2015-03-07

"Nieważkość" Julia Fiedorczuk

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 4 lutego 2015

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Oddalone

Julia Fiedorczuk napisała poetycką książkę o gorzkiej wymowie. Gdyby traktować "Nieważkość" jak kolejną historię o tym, co życie robi z ludźmi bliskimi sobie w młodości, ta narracja szłaby w stronę niebezpiecznej sztampy i trudno byłoby się jej wyróżnić. Tymczasem niespodzianka jest duża, bo po pierwsze - Fiedorczuk zbliża nas do swych bohaterek tylko na odpowiednią odległość i dystans ten uzasadnia potem rozwiązaniami fabularnymi, po drugie zaś - jest to książka tak wielu niedopowiedzeń, że nie można być pewnym ani jednego opisu bliskości, ani jednego opisu skrytego lub jawnego okrucieństwa. "Nieważkość" pozostawia nas w sferze domysłów. Byty opisywanych kobiet osadzone są mocno w rzeczywistości, ale my jesteśmy przy nich efemeryczni. Bo w tej tajemniczej opowieści ważne są znaki i sygnały oraz wszystko to, co Zuzanna, Helena i Ewa zamknęły w sobie, gdy rodzice z takim, a nie innym bagażem doświadczeń wyprawili je w świat, zmuszając do trzech nierównych startów i trzech dróg, na których wstyd, upokorzenia i braki rekompensowane były na tyle, na ile pozwalały na to okoliczności życiowe. Poszły w świat dodatkowo obarczone tragedią Mirka - nadwrażliwego chłopaka, który nie chciał dorosnąć i nie chciał być wyprawiony w drogę, po której ruszyły jego koleżanki.

Zuzanna obecnie nie sięga myślami zbyt daleko wstecz. Jej pamięć jest nieuporządkowana, a wszystko to, co przeżywa aktualnie, stara się zawrzeć w rysunkach, bo rysowanie zawsze było jej bliskie. Zuzanna jest samotną kobietą sukcesu. Taką, która musi sobie organizować piątkowy wieczór w towarzystwie sera, oliwek i wina. Dobrego wina. To, co dobre, pożegnało się z nią już na zawsze. To były lekcje miłości i jedna gorzka lekcja odrzucenia. To też wspomnienia ze świata, w którym zbudowały się przed laty jakieś bliższe więzi, ale ówczesne koleżanki są gdzieś daleko i tego dystansu już się nie zmniejszy. Zuzanna zna wiele języków obcych, ale nie zna języka samej siebie. Walczy o sprawy prozaiczne - chce schudnąć, stać się młodsza, odespać stres. Wyruszając w podróż służbową do Grecji, nieświadoma jest bodźców i impulsów, które ożywią w niej czas przeszły. Ten, gdy prawdziwe życie toczyło się wokół, a nie na kartkach zapełnianych kształtami.

Życie Heleny ma bardzo wyraźne kształty i jest niezwykle uporządkowane, choć to pewien niepokój każe bohaterce budzić się każdego poranka, zanim zadzwoni budzik. Helena nieustannie planuje wszystko to, czego nie może zrealizować. Wciąż w bliskości śmierci aktualnie mierzy się z odchodzeniem matki. Helena walczy z kurzem i z pamięcią. Utknęła w miejscu, zasadziła się w czymś bezpiecznym, nie musi powracać do minionych lat ani wybiegać myślą w przyszłość. To ona weszła przed laty w bliską relację z nieszczęśliwym Mirkiem i to na nią spada odium tragicznych wydarzeń...

Ewa natomiast nie bierze niczego serio, bo tak naprawdę nigdy nie brała i nieważko czuła się już na gałęzi jarzębiny w młodości, kiedy każdy śmiał się z jej głupiej matki, z jej biedy i bezradności, smrodu i braku jakiejkolwiek refleksji nad sobą. Ewa widzi i czuje zdecydowanie więcej, niż inni myślą. Opuszcza miejsce, do którego przynależy, by potem rozpocząć odyseję bezdomnej. Takiej, która również ma pewne wspomnienia, ale do nich nie wróci z innych powodów niż Zuzanna czy Helena.

Kobiety Fiedorczuk rozeszły się bez dramatów. Trudno orzec, czy wtedy, kiedy zaginął Mirek, były sobie w jakikolwiek sposób bliskie. Pewna więź pozostała, ale to tylko jeden ze śladów, który autorka podsuwa nam do przemyślenia. Najważniejsze w "Nieważkości" jest to, co niewypowiedziane. To, co kryją w sobie umysły kobiet i czego one same nigdy sobie nie powiedzą, bo nie ma już czasu wspólnego, nie ma żadnej wspólnej przestrzeni; pozostały ślady po okrutnych zachowaniach i po okrucieństwie ujawniającym się dopiero po latach. Tak jak po latach Zuzanna wyciąga naukę z nietrafionych lekcji miłości z profesorem rysunku.

Która z kobiet Fiedorczuk została królową życia, a która żyje w gniewie ciągłej utraty? Co ma być wspólnego, a co dramatycznie osobnego w losach bohaterek, do których wnętrza nie mamy pełnego dostępu? Ta książka ukazuje dramat przebywania być może nie tam, gdzie chciałoby się przebywać, i tęsknoty za czymś, co mogłoby się wydarzyć, ale nie było w życiu takiego momentu, by właściwie wybrać. Drugie pokolenie kobiet umiejscowionych w różnych życiowych scenariuszach jest tu równie istotne, co same bohaterki. Cierpiący rodzice, rodzinne dylematy, skryte przed dziećmi kłótnie albo kompletna beztroska - jak w przypadku Łysej Marii, matki Ewki, miejskiej wariatki odrzucającej wszystko na rzecz własnej nieograniczonej wolności.

Julia Fiedorczuk poetycko kreśli stany i nastroje, w których jej kobiety starają się zrozumieć swoje decyzje oraz wyjaśnić sobie, dlaczego dzisiaj znalazły się tutaj, gdzie są. Każda z nich na pewnym etapie życia chciała się od czegoś odciąć. Wszystkie trzy wyrzekają się dawnej znajomości, każda w nieco inny sposób. Żadnej nie będzie dane opowiedzieć swego życia, a tym bardziej przeprosić za błędy lub objąć rozumem okrucieństwo życia, okrucieństwo ich samych. Wszystkie trzy dryfują po powierzchni życia, pozostawione są z tajemnicami i bólem, z tęsknotami i wyrzutami sumienia. To niebywałe, w jak kameralny sposób Fiedorczuk opisuje dramaty mogące brzmieć donośnie jak w epopei. Bo każde życie uczy akceptować siebie, lecz nie w każdym można zaakceptować zmiany. "Nieważkość" to taka książka, która otwiera nam na chwilę drogę do rozgoryczenia i smutku swoich bohaterek, ale wymaga także uważności oraz wnikliwości, bo za moment pozostaniemy sami i bez zrozumienia. Tak jak kobiety, które nie są w stanie zrozumieć, kim się stały i ile z życiowych decyzji zawdzięczają jedynie sobie.

2015-03-05

"Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro" Karolina Domagalska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 lutego 2015

Liczba stron: 208

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Alternatywy, by pokochać

Zaskakująca może być świadomość, że jest się jednym z pięćdziesięciorga rodzeństwa, prawda? A bycie ojcem setki dzieci? Tak, to możliwe. To in vitro, nowy oręż medycyny dla tych wszystkich, którzy z różnych powodów nie mogą doczekać się potomka poczętego w sposób tradycyjny, na drodze aktu seksualnego. Reportaż Karoliny Domagalskiej wraz ze swoimi tezami i sugestiami nakreśla zarys nowych czasów, w których tradycyjna rodzina nie jest już czymś oczywistym i gdy późne macierzyństwo to coraz częstsza praktyka - głównie tych kobiet, które z różnych względów nie decydują się na dziecko wcześniej i nie mogą go powić później, gdy czują, że to właściwy moment. Nowe czasy to także coraz częstsze odchodzenie od idei macierzyństwa i przekonanie, iż posiadania dziecka niekoniecznie jest życiowym celem. Obok kobiet i mężczyzn, którzy świadomie nie chcą zostać rodzicami, znajduje się grupa zdesperowanych i cierpiących. Gotowych na wszelkie poświęcenia dla potomka będącego priorytetem.

"Nie przeproszę, że urodziłam" prowadzi nas przez skomplikowany świat przeżyć tych wszystkich, którzy zdecydowali się na zapłodnienie in vitro. Wychodząc od medycznej historii, autorka ujawnia rozmowy z ludźmi odpowiedzialnymi za działania w obrębie medycyny reprodukcyjnej oraz śledzi trudne często losy tych, dla których staranie o dziecko to nieustający bój, hormonalne wojny, niepewność i zatroskanie oraz dylematy, z jakimi mierzy się każdy człowiek świadomy tego, iż dziecko powstanie w zupełnie inny sposób. Ten sposób zostawia ślad już w komórce jajowej, potem w macicy, następnie w całym życiu. Zwłaszcza wtedy, gdy dziecko chce poznać swą tożsamość, a musi pogodzić się z faktem, że zostało pozbawione jednej gałęzi drzewa genealogicznego.

