2010-03-26

"Pogranicze" Thomas Kanger

„Pogranicze” to przykład książki, która może skutecznie zniechęcić do lektury już na samym wstępie, a potem zaskakuje, bo z ckliwych, sztampowych i pozbawionych wyrazu scen stwarza historię naprawdę intrygującą. Trudno powiedzieć, czy Thomas Kanger w swej kolejnej powieści o perypetiach szwedzkiej policjantki Eliny Wiik, bardziej bawi się konwencją powieści kryminalnej, czyniąc z niej punkt wyjścia do rozważań zupełnie innej natury, czy też kroi nam wysokiej klasy powieść sensacyjno-obyczajową, w której obok morderstw i śledztwa znajdzie się miejsce przede wszystkim na ciekawy, acz mało pogłębiony rys historyczny konfliktu bałkańskiego wraz z nakreśleniem wizerunku kata i ofiary oraz zgłębianiem istoty bestialstwa, z jakim Serbowie i Chorwaci wzajemnie się zwalczali. Jedno jest pewne – Kanger świetnie portretuje zderzenie dwóch kultur, dwóch różnych pojęć moralności. Dotyka jedynie problematyki wyobcowania i wrogości oraz tego, w jaki sposób wojna bałkańska wciąż żyje w ludzkiej świadomości, niemniej oferuje nam dużo więcej niż kryminalną opowieść o szwedzko-włosko-chorwackim dochodzeniu, które wiąże się z osobistym dramatem i próbą odpowiedzi na kilka pytań natury egzystencjalnej.

Pewna siebie, egocentryczna, bezkompromisowa i… papierowa postać Eliny Wiik z „Mężczyzny, który przychodził w niedzielę” tym razem wzbudzi w czytelniku nieco więcej emocji, bo i sprawa, jaką będzie się zajmować ma charakter niezwykle osobisty. Wiik przeżywa kryzys, znużenie dotychczasową pracą zawodową oraz pustką w życiu i postanawia wyjechać. Bohaterka tak bardzo rozpędza się w swej ucieczce przed codziennością, że dociera z chłodnej Szwecji aż na południowe wybrzeże Włoch. Tam wdaje się w płomienny romans, błyskawicznie zakochuje, snuje szereg rozważań egzaltowanej pensjonarki… po czym natrafia na trupa swego tajemniczego ukochanego, Alexa Niro.


Pozwalam sobie na streszczenie banalnego początku, bo generalnie można go sobie darować, gdyż powieść nabiera rumieńców dopiero wówczas, gdy Elina zaczyna poznawać przeszłość mężczyzny i czyni to z wielką żarliwością, bo owocem przypadkowego romansu jest Mina – dziewczynka, której Elina poświęca się całkowicie, zapewne kierowana wyrzutami sumienia po aborcji, o jakiej dowiadujemy się z pierwszej wydanej w Polsce książki Kangera.


Nie będę wyjaśniał dlaczego, ale Wiik dość szybko w swym prywatnym śledztwie przenosi się na obszar dla niej zupełnie nieznany. Bohaterka będzie poszukiwać śladów po Alexie Niro w Chorwacji, a dokładnie w rejonie Kraijny, bałkańskiego Pogranicza; miejsca, w którym okrutne zbrodnie wojenne uczyniły z sąsiadów wrogów, a z narodowości etykiety do rozpoznawania przeciwnika. Elina Wiik bardzo szybko uświadamia sobie, że powojenna Chorwacja to kraj, który na nowo odbudował politykę, sprawiedliwość i moralność, ale nadał im nowych znaczeń, którym towarzyszy wciąż żywa pamięć tego, w jaki sposób żyjący wspólnie Serbowie i Chorwaci stali się dość szybko śmiertelnymi wrogami. Doświadczenia Eliny na drodze policyjnego śledztwa to doświadczenia związane przede wszystkim ze słuchaniem i próbami zrozumienia. Coraz to nowe postacie odkrywają przed nią mroczne tajemnice z przeszłości i wszyscy ci ludzie dają Elinie Wiik możliwość pełniejszego zrozumienia takich przeżyć, z jakimi nigdy jako mieszkanka Szwecji się nie mierzyła. Myślę, że znamienne będą tutaj słowa wypowiadane przez młodziutką chorwacką przewodniczkę i tłumaczkę Wiik. Te słowa wskazują na ambiwalencję ludzkiej natury i stanowią dowód na to, że pogranicze Kangera ma dużo szersze znaczenie niż to się może wydawać na początku lektury. „Pewnie miną pokolenia, zanim zrozumiemy, że można być zarówno ofiarą, jak i katem, zanim dotrze do nas, że człowiek ma jednocześnie dwie strony, czarną i białą albo czerwoną i białą jak chorwacka flaga. Krew i niewinność. Ale właśnie dlatego trzeba to pojąć już teraz”. W rozwikłaniu zagadki śmierci Alexa pojawi się przed Wiik bardzo wiele znaków zapytania i ta wielowątkowa historia nieustannie będzie zadawać pytania o to, czy można postawić wyraźną granicę między zbrodniarzem a jego ofiarą, między krzywdzącym a krzywdzonym, między żywiołowością nienawiści i miłości…


Kanger buduje historię, w której wszyscy wciąż znajdują się na pograniczu. Historię coraz bardziej zaskakującą, coraz bardziej nieprzewidywalną i mocno niejednoznaczną. To nie jest opowieść o osobistej krzywdzie i chęci jej naprawienia. To książka o tym, jak zacierają się nie tylko geograficzne, ale przede wszystkim moralne granice rozumienia dobra i zła.


