2012-06-11

"Pasja według św. Hanki" Anna Janko


PATRONAT MEDIALNY
Autorka „Dziewczyny z zapałkami” długo kazała nam czekać na swoją nową powieść. Myślę jednak, że warto było czekać na coś tak przejmującego jak „Pasja według św. Hanki”. Po raz kolejny wyraźnie dostrzegamy, jak poetka mierzy się z językiem prozy, próbując opisać nim swe przeżycia. Znowu czytamy książkę bardzo wyraźną, mocno przemawiającą i w gruncie rzeczy dość prostą, choć ani o prostych rzeczach nie mówi, ani też prostym językiem ważnych spraw nie opisuje. „Pasja według św. Hanki” to druga w tym roku po „Anomaliach” Grzegorza Krzymianowskiego opowieść o toksycznych uczuciach w związku. „Anomalie” analizowały zazdrość i gniew. Janko opowiada o miłości i zdradzie. Próbuje dać definicję jednemu i drugiemu. Tymczasem otrzymujemy książkę pełną niedopowiedzeń i doskonale oddającą emocjonalną labilność żony, która staje się kochanką, choć w gruncie rzeczy może nie chce nią być do końca.

Hanka żyje w związku, w którym od dawna żar uczuć wygasł. To małżeństwo portretowane już w „Dziewczynie z zapałkami”, ale teraz Janko opisuje przede wszystkim jego agonię. Dwójka dzieci to za mało, by utrzymać więź, w której brakuje miłości. Odeszła gdzieś po drodze. Wygasła. Nie widać jej już w oczach męża, nie ma jej w jego zapachu, w jego ciele, słowach, gestach. Zbliżająca się ku czterdziestce bohaterka pozwala sercu zakochać się ponownie. Musi wybrać życie z jednym mężczyzną, nie ma możliwości trwania między nimi dwoma. A skoro ona nie umie żyć, jeśli nie czuje, że ktoś ją bardzo kocha, daje się uwieść Mateuszowi, a tym samym wplątać w wyniszczającą ją emocjonalnie grę uczuć. Poznając jej niepisane zasady, odkrywamy definicję miłości i zdrady. Dostrzegamy ich zaskakującą bliskość. Dajemy się ponieść fali wyznań i rozterek, które przepełniają książkę od pierwszej do ostatniej strony, czyniąc ją to nieznośnie histeryczną, to znowu egzystencjalnie głęboką i prawdziwą. Anna Janko próbuje nazywać to, co trudno jest nazwać. Usiłuje nadać zdradzie nowe znaczenie, zdjąć z niej piętno przestępstwa. Chce usankcjonować wszystko, co odczuwa, bo przed tym nie ucieka, choć wciąż miota się emocjonalnie między mężem a kochankiem. Istotą jej powieści są przede wszystkim próby zrozumienia tego, co w rozumie nie jest pojęte, a czemu emocje nadają swój własny, skomplikowany kształt.

Hanka i Mat młodość mają już za sobą, ale stan zakochania się nie. Ogarnia ich uczucie, które czyni wyrzutków z tych, którzy jakoś się w życiu zakotwiczyli. On i ona są w związkach, mają dzieci, przydzielone role i społeczny status. Taranująca ich serca miłość wyrzuca tę dwójkę gdzieś poza nawias życia. Dlaczego? „Prawdziwie zakochani to istoty znikąd. Bez korzeni, bez matek, ojców, dziadków. I zawsze bezpotomne, nawet jeśli mają tuzin dzieci. To ludzie bez przeszłości i bez przyszłości”. Kochankowie nie tyle budują coś nowego na emocjonalnych gruzach ich wypalających się małżeństw, co próbują przeżyć uczucia inaczej, pełniej, może głębiej niż dotychczas. Stają się zakładnikami miłości, której nie sposób kontrolować. Oboje na przemian pragną swej bliskości i uciekają od niej. Ich związek wrze, ale jednocześnie prowadzi do destrukcji. Czy uda im się ją powstrzymać? Czy można żyć szczęśliwie z nowym ukochanym, rozbijając rodziny i poczucie stabilizacji?

