2018-08-23

„Łaskoci” Konrad Oprzędek


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 22 sierpnia 2018

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Poetycka upiorność

Konrad Oprzędek zachwyca i przygnębia. Jednocześnie mocno zaskakuje, bo po interesującym, ale niekoniecznie wzbudzającym wiele emocji reportażu „Polak sprzeda zmysły” proponuje nam debiutancką powieść, która na pewno zapadnie w pamięć. Zachwycić można się stroną językową książki. Zjełczała krew Oprzędka śniła mi się w nocy. Jego zdania uderzają w świadomość z dużą siłą, są śmiałe i jednocześnie bardzo niezwykłe. Pozostawiają ślad na języku, dlatego niektóre fragmenty warto przeczytać sobie na głos. Brzmią jak z jakiejś mrocznej baśni, a przecież portretują polską wieś. Poetyckość opisu zwyczajnych, przygnębionych i wycofanych ludzi to niejedyny zaskakujący dysonans tej książki. Narracji, która w swym przesłaniu i całej strukturze mocno przygnębia. To druga strona oddziaływania. „Łaskoci” to opowieść z klaustrofobiczną i duszną atmosferą, ale także ze słowami i zwrotami, które wydobywają się z niej, są niezależne, gdzieś poza światem przedstawionym, w niecodziennej logice asocjacji – też niepokojące, jednak w innym wymiarze.

Myślę, że po „Tłuczkach” Katarzyny Wiśniewskiej to jeden z najciekawszych polskich debiutów literackich tego roku. Powieść zawłaszczająca i jednocześnie trudna do uniesienia. Przesycona smutkiem, ale z drugiej strony przepięknie przełamana czułością w połączeniu niektórych słów w zaskakujące zdania. Łącząca subtelne piękno frazy z okrutną bezkompromisowością. Oprzędek jest oryginalny, choć wcale nie opowiada jakiejś nowatorskiej historii. Proponuje intymny pejzaż miejsca, które dosięga śmierć i dodatkowo umacnia mroczny klimat bylejakości, zatrzymania się w miejscu. A jednak nie stoimy w nim. Sycimy się opisami i toniemy w egzystencjalnym błocie. Dwa zupełnie różne sposoby oddziaływania czytelnika. W jednej bardzo spójnej i konsekwentnie napisanej książce.

Wieś przeżywa żałobę. Cierpi i zastanawia się nad celowością tego cierpienia. We wsi wszyscy zastygli na długo przed tym, kiedy musieli stanąć w miejscu oniemiali po doznanej krzywdzie. Tej niezawinionej i niezrozumiałej, która przyszła z wielkiego świata, gdzie udali się dwaj bracia, by już nigdy nie powrócić żywi w rodzinne strony. Ludzie wloką za sobą ciężkie cienie w postaci sadzy. Mają w płucach kamienie. Pary „zsychają się” razem, a pozostali, bez bliskiej osoby, zapadają w stupor, z którego nie mogą się wydobyć. Wieś nie śpi, lecz rozmyśla. Budzi się po tragedii ataku terrorystycznego, która zabrała dwie swojskie ofiary, i rozmyśla o kształcie świata potem. Bo wieś to uporządkowana struktura społeczna, w której pokolenia odgrywają ważną rolę. Tu pojawia się bezlitosna luka, nagła pokoleniowa pustka, za którą stoją bezradność i rozpacz. A potem gniew, ale nie od razu. Na początku Konrad Oprzędek chce nas oprowadzić po swym smutnym miejscu i odczarować jego prozaiczność niezwykłą frazą opowieści – o świecie przyrody, jej zjawiskach, o ludzkiej seksualności, pejzażu intymnym pokrzywdzonych. Kroczymy przez ten świat z dużą dozą nieśmiałości, bo doświadczamy brutalności i subtelności jednocześnie. „Łaskoci” to taka opowieść, która polskie demony i idiosynkrazje opowiada w nieoczywisty sposób. I za to jestem autorowi bardzo wdzięczny, bo wydobywa się z tematycznej kalki i ucieka przed prostymi, powtarzalnymi tezami w swojej książce.

Ważne jest to, co dzieje się z wsią po tym, gdy oswoi już tragedię. Kiedy pojawi się ktoś, kto zechce uporządkować tę mroczną rzeczywistość w chaosie. Kiedy miejscowy strażak wypowiada słowa: „Przyjrzyjcie się każdemu, kto chce żyć inaczej”, przechodzą nas ciarki i zdajemy sobie sprawę z tego, że ból wspólnoty wydobywa się też ze strachu, a strach w prosty sposób można przekształcić w nienawiść. I o tym jest ta książka. O przemianach, a jednocześnie utkwieniu w czymś, co bierne i smutne, jednak oswojone, nadzwyczaj swojskie i akceptowalne. Wieś mogłaby krzyczeć, że „naszych ubili”, ale te słowa wypowiadane są prawie szeptem, choć z wyraźnym buntem, akcentowaną niezgodą. Nasi a obcy – duszna dychotomia kształtuje świat przedstawiony w przerażający sposób, ale Konrad Oprzędek unika łatwego kategoryzowania i jego wieś nie jest tylko duszna, cuchnąca cierpieniem i śmiercią – jak chciałaby ją widzieć dziewczyna jednego z nieżyjących, która przyjeżdża z odrazą i chce jak najszybciej wrócić do miasta.

W życiu portretowanej zbiorowości nic już nikogo nie „łaskoci”. Każde doznanie, każda myśl i uczucie stają się szorstkie, nastawione na konfrontacje z kolejną szorstkością. Wieś Oprzędka w specyficzny sposób celebruje swoje wyobcowanie. Jednoczy się jako grupa. Także jako grupa rozpada. Okazuje się, że pożegnanie z nieszczęściami o imionach Łukasz i Tomek to dla niektórych zbyt wiele do uniesienia. Nie do pomyślenia jest, by wieś żegnała tych, którzy mieli być jej przyszłością. Nie do opisania są napięcia i nawarstwiające się frustracje. A także czasowa nieobecność Boga, bo wydaje się on obserwować, ale nic nie rozumieć. Tymczasem trzeba godnie przygotować się do pogrzebu. Będzie on symboliczną puentą tej niezwykłej historii, w której obok śmierci pojawiają się bardzo żywotne uczucia. Niszczące i atakujące społeczność od wewnątrz. Coś się wydarzy, coś gorszego niż ostatnie pożegnanie. Konrad Oprzędek buduje napięcie, kreując dodatkowo pełne mrocznych fantazji o stygmatyzowaniu sny mieszkańców wsi.

Sporo w tej powieści o ludzkiej cielesności, nie tylko tej w stanie rozpadu. Specyficzny naturalizm autora idzie w parze z konwencją, jak już wspomniałem, wyjątkowo mrocznej baśni, w której nic nie będzie takie, jakie być powinno. Struktura pewności wsi, którą zbudowano przez pokolenia, boleśnie zatrzęsie się w posadach. Do świata, w którym funkcjonowało się wedle niepisanych, lecz czytelnych zasad, wedrze się chaos niepokojącego zewnętrza. Oprzędek intrygująco opowiada o tej konfrontacji, ale stawia także na konfrontację między formą a treścią tej książki. „Łaskoci” to będzie historia naszych emocjonalnych upiorów, traum i uprzedzeń. Opowiedziana z dużą delikatnością i poetycką empatią. Naprawdę zapadająca w pamięć. Myślę, że te kameralne dramaty obrazują dyskomfort bycia osobnym w grupie, który towarzyszyć może każdemu i wszędzie. Konrad Oprzędek jest niejednoznaczny, czuły i jednocześnie bardzo stanowczy.

2018-08-20

„Strzały w Kopenhadze” Niklas Orrenius


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 22 sierpnia 2018

Liczba stron: 462

Przekład: Katarzyna Tubylewicz

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Strach i uprzedzenia

Książka Niklasa Orreniusa ukazuje się w Polsce na kilka tygodni przed szwedzkimi wyborami parlamentarnymi, których wielu Szwedów (i nie tylko) oczekuje z niepokojem. Rankingi popularności wskazują, że i tym razem – jak w trakcie poprzednich wyborów – skrajnie prawicowa partia Szwedzkich Demokratów, która jako jedyna w Riksdagu sprzeciwia się polityce imigracyjnej i demonizuje obecność ludności imigranckiej w Szwecji, podwoi liczbę miejsc w parlamencie i będzie w nim znaczyła już naprawdę dużo. To nie tylko sygnał świadczący o kryzysie socjaldemokracji w tym kraju, ale także symptom dojścia do głosu dyskursu ksenofobicznego i argumentacji opartej na uproszczeniach, polaryzujących świadomość i szwedzką opinię publiczną. Szwecja w XXI wieku – nie tylko z racji problemów z polityką imigracyjną – doświadcza pewnych nowych zjawisk, z którymi nie potrafi sobie poradzić, bo nie jest w stanie odnaleźć jakiegoś precedensu w historii. Orrenius napisał szalenie ważną, wieloaspektową i nad wyraz obiektywną książkę o niebezpieczeństwie nacjonalizmu czającego się nie tylko w jego ojczyźnie. „Strzały w Kopenhadze” to opowieść o tym, jak Szwecja się boi, co z tego strachu wynika, ale także o tym, jakie narzędzia dyskusji o problemach społecznych dobierają sobie ci, którym zależy na łatwych podziałach, czytelnej dwubiegunowości. Sam Orrenius zaznacza, jakie pojęcia w jego reportażu będą najważniejsze. To wolność, demokracja, przemoc i religia. Przyjrzy się im i ich szwedzkim odbiciom w codziennym życiu przez pryzmat opowieści o kontrowersyjnym twórcy konceptualnym.

