2010-09-19

"Black Bazar" Alain Mabanckou

PATRONAT MEDIALNY
Czy wobec książki z czarnym tyłkiem oklejonym plasterkami w barwach Francji można przejść obojętnie? Nie, bo to przecież nowy Mabanckou, zatem trzecia barwna i intrygująca rozprawa z zastaną rzeczywistością jednego z ciekawszych francuskojęzycznych pisarzy współczesnych. O czym będzie tym razem? O kolorach skóry, o imigracji, o absurdach Europy połączonych z absurdami Afryki. O kolonizacji i jej skutkach, o wzajemnych zależnościach napływowej ludności Europy i jej rdzennych mieszkańców. O nietolerancji i trudach życia na obczyźnie. O człowieku widzianym od strony B, strony tyłka. I jak zawsze u autora o literaturze i kulturze wysokiej, do których nawiązania znajdziemy w opowieściach prozaicznych i przyziemnych. Opowiadający o tym nie zabiera się jednak do omawiania wspomnianych problemów od dupy strony. Bynajmniej. Mabanckou tworzy prozę pozornie chaotyczną, a naprawdę niezwykle dojrzałą nie po raz pierwszy. Frontalnie atakującą. Francję, Afrykę, mentalność ludzką na obu kontynentach.

Tym razem – po Kielonku i Grégoire – poznajemy niezwykłego znawcę kobiecych pośladków i lędźwi, niejakiego Zadkologa. Refleksje nad ludzkimi zadkami bynajmniej nie są marginalne, wszak „wiedza o tyłku istnieje od zarania dziejów, od kiedy Adam i Ewa odwrócili się plecami do Stwórcy”. Bliżej Zadkologowi do Kielonka niż psychopatycznego Grégoire’a, bo i konstrukcja „Black Bazaru” przypomina nieco pierwszą wydaną w Polsce książkę autora. Bar „Śmierć kredytom” zastępuje „Jip’s”, a opowieściom zasłyszanym w dalekim Kongo idą w sukurs historie paryskich emigrantów, bo to ich życie tworzy tak naprawdę fabułę książki. Jednak „Black Bazar” to nowa jakość, nic wtórnego – prześmiewcza i ironiczna opowieść o ucieczce od tożsamości i o tym, co tę tożsamość kształtuje. Zwłaszcza w przypadku afrykańskiego emigranta, który musi odnaleźć się w nieprzyjaznej mu francuskiej stolicy.

Zadkolog stara się stać gdzieś obok życia i jego problemów. Perspektywa obserwatora wydaje się trafna, bo przecież tylko tak można opowiedzieć o problemach, z jakimi chce się on mierzyć. Bohater w bardzo szybkim tempie przystosował się do życia w nowym kraju. Szykowne stroje, dobre perfumy, butna mina i pewność siebie. Wszystko ukryte pod fikcyjną tożsamością, bo tylko afrykański szwindel dokumentami pomógł mu wydostać się z Czarnego Lądu i znaleźć szczęście we Francji. Szczęście? Zadkolog jednak nie jest człowiekiem szczęśliwym. Jego pusta kawalerka, czarny bazar, przez który przewinęło się tak wiele różnych postaci, przypomina o rozczarowaniach i smutku. Jego życiowa wybranka, Pierwotna Barwa, czarująca czarnulka, wybrała mężczyznę walącego w tam-tamy i przypominającego o dzikości kultury, jaką emigranci próbują ukryć przed cywilizowanym Zachodem. Nie dość, że go wybrała, to jeszcze zwinęła córeczkę Zadkologa i z nowym ukochanym zwiała do ojczyzny. A Zadkolog pozostał sam. Ze swoimi problemami, lękami, frustracjami. Nie pozostaje mu zatem nic innego jak o nich napisać przy założeniu, że lepiej będzie ubarwić treści tym, co opowiedzą mu inni. A opowiadają bardzo wiele. Układa się z tego historia wielowątkowa, ale przede wszystkim zaszyfrowana. Autor „African Psycho” nie ma najmniejszej ochoty na to, by tłumaczyć się ze swej twórczości, a to, o czym pisze może sobie być rozpatrywane na wiele różnych sposobów. „Może właśnie to powinien uczynić każdy artysta, zanim się przekręci. Nie pozwolić innym definiować własnej twórczości. Porozrzucać tu i tam klucze do swego dzieła, tak by zawodowe paple nie mogły zdeformować doświadczeń całego życia i mozolnej pracy”. Mabanckou na ponad dwustu stronach rozrzuca zatem tropy i klucze. Jest ich tak wiele jak wiele problemów opisują bohaterowie książki. I tym, co wyróżnia „Black Bazar” jest takie ujmowanie owych problemów, że do końca nie jesteśmy pewni, które wydają się poważne.

Chociaż pisarz po raz trzeci daje świadectwo swego niepowtarzalnego poczucia humoru i umiejętności stosowania autoironii, nie jest „Black Bazar” książką zabawną. Ta powieść dość specyficznie rozprawi się z problemem pozornego triumfu najeźdźcy i krzywdy najeżdżanego. Relacje Zadkologa ze swym sąsiadem Hipokratesem najczytelniej oddadzą zasadnicze pytanie nowej książki Mabanckou. Czy kolonizacja przyniosła Afryce wyzwolenie? Czy cywilizowany Europejczyk różni się tak naprawdę od wierzącego w gusła i zabobony Afrykanina? Dlaczego czarni kupują produkty do demurzynizacji, a niektórzy biali próbują być bardzo afrykańscy? Czy dziura budżetowa Francji nie jest tak samo wielkim problemem jak brak demokracji i poszanowania praw obywateli w Kongu? W końcu – jakim prawem dramatyczna historia Afryki i Europy ma na wieki wskazywać triumfujących i poszkodowanych? Nie sposób wypiąć tyłka i lekceważyć wszystkiego. Bo choć tyłek jest ważny i dużo mówi o człowieku, więcej powie o nim jednak jego twarz i naprawdę nie jest istotne, czy jest biała czy też czarna.

Wydawnictwo Karakter, 2010



KUP KSIĄŻKĘ

2010-09-13

"Wybrałam wolność" Mariam Notten, Erica Fischer

W 2008 roku wydana została „Friszta”, znakomita powieść Petry Procházkovej, opowiadająca o losach kobiet w Afganistanie z punktu widzenia cudzoziemki, żyjącej na co dzień w kraju, w którym kobieca wolność jest pojęciem całkowicie abstrakcyjnym. Swoistym uzupełnieniem treści tamtej książki jest wydana niedawno historia Mariam Notten, której znana już polskiemu czytelnikowi Erica Fischer nadała literackie ramy i pozwoliła na to, byśmy czytając tę dramatyczną zbeletryzowaną biografię mogli obcować nie tylko ze świetnie skrojoną prozą, ale przede wszystkim poznać niezwykłą opowieść o afgańskich kobietach, o historii i społeczeństwie Afganistanu, o walce w imię wolności i o tej wolności doświadczaniu.

