i gruzów sąsiednich wyburzonych domów, rozpocznie się spektakularny dramat, w którym dzieci przejmą role dorosłych i będą próbowały sankcjonować nowy ład powstający przy swobodnym upływie czasu, na granicy snu i jawy.

Debiutancka powieść McEwana to przejmujące studium odkrywania tożsamości, studium osamotnienia i walki z wyobcowaniem. To książka, w której rozegra się na naszych oczach kontrowersyjny proces inicjacji seksualnej, egzystencjalnej i dokona się wyraźne zakwestionowanie mitycznych archetypów związanych z funkcjonowaniem rodziny. Rodzina McEwana to bowiem specyficzna forma żerowania na sobie, wzajemnego wyniszczania i pielęgnowania coraz to silniej rozwijających się lęków. Wydaje się, że Julia, Sue, Jack i Tom mogą na nowo odbudować wspólnotę, zrekonstruować świat oparty na spokoju i pewności w momencie, gdy pożegnają się z tymi, którzy taki świat powinni im stworzyć.

Od lat głośno o tym, że to książka śmiała obyczajowo, makabryczna, przygnębiająca i mroczna. Czy opinię publiczną rażą śmiałe sceny erotyczne o kazirodczym charakterze, czy pozorna atrofia emocjonalna dzieci względem swoich rodziców, jedno jest pewne – McEwan w „Betonowym ogrodzie” eksploruje te pokłady emocji, wrażeń, doświadczeń i pragnień, o jakich najwygodniej mówić w zacisznych gabinetach psychoterapeutów i nazywać je swoimi sekretami. W tej powieści przyglądamy się nieśmiałym próbom ucieczki od rzeczywistości poprzez nadanie jej nowych ram. Wszystko w swej dziecięcej naiwności i prostocie tak niewyobrażalne, że… aż możliwe. Możliwe i prawdziwe, choć tak bardzo bolesne.

Narratorem „Betonowego ogrodu” jest Jack i prawdopodobnie jego punkt widzenia wydaje się najważniejszy. Jack bowiem próbuje racjonalizować sobie większość zdarzeń, jakie mają miejsce w opuszczonym przez rodziców domu. Jego próby kończą się niepowodzeniem i w efekcie wywołują swoistą abnegację, niemą zgodę na wszystko, co dzieje się wokół. Jack jest przekonany, że nowy porządek tworzony po śmierci rodziców kwestionuje męskość, a zaborcza Julia nakazuje rodzeństwu zniesienie granic płciowości kosztem budowania coraz mocniejszego muru, który odgrodzi dzieci od świata. Najstarsza z rodzeństwa staje się gwarantem bezpieczeństwa nowej przestrzeni, do której nie ma prawa wedrzeć się nikt z zewnątrz.

Choć całej czwórce zależy przede wszystkim na ochronie samych siebie przed wpływami nieprzyjaznego świata, walka płciowości rozgrywa się dość wyraźnie na pierwszym planie. Rozpoczyna się od feminizacji najmłodszego Toma i dyskusji światopoglądowej między Julią a Jackiem na temat prawdziwości granic stworzonych w społeczeństwie między płciami: „Dziewczyny mogą nosić dżinsy i strzyc krótko włosy, nosić koszule i sportowe buty, bo dziewczyna może wyglądać jak chłopak – to zaszczyt dla niej! Ale jeśli chłopiec wygląda jak dziewczynka, to – twoim zdaniem – poniża go, w skrytości duszy wierzysz, że upokarzające jest być dziewczyną”. Potem mają miejsce coraz wyraźniejsze manifestacje kobiecej siły i ta dominacja spowoduje, że w efekcie obaj chłopcy znajdą się w dziecięcym łóżeczku, nago, z kciukami w ustach… Czy Jack jest mizoginem? To kwestia dyskusyjna. Pewne natomiast jest, że Tom cierpiał, bo bał się ojca i jedyną osobą bliską obu chłopcom była matka. Ścieżek interpretacyjnych bez liku…

Siłą tej powieści jest takie budowanie w niej napięcia, że czytelnik dopiero w ostatniej chwili orientuje się, iż oto został po raz kolejny wepchnięty w zdarzenie, w którym trudno jest mu uczestniczyć. Bywa i tak, że przez kolejne rozdziały chce się przemknąć jak najszybciej z rozpaczliwą myślą o tym, iż tak po prostu być nie może, że tak człowiek nie jest w stanie żyć ani w ten sposób bronić się przed opuszczeniem, brakiem akceptacji. Czwórka niepełnoletnich outsiderów ma w sobie jednak niesamowitą moc wskrzeszania samych siebie na nowo i tylko dzięki tej mocy ich betonowy ogród rozkwita, zaś oni sami wyzwalają się z lęków, zahamowań, frustracji i pozwalają sobie na realizację pragnień, jakie dają spełnienie.