Lars Vilks to artysta, który do końca życia będzie funkcjonował z ochroną i różnego rodzaju ograniczeniami. Paradoksalne jest to, że człowiek głęboko przekonany o wolności wypowiedzi spędza dalsze życie w niewoli, bo jego karykatury wywołały gniew islamskich ekstremistów, a Vilksowi zapowiedziano śmierć. „Strzały w Kopenhadze” to nie jest jednak narracja o artyście. Bardziej o tym, jak funkcjonuje, rozumuje, ocenia i uprzedza się społeczeństwo w odniesieniu do tego, co jednostka oddaje temu społeczeństwu jako dzieło sztuki. To książka o Szwecji zagubionej. Niemogącej odnaleźć się pośród norm i obyczajów, które wcześniej kształtowały całkiem udane funkcjonowanie państwa raju. Opowieść o Szwecji, która woli pewne sprawy przemilczeć, szybko zapominać, z trudem organizuje się w publicznym dyskursie o nowym porządku społecznym i o Szwecji będącej w pewnym stopniu krajem zniewolonym. Krajem dumnym z wolności słowa i szczycącym się swą tolerancją, ale jednocześnie państwem, w którym od jakiegoś czasu brakuje konstruktywnej rozmowy o niuansach tego, co zmienia się w społeczeństwie między innymi z powodu liberalnej polityki imigracyjnej.

Tytułowe strzały padają w stolicy Danii podczas seminarium na temat wolności słowa, w którym uczestniczy Lars Vilks. To on ma być celem zamachowca, ale z powodu jego działalności artystycznej giną inni ludzie. Kopenhaga to zatem początek opowieści o odpowiedzialności za kształt tego, co się tworzy, oraz o tym, gdzie usytuował się Vilks, który przeżył atak terrorystyczny, jakie formy ekstremizmów kryją się zarówno za poglądami jego przeciwników, jak i zwolenników. Niklas Orrenius wróci w swej narracji do Danii między innymi w bardzo ciekawym rozdziale o różnicach w postrzeganiu polityki imigracyjnej przez sąsiadujące państwa. Ale koncentruje się przede wszystkim na swoim kraju. Tam Vilks postrzegany jest bardzo różnie. Bardzo niejednoznacznie. Funkcjonuje w przestrzeni publicznej, a jednocześnie go w niej nie ma, co dosadnie podkreśla nieobecność wywołana stałym ukrywaniem się. Autor idzie śladami artysty, który spolaryzował opinię publiczną, ale przede wszystkim wywołał dyskusję na temat granic wolności w sztuce i tolerancji wobec wierzeń religijnych.

Orrenius rozmawia z bardzo różnymi ludźmi. Najciekawsze są dyskusje właśnie o wolności słowa. To niebywałe, że zajmujący się tą kwestią całe życie naukowiec w rozmowie z autorem wyraża wiele niepewności, a nawet rozkłada ręce. To sygnalizuje, jak trudnym tematem jest kwestia tego, czym jest wolność artystyczna i jak definiować przestrzeń, w której dzieło sztuki funkcjonuje, nie siejąc zniszczenia. Sam Vilks po zdarzeniach z Kopenhagi przyznaje: „Kiedy giną ludzie, coś się zmienia”. Niklas Orrenius prześledzi drogę twórczą Vilksa, ale także będzie go obserwował w wielu sytuacjach, by wychodząc od jego dokonań i kreacji twórczej, przejść do rozważań o wolności w Szwecji. O tym, ile nam dzisiaj wolno, do czego prowadzi brak wychodzenia naprzeciw trudnym kwestiom, a także o tym, czy w XXI wieku na pełną swobodę wolnościową stać jedynie społeczeństwo homogeniczne, bo inne – jak Szwecja – wydaje się nie mieć pomysłu na funkcjonowanie w wielokulturowości.

„Strzały w Kopenhadze” to książka bardzo wielu perspektyw. Trudne do uniesienia są rozdziały, w których autor zajmuje się anatomią szwedzkich uprzedzeń i portretując już wspomnianą partię Szwedzkich Demokratów, prezentuje anatomię rasizmu i ksenofobii. Sam doświadcza – jak Vilks – nieprzyjemności z tytułu podejmowania się trudnych tematów, ale nie grzęźnie na mieliznach. Prezentuje zarówno stanowiska zwolenników liberalizmu i tolerancji, jak i zdania tych, którzy wrastają we wściekłość, frustracje i nienawiść. To mocna książka o tym, co robi z człowiekiem i społeczeństwem rasizm. Mocna również w tym, że ukazuje, jak duże siły mogą kryć się w kraju będącym przeciwnikiem uproszczeń i okrutnych dychotomii. Szwecja ma potencjał, by zmierzyć się z nasileniem przemocy, rasizmu, nietolerancji religijnej. Być może nie wie, jak się nim posłużyć. A być może staje się trochę zakładnikiem własnych działań jak Vilks, o którym w zasadzie Orrenius nie mówi niczego jednoznacznego.

Warto czytać ten reportaż także jako rzecz o dzisiejszej szwedzkiej tożsamości narodowej. O zagrożeniach wynikających z faktu, że strach czai się w ludziach przy tych działaniach, które są jednocześnie heroiczne. To bardzo wnikliwe studium także tego, z czym spotyka się dzisiaj cała Europa, w związku z tym „Strzały w Kopenhadze” to narracja niezwykle uniwersalna. Czy wolność może stać w konflikcie z porządkiem prawa? Czy potrzebne są ograniczenia, by tworzyć tolerancyjne status quo? Jaką odpowiedzialność bierze za swą sztukę artysta, a za swoje państwo jego obywatel? Co czeka Szwecję napięć i jak nakreślone formy ekstremizmów oddziaływać będą na wszystkie miejsca w Europie? Orrenius stawia wiele pytań, proponuje trudne tezy, jego rozmówcy boją się czasem swojego niezdecydowania i trudnych pytań autora. To jeden z lepszych reportaży, jakie czytałem w tym roku – nie tylko w związku z tym, że osobiście bardzo interesują mnie szwedzkie problemy XXI wieku. To książka o tym, co może druzgotać społeczeństwo, jeśli podda się ono lękom i przemocy. Jeśli zdecyduje, że granice wolności, z której jest się dumnym, mimo wszystko można wyznaczyć. To właśnie wynik najbliższych wyborów zasugeruje, jak myśli o tych kwestiach Szwecja. Tymczasem Orrenius punktuje, sygnalizuje, zmusza do trudnych refleksji. Ważna książka dla każdego Europejczyka.


PATRONAT MEDIALNY

2018-08-17

„Ameryka w ogniu” Omar El Akkad


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 22 sierpnia 2018

Liczba stron: 400

Przekład: Jacek Żuławnik

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Wojna i zemsta

To już drugi po „Następnym życiu” Atticusa Lisha przetłumaczony na język polski odważny debiut bezkompromisowo rozprawiający się z Ameryką, jej mitotwórczością, przekonaniem o wewnętrznej sile, z jej poczuciem imperium spełniającego istotne światowe misje. To ostatnie można dodać do powieści Omara El Akkada, bo przyjmuje on szerszą niż Lish perspektywę opisu, proponuje bardziej wnikliwe diagnozy, ale przede wszystkim formalnie ujmuje swoje wątpliwości, lęki, przestrogi i idiosynkrazje w zupełnie innej formie narracyjnej. „Ameryka w ogniu” to głos z przyszłości. Z bardzo interesującym narratorem prowadzącym, o którym nie można za wiele powiedzieć, aby nie psuć przyjemności i zaskoczeń płynących z tej powieści. El Akkad sugeruje, że największym ludzkim cierpieniem jest zawsze cierpienie czasu wojny. Jest uniwersalne w swej wymowie i zaskakująco skomplikowane. Ale ono przemawia najbardziej do wyobraźni. Egipski pisarz proponuje nam futurystyczną fantazję o tym, co z człowiekiem robi konflikt zbrojny, jakie instynkty w nim uruchamia, w jaki sposób może być destrukcyjny i jak wiele zła mogą nieść ze sobą poczynania w imię zemsty. To spektakularna wręcz historia atawistycznej chęci mszczenia się za doznane krzywdy, ale także historia skrzywdzonej jednostki wpływającej na bieg historii. Na destrukcję wielkiego imperium, które po latach wojny domowej pacyfikowane jest przez broń biologiczną. Wcześniej jednak obarczając ludzi zarazą cierpienia i bólu domagających się zadośćuczynienia.