Domagalska sporo podróżuje, zbierając materiały do książki. Zwraca uwagę, że ta metoda leczenia bezpłodności jest wciąż nowa i mocno kontrowersyjna. Pierwsze dziecko powołane do życia metodą in vitro urodziło się w 1978 roku, pierwsze takie polskie - dziewięć lat później. Czas mija, zmienia się zapatrywanie, coraz częściej widzi się w in vitro przyszłość i spełnienie dla wszystkich cierpiących z powodu bezdzietności. Karolina Domagalska odwiedza Danię, Izrael czy Ukrainę, a wszystko w konkretnym celu - by zarysować złożoną problematykę zjawiska i pokazać, co czują szczęśliwi rodzice, na zawsze jednak naznaczeni przez niepewność tego, o co ich dziecko zapyta w przyszłości.

W Danii można sobie wybrać tatę niczym produkt z katalogu. To tam zatrzymujemy się na dłużej i zastanawiamy nad kondycją dawcy, który może zdecydować o swojej anonimowości. Dawcy spermy deklarują, że ich przyszłe dzieci mogą wyruszyć na poszukiwania ojca, kiedy tylko staną się pełnoletnie. Domagalska dotyka w rozmowach drażliwego tematu związanego z tym, w jaki sposób i czy w ogóle informować potomka o sposobie jego poczęcia. Rola ojca nazywanego bezpieczniej dawcą też nie jest do końca sprecyzowana. Ten, który decyduje się na jawność swoich danych, może oczekiwać w przyszłości na kontakt bardzo licznej grupy ludzi albo też takiego kontaktu się nie doczeka. Rozmówcy Domagalskiej wyraźnie sprzeciwiają się mitowi mówiącemu o tym, iż brak ojca bardzo krzywdzi dziecko. W jednym z cytowanych maili pojawia się następująca konstatacja: "Ojciec to nie tylko społeczna konstrukcja, to też genetyka". Opisywane są modele rodzin, w których bezpłodny ojciec nie czuje się kimś gorszym. Poznamy też historię teścia obdarzającego synową nasieniem, ponieważ jego syn nie mógł przyczynić się do powstania nowego życia. Genotyp a ojcostwo - nad tym także rozmyślają bohaterowie reportażu. Zwracają uwagę na wiele bolesnych konsekwencji braku informowania dzieci o tym, w jaki sposób powstały.

Sam problem dziecka z in vitro też jawi się w kilku różnych od siebie sytuacjach. Przeciwnicy tej formy zapładniania utrzymują, że to proces projektowania dziecka i wybierania sobie dogodnego czasu na macierzyństwo, co w gruncie rzeczy prowadzi do tego, iż granice ingerencji w ludzkie komórki rozrodcze wciąż się przesuwają. Karolina Domagalska pokazuje, jakim zbawieniem mogą być możliwości medycyny reprodukcyjnej dla wszystkich tych kobiet, które mimo splotu nieszczęśliwych wypadków nadal uważają macierzyństwo za priorytet. A przecież jest ono sprawą nadrzędną dla ludzkości, więc dlaczego znane i opracowane możliwości nie mogą w tym pomagać?

Kiedy chęć posiadania dziecka wydaje się nie do zwalczenia, coraz więcej bezpłodnych kobiet i mężczyzn rozważa opcje, dla których w Polsce nie ma aż takiego przyzwolenia społecznego jak choćby na zachodzie Europy. Ważna jest zatem polska publikacja, która w swej dyskrecji niczego tak naprawdę nie sugeruje, tezy zaznacza bardzo delikatnie, wnioskowanie pozostawia w dużej mierze czytającym. "Nie przeproszę, że urodziłam" to solidne kompendium o in vitro. Wkraczające w codzienność wielu wątpliwości, bo przecież dzieci mogą zadawać w przyszłości pytania, których nie stawiały sobie ich matki. Domagalska wplata w reportaż dramatyczne relacje ze zmagań obojga nieszczęśliwych rodziców. To nie jest tak, że płaci się za odpowiednie zabiegi, i ma się "zaprojektowane" dziecko. To dziecko powstaje nieco inną drogą, ale potem, po latach okupionych poświęceniem, może być naprawdę kochane i szczęśliwe także w związkach rodziców jednopłciowych, którym duże udogodnienia w macierzyństwie oferuje na przykład Izrael.

Czasy są zmienne, a te dzisiejsze nastrajają do smutnych refleksji o tym, że mimo wielu udogodnień jest nam w zasadzie coraz trudniej w ramach dnia codziennego. Karolina Domagalska pokazuje, jak mocno zawężają się te ramy dla samotnych kobiet, smutnych małżeństw bezdzietnych, dla czujących gorycz związków gejów i lesbijek oraz dla wszystkich tych, dla których macierzyństwo jest stanem, o jaki trzeba powalczyć. Czasami miesiącami, czasami przez lata. Dumne mamy po zapłodnieniu in vitro nie będą się wstydzić za to, że dały życie w niekonwencjonalny sposób. Ten reportaż ma kreślić coraz szersze dziś granice pojęcia rodzica i odpowiedzialności za własne dziecko.

2015-03-03

"Atlas: Doppelganger" Dominika Słowik

Wydawca: Znak

Data wydania: 5 marca 2015

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Mapy wspomnień

Przy sporym niedoborze ciekawych debiutów ma się od pewnego czasu nadzieję na to, iż każdy kolejny będzie prezentować sobą po prostu coś nowego, nawet jeśli niekoniecznie odkrywczego. Świetnie jest poznawać takie książki jak "Atlas: Doppelganger". Takie, które zwodzą w bardzo inteligentny sposób. Kreślą wyraźne historie i stawiają w niemym zdumieniu przed mnogością ich znaczenia. Niewielu przyzna się do tego, że jego małą ojczyzną jest zwyczajne blokowisko. Dominika Słowik z tego miejsca wyrusza w podróż, której sensem jest zapamiętywanie, gromadzenie, ale przede wszystkim zatrzymanie w słowie tych właściwości, dla jakich nie ma już miejsca, bo stanowią o świecie z wielkim trudem pożegnanym. Rzecz jest interesująca, choć wcale nie nowatorska. Wszak historie lokalne wyprawiła w świat już Joanna Bator, dla której wałbrzyska Piaskowa Góra była punktem wyjścia i zamknięcia niezwykłych opowieści. Słowik nazywa rzeczy po swojemu. Niekiedy złośliwie w nadmiarze, innym razem ironicznie w sposób dyskusyjny. Daje nam mimo wszystko przyjemność poszukiwania tropów gdzieś między słowami. Kreśli mapy myśli i mapy wspomnień oraz przede wszystkim własną mapę miejsca, z którego narracje kradniemy jak z górnej półki Dziadka skrywającego tam swoje największe sekrety.

Poznajmy rzeczywistość, której ram nie możemy być pewni. To świat osiedlowych plotek, legend i prostych opowieści skrytych w cieniu podziemnego potwora z wszędobylskimi mackami, czyli kopalni dźwigającej na sobie azbestowe bloki. To miejsce nadzwyczaj pospolite i niebywale wieloznaczne. Historie czasami się podgląda, czasami podsłuchuje przez cienkie ściany, czasem samemu tworzy, nazywa i łączy z innymi osiedlowymi opowieściami. Gdzie jesteśmy? Tam słucha się całym sobą, a nawet w dwójnasób, bo z mrocznym bliźniakiem, po którym zostają tylko mgliste wspomnienia. To świat wiekowego Demiurga, górnika i marynarza jednocześnie. Świat morskich opowieści i kopalnianej sadzy. Miejsce, gdzie złodzieje przesuwają bloki, a przygody mają sens tylko wtedy, gdy balansują między tym, co realne a tym, co metafizycznie niecodzienne.

Dominika Słowik podejmuje trud opowieści o miejscu tak bardzo niejednoznacznym i tak bardzo jej bliskim, że stwarza wrażenie tworzenia czasu na nowo. Bo czas przeszły stanie się nim tylko wtedy, kiedy na to pozwolimy. "Atlas: Doppelganger" jest historią pewnej mikroperspektywy, skąd wyłania się obraz nieustannej walki o własną tożsamość na przekór upływowi czasu, który chce odebrać ważność temu, kim się staliśmy. Ta książka opowiada o tym, jak trudno ruszyć w podróż z miejsca, z którego nigdy się nie wydobędziemy. Jest fantazją o zapominaniu, wspomnieniach oraz o możliwościach, jakie daje jedno i drugie. Słowik szuka odpowiednich środków wyrazu, by wyrazić miejsce sobie właściwe. Posługuje się figurą Dziadka i zbliżając nas do niego, jednocześnie oddala od widma kogoś, kto już przecież nie istnieje.