Malalai to imię afgańskiej bohaterki. Dziewczyna w męskim przebraniu poprowadziła do walki oddział żołnierzy, dzielnie niosąc na ich czele chorągiew. Malalai przekroczyła tym samym wszelkie umowne granice społeczne i udowodniła potęgę kobiecości, tak skrzętnie ukrywaną w Afganistanie za burką i w czterech ścianach domów całkowicie podporządkowanych mężczyznom. Nieprzypadkowo bohaterka „Wybrałam wolność” otrzymuje od swojej babki to symboliczne imię. Malalai bowiem odmieni nie tylko własne życie, ale także życie kobiet z najbliższego otoczenia, przede wszystkim swojej siostry Karim. Jej córka, Zuny będzie pierwszą, która uwolni się od fatum trzech pokoleń afgańskich kobiet. Babki Malalai, która na rękach miała krew teścia. Jej matki, Pari, szykanowanej i okrutnie traktowanej przez los, której życie było ciągłą walką o własną godność. Samej Malalai, decydującej o swoim losie i dzielnie stawiającej czoło jego przeciwnościom. „Wybrałam wolność” to zatem coś na kształt rodzinnej kroniki. Kroniki zbudowanej z biografii kobiet silnych, niezależnych i stanowczych. Takich, jakim Afganistan i kultura islamu nie są przychylne. Takich, które musiały walczyć o wszystko to, co np. Europejki uważają za oczywistość.


Trudno wskazać, jakie przestrzenie są w tej książce istotniejsze. Czy kabulskie ulice i domy, afgańskie bezdroża i niebezpieczna granica z Pakistanem, na której Malalai i jej siostra będą zmuszone postawić wszystko na jedną kartę, by przeżyć. Czy może z pozoru zupełnie inna rzeczywistość komunistycznych i uwalniających się z komunizmu Niemiec, dokąd Malalai emigruje i gdzie doświadcza wieloaspektowego zderzenia kultur i obyczajów. Bo książka Mariam Notten i Eriki Fischer to nie tylko przepełniona egzotyką i tętniąca niezwykłym życiem opowieść o afgańskich kobietach, które potępione przez społeczeństwo, próbują za wszelką cenę ratować swoją godność. To intrygujące świadectwo życia emigrantki i barwna opowieść o Niemcach oraz ich polityce względem emigrantów opisanej na przestrzeni wielu lat. „Wybrałam wolność” bezkompromisowo opowiada o bezduszności demokratycznego systemu, w którym m.in. nie traktuje się z należną czcią zmarłych, a cierpiące dzieci w szpitalach oddziela od rodziców. Nie jest bowiem czytelne i wyraźne wskazanie, iż islamska obyczajowość więzi, a europejski liberalizm uwalnia człowieka. Trudno odnaleźć się zarówno w kobiecym przeżywaniu opresyjnej rzeczywistości Afganistanu, jak i w zagubieniu pozostawionej samej sobie emigrantki w świecie przepełnionym wolnością, a jednocześnie tak niewolącym przybyszów zza dalekiej granicy.


Chociaż opowieść o swych dramatycznych losach snuje kobieta i o istocie kobiecości na styku dwóch skrajnie różnych kultur jest ta książka, mamy tutaj do czynienia przede wszystkim z celną diagnozą życia, w którym wolność rozumiana na wiele różnych sposobów jest priorytetem, dla której poświęca się właściwie wszystko. Opowieść Mariam Notten nie jest zatem o skrzywdzonej kobiecości i o odwadze, jaką wykazuje kobieta, by nie dać krzywdzić się nadal. To historia dorastania do odwagi i rzecz o trudności wyboru. Nie tylko kobiecego.


„Wybrałam wolność” dość wyraźnie od samego początku wskazuje na to, iż kobiece doświadczanie trudów życia będzie tutaj najistotniejsze. To jednak ważny głos nie tylko kobiet, lecz wszystkich, którzy w poszukiwaniu wolności podążają wyboistą ścieżką. Tak trudną do przebycia, jak trudne do przekroczenia są granice – kulturowe i mentalne. Historyczna Malalai przekracza granice. Robią to także bohaterka tej książki, jej matka i babka. Każda z nich udowadnia, iż wolność to wartość, dla której można zrobić wszystko. A Notten z Fischer robią wszystko, by tej opowieści nadać znamiona naprawdę dobrej literatury. Jedna z nich przeżyła traumatyczną drogę do wolności. Druga pomogła jej tę drogę opisać i wyrazić. Obie dały świadectwo blisko wieku doświadczeń nie tylko afgańskiej rodziny, ale i samego Afganistanu na trudnej drodze do zmian na przestrzeni wielu lat.


Wydawnictwo Czarne, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-09-08

"Porozmawiaj ze mną" Eduardo Mendicutti

„Porozmawiaj ze mną” to dość specyficzna jakość literacka. Z jednej strony książka okrutnie męcząca, bo statyczna. Z drugiej pasjonujący traktat o istocie cierpienia, samotności, o wieloletnim milczeniu i procesie mówienia będącym specyficzną formą terapii. Eduardo Mendicutti opowiada losy homoseksualisty, próbując jego ustami przemawiać z punktu widzenia pewnej grupy społecznej. Jest to zatem książka bardzo intymna, to także płomienny manifest i świadectwo trudu życia w ukryciu. Bo nawet w liberalnej współczesnej Hiszpanii życie ludzi o homoseksualnej orientacji może być ciężkie, a nade wszystko zbyt silnie spowite jest zasłoną milczenia.

Wspominam o milczeniu, bo to ono będzie tutaj przeciwwagą do opowieści snutych przez Nerczana. Mężczyzna przeżył już prawie całe swoje życie i obecnie jest chodzącą legendą prowincjonalnego miasteczka La Algaida. Nerczan mówi, wciąż mówi, ustawicznie wyrzuca z siebie słowa i buduje z nich opowieść obejmującą wiele lat jego przepełnionego rozczarowaniami i kompleksami życia. Bohater tak długo milczał i nosił w sobie wszystko, o czym teraz opowiada, że nie sposób zamknąć mu ust. Symboliczna jest też rola ulicy, jakiej ma zostać nadane imię Nerczana. Ulica do tej pory była Ulicą Milczenia. Zmiana ma być nie tyle zaskakująca, co przede wszystkim rewolucyjna. Bo to, co ukrywa się w sercu bohatera i każe mu wciąż opowiadać, to cała masa kumulowanych przez lata emocji. Mendicutti jak na hiszpańskiego pisarza przystało opisuje wszystko tak naprawdę w ciepłych barwach, jest w jego książce mnóstwo energii i jest to opowieść dynamiczna, chwilami przepełniona witalizmem i pozytywną mocą. Za tym wszystkim kryje się jednak wiele mroku i to, co mroczne wydaje się w tej historii dużo ważniejsze.


Przede wszystkim fakt, iż niemym słuchaczem Nerczana jest jego niepełnosprawna siostra, Antonia. Brat czule się nią opiekuje, ale z czasem dostrzec można, iż mycie, przebieranie, karmienie i oferowanie Antonii swojego towarzystwa jest dla Nerczana męczące i wyzwala w nim szereg negatywnych odczuć. Gorycz bohatera to nie tylko gorycz starszego homoseksualisty, który przez całe życie pracował jako manikiurzysta i wciąż był komuś podległy i od kogoś zależny. Opowieści Mendicuttiego wskażą całą gamę emocjonalnych zależności między Nerczanem a jego siostrą, opiszą skomplikowane losy rodzinne obojga, zwrócą uwagę przede wszystkim na trudne relacje syna i ojca, nie mogącego się pogodzić z tym, iż Nerczan kocha inaczej.


Czy bohater „Porozmawiaj ze mną” naprawdę kocha inaczej? Czy jest to książka o opresyjnym charakterze homoseksualizmu i o tym, jakie komplikacje w życiu niesie? Nie powinno się niepotrzebnie etykietować tej powieści, bo w gruncie rzeczy Mendicutti pisze przede wszystkim o mentalności prowincjonalnej Hiszpanii i o zmianach, jakie w tej mentalności przynosi upływ czasu. Nerczan barwnie opowiada nie tylko o sobie, ale o specyficznych ludziach, którzy stanęli na jego drodze. Całe życie bohatera jest bowiem specyficzne, a istotą jego opowieści jest wskazanie, co przyczyniło się do tego, iż mężczyzna jest, jaki jest.


