2012-11-12

"Patrz na mnie, Klaro" Kaja Malanowska

Druga powieść Kai Malanowskiej to historia, której przez nieuwagę można dodawać wspólny mianownik z „Drobnymi szaleństwami dnia codziennego”. Też mamy kobietę (nawet kilka!), także neurozy i również codzienne zmaganie się ze swoim brakiem poczucia samej siebie. „Patrz na mnie, Klaro!” to jednak nowa jakość i zupełnie nowa historia. Także pisana emocjami, co dla tych, którzy się ich na co dzień umieją pozbywać, wydaje się może śmieszne. Ale, jak pyta sama Klara, „Jeżeli uczucia są autentyczne i wystarczająco silne, a sprawy których dotyczą, wystarczająco poważne, kogo miałyby śmieszyć?”. To książka, nad którą warto pochylić się z rozwagą, bo mówi i o tym, kim jesteśmy, gdy nie ma bliskiej nam osoby tuż obok, ale także o tym, czy bliskość z kimś nie powoduje, iż nie mamy już o sobie samym pojęcia…

Klara na samym wstępie uwikłała się w dwie toksyczne relacje. Najpierw z zaborczą i zazdrosną o wszystko matką, a potem z Agatą, klasową koleżanką. Podczas gdy Anna stara się jak może, by szantażować emocjonalnie nawet swą dorosłą córkę, jej uwielbiana koleżanka z czasem okazuje jej niechęć i powoduje, że w sercu młodziutkiej Klary rodzi się pierwsze rozgoryczenie i poczucie straty. Kilka lat później, kilka histerycznych wybuchów płaczu matki i kilka jej zmarszczek więcej, Klara ponownie źle lokuje swoje uczucia. Fascynacja Michałem jest dla niej destrukcyjna nie tylko dlatego, że mężczyzna nie potrafi się opowiedzieć, czy dobrze mu z Klarą i jej ckliwością, czy też z partnerką, która w końcu łapie go na ciążę i odciąga od pogrążonej w egzystencjalnych lękach konkurentki. To kolejna osoba, która daje jej nadzieję na to, że czuje się ważna oraz potrzebna i następna, która zachwieje w posadach tym przekonaniem.

Żyjąca u boku wciąż inwazyjnej matki, której rodzicielka była surowa i która teraz dla własnej córki chce poświęcić wszystko i pokazać serce, Klara podejmuje się czynu heroicznego. W natłoku zdarzeń i przy stukocie zegara, który każe jak najszybciej wyjść za mąż, wybiera zło konieczne. Jest nim Franciszek – mierny artysta, artystyczny rzemieślnik. Matka tego ułożonego, spokojnego i przewidywalnego faceta podkochuje miłością absolutną, bo wreszcie widzi dla córki szansę na godziwe, a przede wszystkim spokojne życie. Klara postanawia takie wieść. Przy poukładanym, pedantycznym i przewidywalnym Franciszku uspokaja się; lęki i niepewność własnej egzystencji mijają. Jest żoną i częścią porządnego życia. Przez lata cieszy się tym ładem, ale brakuje jej odwagi, by wyznać mężowi miłość. Brakuje także, by powiedzieć, co ją rani w nim samym, jego podejściu do życia. Kiedy Franciszek zaczyna w związku odczuwać samotność i gorycz, postanawia zwrócić się ku innej kobiecie. Od tej pory to ona, Tamta, stanie się centrum zainteresowania Klary. Tamta Kobieta spowoduje, iż odżyją neurozy i że świat znowu zacznie się sypać. Klara postanawia odkryć, dlaczego Franciszek się nią zafascynował. Niezdrowa fascynacja ogarnie także i ją. Będzie w niej i obsesja, i gniew pomieszany z uwielbieniem, i zwyczajna ciekawość po prostu. Czego? Tego, czego nigdy nie miała, a co próbuje szukać w życiorysach innych ludzi. Klara podejmie się nie tylko specyficznej gry śledzenia tej drugiej, co malarskiej wendety, której finał będzie trudny do przewidzenia.