Wizyjność i  morze nie zawsze trafnych metafor idą w parze z punktowanymi wręcz wulgaryzmami, które chwilami bawią, chwilami wyznaczają specyficzne punkty ciężkości tej prozy. Bywa też, że irytują. Opowieści jest kilka. Każda z nich bezpośrednio lub pośrednio związana z postacią Dziadka. Jemu ufa się całkowicie i jemu wierzy bez zastrzeżeń - nawet wówczas, gdy ewidentnie konfabuluje, a robi to po to, by uciec w głąb siebie. Dziadek jest figurą wszechobecną i jednocześnie wielce niejednoznaczną. Tak jak Anna, rzekoma przyjaciółka narratorki. Podąża się za zasłuchanymi w Dziadka dziewczętami i widzi wielki labirynt. Każda nowa historia to potencjalna droga ku wydostaniu się z niego. Ale stopień zawikłania tej narracji jest jak blokowisko, z którego wyrasta. Mroczne, posępne, z jednej strony całkowicie oswojone, z drugiej kompletnie nieznane, bo wciąż ukazujące jakieś inne przestrzenie. Pojawia się też opowieść z czasu przyszłego, w którym przybysz znikąd wertuje pisane ślady po tych, co zamieszkiwali wymarłe już osiedle. Ale to już chyba inna, osobna historia.

Celem opowiadającej jest przejęcie pewnej dziadkowej spuścizny. Tego, co pozostawił, opowiadając o światach alternatywnych. Kwestionował każdy ład, nie wierzył w kształt Ziemi, nie ufał ludziom i niemiłosiernie drwił z ich przywiązania do zasad i konwenansów. Sam stawał się przezroczysty. Był wyrazicielem osiedlowych mądrości, na jakie nie byli w stanie zdobyć się inni w okolicy. Był Kreatorem i jednocześnie dokonywał destrukcji. Gdzie jest teraz i co po nim zostało?

Dominika Słowik opowiada o tęsknotach. Nie tylko tych wyrażonych wprost, gdy snuje opowieści o dziecięcych wyzwaniach typu przebieżka po autostradzie czy wkraczanie w przestrzeń cudzych mieszkań. Mamy tutaj do czynienia z dość oryginalną formą uwalniania wspomnień po to tylko, by wraz z nimi wracać jednocześnie do miejsca pochodzenia, i zabierać to miejsce w podróż ku czemuś nieznanemu. "Atlas: Doppelganger" jest opowieścią o nieumiejętnym, lecz zdeterminowanym żądzą poznania odkrywaniu coraz to nowych map. Także tych mentalnych. Autorka umieszcza siebie wewnątrz cudzych opowieści, jest zasłuchana w gawędę, baśń, brutalne groteskowe narracje i w czyjś gniew, który wyraża się w słowach i zachowaniu. Jest w środku tego, z czego wyrosła, ale już na zewnątrz świata, dla którego nie ma definicji i nie ma ram.

To odważna opowieść o przekraczaniu granic poznania świata najbliższego. O udręce separacji. Bo miejsce, w które wrośliśmy, zabieramy ze sobą na zawsze w podróż. Kiedy jesteśmy zagubieni, nazywamy je domem. Kiedy poszukujemy - jak Dominika Słowik - pozostaje nam tylko wydobyć z niego opowieści, które oparły się upływowi czasu.

2015-03-01

"Hiob. Powieść o człowieku prostym" Joseph Roth

Wydawca: Austeria

Data wydania: 6 lutego 2015

Liczba stron: 202

Tłumacz: Józef Wittlin

Oprawa: miękka

Cena det.: 40 zł

Tytuł recenzji: Wędrówka i straty

Wydawnictwo Austeria wznowiło właśnie ważne książki Josepha Rotha. Obok "Krypty kapucynów", "Marsza Radetzky'ego", "Fałszywej wagi" i publikacji złożonej ze wspomnień o pisarzu ukazuje się także w nowej, fioletowej oprawie historia wydana po raz pierwszy w 1930 roku. Dzisiaj aktualna o tyle, że wymusza pewne nowe odczytania. "Hiob. Powieść o człowieku prostym" jest alegoryczną narracją o utratach, buncie, śladach boskiej ingerencji w naszym życiu i o przypadku, dla którego można znaleźć wyjaśnienia w głębokiej wierze albo tej wiary negacji. Roth stworzył powieść, w której na nowo odczytuje biblijne dzieje Hioba. W losach żydowskiego bohatera zawiera własną wykładnię znanej opowieści, ale także jej uzupełnienia. Bo Mendel Singer, dwudziestowieczny Hiob, to człowiek uwarunkowany Historią, na którą nie ma wpływu, oraz doświadczany w wyniku podejmowania konkretnych decyzji. Roth pisze o ludzkiej samotności, wyobcowaniu i rozpaczliwym pragnieniu kontaktu z czymś, co wyrasta spoza ziemi, czasów i uwarunkowań. To intymna, smutna historia dialogu z Nieobecnym i silnej wiary, która porządkuje czas tak bardzo chaotyczny i przesycony wciąż nowymi stratami.

Mendel Singer wiedzie proste życie nauczyciela na prowincji. Codziennie uczy odczytywania świętych pism, ale sam niewiele w nich dostrzega, bo skupia się na treściach i przekazach dla niego oczywistych, niewymagających głębszej analizy. Singer nie waży złota, nie liczy banknotów, nie zajmuje się handlem, nie prowadzi w żaden sposób aktywnego życia. Jego żona Debora wytyka mu brak umiejętności chwytania z życia tego, co najlepsze. Rosną pretensje i roszczenia, z którymi Mendel nie jest w stanie sobie poradzić. To nie jest człowiek, któremu podejmowanie życiowych decyzji i wychodzenie życiu naprzeciw przychodzi z jakąś ludzką naturalnością, jak być może większości takich jak on. Singer wiedzie życie samotnika, do którego świat zewnętrzny prawie nie ma dostępu. Bohater Rotha emigrując w głąb siebie, stawia sobie niewielkie wymagania, a najważniejsze z nich jest takie, by nigdy nie skalać czystego sumienia, nigdy nie wpędzić duszy w poczucie winy i strachu.

Tymczasem wszystko wokół się zmienia, choć Mendel Singer świat widziałby tylko przez pryzmat swoich psalmów i modlitw. Dorastają jego dzieci. Jonasz i Szemaria mają być wcieleni do wojska. Miriam oddala się od rodziny, znajdując ukojenie w przypadkowych męskich ramionach. Najmłodszy syn, Menuchim, jest brzemieniem i źródłem pierwszych pytań o cel Boga, który obarcza skromną i wierzącą rodzinę tak wielkim ciężarem jak chore dziecko. Debora stara się brać sprawy w swoje ręce. Wie, że na męża nie może liczyć, jest mu coraz bardziej daleka, sama usiłuje sprostać coraz trudniejszym życiowym wymaganiom. Jeden z synów uniknie wojska, znajdując swoje miejsce w dalekiej Ameryce. Cała rodzina stanie przed nowym wyzwaniem. Czas będzie ruszyć w drogę, porzucić prowincjonalny Zuchnów, wybrać inny model życia i wierzyć, że podjęta decyzja jest słuszna.

Jeden z bohaterów powieści pyta i odpowiada sam sobie. "Czego wy zawsze włóczycie się po świecie? Diabeł was wygania". Podróż za ocean wzbudza wiele wątpliwości, ale rodzina konsekwentnie realizuje swój emigracyjny plan. W Zuchnowie pozostaje Menuchim. Kaleki wyrzut sumienia, dla którego rodzina nie znajdzie miejsca w zaplanowanym amerykańskim życiu. Porzucenie dziecka to stygmat, z jakim Singer i Debora mierzą się w inny sposób. Z czasem będzie docierać do nich ciężar podjętej decyzji i w nowym świecie pojawią się też wątpliwości. Podjęte decyzje przestaną być słuszne, a nowe życie przyniesie wiele gorzkich rozczarowań.

Opowieść o prowincjonalnym Żydzie, który świadomie zdecydował się, by żyć na marginesie, przeradza się w epicką historię podążania w stronę rzekomo lepszej rzeczywistości. Bohaterowie Rotha zostają rzuceni w otchłań, której kształtów ani zamiarów względem nich nie są w stanie przewidzieć. Czy jest to maleńki Zuchnów, czy też głośny Nowy Jork - Mendel Singer coraz bardziej zapada się w sobie, traci kontakt z rzeczywistością, gubi się także w swych rozmyślaniach, a największym jego dramatem jest oddalanie się od wiary i od Boga. Tego Boga, który wszystkim kieruje, każdemu przyznaje jego rolę, dzieli i wznieca namiętności, a poprzez trudy i utraty poddaje okrutnym próbom. Dla Singera amerykański etap życia to już swoista kara za decyzje, jakie zapadły w Europie. Bohater słabnie w każdym możliwym sensie i w tej słabości rodzi się bunt. Joseph Roth ukazuje, jak wielka jest skala rozpadu rodzinnego domu w chwili, gdy Singerowie przemierzają ocean i naiwnie wierzą w nowe życie, gdzieś z dala od europejskiej wojny. "Hiob" obrazuje anatomię utrat i dramaturgię przeżywania niezgody na cierpienie. Wyraźnie zaakcentowane są trzy mentalne pożegnania z synami. Z każdym Mendel Singer żegna się inaczej. Jest gotowy ponieść osobiste straty, jeżeli zrozumie ich istotę. W pięknej i wesołej Ameryce cierpi już z powodu osamotnienia oraz braku celu w życiu. Cierpi i zaczyna wygrażać Bogu. Czuje, że doświadczył zbyt wiele złego - on i jego rodzina.

