2018-07-07

„Torfowisko” Susanne Jansson


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 6 czerwca 2018

Liczba stron: 312

Przekład: Bratumiła Pettersson

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Mroczne odludzie

To kolejny szwedzki kryminał napisany wedle klasycznego wzorca. Doskonałe proporcje opisów świata zewnętrznego, rodzinna tajemnica do rozwikłania, retrospekcje, mrożące krew w żyłach sceny, jasne i proste rozwiązanie skomplikowanej intrygi. W dobrym stylu, przekonująco, świetnie – jakby od linijki. I niczym ta powieść nie wyróżniałaby się pośród dziesiątek, a nawet setek jej podobnych, gdyby nie konsekwentnie budowany klimat grozy oraz wiele pięknych filmowych scen z wykorzystaniem mgły, której opisy naprawdę zapierają dech w piersiach. Susanne Jansson decyduje się na opowieść o mrocznym odludziu, proponuje nam raport z „udręczonego miejsca”, każąc doń przybyć równie udręczonej kobiecie, która wyparła traumatyczne wspomnienia z dzieciństwa, lecz musi na nowo się z nimi zmierzyć, bo dziwnym trafem na miejsce swoich badań naukowych wybiera przestrzeń, gdzie rozegrały się przed laty dramaty naznaczające ją na całe życie. „Torfowisko” ma bardzo wyważone proporcje, zgrabnie balansuje między thrillerem a horrorem, jedynie w zakończeniu dyscyplina myślowa opuściła nieco autorkę, bo wybrać mordercę to jak wylosować ze sportretowanej grupy ludzi kogoś, czyje motywy postępowania będą równie wiarygodne jak tego drugiego czy trzeciego stojącego obok.

Nic to. Intryga naprawdę równoważy niedostatki. Nathalie jest biolożką, która przybywa w rejon mokradeł, by badać wydobywające się stamtąd gazy cieplarniane, a dodatkowo pracować nad doktoratem w mrocznej dosyć atmosferze miejsca, z którym związane są przerażające legendy. Bohaterka lokuje się w domku letniskowym i dość szybko nawiązuje kontakt z czarnowłosym, mającym marokańskie korzenie Szwedem, którego podczas jednej z rutynowych przebieżek po bagnach dopada coś, co dopadało tam ludzi od dawna.

Skupiamy się przede wszystkim na tajemnicy Nathalie. Wspomnieniu, które dopiero podczas pobytu nad torfowiskiem nabiera kształtów i nowego znaczenia. Jansson wprowadza do fabuły także postać policyjnej fotografki – dzięki jej wrażliwości ujrzymy to miejsce z wielu zaskakujących perspektyw. Maya wydaje się ciekawszą postacią niż Nathalie, jej inteligencja, ironia i umiejętność chwytania w kadrze ważnych ujęć czynią z „Torfowiska” książkę naprawdę nietuzinkową. Przyglądamy się bagnistym terenom w otoczeniu lasów z dwóch różnych perspektyw i to, co widzą bohaterki, nakłada się na siebie, potęguje niepokój, czyni zwyczajne odludzie wyjątkowo frapującą przestrzenią.

Jansson opowiada nie tylko o bolesnych doświadczeniach z przeszłości, które na zawsze kształtują charakter i postrzeganie świata, ale także o eskalacji szaleństwa budowanego na domysłach i strachu, także na lokalnych legendach i przekonaniu, że w tymże miejscu martwi urządzili sobie spektakl pochłaniania żywych, że ten proces będzie trwał i że okoliczni mieszkańcy muszą się dostosować do dyskomfortu życia wokół mokradeł. Właściwie tylko one wywołują tutaj dreszcz i umiejętnie przykuwają uwagę, albowiem kilka rozwiązań fabularnych u Jansson nieco kuleje, choć oczywiście robią wrażenie trupy zakopane w tym przerażającym, ale jednocześnie fascynującym – zwłaszcza Mayę Lunde – miejscu.

„Torfowisko” jest historią o tym, do czego doprowadza irracjonalny lęk, ale także o jego strukturze, nasilaniu się, wpływaniu na decyzje życiowe i postępowanie względem innych. Mała społeczność żyjąca wokół bagien oddaliła się od rzeczywistości, tkwi w wyobrażeniach o tym, co niesie w sobie ten adres zamieszkania, do czego obliguje, w jaki sposób kształtuje codzienne życie. Nathalie jest stąd, ale jednak wydobyła się z czasu przeszłego. Tylko pozornie, bo jej badania naukowe będą jednocześnie konfrontacją z lukami w pamięci, które bohaterka w zaskakujący sposób uzupełni. Susanne Jansson da do zrozumienia, że tak specyficzne miejsce, w którym się znajdziemy, specyficznie również kształtuje wrażliwość i postrzeganie zmian, zmusza ludzi do myślenia w określony sposób, zmusza też społeczność do bycia specyficzną, odizolowaną. To taka przestrzeń, do której nie ma dostępu realny świat, ale w której rządzą miejscowe legendy podsycane dodatkowo przez znawcę duchów, człowieka proponującego specyficzną wykładnię koegzystencji świata umarłych z żywymi.

Jansson filozofuje także na temat tego, co znaczy ludzkie istnienie, i o związkach wyobraźni człowieka z ciałem, przywiązaniu do niego, niesłusznej celebracji materii podlegającej rozkładowi jak każda materia organiczna. Wydaje się, że najważniejsze są tu poszczególne sceny, obrazy. Także fotografia, o której filozofii mówi wspominana na kartach powieści Susan Sontag. Maya dużo więcej widzi i rozumie, kiedy pracuje nad swoimi zdjęciami. Punktuje ten mroczny obszar w sobie tylko znany sposób i jednocześnie w fotografiach wydobywa to, co nienazwane, a często przez miejscowych nawet niezauważane.

Poza tym jest wszystko, co powinna zawierać powieść z dreszczykiem: tajemnicze postacie, przedstawienia z mgłą w roli głównej, pustka i cisza oraz szeptane opowieści. Także opuszczone domy i przestrzenie, w których kryją się tajemnice. Wszystko w sugestywnym stylu narracji, która nie pozwala na koncentrację uwagi na detalu, każe postrzegać przestrzeń i funkcjonujących w niej ludzi panoramicznie. Dlatego jest to lektura satysfakcjonująca, choć w dużej mierze przewidywalna, jeśli chodzi o jej konstrukcję. Jansson sugeruje, że wszystko, co mroczne, bardzo często powstaje w naszej wyobraźni. Także niedopowiedzenia czy luki w pamięci mogą chwilowo zamienić życie w koszmar, jeśli skonfrontujemy się z naszymi lękami w przestrzeni, w której samotność będzie bolała, a wyobraźnia rozszaleje się na tyle, by uczynić tę zwyczajną przestrzeń czymś naprawdę niezwykłym i budzącym przerażenie. Sporo trupów, dyskretnie tylko zaznaczony wątek kryminalny, podwójna perspektywa opisu i całkiem spójna koncepcja. „Torfowisko” to książka napisana w klasycznym skandynawskim stylu, ale jednak zapadająca w pamięć. Nawet mimo tego, że z tej budowanej tajemniczości niewiele nam zostaje, bo autorka dąży do tego, by metodycznie i dokładnie wyjaśniać wszystko, co skryło się w mroku trzęsawiska.

2018-07-05

Rozmowa z Jarosławem Maślankiem


Chyba nie lubisz tego medialnego spektaklu, który towarzyszy wydaniu książki?
Na szczęście medialny spektakl, jak go nazywasz, wciąż dotyczy mnie w ograniczonym stopniu. A ten zakres, w którym uczestniczę, czyli wywiady, spotkania autorskie czy zdjęcia, traktuję jako część promocji książki, więc nie ma co narzekać. Ale rzeczywiście, wolę kontakt z czytelnikami niż mediami.
Dlaczego konsekwentnie wybierasz i robisz czarno-białe zdjęcia?
Za pomocą odcieni szarości można dużo wydobyć z obrazu. Fascynuje mnie to, co jest ukryte pod z pozoru zwyczajną sceną, a co ukazuje się w trakcie obróbki fotografii. Kłania się Antonioni z „Powiększeniem”. Wybierając ujęcie, widzę je w czerni i bieli, wiem mniej więcej, jak będzie wyglądać w wersji monochromatycznej, a i tak za każdym razem jestem zdziwiony, co z tego normalnego, zdawałoby się, obrazka wychodzi. Z fotografią jeszcze parę lat temu byłem zresztą na bakier, w ogóle mnie nie ruszała. Potrzeba było zaczynu, iskry, żebym zapragnął robić zdjęcia inne niż wakacyjne. W moim wypadku było to odpowiednie połączenie muzyki z fotografią. Któregoś dnia trafiłem na taką zbitkę w necie, ktoś podłożył do muzyki, którą się akurat fascynowałem, pokaz czarno-białych zdjęć opuszczonych chat na jakimś skandynawskim klifie. I to było to! Kupiłem aparat i się zaczęło. Tak więc jeśli chodzi o staż, nadal czuję się nowicjuszem.
Skandynawskie klify! Musisz się ze mną wybrać w jedną z podróży Północy! Jaki pejzaż w fotografii najbardziej odpowiadałby twojej estetyce, gdybyś miał mnóstwo kasy i możliwość pojechania tam, dokąd byś chciał się wybrać?
Chłodna przestrzeń lub gęste lasy. To, czego brakuje na południu.