Hanka zastanawia się nad tym, czym tak naprawdę jest miłość. Przecież zaczyna ją przeżywać na nowo, a nie czuje żadnych podobieństw z uczuciem, którym kiedyś darzyła męża. Ta jej nowa miłość pochłania wszystko na swej drodze. „Jaka jest istota miłości? Zawsze głodna… Głodna wszystkiego: uczuć, pieszczot, pochwał, zapewnień, wszystkich tych miłosnych pokarmów”. Bohaterka pozwala jej sobą kierować i nie jest na początku zainteresowana tym, dokąd w takim stanie zmierza. Kiedy zorientuje się, iż miłość jest pułapką, nie będzie łatwo się od niej uwolnić, choć przecież tak bardzo się jej od lat pragnęło.

Zdrada natomiast jest w rozumieniu Hanki czymś nieodłącznie związanym z miłością i całkowicie usankcjonowanym. Zdrada to normalność. Można zdradzać i kochać. Można przestać kochać i zapomnieć o zdradzie. Odrzucenie męża i romans z Matem to dla Hanki burzenie „piramidy codzienności”. Wychodzenie naprzeciw swoim pragnieniom bez uwzględnienia tego, czego naprawdę się pragnie. Oboje są nieszczęśliwi w związkach, dla nich życie jest ułudą. Czy rozpalające uczucie może zastąpić poczucie dotychczasowej pustki?

Opowieść Janko ubarwiona jest biografiami ludzi, którzy kiedyś byli ważni dla Hanki. Autorka nie wnika w ich stan duchowy. Próbuje bardziej określić to, w jaki sposób ludzie ci wpłynęli na jej bohaterkę, jej sposób patrzenia na świat. Charyzma Krzysia, naturalizm koleżanki ze studiów Izy, obiekt fascynacji Zbyszko czy rozbudzona erotycznie Grażynka – wszyscy oni w jakiś sposób pozostali na trwałe w pamięci Hanki. Przybliżenie ich losów pozwala jej odnaleźć się jakoś w sobie, choć przerasta ją sytuacja emocjonalna chwili obecnej. Pisanie o innych ludziach jest dowodem na to, iż nie mamy w „Pasji według św. Hanki” do czynienia z jakimś pamiętnikiem egocentryczki i megalomanki. Ci inni dodają Hance prawdziwości. Zestawia się z nimi, porównuje. Prawdziwe jest to, co przeżywa, ale każde słowo, jakie ma opisać jej przeżycia jest nieprawdziwe, bo niepełne.

Myślę, że podczas lektury można zadać sobie sporo pytań o to, w jak wielkim oddaleniu mogą być emocje od rozumu. To przenikliwa analiza psychiki kobiety osaczonej. Osaczonej przez samą siebie i zagubionej w sobie na tyle, że nie sposób chyba jej pomóc.

Wydawnictwo Literackie, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-06-08

"Pokój Marty" Magdalena Zimniak

Autorka dość udanej „Willi” w dwa lata później podąża podobną ścieżką fabularnych schematów, próbując udowodnić, że połączenie historii wiekowych domów i dwóch zagubionych życiowo kobiet może się jeszcze raz sprawdzić. Nic z tego. „Pokój Marty” to – mimo ambitnych zamierzeń – książka dość jednowymiarowa, bardzo pretensjonalna, nieznośnie przewidywalna i taka, w której wyobraźnia czytelnika jest ignorowana, bo każdy wątek, każda historia, każda opisywana rozterka mają swój wyraźny koniec dużo dalej niż tam, gdzie powinna sięgać ostatnia kropka tej książki.

Zasadnicza historia rozgrywa się w przedwojennym domu z ogrodem, w którego pokoju została kiedyś zastrzelona przez hitlerowców dziewczyna. Po latach jej imienniczka zastaje tam ducha zmarłej, usiłującego ją przekonać, że można zmienić los, nie pozwolić złu zwyciężyć i dać świadectwo temu, iż prawdziwe, ciepłe uczucia są w stanie zawsze wygrać z tym, co mroczne. Przestrzeń fabularna w nowej książce Magdaleny Zimniak nie jest tak przytłaczająca jak w „Willi”, gdzie rozgrywał się nie tylko dramat życia dwóch kobiet, ale przede wszystkim rozliczeniu uległy zdarzenia z wielkiej historii, jakie wpływały na proste historie ludzkie. Motywem, wokół którego koncentruje się „Pokój Marty” jest miłość. Trudna, taka zupełnie nieprzystająca do dzisiejszych czasów, archaiczna i staroświecka nieco. To miłość, która rozegra się teraz i jej wspomnienia sprzed lat. Obrazy przeszłości nakładają się na barwny kalejdoskop zdarzeń pewnej siedemnastolatki, czyniąc z opowieści o niej symboliczny traktat o roli odkupienia i trudnościach, jakie napotykamy, próbując realizować swe marzenia.