Wydawnictwo Czarne, 2010

2010-03-23

"Nie uderzy żaden piorun" Dominika Ożarowska

Kiedy Mirosław Nahacz przed siedmioma laty opublikował płomienny manifest pokoleniowy zawarty w mglistej, niejednoznacznej i bardzo dobrej książce „Osiem cztery”, mogliśmy mieć nadzieję, że młodzi twórcy roszczą sobie prawo do wypowiadania się w imieniu zbiorowości i nazywania zastanego świata swoją własną nomenklaturą, do oceniania go przez pryzmat własnych doświadczeń i w procesie wchodzenia w życie, które zaczyna od nich czegoś wymagać. Upaleni ziołem i oszołomieni bohaterowie Nahacza wyrażali głęboką pustkę ideową. Pustkę, w której jednak ukryta była jakaś treść. Opowieść młodziutkiej debiutantki Dominiki Ożarowskiej to apoteoza pustki, bylejakości, „nanibyzmu”, dająca także nowy punkt widzenia pojęcia nihilizmu. Bohaterowie „Nie uderzy żaden piorun”, pierwszej – jak głosi nota na okładce (Ha!art, 2010) - polskiej powieści o pokoleniu urodzonym w III RP, są nihilistami w specyficznym rozumieniu tego słowa. Główna bohaterka książki, Kuka, tak widzi swoją rolę w życiu – „Nihilizm to miganie się. To nie lubię mamy, nie lubię taty, nie lubię ludzi, chyba że siebie, nie lubię działać, nie lubię robić, nie lubię się wysilać, nie lubię przeżywać – lubię siedzieć z palcem w dupie i patrzyć w czubek buta”. I właśnie o takim miganiu się jest ta książka. Sama miga się od opowiedzenia czegoś konkretnego. Ożarowska pisze pretensjonalnie, rozwlekle i zupełnie bezbarwnie. Ta książka nie ma szans na to, by stać się głosem młodego pokolenia, bo albo to pokolenie głosu nie ma, albo narracji zwyczajnie brakuje ikry i polotu.

Kamila Kurzeja jest uczennicą liceum, lekko zblazowaną nastolatką, która nie ma ani pomysłu, ani ochoty na bunt, a mimo to uchodzi za awangardową i wyróżniającą się w tłumie. Dziewczyna żyje w sposób bardzo zachowawczy: „Kuka nie odmawia życiu głównie z tego powodu, że się boi”. Życie Kuki stale ociera się o różnego rodzaju systemy opresji. A to kostyczna dyrektorka w szkole; a to pozbawiony uczuć (a może raczej umiejętności ich okazywania) ojciec, który co rusz zapowiada Kuce manto; a to wzbudzające czasem zazdrość, czasem zawiść, a niekiedy kompleksy życie starszych braci, bezskutecznie usiłujących się usamodzielnić i wyprowadzić z domu. Kuka doświadcza także rozmaitych stresów, komplikacji i burzy emocjonalnej w kontaktach z lekko zaburzonymi rówieśnikami, dla których wspólne spędzanie czasu to niezobowiązujące do niczego spotkania, puste rozmowy, puste gesty.

Trudno Kuce znaleźć jakikolwiek autorytet i wzorować się na czymkolwiek, bo tak naprawdę wszystko jest niejednoznaczne, rozmyte, wykpione i pozbawione treści. Kuka wydaje się stale zmęczona swoim życiem, a zmęczenie to potęguje fakt, iż w zasadzie z nikim nie jest w stanie szczerze o nim porozmawiać. Kamila trzyma dystans i wobec rodziców, który tworzą domową klatkę nastawioną na kopiowanie pokoleniowych wzorców (nieprzypadkowo znaczenie ma postać babci bohaterki), i wobec rówieśników, z którymi kontakty ma nadzwyczaj powierzchowne.

I teraz warto się zastanowić, czy ta statyczna, mało interesująca i w gruncie rzeczy smutna opowieść o współczesnych nastolatkach ma być jakąś formą diagnozy, czy tylko fotograficznym wręcz odzwierciedleniem codzienności, w jakiej ludziom młodym przychodzi czasami zwyczajnie wegetować. Kamila i jej rówieśnicy niczego nie pragną, do niczego nie dążą, niczym się szczególnie nie ekscytują, ale także nie wyrażają żadnego buntu. Przykre doświadczenie tej zbiorowości, jakim jest zwalnianie dobrej nauczycielki przez dyrektorkę, nie popycha młodych do jakiejkolwiek aktywności w obronie pedagoga. Chwilowe poczucie braterstwa i empatia, dzięki którym młodzi pomagają przeżywającemu kryzys koledze, to jedynie przebłysk jakiegokolwiek działania zbiorowego. W świecie Kuki nikt nie czuje się częścią zbiorowości i nikt tak naprawdę nie potrafi określić samego siebie. Fakt, że o sposobie postrzegania świata przez Kamilę mówią nam dużo jej wspomnienia z dzieciństwa i kilka rzeczowych rozmów, jakie przeprowadza ze znajomymi, ale to za mało, by uczynić tę bohaterkę wyraźną i w jakikolwiek sposób przekonującą.

Nie przekonuje mnie ta powieść, choćby w założeniu miała być czymś na kształt antymanifestu pokoleniowego. Nie ma w prozie Ożarowskiej niczego, co kazałoby spojrzeć na tę książkę przez pryzmat pewnych doświadczeń. Nie ma w niej niczego młodego, ożywczego, nie ma treści ani przesłania. Nieudolnie skomponowany kolaż scenek rodzajowych, nijakość i brak jakiegokolwiek wyrazu artystycznego czynią z „Nie uderzy żaden piorun” książkę niepotrzebną nikomu. A chciałoby się wierzyć, że po niezłych debiutach młodych autorek, takich jak Paulina Bukowska, Małgorzata Rejmer czy Marta Syrwid, w nieodkrytych jeszcze pisarkach drzemie talent i potencjał. W Dominice Ożarowskiej nie ma ani jednego, ani drugiego.

Korporacja Ha!art, 2010

2010-03-20

"Miasto Szklanych Słoni" Mariusz Sieniewicz

"Najnowsza książka Mariusza Sieniewicza dużo bardziej niż poprzednia „Rebelia” zaciera gatunkowe granice i nie pozwala się jednoznacznie sklasyfikować. Myślę, że to taka opowieść o stwarzaniu a rebours, o budowaniu i niszczeniu jednocześnie, o kreowaniu nowych form egzystencji i o tej egzystencji schyłku. Przestrzeń, jaką tworzy autor w „Mieście Szklanych Słoni” jest przestrzenią umowną, a wszystko, co się w niej rozegra, kryć będzie w sobie niepokojący cień, budowany przez ambiwalentne w swej wymowie treści, ukryte w słowach dobieranych niespiesznie, chwilami mozolnie, nieprzewidująco."

Wydawnictwo Znak, 2010

Całość tekstu na stronie G-Punkt

2010-03-11

"Niewidzialne potwory" Chuck Palahniuk

„Nie oczekuj, że będzie to jedna z tych opowieści, które mówią: a potem, a potem, a potem". Nie oczekuj, że przewidzisz literackie poczynania Chucka Palahniuka, znając jego wcześniejsze powieści i wiedząc, iż ponownie otrzymasz historię wulgarną, perwersyjną, zanurzoną w przemocy i naturalizmie. Nie oczekuj, że napiszę o tej książce tak, by tekst był jednoznaczny i czytelny. Zapraszam w podróż po rzeczywistości pełnej błysków fleszy i do świata, w którym nic nie jest tym, czym na początku się wydaje.
Błysk.