Jesteś dla mnie dyżurnym i bardzo dobrym pisarzem od smutku oraz melancholii. Masz świadomość, że one przenikają wszystkie twoje narracje, czy też nie myślisz o nich i wydobywają się jakoś podświadomie?
Zaczynając pisać, ponad dziesięć lat temu, wiedziałem, że nie będą to wesołkowate powiastki zachłystujące się własną formą. Nie to mnie interesowało w literaturze. A im jestem starszy, tym dobitniej odczuwam niekonieczność poświęcania czasu lekturom nieistotnym. Sięgam po to, co może mi coś dać, już nawet nie ułudę zrozumienia świata, ale przynajmniej szansę na przybliżenie do odpowiedzi na kilka istotnych pytań, np. po co? I takie książki chciałbym pisać, takie opowieści dostarczać czytelnikom. A ze smutkiem i melancholią jest trochę jak z fotografią, za pomocą ciemnych tonacji mogę więcej wydobyć z narracji. Ciemne może być piękne, mrok to pole do popisu wyobraźni, humor tak, ale rechotanie pozostawiam żabom. Poza tym gdy grzebię w mroku, jest szansa, że nie przeoczę światła.
Czyli w tym, co czarne/smutne, zawsze są odpowiedzi, a jasność/radość nie sugeruje głębszych poszukiwań?
Szperanie w radości pozostawiam innym, dla mnie ciekawsze jest to, co mogę znaleźć w ciemnym pokoju niż w oświetlonej sali gimnastycznej. Oczywiście jasność jest niezbędna, od czasu do czasu. Poza tym zanurzasz się w ciemności nie po to, by stracić wzrok, tylko by znaleźć światło.
Miasto jest niemym, ale bardzo czytelnym bohaterem twoich książek. Które z polskich miast jest najbardziej przygnębiające, a które najbardziej tajemnicze?
Każde miasto ma w sobie wiele klimatów. Warszawa, z którą jestem związany od ponad 20 lat, na początku lat 90. była dla mnie molochem, pełnym nocnych świateł, bazarów, zapchanych stoisk oblepiających ulice (ile książek kupiłem z turystycznych stolików!), czyli wszystkim tym, czym nie było moje rodzinne, małe, przemysłowe miasto. Unikałem za to tzw. starej Pragi, opuszczonych lub zrujnowanych kamienic, nieodwiedzalnych rewirów, które z kolei teraz mnie wciągają, są fotograficzną pożywką. Jeżeli tylko zechcesz patrzeć, w każdym miejscu znajdziesz to, czego potrzebujesz. Nawet moje rodzinne Pionki, wyklinane przez wiele nudnych nastoletnich wieczorów, teraz odkrywają przede mną niesamowite miejsca, budynki, klimaty. Potrzeba było dwudziestu lat nieobecności, żebym je zauważył.
„Góra miłości” nie doczekała się po premierze wielu omówień. Myślę, że dopiero niedawno coś się w tej kwestii ruszyło. Jak się czuje pisarz, gdy media milczą o jego książce?
Nie milczą czytelnicy i to jest ważne. Docierają do mnie opinie, wiadomości, że książka wywarła na nich mocne wrażenie, w czymś im pomogła, jest dla nich istotna. To się liczy. Przy drugiej książce przyłapałem się na tym, że zaczynam pisać pod krytyków. Wyrzuciłem wtedy do kosza całe fragmenty, które nie nadawały się do czytania, i napisałem je od nowa. Zanim siadłem do pierwszej powieści, założyłem, że nie będę robił nic wbrew sobie, i tego się trzymam. Pewnie ze szkodą dla siebie. „Fermę ciał” odrzuciły wszystkie duże wydawnictwa, zdecydował się ją wydać dopiero Paweł Nowakowski z Formy, a ja straciłem dobrych pięć lat, podczas których mogłem wydać ze dwie pozycje. Ale dla mnie to była ważna książka. Życie toczy się teraz w sieci, gdzie masz bezpośredni kontakt z czytelnikiem, z konkretną osobą. Media społecznościowe są bardzo istotnym kanałem komunikacji, zwłaszcza dla autorów z obrzeży tzw. mainstreamu. Przy tak dużej liczbie tytułów, które ukazują się na polskim rynku, ważne jest zebranie wokół tego, co tworzysz, grona osób, które czują podobnie, które interesuje to co ciebie, odbierają rzeczywistość na podobnych falach. Krótko mówiąc, dotarcie do odpowiedniego czytelnika. Temu służy moja obecność w mediach społecznościowych. Przy czym nie chcę tylko informować o pisaniu, o książkach, chcę dawać coś więcej. Dlatego zamieszczam fotografie, rysunki, krótkie formy literackie.
Nie jestem pewien, czy w sieci mamy bezpośredni kontakt z kimkolwiek… Konsekwentnie wspominasz o czytelnikach – nie jest tak, że najważniejsze jest to, co mówią podczas spotkań autorskich?
Bezpośredni w znaczeniu jeden do jednego, twarzą w twarz zarezerwowane jest oczywiście dla spotkań autorskich. Ważne jest to, co czytelnicy mówią, a w jaki sposób to przekazują, jaką formę czy medium wybierają, to już inna sprawa. Istotne, żeby te sygnały dotarły do pisarza. Ja je odbieram i za każdym razem są dla mnie bardzo ważne.
„Góra miłości” to pewien mikrokosmos nałożonych na siebie opowieści różnych ludzi z różnymi doświadczeniami, ale podobnie wyobcowanych. To wszystko się wydobyło z twojej wyobraźni czy bardziej zostało podsłuchane? Bo znam pisarzy, którzy bardzo lubią podsłuchiwać ulicę, to się „przydaje do prozy”.