Roth buduje opowieść o bezradności i przeznaczeniu, by ukazać złożoność problematyki życiowych utrat. Debora zdaje sobie sprawę z tego, że ślepa wiara w boskie wyroki to za mało. Żona Singera wie, iż trzeba często wziąć los w swoje ręce i pomóc temu, który być może tylko obserwuje; nie ingeruje, bo nie ma takiego zamiaru. Czy Mendel Singer w obliczu dramatycznych życiowych zdarzeń jest w stanie zachować czystość sumienia i niewinność duszy? Jak wiele upokorzenia przeżyje ta dusza, zrozpaczona ogromem strat i cierpienia, ale przede wszystkim nieznośnie samotna gdzieś obok Boga? Joseph Roth prowokuje do rozmyślań o ludzkim losie pośród znaków, które trzeba umieć interpretować. Co dzieje się przypadkiem, a co jest celowe? Ile cierpienia jest zasłużone, ile można uniknąć? "Hiob. Powieść o człowieku prostym" to wiecznie aktualna rozprawa z człowieczeństwem, które wciąż na nowo i wciąż w innej postaci chce szukać Absolutu, by wyjaśniać źródła życiowych niepowodzeń i dramatów.

2015-02-27

"Pozdrowienia z Noworosji" Paweł Pieniążek

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 30 stycznia 2015

Liczba stron: 205

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Mglista anatomia wojny

W zalewie informacji oraz komentarzy dotyczących dramatycznej sytuacji na Ukrainie brakuje nam prawdziwych świadectw - nie tych tworzonych w spokoju  domowego zacisza, z tezą odpowiadającą tym mediom, które zdecydują się wywody opublikować. Oto książka młodego reportera, który z dużą sumiennością opisał kilka miesięcy ukraińskiego konfliktu przez pryzmat własnych doświadczeń, wysłuchanych rozmów, podglądanych zdarzeń i niezrozumiałych dla niego sytuacji, dla których brak zrozumienia także tam, gdzie wojna toczy się z największym zapałem. Paweł Pieniążek wie, o czym pisze i jest mocno w to pisanie zaangażowany. Zrezygnował z promocji swojej książki, by ponownie udać się do Donbasu. Być w centrum wojennego konfliktu i umieć go nazywać - to niewątpliwie sztuka podwójna i by jej sprostać, trzeba mieć także pewne predyspozycje. Tym bardziej że bierze się udział często w bratobójczej masakrze. Walczą ze sobą ci, którzy do niedawna byli sobie w stanie wiele wybaczać i równie wiele zrozumieć. Stali się dla siebie wrogami tylko przez nazwanie.

W "Pozdrowieniach z Noworosji" Pieniążek opisuje liczne absurdy tej wojny. Ukazuje konflikt nawet z groteskowej strony. Bada mechanizmy wpływające na to, że działania agresywne tak szybko się eskalują i ukazuje impulsy nasilające antagonizmy. Zbyt wiele może komentuje i nazbyt często sugeruje wnioski jak choćby w przypadku dopisku o tym, co wynika dla Ukrainy z faktu, iż na pewnym etapie nie dopilnowała wschodniej granicy z Rosją. Być może dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że układ sił to ciągle jakaś zmienna. Walczący zmieniają fronty, poglądy, zapatrywania, działają chaotycznie. Daleko nam do pełnego zrozumienia tego, co się obecnie dzieje na Ukrainie, ale jedno jest pewne i to akurat ważny komentarz Pieniążka, który warto przytoczyć: "Jeszcze żaden podział na Ukrainie nie wstrząsnął tak mocno społeczeństwem jak obecny konflikt". Skutki tego wstrząsu mogą być nieprzewidywalne. Już teraz można zadać sobie pytanie o to, czy regiony w ogniu wojny, które walczą o suwerenność, mają jakąkolwiek koncepcję, jakikolwiek najmniejszy plan na to, co zrobić ze sobą po wojnie. Przede wszystkim pojawia się pytanie o to, kto odbuduje zniszczone tereny i co konstruktywnego ma w ich granicach zaistnieć, gdy - chce się wierzyć - konflikt kiedyś się zakończy...

Tytułowa Noworosja to pojęcie z XVIII wieku, które na długo zniknęło ze świadomości, by pojawić się niespodziewanie właśnie teraz, razem z detonacjami na froncie. Geograficznie Noworosję kreślić ma osiem ukraińskich obwodów. Jak wiemy, tylko dwa pogrążyły się w regularnej wojnie. Paweł Pieniążek przygląda się temu, jak to się stało, że pozostałe sześć unika konfliktu i pilnuje, by jakiekolwiek jego objawy dusić w zarodku. To czasem jest tak, że ledwie kilkanaście kilometrów dzieli w jednym kraju miejsce spokojne, miejsce normalnego życia od piekła, jakie gotują sobie sami wszyscy ci, którzy na pewnym etapie swojej buntowniczej działalności zagubili się wśród tez, teorii i priorytetów. Bo wojna w Donbasie to czas grozy i niedopowiedzeń. Mieszkańcy ostrzeliwanych miast czasami gubią się w tym, kto im to robi - swoi czy wrogowie. Regiony w ogniu zdają się nie mieć żadnego planu na przyszłość, bo o przyszłości nie myślą także ich mieszkańcy. Pieniążek zwraca uwagę nie tylko na agresję, apodyktyczność i żądzę niszczenia innych, ale także na coś, co posiada równie silną destrukcyjną moc - na obojętność ludzką wobec rozgrywających się zdarzeń.

Nie można mieć pretensji do ludzi w Donbasie, że chcieliby ten konflikt widzieć gdzieś poza sobą. Nie można mieć pretensji o proste pragnienia w obliczu wojny - spokojne życie, które kiedyś się wiodło. A Donbas był długie lata na swój sposób spokojny, bo ludzie tam przyzwyczajeni byli w swych postindustrialnych miastach i miasteczkach do żywota zwyczajnego, bez większych pretensji, w podporządkowaniu rodem z sowieckiego systemu. Teraz ci wszyscy ludzie muszą się za czymś opowiadać, przyjmować jakieś stanowisko, obserwować nieustannie wrogów i zwolenników, patrzeć na świat zmieniający swe polityczne i ideologiczne ramy nadzwyczaj często. Tam, gdzie przebywa Pieniążek, racji jest tyle, ilu wypowiadających się o nich. Jak opowiedzieć się za jedną z nich, która jest racją najważniejszą?

Bierność, zachowawczość i nieufność to trzy cechy człowieka ze wschodu Ukrainy, które dla Pawła Pieniążka są być może dowodami na to, iż zaogniony już konflikt można ciągnąć w nieskończoność, bo cierpiąca ziemia i jej mieszkańcy podporządkują się każdemu zarządzeniu, każdemu prawu. Czy tak jest do końca? Niewątpliwie mnoży się dużo pytań, kiedy czytamy te gorące relacje, które zamykają się w październiku ubiegłego roku, i prawdopodobnie tylko dzięki solidnej redakcji Kingi Dunin tak szybko trafiają do nas w postaci gotowej, uporządkowanej książki. Pieniążek stara się przede wszystkim ukazywać konsekwencje wojny. To, że doprowadziła ona do katastrofy humanitarnej, potwornych zniszczeń i niewyobrażalnie wielkich okaleczeń - fizycznych wśród tych, którzy przeżyli spotkanie z odłamkami pocisków, i psychicznych pośród wszystkich słyszących nad głowami złowrogi świst. Do niego można się już przyzwyczaić, co widać w poruszającym wstępie do książki. Odnosi się wrażenie, że wojna została w pewien sposób usankcjonowana jako coś, co się wydarzyło, dzieje i być może będzie dziać. To przekonanie pobrzmiewa czasem w ustach rozmówców Pawła Pieniążka. Dla niego zbyt wiele i nazbyt często jest po prostu niezrozumiałe.

"Pozdrowienia z Noworosji" to wędrówka po mieście wygłodniałych, po polu zwłok pasażerów zestrzelonego malezyjskiego boeinga, po ulicach opustoszałego Doniecka i po śladach tych, którzy eskalują konflikt, mnożą sytuacje pełne napięcia i gubią się w swych własnych działaniach, bo przecież na tym froncie nierzadko można się pomylić co do definicji wroga czy zagrożenia. Paweł Pieniążek opowiada nam swoją historię wojny na Ukrainie. Wojny, w której silnym orężem jest kwestia języka, narodowości lub przekonania o własnej tożsamości, do której dorabia się ideologię. Od każdego z nas zależy, jak tę historię przyjmiemy, jak przyswoimy i jakie wyciągniemy wnioski. Chciałoby się, żeby książki takie jak ta po prostu nie powstawały...

