Tomasz Piątek wielkim prowokatorem jest. To wiemy wszyscy. Wiemy także, że co roku autor trzaska mniej lub bardziej medialnie wspieraną książkę. Miejmy nadzieję, iż w tym roku nie będzie nią „Antypapież”, bo to książka-porażka, chwilami pseudointelektualny bełkot, jakaś osobista rozprawa i z komunizmem, i z polskością, i z papieskością oraz chrześcijaństwem w Polsce. Ani mnie ziębi, ani grzeje, że Jan Paweł II został tak szybko beatyfikowany. Piątka jednak rozgrzało to na tyle, że zaszalał piórem; chwilami mocno i dosadnie przywalił tam gdzie trzeba i tym, którym trzeba, ale przede wszystkim stworzył zbyt agresywny zbiór publicystyki, by poważnie się tą książką zajmować i poważnie o niej pisać. Autor wychodzi od dziesięciu (sic!) przeświadczeń dotyczących Jana Pawła II, z którymi następnie się rozprawia i z góry wiemy, że ani jedno nie może być prawdą. Nie można wierzyć np. w to, że był wielkim chrześcijaninem, ekumenistą, że był autorytetem całego świata. W mniemaniu Piątka łatwo to wszystko pomierzyć, ubrać w słowa, przewartościować i nieprzetrawione, wypluć. Nie podoba mi się ten zabieg i nie pisze tego polski „katolik” biegający w niedzielę do kościoła, który nie słucha kazań i robi na złość bliźniemu swemu. A jeżeli taka książka nie podoba się komuś, kto poważnie myśli o apostazji (z którą – jak widać u Piątka – będę mieć poważne problemy), to coś już jest bardzo niehalo. Ale co, skoro w większości wywodów autor ma po prostu rację? Osobiście najbardziej intryguje mnie to, jak bardzo zły na Jana Pawła II o wykorzystywanie mediów jest człowiek, który wie, że bez nich może stać się nikim. Piątek pisze: „Jedyne, co Jan Paweł II zaproponował nowego, to nowa forma, nowy show medialny z duchownym aktorem w roli głównej”. Autor zakłada między innymi, iż Karol Wojtyła przez większość swego życia był zachowawczy, nie starał się ograniczać bałwochwalstwa, skrzywdzonym przez los nie zawsze pomagał, był raczej mędrcem niż teologiem i że ogólnie był jednym z bardziej kiepskich papieży w historii. Tej historii, która dodatkowo tak silnie wiąże się z historią jego ojczyzny, która przechodzi transformację dziejową, a Wojtyła odbiera jej swego rodzaju niezależność. „Antypapież” to ogólnie wybuch złości. Na kult jednostki, która nikomu inteligentnemu i nie mającemu z nią nic wspólnego, zupełnie nie przeszkadza? Na fakt, iż człowiek będący papieżem, nie był chodzącą mądrą księgą? Za co i po co to zacietrzewienie, kiedy Piątek pisze o Polsce? Nie za mocno przypadkiem? Na pewno niezbyt trafnie. „Antypapież” wzbudzi do dyskusji i wywoła emocje, na pewno o to chodzi. Nie jestem tylko pewien, czy przypadkiem nie stanie się początkiem „literackich” paszkwili, które nieść będzie rynek wydawniczy jak Facebook i inne portale społecznościowe hasło o pokoleniu „JP2”. Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2011

PATRONAT MEDIALNYTomasz Białkowski w swojej prozie prowadzi swoiste rodzinne rozgrywki i widać to wyraźnie już w jego poprzedniej powieści „Zmarzlina”, dzięki której sporo można zrozumieć podczas lektury najnowszej pozycji – pozornie tylko poruszającej kwestię ruchu. „Teoria ruchów Vorbla” to nie tyle przewrotna – jak wyraził się o niej sam autor, ale przede wszystkim przepełniona bólem niespełnienia i poczuciem krzywdy powieść, a takie uczucia obecne są w bardzo wielu rodzinach. Tak czy owak Białkowski wchodzi w sam środek rodzinnego piekła, z którego nie można się wydostać, bo kiedyś tam przestało się mówić prawdę, przestało się chcieć być obok siebie, kochać się…„W życiu jest ważne, żeby wszystko miało swoją nazwę. Wtedy łatwiej iść przez nie.” Ojciec Seweryna Vorbla (głównego bohatera tej książki), Andrzej snuje tę refleksję, wiedząc że żona go nie kocha, że wymarzył sobie projekt wieży, której konstrukcja stała się źródłem tragedii. Warto się jej przyjrzeć nie tylko dlatego, życie Jędrka będzie przegrane, a życie jego syna Seweryna nawet jeszcze bardziej, chociaż nie zginie z własnej ręki. Bardzo trudno nazwać u Białkowskiego relacje między bohaterami: wspomnianym Sewerynem a jego żoną, relacje Agnieszki i jej matki, Seweryna z synem. To rodzina, w której pełno jest kochanek, wielbicielek, ludzi rekompensujących uczucia, których rodzina Vorblów nie może z siebie wykrzesać. Rodzina wewnętrznie pusta, zamarznięta (że pozwolę sobie nawiązać do poprzedniej książki autora), rodzina bolesna i wciąż oddalająca się od siebie.Ludzie w tej książce poddani zostają specyficznej teorii ruchu. „Pojedyncza trajektoria cząsteczki może być dziwaczna, może składać się z samych zygzaków, ale zbiorowe zachowanie bardzo wielu cząsteczek da się dobrze opisać”. Białkowski mierzy więc nieco wyżej, czyli opisuje Seweryna ze swą oschłością i pokładami miłości kumulowanymi w stosunku do psa. Opisuje artystyczną, niespokojną duszę Agnieszki, zwiedzioną potrzebą nowych wrażeń tak bardzo, że ląduje w łóżku z zagraniczną prostytutką. O wędrowaniu do różnych łóżek jest w powieści sporo zatem tę kwestię można w tym momencie zamknąć. Wróćmy do roli, jakiej podejmuje się Białkowski. Potrafi sprytnie podejrzeć relacje Rajmunda, syna Seweryna z jego szaloną