Mamy drugą połowę XXI wieku. Świat niszczą katastrofy ekologiczne. Podnosi się poziom wód, a słońce coraz silniej pali planetę. Mapa Stanów Zjednoczonych jest inna niż ją znamy. Część lądu pochłonął ocean. Jego pozostała część skąpana jest we krwi. Trwa druga wojna secesyjna. Mimo wszelkich fantazji dotyczących udziału broni masowej zagłady w przyszłych konfliktach zbrojnych toczy się w bardzo klasyczny sposób, doskonale nam znany, niczym w zasadzie niezaskakujący. Podział na Niebieskich i Czerwonych oraz roszczenia terytorialne uczyniły z amerykańskiego imperium ziemię krzywdy i bezprawia. Bo wojna domowa nie toczy się zgodnie z humanitarnymi kodeksami postępowania. Przemoc, jaka ogarnia Amerykę, nie jest już przez kogokolwiek kontrolowana. Ludźmi owładnęła chęć zemsty za zło uczynione przez rodaków. To nie tylko czytelny podział na Północ i Południe wyłaniające się z konfliktu. To czas gorzkich rozliczeń z całą mroczną sferą instynktów, rozczarowań, skrywanej agresji i chęci destrukcji. W takim świecie nie można już normalnie funkcjonować. W takim świecie dom to blaszany kontener albo namiot w obozie dla uchodźców. W takim bezkompromisowym świecie przemocy przyjdzie dorastać Sarze Chestnut. Bohaterce niejako prowadzącej przez wydarzenia, ale także bohaterce fatalnego dynamizmu. Idącej przez ruiny i zgliszcza, by niszczyć więcej, niż chciałaby zniszczyć…

Sarat, bo tak chce się nazywać, najpierw doświadcza utraty ojca, potem trudnej tułaczki i statusu rodziny uchodźczej, a wreszcie spektakularnej rzezi, podczas której po raz pierwszy jest gotowa zabić w odwecie za zaznaną przemoc. Sarat będzie szła przez wojnę ze swoimi uprzedzeniami, przeraźliwą pustką w sercu, a jednocześnie z przeważającą nad wszystkim potrzebą zemsty na wrogu. Różnie go postrzega i różnie definiuje. To, co dzieje się z tą bohaterką, to śmiała autorska fantazja o równi pochyłej, na którą wkraczamy emocjonalnie doświadczeni okrucieństwem wojny. Bo definicja tej wojny jest tu jednoznaczna, tak samo jak jednoznaczne jest potępienie jej jako największej zbrodni ludzkości. Ale postępowanie Sarat jest już na wiele sposobów podane w wątpliwość. Omar El Akkad dba dość drobiazgowo o wiarygodność motywacji jej postępowania, ale jednocześnie daje duży margines niepewności co do słuszności jej działań. Chodzi o moralną i emocjonalną gotowość na czyny, do której Sarat nie została przygotowana. Chodzi też o różne formy manipulacji. O to, w jaki sposób dyskurs o wojnie przenika świadomość i jak bardzo może tę świadomość zdruzgotać. I nie chodzi tylko o doświadczenie cierpienia, za którym stoi chęć zemsty. To jest powieść inicjacyjna wyrosła na gruncie piekła stworzonego sobie przez ludzi. Bohaterka rozwojowa będzie jednocześnie świadkiem i kronikarzem czasu dewaluacji poglądów i dwuznaczności idei. Sama walka wojenna będzie jedynie mrocznym tłem. Będzie chodzić przede wszystkim o walkę wewnętrzną i o rolę czynników kształtujących osobowość gotową do szaleńczych poświęceń, identyfikującą się jako ofiarę i buntowniczkę.

„Ameryka w ogniu” to od początku do końca powieść pełna niedopowiedzeń. Kreśląca pewne kształty rzeczy i zdarzeń, ale trzymająca w stale widocznym dystansie. To czytelnik musi sobie tę historię opowiedzieć i zrozumieć istotę przedstawionej wojny. Ukazywanej przez pryzmat doświadczeń okrucieństwa, ale także odkrywania samej siebie przez dziewczynkę zbyt szybko stającą się kobietą wojowniczką. Wyrwaną z normalnego życia, zmuszoną do konfrontacji w świecie przedefiniowanych wartości. Nieprzypadkowo wychodzimy od prawie sielankowego życia, by iść przez mroczne zdarzenia na zawsze zmieniające sposób patrzenia na świat przez Sarat. Ale w tej metodzie jest konsekwencja – bohaterka z jednej strony zaskakuje i zmusza nas, by w jakiś sposób się do niej przywiązać. Z drugiej jednak – wywołuje moralny niepokój, potem jawny sprzeciw. Dlatego Omar El Akkad jest tu tak wiarygodny. Proponuje subiektywną perspektywę opisu, ale jednocześnie trzyma się swojej solidnej narracji trzecioosobowej, która punktuje zdarzenia, określa fakty. Opowiadana wojna będzie się rozgrywać w dwóch wymiarach: będą to interesy Amerykanów jako zbiorowości doświadczonej rozłamem i interesy skrzywdzonej dziewczynki z Luizjany, dla której dalsze życie to wypełnianie zadań, spełnianie oczekiwań, ale przede wszystkim realizowanie się w odwecie.

Styl powieści jest plastyczny i buduje bardzo dynamiczną narrację. Zadowoleni będą ci, którzy oczekują spektakularnych zwrotów akcji. A jednak odbieram „Amerykę w ogniu” jako niezwykle kameralną i pełną empatii opowieść o tym, co może znieść człowiek w warunkach wojny, jak wiele unieść i ile z tego wszystkiego odda światu w zamian. To nie tylko inteligentna książka o zbrodniczej machinie przemocy. To także opowieść o tym, co przemoc robi z naszym umysłem i zdolnością postrzegania świata. W jaki sposób wdziera się do serca i jak łatwo może się tam wedrzeć. El Akkada warto przeczytać także jako rzecz o związkach życia jednostki z decyzjami społeczeństwa. Albo po prostu jako sensacyjną intrygę, w której pojawi się wszystko, co zwolennicy tego rodzaju prozy cenią sobie najbardziej. Mimo wszystko to jednak mroczna przypowieść o krzywdzie i zemście. Wyjątkowo zapadająca w pamięć książka o deficytach miłości, niemożności przebaczenia i o bolesnych ranach, których nic nie jest w stanie zaleczyć.

2018-08-15

„Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci” Jacek Hołub


Wydawca: Czarne

Data wydania: 16 sierpnia 2018

Liczba stron: 160

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W imię miłości

Widzimy je, ale nie zauważamy naprawdę. Są obok, ale jakby przezroczyste. Współczujemy, jednak nie rozumiemy. Dostrzegamy determinację działań, jednak nie ujrzymy skrytych pod nią łez. Przyglądamy się, oceniamy, staramy dopasować do swojego modelu patrzenia na życie. Zdrowe życie. A one nie tyle są inne, ile przede wszystkim osobne w swym ogromnym cierpieniu na co dzień. Matki dzieci niepełnosprawnych. Matki osób, którymi trzeba będzie zajmować się do śmierci. Każdego dnia. Bez przerwy. To im poświęcił swoją wstrząsającą książkę Jacek Hołub. Książkę stworzoną z wyznań. Trudnych opowieści kobiet, które walczą o to samo, co ich dzieci, czyli o godnie przeżyty kolejny dzień. Tytuł odkrywa bolesną, wstydliwą i trudną do zaakceptowania myśl. Nie dla nich samych. Połączonych mimo wszystko czymś, z czego dobrze zdają sobie sprawę – ogromną i bezwarunkową miłością, która nie baczy na trudności, wciąż jest taka sama, wciąż gotowa do obrony dziecka przed cierpieniem i trudnościami codziennego życia.