Przeskok do głównych bohaterów. Mamy trójkę, choć tak naprawdę z czasem można dostrzec, że nie ma w tej opowieści kogoś takiego, jak bohater główny. Przez migotliwy świat prowadzi nas oszpecona w wypadku modelka i jej towarzyszka Brandy-Alexander, dzięki której pozbawiona twarzy kobieta staje się niewidzialna.

Błysk.

„Nie znoszę tego uczucia nierzeczywistości, kiedy ludzie na mnie nie patrzą” – takie słowa wypowiada Evie, celebrytka dająca schronienie Shannon po tym, jak nagle przestaje być twarzą magazynów mody, bo jej twarz przypomina teraz krwawą miazgę. Bohaterka paradoksalnie zacznie odczuwać to, że naprawdę istnieje w momencie, w którym przestanie się liczyć jako fotograficzny kadr, uśmiechający się do masowego odbiorcy.

Błysk.

Przeskok do rozważań o kulturze. Kultura masowa to główny temat krytyki tej książki. Shannon, Brandy Alexander i Alfa Romeo próbują od tej kultury bezskutecznie uciec, przemierzając Amerykę, zażywając duże ilości medykamentów wykradzionych z domów bogaczy, zmieniając tożsamości i dopasowując się do coraz to nowych warunków. Ich wędrówka jest rozpaczliwym pragnieniem odcięcia się od świata sterowanego przez media, świadectwem eskapizmu przeradzającego się w chęć autodestrukcji, dowodem zagubienia i oszołomienia światem.

Błysk.

Każdy z nas to produkt kultury. Ludzie są przedmiotami, wytworami wyobraźni innych ludzi, sterowanymi przez potrzeby i pragnienia mas ikonami, tyleż śmiesznymi, co żałosnymi. Krótki wykład Brandy Alexander: „Nie jesteś bardziej odpowiedzialna za swój wygląd niż, na przykład, samochód. Jesteś tak samo produktem. Produktem produktu produktu. Ludzie, którzy projektują samochody, sami są produktami. Twoi rodzice są produktami. Ich rodzice też byli produktami. Twoi nauczyciele to produkty. Pastor w twoim kościele to też produkt”. Shannon była produktem ekskluzywnym, pożądanym i potrzebnym. Staje się nic nie wartym wrakiem człowieka. Czymś podobnym jest jej zdeformowana twarz, której już przecież nie ma.

Błysk.

Przeskok do emocji czytelniczych. Palahniuk pokazuje bunt. Pokazuje złość. Pokazuje rozczarowanie i smutek, ale także agresję, jaka z nich się rodzi. Pokazuje, że bezskutecznie próbujemy uciec od tego, kim jesteśmy i co o sobie myślimy, bo tak naprawdę wszystko to może być jedynie kreowane przez narzucone wzorce, do jakich próbujemy się dopasować. Żeby nam było łatwiej i wygodniej się dopasować, trzeba się uśmiechnąć. Pokazać to, czego nie ma po to, by stało się prawdziwe. Zatem uśmiech i kolejny…

Błysk.

Wspomnienia bohaterki sięgają czasów, kiedy usilnie walczyła o względy rodziców ze swoim bratem Shainem. Jemu także przydarzył się wypadek i on także został pozbawiony twarzy. Shaine jest niewidzialny, bo przecież nie żyje, ale wciąż obecny, bo tak naprawdę jego śmierć staje pod znakiem zapytania. Homoseksualna orientacja Shaine’a na zawsze odmieniła sposób myślenia o świecie jego rodziców i sprowadziła ich do obsesyjnych i kompulsywnych prób maskowania się przed światem. Do czego doprowadza jego okaleczoną siostrę?

Błysk.

Kto jest Bogiem? Mamy nowego Boga, bo jest nim Rona Barrett, hollywoodzka felietonistka tropiąca każdą plotkę. W książce Rony Barrett zaczytuje się Brandy Alexander. Ta Brandy, która tak krytycznie podchodzi do obecnego wizerunku oszpeconej Shannon i która podkreśla, że czas zerwać z tym, co było oraz jest i pomyśleć o tym, co będzie. A co będzie?

Błysk.

Stawanie się. Nazywanie siebie na nowo. Odkrywanie mrocznych stron własnej natury i poddawanie krytyce samego siebie. Proszę nie świecić fleszem. Proszę nie rozjaśniać mroku, w jakim Palahniuk chce ukryć swoich bohaterów. Proszę nie myśleć, że ta opowieść będzie miała jasne i klarowne zakończenie.

Błysk.

Przeskok do tego, co w czytelniku może się pojawić. Odkrywanie nowego to jednocześnie bolesna podróż w głąb siebie i poznawanie prawdy o tym, co było. Można przeszczepić skórę, można stworzyć nową twarz, można za wszelką cenę czarować rzeczywistość dzięki halucynacjom po pigułach. Można uciekać, można kraść, można zabijać, nienawidzić, palić, niszczyć i kpić ze wszystkiego. Można wszystko. Nie można niczego. Można Palahniuka znienawidzić od pierwszych stron, można zaciskać pięści i przyjmować jego widzenie świata. Świata, w którym jesteśmy tacy samotni i zagubieni.

Błysk.

Przeskok do początku książki, która nie zapowiada jej końca i przeskok na ostatnie strony, dzięki którym dopiero prawdziwie ożywają te pierwsze. Proza wyrazista, mocna, dramatyczna, sugestywna. Reszta sama się opowie. Opowiedzą ją niewidzialne potwory, ludzkie karykatury.

Błysk.

Trudno Ci wyrobić sobie zdanie i zdecydować, czy chcesz przeczytać tę powieść? Trudno. Ja też jestem produktem, usiłującym zmusić Cię do zastanowienia nad pozycją, którą przeczytałem. Rób, co chcesz. Możesz zaryzykować i udać się w mroczną podróż z bohaterami Palahniuka.


Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2010

2010-03-08

"Jeszcze rok" Sana Krasikov

Doskonale się czyta Sanę Krasikov, chociaż pisze o sprawach trudnych i nieprzyjemnych. Doskonale, bo to mistrzyni otwarcia i zamknięcia krótkich form prozatorskich, a z ośmiu takich wybornych tekstów składa się wydany po raz pierwszy przed dwoma laty debiut Ukrainki z pochodzenia, Gruzinki z okresu dorastania i… Amerykanki, która próbuje spojrzeć na swoją nową ojczyznę z punktu widzenia bohatera-uchodźcy, dla którego pobyt w dalekich Stanach Zjednoczonych z jednej strony jest rozwiązaniem wielu problemów pozostawionych po drugiej stronie globu (w Rosji, Gruzji, Tadżykistanie), z drugiej jednak - nieustanną próbą mierzenia się z własnymi słabościami, budowania na nowo swojej tożsamości, odkrywania bolesnych prawd o motywach emigracji i tym, jak bardzo zmienia życie na obczyźnie. Trudno zdecydować, które z ośmiu opowiadań zbioru może być kluczowe dla odczytania przesłania książki, ale wydaje mi się, że warto omówić tę pozycję wychodząc od drugiego tekstu, „Maja w Yonkers”.

Bohaterka od dłuższego czasu zakłada, że pozostanie w Ameryce jeszcze tylko rok. Trudno jest jej żyć z dala od Gruzji, ale jednocześnie dzięki oddaleniu może spojrzeć z dystansu nie tylko na szereg komplikacji życiowych, jakie zmusiły ją do wyjazdu, ale przede wszystkim ujrzeć siebie w innym świecie; nawiązać wewnętrzny dialog z kobietą rozdartą wieloma wątpliwościami i zmagającą się z licznymi dylematami, które za oceanem częściowo tracą realność, stają się czymś na kształt sennego koszmaru. W nową, uporządkowaną rzeczywistość Mai wkracza jednak jej syn, a wraz z nim wspomnienia o świecie, z którego bohaterka uciekła. Gogi okazuje rozczarowanie i obojętność wobec miejsc, do jakich Maja go zabiera. Bohaterka próbuje chwalić się „swoją” Ameryką, podczas gdy jej syn zwiedzanie Nowego Jorku chce sprowadzić jedynie do uczestnictwa w musicalu „Piękna i bestia”. Utrudniony kontakt matki i syna to nie tylko wina Mai, która wyjechała i nie zamierza wrócić. Gogi ubolewa przede wszystkim nad tym, że widzi matkę tylko przez chwilę, że nowojorskie wieżowce i hałaśliwe ulice pełne ludzi tak mu obcych to jedynie parę chwil, podczas których oderwie się od przygnębiającej gruzińskiej codzienności. Przybycie Gogiego i jego konfrontacja z Mają, dramatyczne próby nawiązania kontaktu, a także ich fiasko, łączą się z wizerunkiem pracodawczyni Mai - nieprzyzwoicie bogatej i skonfliktowanej ze swą córką pani Trapolli. Postać ekscentrycznej staruszki w znaczący sposób wedrze się w napięte relacje matki i Gogiego. Kurtka, jaką młody Gruzin upatrzył sobie w sklepie, stanie się dodatkowym źródłem ich konfliktów. Maja nie zamierza kupić mu amerykańskiego symbolu na pokaz w gruzińskiej rzeczywistości; nie chce wydać swoich amerykańskich pieniędzy na jedyną rzecz, jaka wydaje się sprawiać Gogiemu przyjemność. I wtedy pieniądze na kurtkę trafiają nagle do ręki chłopca nie od matki, a cała opowieść nabiera symbolicznej wymowy, w której przedmioty, gesty i zachowania powiedzą o bohaterach więcej niż ich słowa.


„Maja w Yonkers” zawiera myśli rozwijane w innych opowiadaniach. W tym tekście Krasikov buduje emocjonalne napięcie, jakie towarzyszyć będzie lekturze całego zbioru. To obyczajowy obrazek i z takich właśnie obrazków „Jeszcze rok” tworzy interesującą panoramę toksycznych relacji międzyludzkich, które ulegają przemianom pod wpływem okoliczności. Krasikov bardzo ambiwalentnie opisuje Amerykanów. Z jednej strony to ludzie, którzy zagubionym emigrantom byłych republik radzieckich dali możliwość zaczęcia życia na nowo i budowania nowego poczucia własnej wartości. Ludzie, którzy tak jak współlokator Ilony z opowiadania „Dla towarzystwa” budują specyficzne więzi z emigrantami, próbując odnaleźć w tych relacjach to, czego nie znaleźli wśród rodaków. Z drugiej strony to konsumpcyjne i pozbawione refleksji nad własnym życiem społeczeństwo zbyt pewne siebie. Ironii pod adresem Amerykanów znajdziemy u Krasikov naprawdę dużo. Jej bohaterowie mówią: „Wszystko przez to, że w dzieciństwie matki ciągle im wmawiają, jacy to niby są wyjątkowi. A jak już dorosną, każdemu się wydaje, że należy mu się lepsza partia” oraz „Amerykanie nigdy się nie zastanawiali, czy ich uczynki są szkodliwe, nieprzyzwoite lub tchórzliwe. Musieli tylko wiedzieć, czy działają z rozmysłem czy mimowolnie, szczerze czy obłudnie”. Dobroduszny i ciepły Earl z „Dla towarzystwa” konfrontowany jest jednak z okrutnym i bezpośrednim Ryanem, który niszczy życie Ani, młodej emigrantki z Rosji. Życie bohaterów prozy Krasikov to ustawiczne tarcia z Amerykanami, ale i swoista symbioza życia, jakiej nie doświadczyli w opuszczanych przez siebie ojczyznach.


Warto pokrótce wspomnieć, że opowiadania z tego zbioru obejmują naprawdę bogate spektrum tematyczne. Mamy tadżycką drugą, gorszą żonę, która nie jest w stanie zająć należnego jej miejsca u boku Rashida i której emigracja pozwala (?) na mentalne rozstanie z mężem, jego pierwszą żoną i krajem, w którym cierpiała. Mamy bohaterów, którzy w bolesny sposób powracają do Rosji, by w ojczyźnie, którą kiedyś opuścili, doświadczyć rozstań i mentalnych pożegnań (doskonale sportretowana Regina w zamykającym zbiór tekście „Czwartego Rzymu nie będzie” czy też Lera z opowiadania „Repatrianci”).