Zimniak pisze początkowo bardzo prostym, chwilami irytującym i dość chłodnym językiem. Narracja rozpoczyna się banalnie. Mniej banalnie kończy, ale między pierwszym a ostatnim zdaniem powiedziane zostaje dosłownie wszystko, co ma być powiedziane. Nie intrygują tajemnicze nawiązania do bestialsko zamordowanej imienniczki Marty, nie porusza jej zainteresowanie tym, co było. Nie wznieca żadnych odczuć również płomienne uczucie, jakim nastolatka obdarza w ekspresowym tempie swego wychowawcę w nowej szkole. Nic to, że rozwój zdarzeń i emocji rozłożony jest tak, że mamy tutaj do czynienia z zaskakująco szybko rozwijającą się opowieścią o dojrzewaniu, zranieniu i próbach odnalezienia się na życiowym bezdrożu. Najbardziej przygnębiający jest fakt, że „Pokój Marty” chce nam sprzedać najprościej rozumiany banał, dobierając doń jedynie atrakcyjną z pozoru przeszłość i opis przenikania się tego, co było oraz tego, co jest.

Eryk, charyzmatyczny nauczyciel fizyki wielbiący poezję i swoich uczniów, to z pewnością typ, który niejednej nastolatce może zamieszać w głowie. Naturalnie miesza Marcie i to nadzwyczaj szybko. Wiem, że dzisiejsza młodzież dojrzewa w błyskawicznym tempie, ale doprawdy krótkość czasu od momentu zrobienia pierwszych maślanych oczu w kierunku Eryka do wskoczenia mu do łóżka jest u Marty co najmniej rekordowa. Nie upraszczajmy jednak. Okazuje się, że dojrzały nauczyciel odnajduje w dziewczynie miłość życia. Zwierza jej się z traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa i daje tak wielkie poczucie bezpieczeństwa, że Marta zatraca się do szaleństwa, bo jakże nie kochać człowieka tak doświadczonego przez los?

Podobnie doświadczony jest też ojciec dziewczyny. Karol Kępiński, znany pisarz, zmaga się wciąż z pustką po śmierci żony i żyje dzieciństwem, w którym doświadczył szaleństw chorej psychicznie babci. Nie jest w stanie nawiązać żadnej bliższej relacji z kobietą, bo dawno temu pokochał tylko tę jedną, jedyną. Karol próbuje na siłę uszczęśliwiać Martę, a właściwie „urabiać” ją według sobie tylko znanego planu. Naturalnie romans córki z nauczycielem wzburza go ogromnie, a dziewczyna w ramach buntu wyprowadza się z domu i nie chce wracać do miejsca, w którym mieszka człowiek wzbudzający w niej strach.

Bo „Dom Marty” to między innymi opowieść o strachu i próbach jego oswojenia. Mamy lęki tych, którzy już nie żyją i tych, dla których życie jest trudem ponad siły. Mamy strach o przyszłość uczucia, które rozpalone tak nagle, musi przejść poważną próbę. Zdarzenia w pewnym momencie wydają się wreszcie na chwilę nieprzewidywalne, ale to kwestia kilkunastu stron, bo melancholijną i smutną resztę można sobie dośpiewać.

Zimniak próbuje pisać o samotności w sposób twórczy i nowatorski, ale nie mówi nam niczego nowego. Samotny jest nie tylko Karol. Samotność dręczy w pewnym momencie i jego córkę, i jej kochanka, i sympatycznego sąsiada, który kiedyś kochał się w Marcie nawołującej teraz do nowej mieszkanki domu w Maciejowie i przekonującej ją, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje.