Nie da się czytać tego reportażu bez emocji. Nie chodzi już nawet o ten ogromny ładunek traumy, o jakiej zwykle nie mamy pojęcia, jeśli nie przyjrzymy się codzienności matek zmagających się z trudami życia niepełnosprawnego dziecka. Chodzi także o liczby i wyliczenia. To 153 zł dodatku pielęgnacyjnego. Miesięcznie, na to całe nieszczęście i bolesną codzienność. Za 153 zł zrobimy zakupy na weekend, prawda? One mają w tej kwocie zdziałać cuda. Są też inne, także śmieszne, porządkujące w jakiś tragikomiczny sposób życie naznaczone wyjątkowym cierpieniem. Oczekiwaniem na coś lepszego, ale także momentami zwątpienia. Bo czasem nie ma już siły. Niekiedy – czego nie chcą przyznać przed samymi sobą – zaczyna brakować nadziei. Samozaparcia, by walczyć za siebie i dziecko. Pogodzenia się z rezygnacją ze swojego życia, bo jest się tylko dodatkiem do życia cierpiącego potomka.

„Żeby umarło przede mną” to książka, do której pełnego zrozumienia potrzebne będzie oswojenie takich pojęć jak stwardnienie guzowate, zespół Retta czy hipoplazja. Lecz pośród tych pojęć, o których zazwyczaj niewiele wiemy, pojawia się to, co wspólne – świadomość, że walka o przetrwanie jest wyjątkowo bezkompromisowa. Że toczy się ją na wielu frontach: z samą sobą, z ludźmi wokół, instytucjami czy ze służbą zdrowia. Ale najważniejsza walka to walka dziecka o to, by godnie przeżyć kolejny dzień. Pośród bólu, którego nie sposób wyrazić. W bezradności, której rozmiaru nie można nawet określić, jednak Jacek Hołub słucha bardzo uważnie, dokładnie notuje, proponuje nam pewną wykładnię tej bezradności. Opowiada jednocześnie o słabościach i o sile. O kobietach wciąż gotowych na jakiś dramatyczny przełom, wciąż żyjących w różnego rodzaju lękach, wciąż zdanych na swój instynkt macierzyński, bezwarunkową miłość do chorej istoty, której nic i nikt nie jest w stanie obronić przed trudnościami świata.

Mają różne imiona, różne statusy życiowe. W różnym wieku rodziły i różnie też ułożyły im się relacje z partnerami, którzy albo mocno wspierają, albo też wypierają się odpowiedzialności za niepełnosprawność. O niepełnosprawności swoich dzieci dowiedziały się w różnych okresach ich życia. Każda z nich zmierzyła się najpierw z niedowierzaniem, potem z rozpaczą, a następnie z przypływem witalnych i emocjonalnych sił potrzebnych do walki. Wszystkie w różny sposób odniosą się do prawa do aborcji dla kobiet rozumiejących, że wychowywanie ich dziecka będzie po prostu walką o przetrwanie w warunkach, które przetrwaniu nie sprzyjają. Obcesowość, dyletantyzm, nieczułość – to cechy służby zdrowia w kraju, gdzie otacza się troską życie nienarodzone, a po narodzinach nie zwraca uwagi na niepełnosprawność i idące za nią konsekwencje. Matki zwierzające się autorowi, że na jakimś etapie swojego życia przestały wierzyć lekarzom i bały się nietrafionych diagnoz. Skonfrontowane z sytuacjami tak granicznymi jak propozycja oddania dziecka do ośrodka opieki. Są w bardzo trudnej sytuacji materialnej, ale także emocjonalnej – z ogromnymi deficytami uczuć, których nie zaspokoją, bo nie mają na to czasu ani możliwości. Z jednej strony niepełne jako ludzie, z drugiej jednak – wyjątkowo silne, mocne taką kobiecą determinacją, matczyną potrzebą zbawienia swoich nieszczęśliwych dzieci. To zbawienie musi przyjść za życia, bo one nie mogą umrzeć przed swoimi dziećmi. Niebywałe jest to, w jak ogromnym napięciu muszą żyć każdego dnia. To napięcie świetnie oddają poszczególne rozdziały, a Hołub tak prowadzi rozmowy, że jest ono dodatkowo niuansowane, jeszcze mocniej przemawiając do wyobraźni czytelnika.

„Żeby umarło przede mną” to świadectwo gorzkich konfrontacji ludzi w potrzebie z kostycznymi instytucjami, które nie są w stanie choć częściowo zaspokoić potrzeb. To opowieść o zderzeniach wynikających z potrzeb i oczekiwań oraz sposobu, w jaki funkcjonuje w Polsce pomoc dla niepełnosprawnych. To także książka o tych milczących, niepełnosprawnych dzieciach niezdolnych wyrazić swoje uczucia i emocje. Można je odczytać przez pryzmat zwierzeń matek. Czasem potrafią wejść do głowy i serca dziecka, odczytać każdy, najmniej zauważalny nawet sygnał skargi bądź wdzięczności. Ale wydaje mi się, że najmocniej oddziałuje na wyobraźnię to, z jak wieloma niepewnościami matki tych dzieci są w stanie szybko się rozprawić. Bywają z siebie dumne i szczęśliwe. Niepogodzone z tym, co spotkało ich dzieci, ale jednocześnie pogodzone ze swym trudnym losem. Z tym, że są jedynymi osobami, na które mogą liczyć te bezbronne istoty. Ludzie, którym nie będzie dane normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Ludzie przez to społeczeństwo stygmatyzowani, choć przecież pojawiają się różne formy empatii, współczucia. Autorska empatia jest tutaj najważniejsza. Dzięki temu powstaje mała książka o wielkich sprawach i kilku istotnych przesłaniach. Reportaż, który nie wstydzi się ludzkiej bezradności, a jednak pokazuje ją w zestawieniu z niezwykłymi pokładami sił. To ukłon wobec wszystkich kobiet o smutnych oczach – teza pojawiająca się w jednej z opowieści – ale o wielkich sercach przepełnionych miłością, której istotę staramy się poznać podczas lektury. Wstrząsająca i bardzo ważna książka.

2018-08-13

„Nigdy się nie dowiesz” S.R. Masters


Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 20 czerwca 2018

Liczba stron: 480

Przekład: Monika Wiśniewska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Gra z przeszłością

Porównanie „Nigdy się nie dowiesz” do dokonań literackich Alex Marwood jest pewnym nieporozumieniem. Łącznikiem jest oczywiście to, że zarówno S.R. Masters, jak i autorka „Zabójcy z sąsiedztwa” stworzyli brytyjskie thrillery z kluczem, ale poza tym nie mają ze sobą wiele wspólnego. Debiutant z Birmingham, gdzie częściowo osadzona będzie akcja powieści, tworzy rzecz zupełnie innego typu niż Marwood. Nie stawia na dynamiczne wolty, imponujące zaskoczenia, buduje narrację dość statyczną i bliższą bardziej powieści obyczajowej niż thrillerowi. „Nigdy się nie dowiesz” to nie jest książka dla niecierpliwego czytelnika. Można by pomyśleć, że nieco za długa w tym, co chce nam zaprezentować, ale to tylko pierwsze wrażenie. Zarówno drobiazgowe retrospekcje, jak i dynamicznie odmierzany czas, kiedy bohaterowie spotykają się po latach, są wyraźnie uzasadnione, kiedy S.R. Masters chce uwiarygodnić swoje postacie i nadać im indywidualne rysy. Nie jest łatwo stworzyć coś oryginalnego z popularnego wątku tajemnic w grupie przyjaciół, które po latach odsłaniają swoje prawdziwe oblicze. Tu uwaga autora nie koncentruje się aż tak bardzo na rozwikłaniu zagadki poczynań jednego z enigmatycznych członków grupy. Myślę, że chodzi w tej powieści o nakreślenie problemu sygnalizowanego jednym ze zdań: „Ludzie oglądają się w przeszłość, jeśli nie są zadowoleni z teraźniejszości”. O osadzeniu w tym dorosłym, przewidywalnym życiu i o tym, jak to życie ukształtowało dorastanie na prowincji, S.R. Masters opowie bardzo dokładnie i z różnych perspektyw. Ukaże, jaką pułapką było spędzanie czasu w Blythe, jaka była specyfika tego czasu i w jaki sposób jego upływ sprzed lat ukształtował dalsze życie ludzi wkraczających dzisiaj w tak zwany wiek średni.