Też to lubię. Kiedy mam np. do załatwienia coś „na mieście”, wolę pojechać komunikacją miejską niż autem. Te dialogi, rozmowy z telefonem, mogą inicjować ciekawe opowieści. Oczywiście samo ich „spisanie” nic nie da, jeżeli nie zostanie przemielone przez literacką wyobraźnię. Tworząc drugoplanowych bohaterów „Góry miłości”, którym zresztą oddaję głos, na równi ich wymyślałem, co korzystałem z naturalnych „wzorców”. Przykładem może być wózkowy. Na pewno spotkałeś się z tymi natrętami, którzy na parkingach centrów handlowych w zamian za złotówkę oferują odprowadzenie wózka. Zamiast ich pogonić, kupowałem od nich ich historie. Za 1 PLN miałem gotowe, ciekawe życiorysy, z których stworzyłem później postać literacką.
A jak się tworzy taką polifonię w narracji? Rozpisujesz sobie schemat tego kto po kim i w jakim kontekście?
Powinienem, niestety, u mnie wszystko porządkuje się w głowie, co powoduje, że gdy piszę, konstruuję powieść, wylogowuję się z rzeczywistości. W „Górze miłości” ważne było to, by poboczne wątki się zazębiały. Każda z drugoplanowych postaci ma swoją historię rozpisaną na kilka rozdziałów, funkcjonującą obok głównej, przy czym każda coś wnosi i do poszukiwań bohatera, i do naszej, czyli czytelników, wiedzy o nim i jego zaginionej żonie.
Twoja nowa powieść to rzecz o bólu utraty wyrażanym poprzez wędrówkę. Wszyscy zaczynamy kompulsywnie błądzić, gdy stracimy to, co dla nas najcenniejsze?
Jednym z podstawowych pojęć konstytuujących współczesne społeczeństwo stało się słowo „wyzwanie”. Jeżeli stanie się w twoim życiu coś złego, musisz traktować to jako wyzwanie, którego pokonanie ma cię wzmocnić, dać siłę do dalszego funkcjonowania pełnego sukcesów. A co, jeżeli takie podejście jest ci obce? Jeżeli odpowiedzią na traumę jest martwota, w której pogrąża się bohater mojej powieści? To był punkt wyjścia do powieści drogi. Żeby się ruszył, żeby chciał działać, potrzeba było czegoś innego niż to mityczne wyzwanie, które nie prowadzi do poznania. Fetyszyzacja wyzwania nie jest gwarancją prawdy, lecz mamieniem widmem sukcesu. Gdy bohater wyrusza w swoją drogę, w poszukiwaniu zaginionej żony, nie liczy na happy end. Nie lubię generalizować, każdy w obliczu straty zachowuje się inaczej, wskazuję jedynie pewną możliwość podejścia do rzeczy krańcowych, prawo do zachowań nieracjonalnych.
Pozbawiasz życia centrum handlowe. Jest martwe i niedostępne. Jaką ma funkcję w dzisiejszym społeczeństwie?
Intrygujące wydało mi się okrojenie centrum handlowego z jego funkcji podstawowej, czyli zakupowej. Często przejeżdżam obok takiego kompleksu w dni wolne od handlu. Teraz jest ich więcej, ale kiedy wymyśliłem swoją historię, były to wyłącznie święta, można więc powiedzieć, że wyczułem wiatr historii. Uderzający jest widok pustych parkingów, olbrzymich hal, języków wózków wystających z wiat. Wyobraziłem sobie wnętrze takiego opuszczonego molocha, ledwo zipiące w półmroku przygaszonych świateł, w którym na co dzień są tłumy, a teraz nawet żywego ducha. Jednym z moich tematów zdjęciowych jest fotografowanie opuszczonych domów, fabryk, kamienic. To, co w nich pociąga, to forma pozbawiona pierwotnej funkcji. W wypadku zamkniętego (nie opuszczonego) centrum handlowego mogłem nadać mu dowolną treść. W „Górze miłości” jest to labirynt, w którym bohater błądzi, by się dowiedzieć czegoś o zaginionej żonie, która tam pracowała. Bohater zstępuje do niego, by doświadczyć prawdy.
Przy lekturze „Fermy ciał” zgodziliśmy się z Maciejem Robertem, że twoje książki – właściwie wszystkie – są bardzo filmowe. To wynika z jakiejś formy twojej wrażliwości? Piszesz tak, jak chciałbyś rzeczy i ludzi widzieć, czy mają być tylko projekcją wyobraźni?
Film, na równi z muzyką i książkami, był zawsze istotnym składnikiem mojego życia. Te proporcje na różnych etapach się zmieniają, teraz dominują książki, ale film odcisnął się we mnie i gdzieś to wypływa, nawet moje fotografie są w dużej mierze „filmowe”. Pisanie może zresztą być jakimś substytutem kręcenia filmów, można obsadzać siebie w różnych rolach, wymyślać cały świat, scenografię, scenariusz, oświetlenie, nawet muzykę. I mieć pełną kontrolę artystyczną (i budżetową).
A które ekranizacje powieści uważasz za cenne i twórcze?
Najlepsze to te, które nie tylko są przeniesieniem książki na ekran, lecz tworzą nową jakość, wykorzystując powieść jako inspirację. Twórcy filmowi przeważnie popadają wtedy w konflikt z pisarzami, którzy chyba nie mogą przyjąć, że na podstawie ich pracy powstało coś nowatorskiego. Na myśl przychodzą chociażby „Solaris” Tarkowskiego na podstawie Lema, „Blade Runner” Scotta na podstawie Dicka czy „Lśnienie” Kubricka na podstawie Kinga.
Czy Polska to według ciebie smutny kraj, o którym należy pisać smutne książki?

Pisanie pod założoną tezę bywa samobójcze. To, co dla kogoś jest smutne, dla innego może być śmieszne, a takie deklaratywne opisywanie może skazać powieść na martwotę. Ale jeżeli z napisanej książki wynika, że kraj, w którym rzecz się dzieje, jest smutny, może coś w tym jest, może warto zastanowić się, czy autor mówi nam coś ważnego o miejscu, które opisuje. Powieściopisarz jest jak gąbka, która zbiera brudną wodę, żeby podłoga mogła być trochę czystsza.
„Haszyszopenki” to książka między innymi o wkraczaniu w dorosłość. Pamiętasz, jak to było z twoim przejściem z młodości do życia dorosłego?
Unikam w powieściach wątków autobiograficznych, zrobię też unik w wywiadzie. Chociaż scenograficznie „Haszyszopenki” w dużej mierze opowiadają o miejscu, w którym dojrzewałem. Dla mnie wkroczenie w dorosłość wiązało się z wyprowadzeniem z domu i przyjazdem na studia do stolicy. Nagle musiałem się nauczyć rozporządzać własnym, skromnym budżetem, dzielić czas między naukę i inne życiowe przypadłości, a w końcu odpowiedzieć na pytanie, co jest w życiu istotne, i wybrać, dosyć wcześnie, dorosłość. Pewnie straciłem przez to wiele rzeczy, ale mam wrażenie, że więcej zyskałem.
Czujesz się już – po wydaniu czterech książek – dojrzałym i pewnym siebie pisarzem czy też nadal poszukującym? Bo mam wrażenie, że świadomie eksplorujesz konkretne rejony tematyczne i w nich pozostajesz.
Pisarz poszukuje przez cały okres pisania, a jeżeli przestaje szukać, to staje się kronikarzem. Każda książka to powinien być początek czegoś ekscytującego, co pozwoli dotrzeć w rejony, których nie znałeś. Jeżeli uznam kiedyś, że piszę, nie szukając, przestanę pisać. Pierwsze trzy książki w założeniu stanowiły trylogię, w której chciałem przyjrzeć się pojęciu wolności. „Góra miłości”, moja czwarta powieść, jest więc nowym otwarciem i wciąż jestem ciekaw jej odbioru. Chciałbym, żeby kolejna, nad którą powinienem już zacząć pracować, była dystopią. Intryguje mnie, jak ten gatunek sprawdzi się we współczesnych realiach. Przy czym nie zależy mi na napisaniu satyry, lecz właśnie dystopii, rejony więc tematycznie nowe, ale klimat zbliżony do znanych z moich poprzednich powieści.
Kto z polskich lub zagranicznych twórców pisze o ciemnej stronie ludzkiej osobowości w taki sposób, że mógłbyś się od niego uczyć?

Wciąż odkrywam nowych autorów, którzy mówią mi coś istotnego. W ostatnich latach byli to chociażby: McCarthy, Carver, Coetzee, Barnes, Eugenides, Lars Saabye Christensen, niezmiennie Conrad, z ostatnich odkryć David Vann. I nie ma specjalnego znaczenia, czy piszą o naszej ciemnej naturze, wspaniale piszą o człowieku.
Na jednym z dymków swojego autorstwa umieściłeś przewrotny napis: „Otóż nie znam drugiego narodu, który tak potrafi przekuwać sukcesy w porażki”. Skąd to przekonanie o Polakach i polskości?
Mam wrażenie, że jesteśmy mistrzami w niszczeniu tego, co udaje nam się stworzyć. Jeżeli chcemy coś naprawić, to burząc wszystko, co było przedtem, nieważne, czy było to zbudowane dobrze, czy źle, wykopując nawet fundamenty. Nie zauważamy przy tym, że budując, popełniamy te same błędy. Każdy chce wybudować coś swojego, jeszcze większego. A najprawdopodobniej kolejny, który przyjdzie po nim, uzna, że trzeba to wyburzyć i zrealizować według jego projektu, zawierającego te same błędy. Tymczasem kwestie fundamentalne, chociażby ze względu na nasze położenie geopolityczne, powinny być nienaruszalne, wolne od doraźnych politycznych ambicji. Tak nie jest, co nie wróży zbyt dobrze.
Nie umiemy być społecznością? Działać, funkcjonować, budować wspólnie?
Budować można, kiedy społeczeństwo potrafi osiągnąć konsensus, w szerokim znaczeniu, co do wspólnej przyszłości, i w węższym, dotyczącym konkretnych, bieżących rozwiązań. Trudno coś wybudować, eliminując znaczne grupy społeczne z decydowania o kraju, uznając, że wie się lepiej, co jest dobre dla większości. Odpowiedzią w takim wypadku mogą być bunt i polityczne wycofanie. Dla wspólnoty zabójcze.
Twoje powieści są bardziej refleksją, fantazją czy twórczą analizą dotyczącą relacji międzyludzkich?