Wspomniałem na wstępie o statyczności tej książki i jest to jej zasadnicza wada. Opowieści w gruncie rzeczy pełne pasji po jakimś czasie przestają być pasjonujące. To, co powoduje, iż czyta się mimo wszystko tę powieść nadal, to język balansujący gdzieś na granicy patosu i groteski. Język zanurzony we wrzącym nurcie codziennego życia, pełen potocznego i kolokwialnego słownictwa sąsiadującego z symboliką miejsc, ludzi oraz zdarzeń zapisywanych za pomocą wieloznacznych słów. Trudność w odbiorze powieści Mendicuttiego może polegać także na tym, iż w gruncie rzeczy sam Nerczan staje się męczący i przewidywalny. Jego tożsamość buduje kilkadziesiąt pierwszych stron. Kolejne są już wtórne, prawie wszystko na temat nieszczęsnego gaduły już wiemy, odbieramy jego monologi jako zwyczajnie przegadane i irytujące. Ale przecież ta książka rości sobie prawo do tego, by opowiadać o życiu naprawdę. Zaś naprawdę może ono być czasem nie do zniesienia tak jak Nerczan i jego historie.


Wydawnictwo MUZA, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-09-05

"Nie ma o czym mówić" Marta Szarejko

PATRONAT MEDIALNY
Jeśli ktoś odnosi wrażenie, iż polska literatura współczesna głównie kreuje nową rzeczywistość zamiast ją imitować, winien niezwłocznie sięgnąć po interesujący debiut Marty Szarejko. „Nie ma o czym mówić” to zbiór epickich „podsłuchańców”, w których autorka odwzorowuje nie tylko świat, ale przede wszystkim język, jakim można o tym świecie opowiadać. Cyganka opowiadająca sny, przezroczysty Jerry, Jan ogarnięty manią sprzątania i porządkowania, warszawski mafiozo Don Ivo czy Marzenka z autobusu linii 106 to tylko niektórzy bohaterowie tej barwnej opowieści rozpisanej na wiele głosów. Szarejko nie buduje fabuły, ona przede wszystkim oddaje głos tym, którzy takie fabuły tworzą. Otrzymujemy polifoniczny pamiętnik neurotyków, samotników, osaczonych i zagubionych, kochających, tęskniących i pragnących szczęścia. Ważne jest, że ta książka pozwala mówić wszystkim tym, którzy na co dzień głosu nie mają, a ich losy obchodzą nas w takim samym stopniu jak migające na ekranie telewizora wieści o nieszczęściach i euforiach przeżywanych przez kogoś tam i gdzieś tam.

„Nie ma o czym mówić” jest zbiorem opowieści niespełnionych. Zbiorem, w którym nie liczy się finał opowiadanej historii, a sam proces jej opowiadania. U Szarejko „dziać się” oznacza „żyć”. Naznaczone frustracjami i osobistymi tragediami historie budują specyficzną językową wieżę Babel. Porozumienia między tymi, którym Szarejko oddaje głos nie ma, ale nie chodzi o porozumienie – wszak łączy ich wiele, ale tak naprawdę dzieli jeszcze więcej. W tych specyficznych narracjach prawdopodobnie chodzi o zaakcentowanie napięcia, jakie rodzi się pośród słów tak nieumiejętnie próbujących nazwać ludzkie przeżycia. Ludzie, którym autorka oddaje głos, to życiowi outsiderzy, a także ludzie zależni od innych. Nieprzypadkowo luźne historie zamieniają się potem w specyficzny raport z miejsca, w którym nieporadni podporządkowani są innym, a ich opiekunowie niekoniecznie dają poczucie pewności i bezpieczeństwa. Świat z „Nie ma o czym mówić” to pensjonat wiecznej udręki, w którym żyć nie sposób, ale poza który także wyjść się nie da. To opowieść o pułapkach, jakie zastawiamy sobie sami na siebie i o niemożności wydostania się z opresji. Jednocześnie to książka o tym, w jaki sposób można szukać drogi ucieczki. Większość bohaterów tego zbiorku bowiem to ludzie wędrujący i poszukujący. W tym znaczeniu zatem autorka opowiada o drodze do spełnienia, na której świat stawia coraz więcej przeszkód.


Marta Szarejko w swej debiutanckiej książce przemierza rozmaite przestrzenie. Bary, dworce, kawiarnie, ulice. W przestrzeniach tych rozgrywają się jej gry słowne. Bo „Nie ma o czym mówić” to także specyficzna układanka słów, kwestionujących wzajemnie swoje znaczenie i uzupełniających się. To słowa na wolności w świecie, w którym wolność jest tylko pozorna. Dzięki temu prozatorskie formy wypełniające książkę są jednocześnie w większości czymś na kształt poetyckich etiud. Przecież nie sztuką jest po prostu opowiadać, trzeba w tych opowieściach ukryć coś niepowtarzalnego. Z pewnością jeśli chodzi o debiut Marty Szarejko jest o czym mówić i mówić warto, bo to niezwykłe świadectwo tego, jak bardzo lojalna wobec życia może być proza i jak jednocześnie potrafi o tym życiu opowiadać w sposób symboliczny.


Wydawnictwo AMEA, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-09-01

"Kupię rękę" Agnieszka Szygenda

Makabra, czarny humor, mroczna groteska – wszystko wisi już w powietrzu, kiedy czytamy tytuł jednej z ciekawszych, w moim odczuciu, pozycji polskiej literatury współczesnej tego roku. Agnieszka Szygenda poruszać się będzie po obszarze poznawanym już na różne sposoby. Mało kto jednak potrafi pisać o zagadkach człowieczeństwa w tak misterny i pasjonujący sposób. Bo ile tak naprawdę możemy powiedzieć o drugim człowieku? Na podstawie czego go sądzić? Tego, co robi, tego, jak żyje czy tego, co myśli? Czy jakakolwiek droga poznania jest możliwa, kiedy ze wszelkimi motywacjami do działania, emocjami i uczuciami jest się zmiennym i nieprzewidywalnym? Może właściwie o tym, kim jest człowiek i kim się staje najlepiej opowiedzieć używając przerażających z pozoru, ale bardzo trafnych środków przekazu, jakimi operuje autorka „Kupię rękę”? Rzadko spotykane połączenie rzeczowości i niedopowiedzeń, tragedii i czarnej komedii, powieści obyczajowej i psychologicznej – taka jest nowa powieść Agnieszki Szygendy. Wyrafinowana. Subtelna. Jednocześnie bezkompromisowa i szalona. Prawdziwa jak samo życie.

Wszystko zaczyna się od makabrycznego pomysłu głównego bohatera książki, Olgierda Szczepankiewicza. Mężczyzna, wiedziony jakimś trudnym do określenia impulsem, postanawia dać w Internecie ogłoszenie o treści z tytułu książki. Szybko przekonuje się, iż rękę można kupić w dość specyficzny sposób, albowiem pewien student wystawia ją na aukcji z możliwością wykonania na niej tatuażu reklamowego, który widoczny będzie przez pół roku. Olgierd kupuje nie tylko miejsce na skórze Tomka, ale i w pewien sposób jego samego. Okaże się bowiem, iż to, co student musi sobie wytatuować, przekracza granice jego wyobraźni i staje się źródłem opresji. Bohater Szyngendy szybko zdobywa kolejne „ciała” i każe wykonać kolejne zlecenia, a w krótkim czasie trafia także na oferowane w miłosnym uniesieniu ciało Igi, która niczego nieświadoma, postanawia dać wyraz swemu oddaniu i miłości, inicjując kolejną nietypową aukcję internetową.