Była ich piątka. Adeline, której autor oddaje narrację pierwszoosobową, co warto w skupieniu śledzić. Dziewczyna niezadowolona z tego, że rodzice przenieśli się do zbyt spokojnego i nużącego zakątka. Adeline chciałaby odkryć więcej i więcej przeżyć. Nie ma pojęcia, w jaki sposób zostanie zmanipulowana w nowej grupie, której akceptację bez problemu otrzymuje. Steve jest niepisanym szefem. Autorytarnym nastolatkiem, w którym kumulują się silne emocje. Steve ustala niepisane zasady funkcjonowania w grupie. To z jego inicjatywy reszta podejmie grę, której stawką będzie przynależność do tej pozornie zintegrowanej paczki. Obok przebojowego Steve’a ktoś będący jego rewersem – mało wyraźny, często niezdecydowany, dość zachowawczy i lękliwy Rupesh. To na nim skupi się część emocji grupy, zwłaszcza w odniesieniu do wspomnianej gry. Jen jest w grupie najbardziej żywotna – szczera, otwarta, ale jednocześnie potrafiąca stawiać warunki. Ma mocną osobowość. Dużo widzi, ale nie zawsze wyciąga trafne wnioski z tego, co dostrzega wokół. I jeszcze Will – ten, który nie pojawi się na spotkaniu po latach. Zamknięty w sobie, ekscentryczny, zdecydowanie odstający od grupy i otrzymujący też czytelny sygnał, że niekoniecznie musi do niej przynależeć. Will, który zwierza się pewnego dnia, że zostanie seryjnym mordercą. Wszyscy śmieją się z tego pomysłu. Prawie wszyscy. A potem prawie wszyscy się boją…

S.R. Masters buduje pozornie bardzo prostą intrygę, kiedy przyglądamy się tworzącym się parom i mamy świadomość, że liczba przyjaciół nie jest parzysta. Nie tylko o skryte i ujawniane emocje będzie chodzić, choć będą one bardzo ważne i właściwe ich odczytywanie pozwoli rozwiązać kilka zagadek jeszcze zanim autor zaproponuje swoje rozwiązania. Chodzi także o status tego, kim się jest dla pozostałych w tej mikrospołeczności nastolatków poszukujących nowych wrażeń, dzięki którym wyrażą swoje relacje. „Nigdy się nie dowiesz” bazuje na kilku niezamkniętych sprawach z przeszłości. Pokazuje dzisiejsze relacje przez pryzmat tego, co się kiedyś wydarzyło, i tylko lakonicznie punktuje, jak wygląda obecne życie bohaterów, bo dość szybko okazuje się, że wszystko, nad czym muszą popracować i co zrozumieć, ukryło się właśnie w czasie przeszłym. Na Willu uwaga koncentruje się najsilniej jako na tym nieobecnym. Czy już przed laty był on kimś, kto nie potrafił nawiązać właściwych relacji w grupie? Co rozsadzało ją od wewnątrz i powodowało zawoalowane konflikty? Musi upłynąć sporo czasu, zanim przyjaciele zaczną się nad tym zastanawiać. Zorientują się jednak, że na zrozumienie swoich relacji nie mają jednak tego czasu zbyt wiele. Okazuje się, że ktoś ginie. I ktoś ma zginąć niebawem. Stawką w grze zaczyna być życie tych, którzy postanowili spotkać się po latach.

Brytyjski debiutant sprawnie tworzy atmosferę narastających wzajemnych podejrzeń. Umiejętnie manipuluje czytelnikiem po to, by zmieniał on swoje sympatie. Na początku widzimy dość czytelny podział – ci, którzy kiedyś tworzyli grupę, i outsider, wokół którego gromadzą się niedopowiedzenia. A jednak toksyczna struktura tej paczki wygląda zupełnie inaczej, niż można byłoby przypuszczać. Aby o tym opowiedzieć, S.R. Masters potrzebuje sporo czasu i wielu zdań, w związku z tym nastawieni na dynamikę thrillera odbiorcy mogą utknąć w mieliznach narracyjnych. Nie wówczas, gdy śledzić będą przede wszystkim skomplikowane relacje, a nie to, że grupa poszukuje zabójcy. Coraz trudniejsza staje się obecność obok tej drugiej czy trzeciej osoby, podczas gdy kiedyś byli sobie oddani i równi. Szczęśliwi, zadowoleni z przyjaźni. Na pewno?

Jak wspomniałem, powieść ta może rozczarować, jeśli oczekuje się zaskakujących zwrotów akcji. One w gruncie rzeczy istnieją, ale chodzi bardziej o przestrzeń emocji i przeżyć bohaterów. Najbardziej zaskakujące zmiany odbywają się po prostu w ich umysłach. Bo to zaskakująca książka o wyobcowaniu i poszukiwaniu w czasie przeszłym sensu, którego zabrakło po rozstaniu z bliskimi ludźmi. Tymi ludźmi, którzy po latach są już inni. Nie tak silnie związani ze sobą. A przecież solidarność i wspólnota były najważniejsze. Dla kogoś wciąż takie są… Dużo przyjemności będziemy mieć z tej lektury, gdy potraktujemy ją jak wiwisekcję bliskich relacji wystawionych na próbę czasu. Wszystko w dość filmowej konwencji, bo nieprzypadkowo bohaterowie są fanami filmu. S.R. Masters intryguje także zaskoczeniem. Nie zależy mu na tempie i przemianach. Obserwujemy dość powolną ewolucję myśli i poglądów tych, którzy kiedyś uznali, że są dla siebie najważniejsi. Mroczne i zaskakujące. Warte uwagi.

2018-08-10

„Treblinka 43. Bunt w fabryce śmierci” Michał Wójcik


Wydawca: Znak

Data wydania: 1 sierpnia 2018

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Heroizm w piekle

Wstrząsający reportaż Michała Wójcika to opowieść o niebywałej formie heroizmu. O bohaterstwie zrodzonym z desperacji, konsekwentnym i dającym możliwość ekspiacji. A wszystko w upiornych dekoracjach – mowa bowiem o mało znanym buncie więźniów w obozie zagłady w Treblince. Buncie, który doprowadził do ucieczek z piekła. Do przerwania pasma bezradności oraz bezwolności więzionych i skazywanych na śmierć, którzy ginęli w tej fabryce śmierci, obsługiwanej zaledwie przez garstkę oprawców. Wójcik tworzy bardzo ciekawą narrację, w której fakty z materiałów źródłowych zderzają się z mistyfikacjami. Wiele przedstawianych opinii zawiera wątpliwe informacje, sporo z nich prezentuje przeczące sobie uzupełnienia. „Treblinka 43” jest zatem fascynującą lekturą, w której autor usiłuje z konfabulacji i przeinaczeń stworzyć w miarę spójny obraz tego, co wydarzyło się 2 sierpnia 1943 roku, ale także tego, co te wydarzenia poprzedziło i jaki był ich odbiór potem.

Treblinka funkcjonowała jako obóz zagłady. Bezkompromisowej eksterminacji, której przerażające szczegóły Michał Wójcik rekonstruuje z pewną bezlitosnością dla czytelnika. Komendant Franz Stangl i jego podwładni stworzyli w krótkim czasie doskonałe miejsce do masowego zabijania. Struktura obozu przedstawiana jest z różnych perspektyw, ale widzimy także, jak się rozpadała, ku czemu w końcowej fazie funkcjonowania zmierzała. Stangl oblał swój gabinet perfumami, by nie czuć woni rozkładu ciał. Pośród ciał spalonych i gnijących miało miejsce powstanie zbrojne. Rzecz z jednej strony niewyobrażalna, biorąc pod uwagę okoliczności. Z drugiej jednak – jak najbardziej usankcjonowana. Nikt bowiem nie pokusił się o to, by przeciwstawić się tak nielicznym oprawcom mordującym tysiące ludzi. Wójcik opowiada nie tylko o specyficznej bezwoli więźniów. Zadaje pytania o to, dlaczego takie fabryki śmierci mogły z powodzeniem istnieć i funkcjonować. Cały świat dowiedział się o nich późno, ale jednak się dowiedział. Poszły za tym obojętność i milczenie. „Treblinka 43” ukazuje zatem losy ludzi, którzy zdawali sobie sprawę, że ich heroiczny bunt to sprawa indywidualna, lokalna, to także gotowość na prawie pewną śmierć. A jednak nie wszyscy zginęli. Odeszli przede wszystkim ci, którzy nie mieli siły ani motywacji, by przeciwstawić się Niemcom i dołączyć do zrywu. Marcin Wójcik rekonstruuje losy tych, którzy jednak zawalczyli o życie. I wygrali tę walkę. Wydostali się z piekła.

Tymczasem zwraca uwagę to, w jaki sposób reportaż portretuje obozową codzienność. Zapadają w pamięć wizerunki więźniów, ich nieludzkie zadania do wykonania, życie w cieniu wiecznego zagrożenia, ale także strategie przetrwania. Bo choć w Treblince każdy miał zginąć, nie każdy wykazywał się zobojętnieniem wobec swojego losu. Planowanie powstania było z różnych przyczyn bardzo skomplikowane. Przywódca buntu, Marceli Galewski, otoczył się specyficznymi ludźmi. Nie z każdym można było wcielić w życie plan, który wydawał się niemożliwy do zrealizowania. A jednak podjęto się czegoś, co było symbolicznym buntem przeciw tej formie zniewolenia i agresywną reakcją na niekończącą się zagładę – sankcjonowaną przez ciszę świata, który dowiedział się o niej i nic z tym nie zrobił. Podobnie chyba zresztą jak ze Srebrenicą w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia.