Zapewne każdą z tych rzeczy po trochu. Z początku fantazją, która w trakcie pisania wzbogaca się o refleksje na temat opowiadanego świata i relacji międzyludzkich. Pamiętam, jak siadłem do pisania debiutu, wiedząc, o czym będzie i jaki będzie początek i zakończenie. Po zapisaniu pierwszej kartki doszedłem do wniosku, że opowiedzenie tej historii przy pomocy wyłącznie fantazji skończy się po dziesięciu stronach. Musiałem więc wzbogacić ją o refleksje i opisy relacji między bohaterami.
Eksperymentujesz z gatunkami w obrębie jednej powieści. Jakie znaczenie ma dla ciebie forma twojej narracji?
Zależy mi, żeby czytelnik nie mógł się oderwać od powieści. Stąd przetwarzanie literatury gatunkowej, dzięki czemu czytający zagłębia się w opowieść jak w dobrze nakręcony film. Sądząc po opiniach, udaje mi się trzymać czytelnika w napięciu, narracyjnie skłaniać do doczytania do końca. Porażką byłoby dla mnie, gdyby ktoś odłożył książkę jako nudną. Przy czym horror, czy szerzej – literatura grozy, wciąż wydaje się obszarem niedocenionym, a przecież u podstaw każdej liczącej się powieści z tego gatunku leżą obserwacje socjologiczne i psychologiczne. Kryminał doczekał się uznania jako gatunek mogący powiedzieć coś istotnego o współczesnym społeczeństwie, nawet fantastyka (dystopia, utopia, fantastyka socjologiczna) coraz częściej postrzegana jest jako coś więcej niż tylko zabawa. Tymczasem horror czy thriller nadal wrzucany jest do gara z napisem „rozrywka”.
Dzięki za rozmowę.

Wszystkie zdjęcia z archiwum Autora.

2018-07-03

„Utoną we łzach swoich matek” Johannes Anyuru


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 21 czerwca 2018

Liczba stron: 328

Przekład: Dominika Górecka

Oprawa: miękka

Cena det.: 38 zł

Tytuł recenzji: Lęk z przyszłości

Jestem przekonany o tym, że ta książka była czytana w szwedzkich domach z ogromnymi emocjami. Bardzo się cieszę, że ukazała się właśnie teraz – w czasie, gdy w Szwecji narastają nastroje antyimigranckie, choć nikt nie ma jeszcze odwagi dawać im wyrazu tak bezpośrednio jak w naszym kraju. Chciałoby się – bo to powieść z naprawdę uniwersalnym, choć może najbliżej zachodnioeuropejskim adresem – by ktoś napisał tak odważnie i bezkompromisowo o Polsce. Tymczasem mamy o czym poczytać, możemy to doskonale zrozumieć, możemy się nie tylko przejąć, ale przede wszystkim ujrzeć to, jak powracają znane z historii mechanizmy opresji, jak niczego nas historia nie nauczyła, jak łatwo ulegamy złudzeniom, że porządek i kształt świata mogą kształtować proste dychotomie. Johannes Anyuru jest bardzo odważny i bezkompromisowy, ale to, co go wyróżnia, to fakt, że proponuje nam naprawdę nieoczywistą opowieść o ludzkim okrucieństwie, fanatyzmie, skłonności do przemocy, lecz przede wszystkim historię o strachu.

Tak, strach to niemy i stale obecny bohater tej dość zawikłanej i przez to intrygującej narracji. Anyuru portretuje wszelkie odcienie lęku, ale także obrazuje ten fundamentalny, paniczny strach prowadzący do rozwiązań ostatecznych, do klarownych podziałów i rosnącej przemocy. Wszyscy bohaterowie tej powieści czegoś się boją. Każdy usiłuje zniwelować lęki, ale dopada go niemoc tak charakterystyczna w momencie, w którym poza strachem nie pozostaje już nic innego. „Utoną we łzach swoich matek” to historia trudnej koegzystencji ludzi różnych kultur i religii. W bardzo tajemniczy sposób opowiada o naprawdę prostych mechanizmach wywołujących wojnę. Taką współczesną, cywilizowaną. Taką, w której można rozegrać najgorsze okrucieństwa w imię demokracji – zdemoralizowanej już samą nową wykładnią funkcjonującą w Szwecji przyszłości. Tak, to głos z czasu przyszłego, ale tak naprawdę niezwykle istotna książka, która powinna wywołać debatę o zagrożeniach dla współistnienia ludzi, którzy odsuwają się od siebie, kumulując we własnych grupach lęki i uprzedzenia. Czy Szwedzi wycofujący się z pewnych dzielnic miast i mniej lub bardziej dyskretnie odcinający od imigrantów, którym nie mają do zaoferowania niczego poza dobrocią ratujących od pierwszej opresji, nie zaprojektowali już takiej przyszłości, z jakiej wydobędzie się głos w tej powieści? Anyuru wyraźnie zaznacza w jednym z rozdziałów, że szwedzkie społeczeństwo zaoferowało dobro, a otrzymało przemoc. Czy to taka prosta droga i tak niejednoznaczna zależność? Czy rzeczywiście w tak niezrozumiały sposób ułożyły się stosunki Szwedów z imigrantami? Ostatecznie jednak trzeba zapytać: jakie stosunki? Ta książka bezlitośnie obnaży słabości zantagonizowanych stron i przeniesie nas do Szwecji, która wskazuje i stygmatyzuje swoich wrogów. Szwedzkich obywateli. Wykluczonych i napiętnowanych. W szale przemocy, której nikt nie potrafi zatrzymać…

Göteborg. Spotkanie autorskie, które ma się koncentrować między innymi na kwestii granic wolności artystycznej. Do lokalu dostaje się trójka terrorystów. Początkowo wszystko idzie zgodnie z planem. Autor bardzo sugestywnie oddaje moment, w którym rzeczywistość ulega bezwzględnemu wpływowi tych, co stosują przemoc. Wszystko toczy się przewidywalnie. Do momentu, w którym uświadamiamy sobie, że jedna z współtworzących ten akt terroru kieruje broń w stronę swego kompana. Kim jest dziewczyna, której mroczne i enigmatyczne wizje wskazują na jakąś dramatyczną historię z obozami w tle i wspomnieniem śmierci matki? Po zamachu przebywa w ośrodku psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze. Okazuje się, że jest obywatelką belgijską, która przeszła na islam. Odwiedza ją pisarz – muzułmanin. Dziewczyna przekazuje mu zapisane kartki. Wchodzą w skomplikowaną zależność. Łączy ich nie tylko kwestia wierzeń, ale i specyficznego spojrzenia na Szwecję. Na kraj, który autor – syn imigrantki urodzony w Szwecji – uznaje za swoje państwo. Państwo, którego zacznie się bać, wchodząc w sieć konfabulacji proponowanych przez dziewczynę.

Co jednak jest tu zmyśleniem, a co realnym odzwierciedleniem tego, jak mogłaby wyglądać rzeczywistość, gdyby poczyniono inny krok, zdecydowano o czymś innym? Na wstępie tej niepokojącej powieści nieprzypadkowo przeczytamy znaczące zdanie: „Czasami jeden czyn może zbudzić świat”. Czasem również może go ocalić. Będziemy świadkami tego, jak szwedzki obywatel zacznie się bać swojego kraju. Ujrzymy, w jaki sposób kraj zamienia się w bastion uprzedzeń i przemocy. Göteborg jest centrum wszystkiego, co typowo szwedzkie, i wszystkiego, co się Szwecji może przydarzyć. Także całej Europie. Wszędzie, gdzie chce się uporządkować różnice prostymi podziałami.

„Utoną we łzach swoich matek” to także powieść, która inteligentnie fantazjuje na temat czasu i jego upływu. Zręcznie odnosi się do kluczowych dla Europy wydarzeń z niedalekiej przeszłości i równie zręcznie nawiązuje do tego, co dzisiaj polaryzuje społeczeństwo, co wywołuje coraz więcej emocji i kumuluje te negatywne. Szwecja z tej powieści pokaże muzułmanom, gdzie ich miejsce. Jednocześnie stworzy nowy, sankcjonowany przez społeczeństwo status państwa operującego narzędziami opresji znanymi z totalitaryzmów. Johannes Anyuru nie szarżuje jakoś spektakularnie, bo w zasadzie nie chodzi mu o rozbudowanie dystopijnego wizerunku, ale o pokazanie na przykładzie głównych bohaterów, do czego może doprowadzić narastający lęk przed przemocą. Nie ma tu szczegółowej analizy mechanizmów powodujących, że tolerancyjne społeczeństwo staje się opresyjną społecznością gotową na wszystko, by wskazywać i terroryzować tych, którzy są inni. Tu inny znaczy obcy. A za obcością tkwi już tylko agresja.