żoną Klaudią, pseudoaktywistką ekologiczną. Jest także niesamowicie wyrazista postać Moniki, matki Agnieszki, wciąż trzymanej z dala od małżeństwa Seweryna i Agnieszki. Monika porzuca życie, ale żyje w nim dalej… Los spowoduje, że te wszystkie zygzaki zbiorą się razem i …Seweryn Vorbl dręczony jest dodatkowo dwiema sprawami i trudno orzec, która jest dla niego bardziej ciężka. Po pierwsze kompleks i niechęć do swojej pracy - jako profesor fizyki, w której to roli czuje typowy syndrom wypalenia zawodowego. Druga, istotniejsza kwestia, to jego choroba. Nieprzypadkowo na niej koncentruje się klamrowa kompozycja tej powieści. Możemy zatem przyglądać się specyficznemu rozpadowi Seweryna lub też skupić się na jakiejkolwiek (nawet niewymienianej tu przeze mnie postaci) i identyfikować się z nią, ułatwiając sobie lekturę.Tomaszowi Białkowskiemu bynajmniej nie chodzi o los ludzi. On tym ludziom przygląda się jakby od środka i próbuje zrozumieć, co przez lata się stało, iż pomiędzy nimi, rozsypanymi i trudnymi do opisania cząsteczkami, panuje wieczna zmarzlina…Wydawnictwo JanKa, 2011
Choć to może nie jest najlepsza książka Palahniuka, nic nie szkodzi. Chociaż jest powtórzeniem swego buntu wobec Ameryki, o jakim mogliśmy poczytać w „Opętanych”, nie ma sprawy. Palahniuk może wciąż drążyć te same tematy i zawsze wyjdzie mu tak, że będzie po prostu drążone świetnie. „Pigmej” z pewnością spowoduje, iż autora znienawidzi kolejna część ojczyzny, a przynajmniej kilka stanów Środkowego Zachodu. Tam bowiem przybywa dziwny chłopczyk ze świata nam nieznanego (pobawmy się w to, skąd jest, kilka różnych wskazówek w tekście istnieje), ale za to do świata, w którym już na lotnisku celnik mówi mu „Witamy w najwspanialszym kraju na świecie”. I teraz co robi Palahniuk z tym ironicznym przecież stwierdzeniem na kolejnych stronach książki? Degraduje Amerykę na kilku frontach. Wrogi jest jej z natury tytułowy Pigmej, mały agent numer 67, który wraz z grupą mu podobnych, ma doprowadzić do jakiegoś rodzaju katastrofy, zmierzając ku operacji „Chaos”. Ameryka jednak w oczach wielu nie jest degradowana, kiedy opowiada o niej ktoś, czyja kultura także uległa specyficznej degradacji. Ameryka to kraj pięknej maski i obrzydliwej twarzy, kolorowego papierka i niesmacznej czekoladki, Ameryka to kraj-wrak i tak też zostaje nazwany w finale, przez matkę rodziny, u której zamieszka Pigmej i której degradacji będzie z czasem świadkiem. Rozdziały książki są meldunkami. Nic ani nikt nie każe się do tej książki przywiązywać. Warto zwrócić uwagę, że tym razem i brutalizm, i seksualność, i fantazje dotyczące ciemnej strony człowieka opisane są bardzo specyficznym językiem, a sarkazmu jest może zbyt wiele tam, gdzie wystarczyłaby delikatna ironia. Jest też wiele zdarzeń zbyt surrealistycznych, bo chociaż nie można akurat tego zarzucać Palahniukowi, „Pigmej” zyskałby dzięki bardziej czytelnej strukturze. Krótko tylko o zdarzeniach, bo w treściach i wnioskach autor się powtarza z poprzednich publikacji. Warto zwrócić uwagę na sposób indoktrynacji Pigmeja w dzieciństwie i młodości oraz na to, w jaki sposób przekłada się to na religijne życie w Stanach Zjednoczonych. Warte uwagi i przemyślenia jest groteskowe posiedzenie ONZ, teoretycznego gwaranta światowego pokoju i stabilizacji. Sporo w „Pigmeju” agresji słownej i fizycznej, ale to tak wszystko ma być, jest dobrze poukładane, a nie podobać się może tylko dlatego, że prawdziwe. I jeszcze o obyczajowości tej książki. Jest specyficzna i godna uwagi. Kocia Siostra (każdemu członkowi rodziny nasz bohater nadaje bowiem specyficzny pseudonim) wywołuje w małym agencie nie to, co wywołać powinna. Ameryka może i jest wrakiem, ale jeżeli już, to emocjonalnym. Widać to wyraźnie w relacjach agenta i jego przybranej siostry, ale także w opisach tego, co czują (mogą czuć?) do siebie ludzie. Chuck Palahniuk nie dał z siebie wszystkiego, ale dał całego siebie takiego, jakiego bardzo lubię. I bardzo sobie cenię styl łączący przewrotną makabreskę i reportaż z elementami socjologii społecznej. Czasem mam wrażenie, że autor z jego inteligencją się marnuje jako pisarz, ale z drugiej strony, kto jak nie on zapewne niebawem wyszydzi sztuczny uśmiech prezydenta Obamy?Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2011
Erlend Loe napisał tragiczną i komiczną jednocześnie opowieść o trudnym dojrzewaniu. O utracie, poczuciu pustki i zapełnianiu owej pustki. Ze swojej książki uczynił psychologiczną wariację na temat sensu życia po stracie bliskich; osadził rozważania gdzieś ponad ziemią w samolotach, zamknął interesującym finałem i okrasił wszystko wieloma uszczypliwymi uwagami dotyczącymi spraw tego świata.
Kiedy bohaterka książki była mała, wypowiedziała słowo „muleum” zamiast „muzeum”. To stało się początkiem tworzenia specyficznego kodu, z którym straciła łączność w momencie śmierci wszystkich najbliższych jej osób, którzy rozbili się w samolocie, do jakiego potem uporczywie wraca. Loe czyni opowieść o Julie zakodowaną przypowieścią o życiu w cieniu śmierci i o tym, jak bardzo można być do tego życia przywiązanym, chociaż deklaruje się co innego.