2015-02-25

"Gdybym wiedział. Rozmowy z Ryszardem Krynickim"

Wydawca: Biuro Literackie

Data wydania: 15 grudnia 2014

Liczba stron: 266

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Poznawanie poety

Od wierszy Nowej Fali dyskredytowanych dzisiaj częściowo przez nadanie im jedynie znamienia politycznego po ascetyczne haiku wydane dość niedawno. Droga poetycka, droga twórcza i wędrówka ze słowem, które ważone było niezwykle często - to całe intensywne życie Ryszarda Krynickiego, twórcy znanego z długich okresów milczenia, poety intymnego i w dużej mierze osobnego. Publikacja w opracowaniu Anny Krzywani to dość niezwykłe spotkanie z człowiekiem, którego krępuje omawianie własnej twórczości i który z dużym dystansem oraz pewną nieufnością nazywa siebie poetą. Dwadzieścia siedem rozmów z Ryszardem Krynickim odsłania go i prezentuje w szerszym kontekście. Wywiadom być może brak datowania, bo wówczas lepiej rozumiałoby się tę wędrówkę po życiorysie twórcy. "Gdybym wiedział" to jednak wyraźne świadectwo istnienia, odczuwania, rozumienia świata i wiecznej drogi poszukiwań swego miejsca wraz z tożsamością, do których - ze względu na jej intymność - nie zawsze jako czytelnicy mieliśmy i mamy dostęp.

Zaskakujące jest to, jak za każdym razem inaczej Ryszard Krynicki odpowiada na powtarzające się pytania o Nową Falę, istotę własnej twórczości, kondycję współczesnego języka poetyckiego czy działalność związaną z przekładami poezji lub prowadzeniem wydawnictwa. Nie ma tu powtórzeń w sensie ścisłym, bo kwestie te są za każdym razem omawiane w sposób odmienny. To nie tylko związki rozmówcy z pytającymi oraz różny stopień ich dociekliwości świadczą o różnorodności wywiadów z tej publikacji. Myślę, że to za każdym razem i przy każdej nowej okazji inna zaduma nad sprawami już raz przemyślanymi, ale domagającymi się wciąż nowych wniosków, być może uzasadnień; rodzącymi nowe wątpliwości i zmuszającymi do poszukiwania nowych odpowiedzi. Ryszard Krynicki jawi się w tych rozmowach jako poeta świadomy własnych ograniczeń oraz poeta wysoce dyskretny. Nieśmiało potwierdzający ważność swoich wierszy i jednocześnie śmiało mówiący o sprawach ostatecznych, z powodu których wiele z tych wierszy powstawało.

W dwugłosie z Marcinem Świetlickim pojawia się wyraźne rozróżnienie poety wrzeszczącego i milczącego. Duża jest siła milczenia Krynickiego i sporo na jego temat sam twórca mówi. Wbrew stałej pokusie, by unikać słów w przestrzeni publicznej, powstaje jednak ta książka. Jest w niej wiele mądrych, gorzkich i poruszających zdań o tym, w jaki sposób rzeczywistość pozajęzykowa nie daje się nagiąć do lingwistycznych zasad, oraz o tym, w jaki sposób osiąga się autonomiczność własnego języka poetyckiego, co za tym stoi i z jak dużymi zagrożeniami się to wiąże. W wywiadzie z Ewą Sonnenberg i Radosławem Liévrem Krynicki zaznacza, że zawsze oraz świadomie stara się uciekać od autobiografizmu w pisaniu. To, z czym kryje się w poezji, wywiady odsłaniają czasami z dużą łatwością. Wystarczy umiejętne stworzenie atmosfery intymności, w której dojdzie do zwierzeń, opowieści spoza poezji i w tej poezji zanurzonych. Tak dzieje się podczas rozmowy z Katarzyną Kubisiowską czy Renatą Gorczyńską. "Gdybym wiedział" to zbiór osobistych refleksji nad własnym warsztatem pracy - poetyckim i tym związanym z tłumaczeniami. Zbiór opowieści o trudnej drodze akceptacji siebie jako poety, wszak Krynicki nigdy zasadniczo nie dążył do tego, by być tym, za kogo uważa go opinia publiczna, a same rozmowy o statusie poety - jak wspomniałem - wpędzają go chwilami w lekkie zakłopotanie i konsternację. To, co być może zawsze go wyróżniało, to uporczywy perfekcjonizm - ustawiczne poprawianie własnych tekstów, nawet tych już wydrukowanych. Może też dlatego określanie siebie mianem poety nie jest dla Ryszarda Krynickiego niczym łatwym.

W tej publikacji znajdziemy także żywe opowieści o różnych rodzajach bliskości z innymi polskimi twórcami. Ważna jest rozmowa z Justyną Sobolewską o pracy nad spuścizną Herberta. Anna Bikont i Małgorzata I. Niemczyńska pytają o losy ostatniego zbioru Wisławy Szymborskiej, a w rozmowie z Marią Anną Potocką dowiadujemy się, z jaką czułością i nostalgią Krynicki traktuje wyklejanki poetki. Dużo jest rozmów o tłumaczeniach, tych życiowych zmaganiach z Rilkem, Celanem czy Nelly Sachs. Jako tłumacz Krynicki odsłania się dużo bardziej niż jako poeta. Zawsze starał się tłumaczyć wiersze mu bliskie, charakteryzujące się tym, iż traktują o sprawach i problemach, których nie nazwał sam Krynicki. W rozmowie z Marianem Stalą jest mowa o współważności tłumaczeń i własnej twórczości poety, w wywiadzie z Andrzejem Bernatem zaś Krynicki podkreśla, iż proces tłumaczenia to możliwość lepszego poznania własnego języka.

Powraca chwilami uciążliwe tłumaczenie się z Nowej Fali, nieznośność wiecznego wyjaśniania, czym jest jej etykieta, a czym naprawdę była twórczość z tamtego okresu. Bo Ryszard Krynicki wtedy i teraz podążał własną drogą, drogą osobistych poszukiwań oraz prywatnych zdziwień. Dziś wspomina o fascynacjach, dla których w innym systemie nie było miejsca. Opowiada o dorastaniu i o Krakowie, do którego przeniósł się z Poznania. Jednocześnie w rozmowie z Krzysztofem Myszkowskim dyskretnie sygnalizuje jeszcze jeden z problemów, własne niezadomowienie. Jest o noszeniu wierszy - ze sobą i w sobie. O kondycji rynku wydawniczego i o problemie braku uczestnictwa w życiu literackim tak często utożsamianym z rynkiem książki i dyktatem silnych wydawców oraz mediów. Za każdym razem Krynicki dyskretnie przygląda się z boku tym wszystkim zawirowaniom, dla których jedni poeci znajdują mocne słowa, inni zaś je ignorują, rzadko który jednak stosuje postawę uważności i wnikliwości z takim trudem skrywaną gdzieś między kolejnymi wersami intymnej poezji.

"Gdybym wiedział" to spowiedź i krytyka. To jednocześnie podkreślanie własnej odrębności oraz sytuowanie siebie wraz z własną twórczością w zmieniających się warunkach i kontekstach, także językowych. Każda z tych rozmów to uczciwe i sumienne opowiadanie siebie. Niewielu jest do tego zdolnych. Niewielu z takim szacunkiem i niezwykłą empatią może potraktować każdego z rozmówców zadających często trudne, a często niewygodne pytania.

2015-02-23

"Regina zamyka drzwi" Jacek Melchior

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 5 lutego 2015

Liczba stron: 286

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Silna, niezależna, pokonana

Parę lat temu Jacek Melchior mocno mnie znużył narracją o prowokacyjnym tytule "XXL". Jego nowa książka gwarantuje napięcie, wzruszenia i całe pokłady ukrytych treści, bo to traktująca o życiu niepokornej kobiety opowieść, w której kryją się: historia emigracji (najpierw wewnętrznej, potem tej rzeczywistej) oraz pytania o polskość, możliwości wymknięcia się życiowym uwarunkowaniom, a także o silną relację matki i syna, w jakiej tkwią bolesne ślady życiowych zależności. "Regina zamyka drzwi" to historia ustawicznej walki o siebie. Opisuje heroizm i upadek. Siłę oraz porażającą bezsilność. Zadaje pytanie o to, czy to aby wszystko, co można zdobyć i wyrwać życiu, kiedy w wieku siedemdziesięciu siedmiu lat jest się karmionym kawiorem i skazanym na wspomnienia, bo czas teraźniejszy z jego ułomnością nie jest do przyjęcia.

Regina cierpi. Wycięto jej żołądek, zabrano niezależność, tym razem jest zmuszona boleśnie uczestniczyć w życiu i nie wypierać się go, bo przyparło ją bezradnością i taką formą ułomności, z jaką Regina nigdy nie musiała się mierzyć. Mierzyła się za to z losem i wciąż na nowo zaczynała. Życie nabrało blasku dopiero po pięćdziesiątce, ale przedtem trzeba się było pożegnać ze stygmatem rodzinnego Hajborka, z mężem biegającym w kalesonach po domu, z Polską szarą i ograniczającą oraz z trudami początku emigracyjnego życia, gdzie pracowała ciężko i zdobyła prawie wszystko. Wszystko poza wiecznością. Dzisiaj cierpi nie tylko dlatego, że jest fizycznie słaba. Oczekując na przyjazd syna, odbiera telefony od rozhisteryzowanych sióstr, które wciąż powtarzają jej imię tak, jakby tożsamość Reginy była obecnie czymś poddanym w wątpliwość. Ona sama nigdy nie odpuszczała. Żegnała się bez żalu z tym, co niewygodne i uwierające. Z chorobą pożegnać się nie sposób. Czas na spotkanie z synem, który zmuszony będzie po raz pierwszy sam podejmować decyzję za siebie i matkę, sam zmierzy się ze wstydem własnym i osamotnieniem Reginy, której nie pomogą teraz paznokcie umalowane na czerwono, szykowna ruda fryzura czy sześć rąk do pracy, bo zwinność i siła to już wyznaczniki tego, co było.