Czy Anyuru proponuje nam jakąkolwiek nadzieję w tej mrocznej powieści o alternatywie, która staje się rzeczywistością? Czyta się to z dużą uwagą, zatroskaniem i przerażeniem. Ale przecież nie czyta się ani o czymś nowym, ani w jakiś sposób obcym szwedzkiemu czy europejskiemu czytelnikowi. Autor zaznacza jeszcze jedną czytelną tezę. Każda przemoc domaga się tych, którzy się jej przyglądają. Zaskakujące będzie to, jak w roli obserwatora wydarzeń Anyuru umieści w tej powieści czytającego. Nietuzinkowa, groźna, sugestywna i naprawdę przejmująca powieść – nagrodzona w Szwecji, ale też z pewnością Szwecję poruszająca.

2018-06-30

„Zbiornik 13” Jon McGregor


Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik

Data wydania: 24 maja 2018

Liczba stron: 296

Przekład: Jolanta Kozak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33 zł

Tytuł recenzji: Tajemnica i rutyna

Traciłem nadzieję przy tej książce, z każdym kolejnym rozdziałem coraz mocniej. I coraz bardziej mi było przykro, albowiem Jon McGregor pokazuje w „Zbiorniku 13”, w jaki sposób można zrujnować pomysł na genialną powieść. Jego narracja jest jakby mrocznym rewersem „Trafnego wyboru” J.K. Rowling i stara się pokazać, że dynamizowanie akcji nie musi być mocną stroną powieści panoramicznej. Zestawiam może dwie zupełnie różne książki, ale to także dwie brytyjskie narracje obrazujące codzienność małej społeczności, jakie miałem okazję ostatnio czytać. McGregor na początku bardzo imponuje. Wszystkim straumatyzowanym opisami przyrody w szkolnych lekturach przywróci wiarę w czułość, sugestywność i plastyczność portretowania świata przyrody. Świetny zabieg umieszczający na początku sprawę zaginięcia trzynastolatki w ferworze ważnych codziennych spraw mieszkańców pewnej wsi daje nadzieję na sprawnie rozegraną psychodramę o tym, jak zapominamy traumę, jak dotyka nas przede wszystkim powtarzalny nurt narzucany przez naturę oraz bezpieczna rutyna, w której zawsze prędzej czy później chcemy się ukryć. Tajemniczość i niepokój wpisywane są w oba krajobrazy – rzeczywisty, portretowany naprawdę przepięknie, i krajobraz emocjonalny mieszkańców – bardzo konsekwentnie i z dużą dozą wieloznaczności. Cóż z tego, skoro opowieści o życiu ludzi McGregor nie potrafi interesująco rozegrać ani też dramatycznie unieść.

„Zbiornik 13” to, niestety, flauta. Tonięcie w niepotrzebnych detalach i uwaga tracąca moc przy obserwacji naprawdę mało interesujących historii. Zlepek szarości i przewidywalności. Narastająca nuda. A w tej nudzie miały przecież skryć się tajemnica, dwuznaczność, niepokojące elementy rozbijające pozorną stabilność. Nie udaje się. Nawet niuansowana codzienność i szarzyzna mimo wszystko stają się narracją nieczytelności, która zmierza donikąd. To jedna z niewielu książek, przy których ziewałem. Rozczarowany tym, jak wspaniale się zapowiadała. Znużony konstrukcją i – mimo precyzji w doborze słów – także usypiającą czujność frazą. Czy można byłoby tę powieść skrócić? Nie, to nie zmieniłoby mojego odbioru. Nie chodzi o liczbę zaznaczanych zdarzeń, ale o ich literacką jakość, o świadomość, by nie zostawiać czytelnika naprawdę samego ze sobą w tym wszystkim.

A przecież – prawdopodobnie – w zamierzeniu autorskim miało być zupełnie inaczej! McGregor naprawdę chce rozegrać wszystko po mistrzowsku. Zaginiona dziewczynka nie jest członkiem społeczności. Mimo to wszyscy podejmują się jej poszukiwań. Sprawą szybko interesują się media i ten huczny świat nadmiaru wrażeń oraz faktów boleśnie wdziera się w sielską i uporządkowaną tkankę społeczną wsi. Wokół zniknięcia narastają pewne wątpliwości. Nikt nie wypowiada swoich sądów na głos, ale opinie ukształtują zarówno poszukiwaczy, jak i pozostałych członków społeczności, z różnych powodów dystansujących się od zdarzenia poruszającego wieś jak mało które wcześniej. Rodzice zaginionej – traktowani z szacunkiem, ale także z rezerwą jako obcy w wiosce – nie rezygnują tak szybko jak inni, cały czas mierzą się ze swoim dramatem, pozostając żywymi wyrzutami sumienia pośród ludzi, którzy chcieliby wrócić do swoich zajęć i codzienności. Kiedy zaginięcie przestanie elektryzować opinię publiczną, pojawiają się inne priorytety. Co jest ważne? Odbycie się lekcji, kocenie się owiec, bal wiosenny, przygotowania do żniw, spotkania w kościele czy też modyfikacja planu dnia w związku ze zmianami czasu. Wchodzimy w szarość i literacką nudę codzienności miejsca, w którym wszyscy starają się zapomnieć, bo tak jest łatwiej i dla wszystkich bardziej zrozumiale. A przecież autor podkreśla przez cały czas, że nic w tej wsi nie wróciło na normalne tory, a może też nigdy nic w niej na nich nie było, gdyż mieszkańcy sami wypracowali sobie kodeks postaw i zachowań określonych jako właściwe. W związku z zaginięciem pojawia się trop tajemniczej furgonetki. Jeden z mieszkańców zostaje zatrzymany przez policję. Niektórzy zachowują się tak, jakby mieli coś wspólnego z tym, że pewnego dnia trzynastoletnia Becky po prostu rozpłynęła się w powietrzu. A jednak w określonej przestrzeni wyznaczanej przez cementownię, wrzosowisko, trzynaście zbiorników wodnych i pole do krykieta.

Mroczna staje się niepokojąca obecność bliskich, którzy nadal szukają, choć wieś już swoje wie, wieś odpuszcza i jest gotowa poddać się oswojonemu powtarzalnemu rytmowi. Mroczne jest też wspominanie zaginionej – wciąż gdzieś niby przypadkowo, na marginesie, wciąż w zaskakującym kontekście, gdyż nikt nie rozmyśla, lecz ktoś ją widzi. Rok, trzy lata po zniknięciu, także dziesięć lat po nim. Trudno nie zauważyć przemyślanych wyrw w tym uporządkowanym rytmie i rozumiem, że „Zbiornik 13” to taka powieść usypiająca czujność, a jednak mająca pozostawiać w gotowości na coś dramatycznego, choć niewypowiadanego wprost. Problem McGregora to przede wszystkim problem konstrukcji powieści. Ale również języka, do którego kształtu autor na pewno przywiązał większą wagę niż do szkieletu świata przedstawionego, w którym ma rozegrać się niemy dramat. Motyw zaginięcia to wciąż na nowo odnawiany niepokój, symbol stale otwartej rany i rujnującego wspomnienia, a społeczność działająca w swym rytmie przez kolejne lata po zaginięciu pokazuje, że świat nie płacze nad niczyją krzywdą.

Jeśli traktować „Zbiornik 13” jako opowieść o wypieraniu niewygodnych faktów przez społeczeństwo, dostrzeżemy naturalnie ponadczasowy adres i znajdziemy dowody na to, że tak właśnie miało to zostać rozegrane – zdradliwy i niepokojący błysk, a potem już tylko odnajdywanie jego śladów w półmroku i rutynie bylejakości. Nie można jednak unieść tej powieści z odpowiednim zaangażowaniem. Wszyscy bohaterowie doskonale zlewają się w jakąś ponurą całość i McGregor tak konsekwentnie trzyma się tego rozwiązania, że w końcu tracimy prawdziwy kontakt z powieścią. Ona sama jest pewnym literackim samograjem, ale nie daje już nic – ani emocji, ani zagadki. Nie jestem przeciwnikiem powieści statycznych. Nie podobają mi się powieści rozmyte jak „Zbiornik 13”. Fascynujące swoją dwubiegunowością – tu dramat rozdzierający spokój oraz spokój okupiony zapominaniem – ale jednocześnie mało sugestywne. Dlatego rozczarowanie jest spore, ale pojawia się też świadomość, że bez względu na odbiór nie jest to powieść skierowana do każdego czytelnika.