Co deklaruje bohaterka „Muleum”? Przede wszystkim to, iż robi coś nie tak jak trzeba. Pisze o sobie wbrew temu, co zalecał jej ojciec. Ekscentrycznie planuje własną śmierć i nie wychodzi jej próba samobójcza podczas przedstawienia teatralnego. Julie dodatkowo wypiera się Boga, który jej wcale nie wspiera, jawnie kpi ze swojego psychoterapeuty, próbuje stanąć twarzą w twarz ze śmiercią, ale przede wszystkim stara się uciec od pustki, w jakiej znalazła się po wypadku lotniczym swej rodziny. Bohaterka Loe to dziewczyna oszukana przez los i wystawiona przez ten los na wielką próbę. Ogarnięta próbą samozniszczenia, opętana myślą o końcu własnego życia, nieświadomie kreuje swój nowy los i staje się w nim odpowiedzialna nie tylko za samą siebie…
„Muleum” to książka mroczna i smutna. Bo przecież nikt nie zwróci jej bohaterce tego, co utraciła. I nikt nie tchnie w nią chęci dalszego życia, choćby afirmował je na różne sposoby jak czyni to polski przyjaciel Astrid czy bliska jej Constance, wielbicielka koni. W tej opowieści pojawia się i nihilizm, i skrajna depresja, i utrata poczucia własnej wartości. Nic nie można zmienić. Nikt nic nie chce zmienić. Wszystko jest złe i wiąże się z bólem. Można tylko umrzeć, ale nie jest to łatwe.
„Muleum” to również książka bardzo dowcipna i inteligentna. Opowieść bohaterki iskrzącej dowcipem i dobrze się bawiącej, kpiącej ze swego otoczenia. Tak jak można jej współczuć, tak też można się z niej śmiać. Kiedy np. usiłuje zarazić się ptasią grypą lub wybrać podróż do najbardziej niespokojnego politycznie i społecznie regionu Afryki. Bohaterka jest złośliwa i ekscentryczna, ale ma w sobie dużo poczucia humoru. Powieść Erlenda Loe jest dowodem tego, iż specyficzne poczucie humoru może pomóc stworzyć książkę niebezpiecznie balansującą na granicy smutku i euforii.
Chęć autodestrukcji młodej Norweżki zamienia się w nieplanowane odnalezienie sensu życia. Nie ma u Loe jakiejś dramatycznej przemiany. Są podróże, wiele zmian, doświadczanie wciąż czegoś nowego i szukanie w tym wszystkim sensu. Jest garść dowcipnych komentarzy na temat współczesnej cywilizacji. Jest przede wszystkim żywa narracja, która pozwala tę książkę czytać bardzo szybko. Loe nie rości sobie chyba prawa do tego, by „Muleum” nazywać eksperymentatorską powieścią psychologiczną. On jedynie opowiada losy pewnej dziewczyny, z którą czytelnicy odnajdą bliskość, bo jej problemy to problemy wszystkich tych, dla których życie czasami traci sens. A wtedy warto wsiąść w samolot, oderwać się od ziemi i zmienić perspektywę. „Muleum” bowiem to historia innej perspektywy. Zadziorna i przekorna. Warta poznania.
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2011
Rzadko zdarza się tak powściągliwa w wymowie, a tak wiele mówiąca książka. Opowieść lojalnie oddająca specyfikę opisywanej mikrospołeczności. Historia, którą budują dziesiątki różnych biografii. Książka o francuskich bezdomnych, o ich złości, bezsilności, czułości i poczuciu wykluczenia z życia. Bezdomni portretowani przez Romana Grena w skromnej objętościowo książeczce to jednocześnie ludzie mówiący nie tylko w swoim imieniu. Niezwykłość „Schroniska” polega także na tym, iż autor potrafi za pomocą delikatnego jedynie podejścia do danej postaci, naszkicować całkiem wyraźnie to, kim ona jest. Za tę niezwykłą empatię i zastosowanie prostych środków do jej wyrażenia „Schronisko” staje się dla mnie książką nie tylko dobrą, ale przede wszystkim wiarygodną.
Paryskie schronisko dla bezdomnych Victoria znane jest bardziej jako Grobowiec. To tutaj spotykają się wszyscy ci, którym z jakiegoś powodu w życiu nie wyszło i zmuszeni są do korzystania z pomocy francuskiej opieki socjalnej. W schronisku każdy jest na chwilę, ale jednocześnie pozostawia tam po sobie trwały ślad. To ślad, dzięki któremu powstają opowieści o mieszkańcach Grobowca. Historie niezwykłe, niepowtarzalne. Czytamy między innymi o tym, jak świat można pomierzyć kartą telefoniczną. O płaczącym słoniu ze Sri Lanki. O pewnym ekscentrycznym Australijczyku tworzącym swe alternatywne biografie. Poznamy szaleństwa pewnego Tunezyjczyka podczas księżycowej nocy, smak czarnej nienawiści pensjonariusza do swego białego opiekuna, sen o odnalezieniu własnego syna. Dowiemy się, jak nie ulec wpływom czarnoskórej Polki oraz co można zrobić z niemiłosiernie chrapiącym Hindusem. Mnogość historii opisywanych przez Grena ma jednocześnie ten sam mianownik – jest to na różne sposoby opisywana samotność, jakiej doświadczają wszyscy, którzy przebywali w schronisku. Dłużej i na krótko. Wielu bohaterów tej książki może się wydawać tak samo zmyślonymi jak historie, które opowiadają. Pewne jest jednak to, iż każdy z nich niesie w sobie bardzo intensywnie przeżywane jednostkowe rozczarowanie światem i sobą, które każe spoglądać na „Schronisko” jak na zbiór opowieści co najmniej gorzkich.
Gorzki jest Gren i słodki zarazem. Otwierające zbiorek opowiadanie, w którym bezdomni otrzymują ciastka to specyficzny i sporo mówiący o zawartości „Schroniska” prolog. Można bowiem zauważyć, że opowieści Grena kuszą tak samo jak ciastka. Dają odrobinę słodyczy w pozbawionej lukru rzeczywistości schroniska, w którym żyje się i umiera, ale w którym także doświadcza się nieopisanej tęsknoty za normalnym życiem, gdzie po ciastko można sięgnąć w dowolnej chwili.