To książka o emocjonalnym kalectwie oraz o tym, w jaki sposób żyć, żeby je zrozumieć i zaakceptować. Książka, w której zakończenie stanie się jednocześnie początkiem zrozumienia tej wieloaspektowej historii. To też książka niebezpieczna. McEwan nie udał się do zacisznego gabinetu terapeuty, on po prostu nadał prawdzie ramy literackie.

Wydawnictwo Znak, 2008

2008-08-23

"Jakbyś kamień jadła" Wojciech Tochman

Wydawnicze wznowienia są potrzebne. Reportaż Wojciecha Tochmana po sześciu latach znowu przypomina o zdarzeniach, o których cała Europa i świat próbują na siłę zapominać. Bo jakże to? II wojna światowa, obozy koncentracyjne – przecież to nigdy więcej miało się nie zdarzyć na Starym Kontynencie! Lata 1992 – 1995 na Bałkanach zapisały się tak krwawo, że nie sposób do tej pory zmyć przelanej krwi. I jeśli dzisiaj choć jeden nowy czytelnik po raz pierwszy zetknie się ze wstrząsającą opowieścią Tochmana, to chwała Wydawnictwu Czarne, że przypomina nam o czymś, co w sercach i pamięci poszkodowanych przez wojnę żyje do tej pory.

Napisałem, że to „opowieść Tochmana”, ale tak naprawdę głos zostaje przez autora oddany przede wszystkim bośniackim kobietom, które w wojnie utraciły swych mężów, braci, synów, krewnych. Mężczyźni nie zabierają tutaj głosu, bo głos mają żywi, a żywe są one – okaleczone na całe życie utratą najbliższych, wciąż poszukujące ich szczątków, którym można wyprawić pogrzeb. Ci mężczyźni, którzy przeżyli, wstydzą się, boją, unikają kontaktów z obcymi, nie chcą wracać do przeszłości, która zatrzymała ich w wiecznym kadrze bólu i obojętności. Tego bólu i tej obojętności, z jakich nie mogą się wyzwolić. To kobiety zechcą mówić, wszak „Trzech pytań nie zadaje się w dzisiejszej Bośni: jak twój mąż? jak syn? co robiłeś w czasie wojny?”. Tochman wysłuchuje, zdaje relację, nie ocenia. Nie sposób nie zauważyć ogromnej pokory autora wobec krzywd, o jakich wysłuchuje. Tochman konsekwentnie używa formy pierwszej osoby liczby mnogiej, nie prezentuje swojego punktu widzenia, nie stawia się w roli dzielnego reportera, który za wszelką cenę próbuje pokazać światu prawdę. Przez to reportaż ten staje się jeszcze bardziej wiarygodny. Myślę, że pisząc o tej książce, powinienem powtórzyć słowa Marka Edelmana – „To raport bez zbędnych słów”. Postaram się użyć ich jak najmniej, bo tę smutną opowieść przede wszystkim trzeba przeczytać, a nie komentować.

To nie jest faktograficzny zapis pełen liczb, statystyk i szokujących obrazów, mających uruchomić wyobraźnię. To skromny i przejmujący lament nad tym, co się stało. A co się stało? Dlaczego człowiek przestał być człowiekiem dla drugiego? Dlaczego bycie Serbem lub Muzułmaninem stało się kryterium oceny, kto ma przeżyć, a kto umrzeć? Zło i okrucieństwo, które wspominają bohaterowie reportażu, pojawiło się w Bośni nagle i niespodzianie, niczym wirus… Camusowska dżuma końca XX wieku ponownie dała o sobie znać i ponownie wywołała przerażenie i bezradność. Tyle tylko, że Tochman stara się pokazać coś, czego wielu usiłuje nie dostrzegać. Mrok minionych lat to wciąż żywy czas, to nieustannie toczący się na nowo rachunek sumienia, po którym pozostaje więcej pytań niż odpowiedzi. Jasna – jedna z bohaterek reportażu – straciła na tej wojnie męża i dzieci. Czym jest jej dalsze życie, skoro jadąc ulicami radosnego dziś i zachowującego pozory normalności miasta, patrzy na mężczyzn i stwierdza lakonicznie: „W każdym z nich widzę mordercę”? I co bardziej wstrząsa: opis wojennych zniszczeń i bestialstwa czy pozornie nieistotna uwaga, że pośród ruin znowu kwitną śliwy lub że bośniaccy emeryci bez ruchu spędzają większą część dnia, bo przecież mniej spalanych kalorii to mniej jedzenia, na które zwyczajnie ich nie stać? Gdzie znajduje się linia początku i końca ludzkich tragedii sprzed lat? „Jakbyś kamień jadła” tworzy wstrząsające świadectwo wiecznie żywych zdarzeń, jakie wciąż rozgrywają się na nowo…