Malanowska świetnie kreśli obraz trzech pokoleń toksycznych dla siebie kobiet. Zofia była dla Anny lodowata, więc Anna chce dać Klarze tyle ciepła, ile sama nie otrzymała. Anna to matka tragiczna i matka wiecznie niespełniona. Jej ingerencja w życie dorosłej córki jest gwałtem, jaki zadaje samej sobie i wspomnieniu własnej, kostycznej rodzicielki. Ta historia trzech kobiet, dwóch córek i dwóch matek, to opowieść o miłości źle lokowanej, choć przecież wielkiej i bezwarunkowej. Nieprzypadkowo Klara śni o procesie narodzin à rebours – pragnie urodzić matkę, a następnie swoją babkę. Odwrócenie ma pełnić funkcję katharsis. Jest aktem sprzeciwu wobec kochania zaborczego, które może mieć inne oblicze, ale przynosi równie wiele zła. Klara tymczasem nie potrafi kochać inaczej niż zaborczo. Dla niej kochać, to spalać się. Tak też żyje. Franciszek nie jest wart miłości, bo przy nim pozostaje się sobą. Kim jest się w relacjach z tymi, którzy sycą się naszymi lękami i je wykorzystują? Klara postanawia zmierzyć się z samą sobą w nowej roli. Podejmuje grę z rzekomą kochanką Franciszka, w której walka okaże się wielowymiarowa i tym razem nie przyniesie zniszczenia i bólu, lecz samowiedzę. Trudną, ale nową. Taką, którą trzeba rozłożyć na dwa życia, dwie biografie. Dwie różne kobiety staną się jednością na zasadach określonych przez internetowe śledztwo. Klara odnajduje bowiem blog Tamtej i z jej zapiskami podąża ku drodze… odnalezienia samej siebie.

Historia Kai Malanowskiej to taki dramat osobisty i rozpisany na kilka głosów dramat egzystencji tych, dla których poczucie własnej wartości jest abstrakcją, a żeby utwierdzić się w przekonaniu, iż istnieją, muszą mocno się uszczypać, bo chwilami naprawdę ich nie ma. To nie jest tylko książka o kobiecych obsesjach, bo i o męskim cierpieniu w morzu utyskiwań płci pięknej. „Patrz na mnie, Klaro!” to przewrotna opowieść o odzyskiwaniu własnej tożsamości i o wyjściu naprzeciw demonom z przeszłości; tym, co unieszczęśliwiają i zmuszają do płaczu oraz chodzenia w dresie po zasyfiałym mieszkaniu, gdzie czas odmierzają ziewnięcia i napady lęku. To książka ważna nie tylko dlatego, że pokazuje dramaty w krzywym zwierciadle, a potem zmusza do tego, by spojrzeć na nie poważnie. Kaja Malanowska napisała tę historię emocjami, ale warto zauważyć, że nie tylko o emocje tutaj chodzi, bo dążąca do poznania samej siebie Klara potrafi się z nimi pożegnać i stawić życiu czoło, kiedy okoliczności naprawdę tego wymagają.

Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, 2012

2012-11-09

"Pensjonat Miramar" Nadżib Mahfuz

Lektura „Pensjonatu Miramar”, egipskiego laureata Literackiej Nagrody Nobla z 1988 roku, to dla mnie jak na razie najwyborniejsza ze wszystkich tej jesieni. Książka gorzka, smutna, a jednocześnie przepełniona nadzieją na to, iż ludzki los, ludzką tożsamość, zawsze można odbudować i zmienić; bez względu na polityczne, społeczne czy egzystencjalne uwarunkowania. Choć powieść ta, wydana w 1967 roku, gdy autor borykał się z depresją, mocno osadzona jest w realiach Egiptu, który spalał się w kolejnych przewrotach i rewolucjach, nie można na nią patrzeć tylko przez pryzmat polityki kraju nad Nilem i tamtejszej sytuacji. Jest to przecież przepiękna parabola o tym, kim możemy być, a kim się nie staniemy, jeśli się o to nie postaramy. Przejmujący obraz samotności i pragnienia jej przezwyciężenia. Gorzki obraz tych, co uznają się za straconych i tych, którzy faktycznie stracili wszystko. To rozpisana na kilka głosów narracja o trudzie budowania tożsamości w kraju, który wciąż znajduje się w gruzach kolejnych idei. Egipt Nadżiba Mahfuza to kraj, w którym przejrzeć się może każdy, bo wyraźnie zarysowane postacie mówią językiem symboli, choć przecież opowiadają tylko swoje, bardzo prywatne dramaty wplecione w rzeczywistość końca lat sześćdziesiątych minionego stulecia w konkretnym państwie…