Ludzie portretowani przez Krasikov doświadczają samotności. Nieprzypadkowo Regina zastanawia się nad tym, na jak różne sposoby można być samotnym. Myślę, że opowiadania Krasikov pokazują także, w jak odmienny sposób można doświadczać życia na emigracji i poruszają szereg w gruncie rzeczy uniwersalnych problemów natury egzystencjalnej umieszczonych w sferze niedomówień i dwuznaczności. Bo otwartość kompozycji wszystkich opowiadań jest tak samo niebezpieczna jak odległość między krajami, pomiędzy którymi bohaterowie „Jeszcze roku” próbują odnaleźć samych siebie.


Wydawnictwo Czarne, 2010

2010-03-03

"Udręki pewnej kasjerki" Anna Sam

Poniżane, ośmieszane, traktowane jak powietrze bądź przedmiotowo. Zapracowane, zmęczone, a przecież zmuszone do uśmiechu i „otwarcia” przez cały czas swojej pracy. Zrezygnowane i przemęczone – tak zmęczone, że nie mają siły szukać innej, lepiej płatnej pracy. Kasjerki. Doczekały się wreszcie książki o sobie, a raczej importu, bo „Udręki pewnej kasjerki” to dokonanie francuskiej… no właśnie, pisarki? Przypomina mi się niezbyt fortunny zabieg Wawrzyńca Prusky’ego, który jakiś czas temu zdecydował się na publikację w formie książki swoich zamieszczanych na blogu notek dotyczących radości i smutków typowego polskiego męża i ojca. Anna Sam nie jest typową kasjerką, bo jej notatki skrzą się dowcipem, ironią i są napisane językiem sprawnym oraz giętkim (choć tak naprawdę mogę oceniać tylko dobre tłumaczenie książki). Autorka przyznaje, że choć ma dyplom wyższej uczelni, osiem lat spędziła w hipermarkecie, pracując jako hostessa kasy, bo tak bardziej elegancko nazywa się kasjerkę. Trudno nie zastanowić się nad tym, dlaczego młoda, wykształcona osoba poświęca naprawdę sporo życia harówce za marne grosze (które niejednemu polskiemu pracownikowi zawróciłyby w głowie, bo to aż 850 euro netto miesięcznie), ale pomijając osobliwy masochizm Sam, jej książka jest niezwykłym kompendium wiedzy o tym, z czym codziennie zmaga się kobieta zaprzyjaźniona z taśmą i czytnikiem kodów kreskowych.

Używam słowa kompendium, bo publikacja Anny Sam jest swojego rodzaju przewodnikiem po świecie, któremu trudno się przyjrzeć, nawet jeśli spędzi się dość dużo czasu w kolejce i poobserwuje tę, która obsługuje stojących przed nami klientów. W „Udrękach pewnej kasjerki” mamy dużo goryczy i sporo maskowanego przez dowcip buntu. Bo chociaż uśmiechamy się, czytając między innymi o tym, jak pracownice kas walczą o wolne fotele na stanowiskach, o reakcjach klientów kupujących tak zwane wstydliwe towary, o zmaganiach z kupującymi więcej niż 10 produktów, którzy podchodzą do kas ekspresowych oraz o komplikacjach z wydawaniem nieszczęsnej monety wartości jednego centa przy cenach z 0,99 na końcu, jest w tych wyznaniach wiele opowieści o bardzo bolesnych doświadczeniach, z których najokrutniejszym jest traktowanie przez klientów i pracodawców niczym powietrze, numer ewidencyjny, element kodu kreskowego, przedmiot.


To książka należąca do lektur pozornie lekkich i przyjemnych, bo można ją pochłaniać w pociągu, tramwaju, w poczekalni u lekarza czy wszędzie tam, gdzie chcemy czymś niezobowiązującym zapchać sobie czas. Sam nie tworzy jednak czytadełka; mamy tu do czynienia z książką zaangażowaną, mającą także dość wyraźne feministyczne inklinacje (nieprzypadkowo na okładce czytamy blurb autorstwa Sylwii Chutnik). Przede wszystkim od początku budowana jest opozycja między egzystencjalnymi rozterkami autorki a nieczułością świata zewnętrznego, do którego nie docierają werbalne i niewerbalne komunikaty o tym, że praca przy kasie jest źródłem nieustającej frustracji. Myślę, że książka Anny Sam uczula na coś, czego tak naprawdę nie jesteśmy świadomi. Praca kasjerki to bardzo odpowiedzialne, poważne zajęcie. Zajęcie niepoważnie płatne. To nie tylko ciągłe „biiip” czytnika, które Sam wciąż słyszy we własnej głowie także po godzinach. To praca wymagająca określonych umiejętności manualnych, ale i spostrzegawczości, umiejętności rozpoznawania psychologicznych typów jakże różnych klientów i przede wszystkim ogromne napięcie, jakiemu poddana jest kasjerka od pierwszej do ostatniej minuty wykonywania przez nią obowiązków służbowych.


I jeśli lektura choćby jednego czytelnika zmusi do tego, by wobec pracownicy rozliczającej go po szaleństwie z wózkiem między półkami wykazać większą życzliwość i zrozumienie, „Udręki pewnej kasjerki” spełnią swe zadanie. Ale w tej książce nie chodzi tylko o to. Zapiski Sam to bardzo ciekawy szkic socjologiczny i coś na kształt psychologicznego studium jednostki zagubionej i zastraszonej. Ta książka to oskarżenie, ale i rozliczenie – takie wewnętrzne, trudne. To proza dynamiczna i chwytliwa. Pomysłowa i interesująca, chociaż oparta na dość prostym zamyśle fabularnym. Książka, dzięki której zabrano głos w imieniu wszystkich poszkodowanych przez system pracy w marketach kobiet. Szkoda tylko, że autorka tak silnie kojarzy swe zajęcie z kobiecością. Bo przecież przy taśmach i czytnikach kodów pracuje także wielu mężczyzn; ale ta książka koncentruje się nie tylko na problemach związanych z pracą kasjerki, lecz zawiera szereg myśli feministycznych, których chwilami jest w niej za wiele.


Wydawnictwo Poradnia K, 2010

2010-03-02

"Zielony księżyc" Przemek Opłocki

Brudny, pozornie odstręczający i jednocześnie barwny bohater? Był już taki w polskiej literaturze? Pewnie, że był i choć miał problemy nieco inne niż bohater Opłockiego, potrafił barwnie o świecie opowiadać. Słodki Śmieć z „Zielonego księżyca” jest tak samo odpychający jak Bombel Mirosława Nahacza, ale w enigmatycznym P. nie ma ani odrobiny uroku bohatera tragicznie zmarłego pisarza. No dobrze, skoro konstrukcja outsidera, który wegetuje sobie w niezwykle wytrzymałym na ataki z zewnątrz namiocie przy pewnym hipermarkecie nie udała się autorowi, to może fabuła jest ciekawa? I tutaj także potykamy się i rozczarowujemy, bo wpisująca się w nurt zaangażowanej twórczości atakującej przejawy bezmyślności oraz konsumpcjonizmu opowiastka nie jest niczym nowatorskim ani ciekawym. Powodów, dla których nie warto marnować wieczoru na lekturę powieści Przemka Opłockiego, jest wiele. Postaram się nakreślić to, co szczególnie irytuje w tej książce.