Regina ugrzęzła pośród trójek. Triada życia. Wcześniej trzy wsie. Potem trzy życiorysy, trzy nazwiska. Trzy siostry, od których stroni, i które boleśnie przypominają jej o prozie życia. Trzy rodzaje alkoholów, którymi raczy się na przemian, usiłując zapomnieć o upokorzeniu choroby. W końcu trzy dni z synem, dla których starała się jeszcze trzymać gardę, ale przyszły z nimi tylko problemy, przedefiniowanie pewnych pojęć i pogodzenie z losem, przynajmniej częściowe. Bo trzeba przyjąć to, z czym godzić się nie sposób. "Podtrzymanie, pozostanie, pokaranie". Jacek Melchior zbudował narrację w pewien sposób prowokującą, gdyż tytułowa postać nie jest jednoznaczna i kiedy czuje się złość na jej starcze oczekiwania i zachowania, nie można nie myśleć o sile prowadzącej ją przez długie życie, z którego nigdy nie musiała się tłumaczyć.

Dramat utraty niezależności rysuje się bardzo wyraźnie, ale nie tylko o tym jest ta powieść. Stale silna, wiecznie młoda, wciąż przepełniona energią i konsekwencją w działaniu kobieta staje się nagle stara i ułomna. Żadnej ułomności nie pozwoliła zwyciężyć. Przeżyła tyle, że z jej biografii można by było dać sporo tak szarym i przyziemnym istotom jak jej siostry, które postanowiły się nie wychylać. A Regina wraz ze swoją ciotką zawsze były czarnymi owcami w rodzinie, zawsze widziały więcej i rozumiały tyle, by nie zgadzać się na życie w takiej postaci, jaką oferowała Polska - kraj pożegnany i kraj do zapomnienia. Tyle że o pewnych sprawach zapomnieć się nie da.

Kim jest Regina na emigracji? Dobrą czy złą Polką? Porzuciła system czy rojenia innych, by do tego systemu ją dopasować? To dobrze, że matka jedynaka pozostawia go w Polsce, sama będąc hojną rodzicielką z Wiednia, w którym zdobywa coraz więcej i wreszcie czuje, że oddycha pełną piersią? Polskość Reginy jest jak jej tożsamość - ma rysy, bolesne i niezaleczone rany, jest wciąż kipiąca złością i niezgodą na brak poszanowania wolności, stale udręczona wszystkim, co się straciło, oraz niewiarygodnie silna przekonaniem o słuszności decyzji pozostania poza własnym krajem. Ale Regina to także matka. Melchior rozgrywa przed nami trzyaktowy dramat spotkania ludzi, którzy muszą diametralnie zmienić łączące ich zależności. Regina umiera, Paweł toczy przy niej swe wewnętrzne walki. Dała mu wszystko, co mogła dać. On sam nie jest w stanie zdobyć się na wiele. Nie jest tego nauczony, bo wciąż przytłacza go autorytet witalnej matki, która przewraca się, potyka, mówi z trudnością i prosi o pomoc częściej niż przez całe swoje życie. Relacje dwojga intensyfikują się. Nabierają innej wartości. To dramat ze stopniowanym napięciem; obojgu trudno ze sobą, ale są jednocześnie od siebie zależni. Pojawia się pytanie o to, czy w tej powieści nie kryje się jeszcze kilka niewyjaśnionych tajemnic. Bo życie Reginy wręcz prześwietlamy, a jej relacje z synem na przestrzeni lat zdają się skryte w mroku przeszłości. Wiemy to, co mamy wiedzieć. To, co niedopowiedziane, skryje się boleśnie gdzieś między tymi trzema dniami, w których Paweł będzie zmuszony do opieki nad kobietą samowystarczalną i przepełnioną gniewem na swą ułomność.

To odważna i bezkompromisowa opowieść o tym, w jaki sposób naprawdę bierze się życie w swoje ręce, oraz o tym, że jest możliwe objęcie tego życia, zaszachowanie go, wyznaczenie własnych celów i realizowanie ich bez względu na trudności. To też historia kobiecej niezależności wciąż konfrontowanej ze złymi ludźmi, złymi miejscami i złymi okolicznościami. Historia walki do końca. Przedstawiająca anatomię tej walki. Jacek Melchior napisał książkę o nagłych utratach i o ciągłym zdobywaniu czegoś nowego. O nienasyceniu życiem i o bolesnej chwili konfrontacji z własną słabością. To historia trudnych relacji, zauroczeń, fascynacji oraz gniewu. Jest o wstydzie, jest o słabościach. Jest też o wybaczaniu i porozumieniu. Rzecz warta uwagi ze względu na wszystkie możliwe interpretacje rodzące się wprost z tekstu i kryjące gdzieś między kolejnymi zdaniami. 

2015-02-20

"Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" Ida Linde

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 18 lutego 2015

Liczba stron: 76

Tłumacz: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Bliskość i odchodzenie

To jedna z tych kameralnych opowieści - jak chociażby "Okna" Anny Arno - o naprawdę wielkich sprawach. Ida Linde wprowadza nas w niepokojący świat kilku końców, ale przede wszystkim prezentuje sceny zintensyfikowanego bycia razem. To poetycka opowieść o utracie naznaczona śladami, które zapisują się w pamięci dzięki barwom oraz zapamiętanym obrazom. O nostalgii w kolorze blue... Justyna Czechowska - tłumaczka książki - przeprowadziła nas przez świat wyobraźni chwilami naiwnej, ale za to wyobraźni totalnej. Takiej, która usiłuje zatrzymać każde odbicie rzeczywistości. Wytrzeć z niej niepokojące ciemne plamy. Pozostawić przy życiu umierających i zapisać na zawsze wspomnienia o życiu. "Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" to dramat rozpaczliwego zatrzymania czasu we dwoje. Takiego, który przemija zupełnie inaczej, w swoim rytmie, niespiesznym i bliskim melancholii. Łatwo opowiadać o śmierci jako czymś nieuchronnym czy bezlitosnym. Sztuką jest stworzenie poetyckiej etiudy z okresu, w którym nazywa się wszystko zbyt wcześnie i zbyt pospiesznie, byle tylko w pamięci pozostał czas, kiedy zmienia się kształt rzeczy, myśli i uczuć.

Larsson i dziadek chcieliby może wznieść się gdzieś poza pole grawitacyjne, które każe im być dokładnie w tym miejscu, w jakim się znajdują. "Dwa samoloty, które nie potrafią wystartować", te słowa bawią dziadka, ale też dyskretnie sugerują ułomność nie do pogodzenia. Świat istnienia tej dwójki to rzeczywistość naznaczona niepokojącymi snami na zmianę z bezsennością i wspomnieniami o tej, która już odeszła. Narratorka kompulsywnie bada ślady po zmarłej babci, utwierdzając się jednocześnie w przekonaniu, że dziadek musi być wiecznie. Odbicia babci w starej twarzy, chropowatych dłoniach, w słowach wypowiadanych powoli i z namysłem stają się obrazem osobistych pragnień. Bo przecież czas, który spędzają razem, musi zostać jakoś uwieczniony. Musi przestać się dziać, aby można było odczuć przynależność do drugiego człowieka, do miejsc przez niego naznaczonych. Linde zadaje pytanie o to, co można zrobić, aby zasłużyć sobie na bliskość. Potem tę bliskość zatrzymać i nigdy więcej nie wspominać. Bo nie ma gotowości do utraty, nie ma pogodzenia z brakiem; wciąż ma trwać zbawienny czas teraźniejszy.

Ida Linde obrazuje w sposób bardzo plastyczny. Jest w tym subtelność, która musi mierzyć się z czymś okrutnym. Pośród nazw drobnych cudów przyrody pozostaje dwoje ludzi. Ta poetycka rozprawa z odchodzeniem daje nam także kilka definicji tego, co naprawdę bliskie. Jest się zaczarowanym przez bajkowy wręcz świat wokół. Ale w świecie tym pojawiają się mrok i cienie, krew i bezradność, jest też dużo grozy stopniowanej w taki sposób, że czujemy, iż każda kolejna scena to bolesne wołanie o to, by jutro nadeszło prawdziwe, spełnione i piękniejsze od tego, co dzieje się wokół dzisiaj.