Tytułowy pensjonat założono w 1925 – jak twierdzi jego właścicielka, roku nieszczęść. Kiedyś był miejscem pełnym życia i witalności. Obecnie – ponad 40 lat później – staje się obiektem, w którym zamieszkują ekscentrycy i ludzie gdzieś na marginesie życia, chociaż usilnie starają się dołączyć do jego głównego nurtu. Marianna, która w Aleksandrii prowadzi Miramar, przeżyła dwie rewolucje i każdą z prywatną stratą. Jedna odebrała jej męża, a druga majątek. Marianna za wszelką cenę próbuje uczepić się tych resztek witalności, jakie w niej pozostały. Duchowo przygasła, z promiennym uśmiechem otwiera drzwi przed kolejnymi gośćmi. Ludźmi, którzy spowodują, iż przestrzeń pensjonatu stanie się miejscem kilku duchowych ekspiacji i jednego dramatu, skoncentrowanego na postaci wiejskiej uciekinierki Zuhry Salamy, której Marianna zaproponuje posadę służącej w Miramar.

Do ukochanej Aleksandrii i pod adres Marianny pierwszy przybywa Amir Wadżi. Po niemal dwudziestu latach znowu może spojrzeć w twarz kobiecie, która kiedyś tak bardzo go fascynowała. Szybko zorientuje się, iż uwagę warto przenieść na Zuhrę, ponieważ wiekowa gospodyni nie ma już tak wiele do zaoferowania jak przed laty. Wadżi jest emerytowanym dziennikarzem. Życie za nim, ale tak naprawdę pytania o istotę sensu życia dopiero sobie stawia. Amir Wadżi to taki syn marnotrawny Aleksandrii, który po powrocie nie tyle wyraża skruchę, co próbuje zrozumieć wszystko to, czym było jego życie z dala od tego miasta. Inkrustowana wspomnieniami dziennikarza i koranicznymi surami narracja Wadżiego jest pełna patosu, dostojności, ale też ciekawości świata, jaki go otacza. Nie zapisał się w historii świata tak, jakby tego chciał, bo trudno cokolwiek osiągnąć w pojedynkę, a Amir nie związał się z nikim ani też nie zostawia po sobie potomstwa. Prostoduszna Zuhra wzbudza jego fascynację swoją dziewiczością, ale nie tylko. Wadżi czuje z nią więź, widzi podobieństwo biografii i prosi Boga, którego sam nie jest pewien, by tej prostej dziewczynie dano więcej szans niż jemu.

O ile Wadżi od początku wzbudza sympatię czytelnika, o tyle inni mężczyźni pojawiający się w pensjonacie już jednak nie. Najpierw poznamy jeszcze jednego bohatera starej daty, bliskiego przyjaciela Marianny. Tulba Marzuk przegrał swoje życie nie tylko ideowo. To postać, której pozostaje tylko uciekanie przed demonami przeszłości. Zachowawczy intrygant gotów klaskać nowemu porządkowi w państwie, byle tylko zaspokoił on jego potrzeby. Marzuk z Marianną próbują oszukać upływ czasu i udają, że nie pamiętają tego, co pamiętać powinni. Problemów takich nie mają młodzi goście pensjonatu. Każdy z nich zaczął życie w nowych czasach. Każdy przyjął Egipt takim, jakim jest od lat – niespokojnym, pełnym sprzeczności, wykluczających się idei, niepewnego losu dla tych, którzy nie potrafią walczyć o swoje. Ci mężczyźni mają biografie fatalne i każdy z nich, próbując zbliżyć się na swój sposób do niewinnej Zuhry, przypuszcza atak nie tyle na silną w gruncie rzeczy i wiedzącą, czego chce dziewczynę, ale przede wszystkim na siebie samego.