Przede wszystkim narrator. Mężczyzna ma za sobą bogatą przeszłość. Dowiadujemy się, że walczył z komunistycznymi władzami, że imał się szybkiej jazdy na łyżwach, że wędrował autostopem po Bałkanach, a nawet odwiedził Afrykę. W życiu P. działo się wiele i było to życie bardzo intensywne, ale w pewnym momencie bohater zwyczajnie je sobie odpuścił i rozpoczął koczownicze życie przy parkingu obok marketu o manierycznie krzykliwej nazwie Oszczędź Grosza. Słodki Śmieć ma się za przedstawiciela dysegzystencjalistów. Co to za postacie? „To ludzie, którzy dostają zwolnienie z życia, bo nie wiedzą, co z nim zrobić”. Okazuje się, że P. sam dał sobie takie zwolnienie i trudno powiedzieć, co skłoniło go do żebraczego trybu życia. I teraz zasadnicza sprzeczność tej książki. Słodki Śmieć żyje na marginesie, ale w symbiozie z miejscem, które Opłocki ośmiesza i krytykuje. Hipermarket sterujący klientami za pomocą promocji i jego zdeterminowany szef, ideowy przeciwnik głównego bohatera, to wrogowie. Nasz bynajmniej nie słodki Śmieć ironizuje i kpi z przejawów życia społecznego symbolizowanych przez maszynerię marketu. Tyle tylko, że sam jest pasożytem wykorzystującym dobra tego miejsca, bo darmowego pożywienia i napojów otrzymuje pod dostatkiem od zniecierpliwionych klientów, których nagabuje na parkingu. Bunt i kontestacja rzeczywistości przez P. są zatem nie tyle nieprzekonujące, co zwyczajnie naiwne i infantylne. W dodatku okraszone porcją wątpliwej jakości humoru, którego przykładem może być następująca wypowiedź: „Pozwalam rozwinąć się brudowi, serwując mu darmowe wakacje na mym ciele. Po co mu Majorka?”.


P. mieszka we wspomnianym już niezwykłym namiocie i jeździ po parkingu na deskorolce. Wyjaśnienie tej czynności jest i śmieszne, i pretensjonalne. „Jeżdżę, a właściwie pływam na desce, moim okręcie. Parking to ocean. Klienci to fregaty, frachtowce i inne statki kupieckie…”. Taaa… W tej morskiej symbolice drugiego sortu mamy także zbłąkanych żeglarzy odnajdujących spokojną przystań, a są nimi ludzie, którzy z sobie tylko wiadomych powodów decydują się na życiowe zwierzenia i snują opowieści sztampowe, ckliwe i papierowe. Do P. próbują dotrzeć inni ludzie, ale on sam nie pozwala sobie na wejście w jakiekolwiek bliskie relacje. „Nauczyłem się żyć w samotności i przebywanie z kimkolwiek dłużej niż pięć minut przychodzi mi tak trudno jak budowa autostrad w naszym przepięknym kraju”. Pozostaje mu bezpieczne obcowanie z kotem-przybłędą i rozmowy, jakie z nim prowadzi. Motywów postępowania naszego parkingowego menela możemy się domyślać, ale najbardziej zaskakują jednak naiwność i stereotypowość zarówno jego zachowań, jak i myśli o otaczającym świecie.


Do całej tej kontestacyjnej opowiastki doklejony jest tytułowy księżyc zmieniający barwę i prawie że beckettowskie czekanie. Czekając na Kuni Szawę, P. dokonuje rozrachunku ze swoim życiem i jednocześnie daje wyraz rozczarowaniu nim, w niewybredny i mało wyszukany sposób ironizując na temat prawie wszystkiego, co widzi i słyszy wokół siebie. Wydaje mi się, że Opłocki chciał nam zaprezentować i egzystencjalną opowieść o losie, przeznaczeniu oraz życiowych priorytetach, i powieść socjologiczną, i zjadliwą satyrę na zdobycze kapitalizmu, i jeszcze moralitetową opowieść o wędrowaniu i zdobywaniu wiedzy o samym sobie. Może autor chciał zbyt wiele. Może zwyczajnie nie potrafi pisać. Może za dużo w tej opowiastce natrętnego dydaktyzmu, a może po prostu inspiracja losami bezdomnego Polaka żyjącego na obrzeżach angielskiego Wolverhampton skłoniła autora do napisania kiepskiej powieści, dla której przypadkiem udało się znaleźć wydawcę.


Wydawnictwo Area, 2010

2010-02-28

"Samotność" Anthony Storr

Samotność jest pojęciem, wokół którego od jakiegoś czasu koncentrują się teorie krytyczne, dotyczące życia społecznego i funkcjonowania w społeczeństwie. Świat, w którym coraz więcej jest singli, gdzie coraz częściej doświadczamy odizolowania i wyobcowania, staje się od pewnego czasu areną zdarzeń dosyć przełomowych. Oto bowiem uświadamiamy sobie, że życie społeczne jest coraz trudniejsze, że nawiązywanie trwałych relacji z innymi staje się problemem, z którym próbują walczyć rozmaite szkoły treningu umiejętności prospołecznych i kursy nauki wychodzenia ludziom naprzeciw. Samotność w wielu kulturach jest stanem postrzeganym jako zagrożenie dla rozwoju człowieka w społeczeństwie. To także pojęcie często kojarzone z zagubieniem, uciekaniem, z postawą unikania i brakiem pewności siebie. O ile przyczyn samotności jest tak samo wiele jak jej rodzajów, o tyle psychologowie jednym głosem wydają się mówić, że ze stanem tym można coś zrobić, można dokonywać zmian, można samotności w jakiś sposób zaradzić. Wydana po raz pierwszy przed ponad 20 laty książka angielskiego psychiatry Anthony’ego Storra prezentuje inny punkt widzenia na samotność. Założeniem autora jest teza, iż stan samotności to stan daleki od jakichkolwiek patologii, a jeśli z patologiami ma coś wspólnego, nie jest ich koniecznym do likwidowania objawem. Storr w swojej książce przedstawia takie ujęcie samotności, któremu rzadko towarzyszy refleksja. Samotność Storra to przede wszystkim coś, co jest najzupełniej normalne; stan połączony z realizacją własnej drogi twórczej. Ten błyskotliwy i pasjonujący esej pokazuje, w jaki sposób można postrzegać samotność i jak bardzo była ona potrzebna w różnych okresach dziejów dla tych, którzy by tworzyć, musieli przebywać sami.