„Unia chętnie daje pieniądze tym, którzy wracają w swoje strony. Tak Europa chce zamazać skutki czystek etnicznych, jakie się tu dokonały”. Europa nieudolnie próbuje zapominać o czymś, o czym nie można zapomnieć. Wspomagając odbudowę oraz rozwój Bośni i Hercegowiny, stara się udowodnić światu, że jednak da się żyć z piętnem koszmaru minionych lat. Tochman zdaje się mówić: owszem, da się żyć, ale to dla wielu nie jest życie, a jedynie oddychanie i fizyczne funkcjonowanie. Jego reportaż parzy i boli, dlatego dobrze się stało, że ponownie został wydany.

Myślę, że nie potrzeba ani słowa więcej. I tak napisałem ich zbyt wiele. Ta książka nigdy nie umrze, chociaż tak przejmująco mówi o śmierci. Szkoda tylko, że nie przeczytają jej ci, którzy naprawdę powinni to zrobić…

Wydawnictwo Czarne, 2008

2008-08-17

"Vita" Melania Mazzucco

On i ona. On silny, twardy i niepokonany (czy na pewno?). Ona odważna, pewna siebie i przekonana o tym, że zawsze będą razem. Melania Mazzucco napisała powieść wyjątkową – o niepowtarzalnej miłości i przywiązaniu oraz o przeszkodach, jakie stawia im życie. O dwójce włoskich emigrantów, ale także o pokoleniu przegranych, którzy tworzyli Amerykanom raj na ziemi, sami dotykając otchłani piekielnych. O tym, jak ważna jest pamięć i jak wiele trudu trzeba sobie zadać, by nie pozwolić ludzkim namiętnościom sprzed lat odejść w zapomnienie.

Mazzucco pisze niejako opowieść o Vicie dokładnie wtedy, kiedy ją czytamy. Podczas lektury przekonać się bowiem można, ile trudu zadała sobie autorka, aby zrekonstruować dzieje swoich przodków (choć książka opiera się jednak głównie na sentymentalnych fantazjach autorki kreujących szczegółowo losy bohaterów) i o tym, jak żywe zawsze pozostanie przywiązanie i miłość mimo tego, że ludzie diametralnie się zmieniają. „Vita” jest także próbą zaprezentowania kobiecego punktu widzenia na ród, w którym kobiecość nie odgrywała większego znaczenia. W końcu „Mazzucco to mężczyźni – małomówni, powściągliwi, władczy, tragicznie niezdolni do porozumiewania się. Ludzie z kamienia”. Autorka założyła sobie, że typową włoską familię zdominowaną przez ukrywających swe uczucia macho, przedstawi inaczej - subtelniej i łagodniej. Mimo tego „Vita” wcale nie jest subtelną lekturą, bo stanowi tragiczny zapis rozczarowania i trudu życia, jakie stały się udziałem tych, którzy na początku XX wieku przeprawiali się statkami za ocean w poszukiwaniu lepszego życia.