Warto wspomnieć kilka imion, powiązać je z historiami. Nie można wobec nich pozostać obojętnym, bo to bardzo ludzkie dramaty i także ludzkie czarne komedie. Po prostu życie rozpisane na wiele dramatycznych ról. Jest Jean, który ucieka wciąż od swojej babci i pustki wokół. Jest doktor Bridel, który pewnego dnia upada. Mamy historię zdesperowanego Iwana proszącego w liście prezydenta Francji o finansowe wsparcie i Cyrila, którego nie zbawia harówka przy zmywaku, lecz poezja, jaką sam także tworzy. Jest Maria, chora na AIDS matka, która musi rozstać się ze swoimi dziećmi. Jest także Hazzan, nieszczęśliwie podobny do Osamy bin Ladena. To ludzie z krwi i kości, a ich opowieści przejmują także dlatego, iż stanowią zaledwie niewielki fragment tego, czym jest pełne upokorzeń i lęku trwanie na przekór okrutnemu życiu.
Gren nie jest okrutny, Gren jest prawdziwy. To świetny dokumentalista, wrażliwy słuchacz i niezły kronikarz wszystkiego tego, co usłyszy. Nie sposób przecież powiedzieć, że „Schronisko” zostało wymyślone. Nie sposób nie zauważyć, że jego autor stara się mówić za kogoś, ale i za tym kimś się schować. A takiej skromności polscy twórcy współcześni w większości raczej nie mają.
Wydawnictwo Czarne, 2011
Czym jest książka Chalida al-Chamisiego? Jedynie zbiorem rozmów z taksówkarzami, oczami i uszami wielomilionowego tygla kulturowego, którym jest stolica Egiptu, Kair? Dobrze skrojonym kompozycyjnie reportażem z kraju, w którym niedawno wybuchła rewolucja - efekt między innymi nakładania się na siebie problemów, jakie poruszają rozmówcy autora? A może to taka luźna opowieść drogi, rozbita na 58 głosów (tylu taksówkarzy jest przesłuchanych przez autora) słodko-gorzka historia codzienności Egiptu? Jak mówi jeden z tych, którzy ją tworzą, „kto się dowie, co i jak, ten się przestanie dziwić”. Kto przeczyta al-Chamisiego, przestanie się pewnym sprawom dziwić, a na Egipt i jego problemy spojrzy z szerszej perspektywy – poznając głównie historię tego kraju oraz to jak się w nim „urządził” prezydent Murabak, jak też „urządził” innych.
Autor swoje rozmowy z taksówkarzami nieco podrasował tak jak niektórzy z nich auta, którymi jeżdżą. Są to bowiem zapisy pozbawione chaosu przypadkowych rozmów prowadzonych przez przypadkowych ludzi. Al-Chamisi wsiada do taksówki, a jej kierowca wypowiada się o sobie, swoim życiu, swej rodzinie czy swym kraju w sposób nieco zadziwiający. Zastanawiać może także informacja tłumacza o tym, iż stara się on oddać wiernie język dialektów, język mało literacki, język codzienności. Choć nie do końca z takim językiem mamy tutaj do czynienia, nie powoduje to, iż „Taxi” się nie wierzy. Ta książka nie rości sobie chyba prawa do tego, by dawać świadectwo jakiejś prawdzie. Ma część tej prawdy ujawniać. I część prawdy o samym Egipcie tutaj poznajemy. Część choćby z tego względu, iż kairskich taksówek nie prowadzą kobiety i im głos nie zostaje oddany.
Wielu wypowiadających się taksówkarzy to ludzie wykończeni życiem, w którym nieustannie zmagają się z brakiem pieniędzy i możliwości rozwoju tak, jak ich auta zmagają się z upływem czasu i coraz mniej przypominają samochody mogące wozić po zakorkowanych ulicach pasażerów. Wielu z nich znalazło się w taksówce z przypadku. Są też i tacy, dla których wożenie ludzi po Kairze jest nie tyle sensem, co wyraźnym celem życia. Każdy z nich obwozi w swej taksówce bolączki, o jakich jest w stanie opowiadać wprost lub poprzez metafory. Tych drugich używa niejednokrotnie nieświadomie, ale to one dodają „Taxi” dodatkowego kolorytu. O czym mówią ci wszyscy rozczarowani życiem i sobą mężczyźni?
Opowiadają o Egipcie, który się wewnętrznie rozpada. O państwie, które czeka tylko to, co najgorsze, skoro rządzący nazywani są „władzą bez kolan i bez nóg”. To także kraj, w którym sami Egipcjanie nie są w stanie niczego zmienić. „Ludzie w tym kraju to taki rozwiany pył. Bez żadnej wartości”. Czy tak oceniani, mogą zmienić cokolwiek? „Taxi” jednak to opowieść niezwykle dynamiczna i takie też są zależności między władzą a egipskim ludem, które al-Chamisi próbuje opisać. Dwuznaczność sądów o Mubaraku miesza się z peanami na cześć poprzedniego prezydenta kraju, Anwara as-Sadata. Opinie o bierności Egipcjan wobec tego, co oferuje Mubarak, kontrastowane są z opowieściami inteligentnych graczy giełdowych czy innych kombinatorów, którzy próbują w różny sposób sprzeciwić się temu, co narzuca im władza prezydencka. A ostatnie wydarzenia w Egipcie pokazują iż to, czego wysłuchiwał przez pewien czas autor „Opowieści z kursów po Kairze”, to naprawdę wybuchowa mieszanka nastrojów i faktów z życia nad Nilem.
„Taxi” to także książka dowcipna i zbiór opowieści co najmniej zabawnych. Bo poza biedą, wycieńczeniem, zasypianiem za kierownicą ze zmęczenia, poza paleniem, złośliwością i biernością, al-Chamisi opisuje przede wszystkim taksówkarzy z poczuciem humoru oraz takich, z którymi po prostu warto wybrać się w kurs. Po co? Nie tylko by posłuchać o Egipcie i jego bolączkach. By poznać między innymi dom nawiedzony przez dżina, posłuchać o kobiecie przechodzącej w taksówce niesamowitą metamorfozę wyglądu, poznać niezwykłe wspomnienia kinomana i dowiedzieć się, w jaki sposób inteligentnie żebrać.
„Taxi” powstało w trasie i jest książką bez początku oraz bez końca. Zbiorem anegdot i kilku gorzkich prawd, ale przede wszystkim tętniącą życiem prozą, która zabierze do Egiptu, jakiego jeszcze nie znamy i na pewno nie poznamy np. podczas opłaconych wczasów w kurorcie nad Morzem Czerwonym.