Wydaje się, iż „Pokój Marty” to książka, w której po raz kolejny autorka frapująco połączy dwie przestrzenie czasowe, a dodatkowo opowie ciekawą historię. Historia Marty, jej poetyckie próby, wzloty i upadki miłosne oraz przemyślenia o życiu są może nie tyle banalne, co po prostu nużące. Trudno powiedzieć, o co Magdalenie Zimniak chodziło w tej książce. Może jest tak, że nazbyt osobiste opowieści i przekaz, który w pełni zna być może tylko najbliższe otoczenie pisarki, to za mało, żeby oczarować czytelnika. Zaś po „Willi” oczekiwałem, że Zimniak to potrafi.

Wydawnictwo Replika, 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-06-06

"Droga 66" Dorota Warakomska

Route 66 – niezwykłych rozmiarów historyczna droga kontynentalna w USA, która od 1926 roku wiedzie wędrowców przez osiem stanów – Illinois, Missouri, Kansas, Oklahomę, północny Teksas, Nowy Meksyk, Arizonę i Kalifornię. Palaczom znana jako marka papierosów, dla Amerykanów jest czymś na kształt drogi – matki i miejscem, w którym naprawdę można zobaczyć, jakie są i czym żyją Stany Zjednoczone. Myślę, że tylko Amerykanie kilometrom asfaltu mogli nadać rangę zabytku, ale Dorota Warakomska w swym interesującym reportażu stara się udowodnić, że obecnie przegrywająca z autostradami szybkiego ruchu szosa kryje wokół siebie naprawdę mnóstwo niezwykłych, ludzkich historii, które warto poznać.

Warakomska – jak Kapuściński – chce zarazić nas podróżą, w której najważniejsze jest przemieszczanie się, bycie w ruchu. „Droga 66” pokazuje mniej znane oblicze Stanów Zjednoczonych. Przestrzeń gdzieś między jednym i drugim wybrzeżem, gdzie wydaje się koncentrować wielkość USA. Uciekniemy od wieżowców ku pustyni. Od młodych yuppies w garniturach ku hobo, czyli ludziom, którzy są na życiowym marginesie z własnej woli, a największą frajdę daje im nielegalne podróżowanie potężnymi składami towarowymi pędzącymi po torach środkowej, zachodniej i północno – wschodniej części kraju. Nie będzie opisów giełd, korporacji, nie będziemy śledzić amerykańskiej polityki (choć wspomnienia kilku prezydentów towarzyszyć będą przy rozmowach Warakomskiej). Dzięki tej książce znajdziemy się w Ameryce, w której na głowę zakłada się kapelusz, na nogi buty z ostrogami, gdzie silne jest przywiązanie do ziemi oraz tradycji i gdzie można radośnie krzyczeć „yee-haw”, upajając się pięknem dzikiej przyrody i prostymi historiami ludzi, dla których życie bynajmniej nie było proste.

Każdy stan, który przecina Droga 66 ma swoją specyfikę. Z pewnością najciekawszy z kulturowego punktu widzenia jest Nowy Meksyk – ziemia amerykańskiej malarki Georgii O’Keeffe, gdzie w światowej stolicy Indian można przeżyć niepowtarzalną fiestę. Co warte jest uwagi na samym początku drogi Warakomskiej? Na pewno wciąż żywy duch XIX – wiecznego prezydenta Abrahama Lincolna, który do dziś cieszy się poważaniem w Illinois. Missouri – ziemia, na której bandyci stają się bohaterami, a baseball okazuje się być zaraźliwą pasją tysięcy rozentuzjazmowanych ludzi. Tam można palić, gdzie się chce, a kiedy otaczający świat odrobinę nudzi, zejść pod ziemię i podziwiać jaskinie Meramec.

Kolejne stany to kolejne przygody. Piękne corvetty w stanie Kansas, które jadąc jedna za drugą, pokazują swą siłę, piękno i elegancję. Niepowtarzalne rodeo w Oklahomie i poznawanie tam kultury Czirokezów. Zwiedzanie muzeum kowboyów w stolicy stanu, tak bardzo doświadczonej w 1995 roku przez terrorystę McVeigha. Oglądanie, jak w Teksasie śmiałkowie mierzą się z dwoma kilogramami mięsa, które muszą wchłonąć w ciągu godziny, by nie zapłacić za potrawę. Wielki Kanion w stanie Arizona, który zapiera dech w piersiach. Niezwykłe namiotowe więzienie w stolicy tego stanu – Phoenix. Kultowa Bagdad Cafe w Kalifornii oraz cmentarne kino, w którym życie zbliża się ze śmiercią.