Jedną z pierwszych, rozwijanych w książce myśli, jest konstatacja, iż samotność jest twórcza.
„Zdolność do przebywania w samotności zostaje tym samym powiązana z odkrywaniem siebie i samorealizacją, ze stopniowym uświadamianiem sobie własnych najgłębszych potrzeb, uczuć i impulsów”. Storr zakłada, iż tylko w stanie izolacji od innych ludzi, wielu wybitnych twórców i myślicieli mogło dać z siebie tak wiele i – paradoksalnie – w oddaleniu od innych, dać innym tak dużo. Analizując biografie postaci, o jakich za chwilę wspomnę, autor „Samotności” zwraca uwagę na to, iż przede wszystkim odosobnienie jest okazją do twórczej samorealizacji. Łączy umiejętność przebywania poza wpływem i otoczeniem innych ludzi z możliwościami, jakie daje ta umiejętność, sprzyjając rozwojowi duchowemu. „Zdolność do tworzenia to doskonała okazja do rozwoju osobistego w samotności”. Samotność ukazywana jest w eseju Storra jako stan, w którym dochodzi do swoistego zbliżenia z samym sobą i w tym zbliżeniu do powstawania unikalnych dzieł sztuki - świadectw tego, że do kultury można wnieść bardzo wiele także wtedy, kiedy jest się z dala od ludzi na co dzień tę kulturę tworzących.

Storr dostrzega bardzo ważną antynomię, o której nie można zapomnieć podczas lektury. Czym innym jest bowiem potrzeba samotności, a czym innym zdolność do niej. Autor ukazuje szereg traumatycznych sytuacji, w jakich człowiek zmuszony jest do życia w samotności i prezentuje spustoszenia, jakie może ów stan uczynić w ludzkiej psychice. Jednostki twórcze, wokół których koncentruje swoje rozważania Storr, czasami wybierały samotność jako stan konieczny do tego, by kreatywnie funkcjonować. Czy bowiem Goya miał jakiś wybór, gdy ogłuchł i siłą rzeczy pozostał sam w świecie, do którego dźwięków przestał mieć już dostęp? Czy schizoidalny rys charakteru Franza Kafki pozwoliłby mu na funkcjonowanie i tworzenie w świecie, którego się bał i którego unikał? Jak niewiele odkryłby i zrozumiał introwertyk Newton, dla którego życie w odosobnieniu było szansą do tego, by właściwie rozwijać własny umysł? Anthony Storr porusza w swojej książce zagadnienia związane z motywacjami emocjonalnymi i czynnikami społecznymi, które w gruncie rzeczy niekiedy wymuszają samotność. Analizuje sytuacje izolacji, uwięzienia, niemożności nawiązania kontaktu z otoczeniem powodowane koniecznością oddalenia od innych. W tym rozumieniu pojęcie samotności zaczyna funkcjonować nie jako immanentny stan, do życia w którym człowiek się rodzi. Tak jak umiejętności prospołecznych, tak i przebywania w samotności trzeba się nauczyć.


Storr odwołuje się do kilku teorii psychologicznych dotyczących umiejętności i nieumiejętności życia w społeczeństwie, wskazując na istotną rolę przeżyć z okresu dzieciństwa na dalsze funkcjonowanie jednostki. Osamotnienie Kanta, Sakiego, Kiplinga czy Wittgensteina wynikało z doświadczenia opuszczenia przez bliskich im ludzi. Samotność jest zatem patologią jeśli spojrzeć na czynniki, które ją kształtują i wzmacniają. Czy jednak ten stan rzekomo patologiczny dla wielu nie był jedynym, w którym mogli się w pełni zrealizować?


Myślę, że to pozycja wartościowa i cenna dla wszystkich, w których doświadczenie samotności wywołuje lub wywoływało ambiwalentne odczucia. To także książka, która mówi, że drogą do zadowolenia i spełnienia nie musi być życie społeczne, rodzinne. Pozycja wieloaspektowo ujmująca pojęcie samotności i zmuszająca do refleksji nie tylko nad zagadnieniem nakreślanym w tytule.


Wydawnictwo W.A.B., 2010

2010-02-25

"Mao II" Don DeLillo

Don DeLillo to pisarz bardzo skomplikowany i autor prozy dość hermetycznej. Niejednoznaczność przekazu jego książek i niepowtarzalny sposób łączenia całkiem różnych od siebie myśli i poglądów w spójną, acz trudną do ogarnięcia całość, specyficzny sposób budowania fikcji literackiej i głęboki humanizm to na pewno cechy, które pozwalają z nadzieją myśleć o tym, iż amerykański twórca zostanie kiedyś wyróżniony przez Komitet Noblowski. Bo pisarstwo DeLillo to twórczość egzystencjalnego niepokoju i świadectwo ugruntowanej moralności w świecie generalnie moralność gubiącym.

Najnowsza przetłumaczona na język polski książka autora, „Mao II”, tak jak niedawno wydana „Performerka” rozpoczyna się pozornie jasnym i dość wyraźnym obrazem, który staje się tak naprawdę punktem wyjścia do rozważań zupełnie innych niż zapowiadane. Oto bowiem – co sugeruje także sam tytuł, wykorzystany już wcześniej przez Andy’ego Warhola – rzecz ma traktować o istocie zniewolenia tłumu przez jednostkę, o problemie tożsamości w społeczeństwie masowym; o zagrożeniach, jakie niosły i niosą idee kształtujące świat widziany oczyma tłumu. Mamy bowiem w introdukcji obraz zbiorowej ceremonii ślubnej, w której uczestniczą wyznawcy Kościoła Zjednoczeniowego Suna Myunga Moona. Widzimy zuniformizowanych młodych ludzi, o których autor pisze następująco: „Oni wszyscy czują to samo, młodzi ludzie z piętnastu krajów, znieczuleni na język własnej jaźni”. Ceremonii zaślubin córki z azjatyckim nowym mężem przygląda się bezradnie ojciec. Ale to nie on będzie głównym bohaterem książki.