2018-06-28

„Spadek” Vigdis Hjorth


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 368

Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mikrospołeczeństwo w rozpadzie

Kiedy Gro Harlem Brundtland powiedziała rodakom, że „być dobrym to typowo norweskie”, wielu zaczęło przywiązywać się do tego stwierdzenia jako doskonałej etykiety relacji społecznych. Także uzasadniającej norweską chęć zgodnego współistnienia i niezgody na jakąkolwiek formę przemocy czy terroru. O tym, jak projektowane jest po norwesku pojęcie dobra, i o tym, jak stało się ono wybiórcze, doskonale pisze w swym socjologicznym szkicu Nina Witoszek. Powieść Vigdis Hjorth to nie publicystyka „Najlepszego kraju na świecie”, lecz bardzo mocna proza obyczajowa wychodząca poza ramy portretowania rodzinnej psychodramy. Na niej norweska autorka zbuduje przesłanie jeszcze trudniejsze do uniesienia niż to mówiące o toksycznych relacjach, które niszczą rodzinę od środka. „Spadek” to powieść o tym, czym jesteśmy jako syte, uporządkowane społeczeństwa europejskie. Do czego doprowadzamy zachowawczością, poprawnością poglądów i zachowań, tuszowaniem rzeczy niewygodnych. Na pewno norwescy czytelnicy mocno przeżyli spotkanie z tą książką. Nie tylko dlatego, że Hjorth udowadnia, iż w sielskich okolicznościach przyrody jedynie pozornie toczy się życie uporządkowane, właściwe, sensowne i dobre. Rozsadzone zostaną tutaj wszelkie ramy porządku – tego rodzinnego, ale również społecznego. Sytuacja ofiary, której świadectwu inni nie chcą dać wiary, będzie przejmującym obrazem konfrontacji norweskiego dobrego życia z tym, jak tuszuje ono wszelkie formy okrucieństwa, a zatem z tym, jak bardzo jest fasadowe i ile w nim hipokryzji.

Vigdis Hjorth ciekawie rozgrywa swój dramat. Początkowo odnosimy wrażenie, że będziemy mierzyć się tylko ze sferą emocji głównej bohaterki. Że w jej rwanej, fragmentarycznej i chaotycznej narracji pełnej – celowych! – powtórzeń odnajdziemy jedynie analizę krajobrazu emocjonalnego skrzywdzonej osoby, która nie zdradzi nam zasadniczych faktów ujawniających, w jaki sposób została skrzywdzona. Kiedy dowiadujemy się prawdy, nie jesteśmy zaskoczeni, niemniej Hjorth dokonuje rzeczy niesamowitej: z dość typowej historii o traumie niesionej przez życie tworzy boleśnie dotykający traktat o istocie człowieczeństwa i o tym, jak definiują ją relacje z najbliższymi.

Od początku widzimy, że tworzą się dwa fronty między rodzeństwem. Syn i córka, który odcięli się od rodziców, oraz dwie ich córki pozostające w ścisłym związku emocjonalnym z tymi, którzy decydują w jesieni życia o podziale rodzinnego spadku. Kością niezgody stają się domki letniskowe przepisane córkom, które wiernie trwały przy rodzicach, ale wiemy od początku, że nie będzie chodzić ani o żadne domki, ani też o niesprawiedliwy podział dóbr. Symboliczny spadek jest dużo bardziej skomplikowany. Dużo trudniejszy do udźwignięcia. Niemożliwy wręcz w swym ciężarze. Nie do wytrzymania, nie do przepracowania w dorosłym życiu.

Hjorth opowiada o tym, jak niemożliwe jest wydobycie się z toksycznego dzieciństwa. Dwoje rodzeństwa, która postanowiła zerwać z rodziną, dobiegając szóstej dekady życia, wciąż ma poczucie bezradności i bólu, w które wbiło ich dzieciństwo. Bergljot jest cenioną krytyczką teatralną, matką i żoną, która odeszła do tego, co się podobał i fascynował. Tym samym zrobiła coś, na co nie miała odwagi jej matka – zawsze pozostająca bezwolną własnością w rękach ojca. To właśnie relacje Bergljot i jej rodzicielki są tu najważniejsze. Wydają się dużo ważniejsze niż realne dramaty, jakich doświadczyła bohaterka niemogąca uwolnić się od przeszłości i projektująca na swoje dalsze życie odziedziczoną niemoc wraz ze strachem. Matka wzięła na siebie rolę świadka, który wolał milczeć. Niesamowite jest, że doświadczona złem kobieta przenosi to zło dalej, współuczestniczy w nim, jest gotowa je sankcjonować. Hjorth opowiada o tym, jak przenosi się destrukcja – na inne osoby, w inny wymiar, do kolejnego pokolenia. Buduje obraz toksycznych relacji, w których ktoś chce zabrać głos i opowiedzieć o krzywdzie, ale jest ignorowany. Wszystko dla dobra rodziny. Dla bycia dobrym po norwesku. Fasadowo. Zachowawczo. W tym portretowana rodzina się wyspecjalizowała i doskonała scena pogrzebu ojca pokazuje, jakimi aktorami się stali jej członkowie. Bergljot – na co dzień demaskująca sceniczne kreacje – chciałaby wreszcie wyjść z roli i zmusić do tego członków swojej rodziny. Okazuje się to prawie niemożliwe. A może po prostu niestosowne, bo za dużo upublicznianych krzywd zrujnuje wizerunek. Ile jest takich norweskich rodzin? Ile większych społeczeństw działa wedle okrutnych zasad ustanowionych przez portretowaną przez Vigdis Hjorth rodzinę?

Fascynujące i przerażające jest śledzenie tego, w jaki sposób rodzice od początku wpływali na decyzje i wartościowanie swoich dzieci. Czytelny front dwójki odrzuconych i dwóch przywiązanych do nich córek obrazuje bolesny rozdźwięk w tym, jak ta rodzina się komunikuje i jaki kod komunikacji przyjęła. Nieprzypadkowo ci, którzy odeszli, podjęli taką, a nie inną decyzję. Bergljot nie kontaktowała się z bratem bardzo długo. Każde z nich doświadczyło innej formy opresji i każde mierzyło się z jej śladem na własny sposób. Zatomizowali się, ale podejmują wspólne działania związane z brakiem dziedziczenia wspomnianych już domków. Bergljot zdobędzie się na odwagę, by zwerbalizować swoje lęki oraz uprzedzenia. Po raz pierwszy w swym długim życiu będzie gotowa stanąć do walki ze swoimi demonami. Co wyniknie z tej konfrontacji?

Hjorth zastanawia się nad tym, czy możliwy jest prawdziwy rozrachunek rodzinnych krzywd bez pełnego pojednania. Nie chodzi tylko o zrozumienie krzywd, ale usankcjonowanie statusu ofiary. Emocjonalna pustka głównej bohaterki to pokłosie skomplikowanego procesu odcinania się od mroków czasu przeszłego. Bezskuteczna próba uwolnienia się od czegoś, co nie doczeka się przeprosin czy choćby zrozumienia. Bergljot nie współczuje matce, gdy ta – dość teatralnie – podejmuje próbę samobójczą. Nie jest gotowa jej współczuć, ale nie ma też w sobie dużej empatii wobec problemów innych, których stara się unikać. Wyjałowienie emocjonalne postępowało latami. Dzisiaj może postarać się o to, by zaakceptować postawę oprawcy, ale nie jest gotowa wybaczyć. Prawdopodobnie nigdy nie wybaczy. Rozważania o roli dystansu tworzonego w rodzinie są okazją do tego, by pokazać, jak atomizuje się nowoczesne, wygodne społeczeństwo. Jego przedstawicielką jest także Bergljot, która przypadkiem blokuje telefon i w tym pełnym dóbr świecie natychmiast kupuje nowy, by rozmawiać, bo taką ma potrzebę. Bohaterowie tej powieści mają wszystko, co jest im potrzebne. Nie mają tego, co niezbędne – czułości oraz zrozumienia. Bogate społeczeństwo okazuje się nie toczyć walki o domki letniskowe z obniżoną ceną rynkową. W tym rodzinnym mikrospołeczeństwie rozpaczliwie walczy się o zainteresowanie i miłość. To towary deficytowe, choć wszystkie inne są w zasięgu ręki.