„Kupię rękę” wieloaspektowo porusza problem kupna i sprzedaży. Olgierd jest przekonany, że dzięki pieniądzom i wpływom można kupić każdego. Kupuje ludzi i ich ciała, każąc tatuować na nich to, co jemu samemu od dzieciństwa spędza sen z powiek. Mężczyzna podejmuje ryzykowne próby uwolnienia się od duchowych cierpień i skazania na nie innych, nad którymi – jak mniema – będzie mieć teraz pełną kontrolę. A przecież wciąż kontrolowany, krytykowany i sztorcowany syn nauczycieli od zawsze był na cenzurowanym, zawsze znajdował się w szkole, gdzie czuł się uczniakiem mimo tego, iż w szkolnych murach przebywał tylko w określonym czasie. Olgierd to osobowość zakompleksiona i nieszczęśliwa. Osobowość pragnąca dominować w rewanżu, bo przecież przez całe życie ktoś dominował nad nim. Surowi rodzice, patrzący wciąż na ręce teść i świadomość, że wieczna praca oraz staranie się nigdy nie były doceniane. Olgierd nie spełnia się ani w roli syna, ani ojca, ani męża. Przepełniony goryczą, staje się coraz bardziej cyniczny i okrutny. A przynajmniej za takiego chce uchodzić, bo to jego broń przed światem. Okrucieństwo skazywania ludzi na tatuaże-stygmaty idzie w parze z głęboko wrytym w psychikę przekonaniem Olgierda o własnej niedoskonałości. Dotychczas kontrolowany, sam chce kontrolować, sam wyznaczać granice i decydować o cudzym losie. Odrzuca bliskość żony i syna, odpycha od siebie jakiekolwiek ciepłe uczucia. Gra z wykupionymi przez Internet ciałami w specyficzną grę, ale jej finału nie jest w stanie przewidzieć…


Agnieszka Szygenda próbuje także dać kilka odpowiedzi na pytanie o to, co znaczy sprzedać się w życiu. Jakie motywacje kierują ludźmi decydującymi się na podległość wobec Olgierda? W jaki sposób dobrowolnie sprzedający się chcą osiągnąć zaplanowane cele? Czy decyzje Tomka i Igi to jedynie wymysły chwili? I co tak naprawdę za nimi stoi? „Kupię rękę” to dwuznaczna powieść o specyficznej prostytucji. O tym, iż własna godność i poczucie bezpieczeństwa mogą zostać zachwiane podczas przerażającej transakcji sprzedaży. I w tym znaczeniu drugoplanowe postacie z tej książki są tak samo ważne jak Olgierd, jego frustracje, lęki i kompleksy. Tym bardziej, że kupiona ręka okaże się w krytycznym momencie bardzo potrzebna i jej wyciągnięcie może być na wagę złota.


Szygenda zaskakująco dojrzale pisze o tym, w jaki sposób ludzie maskują swe słabości i co nimi kieruje, by tak naprawdę nie okazywać się słabymi. Autorka pochyla się nad cierpieniami pojedynczego człowieka, tworząc jednocześnie barwny kolaż emocji i zdarzeń, które pokazują, jak cierpią pewne grupy społeczne. To także opowieść o sile rodziny i jej pojednawczej roli. Dramatyczna i chwilami mocno kontrowersyjna książka Agnieszki Szygendy jest niesamowicie przejmującą opowieścią o życiowych wyborach i ich konsekwencjach.


Ja kupuję jej literacką rękę ze wszystkimi tego mrocznymi konsekwencjami. A ty?


Wydawnictwo Bliskie, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-08-30

"Opowieść emigracyjna" Justyna Nowak

Powieść Justyny Nowak sytuować można w obrębie literatury prezentowanej przez np. Joannę Fabicką czy Małgorzatę Kalicińską. Byłaby to jednak pewna nobilitacja dla autorki, w związku z tym nie zamierzam „Opowieści emigracyjnej” umieszczać w jakimkolwiek współczesnym nurcie literackim, tylko napisać o tym, dlaczego lekturę w sumie można sobie darować. Wspaniałe jest to, iż niszowe oficyny stawiają często na promocję nieznanych autorów, najczęściej twórców jednego tytułu. Mniej wspaniałe już jest, iż światło dzienne oglądają wówczas powieści ledwie przeciętne i tak jest w przypadku Nowak. Chociaż fabularne rozwiązania wskazują na to, iż można się spodziewać kontynuacji losów głównej bohaterki, odnoszę wrażenie, iż „Opowieść emigracyjna” jest czymś najlepszym, co mogło wyjść spod pióra Justyny Nowak. Dlaczego w ogóle poświęcam czas tej książce? Myślę, iż stanowcza krytyka nie jest tutaj wskazana, albowiem to historia mająca krzepić serca współczesnej wielkiej emigracji, pokazując, iż emigracyjno-zarobkowe życie nie jest czymś złym. Jest również w tej książce sporo ciepła i humor, może nie zaraźliwy, lecz nietuzinkowy. Nowak napisała książkę niczym właściwie się nie wyróżniającą, ale chyba szczerą. Dlatego z mojej strony także kilka szczerych słów jej się należy.

32-letnia Klara Miodowska wiedzie życie singielki (brzmi bardziej błyskotliwie niż określenie „samotna kobieta wchodząca w wiek średni”). Za sobą ma kilka nieudanych związków, przed sobą niewiele perspektyw. Boi się zmian w swoim życiu, ale uważa, że są konieczne. Przekonuje ją do tego energiczna siostra Kinga, dzięki której Klara podejmuje odważną decyzję – wyjeżdża z Polski do Londynu na poszukiwanie szczęścia i spełnienia. Scenariusz, jakich wiele napisało życie w ostatnich latach, prawda? I dalej także może być przewidywalnie, chociaż Justyna Nowak bardzo się stara, żeby tak nie było. Klara znajduje schronienie w domu ciotki, u której jednak długo nie zagrzeje miejsca, bo jej młody i prymitywny kochanek urządzi końskie zaloty, w których efekcie Klara zostanie uznana za całkowicie straconą w oczach ciotki. Bohaterka staje przed nie lada wyzwaniami – gdzie zamieszkać, jak znaleźć pracę, w jaki sposób przełamać barierę językową i przede wszystkim, jak odnaleźć sens życia gdzieś daleko od domu, do którego wracać przecież nie warto, bo czeka tam raptem kilka kaktusów i przerażająca pustka codziennej egzystencji.


Zdarzenia opisane przez Nowak toczą się w tempie zawrotnym. Znajdziemy w książce złych i dobrych Polaków, którzy będą szkodzić i pomagać naszej emigrantce. Klara nie jest postacią papierową, zatem pojawi się wątek miłosny, dramatyczne opisy przetrwania w Londynie, fabrycznej harówki i wielu rozczarowań w życiu kobiety. „Opowieść emigracyjna” próbuje także portretować środowisko naszych rodaków, którzy za wszelką cenę chcą wytrwać na Wyspach, dorobić się i godnie żyć. W otoczeniu Klary pojawią się ludzie (głównie mężczyźni, co przecież nie może dziwić), którzy ogniskować w sobie będą wszystko to, co dla polskiej emigracji w Wielkiej Brytanii najbardziej charakterystyczne – złożoność i nieprzewidywalność.


Niestety, ani jedna, ani druga cecha nie dotyczy formalnej strony książki. Trudno powiedzieć, czy autorce chodziło o nakreślenie opresyjnego charakteru rzeczywistości, z jaką zmaga się Klara, czy też o stworzenie czegoś na kształt portretu psychologicznego kobiety, która na obczyźnie wchodzi w wiek chrystusowy i której zmiany w życiu następujące właśnie na emigracji wydają się zmianami koniecznymi i nieodwracalnymi.