Vita i Diamante są wśród setek rodaków, którzy opuszczają Włochy wierząc, że Ameryka umożliwi im lepszy start życiowy. Ten swoisty pęd ku niej ma zarówno historyczne, jak i socjologiczne podłoże. Mazzucco wyraźnie o tym pisze: „(…) Ameryka nie była ani celem, ani marzeniem. Była miejscem legendarnym, ale jednocześnie znajomym, w którym, z przyzwoleniem dorosłych, odbywał się rytuał przejścia, inicjacji. Inne pokolenia miały służbę wojskową, okopy wojny, oddziały partyzanckie, bunt. Chłopcy urodzeni w końcu XIX wieku mieli Amerykę”. Jak wygląda życiowa inicjacja Vity i Diamantego? Zatłoczone, brudne i przygnębiające lokum u życiowego nieudacznika Agnello. Brak możliwości ku temu, aby godnie zacząć żyć. Wielkie i obce dla nich miasto, po którym błąkają się bez celu. Początki rozwijającej się na szerszą skalę przestępczości, która nie pozostaje bez wpływu na świadomość młodych emigrantów. W końcu upokorzenia, strach, poniżające sposoby zdobycia pieniędzy, a w tym wszystkim… wielka miłość, zazdrość, smutek rozstania i oczekiwanie. Nowy Jork będzie dla nich zarówno początkiem, jak i końcem. W tym mieście rozegra się dramat miłosny i życiowy. Nie dane im będzie to, o czym marzy mała Vita, wirując u boku Diamantego w tanecznym uścisku. Nie będą „happy”. Kim się staną?

Chociaż Melania Mazzucco nie stroni na kartach swej opowieści od zdarzeń drastycznych, wydaje się jednak, że „Vita” w zamierzeniu twórczym ma stać się wyrazem sprzeciwu wobec tego wszystkiego. Wieloaspektowo nakreślone zło i niesprawiedliwość społeczna najpierw są eksponowane, aby zaraz potem zostać zdeprecjonowane, wyparte z pamięci bohaterów, odrzucone. Dlaczego? „Trzeba umieć zapominać o złych rzeczach, żeby zatrzymać dobre. Inaczej one też blakną i przygniecione nasączają się jadem”. To prosta filozofia Diamantego, która pozwala mu przetrwać w nieludzkich warunkach podczas pracy z budowniczymi amerykańskiej kolei. Pomoże mu ona także później, kiedy podejmie decyzję, która na zawsze przekreśli plany i oczekiwania jego oraz Vity. Zapomniane zło pozwoli przetrwać i wybaczać. Mazzucco przeniosła je do książki, aby tak naprawdę wymazać z pamięci tych, których nie ma już przecież wśród żywych.

A sama Vita? Nie ma o niej zbyt wielu wzmianek w dokumentach, do jakich dociera autorka. Sprawia wrażenie tła, choć znajduje się wciąż w centrum uwagi – zarówno autorskiej, jak i czytelniczej. Poznamy zarówno jej tajemnicę, jak i okrucieństwo. Przyjrzymy się tej postaci znacznie dokładniej niż Diamantemu, który tak naprawdę wydaje się być głównym bohaterem tej opowieści rozpiętej między tym, co się zdarzyło, a tym co dzieje się w sercu samej Mazzucco. To bardzo wyrazista postać z krwi i kości, a jednak… fantazmat, symbol, baśniowe wręcz wyobrażenie tego, co stanowi o sile przetrwania. Jakkolwiek interpretować wizerunek Vity, jedno jest pewne – ta książka opowiada o sile życia, o woli dokonywania zmian i próbach przezwyciężania życiowego fatum. „Vita” z pewnością jest książką życia Melanii Mazzucco. Możliwe nawet, że jest jej najintymniejszą spowiedzią. Przeczytajmy ją w skupieniu.

Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-08-12

"Strefa cyrkowa" Jáchym Topol

O tej książce można by napisać rozprawę naukową. Można, ale chyba nie trzeba. Najnowsza książka Topola broni samą siebie, swych poglądów i oniryczno – symbolicznej wizji krzywdy, jakiej nie da się wynagrodzić. Kiedy w trzydziestą rocznicę inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację opublikowano w Tygodniku Powszechnym esej Václava Buriana na temat znaczenia Praskiej Wiosny dla Czechów i Europy, nikt chyba nie spodziewał się, że po latach do błyskotliwej polemiki Milana Kundery z Vaclavem Havlem włączy się Jachym Topol ze swoją charakterystyczną ironią i dwuznacznością wypowiedzi literackiej. Kundera był przekonany, że narodowy zryw z 1968 roku był powodem do dumy i pokazał, że nad Wełtawą także można dzielnie walczyć o autonomiczność oraz wolność. Havel podchodził do buntu swych rodaków wobec najeźdźców nieco bardziej sceptycznie, podkreślając że wolność słowa i poglądów jest w cywilizowanym świecie czymś oczywistym, zaś walka o pryncypia nie jest bynajmniej zdarzeniem mającym urastać do rangi mitu narodowego. Topol wraz ze swym małoletnim bohaterem znikąd, odszczepieńcem i dywersantem nieznanego pochodzenia, staje gdzieś pomiędzy racjami intelektualistów, pokazując jednocześnie swój obraz zdarzeń 1968 roku, nie związanych bynajmniej z jakimiś kluczowymi dla tego okresu i spektakularnymi starciami.