Otrzymujemy zatem przejmującą anatomię piekła, a potem metodyczny opis tego, w jaki sposób wykazujący się ogromną odwagą ludzie postanowili sprzeciwić się mechanizmowi zabijania. Sami musieli zabijać. Wiedzieli, że walka jest bezkompromisowa. Trwała zresztą bardzo krótko. Okazała się niewyobrażalnym wręcz sukcesem, biorąc pod uwagę to, jakimi siłami i możliwościami dysponowały dwie strony tego dramatycznego wydarzenia. Michał Wójcik zwraca uwagę na niuanse w formowaniu się akcji zbrojnej, ale przygląda się także późniejszemu odbiorowi tych wydarzeń. Tu natomiast rozpoczyna się jakby zupełnie inna historia. Trudne rozważania o stosunkach polsko-żydowskich w okresie drugiej wojny światowej, ale także analiza wspomnień tych, którzy przeżyli. Niejednokrotnie wykluczających pewne fakty. Ze sporą dozą dystansu. Uciekinierzy latami milczeli. Ogrom traum nie pozwalał na opowiadanie o nich. A obok tych przeżyć opinie i analizy ludzi z dala od wydarzeń. Niektóre obiektywne, niektóre krzywdzące. Jak wyglądała pomoc Armii Krajowej dla powstańców? Co przeżywali w relacjach z Polakami, kiedy musieli ukrywać się przed pościgiem? Jak ostatecznie patrzą na swoje działania po latach? Czy to, co zrobili, nie jest pewną fantazją o tym, co można byłoby zrobić z takimi miejscami, gdyby tylko wystarczyło motywacji niszczonej konsekwentnie i dławionej przez precyzyjnie działające mechanizmy zabijania?

„Treblinka 43” to także interesujące studium tych, którzy na co dzień dbali o doskonałość fabryk śmierci takich jak ta portretowana. Jakim trzeba było być człowiekiem, by codziennie bez emocji patrzeć na masowe morderstwa? Jak funkcjonować, by znieść zarówno ludzką rozpacz, jak i wszystkie formy bezradności ofiar? Instynkt i rozkazy – wokół tego koncentrowała się egzystencja ludzi odpowiedzialnych za obozy zagłady. Także instynkt – tyle że przetrwania – doprowadził do heroicznego wydarzenia. Jednostkowego, ale wyraźnie zaznaczającego niezgodę. Bo to, co się wydarzyło w Treblince, jest symbolicznym świadectwem ludzkiej siły i solidarności. Czegoś, czego nie było może w innych tego typu miejscach. A być może mechanizmy zagłady działały inaczej, nie dopuszczając do możliwości jakiegokolwiek przerwania zbrodniczej działalności. Tu pojawiły się i możliwość, i działanie. Wójcik oddaje hołd powstańcom, ale pokazuje także, z jak niewyobrażalną formą opresji musieli się zmagać. Jest w tym sugestywny i dokładny. Często – co niecodzienne w reportażach – sam zabiera głos, stawia pytania, formułuje wątpliwości. Obrazuje problem z wielu różnych perspektyw. Jest świadkiem tego, czego przecież nie mógł zobaczyć i doświadczyć. A jednak sugestywność tego reportażu jest ogromna. Zwłaszcza że mnoży wątpliwości, nie układa faktów w porządku chronologicznym.

Michał Wójcik opowiada o bestialstwie, ale także o heroizmie, konsekwencji w działaniu i solidarności w cierpieniu. Obrazuje sylwetkę człowieka bardzo różnorodnie. Wokół opowieści o powstaniu w obozie zagłady tworzy paraboliczną przypowieść o tym, co w człowieku powtarzalne, trudne, niemożliwe do akceptacji, a jednocześnie wciąż obecne. „Treblinka 43” odsłania nowe oblicze miejsca zbiorowej kaźni. Pokazuje, że tam także mogła się zrodzić siła, dzięki której walczono o to, co najcenniejsze – o przetrwanie.  

2018-08-08

„Gdybyście ją znali” Emille Elgard


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 1 sierpnia 2018

Liczba stron: 344

Przekład: Ewa Penksyk-Kluczewska

Oprawa: miękka

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Szpitalne tajemnice

Powieść Emily Elgard to raczej dobra obyczajówka niż thriller psychologiczny. Opowiadająca o dwóch rodzajach dysfunkcyjnego macierzyństwa: tym niespełnionym, które wywołuje frustrację i ból, a także tym zaborczym, wkraczającym w rejony psychopatologii. Dlaczego nie thriller? Elgard nie potrafi zbudować napięcia wokół swojej opowieści i najgorsze jest to, że finał można przewidzieć bardzo szybko, choć otrzymujemy w nim jednak pewien zaskakujący smaczek. Zmierzając do zakończenia pełnego wykładów, autorka portretuje trzy osobowości. Dwie pierwszoosobowe narracje są bardzo dynamiczne i przykuwają uwagę, a jedna trzecioosobowa opiera się na retrospekcjach. Schemat fabularny dość oczywisty i ograny. A jednak będzie to powieść wzbudzająca emocje. Elgard opowiada głównie o ludzkiej bezradności – nie tyle wobec zła, ile wobec tego, w jaki sposób życie obchodzi się z ludźmi doświadczającymi niezawinionego cierpienia. „Gdybyście ją znali” to też świetny przykład historii o empatii, o wyrzutach sumienia i o tym, że nie mamy co oczekiwać happy endów w świecie, w którym bohaterowie żyją pośród zarzutów wobec siebie, lęków i poczucia, że ich życie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej.

Cassie jest szczęśliwą żoną. Po śmierci matki próbuje odnaleźć stabilizację u boku rozumiejącego jej potrzeby i oczekiwania męża. Do czasu. Do momentu, w którym błąd jej męża na zawsze zmieni relacje małżonków. Zmusi Cassie do decyzji, jakich nigdy nie chciała rozważać. Wszystko będzie miało swoje tragiczne konsekwencje. Pytanie, czy tylko dla Cassie. Alice to pielęgniarka oddziałowa wykazująca się wyjątkowym współczuciem wobec swoich pacjentów. Wie o nich dużo więcej niż lekarze i potrafi znaleźć wspólny język nawet z tymi, którzy – wedle orzeczeń – nie rokują na jakikolwiek kontakt. Frank zostaje uznany po długim okresie śpiączki za pacjenta w stanie wegetatywnym. Ale wcale się w nim nie znajduje. Widzi i słyszy wszystko wokół. Dzięki temu dowie się dużo, kiedy Cassie trafi na oddział dla pacjentów znajdujących się między życiem a śmiercią. Bo Cassie zdecydowała się na coś odważnego. Pewnej sylwestrowej nocy, kiedy ktoś podążał za nią i potrącił ją. Cassie nie ma świadomości. Alice chce się o nią troszczyć i ją chronić. Frank dowiaduje się czegoś, o czym nie powinien wiedzieć. Wyrządził w życiu wiele zła najbliższym. Teraz chce pomóc obcej kobiecie. Zupełnie bezbronnej, leżącej w łóżku obok. Nieświadomej tego, że po fatalnym potrąceniu wciąż grozi jej niebezpieczeństwo.

Tak ustawione wzajemne relacje bohaterów czynią z powieści Emily Elgard całkiem interesującą narrację. Uzupełniają się, ale dają także inny punkt widzenia na to, co dzieje się z drugą osobą. Oczywiście najważniejsza jest tu tajemnica tego, co stało się z Cassie, jednak widzimy, że główną bohaterką jest Alice. Jest taka swojska, łatwa do polubienia, można jej współczuć i dopingować w życiowych poczynaniach. To taki typ bohaterki, który wzbudza sympatię już od samego początku i nie zwodzi, jest jednoznaczny, można się z nim utożsamić, nie zaskakuje niczym nowym lub niepokojącym. Alice jest uosobieniem łagodności i wyjątkową pielęgniarką. Na tyle wyjątkową, że jako pierwsza dostrzega sygnały nadawane do świata przez pozornie bezwolnego Franka. Oboje – ona w kitlu i on na szpitalnym łóżku – bardzo się przejmą sytuacją kobiety, która trafia na oddział tak bezradna. Wcześniej jednak zawalczyła o swoją wolność. Chciała coś zakończyć. Czemuś się przeciwstawić.