Najstarszy z nich, Sirhan al – Buhajri, to osobnik moralnie wybrakowany i pełen gwałtowności, któremu niestety będzie chciała oddać swoje serce Zuhra.  Sirhan przez ponad trzydzieści lat swojego życia nie osiągnął tego, o czym marzył. Był nie tyle zachowawczy, co nieuważny; nie umiał obserwować prawdziwego życia. Poznajemy go, gdy znajduje się pod silnym wpływem socjalistów, obserwując niecne poczynania zabijaki i Don Juana. Młodszy od niego Husni Allam zazdrości mu oddania Zuhry i wznieca w sobie coraz większą niechęć do al – Buhajriego. Allam to uparty egocentryk, który odrzucony w dzieciństwie, obecnie wypiera się swego pochodzenia i znudzony Aleksandrią, próbuje na tej egipskiej prowincji znaleźć możliwości zdobycia majątku w łatwy sposób. Bogactwo służy do pomnażania, a kobiety do używania – takie jest życiowe credo Allama, który uważa, że Bóg przymknie oczy na jego rozpustny tryb życia. Nigdy nie zaznał miłości w przeciwieństwie do Mansura Bahiego, najmłodszego rezydenta w Miramar. Mansur, pracownik radia, nurza się w nieszczęściach i gardzi sobą. Zamyka się na wpływy innych i poddaje szaleńczym rojeniom chorego umysłu, który nie może znaleźć w życiu szczęścia. Miłość, wielka i spalająca go, jest dla Mansura źródłem opresji. Imponuje mu pewność siebie Zuhry, bo sam tak naprawdę nigdy nie był pewien choćby tego, kim jest naprawdę. Działa pod wpływem impulsu i to prowadzi go po równi pochyłej ku wciąż coraz większym utrapieniom.

Kto z tej trójki młodych i gniewnych Egipcjan nowych czasów dotrwa do końca ostatniego dnia roku? Kto pożegna się z życiem? Kto zabije? Czy jest możliwe szczęście w świecie, w którym tak trudno o jego definicje? I czy polityczne uwarunkowania naprawdę potrafią nas bardzo zmienić? Nadżib Mahfuz stawia pytania, nie daje odpowiedzi. „Pensjonat Miramar” jest egzystencjalną opowieścią o bólu istnienia i o tym, że człowiek przestaje wierzyć nawet samemu sobie, kiedy wokół słyszy kłamstwa i widzi, że kolejne idee okazują się zdradliwe.

To książka o byciu świadkiem zdarzeń, które trzeba przeżyć i do których trzeba się ustosunkować. Mahfuz pozostawi nas na końcu z samymi sobą, własnymi myślami. Niepokojąca, wspaniała książka. Egipska opowieść o losie, przeznaczeniu i budowaniu własnego „ja” na nowo. 

tłum. Jolanta Kozłowska i George Yacoub

Wydawnictwo Smak Słowa, 2012

2012-11-06

"Cwaniary" Sylwia Chutnik

To nie jest najlepsza książka Sylwii Chutnik. „Kieszonkowy atlas kobiet” jest nie do podrobienia, choćby znowu miały się pojawić cztery buntownicze warszawianki – tym razem każda naprawdę płci żeńskiej i każda z krwi i kości, a niektóre też z raka, siniaków po ciosach męża czy wód płodowych złożone. „Cwaniary” to książka mocna i odważna. Bezkompromisowa. Tyle tylko, że z trudnym do ustalenia przesłaniem. Warszawskie bohaterki Chutnik tym razem też będą miały swoje sprawy, ale zamiast argumentów użyją narzędzi. Jakich? „Noże, kastety, siekiery i kije. Paralizatory, proce, rurki i scyzoryki. Pięści, podkute buty, twarde czoło”. Przeciwko facetom. Dlaczego? „Za wszystko, co macie w głowach, za wszystko, co chcielibyście z nami zrobić, i jeszcze za to, że jesteście”. I ostatnie, proste na pozór pytanie z odpowiedzią autorki: czym ma być ich uliczna batalia? „Czemu te dziewczyny tak się biją? Bo chcą się zemścić. A na czym? Na życiu i na śmierci. A co chcą znaleźć? Może równoległe światy”. I tutaj już jasność cytatów się kończy, bo o ile można zrozumieć kobiecą dzikość, która domaga się zemsty, o tyle lanie facetów, a potem wojna przeciwko deweloperom razem się ze sobą nie zgrywają, wspólnego mianownika za nic nie mają i przestraszyć się można, że moc i odwaga tej prozy to tylko taka demonstracja siły jak na kibolskich „ustawkach”, kiedy to po prostu się tłucze i nie jest istotne, w imię czego i na co to.