Najmniej przekonujące są wykreowane przez Nowak postacie. Tak naprawdę nie kryją w sobie żadnej tajemnicy, choć zwracający uwagę Klary Tomek wydaje się nieść w sercu mroczne brzemię przeszłości, z którym nie jest w stanie sam sobie poradzić. Brakuje w tej książce nakreślenia kolorytu Londynu, bo przecież to miasto barwne, dynamiczne i pełne ciekawych paradoksów. Nowak prezentuje świat, w jakim przyszło żyć Klarze w dość stereotypowy sposób i można odnieść wrażenie, iż „Opowieść emigracyjna” powstała z zasłyszanych, banalnych i przewidywalnych historii emigrantów zarobkowych. Nie pieniądze wydają się w tej książce najważniejsze, lecz uczucia. Te jednak przedstawione są za pomocą kilku językowych kalek, przez co poruszają odbiorcę w stopniu równie silnym jak topnienie lodowców na Grenlandii, o którym wspomina się na przedostatniej stronie codziennej gazety.


To lektura lekka, ale być może zbyt lekka, bo przecież Justyna Nowak podejmuje tematy w gruncie rzeczy bardzo złożone i poważne. Przez to nie mogę dodać drugiego trywialnego przymiotnika i napisać, iż to książka przyjemna. Nie chcę pójść na łatwiznę i w prosty sposób określać „Opowieści emigracyjnej”, bo być może warto po nią sięgnąć, by podjąć polemikę z moim punktem widzenia.


Wydawnictwo Novae Res, 2010

2010-08-27

"Wieloryb czyli przypadek obiektywny" Agnieszka Taborska

Tu. Tam. Jeszcze gdzie indziej. Agnieszka Taborska w swych urokliwych narracjach jest wszędzie i nigdzie jednocześnie. Opisuje i odzwierciedla świat, jakiego doświadcza, a jednocześnie ukrywa go w rzeczywistości surrealistycznego konceptu i braku pointy. Teksty „Wieloryba” nie stawiają kropek na końcu zdania. One w magiczny sposób otwierają przed nami rzeczywistość, o jakiej nikt nie myśli. Świat niedookreślony, a przecież bardzo wyrazisty. Niepokojący, ale i ujmujący swym uporządkowaniem chaosu. Historie Agnieszki Taborskiej to dowód na to, iż dobra literatura może odnajdywać inspirację w chwilach, z chwil budować wieczność, a w tej wieczności kreować jednocześnie symboliczną drogę, na której wszystko, co nietrwałe tworzy trwałe fundamenty. W nich zaś ukryta jest i doskonała zdolność obserwacyjna autorki, i jej niepowtarzalne poczucie humoru, i ostrze satyry wraz z humanistyczną troską o drugiego człowieka. Złożona z subiektywnych przypadków opisanych przez osobę inteligentną, książka Taborskiej to lektura dająca nam czas darowany, a nie utracony. I wybornie jest czytać takie opowieści, z których spogląda co rusz ekstrawaganckie oko Rolanda Topora, ale w tej prozie nie ma grozy i szaleństwa. Chociaż przecież niepokojące i szaleńcze wydaje się to, co Taborska opisuje.

Z krakowskiej galerii sztuki naiwnej ktoś kradnie wieloryba. Nie żąda za niego okupu, lecz informuje, że wieloryb ma się dobrze. Autorka kradnie życiowe historyjki i powoduje, że mają się one tak samo dobrze. Niby zdystansowana wobec tego, o czym opowiada, jest przecież w samym centrum zdarzeń. A zdarzenia to wielkie i małe jednocześnie. W niesamowitych sceneriach rozegrane. Schulzowski Drohobycz, urokliwe paryskie uliczki, niepowtarzalny czar amerykańskiego Providence, tunezyjski salon masażu, krakowskie zaułki, Litwa, Chorwacja… Taborska to niezwykła przewodniczka po niezwykłych miejscach. Znawczyni niezwykłości, jaką rodzi codzienność. Wnikliwa obserwatorka, podróżniczka i słuchaczka, a jednocześnie bawiąca się swymi narracjami literatka, dla której opisać i opowiedzieć znaczy zupełnie coś innego niż dla przeciętnego odbiorcy opisu i opowieści. Znamienny bowiem w dykteryjkach Taborskiej jest wspomniany już brak pointy oraz fakt, że przedstawiane zdarzenia, postacie, zwierzęta i często absurdalne sytuacje zanurzone są w surrealistycznej atmosferze niedopowiedzenia i żartu.


Tak, „Wieloryb” żartuje z nas, ale i z tego, co jest przedmiotem opisu. Nie czytałem jednocześnie już dawno tak poważnej książki. O co tutaj chodzi? Gdzie znajduje się u Taborskiej granica między tym, co ważne, a tym, co ulotne i niewarte uwagi? Czy taką granicę można w ogóle znaleźć? Urok tej książeczki to przede wszystkim wchodzenie w rzeczywistość i jej niedotykanie. Uwieść mogą w narracjach „Wieloryba” nie tylko liczne semantyczne i symboliczne tropy, każące spoglądać na opisywane sytuacje z nieco szerszej perspektywy. Niepowtarzalne jest to, że Taborska tak silnie tkwi we wszystkim, co przedstawia, a jednocześnie w tak magiczny sposób potrafi się od tego uwolnić i nie obciążać czytającego balastem. Zbiór przypadków „Wieloryba” to książka, wobec której nie pozostaje się obojętnym, bo od pierwszej do ostatniej strony wydaje się zaskakująco wieloznaczna. Zaimki przysłowne dekorujące kompozycyjnie zbiorek są tak samo umowne jak przeżycia, o jakich pisze autorka. I naprawdę ciepła to książka. Przepełniona surrealizmem i jakąś symboliczną magią, a przecież tak solidnie lojalna wobec życia, wobec rzeczywistości „tu i teraz”. Dotyka i przejmuje, ale wykorzystuje do tego całą masę zabiegów formalnych. Dlatego można się przy niej śmiać, ale należy przede wszystkim dumać.


Czego wstydzą się Amerykanie po ataku na Irak? Czy kot może być osobowością? W jaki sposób Forman wdziera się w dyplomatyczne progi? Jakie przestrzenie przemierza zasłużony yugo? Czy można się uzależnić od bajgli? Czy karaluchy mogą stać się obsesją? Na czym polega kłopot z krukiem? I jak długo mogą żyć opowieści, które dają odpowiedź na te pytania?


Lektura opowiastek Agnieszki Taborskiej powinna być obowiązkowa. Po to, aby czytać i pytać. I by przeżyć niezapomniany wieczór z tą książką.