Akcja „Strefy cyrkowej” rozgrywać się będzie gdzieś na prowincji, w dawnej siedzibie rodu szlacheckiego, dokąd z trudem docierają echa wydarzeń z Pragi i w którym idee, o jakie walczą z najeźdźcami Czesi wydają się być wypaczone i rozumiane na opak. Nim jednak dojdzie do kluczowych, znanych z historii zdarzeń obserwujemy, jak w nijaki świat nijakich na pozór ludzi wkracza komunistyczny ład i nowy porządek kształtujący codzienność.

Ilja jest chłopcem, którego przeszłości nie znamy. Wraz z bratem i wieloma innymi chłopcami mieszka w sierocińcu, gdzie siostry zakonne próbują swych wychowanków nauczyć życia i przekonać do tego, iż są wyjątkowi, wybrani. „Siostry uczyły nas, że jesteśmy dziećmi bożymi. Wcale nie byliśmy, a siostry zapłaciły za swoje kłamstwa. Nie byliśmy dziećmi bożymi, byliśmy hołotą, bękartami, psychopatami, synami kurw i cudzoziemców.” Religia dość szybko i bardzo brutalnie zostanie usunięta z życia chłopców, kiedy pewnego dnia władzę nad domem Domem przejmie kapitan Vyžlata – zwolennik partyjnego ładu bez Boga i młodzieńczych pośladków swojego podopiecznego Margosza. Ilja wraz z towarzyszami niedoli szybko przekona się, w jaki sposób wykuwa się przyjaźń, poświęci czas pracy dla dobra ojczyzny i ujrzy rzeczywistość w zupełnie innym świetle, poznając jednocześnie nową historiozofię swych wybawców i legendarną opowieść o męczenniku z Workuty…

Szybko okazuje się , że u Topola nie ma jednej prawdy i nie ma niczego stałego w świecie, w którym wartości dezawuują się, a uczucia wypalają i znikają tak szybko, jak się pojawiły. Znacząca symbolika ognia trawiącego otoczenie (zakończenie pierwszej części powieści), w jakim dotychczas przebywał Ilja będzie jednocześnie drogowskazem przemian, które dokonają się w chłopcu… u boku rosyjskiego najeźdźcy. Bohater wykazuje się niesamowitą zdolnością przystosowania i błyskawicznie przechodzi na stronę wroga, by w bezpiecznej przestrzeni czołgu przyglądać się zmianom zachodzącym w świecie. „Ognie dwudziestego wieku spiekły się ze sobą, młoty epoki świszczały w powietrzu i waliły w kowadła wszędzie wokół nas, a ja w swoim gniazdku ze szmat na pancerzu pierwszego czołgu w kolumnie zrozumiałem, że (…) wlazłem prosto w największe wydarzenie dwudziestego stulecia, wojnę czesko – rosyjską”. Zaskakująca może być świadomość zdarzeń historycznych u chłopca i jego jednoczesna naiwność. Połączenie tych cech w zamierzeniu twórczym miało chyba oddać ambiwalencję przekonań Topola, ale przede wszystkim ukazać, że wojna – jakakolwiek by nie była – jest zła i okrutna z każdej strony i dla każdego w niej walczącego. To bowiem, co wykluwa się z rewolucyjnego jaja (znaczący motyw, którego nie można zlekceważyć!), jest równie koszmarne jak sprawcy tego nowego życia. Tak naprawdę bowiem wszystko dookoła jest cyrkiem, a Ilja znakomitym kuglarzem na jego arenie.

Istotne wydaje się także współistnienie świata rzeczywistego z Krainą Cieni, do której ucieka często Ilja. Obie rzeczywistości wydają się korespondować ze sobą mimo tego, że w Krainie Cieni nikogo się nie zabija i przed nikim nie trzeba uciekać. Ważna jest także funkcja snów Margosza, zbrodni mających miejsce wokół bohatera głównego i tych, które zostaną przez niego popełnione. Ilja zmienia front, ale nie zmienia przekonań. Uczy się, a jednocześnie wie więcej niż wszyscy, którzy go otaczają. Jest samotny, lecz jednocześnie silny w tej samotności. To przecież on będzie najbliżej poznania tajemnicy jaja dinozaura i to jemu objawi się Czechia w najczystszej swej postaci.