Wspomniałem o tym, że Elgard fantazjuje na temat macierzyństwa. Wokół niego zbuduje się piętrowa intryga i łatwo będzie się zorientować, w jakie karty grają ze sobą bohaterowie, ale przede wszystkim – jaka jest rola dziecka w funkcjonowaniu kobiet przedstawionych na kartach tej powieści. Nie wiem, który obraz jest bardziej przejmujący: kobiety niemogącej zostać matką i walczącej z traumą kolejnych nieudanych prób zajścia w ciążę czy kobiety, która swoje dziecko chce chronić za wszelką cenę. Ten imperatyw zmienia sposób myślenia o świecie i postrzegania go. Tworzą się trudne do wytrzymania nastroje, opisywane są ciężkie chwile, ale także neurozy i prowadzące do niespodziewanych konsekwencji działania. Wszystko skoncentrowane na więzi budowanej między matką a potomkiem – tym nieistniejącym i tym, który już dawno nie potrzebuje troski oraz opieki.

Emily Elgard zaczyna cytatem z Coelho, co może trochę niepokoić, ale okazuje się dobrym komentarzem do opowieści na temat tego, w jaki sposób nasze życie może balansować między szczęściem a rozpaczą. Autorka portretuje stany dużego stresu swoich bohaterów i ukazuje ich w takich momentach życia, w których z trudem mogą wziąć za siebie odpowiedzialność. Dodatkowo pokazuje, jak wielką determinacją możemy się wykazać, kiedy określimy ten cel najważniejszy, bezwzględny priorytet działań. Trudno nie odnieść wrażenia, że ta książka w gruncie rzeczy nie opowiada o bezkompromisowości działań, lecz przede wszystkim o zagubieniu. Ale jest też element kryminalny. Zbrodnia, która miała zostać popełniona, jednak zbieg okoliczności spowodował, że stało się inaczej. Za tym stoi cały szereg nieprzewidywalnych wydarzeń i droga do odkrywania tożsamości oprawcy. A także nieco zbyt obszerna warstwa narracji, która być może trochę za dużo nam tu komentuje, uzasadnia i podkreśla.

„Gdybyście ją znali” to tryptyk o rodzinnych dramatach, które są nam tutaj jedynie nakreślane, ale dość interesująco zwracają uwagę na swoje niedopowiedzenia. Najbardziej czytelne i jednoznaczne wydaje się życie Alice. Czy jednak Frank i Cassie mają do odsłonięcia na tyle dużo, że też możemy wejść w ich życie i poznać relacje z najbliższymi? Elgard opowiada o całej sferze emocji, która nie jest tutaj wyrażona wprost, ledwie sygnalizowana. To bowiem książka o nastrojach, przeczuciach i silnych doznaniach. Takich, które mogą zmienić bieg czyjegoś życia, a także uratować od katastrofy. Takich, z którymi czasami trzeba się ukrywać, bo można… zagrozić samemu sobie. Intrygujące!

2018-08-06

„Nowiny ze świata” Paulette Jiles


Wydawca: Czarne

Data wydania: 25 lipca 2018

Liczba stron: 200

Przekład: Tomasz Gałązka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Teksańska droga

O ile Philipp Meyer zaproponował nam epicką sagę rodzinną, opowiadając o specyfice Teksasu, o tyle Paulette Jiles proponuje nam malowniczą miniaturę literacką, także w hołdzie dla tego specyficznego amerykańskiego stanu, który portretuje bardziej malarsko niż – jak Meyer – historycznie. „Nowiny ze świata” należy wiązać z „Synem” także dlatego, że obie książki mierzą się z trudnym do zrozumienia dla Amerykanów statusem ofiary przejmującej wzorce i styl życia najeźdźcy. U Meyera jeden z bohaterów doświadcza brutalnego morderstwa rodziców i wrasta potem w indiańską codzienność ich oprawców. „Syn” proponuje dużo więcej, Jiles jedynie punktuje problem i stawia kilka trudnych pytań. W jej opowieści podobny los spotyka sześcioletnią dziewczynkę, która uwolniona po czterech latach nie jest w stanie wrócić do tak zwanego normalnego życia, życia wedle wzorców białych ludzi, z ich cywilizacją i rzekomymi osiągnięciami. Eli u Meyera i Johanna u Jiles to dość specyficznie potraktowani przez los ludzie. Porwani. Ograbieni ze wszystkiego, co miało zbudować im normalne życie, a potem wyrzuceni na margines tego życia przez przemoc, ale i szorstką formę troskliwości, dzięki której odnajdują się w innych, indiańskich rodzinach. Odnajdujący się w innych warunkach, żyjący wedle innych zasad. A potem powracający do tego, co im siłą odebrano.

Jiles przenosi nas do Teksasu dziewiętnastego stulecia przede wszystkim po to, by zobrazować kondycję stanu będącą pokłosiem wojny secesyjnej. Jefferson Kyle Kidd skończył siedemdziesiąt lat, ale nadal dzielnie przemierza stan, oferując lokalnym mieszkańcom odczyty wieści z różnych gazet. Te spotkania cieszą się dużą popularnością, albowiem każdy chce usłyszeć, co nowego wydarzyło się w dalekim świecie. Kidd unika polityki, oddziela opinie od faktów, proponuje lekturę treści otwierających horyzonty, pobudzających wyobraźnię. Jest przekonany o tym, że to właśnie druk, z którym tak bardzo jest związany, jest najważniejszym źródłem wiedzy o świecie. Jakże będzie musiał zweryfikować swój pogląd, kiedy przyjdzie mu mierzyć się w podróży z pewną dziesięciolatką. Jak szybko pojmie, że prawda o nas samych, o naszych relacjach z innymi oraz tym, co możemy zbudować lub zniszczyć, kryje się po prostu w bliskim kontakcie z drugim człowiekiem.

Johanna została odbita Indianom i ma zostać przewieziona do swoich krewnych. Kidd podejmuje się tego zadania, ale ma wiele wątpliwości. Dzika dziewczynka stale trzyma gardę, jest nieufna i niespokojna, w każdej chwili gotowa do obrony, nieobecna mentalnie i niepamiętająca już czasów, w których żyła ze swoją rodziną w zupełnie innych warunkach niż te, które zaproponowało jej plemię. To plemię, które w ciągu kilku lat stało się rodziną. A teraz ktoś narzuca bohaterce, gdzie jest jej prawdziwa rodzina, i uważa za rozsądne przetransportowanie jej tam. Postać Johanny sportretowana jest dość wyraźnie, ale autorka nie wchodzi – także w przypadku Kidda – w zbyt dokładną analizę postępowania i emocji bohaterki. Przyglądamy się temu, jak funkcjonuje dziecko wyrwane ze środowiska, które uznało za swoje. Nawet po tym, gdy było świadkiem śmierci biologicznych rodziców. Jedna z najbardziej przejmujących scen tej krótkiej powieści to ta, w której moknąca w deszczu dziewczynka nawołuje swoich pobratymców, ale z ich strony pada jedynie strzał. Johanna znajduje się już poza obrębem świata, do którego czuje przynależność. Jest też wyobcowana w tym świecie, który chce ją przyjąć na nowo.

Kidd jest bacznym obserwatorem i czułym przyszywanym dziadkiem. Oboje w ciągu kilku tygodni przemierzają teksańskie bezdroża, które dzisiaj przemierza się samochodem w niecałe sześć godzin. Ciekawa jest topografia odwiedzanych przez nich miejsc. Można także poczuć niespieszny rytm wędrówki podporządkowany prawom przyrody, jej urokliwości i warunkom, w jakich przemierza się przestrzeń. Jiles zadbała o detale, stworzyła konsekwentną stylizację językową, ale oddała przede wszystkim piękno otoczenia, w którym rozgrywa się klasyczna powieść drogi. Powieść wielu znaków zapytania, choć z przewidywalną fabułą, która usypia czujność. „Nowiny ze świata” to przecież intensywna od emocji historia zderzenia dwóch perspektyw patrzenia na świat. Kidd widzi wszystko w makroskali, także przez pryzmat tego, o czym czyta z gazet. Johanna zna swój mikroświat w dzikiej naturze. Jest on jedynym, który oswoiła – i zostaje z niego brutalnie wyrwana. Za czym tęskni i do czego się przywiązała? Starzec i dziewczynka – dwa zupełnie odmienne sposoby pojmowania tego, co może być sensem życia. Zjednoczeni na dzikich drogach między rozwijającymi się dopiero miasteczkami Teksasu. Konfrontacja nie tyle zaskakująca, ile przede wszystkim pełna czułości. Paulette Jiles prowadzi nas ze swymi bohaterami tam, gdzie oboje mają pojąć coś więcej, doświadczyć czegoś nowego, określić status swojej relacji. Zrozumieć być może, dlaczego są w otaczającym ich świecie tak osobni, a może zrozumieć przede wszystkim istotę osobności ludzkiej w ogóle.