Wydawnictwo Czarne, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-08-23

"Witajcie w Murderlandzie" Frédérique Molay

Wydana niedawno powieść francuskiej pisarki to rzecz godna uwagi nie tylko dlatego, że jest naprawdę nieźle skrojonym kryminałem. Frédérique Molay porusza w niej problemy niezwykle przecież współczesne, bo opierające się na wzajemnych wpływach świata rzeczywistego i wirtualnego, ale tak naprawdę uniwersalne i wiecznie żywe, gdyż to książka o przejmującym poczuciu samotności, o konstytuowaniu swojej tożsamości, o próbach odnajdywania za wszelką cenę akceptacji i zrozumienia wśród innych ludzi. I choć opowieść Molay rozgrywa się między ludźmi a wykreowanymi przez nich w grze internetowej awatarami, jest dość mocno poruszającą opowieścią o tym, w jaki sposób uciekając od samego siebie, można stanąć twarzą w twarz z demonem, także samym sobą…

Nathan Barnett Junior jest harvardzkim wykładowcą prawa karnego. Życie nie było dla niego łaskawe. Boryka się z piętnem bolesnej przeszłości, rozstania z żoną; z faktem, iż ukochana córka jest mu sądownie „zapisana” raz na jakiś czas i że własnej przejmującej samotności nie jest w stanie nikomu opisać. Nathan oddaje się namiętnie rozgrywkom w Island. To gra, w której można sobie dowolnie wybrać tożsamość i żyć w wirtualnej rzeczywistości, jaka imituje tę prawdziwą, ale jest przede wszystkim kontrolowana przez gracza. Wydaje się, że wszyscy grający w Island tworzą fikcyjne życiorysy, za którymi ukrywają swoje prawdziwe problemy, pragnienia, pasje i marzenia. Island jest wirtualną Arkadią i światem, w którym można czuć się bezpiecznie dlatego, że praktycznie samemu ustala się warunki funkcjonowania w nim. Nathan okazuje się oryginalny… i nad wyraz nierozsądny, albowiem grając w Island jako Nat, prowadzi dokładnie takie życie jak na co dzień. Pewnego dnia okazuje się, że wirtualna fikcja Island w jakiś makabryczny sposób zaczyna łączyć się ze światem rzeczywistym. Mordowane są awatary w grze, ale także ich realne odpowiedniki, ludzie z krwi i kości. Do oazy spokoju złaknionych specyficznych wrażeń internetowych graczy wdziera się śmierć i wiele tajemnic… A Nathan uświadamia sobie, że z jednej strony anonimowość w Internecie to fikcja, z drugiej zaś należy się tam kamuflować i ukrywać na wszelkie możliwe sposoby.


Pod koła wirtualnego samochodu Nata wpada kobieta, Jerry. Graczem, który kryje się pod tym awatarem jest Bonnie, kobieta ginąca z rąk okrutnego mordercy. Drugą ofiarą jest Student, który pojawia się w Island obwarowany pewnymi warunkami pobytu (grać mogą tylko osoby pełnoletnie, a Eliot – rzeczywisty odpowiednik Studenta – uczestniczy w życiu Island za zgodą rodziców). Najpierw w grze ginie młody awatar, potem Eliot… Wydaje się, iż te dwa morderstwa to dopiero początek makabrycznej serii i aby rozwiązać zagadki śmierci, w grę zaangażować muszą się także śledczy prowadzący w Bostonie sprawę zabitych Bonnie i Eliota.


Frédérique Molay świetnie buduje napięcie – świat przedstawiony tej powieści jest porwany, fragmentaryczny, pulsujący energią i bardzo niepewny. Kiedy w końcu orientujemy się, co tak naprawdę rozgrywa się w Island, a co w rzeczywistym czasie i przestrzeni, przekonujemy się, iż nic nie jest pewne, a dwa światy przenikają się, tworząc pełną okrucieństwa i przemocy rzeczywistość. Z jednej strony mamy sielski świat internetowej gry, w której pojawia się wszystko to, od czego tak naprawdę uciekają na co dzień gracze. Z drugiej strony - pozbawiony pięknych barw świat realny, w którym mamy do czynienia z ludźmi na różny sposób zagubionymi. Nathan żyje pod coraz większą presją – musi bowiem jak najszybciej wyjaśnić zagadkę morderstw oraz zrozumieć, dlaczego zabójca próbuje powiązać z jego życiem wszystkie wirtualne, a potem realne śmierci. Zajmujący się dochodzeniem bostońscy kryminalni stają przed problemem, który należy rozwiązać nowoczesnymi środkami. Tak jak Nathan muszą wkroczyć do wirtualnej gry, by zagrać w realności z mordercą wydającym się mieć nad policjantami dużą przewagę. Gra Molay nie jest jedynie walką z czasem i rozwiązywaniem trudnych zagadek. To jednocześnie pełna grozy opowieść o poszukiwaniu odpowiedzi nie tylko na pytania o to, kto zabił, ale przede wszystkim o to, co tak naprawdę kieruje internetowymi graczami zamieniającymi idylliczny świat Island w przerażający początek drogi ku dramatom życia w „realu”.


Molay hipnotyzuje czytającego za pomocą dość prostych rozwiązań formalnych. Niczego jednak nie można przewidzieć podczas lektury. „Witajcie w Murderlandzie” stawia pytania, na które nie można znaleźć odpowiedzi bez penetracji trudnej do opisania granicy, jaka w XXI wieku wytwarza się między tym, jak ludzie żyją a tym, co czują, uciekając od życia w wirtualne światy i społeczności.


Wydawnictwo MUZA, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-08-21

"Sto dni" Lukas Bärfuss

Kiedy w ubiegłym roku Wydawnictwo Czarne opublikowało „Strategię antylop”, wstrząsający reportaż o życiu mieszkańców Rwandy po dramatycznych wydarzeniach 1994 roku, wydawało się, iż otrzymujemy niemal kompletny zapis traumy, jakiej doświadczył ten mały afrykański kraj. Francuski korespondent Jean Hatzfeld oddał głos Rwandyjczykom; od nich dowiedzieliśmy się o tym, jak żyć po masakrze ludobójstwa i budować relacje z ludźmi, którzy tak niedawno atakowali maczetami, a teraz są po prostu sąsiadami. Nieopisywalne słowami dramaty ludzi w książce Hatzfelda nabrały znamion wyjątkowego dokumentu, który potrafi znaleźć słowa na to, by przybliżyć koszmar ludobójstwa i niewyobrażalną dla Europejczyka sztukę budowania normalnego życia w świecie spływającym niegdyś krwią. Opowieść Lukasa Bärfussa jest specyficznym uzupełnieniem opowieści bohaterów Hatzfelda, albowiem opisuje makabryczne sto dni rzezi z punktu widzenia szwajcarskiego dyplomaty, uwikłanego w szereg egzystencjalnych rozterek.

Książka Bärfussa zadaje pytania o to, w jaki sposób europejskie społeczeństwa odpowiedzialne są za dramat Rwandy. „Sto dni” stawia wiele niewygodnych tez, jest książką pełną niepokoju i mroku. Dodatkowo to pasjonujące studium człowieka cierpiącego i takiego, który odczuwa cierpienie innych. Zdecydowanie za mało o tej książce napisano (wieloaspektowy tekst Jerzego Franczaka opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” to pojedynczy zaangażowany w przekaz tej powieści głos) i chociaż lekturę odwlekałem w czasie, bo doskonale wiedziałem, o czym przeczytam, czuję się w obowiązku nakreślić kilka zasadniczych myśli „Stu dni” i zwrócić uwagę na świat, na który nigdy naprawdę nie zwracano tej uwagi.


David odbywa w Rwandzie specyficzną misję. Jego zadaniem jest pomoc w odbudowie tego kraju, a z czasem bohater ma wrażenie, iż dokłada się w jakiś sposób do jego ruiny. Kiedy pierwsze brutalne ataki Hutu na Tutsi rozpoczynają krwawą rzeź Rwandy, David pozostaje tam i ukrywa się w willi Amsar w Kigali. Ratuje go to, że jest Szwajcarem, a przecież Szwajcar traktowany jest w Rwandzie zupełnie inaczej niż np. Belg. Szwajcara nie zabija się maczetą, jemu jest się wdzięcznym. Za co? Czy David i jego współpracownicy mają powody sądzić, iż afrykańskie państwo biedy, głodu, zacofania i niesprawiedliwości społecznej jest winne jakąkolwiek wdzięczność krajowi tak stabilnemu i cywilizowanemu jak Szwajcaria? Dramat pozostającego w centrum krwawej rzezi Davida nie będzie tylko jednostkowym dramatem dyplomaty, który wątpi w sens swoich dotychczasowych działań i który zdaje się na pomoc szabrownika i ludobójcy. Jego historia będzie symbolicznym przedstawieniem dramatu cywilizowanego świata, jakiemu przez lata nie udało się ucywilizować kraju, w którym dyplomaci i wolontariusze wykonywali mrówczą codzienną pracę.