Wydawnictwo Karakter, 2011 KUP KSIĄŻKĘ
Linus Reichlin napisał nietuzinkową powieść kryminalną. Oryginalne jest w niej ujęcie samej akcji jako pozornie nieuporządkowanych zdarzeń, które chwilami zupełnie do siebie nie pasują. Niezwykły jest sposób budowania napięcia. Intrygujące połączenie odkrywania zagadek śmierci z teoriami z dziedziny fizyki kwantowej dotyczącymi głównie… życia i istnienia. W końcu sam tytuł. „Tęsknota atomów do kompletności… To za jej sprawą powstało życie.” Książka Reichlina to mimo wszystko książka o życiu, nie o śmierci, chociaż między jednym a drugim granice chwilami są zupełnie niezauważalne. To opowieść o tym, jak śmierć można przezwyciężyć nawet wtedy, gdy nie można się z nią pogodzić. Wiecznie żywe atomy Reichlina za wszelką cenę chcą zwyciężyć z martwotą, bezruchem. Jego żywi bohaterowie, mniej lub bardziej utożsamiani z atomami przez samego autora, będą poznawać prawdę o życiu i o sobie.
Historia rozpoczyna się w Brugii. Tam też zbliżający się do emerytury inspektor Hannes Jensen poznaje ekscentrycznego Amerykanina Johna Rittera i jego specyficzne dzieci, dwójkę bliźniaków. Mężczyzna stara się przekonać policjanta, że ktoś grozi mu śmiercią. Jensen skupia się przede wszystkim na niezwykłych postaciach chłopców, ich ojca uznając za alkoholika i mitomana. Jakież będzie jego zdziwienie, kiedy Ritter umrze, jego dzieciom ktoś godzinę po śmierci ojca zamówi bilet lotniczy za ocean, patolog nie będzie w stanie określić przyczyny śmierci mężczyzny, a w chwili, gdy Jensen naprawdę zaangażuje się w tę sprawę i postanowi udać się w ślad za chłopcami Rittera, u progu jego mieszkania stanie niewidoma Annick O’Hara, by potem wraz z Jensenem poszukiwać opiekunki dzieci Rittera i rozwiązywać niezwykłe zagadki.
Reichlin świetnie stopniuje napięcie i potrafi zaskakiwać praktycznie na każdej stronie. Początkowo jest przewidywalny. Można bowiem być przekonanym, iż skoro policjant podejmuje się sprawy na pięć dni przed swą emeryturą, nie rozwiąże jej do tego czasu. Kiedy jednak okazuje się, iż ofiara prawdopodobnie nią nie jest, a cała sprawa ukrywa znacznie więcej niż się na początku wydaje, czytanie zamienia się w pasję odkrywania. Tajemnic Rittera i jego rzekomych synów. Ich opiekunki Esperanzy. Tego, co ukrywa niewidoma Annick i dlaczego tak bardzo za wszelką cenę chce odnaleźć ową Esperanzę.
Powieść ta podąża w dziwnym kierunku – od uporządkowania do coraz większego chaosu. Z tej przypadkowości zdarzeń tworzy się jednak nowy sens. Akcja przenosi nas wraz z emerytowanym belgijskim policjantem oraz tajemniczą piękną kobietą, która z niewiadomych przyczyn utraciła wzrok, najpierw do prowincjonalnego miasteczka w Arizonie, potem do Meksyku. Oboje doświadczą wiele razy tego, co tak naprawdę trudno opisać i co wydaje się niemożliwe do przeżycia. Oboje w trakcie tej specyficznej podróży będą – jak już wcześniej wskazałem - odkrywać prawdy o sobie samych. I przezwyciężać śmierć, dosłownie oraz w przenośni.
To, co jeszcze zasługuje na uwagę u Reichlina to oryginalny sposób portretowania swoich bohaterów. Niby wiemy o Jensenie i Annick sporo, ale tak naprawdę okazuje się, iż wiemy niewiele. Jensen przeżył śmierć swej matki i partnerki, samotnie próbuje zbudować sobie oazę spokoju i marzy o tym, by po odejściu na emeryturę podjąć się planowanego eksperymentu rozszczepiania elektronu. Annick doświadczyła śmierci męża i trudno jej się z nią pogodzić. Tych dwoje nie łączy nic innego poza doświadczeniem odchodzenia najbliższych. Co zatem spowoduje, iż wspólnie ruszą w ryzykowną wyprawę i podczas tej wyprawy staną się najbliżsi…sobie?
„Tęsknota atomów” to opowieść kryminalna wymykająca się próbom klasyfikacji gatunkowej. Reichlin otrzymał za nią nagrodę „Deutscher Krimipreis”. Wyróżnić tę książkę trzeba przede wszystkim dlatego, iż w niezwykły sposób łączy kilka teorii kwantowych z ludzkim losem i jego nieprzewidywalnością. Istotne jest, że ta historia sama w sobie jest nieprzewidywalna i do ostatniej strony nie możemy być pewni w niej niczego. A ja bardzo lubię książki, w których niczego nie można być pewnym.
Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2011
O czym traktuje najnowsza powieść jednego z ciekawszych współczesnych pisarzy polskich? O męskości. O jej kwestionowaniu. O istocie cierpienia i formach jego doświadczania. O tym, w jaki sposób dwie smutne męskie biografie mogą stworzyć uniwersalną biografię mężczyzny nieszczęśliwego. I o echu. Tym, które każe powtarzać w tytule nazwę wyspy, jaka wpłynie na losy bohaterów książki. Jeden z nich mówi do chorej, nieprzytomnej matki: „Wiesz, mamo, a może to jest tak, że to miejsce, ta wyspa działa na tych, którzy się tu urodzili, jak echo. Gdziekolwiek będziesz poza nią, zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet jeślibyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia”. Klimko-Dobrzaniecki opisuje ucieczki i powroty, a dwa przedstawione życiorysy łączą się z duńską wyspą, by jak echo powtarzać jej nazwę…
Pierwszego bohatera poznajemy w 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny. Horst Bartlik jest niemieckim nauczycielem biologii w prowincjonalnej szkole. W zasadzie to żaden mężczyzna tylko cień mężczyzny. Człowiek wręcz pielęgnujący w sobie uczucie życiowego niespełnienia. Formy jego buntu wobec świata są bardzo proste i w gruncie rzeczy infantylne – przelotny romans w pensjonacie „na złość” żonie, zgwałcenie tejże żony, splunięcie na portret Hitlera. Poznajemy Horsta jako człowieka słabego, nieudolnego, pozbawionego silnej woli. Jego psychika wyraźnie skontrastowana jest z silnym i niezależnym sąsiadem Brucknerem, zwolennikiem wojny i porządku. Horst jest nijaki i słaby, Bruckner to osobowość dominująca. Chociaż wspomniane relacje nie mają większego znaczenia dla zrozumienia tej powieści (niemniej istotna będzie symbolika dębu Horsta, który rozrasta się i wdziera do ogrodu Brucknera), warto o nich wspomnieć, bo drugiego swego przewodniego bohatera Klimko-Dobrzaniecki także ukaże w relacjach z innym mężczyzną.