Zaskakująca jest symbioza zdań i słów, które wzajemnie się uzupełniają, przecząc czasami swym znaczeniom. Linde łagodzi napięcie nie w dialogach, lecz w opisach. To tak, jakby słowa były kojące i zawsze oczyszczały. Słowa są gwarantem pełnego kontaktu emocjonalnego między ludźmi z różnych pokoleń połączonych wspólnym doświadczeniem wspominania rzeczy niewygodnych. Wzajemna troska i poczucie, że świat wypełnia się tylko sobą, idzie w parze z konkretyzowaniem oczekiwań na przyszłość. Czas przyszły nastąpi, choć tak bardzo chce się go zakwestionować. Bohaterowie prozy Idy Linde nie są w stanie sprzeciwić się upływowi czasu. Czytelnik nie jest za to w stanie się uchronić przed finałową katastrofą. Bardzo więc bolesna jest w swej delikatności ta książka. Chce się zatrzymać nad niektórymi zdaniami, by nie podążać w tę przyszłość zagłady.

Linde odmalowuje coraz to nowe oblicza strachu. Lęk sygnalizują zmiany w świecie dookoła ludzi. Kiedy nadchodzi prawdziwy strach, nie można się już od niego uwolnić. Jest i złość, wściekłość nawet, są wszystkie możliwe stany emocjonalne od euforii i poczucia szczęścia po rozczarowanie, i bezsilność wobec czegoś, na co nie ma się wpływu. Czytać można tę historię fragmentami i niespiesznie zmierzać ku zakończeniu. Odbierać można świat przedstawiony za pomocą wszystkich zmysłów i w tym odbiorze poczuć zagubienie, bo wieloznaczne metafory wprowadzają niepokój w tych wszystkich momentach, kiedy czujemy się przez poetycki język Idy Linde przytulani.

Metafora nauki pływania być może częściowo odda stopień wewnętrznego zagubienia narratorki. Ta książka ma zatrzymywać ślady i stygmatyzować wspomnienia. "Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" to niezwykła rzecz o osobistej potrzebie zatrzymania w sobie drugiego człowieka i tych wspomnień, dla których czasami nie ma miejsca, bo zbyt mocno bolą, zbyt silnie kaleczą. Piękna rzecz o mało pięknym świecie. O znikaniu i o odejściu, którego przecież być nie może, a jednak się staje. To taka lektura dla wszystkich, którzy potrafią docenić subtelną formę i bolesny przekaz. Albo dla tych, którym uda się po drabinie metafor Linde udać tam, gdzie nie ma straty, śmierci czy odchodzenia. Bo szwedzka pisarka opowiedziała też o kilku wymiarach podróżowania - w głąb siebie, ale także tam, gdzie tkwi się w innych, w ich opowieściach, ich życiorysie i przeżyciach.

Ida Linde bardzo szybko zajmuje wyobraźnię. Długo też w niej pozostaje, bo te proste z pozoru sceny i mało dynamiczne opisy, dają możliwość zakotwiczenia się w pamięci na stałe. Lubię takie kameralne książki o mocnym przekazie. Lubię, jak zostawiają we mnie ślad. Nawet w kolorze blue...

2015-02-18

"Pod schodami" Alison Maloney

Wydawca: Bellona

Data wydania: 5 lutego 2015

Liczba stron: 184

Tłumacz: Krzysztof Cieślik

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Pośród cichych i niewidocznych

Książka Alison Maloney to dość przyzwoity esej obrazujący życie codzienne angielskiej służby domowej. Autorka analizuje pierwsze kilkanaście lat minionego stulecia, stawiając dość czytelną granicę końca opisywanego zjawiska, które po wybuchu pierwszej wojny światowej z kilku powodów nie było już tak częste. Nie jest to esej bardzo dobry, bo skupia się głównie na wymienianiu kolejnych zagadnień, omijając społeczne uwarunkowania tychże oraz nie wnikając głębiej w strukturę obu światów - zapracowanych do upadłego służących i ich pracodawców, którzy żyją od jednego do drugiego posiłku czy przyjęcia w szerszym gronie nakładającego na grupę "pod schodami" jeszcze większe niż na co dzień zobowiązania.

Czyta się tę publikację szybko, albowiem nosi znamiona dosyć szkolnego kompendium. O ile wewnętrzny podział w hierarchii służących nie stanowi dla nikogo nowości, a nomenklatura jest powszechnie znana i rozpoznawana, o tyle warto przeczytać, w jaki sposób na przykład religia była narzędziem kontroli pracujących często ponad ludzkie siły. Autorka wyjaśnia przyczynę licznego zatrudniania służby w sposób dość prozaiczny. W 1911 roku pracowało w takim charakterze dużo ponad milion ludzi. Maloney uzasadnia ich jedyne czasem życiowe wybory powszechną nędzą i ogromnym rozwarstwieniem społecznym, które pogłębiało się tym silniej, że pracujący w bogatych domach traktowani byli czasem jak podludzie - na przykład nie wolno im było bezpośrednio podać gazety, używali do tego celu srebrnej tacy, dotyk dłoni pracodawcy nie był wskazany. Służba stała się wyznacznikiem wyjątkowości w czasach, w których bieda naznaczała niemal każdą rodzinę. To z biedy zrodziła się służalczość i to nędza warunkowała w Anglii początku XX wieku bardziej liberalną formę niewolnictwa, wszak wszyscy usługujący otrzymywali wynagrodzenie.

Pytania mnożą się same. Jak naprawdę wyglądała wewnętrzna hierarchia usługujących? Jakie relacje między nimi panowały? Dyskretne nakreślenie sytuacji, w jakich służba romansowała albo wymieniała się prozaicznymi komunikatami to jednak za mało, gdy chce się zrozumieć codzienność ponadmilionowej grupy wykorzystywanych na własne życzenie. Czym kierowano się w doborze służących? Jak wprowadzano ich w tajniki domu? Maloney ogranicza się do zdawkowych relacji o rozmowach kwalifikacyjnych oraz do wypunktowania najczęściej powtarzających się zaleceń dla służby. Wśród nich imperatyw dyskrecji. O tym wiemy z pierwszego lepszego filmu i niepotrzebny nam do tego angielski kontekst. Służący każdego szczebla musieli być niewidzialni, wtapiać się w tło, nie wchodzić w żadne relacje z pracodawcami, unikać z nimi nawet kontaktu wzrokowego. To nie są jakieś szczególnie odkrywcze ani zaskakująco nowe refleksje. A jednak na tego typu konstatacjach zbudowana jest ta książka. Esej z dużym potencjałem, ale bardzo wybiórczo traktujący temat. A może celem autorki było li tylko wypunktowanie wszystkiego, co dotyczy codzienności służących, bez ambicji nakreślenia kontekstu, bo do niego należałoby użyć mniej wyraźnej kreski?

"Pod schodami" opowiada o marnej cenie ludzkiego życia w atmosferze wielkiego luksusu. To historia wyzysku i jednocześnie opowieść o dylematach życiowych ludzi, dla których wystarczającą motywacją do utrzymania się w zawodzie był fakt otrzymywania wiktu i opierunku, na jakie nie mogli liczyć w swoich biednych domach. Czytelnym symbolem oddzielenia od siebie dwóch całkowicie różnych światów są wspominane kilkakrotnie zielone drzwi. Oczywiste jest, iż Maloney nie zagląda za nie uważnie. Problem polega na tym, że portretowanie codziennego życia służby jest dodatkowo dość mizernie gruntowane przez materiały źródłowe. Pojawią się pewne smaczki, jak porady dotyczące pielęgnacji włosów, przygotowania dlań właściwej pomady czy poradnik czyszczenia zastawy stołowej albo rozbudowane menu odbywających się późnym wieczorem obiadów. "Pod schodami" to też dowód dbania o detale. Tak jak dbała o nie angielska służba. Nie ma sfery, którą Alison Maloney pozostawiłaby niewyjaśnioną. Śmiało informuje także o przypadkach molestowania seksualnego służby przez pracodawców i o naturalistycznych detalach życia na granicy ludzkiej wytrzymałości, także tej psychicznej. Nie ma jednakże dostatecznie silnego zaangażowania się w przedstawianą problematykę, co skutkuje rozczarowaniem, bo życie "pod schodami" jawi nam się jako zbiór liczb, wzorów, definicji i porad. To tak, jakby autorka eseju nie zajrzała dostatecznie głęboko pod tytułowe schody. Buduje za to nadzwyczaj proste porównania, by ukazać przepaść między tymi, co służą a tymi, co posługę zlecają.

Koncentruje się to przede wszystkim na prezentowaniu nakładów na posiłki. Bogata angielska rodzina przejada podczas wystawnego obiadu wielokrotność rocznych pensji tych, którzy potem dojadają resztki, a właściwie konsumują znaczną część żywności przeznaczonej przecież do wyrzucenia. I to właściwie jedyna figura podkreślająca tezę o nierówności. Jedyna naprawdę wyraźna. Najwięcej jest w gruncie rzeczy o szeregach różnych hierarchii, za wymienianiem których nie stoi żaden rozbudowany komentarz. Możemy jedynie rozmyślać o tym, czym naprawdę było życie zapracowanych od świtu do zmroku służących. Możemy być świadkami podziału majątkowego i społecznego na korytarzach oraz w pokojach bogatych domów. Snobów i cierpiących, których naprawdę rzadko wiązało coś więcej niż stosunek pracy.