Najważniejsi w opowieści Warakomskiej są jednak ludzie. Postacie niezwykłe, niektóre wręcz heroiczne. Tammy – okaleczona weteranka wojny w Iraku, kwitnąca optymizmem i mówiąca o tym, że najpiękniejsze w życiu są możliwości, jakie daje. Para rednecków z Oklahomy, wsiowych głupków, a jednocześnie inteligentnych i potrafiących cieszyć się życiem ludzi. Stanley March 3, miliarder – dziwak z Amarillo w Teksasie. Także szef jednego z najbardziej kontrowersyjnych więzień w Arizonie. Poza tym ludzie, o których życie nie pisze książek, artykułów prasowych, nie przeprowadza się z nimi wywiadów. Prości Amerykanie z ich ogromną miłością do własnego kraju potrafią z opowieści o najbardziej nawet niepozornym miejscu uczynić historię, którą chce się chłonąć.

Warakomska chłonie to, co wokół niej i dzięki swej spostrzegawczości tworzy zadziwiająco ciekawy reportaż. Na pozór niewiele może być ciekawego w jakichś zapadłych miasteczkach, wokół których rozciąga się pustynia, a w ich mieszkańcach dostrzec można senność i marazm. Autorka udowadnia, iż tak nie jest. Serce Stanów Zjednoczonych nie bije na Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżu. Jest gdzieś między kolejnym przemierzanym kilometrem Drogi 66 – łączniczki rozmaitych kultur, tradycji i sposobów życia. Dorota Warakomska chce nam pokazać Amerykę, do której prawdopodobnie nigdy nie dotrzemy. Kraj ludzi potrafiących cieszyć się ze swego życia i dzielnie stawiać opór jego przeciwnościom.

Ale ważne jest też podróżowanie, „pochłanianie” przez samochód kolejnych kilometrów trasy, którą kiedyś podążali biedni i upokorzeni imigranci, prześladowani Indianie i ludzie, którzy nie potrafili żyć w zgiełku wielkich miast. „Droga 66” jest reportażem, ale także przewodnikiem. Jeśli ktoś nabierze ochoty na to, by przejechać mordercze blisko 4000 kilometrów przekona się, ile w nim prawdy, a ile fikcji. Choć Warakomska wspomina o własnych przeżyciach i często do nich się odnosi, tworzy jednocześnie obiektywny i pasjonujący obraz życia między Chicago a Los Angeles, gdzie zwykle niewielu chce się zapuszczać.

Wydawnictwo W.A.B., 2012

KUP KSIĄŻKĘ

2012-06-02

"Opowiadaczka filmów" Hernán Rivera Letelier

Tak niewiele stron, tak dużo przejmującego smutku… Taka książka jak „Opowiadaczka snów” to minimalizm formalny, który porusza do żywego. Nie tylko dlatego, że opowiada sentymentalną historię i po prostu wzrusza. Mam wrażenie, iż czytając powieść chilijskiego pisarza, można nie tyle poznać klimat beznadziei pewnego miasteczka na północy kraju, w którym rozgrywa się kameralny dramat nastoletniej dziewczynki, co przemyśleć wiele kwestii związanych z poczuciem utraty. Hernán Rivera Letelier napisał bowiem historię odchodzenia, która nijak od nas odejść nie może; przejmuje plastycznymi opisami, psychologiczną głębią i leksykalnym minimalizmem, dzięki któremu zyskuje na wartości.

María Margarita mieszka wraz z ojcem – inwalidą i swymi czterema braćmi gdzieś na końcu świata. Tam, gdzie nic się nie dzieje, gdzie pustynia Atakama wdziera się do ludzkich siedzib i skąd ktoś ucieka, by potem wrócić i odebrać sobie życie z żalu. Miasteczko Oficyna nie zna radości, bowiem boryka się z nędzą i tym, iż jest gdzieś na marginesie. Tam nie ma życia, jest wegetacja. Jedyną formą barwności i witalności staje się lokalne kino. To jedyna atrakcja mieszkańców, ale z czasem stanie się nią także młoda María Margarita. Okaże się bowiem mistrzynią w opowiadaniu filmowych obrazów. Niedługo z tego opowiadania uczyni sztukę. Będzie smutną artystką, która barwnie opowie o niespełnieniu, tęsknocie i pogodzeniu się z losem. A film będzie dla niej jedynie narzędziem, dzięki któremu wyrazi cały swój smutek.