Bohater Bärfussa pozostaje sam ze sobą, z przerażającą teraźniejszością i dręczącymi go wspomnieniami. Pozostaje w towarzystwie myszołowa, któremu próbuje uratować życie. Jak? To bardzo znaczące, jak David postrzega swe działania wobec opierzonego przyjaciela: „Rąbałem na kawałki psy, które ktoś dla mnie zabijał. Zdrowe, silne psy. Rąbałem je, aby karmić nimi kalekiego ptaka. Najbardziej obłędne było to, że cała moja praca, całe moje życie tutaj funkcjonowało na podobnej zasadzie, a ja nie potrafiłem dostrzec w tym nic niewłaściwego.” Czy misja ludzi pokrewnych Davidowi była misją pokoju, misją niosącą dobro, misją sprawiedliwą? Czy dokonania Europejczyków zmieniających Rwandę mają jakieś znaczenie w momencie, kiedy wszyscy uciekają jedynie od krwi i przemocy? Czy w świecie tak przerażającym jak rzeczywistość stu dni, w której wymordowano ponad 800 tysięcy ludzkich istnień jest miejsce na to, by jasno określić, czym jest dobro, sprawiedliwość i potrzeba pomocy?


W tyglu tragicznych zdarzeń znajdują się także dramatyczne wspomnienia związku Davida z Agathe. Ich bliskość wywołuje w bohaterze niepokój i staje się źródłem tłumionych kompleksów. To bliskość toksyczna, ale tak samo toksyczna wydaje się rzeczywistość pogrążającej się w chaosie Rwandy, a intensywność przeżywanych przez kochanków uczuć jest ogromna, chociaż tak wiele ich dzieli.

Pasjonującą historię o poczuciu winy i prawdziwej winie, o bezradności i przerażającej pustce wobec zbrodni ludobójstwa, o miłości w czasach pogromu i o upadku w nicość opowiada powieść barwna, niepokojąca, bezkompromisowa i odważna. Bärfuss i Hatzfeld to autorzy, których przekłady znać należy po to, by nie odwracać oczu od Rwandy, od której odwrócono się w 1994 i do dziś nikt nie śmie naprawdę spojrzeć na problemy tego kraju.


Korporacja Ha!art, 2010

2010-08-13

"Wyspa" Dmitrij Strelnikoff

„Wyspa” to opowieść o czasie, który płynie wstecz. Historia, w której wszystko zostanie zakwestionowane i potwierdzone na nowo. W gruncie rzeczy to liryczna opowieść o miłości, niespełnieniu, o upokorzeniu, strachu i niepewności. Myśli rozpoczętych przez Strelnikoffa jest wiele, nie wszystkie rozwinięte są jednak w stopniu wystarczającym. Nie jest to książka wolna od kilku banalnych przemyśleń i wniosków, ale tym razem Strelnikoff potrafi naprawdę zaskoczyć.

Po groteskowym i dowcipnym „Ruskim miesiącu”, przygnębiającej i symbolicznej historii Nikołaja i Bibigul wśród kazachskich stepów, otrzymujemy coś na kształt psychologicznego thrillera, w którym istotna będzie rola obrazu. „Wyspa” bowiem operuje obrazami i na obrazach się opiera. Nieprzypadkowo to specyficzny traktat o istocie fotografowania. Trzecią książkę Strelnikoff buduje na kadrach. W jaką całość się złożą? Warto sprawdzić podczas lektury.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2010-08-08

"Kawa u Doroty" Wojciech Chmielewski

Wojciech Chmielewski prezentuje specyficzną jakość we współczesnej literaturze polskiej. To realista, który lubuje się w niedopowiedzeniach i przez to czyni swoją prozę tak bardzo niejednoznaczną, choć osadzoną w szarej rzeczywistości. „Kawa u Doroty” to jego pierwsza powieść, ale jej zawartość jest wtórna wobec choćby wydanego przed dwoma laty zbioru opowiadań „Brzytwa”. Zagubienie, samotność, próby szukania siebie w przeszłości, do tego obowiązkowy motyw wędrówki, ucieczek i powrotów oraz duszna atmosfera zawieszenia gdzieś między życiem a śmiercią, której doświadczanie będzie najważniejszym przeżyciem głównego bohatera książki, będącego świadkiem odejścia szkolnego kolegi, sąsiadki, rodziców…

Trudno powiedzieć, czy „Kawa u Doroty” porwie czytelnika, bo i nie jest to chyba powieść, która ma porywać. Ci, którzy znają dokonania twórcze Chmielewskiego mogą być rozczarowani, bo pojawia się w trakcie lektury taka myśl, że ten smutny pisarz wciąż obsesyjnie wraca do banalnych problemów egzystencjalnych. Ci, którym nazwisko nic nie mówi, szybko dostrzegą, iż książka ta wpisuje się w nurt zawiedzionych życiem monologów wewnętrznych bohaterów wieku średniego, jakich wiele już poznać mogliśmy na przestrzeni ostatnich lat. Czy warto zatem przeczytać „Kawę u Doroty”? Warto na pewno wiedzieć, iż mamy do czynienia z prozą bardzo poważną. Tak poważną, że nie pozwalającą na to, by uśmiechnąć się choćby na chwilę przy czytaniu o kilku ocierających się o groteskę sytuacjach w niej opisanych. Trzeba o tej opowieści napisać ze śmiertelną (sic!) powagą i jeżeli to zniechęci do czytania, trudno. Bohater Chmielewskiego nie może żyć bez kawy w „Błękitnej” podawanej przez kelnerkę Dorotę. My możemy przeżyć bez wnikania w jego egzystencjalne rozterki.

Autor buduje obraz mężczyzny niespełnionego i zagubionego. Pozornie ma wszystko, co zapewnia spokój – kochającą rodzinę, pracę, ustabilizowane życie. Tylko czy artysta – a jest nim były malarz zmuszony przez los, by studiować techniczny kierunek – jest w stanie odnaleźć się w ustabilizowanym świecie powinności męża i ojca? Zasadniczym problemem jest brak poczucia przynależności do jakiejkolwiek grupy społecznej i wiekowej. Mężczyzna Chmielewskiego ma już za sobą młodość, a jeszcze nie otarł się o starość. „Czuję się zawieszony pomiędzy, bez określonego statusu. Byłem już w grupie pierwszej, jeszcze nie dotarłem do drugiej”. To zawieszenie powoduje, iż nie jest w stanie cieszyć się tym, co ma. To, co zdobył, to wynik nieustannego zmagania się z życiem, które zawsze rzucało mu kłody pod nogi albo przez które sam je sobie rzucał. I pierwszym źródłem wiadomości o tym życiu są wspomnienia, bolesne i smutne, naznaczone piętnem wyobcowania od dzieciństwa aż po dorosłość.

Wychowany w małym miasteczku u boku bogobojnej babci któregoś dnia wyrusza do wielkiego miasta, w którym musi rozpocząć nowe życie. Na jego drodze pojawiają się różni ludzie, ale bohater czuje, że istnieje gdzieś obok nich. Doświadcza nie tylko trudów dorastania w samotności, lecz przede wszystkim uczuć lokowanych niewłaściwie i w niezbyt sprzyjających momentach. Pasja malowania, odzwierciedlania rzeczywistości za pomocą rysowanych kresek, jest jednocześnie sposobem ucieczki od tej rzeczywistości, jaka niesie ze sobą wiele zagrożeń. Jest zatem bohater Chmielewskiego swoistym eskapistą i unika życia. A przecież tak naprawdę żyje bardzo intensywnie, o czym możemy się przekonać, czytając już wspomnienia z wczesnej młodości.