„Spadek” to mimo pozornie chaotycznej konstrukcji powieść bardzo spójna i czytelna. Oddająca głos komuś, kto nigdy nie chciał go zabrać, nigdy nie pokonał deprymującego dystansu wobec rodziny, która funkcjonowała fasadowo. Hjorth fantazjuje także o tym, czego uczy bycie człowiekiem nieszczęśliwym i odrzuconym. W jaki sposób można przekuć w siłę odtrącenie oraz idące za tym smutek i melancholię. To także świetna książka o tym, jak odrzucający potrafią wypracować sobie bezpieczne ramy przestrzeni odrzucenia i nie współczuć tym, którzy zdecydowali się odejść. Narracja wielu przesłań i mrocznej tezy, że ludźmi w każdej relacji rządzą zgubne instynkty. Nawet instynkt przetrwania może przerodzić się w piekło autodestrukcji. Zdecydowanie warto przemyśleć te kwestie.

2018-06-26

„Stanie płatne” Gauz


Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 13 maja 2018

Liczba stron: 190

Przekład: Gabriela Hałat

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33 zł

Tytuł recenzji: Patrząc

Nie wiem, jak to naprawdę jest w paryskich sklepach i klubach, ale Gauz stawia tezę, że stolica Francji zatrudnia tylko czarnych ochroniarzy. Autor z Wybrzeża Kości Słoniowej zebrał swoje doświadczenia i obserwacje, pisząc interesującą książkę przełamaną kilkoma wstawkami – wyliczeniami. To one tworzą dynamikę tej narracji, w nich jest też najwięcej jadowitej ironii i specyficznego poczucia humoru autora. Człowieka, który przez lata był kimś niewidzialnym w społeczeństwie francuskim. Imigrantem z Afryki, którego nie ma. A jednak był i bardzo boleśnie odczuwał swoją egzystencję. Nie będzie to jednak historia frustrata pokazującego środkowy palec sytej społeczności, do której wszedł dzięki związkowi małżeńskiemu z Francuzką. Nie, „Stanie płatne” to niebywale inteligentna książka o tym, ile mrocznych aspektów kryją w sobie globalizacja, hedonizm oraz nihilizm XXI wieku oraz polityczna poprawność każąca odwracać wzrok od tego, co niewygodne. To też narracja o tym, że lata kolonizacji francuskiej wciąż na nowo odbijają się na kształcie społeczeństwa, na nowo antagonizują i wciąż utrzymują w sile tę bolesną dychotomię wyznaczoną kolorem skóry danego człowieka.

Zatem czarny ochroniarz w Paryżu – to błyskotliwy punkt wyjścia. Dlaczego? Okazuje się, że z czegoś, co jest charakterystyczną cechą miasta, można stworzyć frapujący fresk obyczajowo-społeczny. Ważna jest perspektywa tego, który obserwuje. Obserwator to chyba najważniejsza z hasztagowych treści umieszczonych na świetnej okładce. Miejsca, które należy chronić, to także rezerwaty ludzkich osobliwości. Tam można przez chwilę kogoś grać, tam też można pokazać się takim, jakim jest się naprawdę. Miejsca przyciągające różnego rodzaju dziwaków, frustratów i wariatów, którzy uznają, że noc z drinkiem należy do nich albo alejka sklepowa jest ich własnością, bo mają w kieszeni cenną kartę płatniczą. Z perspektywy ochroniarza Gauz portretuje paryską różnorodność, w której nie umiemy się ze sobą porozumiewać, choć mamy wspólne priorytety. A jednak podziały są w centrum zainteresowania autora. Ukazywane przez pryzmat tego, jak zachowują się ludzie na wyprzedażach, w znanej paryskiej perfumerii czy spacerujący po ulicy. Okazuje się, że jesteśmy w stanie zrobić wszystko dla promocji. Ważne jest to, jak pachniemy, choć niekiedy nie widać nas spod czarnych strojów. Chcemy kupować, bo to zwalnia od myślenia. I w tym szalonym tyglu dzielimy się z zupełnie niezrozumiałych powodów.

A może jednak te powody są całkiem konkretne, lecz nie trzeba ich czytelnie punktować? Na to pytanie odpowiadają trzy narracje obrazujące stosunek Francuzów do cudzoziemców z Czarnego Lądu. Przemiany w postrzeganiu przez Francuzów imigracji widzimy z perspektywy… paryskiego akademika. Dostrzegamy, że nie jest łatwo odnaleźć się w kraju, wobec którego z natury ma się pewne czytelne oczekiwania. Patrząc na rzucającą się w oczy reklamę Western Union, której hasło może posłużyć jako punkt wyjścia dla rozprawy na temat licznych upokorzeń, dostrzegamy wieloznaczność pozornie jasnego komunikatu. Koncentrujemy się wokół upokorzeń doświadczanych przez czarnego człowieka w kraju, w którym jest on czasem tylko numerem ewidencyjnym i składową „sporej ilości siły roboczej”, która nagle potrzebna wymusza proces rekrutacji, do jakiego nie stają biali ludzie. Gauz rozpoczyna od opisu kolejki czarnoskórych mężczyzn, by potem sportretować dwie historie – jeden z bohaterów uciekł przed gettem i stygmatyzacją, drugi mógł się rozwijać w swojej ojczyźnie i decyzja o życiu we Francji mogła być zaskakująca.

Kassoum i Ossiri to tacy dwaj przewodnicy po świecie, któremu nikt nie chce się przyglądać. Gauz stawia pytania o to, czym uzasadniony jest rasizm, jak trwała jest jego struktura, ale przede wszystkim diagnozuje przyczyny niemożliwości pełnego społecznego funkcjonowania ludzi o czarnym kolorze skóry. Różnice zaznaczane tym kolorem ciekawie podkreśla opis podmiejskiego osiedla. To przestrzeń dla tych mało wymagających i z marginesu w Europie. Wybrzeże Kości Słoniowej taką przestrzenią oddzieliłoby bogatych od biednych. Brak co prawda jakichś głębszych analiz stanu niesprawiedliwości społecznej i podziałów, ale Gauz bierze pod lupę przede wszystkim mentalność ludzką, zaskakujące sposoby wyrażania siebie. Zarysowuje mechanizmy umożliwiające podziały i okoliczności prowadzące do tego, że od zawsze mają się one bardzo dobrze. Przez pryzmat widzenia sklepowego ochroniarza portretuje jednak ludzką śmieszność. Tak, „Stanie płatne” to przecież książka dowcipna, choć wydobyła się z pewnego rodzaju krzywdy i chce opowiedzieć o tym, jak krzywdzony widzi oblicza niesprawiedliwości. Oblicza Paryża, który wciąż jest wieżą Babel – przyciąga różnorodność, ale każe też ustanawiać jakieś niezrozumiałe podziały wśród nieporozumień. Gauz łączy rozważania o nietolerancji oraz nierównościach z doskonałym portretowaniem konsumpcjonizmu. Nadaje mu wiele oblicz. Skrywa pośród licznych definicji. Dzięki uważnym obserwacjom nabiera do ludzi i dystansu, i empatii. A jednak jest wyraziście buntowniczy w swym pisaniu. Bo ta książka jest wyrazem buntu, lecz także próbą diagnozy niebywale skomplikowanej współczesności, w której ścieramy się ze sobą coraz częściej, równie często odwołując do tolerancji, poszanowania praw i szacunku dla drugiego człowieka.

Czy postrzegamy rasy ludzkości jako pewną ustaloną hierarchię? Z czego wynika fakt, że imigrant tak często jest niewidzialny, a nawet problematyczny? Co się stanie, kiedy dopuści się do głosu kogoś, kto ma tylko patrzeć i być czujnym, a okazuje się, że ta czujność jest innego rodzaju, doskonale wyławia absurdy i bolączki społeczeństwa różnorodnego miasta, które bardzo chciałoby tuszować niewygodne problemy? Czytanie Gauza pociąga za sobą wiele pytań. Co jest manierą, co religią, a co fetyszem społeczeństwa zachodnioeuropejskiego w XXI wieku? Co symbolizuje kolor skóry, z jakim rodzajem stygmatyzowania jest związany? W końcu – dokąd zdążamy w tym kapitalistycznym pędzie z historią podboju i wykorzystania, a także z doskonale wypracowaną tendencją do tego, by nie widzieć wszystkiego, co problematyczne? Gauz prowokuje, ironizuje, bawi, lecz przede wszystkim twórczo przekształca trudne doświadczenia życiowe, by powiedzieć Francuzom, jacy są naprawdę, i by pokazać, czego Paryż może się wstydzić. Robi to nawet lepiej niż Sabri Louatah, bo tworzy rzecz krótką, zwięzłą i bardzo dosadną. Świetna, dynamiczna narracja. Wielogłosowa opowieść o istocie afrykańskiej tożsamości w zachodniej Europie.