Bohaterka nie chce być potulna wobec życia, które niewiele jej oferuje. Dla niej życie jest gdzie indziej. Istnieje zapisane na filmowej kliszy, ale ona znajduje sposób, by przedstawić je inaczej. María chce układać w całość coś, co w kinie nie zawsze jest całością. Ze swych filmowych opowiadań robi sztukę. Nadaje sobie nawet artystyczny pseudonim i sprawia, że życie w Oficynie zaczyna być ciekawsze, inne. Jaki jest prawdziwy cel młodej dziewczyny? O czym myśli, tak bardzo koncentrując się na tym, by barwnie oddać widzom nawet sceny z czarno – białych filmów? Dlaczego jej opowiadanie staje się bardziej interesujące niż oglądanie seansów? I dlaczego ta specyficzna artystka tak ustawicznie miesza ze sobą prozę życia i wizyjność scen filmowych?

María Margarita wcześnie utraciła matkę. Kobieta po prostu któregoś dnia odeszła, porzucając męża i piątkę dzieci. Ta strata była niewyobrażalnie wielka, chociaż trudno ująć ją w słowach i po prostu opisać. Matki nie ma, bo podjęła decyzję. Chciała być artystką, ale nie w prowincjonalnej dziurze. Marii udaje się sztuka, która nie wyszła rodzicielce. To, w jaki sposób opowiada filmy, jest coraz bardziej doceniane. Dramat dziewczynki rozpocznie się w momencie, w którym to, co robi, spotka się z większym niż tylko rodzinne zainteresowanie…

A może dramat bohaterki to po prostu całe jej życie? Może jest tak, iż ona sama jest jak opowiadany przez nią kolejny film – niepełny, ale w jakiś sposób intrygujący? Proces zamiany obrazów na gesty i słowa ma znaczenie symboliczne w kilku wymiarach. María Margarita opowiada historie swoim ciałem. Żyje tym, co robi i czuje się w tym spełniona. Niezwykle szybko zorientuje się, iż potrzebna jest tylko przez chwilę. Że pojawiająca się w miasteczku telewizja wyprze kino i miejscową fascynację dziewczyną.

Letelier pisze o kobiecie – anachronizmie i o życiu, które nabiera znaczenia wtedy, kiedy coś minie. Przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych minionego stulecia to rzeczywisty czas akcji. Toczy się ona jednak w wymiarze rozumianym tylko przez młodą artystkę. Co tak naprawdę opowiada María Margarita? Czym jest materia, z jakiej składa się film? Czy jest tym samym, co wnętrze dziewczyny? Przecież nie filmy są tu najważniejsze, lecz fakt, jak się o nich opowiada. Nie liczy się prawda, a kreowanie iluzji. Po to, by uciekać od tego, co prawdziwe. Radzić sobie ze stratą, poczuciem niepełności swego życia i tłumić gniew o to, iż czasem nic jest nie tak, jak chcielibyśmy, by było.

„Opowiadaczka filmów” to liryczna miniatura o pozbawianiu nas przez świat tego, co dla nas ważne. Opowieść o rozpaczliwych próbach nadania znaczenia pustce. Historia, która sama się opowiada. Jest prozą, a przecież składa się niemal z filmowych kadrów. Hernán Rivera Letelier opowiada o sile przetrwania mimo traum i przykrości, jakich wymazać nie sposób. Jego książka mogłaby mieć piękną ekranizację. Po co jednak przenosić do kina to, o czym można barwnie opowiedzieć? Po co zapisywać liczne strony, skoro na tak niewielu można wyrazić pięknie sprawy, które wcale piękne nie są, a jednak prawdziwe, więc poruszające do głębi?

tłum. Natalia Nagler

Wydawnictwo MUZA, 2012

KUP KSIĄŻKĘ