To syn, który opowiada swoje życie przy łóżku chorej matki. Kobieta przez lata zamieniała jego życie w piekło. Nigdy go nie słuchała, a teraz jest do tego zmuszona, leżąc nieprzytomna. Czytamy spowiedź wstrząsającą i przerażającą. Opowieść o tym, jak nieczuła potrafi być matka, ile cierpienia przynosi mężczyźnie utrata kolejnych męskich (sic!) potomków, jak bardzo można zostać doświadczonym przez los. Po co tak bardzo skrzywdzony syn snuje swe życiowe historie u boku tej, która była dla niego tak okrutna? Dlaczego wrócił na Bornholm, siedzi teraz przy matce, nie jest w stanie od niej odejść tak, jak nie może przestać opowiadać o swych cierpieniach? W końcu – kim jest ona sama?
Istotne w jego historii są – sygnalizowane już – relacje z innym mężczyzną. Tym mężczyzną jest Ole, będący dla skrzywdzonego przez toksyczną matkę kimś na kształt dobrego ojca, który rozumie i gwarantuje bliskość. Znaczna część zwierzeń bohatera obejmuje perypetie związane z Olem, którego życie doświadczało równie mocno. Nie ma już Olego, nie ma Horsta, nie ma jego sąsiada i nie ma pozornie ścisłych związków między biografiami tworzącymi fabułę „Bornholm, Bornholm”. Czym zatem jest ta książka?
Autor „Rzeczy pierwszych” stworzył symboliczną opowieść o męskim cierpieniu i próbach jego zrozumienia. Opowieść, w jakiej kobiety krzywdzą, a mężczyźni cierpią. Historię, w której znaczący będzie pewien aparat fotograficzny, ponieważ kadry z życia mężczyzn Klimko-Dobrzanieckiego tworzą specyficzny kalejdoskopowy obraz. Obraz tego, co było i co wraca niczym odbite echo. Echo Bornholmu i echo tego, czego niemym świadkiem jest wyspa.
To także książka o zesłaniu i powrocie. Horst Bartlik trafia na Bornholm zesłany w wyniku wojskowej mobilizacji. Opowiadający matce swe życie na Bornholm wraca. Tak musiało i musi być. Co się za tym kryje? Hubert Klimko-Dobrzaniecki tym razem zaskakuje wieloznacznością swojej prozy. Ona nie wydaje się tak mocno wyrastać z osobistych doświadczeń autora jak choćby „Kołysanka dla wisielca” czy „Wariat”. O kim jednak i jak opowiada autor? Na to oraz wiele innych pytań nie znajdzie się prostej odpowiedzi.
Wydawnictwo Znak, 2011
Zastanawiam się nad tym, czy cała męska redakcja stacji TVN zamierza wydawać książki. Jeżeli ktoś podpowiedział panom redaktorom, że to skuteczny sposób promocji samych siebie, proponuję jednak promować się w sferze, w której już się sprawdzili. Albo publikować wtedy, kiedy – jak np. Tomasz Lis – naprawdę ma się coś do powiedzenia.
Jak można traktować książkę Jakuba Porady, skądinąd świetnego dziennikarza, promowaną na okładce tekstem swego kolegi po fachu, Grzegorza Miecugowa, który jakiś czas temu także starał się błysnąć własną powieścią, wydając „Przypadek”? Historyjka Porady to ani książka pouczająca, ani poruszająca - mało wiarygodną rekomendację dziennikarza napisaną dla dziennikarza naprawdę można pominąć. „Chłopaki w sofixach” są już przez chwilę w księgarniach i sprzedają się chyba lepiej niż książka Miecugowa, co może świadczyć tylko o tym, iż żeby się wypromować na rynku wydawniczym, lepiej pisać wprost o sobie niż zmyślać fabuły tudzież ukrywać samego siebie pod zmyślonymi biografiami. Chciałbym parę słów poświęcić tej publikacji. Czemuś, co rozmywa się gdzieś między historią wspomnieniową, pamiętnikiem okresu dojrzewania a reporterską opowieścią o swojskich chłopakach z kieleckiego blokowiska. Chciałbym przed nią przestrzec, bo lektura – niestety – jest czasem straconym, choć dla autora to pisanie zapewne miało być czasu swego odnajdowaniem.
Porada (rocznik 1969) opisuje dzieciństwo i młodość spędzone z chłopakami na osiedlu XXV - lecia w Kielcach. Technika obrazowania jest tu bardzo prosta – to, kim staje się sam autor, jest swego rodzaju opozycją do tego, kim są jego koledzy. Benek bowiem sentymentalnie opisuje swych osiedlowych kumpli, ale przede wszystkim stara się wskazać, jak bardzo ich biografie ukształtowały jego samego. Narrator „Chłopaków w sofixach” przygląda się twardym osiedlowym kolesiom z uwagą i zazdrością. Imponuje mu Marynarz, który przyjmuje życie takie, jakim po prostu jest. Fascynuje Mały, adorowany przez panny, silny, sprawny i przebojowy, jego mocne ego. Stara się zrozumieć, co pcha ku alkoholowi Andrzeja, czym szpanuje Kleks, jaki jest Bobson. Jednocześnie z opowieści o chłopakach, którzy byli obecni w jego życiu, buduje własną opowieść. Gorzką, ironiczną, w gruncie rzeczy mało zabawną, chociaż chwilami tryskającą mało wyszukanymi dowcipami. Opowieść o absurdach i tajemnicach polskiego PRLu z punktu widzenia kieleckiego młodzieńca, który z jednej strony robi wszystko, by od swego osiedla uciec (i mu się to udaje), z drugiej jednak jest z nim nieodłącznie związany, a wciąż żywe wspomnienia nadają tej książce specyficzny charakter.