Nie przeszkadza mi schematyzm pewnych rozwiązań fabularnych i to, że „Nowiny ze świata” to powieść tak krótka. Myślę, że sam pomysł domagał się tej krótkiej formy, bo w opowieści Jiles nie ma zbyt wielu możliwości, by namnożyć wątków. Specyfika wspomnianego już stylu przenosi nas do czasów, o których niewiele wiemy albo szybko o nich zapomnieliśmy. Obrazuje szorstką relację, która zamienia się w coś bardzo wartościowego. Konfrontuje ze sobą samotnego człowieka i wyjątkowo wyobcowane dziecko. Oboje doświadczyli tych form życia, które wiążą się z przemocą. Oboje będą potrzebowali pewnej ekspiacji, ale także zrozumienia swoich potrzeb. Ta dwójka sportretowana jest w taki sposób, aby czytelnik domyślał się więcej, niż otrzymał od autorki. Dlatego „Nowiny ze świata” to powieść wyjątkowo sugestywna. Ujmująca dbałością w przedstawieniu realiów historycznych, ale przede wszystkim z zaskakująco dużą uważnością portretująca Teksas. Miejsce ówczesnego niepokoju, bezprawia, trudnych do wyciszenia nastrojów społecznych. Jednak jest kameralnie, choć chwilami groźnie, a chwilami wyjątkowo zabawnie, gdy poznamy nowe zastosowanie monet dziesięciocentowych. Jiles zaprasza nas do świata, w którym outsiderzy będą mierzyć się ze swoimi formami wyobcowania. I do Teksasu napięć, nieporozumień, animozji i strachu. Mimo wszystko jednak do pięknego Teksasu.

2018-08-03

„Psikus” Domenico Starnone


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 31 stycznia 2018

Liczba stron: 208

Przekład: Katarzyna Skórska

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje z przeszłością

Domenico Starnone konsekwentnie portretuje relacje włoskiej rodziny w oszczędnej prozie domysłów i sugestii. Po niezbyt udanych „Sznurówkach”, trochę teatralnych, niezbyt sugestywnych w przekazywaniu żaru emocji bohaterów, otrzymujemy bardzo udane opowiadanie z intrygującym dodatkiem nadającym inne znaczenia temu, o czym wcześniej przeczytamy. Tym razem w centrum zainteresowania autora nie są kryzys małżeński i konflikt pokoleń. Tylko delikatnie zarysowane są niepokoje męczące neapolitańskie małżeństwo, któremu z boku, z oddalenia i z dystansem lat nieobecności przy nich przygląda się senior rodu – główny bohater „Psikusa”. Starnone skupia się na przypominaniu sobie tego, co minione, na analizie drogi życiowej i twórczej, ale także interesująco zestawia zderzenia z tym, co zapamiętane: z mieszkaniem mającym dziś inny kształt i z miastem, które w gruncie rzeczy niewiele się zmieniło, ale było punktem wyjścia ucieczki, poszukiwania nowego życia, nowych środków wyrazu kumulowanych przez bohatera emocji.

Daniele pracuje nad cyklem ilustracji do „The Jolly Corner” Henry’ego Jamesa – opowiadania, którego interpretacja odegra w „Psikusie” dużą rolę. Ponadsiedemdziesięcioletni mężczyzna odnajduje zaskakujące paralele między bohaterem ilustrowanego opowiadania a swoim statusem. Zniedołężniałego dziadka, któremu jednak powierza się opiekę nad rezolutnym czterolatkiem. Człowieka, który przybywa w rodzinne strony, by ujrzeć swój cień. Tak jak bohater Jamesa, ale gra literacka jest tu dużo ciekawsza, albowiem naśladując dziadka, jego wnuk Mario kopiuje ów cień będący duchem. Cała dość dynamiczna i momentami bardzo zabawna historia kilkudniowej opieki Danielego nad Mariem w zasadzie jest zasłoną dymną. Ale i tak bez problemu odczytamy, że to bardzo ciekawa narracja o mierzeniu się ze sobą i swymi możliwościami wówczas, kiedy właściwie wszystko zostało już zrobione, powiedziane i przeżyte. Pozostały jednak rysunki. Enigmatyczny obraz chłopca z nożem i duchy Jamesa, które wdzierają się do świadomości Danielego w zaskakujący sposób podczas dość oryginalnej konfrontacji.

Mario jest wyzwaniem. Żywiołowy czterolatek od pierwszej sceny staje się kontestatorem, gdy wytyka dziadkowi wadę jego rysunków. Daniele nie jest przyzwyczajony do tego, by ktoś krytykował jego twórczość, ale mimo wszystko poddaje się krytyce, pracując na zlecenie. Mario wyrażeniem zdania o tym, co dziadek narysował, rozpoczyna jednak zupełnie inną konfrontację. Taką, w której mierzenie się ze wspomnieniami i analiza swego stanu emocjonalnego będą Danielemu sprawiać dużo trudności. I te trudności będą bardzo specyficzne.

Mario jest „ekspansją żywiołowości”, niesie w sobie zmienność, ale też intensywność przeżywania życia. Niezwykle samodzielny i zaradny żyje mimo wszystko w domu wiecznych nakazów i ustaleń. Jest owocem związku przeżywającego kryzys. Dzieckiem w gruncie rzeczy bardzo samotnym i jednocześnie przekonanym o swojej wyjątkowości. Daniele rozmyśla o swej robotniczej rodzinie, codziennym znoju pracy, krewkości ojca i o tym, jak bardzo chciał uciec od wulgarnego, intensywnego, prostackiego często sposobu odbierania rzeczywistości i reagowania na jej bodźce. W drugim pokoleniu rodzina Danielego to już naukowcy, ludzie światli i wykształceni. Jednak ostentacyjnie zwróceni przeciw środowisku, z którego wydobył się Daniele, o czym świadczą relacje z sąsiadami komplikowane poczynaniami Maria. Córka traktuje ojca jako duże dziecko. Ordynuje i wymaga. Zanim pozostawi z nim wnuka, musi mieć pewność, że wspólnie będą kontynuować model życia, którego ramy bardzo konkretnie nakreśliła. Daleko temu życiu do prymitywizmu i zepsucia, ale funkcjonowanie w zmienionym mieszkaniu należącym wcześniej do Danielego trudne będzie do zrealizowania. Trudne do pojęcia dla samego bohatera. A nowych interpretacji i zdziwień dostarczy właśnie Mario.

Dziecko skonfrontowane zostanie z człowiekiem, który latami nauczył się tłumić emocje. Nadzwyczaj łatwo przyjął do wiadomości zdrady żony. Coś, z czego ewentualnością nie jest gotów dać sobie radę jego teść. Daniele wypracował swój własny rytm życia w określonych przestrzeniach, które są dla niego oswojone. Tymczasem obcość bohatera zaznaczana jest nie tylko przez to, że jego mieszkanie zmieniło kształt. Chodzi o sposób odbierania rzeczywistości przez malca stającego się specyficznym przewodnikiem. Kogoś, nad kim trzeba się pochylić i kim opiekować, ale jednocześnie kogoś, kto może zrobić psikusa i zmienić bieg wydarzeń na taki, nad którym Daniele nie jest w stanie już panować.

Starnone opowiada o Neapolu, kreśląc socjologiczny zarys miasta. Pisze o kimś, kto wrócił do rodzinnej Itaki, ale tak jak Odyseusz nie został tam rozpoznany. To, kim jest teraz, zawdzięcza sobie, własnej determinacji i gotowości do tego, by sztuka przejęła mówienie o jego emocjach, do których czasem nie ma dostępu. Tymczasem trafia w bliskie sąsiedztwo córki, która przecież nie odwiedzała go w trudnych chwilach, gdy był w szpitalu, żyła i funkcjonowała zawsze obok. A teraz oczekuje zaangażowania w jej życie. Skupienia na najbardziej żywotnym jego elemencie. Mario będzie dla Danielego kimś, dzięki komu ujrzy on na nowo relacje stworzone przed laty, ale bardzo zaniedbane. „Psikus” będzie zatem historią konfrontacji oczekiwań i rzeczywistości. W niej najmocniej osadzony jest czterolatek. On podpowie, jak się jej naprawdę przyglądać. A potem wraz z dziadkiem narysuje ducha. I nie będzie można mieć już wątpliwości co do tego, z czym przyszło się zmierzyć wiekowemu Danielemu.

Świetna miniatura, bez zbędnych słów, oszczędna we frazie i bardzo przejmująca. Domenico Starnone udowadnia po nietrafionych nieco „Sznurówkach”, że opowiadać o więzach rodzinnych można doskonale przede wszystkim wówczas, gdy to opowiadanie skryje się w półsłowach oraz mrocznych niedopowiedzeniach. Przyjemne zaskoczenie po lekturze poprzedniej książki. Tym bardziej przyjemne, że obfitujące w inne rodzaje zdumień, niż zapowiada to opis wydawniczy.