Ironiczny tytuł i specyficznie skonstruowana postać chłopca, który musiał mierzyć się z historią, nadają tej książce głęboko humanistycznej powagi. Jest także „Strefa cyrkowa” osobistym i pokoleniowym rozliczeniem z wydarzeniami, których znaczenia nie wszyscy Czesi do dziś pojmują. Myślę, że takie powieści potrzebne są przede wszystkim nam – Polakom, którzy zmagając się ze swoimi przeżyciami roku 1968 nie do końca uważnie przyjrzeliśmy się temu, co dzieje się za południową granicą.


Wydawnictwo W.A.B., 2008

2008-08-08

"Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" Haruki Murakami

Zupełnie nie rozumiem fenomenu twórczości japońskiego prozaika. Pośród wielu westchnień i słów zachwytu pojawiają się kolejne jego książki, które rzekomo objawiają prawdy uniwersalne i które ujmują specyficznym połączeniem pisarskiej prostoty oraz rozbudowanej metaforyki. Najnowsze piękne wydanie jego prozy to zbiór opowiadań. Napiszę zatem o tym, jak autor radzi sobie z krótszymi formami wypowiedzi i jak zupełnie nieprzekonujący jest w tych tekstach.

Antologia „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” zawiera różnorodne opowiadania wydawane od lat osiemdziesiątych do 2005 roku. Jest w niej także jedno, które nie zostało opublikowane w ojczyźnie autora. To, co od razu da się zauważyć to zmiana sposobu pisania w ciągu dwudziestu lat. Starsze teksty (w odróżnieniu od tych nowych, nadmiernie rozbudowanych) są miniaturami, obrazkami z życia, wręcz fotograficznymi kadrami, w których wszystko, co najważniejsze pojawia się w czytelniczej wyobraźni dopiero po skończeniu lektury. Są wśród nich dwa ciekawe opowiadania – „Perkozek” o iście kafkowskim klimacie oraz wstrząsające „Lustro”, gdzie dochodzi do przerażającej w wymowie konfrontacji bohatera z samym sobą, z pokładem ukrytych i nienazwanych emocji. To jednak nieliczne wyjątki w objętościowo dużym zbiorze. To także nieliczne pozytywnie przeze mnie odebrane teksty.

Niewątpliwie w odniesieniu do twórczości Murakamiego możemy mówić o wieloaspektowym realizmie magicznym. W codzienne, prozaiczne czynności i pozornie proste rozmowy wkrada się niczym cień niebezpieczny świat symboli i wizji. Bohaterowie akceptują tę ingerencję, a co więcej – jest ona dla nich czymś normalnym. Nie można zatem dziwić się temu, że smakoszami pieczonych rożków są ślepe kruki, że można nosić na plecach fantasmagoryczną ubogą krewną, że kobieta poślubia lodowatego mężczyznę, że nóż myśliwski staje się kluczem do zrozumienia pewnej sentymentalnej opowieści znad morza i że w Tokio pojawia się mówiąca małpa, która kradnie ludziom ich nazwiska. Tylko co powodują te pozornie nielogiczne elementy?

W moim odczuciu większość opowiadań posługuje się nadmiernie rozbudowaną i przede wszystkim pustą symboliką. Murakami w taki sposób panuje nad światem przedstawionym w krótkich formach, że w trakcie czytania odnosi się wrażenie, iż fabuła może się rozwijać w każdą, najbardziej nawet niedorzeczną stronę. Potem odkłada się książkę i próbuje myśleć nad tym, co autor miał na myśli. Słowna ekwilibrystyka i przeplatanie fantazji z rzeczywistością przypominają mi odrobinę filmy Lyncha. Podczas ich oglądania wielu widzów analizuje scenę po scenie, wypowiedź po wypowiedzi. Prawdopodobnie Lynch to filmowy kuglarz, który stroi sobie żarty i nakazuje zastanawiać się nad czymś, co stworzone zostało przypadkiem. O ile zabawa z szyframi Lyncha jest dla mnie przyjemną rozrywką, o tyle myślenie po każdym tekście Murakamiego o ukrytych w nich znaczeniach jest stosunkowo męczące.