2018-06-22

„Berlińska depresja. Dziennik” Anda Rottenberg


Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 27 kwietnia 2018

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Sztuka i życie

Ta książka jest swoistym bilansem własnych kroków, decyzji i działań Andy Rottenberg. Zestawione są one jednocześnie z tymi wszystkimi przejawami życia, które wciąż stanowią dla niej wyzwanie. Dlatego to dziennik intensywności w kilku znaczeniach. Nie chodzi tylko o to, że zapiski są gęste, a ich struktura zdaje się znosić wszelkie uporządkowania. Nie chodzi o to, jak nowe życiowe doświadczenia Rottenberg odbiera przez pryzmat tego, co już przeżyła. To też nie jest dziennik z Berlina – powstał w ramach pobytu stypendialnego, ale w przeciwieństwie do tego typu publikacji dynamicznie obrazuje ruch autorki. Ustawiczne przemieszczanie się, najczęściej między Berlinem a Warszawą. Ale otrzymujemy także refleksje z zagranicznych podróży. Między innymi z Izraela, który tak bardzo szanuje sztukę i oddaje jej należne znaczenie. Berlińska depresja” to przecież opowieść kogoś, kto ze sztuką związał całe swoje życie. Rottenberg będzie zatem poruszać kwestie estetyki czy etyki w stałym powiązaniu ze swoimi zainteresowaniami twórczymi. Da nam jednak obraz różnorodności, która składa się na specyficzny rytm jej funkcjonowania. Stale aktywnego, choć przecież sama pisze, że jej życie toczy się już „po łuku w dół”, że to powinien być czas raczej podsumowań niż nowych odkryć. Okazuje się jednak, że autorka dynamizuje nie tylko swoje zapiski. Jest w wiecznym ruchu, towarzyszy jej swoista niespokojność także w obserwacji otaczającej przyrody. Jest wyrazicielką siebie w wielu znaczeniach. W tej narracji znajdziemy otwartość, dociekliwość, wieczną ciekawość świata, ale przede wszystkim coś, co ma służyć samej Rottenberg. „Berlińska depresja” to bowiem książka o tym, jak udaje się znaleźć potrzebny dystans, by nie być cynicznym. Także o patrzeniu na funkcjonowanie Polski, Europy i świata w historycznych kontekstach, w przypominaniu sobie o Historii wielu nieznanej albo przez nich wypartej.

To książka o tożsamości kobiety, artystki, historyczki sztuki, uważnej krytyczki, oddanej przyjaciółki i osoby wciąż na nowo przyglądającej się sobie z różnych perspektyw. Sporo tutaj autotematycznych rozważań o języku. Także języku artysty, muszącym mieć przecież określony kształt i służyć konkretnym funkcjom. Rottenberg proponuje nam tutaj coś, co Mircea Cărtărescu nazwał „notacją wolnej myśli”. Bo będzie to przecież książka o wewnętrznej wolności, o umiejętności zatrzymania jej w sobie, o silnym kręgosłupie moralnym i zachłanności wolnego życia w każdym jego przejawie. Rozważania poważniejsze, bardziej przygnębiające czy wręcz rzeczywiście depresyjne idą tutaj w parze z czułością i empatią w portretowaniu ludzi bliskich Andzie Rottenberg. Tych, na których może liczyć, odwiedzać ich i spędzać z nimi czas, ale także tych, którzy odeszli. Ten dziennik nie będzie sumą utrat, lecz bilansem zysków – w każdej relacji, każdej podróży, ale także w momentach, w których należało wypowiadać się o istocie sztuki w niewygodnych kontekstach czy sytuacjach.

Mam wrażenie, że zasygnalizowana w tytule depresyjność jest pewną zwodniczą grą z czytelnikiem, albowiem mnogość działań i przemyśleń wyraźnie podkreśla, że autorka jest wciąż w głównym nurcie, wciąż zadziwiana i zaskakiwana, modyfikująca poglądy oraz przemyślenia. To żywa tkanka wchłaniająca w siebie coraz więcej, a może wyjątkowo kompulsywnie dużo ze świadomością jesieni życia. Rottenberg jest więc pozornie pełna witalizmu. Depresyjność ujawnia się wówczas, gdy pisze o aktualnej sytuacji Polski oraz o tym, co zmieniło się w świecie sztuki, co zahamowało jego rozwój i co wyznaczyło jakieś nowe, niezrozumiałe dla autorki tendencje. W tym znaczeniu moc przygnębienia rzeczywiście może stopować swoiste życiowe ADHD Rottenberg.

Dowiemy się, dlaczego woli być anonimowa w Berlinie niż rozpoznawalna w Warszawie, a także poznamy specyfikę w odbiorze obu miast. Inne przestrzenie i inne refleksje – tak można strywializować to, co odczytamy w tych zapiskach pełnych zdumienia, zaskoczenia, wątpliwości i oczywistych pytań o kształt naszej przyszłości. Polskiej, europejskiej, ale nie tylko. Anda Rottenberg daje się zaskoczyć stereotypom, gdy diagnozuje na przykład elektorat rządzącej partii. Jest jednak dużo bardziej twórcza i tym samym groźna, kiedy obsesyjnie wręcz wraca do historycznych uwarunkowań relacji władzy i społeczeństwa, pokazując zagrożenia, jakie czyhają na nas w kraju, w którym ponoć jako jedynym kelnerzy potrafią publicznie wyrazić swoje uprzedzenie do klienta. Jednak nie tylko o uprzedzenia chodzi. Autorka portretuje coraz bardziej widoczną polaryzację społeczeństwa, ale dostrzega także zagrożenia atomizacji. Jest mroczna w swoich przewidywaniach tego, co nas czeka. A jednocześnie świadoma wszelkich mechanizmów, dlatego europejska i polska rewolucja jawią się nadzwyczaj groźnie. Rottenberg przestrzega i punktuje. Jednak unika dydaktycznego tonu, kiedy portretuje, co niosą w sobie nowe demokracje i co może stać za podziałami wyzwalającymi ksenofobię i agresję.

Póki może, jeździ po Europie bez granic. Węgry, Francja, Szwajcaria. Punkty podróży i zapiski dotyczące sposobów odbierania rzeczywistości przez pryzmat tego, co dla danych krajów tak charakterystyczne. W umyśle Rottenberg, który jest wyjątkowo otwarty nie dlatego, że widzi tak wiele różnorodności, ale przede wszystkim z racji doświadczeń. Autorka nie dowierza, że może być świadkiem tego, co już miało miejsce, już zostało zdefiniowane, oznaczone jako minione i gotowe do uznania za niepowtarzalne. Jesteśmy powtarzalni w swej bezradności i głupocie zupełnie tak samo jak przyroda, której rozkwitom i snom Rottenberg przygląda się w zapiskach z lat 2015-2016. Radykalizacja ludzkiego świata powoduje, że przez chwilę można pomyśleć, iż żywot słyszanego o poranku słowika jest bardziej sensowny niż życie ludzkie.

To też książka, w której autorka wraca do Holokaustu, duma nad znaczeniem religii, wspomina o aktualności Brechta i utyskuje na trudność nauki języka niemieckiego. Nie ma tu głębszych diagnoz, ale są bardzo intensywne przeżycia. Także przemyślenia – wciąż z perspektywy człowieka w służbie sztuki. Ale Rottenberg daje się poznać także jako kobieta z dużym poczuciem humoru oraz dystansem do najmroczniejszej nawet rzeczy, która potrafi spędzić jej sen z powiek. „Berlińska depresja” to kalejdoskop zdarzeń, lecz tylko pozornie książka wielości tematów oraz przemyśleń. Pojawiają się w niej troska oraz lęk. Poczucie pewnej przegranej i chęć uczenia się wciąż na nowo. Zrozumienie dla błędów świata i człowieka, ale też uważność w ich punktowaniu. Miejsca i ciekawe asocjacje. Czyta się z wytężoną uwagą i daje to poczucie bycia gdzieś blisko. Jest intymnie, kameralnie, także z wyraźnie zaznaczonym dystansem. Wartościowa rzecz. Ważna w dzisiejszych czasach, które inteligentnie komentuje.