Doprawdy trudno orzec, czy „Chłopaki w sofixach” to po prostu szczera do bólu opowieść o dojrzewaniu, o męskich przyjaźniach i o ich zrywaniu oraz o tym, dlaczego Jakub Porada poszedł w życiu drogą zupełnie inną niż jego osiedlowi kumple, czy też może medialna próba zaistnienia człowieka mediów w nieco innej sferze niż ta, w której na co dzień się odnajduje. Na pewno rzecz ciekawa, ale głównie z tego względu, iż można sobie ją porównać z innymi wspomnieniowymi i rozliczeniowymi historiami z czasów Polski Ludowej. Jakby jeszcze miała jakąś spójną koncepcję, była czymś więcej niż przypadkowo rozrzuconymi opowieściami o chłopakach z KSM - u, byłaby książką, którą można polecić po prostu dla rozrywki. A tak zapewne zainteresuje tych, których Porada opisał, znajomych ich znajomych, znajomych autora z telewizji i tych, którzy myślą, iż znane nazwisko jest wystarczającym gwarantem, by wydać dobrą książkę.
Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2011
Iran i Arabia Saudyjska to przykłady dwóch muzułmańskich państw, gdzie religijne dogmaty regulują życie społeczne w każdej sferze. To państwa, w których religia wyraźnie wskazuje miejsce kobiety w społeczeństwie. Państwa, gdzie kobiety nie potrafią (i nie mogą) świadomie o sobie decydować. Zaskakujący to przypadek czy też świadectwo przełomowych zmian, że w bliskim czasie wydane zostają dwie intrygujące powieści, w których pięć bohaterek-kobiet próbuje wyjść poza role narzucone im przez społeczeństwo? Irańskie kobiety zrzuciły czador, by na kartach książki Shahrnush Parsipur udowodnić, iż mogą stanowić o sobie. Czas na Saudyjki z opowieści Radży as-Sani i niedyskretne spojrzenie pod abaje, gdzie ukrywa się kobiece piękno, kobieca wrażliwość i kobiece pragnienie bycia kochaną. Kochaną prawdziwie, czyli nie tak jak nakazuje to szariat. Kochaną, szanowaną, adorowaną.
„Kobiety bez mężczyzn” i „Dziewczyny z Rijadu” to formalnie dwie zupełnie inaczej napisane książki i poruszające inną tematykę. Wspólny mianownik, jakim jest kobiecość, ujawniająca się w społeczeństwach piętnujących jakiekolwiek przejawy kobiecości, każe w jakiś sposób te dwie publikacje połączyć. Radża as-Sani obiera inną drogę twórczej kreacji niż Shahrnush Parsipur. Jej książka wydaje się bardziej lekka, łatwiejsza w odbiorze. Saudyjska pisarka nie posługuje się nazbyt skomplikowaną symboliką, nie chce jak Parsipur dodawać do swych opowieści większej ilości znaczeń. Czy aby na pewno? Czy „Dziewczyny z Rijadu” to po prostu dynamiczna i pasjonująca opowieść o tym, jak trudno saudyjskim kobietom znaleźć szczęście i prawdziwą miłość u boku mężczyzn? Czy nie warto zwrócić uwagę, iż tak jak w przypadku irańskich „Kobiet bez mężczyzn”, tak też w postaciach bohaterek „Dziewczyn z Rijadu” są ukryte znaczenia, o jakich trudno mówić komuś, kto nie osadza kontekstowo tych książek w kulturze krajów, z jakich pochodzą ich autorki?
Wspomniałem o podobieństwie pięciu bohaterek u obu pisarek, zatem słowo na temat tego, o kim pisze as-Sani. W każdym materiale promocyjnym książki i na jej okładce przeczytamy, iż jest to opowieść o czterech saudyjskich młodych kobietach – Sadim, Gamrze, Lamis i Michelle. Tymczasem piąta z nich to narratorka i zarazem autorka maili, opisujących losy czterech koleżanek. To postać zagadkowa, która rozpoczyna swoistą burzę internetową, kiedy decyduje się co tydzień publikować zapiski z życia swych przyjaciółek. As-Sani tworzy wokół tej opowiadającej pewną tajemnicę i chwilami zmusza do tego, by utożsamić ją z którąś z dziewczyn, ale w moim odczuciu to piąta, szczególnie dotknięta przez los dziewczyna. Dziewczyna, która swymi listami elektronicznymi maskuje dużo więcej niż niejedna z tych, o których losach decyduje się pisać. „Dziewczyny z Rijadu” to bowiem zaskakująca historia opowiadającej, której niejednoznaczność czyni z tej książki tak pasjonującą powieść.
Wstęp ujawnia, kim będą opisywane dziewczyny. „Bohaterki mojej opowieści wywodzą się spośród Was i żyją między Wami. Pochodzimy z pustyni i wszyscy do niej wrócimy. I tak jak wśród roślin, które rosną w Nedżdzie, znajdziemy te słodkie i te cierpkie, tak też jedne bohaterki historii będą słodkie, inne cierpkie, jeszcze inne zaś będą słodkie i cierpkie zarazem”. Gamra, Sadim, Lamis i Michelle nie tyle będą tak specyficzne i dwuznaczne, co słodkie i cierpkie będą ich historie życiowe. Mocno od siebie różne, a przecież tak podobne. Bardzo wyraziste. Jak radzi sobie w Arabii Saudyjskiej kobieta odrzucona przez męża? Taka, która daje się „skosztować” jeszcze przed ślubem? Albo taka, która po rozwodzie rodzi niechciane dziecko, owoc związku, który przeminął? Albo też taka, która musi żyć z piętnem swego amerykańskiego pochodzenia, przez jakie nigdy do końca nie będzie w Rijadzie prawdziwą Saudyjką? Radża as-Sani opowie o tym, jak saudyjskie kobiety radzą sobie z miłością, jej brakiem, z czym muszą się zmagać, zakochując się prawdziwie i żarliwie i jak mogą kochać w kraju, w którym zakazane jest tak wiele, między innymi obchodzenie święta miłości.