Bohaterowie opowiadań to w gruncie rzeczy egoiści, zatopieni w swym narcyzmie samotnicy, ludzie próbujący żyć przede wszystkim dla siebie i bez prawdziwego kontaktu z innymi. Naczelne – i obowiązkowe u pisarza – motywy to samobójstwo, śmierć, odchodzenie, niespełniona miłość i poszukiwanie szczęścia. Eksploatowane do znudzenia w powieściach, w opowiadaniach pojawiają się jak drogowskazy w interpretacji. Czasami autor porywa się na ciekawe balansowanie między komizmem i tragizmem, aby podkreślić znaczenie tego drugiego. Zawsze wychodzi od banalnej myśli, skojarzenia, rozmowy lub wydarzenia. Potem wydaje się już nie panować nad swoją wyobraźnią twórczą i dając jej pełną wolność, płodzi teksty, które są niczym gorzka pigułka pięknie opakowana i kusząca, by ją połknąć.

Myślę, że jedyną naprawdę istotną wartością tych opowieści jest ich malarskość. Obrazowanie jest tak dosadne i tak różnorodne, iż prawie wszystkie teksty można by pokazać na płótnie. Koloryt tej prozy staje jednak w opozycji do jej nad wyraz rozmytej semantyczności. Wieloznaczność desygnatów w tych tekstach czyni je zawoalowanymi pułapkami, w które wpada się bez ostrzeżenia. Można się nimi zachwycać, ale nie można ich pojąć. Można tej prozy dotykać, ale nie wyczuwa się jakichś konkretnych kształtów. Moim zdaniem „Ślepa wierzba i śpiąca kobieta” to zbiór tekstów niemych, w których rozgrywają się dramaty półprawd i niejednoznaczności.

I jeszcze jeden zarzut – Murakami jest po prostu nieprawdziwy w tym, o czym pisze. Potrafi wciągnąć w swój pisarski labirynt, ale nie daje już możliwości odnalezienia drogi powrotnej. A może ja wkroczyłem nie do tego labiryntu, do którego powinienem wkroczyć?...

Wydawnictwo MUZA, 2008

2008-08-01

"Dom ojca" Justo Navarro

Kiedy znakomita książka Ernesta Hemingwaya „Komu bije dzwon” ukazała czytelnikom egzystencjalny dramat rozgrywający się w realiach hiszpańskiej wojny domowej, nie spodziewano się, aby jakiś inny twórca tak sugestywnie oddał klimat wydarzeń z lat 1936 – 1939. A jednak jest ktoś taki i to naprawdę wielkie dokonanie wydawnictwa MUZA, które pozwoliło polskim odbiorcom poznać zupełnie dla nas nowego prozaika. Justo Navarro pisze od lat, „Dom ojca” został wydany w jego ojczyźnie już w 1994 roku. Musieliśmy poczekać, aby odkryć książkę wyjątkową. Książce o wpływie dyktatury strachu na codzienne życie Hiszpanów, o teatralności relacji międzyludzkich z tamtego okresu i ich groteskowości, o kolejnej po wojnie domowej traumie, jaką przeżywać muszą ludzie żyjący w cieniu makabrycznych rozgrywek drugiej wojny światowej. Chociaż jest to przede wszystkim powieść psychologiczna, jej strukturalny szkielet nie mógłby istnieć bez społeczno – politycznego tła, które tak a nie inaczej kształtuje wolę i poglądy postaci występujących w „Domu ojca”.

Główny bohater jest młodym człowiekiem, który walczył na froncie w Rosji, ale został zraniony i po konsultacjach z lekarzami odesłany do rodzinnej Andaluzji, by w Maladze doczekać swojej rychłej śmierci. Trudno jednoznacznie określić, co działo się z nim tam, gdzie śnieg i mróz skuwają nawet najtęższe umysły. Młodzieniec przybywa do Malagi w 1942 roku i okaże się, że rzekomo zbawienny powrót do rodzinnego miasta rozpocznie tak naprawdę przejmującą wędrówkę w przeszłość i każe zmierzyć się z kompleksami, smutkiem, niedopowiedzeniami i przede wszystkim z przejmującą samotnością…