Najbardziej interesujące wydają się jego relacje z kobietami. Tym bardziej, że wizerunek tejże postaci uzupełniany jest z perspektyw kobiet, jakie pojawiły się w jego życiu i komentują (w listach) jego poczynania i doświadczenia. Najważniejsze kobiety to oczywiście babka i matka. Potem pojawia się bliskość z siostrą zakonną Lidią. Są i młode kobiety – jedna określana mianem Blond Loczki, druga imieniem Sylwia. To niepełnosprawna sąsiadka, która wydaje się być najbardziej wnikliwą obserwatorką życia bohatera. Jest w końcu żona, także Dorota (choć nie tytułowa), u boku której mężczyzna znajduje obecnie wsparcie i pokrzepienie. Każda z kobiet w jego życiu oddziałuje na tego życia postrzeganie i każda z tych relacji mogłaby być rozwinięta w osobnych historiach, które nadawałyby się na powieści. Chmielewski kreuje bohatera zależnego od kobiet, od ich wpływów, od bliskości, której się w tych relacjach boi. Strach to także jedno z ważniejszych doświadczeń w „Kawie u Doroty” i to ze strachu wypływać może wiele decyzji, jakie w życiu podejmuje bohater powieści.

Ta książka to interesująca próba manewrowania między tym, co realne i dosadne a tym, co symboliczne i tajemnicze. Tyle tylko, że momentami staje się albo przewidywalna, albo statyczna, albo po prostu męcząca, niestety. Powieść o tym, jak pozory mogą mylić i dynamiczne życie można zatrzymać w miejscu. Obawiam się jednak, iż w miejscu stanie także jej czytelnik i może być odrobinę rozczarowany.

Spółdzielnia Wydawnicza "Czytelnik", 2010

2010-08-05

"Gracze" Karina Obara

Chociaż fabułę tej książki poznać można już z krótkiej noty na okładce, chociaż zdarzenia układają się przewidywalnie i w sposób oczywisty, mamy do czynienia jednak w „Graczach” z powieścią stawiającą mimo wszystko więcej pytań niż odpowiedzi, a może nawet tylko ze znaków zapytania się składającą. Karina Obara napisała historię wstrząsającą, brutalną, prowokacyjną i bardzo wyrazistą. To książka, wobec której nie można pozostać obojętnym i dokumentalne wręcz świadectwo rozpadu ludzkich relacji w świecie, w którym wirtualna rzeczywistość infekuje umysły młodych ludzi na tyle, że przez chwilę przestają być ludźmi. Czy aby na pewno?

Cezary i Michał żyją w świecie własnych imaginacji i rojeń podsycanych krwawymi scenami, w których aktywnie uczestniczą jako gracze komputerowi. Introdukcja powieści przedstawia ich rodziny tak, jakby sytuacje rodzinne chłopaków – tak przecież różne od siebie – miały dać jakąkolwiek wskazówkę przy rozwiązywaniu zagadki brutalnych mordów, jakich dopuszczą się bohaterowie. Cezary dorasta w rodzinie, która pozornie zapewnia mu wszystko, co potrzebne do szczęścia. Michał tyle szczęścia nie ma, bo wychowuje go matka-prostytutka. Tak naprawdę jednak ani Cezary w swym pełnym dostatku domu wzorowej rodziny ani Michał w kalekich relacjach z samotną matką nie odnajdują tego, co daje im gra „Misja” – poczucia niezależności, siły i panowania nad wszystkim, co ich otacza.


Młode osobowości „Graczy” skontrastowane są z ludźmi, jacy starają się żyć wedle praw porządkujących świat realny, czyli ten, od którego w wirtualną rzeczywistość morderstw i przemocy uciekają Cezary i Michał. To przede wszystkim ich rodzice, którzy starają się robić wszystko, by synom żyło się jak najlepiej. To jednak także rówieśnicy chłopców, którzy nie poddają się władzy wirtualnego świata i starają się układać swe stosunki z innymi przede wszystkim w oparciu o niepisane prawa tak zwanego „realu”. Będą to także ludzie, którzy później zajmą się młodocianymi mordercami, ale tak naprawdę wśród nich wszystkich najważniejsza jest pewna dziennikarka śledcza, która do końca nie jest przekonana, czy pewniej czuje się, tropiąc afery i pisząc o dramatycznych zdarzeniach z życia typowego, dwustutysięcznego miasta, czy też zasiadając co wieczór przed komputerem i oddając się rozmowom z wirtualnymi znajomymi. Sabina przypadkowo zetknie się z Cezarym, a ich naznaczone gniewem, lękiem i frustracją relacje staną się początkiem próby zrozumienia umysłów młodych graczy przez dużo od nich starszą dziennikarkę.


„Gracze” to przejmujące studium rozwoju nienawiści jako uczucia ukrywającego strach, samotność i niedowartościowanie. To opowieść, w której wędrujemy tam, gdzie nikt nie chciałby się znaleźć. W rejony, gdzie ludzka złość przeradza się w nienawiść, a z niej rodzi się pragnienie zakwestionowania powszechnych norm i rozbicia ich. Obara stworzyła postacie tragiczne i smutne. Cezary i Michał są kimś na kształt współczesnego Raskolnikowa. Chcą zabić, by pokazać swoją siłę. Chcą zadać śmierć, by udowodnić, iż mogą sprzeciwić się prawom już ustanowionym. Pragną dokonać mordu, by przenieść nań całą swoją nastoletnią gorycz, ból i cierpienie. Siłą „Graczy” jest fakt, iż książka najpierw ukazuje motywacje do działania, a potem szuka odpowiedzi na pytanie, co tak naprawdę się stało.


Bo nie stało się tylko bestialskie podwójne morderstwo. Runęło wszystko to, co do tej pory stwarzało pozory normalnego życia. Obara w swej książce ustawicznie kwestionuje także pojęcie „normy” i stara się ukazać złożoność czynników postępowania zarówno kata, jak i ofiary. Nie znajdziemy jednak w „Graczach” odpowiedzi na pytanie o to, skąd wzięło się zło i dlaczego istnieje. Nie odpowiemy sobie na żadne pytanie dotyczące bohaterów – ani zdesperowanych nastolatków ani ich cierpiących rodziców. Trudno jednoznacznie także określić motywy postępowania Sabiny, która zmaga się z traumą wspomnień z dzieciństwa i której życie jest równie toksyczne co relacje, jakie opisuje, próbując zrozumieć Cezarego i Michała.


Karina Obara napisała książkę o niebezpieczeństwach, jakie niesie ucieczka w wirtualną rzeczywistość, ale także o braku jakiejkolwiek pewności w relacjach międzyludzkich, które świat wirtualny dodatkowo niszczy. Ta mroczna opowieść to strumień wielu świadomości i konglomerat myśli, jakie nie chcą się wzajemnie zazębiać, bo nie można tak naprawdę zrozumieć motywacji do działania drugiego człowieka. To nie tylko powieść o mordercach i zagrożeniach, jakie niesie ze sobą komputer. To przede wszystkim dotykająca najczulszych strun historia o tym, że żyjemy ze sobą na co dzień, ale tak naprawdę każdy z nas jest obok drugiej osoby, a nie przy niej.


Wydawnictwo W.A.B., 2010