Halina Żyleta to początkująca cmentarna wdowa w wyprasowanym dresie i ze zwracającymi uwagę tatuażami. Niedawno pochowała narzeczonego Antka, którego ktoś kiedyś pobił na śmierć, bo ten uliczny rzezimieszek zaczął walczyć w słusznej sprawie. Halina to brzemienna hejterka internetowa na niepewnym etacie, ale przede wszystkim mścicielka, której – mimo ciąży – wystarczy setka i od razu wie, jak wykorzystać swoją siłę i spryt. Nie jest jej pozbawiona także Celina Cios. Codziennie uśmiechnięta na pokaz w sklepie z ubraniami, po godzinach przybiera marsową minę, z pałką i nożem ruszając na ulice. Zdarza się jej przylać nie tylko mężczyznom, w których całe życie nieszczęśliwie się zakochiwała. Kobiecą jedność w słusznej sprawie może przerwać taka, co się dostawia nie do swojego faceta i przez to musi oberwać. Obrywa za to od męża często Stefania Karwowska, właścicielka salonu kosmetycznego. Halina i Celina pomagają jej skończyć z domową przemocą. Nie wiedzą, jaki finał będą mieć ich poczynania. Łatwo za to przewidzieć koniec czwartej kumpeli, borykającej się z nowotworem Bronki. Ta ustawiła się w życiu finansowo, ale nie przewidziała, że przed śmiercią nie ma żadnych ustawień. Postanawia zatem wyjść jej naprzeciw na swoich warunkach.

„Cwaniary” to takie memento mori dla wszystkich, którzy są przekonani, że życiowa siła przezwycięży życia kres. Nieprzypadkowo w tej opowieści utkanej z legend miejskich o chuliganicach oraz złych kamienicznikach, prolog wyraźnie osadzony jest na cmentarzu. Bródnowska nekropolia to miejsce, z którego Chutnik zabierze nas wszędzie tam, gdzie życie jest bolesne i polega na walce oraz zemście. Tymczasem w tej bardzo dynamicznej przecież prozie pojawia się coś, co każe zwolnić – choćby tempo czytania. Zemsta wyrażana za pomocą twardych narzędzi jest zemstą z jednej strony fatalną, bo nastawioną na coś, czego zwalczyć nie sposób, z drugiej jednak definiuje kobiecość. „Zemsta jest kobietą” – taki tytuł nosiła ciekawa antologia opowiadań, którą wydano przed rokiem i którą określiłem mianem „antologii zagadek”. Czymś podobnym są „Cwaniary”. Nie chodzi o to, że nagle to kobiety atakują na ulicach i że są agresywniejsze od mężczyzn. Sylwia Chutnik pochyla się nad znaczeniem słowa „zemsta” i dokonuje swoistego rozrachunku z tym pojęciem, a żywoty jej bohaterek uświadomią, iż sama nie znajduje jednej definicji, ale widzi, jak wielką siłą może ona być. Dlatego też warto poznać tę książkę i zajrzeć do niej głębiej. Bo tam naprawdę nie chodzi o to, że trzydziestolatki piorą się na ulicach, gdyż takiego mają stajla i są kontestatorkami totalnymi. Wierzę, iż nie o to chodzi. Gdyby było inaczej, musiałbym wrócić do myśli rozpoczynającej niniejsze omówienie i znowu zastanowić się nad tym, czy czas poświęcony „Cwaniarom” nie był czasem straconym.

Istotna jest także – jak w każdej książce Chutnik – kwestia języka i jego roli. Obserwujemy rzeczywistość z marginesu, jarmarczną, wulgarną i odstręczającą. W niej każdy używa języka tak, jak mu się podoba. „Teraz wszyscy piszą, jakby nie znali podstawowych zasad gramatycznych, jakby język to była taka dziwka na wynajem, co jak sobie zażyczysz, to nogę zadrze, a znowuż innym razem ci zatańczy. A język to musi być stateczny pan w meloniku albo przynajmniej zwykły człowiek z klasy średniej”. Warto zwrócić uwagę, jakim językiem Chutnik wyraża to, co trudne do wyrażenia i czy potrzebny jej melonik i klasa, aby ukazać, ile znaczeń oraz symboli kryje się w słowach pozornie prostych, a czasami nieprzyjemnie zgrzytających między zębami.