To także całkiem serio napisana opowieść o zabawnych momentami odmianach losu i o tym, jak bardzo kobieta może się rozczarować mężczyzną. Gamra radzi koleżankom: „Nie oczekujcie niczego od mężczyzn, ponieważ i tak dostaniecie dokładne przeciwieństwo tego, czego sobie życzycie”. Ja poradziłbym czytelniczkom (i czytelnikom) tej książki, by nie oczekiwali po lekturze jasnych odpowiedzi na pojawiające się w jej trakcie pytania. Można bowiem odczytać as-Sani dokładnie przeciwnie do tego, jak być może chciałaby być odczytana. Tak czy owak mamy do czynienia z inteligentną i frapującą pisarką. A jej książka i dokonanie Shahrnush Parsipur to dwa ważne głosy w sprawie kobiecości w islamie.
Wydawnictwo Smak Słowa, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
"Najnowsza powieść Majgull Axelsson może rozczarować, ale chyba tylko tych, którzy znają jej dotychczasową twórczość. Autorka bowiem ani formalnie, ani tematycznie nie prezentuje niczego nowego. W kwestii formy „Lód i woda, woda i lód” charakteryzuje monumentalnie rozbudowana, wielowątkowa fabuła, narracja w kilku przestrzeniach czasowych, charakterystyczny styl łączący dziennikarską dokładność z psychologiczną głębią wyraźnie zarysowanych bohaterek (o kobiety głównie chodzi). Tematycznie szwedzka pisarka powraca do opisywanych już w poprzednich książkach problemów – złożonych relacji między siostrami z „Kwietniowej czarownicy” czy trudności, jakie czekają w życiu dorosłe kobiety pozbawione matczynej troskliwości w dzieciństwie (jeden z wątków „Drogi do piekła”).
Nie jest bynajmniej moim zamiarem krytyka „Lodu i wody, wody i lodu”, bo każda publikacja Axelsson warta jest uwagi. Rozczarować może tylko fakt, iż pisarka podąża już utartymi ścieżkami, że literacko nie jest zdolna do wyjścia ponad jakość, którą latami stworzyła i że tym razem napisała opowieść zdecydowanie mniej poruszającą, chociaż wzbudza ciekawość miejscem, w jakim rozpoczynają się zdarzenia."
Wydawnictwo W.A.B., 2010
Całość tekstu na stronie Gpunkt
KUP KSIĄŻKĘ
Bohaterka opowieści Helle Helle, dwudziestoletnia Jane, cierpi na atrofię uczuć. Przynajmniej stwarza pozory jakby od świata jakichkolwiek przeżyć dzieliła ją granica. Ta duńska opowieść składa się z surowych, minimalistycznych opisów tego, co Jane robi. Co czuje? Czy stagnacja w życiu oznacza jednocześnie stagnację emocjonalną? Przyznam, że „Prom do Puttgarden” ujmuje przede wszystkim dwuznacznością. Chłodna narracja, krótkie zdania oznajmujące, proste dialogi… od początku do końca mamy do czynienia z prozą stwarzającą dystans. Tymczasem Helle Helle pisze o próbach przekraczania dystansu, wychodzenia naprzeciw światu i swym własnym pragnieniom. Czy jest to zatem tylko oszczędny słowny zapis tego, czego nie sposób wyrazić za pomocą słów czy też prozatorska kreacja, do wnętrza której nie sposób dotrzeć?…
Jane poznajemy przede wszystkim w jej kalekich relacjach z mężczyznami. Podobnie bolesne było doświadczanie męskiej obecności dla jej matki i babki. Obie bardzo szybko wycofywały się z jakichkolwiek kontaktów z mężczyznami. Czy Jane skazana jest na rodzinne fatum i też nie znajdzie szczęścia u boku mężczyzny? Męskich postaci jest w tej powieści wiele. Każdego z nich jednak narratorka traktuje tak, jak matka i babka Jane traktowały wszystkich mężczyzn próbujących się do nich zbliżyć. Z ogromnym dystansem. Jane potrafi z mężczyznami rozmawiać, ale nie jest w stanie wyjść poza słowa. Nie pomoże jej nawet złudzenie, że u boku pewnego duńskiego elektryka pracującego w Niemczech odnajdzie swe szczęście…
Relacje damsko-męskie nie są jednak tak istotne w prozie Helle Helle. Bardziej wyrazista staje się metaforyka przemierzania przestrzeni. Jest to morska przestrzeń między Danią a Niemcami, jaką przemierza prom, na którym Jane znajduje pracę ekspedientki. Z jednej strony stały ruch, z drugiej statyczność odbijania od jednego portu do drugiego. Na promie pracuje także siostra Jane, Tine. Obie przemierzają specyficzne przestrzenie, w których kryją swe prawdziwe pragnienia.
Doświadczenia życiowe Tine to jednocześnie sprawy, wobec których Jane jest daleko. Podobnie daleko wydaje się być od swojej siostry, chociaż na co dzień troskliwie opiekuje się jej córką i ustawicznie podkreśla chęć niesienia im obu pomocy. Tine dzieli od Jane dystans porównywalny do tego, jaki przemierzają codziennie na promie. Dystans ledwie widoczny, jedynie akcentowany, niemniej jednak bardzo wyraźny. Pustka, której nie są w stanie zapełnić słowa ani czyny. Siostry pozornie ze sobą związane, a tak od siebie oddalone…
Duńska pisarka nieszablonowo dotyka egzystencjalnej tematyki wewnętrznego zamknięcia na świat, próbując stawiać pytania o to, do czego izolacja może prowadzić. Jane nie tylko emocjonalnie jest zamknięta. Zamknęła się na doświadczenia życiowe, nie studiuje, zadowala ją tymczasowa posada… i wolność, jaką jej daje. Skomplikowane relacje z matką i siostrą dają tylko częściową odpowiedź na pytania, co dręczy Jane. Hellle Helle tworzy refleksyjną książkę o przemierzaniu dróg, które prowadzą donikąd. Gorzka to proza i zastanawiająca. Trudna do określenia. Trudno bowiem odnaleźć prawdę między słowami, które w narracji tej książki tną z chirurgiczną precyzją.
Wydawnictwo słowo obraz/terytoria, 2010
KUP KSIĄŻKĘ