Niech nie zniechęci nikogo pozorna statyczność i oschłość pierwszych kilkudziesięciu stron powieści. Niech nie razi zawiła składnia i irytujące powtórzenia. Prawdziwa opowieść zacznie się w momencie, w którym bohater zostanie wysłany przez matkę do Granady, a tam zamieszka u stryja – upiora, chodzącej obojętności i surowości. Już od pierwszych stron da się zauważyć to, w czym Navarro okazuje się mistrzem. Jest to bowiem umiejętność wieloaspektowego opisu postaci. Konstrukcja powieści opiera się bowiem na charakterach, ich różnorodności, niejasności i nieprzewidywalności. Kiedy wydaje się już, że opisani przez autora bohaterowie są ludźmi z krwi i kości, dojść można do wniosku, iż chwilami mamy do czynienia z paradą zjawiskowych cieni, które wciągają nas w tajemniczą grę na granicy życia i śmierci.

Wraz z Navarro wnikamy w przeszłość, ale i przyszłość ludzi, z jakimi obcuje. Zaraz bowiem można dostrzec, że nasz poraniony kombatant nie rozstanie się szybko z życiem. Śmierć będzie obok niego nieustannie, ale to nie on zaśnie snem Morfeusza. Najważniejszym człowiekiem, jaki wywrze na niego duży wpływ, będzie tajemniczy książę de Elvira. Przypadkowe spotkanie w przydrożnej gospodzie zainicjuje skomplikowaną znajomość, charakterologiczny bój o prawdę i żywe uczucia, konfrontację faktów i iluzji, których tak wszyscy wokół się boją. Czego dowiadujemy się o księciu? „Lubił przyciągać cudze spojrzenia, cudze emocje, jakby on sam pozbawiony był emocji i potrzebował do życia cudzych”. Niczym wampir wysysa z ludzi wszystko to, co dla nich najcenniejsze. Odbiera im tajemnice i wchłania je w siebie. Żyje przegranym życiem tych, którzy nie potrafią podnieść się po upadku. Zachłannie pożera oczyma interlokutora i wnika w jego osobowość. „Czekał, aż coś powiesz, a ty mówiłeś: opowiadałeś jakiś sekret, bo książę de Elvira zawsze mówił tak, jakby ustępował wobec nieodpartej pokusy ujawnienia jakiejś tajemnicy, jakby ci powierzał jakąś tajemnicę, a ty go naśladowałeś i też opowiadałeś mu jakiś sekret, bo łatwo jest opowiedzieć sekret”. Nasz bohater nie ulegnie jednak jego wpływom w takim stopniu, w jakim chciałby tego de Elvira. Obroni go kłamstwo i umiejętność tworzenia dla siebie tzw. życia alternatywnego pozwalającego zapomnieć o wojennej traumie i nieszczęściach rodzinnych ukrytych gdzieś na chowanej przed światem kliszy fotograficznej…

Wspomniany już stryj jest osobą pełną dystansu wobec bohatera. Życie w jego pustym domu jest marionetkowe, ograniczone do nawyków sterujących codziennością. W tym domu mieszka jeszcze ktoś, kto wyje niczym zwierzę i ktoś, kogo stryj izoluje od świata… Tuż obok mieszka obłąkane rodzeństwo Bueso, zaś w wizytach u księcia de Elvira towarzyszy bohaterowi niejaki Portugal, który kryje w sobie nie mniej tajemnic niż pozostali wspomniani przeze mnie bohaterowie.

W tym mrocznym świecie niepewnej teraźniejszości, pełnej cieni przeszłości i niemożliwej do przewidzenia przyszłości jedyną możliwością przetrwania wydaje się pielęgnowanie w pamięci tego, co prawdziwe. Trzeba trzymać się prawdy, bo ryzykuje się obłędem. Niemniej Navarro napisał powieść przede wszystkim o przekleństwie pamięci. Bohater wspomina: „(…) Zawsze chciałem stracić pamięć, a kiedy byłem dzieckiem, kiedy nie miałem pamięci, przed zaśnięciem prosiłem Pana Boga, żebym rano obudził się bez pamięci.” I wydaje się, że to, co pomoże mu przetrwać będzie związane z buntem wobec zapamiętywania. Rzeczywistość wykreowana w „Domu ojca” zbudowana będzie przede wszystkim na zapominaniu. Nie można jednak szybko o tej książce zapomnieć.

Navarro napisał powieść, która niepokoi i fascynuje. To kolejny przykład na to, że spalona słońcem Hiszpania ukrywa ciemne sekrety w duszach tych, którzy mają odwagę o nich pisać.

Wydawnictwo MUZA, 2008