Trudno przewidzieć, jak czytelnicy przyjmą tę wyrazistą historię o tym, jak to skrzywdzone przez życie dziewczyny, które chcą dodatkowo dokopać śmierci, biorą sprawy w swoje ręce. Myślę, że Sylwia Chutnik jest nadal dość hermetycznie zamknięta w obrębie tematów i motywów, których rozwijanie zwyczajnie daje jej pisarską siłę. Nie jestem jednak do końca przekonany, że „Cwaniary” mają duży potencjał i że mówią o czymś nowym. Jeżeli tylko mają prowokować – a chcę wierzyć, że tak nie jest – rolę swoją spełniają.  Ta książka na pewno wychodzi naprzeciw nowym oczekiwaniom, bo to książka z obrazkami na dodatek. Rysowniczka Marta Zabłocka, która ubarwiła opowieść Chutnik, skłania do dodatkowych refleksji nad książką. Ważną i potrzebną czy też niosącą w sobie siłę ciosu, za którą stoi… tylko jej moc, nic więcej?

Wydawnictwo Świat Książki, 2012

2012-11-04

"Szczęściarze" Joanna Pettersson


PATRONAT MEDIALNY
Zacznę od truizmu. Każdy z nas próbuje osiągnąć szczęście, ale w gruncie rzeczy niewielu je osiąga, bo wciąż stawia sobie kolejne cele, definiując szczęście skalą posiadania, jaką wyznacza droga osiągania owych celów. Ukrywająca się pod literackim pseudonimem pisarka, Joanna Pettersson, proponuje nam książkę, w której ujawni własną wizję szczęścia i rozpisze ją na kilka definicji. Jej bohaterowie, choć ciężko doświadczani przez los i przeżywający w gruncie rzeczy dużo więcej upokorzeń niż radości, osiągają stan szczęścia na drodze zdobywania świata. Dla każdego z nich szczęście będzie czym innym, ale mimo trudności każdy je osiągnie. Pettersson proponuje nam wyborną lekturę w czasach, kiedy wszyscy tak naprawdę szczęścia pragną, a rzadko kto zdaje sobie sprawę, że można być szczęśliwym w najbardziej nawet niesprzyjających okolicznościach. Autorka bawi się tropami i konwencjami literackimi. W tle ważna historia – od rewolucji francuskiej po echa powstania listopadowego. Na przełomie XVIII i XIX wieku rozgrywa się na naszych oczach kilka pasjonujących historii rodem z powieści łotrzykowskich.

Pisarka dość przewrotnie umieszcza w tekście zapis, który jest refleksją jednego z jej bohaterów i tyczy tej powieści: „Nie jest to oczywiście całkowicie oryginalne, trochę w tym Swifta, trochę niemieckich romantyków, echa opowieści o Świętym Graalu i Pieśni o Nibelungach też się tam pałętają. Ale co to szkodzi, i tak nikt oprócz mnie tego nie przeczyta”. Ano przeczytać warto, bo choć przesycenie wątkami i nawiązaniami do historii, literatury i mitologii jest chwilami wadą tej powieści, „Szczęściarze” dostarczą nie tylko przyjemności rozwiązywania intertekstualnych zagadek i literackich tropów. To w gruncie rzeczy prosta historia opowiedziana z kilku różnych punktów widzenia. Po co? Między innymi po to, by pokazać wiele definicji szczęścia, ale przede wszystkim, by udowodnić – co już wspomniałem – że nie trzeba za nim gonić, bo czasem jest w nas samych i musimy je po prostu dostrzec.