"Pod schodami" ma pewną wartość poznawczą. Istotne są wspomniane już zbiory liczb, szczegółowe przeliczenia. Pojawiają się także głosy tych, którzy angielską służbę początku XX wieku znają z autopsji. Maloney sygnalizuje także, że czasami biedni zapominali, z czego wyrośli. Pokazuje ogromną determinację w trwaniu na stanowisku służącego, gdy tak niewiele było możliwości awansu i niewielu udawało się zbliżyć do zielonych drzwi, pod którymi przecież nie wolno było podsłuchiwać. Esej Alison Maloney dość sprawnie prowadzi nas przez czas, który minął. Dzisiaj służba w brytyjskich bogatych domach to praca świetnie opłacana. Nie tylko pieniądz lub jego brak wpływał na zmienny status domu ze służącymi. Autorce nie udaje się tej płynności pokazać. Prawdopodobnie dlatego, że bardzo rzetelnie skupia się na wspomnianych we wstępie latach, cofając się w czasie tylko w razie najwyższej konieczności, aby udowodnić tezę lub poprzeć myśl. Wybieganie w przyszłość odpuszcza całkowicie. Cisi i niewidzialni są dla niej chwilami przedmiotami, a nie podmiotami rozważań. A może tylko odnosi się takie wrażenie w tej mnogości tabel, wykresów, wyliczeń i ilustracji.

2015-02-16

"Dom z witrażem" Żanna Słoniowska

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 lutego 2015

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Lwowskie historie

Oto narracja, którą jednogłośnie uhonorowaliśmy pierwszą nagrodą w konkursie Wydawnictwa Znak "To się musi POWIEŚĆ". Mogę o tej niezwykłej książce napisać jako juror, czytelnik i patron medialny. Już sam wybór spośród wielu jest dowodem na to, że "Dom z witrażem" to opowieść wyróżniająca się. Czas napisać o tym, co stanowi o jej niewątpliwej wartości i dzięki czemu uznałem ją za najlepszą.

Rzecz rozgrywa się na kilku płaszczyznach czasowych, ale zasadniczą tezą, do której Żanna Słoniowska nawiązuje, jest przekonanie o tym, że nikt z nas nie może stać obok Historii - ona się na pewnym etapie życia upomni o swoje prawa, o swą obecność i o bolesny ślad, który pozostawia w każdym, kto zrozumie, iż tworzą ją skryte pragnienia oraz zgubne namiętności. Z pewnością można i należy czytać tę powieść jako dzieje czterech kobiet, którym Historia wyznaczyła role i zadania, kazała się ustosunkować do panujących warunków oraz wybrać rodzaj buntu, bo to zawsze był czas kontestacji i niepokoju. Jako opowieść o kobietach w sidłach wielu namiętności "Dom z witrażem" jest po prostu powieścią obyczajową, ale siła książki tkwi w czymś innym - w uwarunkowaniach i kontekstach, w jakich kobiety Słoniowskiej muszą zmierzyć się z własnymi potrzebami oraz rekompensować sobie braki.

Jest także tytułowy dom oraz witraż, jedenastometrowe dzieło sztuki nieznanego twórcy, czytelna alegoria trudów losu i jego zmienności, obiekt fascynacji mężczyzny wiążącego się najpierw z matką, potem z córką. Nazwany "membraną kulturową miasta" opowiada historię Lwowa - tygla różnych nacji, światopoglądów i miejsca pokornie godzącego w sobie wojnę, pojednanie oraz te wszystkie dwuznaczności, jakie odczytać można choćby z metafory pochowanych na Cmentarzu Łyczakowskim. Książka Żanny Słoniowskiej to historia różnych odczytań i niepokojących niedomówień. Można porządkować ją interpretacyjnie, można także dać się ponieść żywiołowi słowa autorki, dla której snucie opowieści to uwodzenie czytelnika.

Prababce los odebrał kiedyś mężczyznę, w związku z tym przez całe życie rygluje drzwi, a dźwięk dzwonka wciąż brzmi dla niej okrutnie. Prababka żyje w czasie przeszłym, pozwala sobie na zgorzknienie, na prywatne histerie oraz na półżycie w mroku i zaduchu. Męskość jest jej jednoznacznie obca. Ofiarowała serce komuś, kto odrzucił miłość. Przywiązała się do tego, którego zabrano. Konflikt z wnuczką to zderzenie rezygnacji i strachu ze specyficzną formą kontestacji rzeczywistości, której poznanie jest nie tyle dramatem, ile punktem wyjścia do zdecydowanego buntu. Aba, córka Prababki, swoje cierpienia chowa gdzieś głęboko w duszy. Zamordowali jej ojca i pewnego lipcowego dnia 1988 roku mordują córkę. Abie nie udało się sprzeciwić matce, w związku z czym pożegnała się z marzeniami o rozwoju malarskiej pasji i pożegnała w sobie Polskę. Bo Aba czuje się Polką, choć ojczyzna nie zabrała jej ze sobą na zachód, kiedy żegnała się z Lwowem. Marianna, jej niepokorna córka, jest za to Ukrainką z wyboru. To scena jej pogrzebu otwiera tę narrację. Marianna decyduje się świadomie na samotne macierzyństwo, potem oddaje się przeklinanej przez Prababkę muzyce, by na końcu śpiewać na ulicy, bo w teatrze nie walczy się z systemem i niesprawiedliwością oraz ślepym losem, który kieruje w jej stronę kulę snajpera przeznaczoną dla kogoś innego...

Po zabitej śpiewaczce pozostaje jedenastoletnia sierota. To ona zmierzy się z zadaniem opowiadania historii o tym, co minęło, i o tym, co w dzisiejszym Lwowie wciąż jest pamiątką po dramatach kobiet z jej rodziny. Owinięte w ukraińską flagę zwłoki Marianny wyznaczają dość wyraźnie kierunek, w jakim podążać będzie najmłodsza z rodziny, poznając ten najbliższy Lwów, ale też Lwów wielu minionych dziesięcioleci, którym przyglądał się barwny witraż, tak bardzo przykuwający uwagę Mikołaja. To jedyna męska postać w tej książce i dodatkowo postać dość dwuznaczna. Mikołaj jest zachowawczy, nie buntuje się, stoi gdzieś obok silnych kobiecych osobowości i uznaje, że jego narodowością jest narodowość lwowska. Postać Mikołaja otwiera w opowieści Słoniowskiej kilka furtek interpretacyjnych i stawia parę intrygujących pytań. Jednym z nich jest pytanie o motywacje córki, która zbliża się z kochankiem matki, pozwala sercu kierować sobą i po niedługim czasie dramatycznie pyta siebie i Mikołaja o to, co zrobić z tym, co powstało między nimi.

Młoda narratorka buduje wizerunek Lwowa w samej sobie. Podąża śladem matki w każdy możliwy sposób. Zbliża się z Mikołajem, szuka wraz z nim odpowiedzi na nurtujące ją pytania, wędruje z nim po Lwowie ze swoimi tajemnicami. Ale to nie wątek miłosny ma przykuwać uwagę, choć Żanna Słoniowska pisze także o tym, jak radzić sobie z uczuciami w obliczu zmian świata nieczułego na uczucia. Kochanka Mikołaja, pozostałość po tej pierwszej, bolesny ślad wspomnienia i alternatywa dla zagubienia, staje obok niego naprzeciw kilku ważnych dylematów. Mikołaj to człowiek wiecznego pogranicza, bez jednoznacznej tożsamości. To postać nieco rozmyta; ważna, ale znajdująca się jakby w tle. Nie ma Mikołaja w przejmującej scenie kończącej książkę. Czy tkwi w życiu narratorki wystarczająco silnie, by pomóc jej zrozumieć motywacje matki, a może nawet podjąć trud walki o wolność, której tak bezgranicznie się oddała w okresie przed swoją śmiercią?

"Dom z witrażem" to bolesna opowieść o Ukrainie, gdzie żyją ze sobą w trudnej symbiozie narody, przekonania, wątpliwości, różne formy buntu i niewyrażalny smutek do pary z rozczarowaniami. Historia Lwowa, historia kobiet w czterech pokoleniach, odważne kroki i oznaki konformizmu. Wybory, dla których nie ma uzasadnienia i decyzje śmiałe, od jakich nie ma już odwrotu. Tytułowy witraż opowiedziałby o wielu sprawach, dla których wyrażenia wcześnie pozbawiona matki kobieta musi znaleźć słowa. Żanna Słoniowska opowiada o ludzkich wyobrażeniach, które rozpadają się przedwcześnie. O namiętnościach niekontrolowanych i tych nie do końca świadomych. O trudnym czasie historycznym i o konsekwencjach zdecydowanej obrony własnych poglądów. Boleśnie zbliżona do dzisiejszej rzeczywistości fikcja literacka Słoniowskiej to nie tylko zręcznie spisana historia walki, upokorzenia, cierpienia i siły. Wieloznaczność tej narracji to jej zasadnicza siła. Ona wyróżniła tę powieść w konkursie. Myślę, że wśród czytelników sama się obroni.


PATRONAT MEDIALNY