Klamrowa kompozycja to otwarcie książki opowieścią o losach hrabiego Feliksa, który pozbawiony majątku ucieka do Hiszpanii i rozpoczyna karierę torreadora oraz zamknięcie – historia Feliksa z innego pokolenia, lekarza i naukowca, który popada w obłęd, by dopiero w innej perspektywie ujrzeć świat takim, jaki jest naprawdę, krzywdząc jednocześnie siebie i doprowadzając do tragedii. Między tymi biografiami opowieści o losach ludzi, dla których Historia nie była łaskawa, ale którzy za wszelką cenę usiłowali odnaleźć w niej swoje miejsce, a potem stabilizację i swój własny ogródek, najlepiej na łonie natury, z dala od cywilizacji. „Szczęściarze” to książka o męskiej przyjaźni, o miłości i homoseksualnym erotyzmie, o malarskim pięknie i o paradoksach wielkich przewrotów rewolucyjnych, od których trzeba uciekać. Książka o wędrówce, poznawaniu siebie i życia; o wiecznej potrzebie bycia zależnym od kogoś i o tym, jak wiele w życiu może zmienić czułość i okazanie drugiej osobie przywiązania. Także historia o tym, jak wciąż żywe mogą być tradycje pisarstwa oświeceniowego i romantycznego, w ramy których włożyć można – dzięki uwspółcześnionemu językowi, jakim posługują się bohaterowie – opowieść jak najbardziej współczesną, bo przecież symboliczną i ważną. Opowieść o szczęściu, które przychodzi zupełnie nieoczekiwanie. Mimo pożogi, śmierci, mimo tęsknoty, rozstań, chorób i społecznych uwikłań, przez które jesteśmy tacy, a nie inni. Joanna Pettersson to autorka przewrotna, bo napisała powieść o przewrotności losu. Pisarka trudna do osadzenia w jakimś kontekście, bo wciąż poza kontekst w swej narracji wychodząca. Dzięki „Szczęściarzom” możemy poznać zarówno ją samą, jak i wyraźnie zarysowane postacie z krwi i kości, które prowadzą nas przez trudne życie, z którego nieco szydzili Wolter, Diderot, Rousseau czy Swift.

Jean de Pierre – Saint to dziecko wspomnianego hrabiego Feliksa. Niekoniecznie jego własne. Podrzutek, którego hrabia najpierw chciał się pozbyć, z czasem wyrasta na człowieka żyjącego w przeświadczeniu, iż ojciec uchylił mu nieba. Bo przecież zrobił to, kiedy wreszcie zrozumiał, iż osierocone dziecko to nie balast, lecz trampolina ku nowej drodze życia, w której można być komuś potrzebnym. Jean jako dorosły mężczyzna porzuca studia prawnicze, oddając się wojskowemu życiu i rzucając w wir kampanii napoleońskiej. Kiedy w bitwie pod Somosierrą ratuje mu życie niejaki Bazil Blanchett, Jean nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo zmieni się jego życie u boku tego mężczyzny. Bo z Bazilem połączy go przyjaźń i zakazana namiętność. One będą dla obu motorem napędowym do działań. Jean nie zna przeszłości Bazila. Młodziutki paryski ulicznik zaznał wielu upokorzeń i wie, jak trudne jest życie. Swe homoseksualne skłonności uznaje za ohydne i uwłaczające mu; z drugiej strony biernie poddaje się żądzom, kupcząc ciałem i oddając je tym, którzy na nie nie zasługują. Kiedy zbliży się do niego Jean, Bazil zmieni perspektywę patrzenia na własne życie. Mężczyźni fatalni i mężczyźni szczęśliwi jednocześnie – to dwuznaczna definicja tej dwójki, przy której znajdą się też inni, poszukujący szczęścia i spełnienia. Kastor i Polluks, Ganimedes i Anioł, w końcu po trosze Kubuś Fatalista i jego pan. Obaj niespokojni i poszukujący. Obaj szczęśliwi – mimo wszystko. Obaj naznaczeni piętnem samotności, od którego nie mogą się uwolnić.

„Szczęściarze” to dość ekscentryczna opowieść o szczęśliwych ekscentrykach. Chociaż dużo, może za dużo w niej śmierci i cierpienia, jest w gruncie rzeczy historią bardzo ciepłą i urzekającą. Być może byłaby przystępniejsza, gdyby – o czym już wspomniałem – zabawa z konwencjami i tradycjami ograniczyła się np. do kilku tropów. Momentami jest to także powieść, która powtarza wciąż to, o czym zdążyliśmy się przekonać albo co zdążyliśmy poznać dużo wcześniej. Niemniej jednak – czytana różnorako – daje dużo estetycznej przyjemności i przypomina o wartościach podstawowych, o których często się zapomina, gdy przygniata nas więcej niż moglibyśmy znieść. Jean, Bazil i inni bohaterowie też książki znoszą bardzo wiele. Cierpią, ale są szczęśliwi. Jak to możliwe? Zapraszam do lektury.

Warszawska Firma Wydawnicza, 2012