Dalszy rozwój fabuły udowadnia, że mamy tutaj do czynienia z powieścią poruszającą przede wszystkim problematykę indywidualnej drogi twórczej w świecie negującym indywidualizm. Bill Gray to postać-legenda. Pisarz, na którego nową powieść od dłuższego czasu czeka bardzo wiele osób. Bill jednakże nie jest w stanie jej skończyć. Kluczową rolę w opowieści DeLillo odegra jego sekretarz Scott Martineau oraz Brita, która wykonuje sesję zdjęciową mającą na celu ożywienie pisarza, od jakiegoś czasu będącego zamkniętym w sobie introwertykiem, posągiem człowieka, ikoną kultury i… milczącym twórcą. „Mao II” pokazuje niemoc w obliczu oczekiwania na wielkie dzieło. Przedstawia szereg dylematów Billa Graya, który ponownie ma zaistnieć w świadomości masowego czytelnika. Okazuje się, że mamy tutaj do czynienia z innym rodzajem tłumu. To anonimowa zbiorowość czekająca na kolejną książkę. Tymczasem Billowi pisanie sprawia ból, pod którym ukryte są inne emocje i uczucia. To nie tyle introwertyk, co egocentryk, który o własnej twórczości wypowiada się następująco: „Wyolbrzymiam ból pisania, ból samotności, porażkę, złość, zmieszanie, bezradność, strach, upokorzenie. Im węższe są granice mojego życia, tym bardziej wyolbrzymiam samego siebie”. Czy aby na pewno Bill jest tym, za kogo go bierzemy? Dlaczego nawiązuje więź emocjonalną z Britą i czy jej zdjęcia nie demaskują przypadkiem jej samej, a nie Billa?


Don DeLillo od samego początku buduje powieść pełną zagadek i niejasności. Powieść, w której faluje tłum, obserwowany na ekranach telewizorów przez Britę i przyjaciółkę Scotta, Karen. Dodatkowy wątek sensacyjny (Bill ma wystąpić w telewizji w obronie więzionego przez terrorystów poety) czyni z tej opowieści złożony traktat o istocie ludzkiego bytu, o zależnościach występujących w tak zwanym stadnym życiu, o niebezpieczeństwach ukrytych gdzieś pośród anonimowych twarzy.


To także książka, która próbuje odpowiedzieć na pytanie o to, na czym polega współczesny dylemat „To be or not to be” i kwestionuje nowoczesne metody ukazywania konfliktów międzyludzkich. Odnajdziemy na kartach „Mao II” stwierdzenie, które wyjaśnić może sposób postrzegania rzeczywistości przez niektórych bohaterów: „Beckett jest ostatnim pisarzem, który kształtował sposób, w jaki myślimy i działamy. Po nim najważniejsze dzieła obejmują wybuchy w powietrzu i zawalone budynki. To nowa fabuła tragedii”. Egzystencjalne dramaty DeLillo skontrastowane są z obrazami mas, w których rysuje się przerażający wizerunek dziejów końca XX wieku. Choć tło tej powieści jest nad wyraz amerykańskie, a wyraźny sprzeciw wobec terroryzmu charakteryzuje licznych przedstawicieli współczesnej kultury USA, jest „Mao II” książką o charakterze uniwersalnym, chociaż poruszającą może zbyt wiele problemów na raz i przez to nie do końca czytelną.


Historia DeLillo to rzecz dotykająca problemów społecznych i politycznych na przestrzeni wielu lat. To powieść o wielkiej potędze tłumu. Wszak przyszłość należy do tłumów, a ta mroczna konstatacja otwiera i jednocześnie zamyka tę książkę. Mocna, wartościowa i pasjonująca rzecz.


Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2010

2010-02-23

"Dzidzia" Sylwia Chutnik

"Dostało się Sylwii Chutnik za nową książkę od Dariusza Nowackiego na łamach „Wyborczej” i od Bernadetty Darskiej na łamach „Opcji”. Ode mnie się nie dostanie, bo chociaż „Dzidzia” jest książką, która niewiele z prawdziwą literaturą ma wspólnego i choć jest to głównie publicystyczny, nasycony emocjami felieton autorski o polskich bolączkach opakowany w formę nazbyt poszarpanej dygresjami opowieści przedstawiającej dramat niepełnosprawnego dziecka i jego matki, jest „Dzidzia” jednak tekstem, który powinno się znać. Monika Richardson ma rację – po lekturze może się zrobić niedobrze. I ma być niedobrze, bo o wyzwolenie w nas uczucia niesmaku także autorce chodzi."

Wydawnictwo Świat Książki, 2010

Całość tekstu na stronie G-Punkt
KUP KSIĄŻKĘ

2010-02-17

"Piąta strona świata" Kazimierz Kutz

Pięknie nam się Kazimierz Kutz wpisuje „Piątą stroną świata” w literacką tradycję małych ojczyzn w literaturze polskiej. Pięknie, dostojnie i interesująco, bo to tyleż książka o charakterze konfesyjnym, w której autor próbuje zrozumieć swoje życie, wracając do wspomnień z dzieciństwa i młodości, ile opowieść, w której głównym bohaterem jest barwnie sportretowany Górny Śląsk. Ten Śląsk, który na przestrzeni wieków był ziemią na poły polską, na poły niemiecką. Region, w którym mieszały się języki i ludzie. Miejsce, którego już nie ma, bo żyje jedynie w pamięci autora, a jednocześnie miejsce wciąż żywe, pełne niejednoznaczności i – mimo szarości familoków, przygnębiającego kopalnianego krajobrazu i kompleksów żyjących tam ludzi – niepowtarzalnego uroku. „Piąta strona świata” to nie tylko Kutza rozliczenie ze wspomnieniami. To książka, w której zawarta jest dziejowa opowieść o miejscu będącym przede wszystkim krainą, gdzie życie toczy się wedle swoich praw.

Autor zdradza, dlaczego w tej powieści powraca do lat minionych. „Oto dlaczego warto stanąć przed domem swojego urodzenia, po to by podreperować umysł i serce, ocknąć się do życia, jak po letargu, przewartościować porządek w środku i oczyścić sumienie z wszelakiego świństwa”. Rodzinny familok, szare podwórko i jałowa ziemia – to wszystko ożywa we wspomnieniach, stając się dla Kutza drogą do pełniejszego zrozumienia samego siebie. Reżyser staje na moment gdzieś w oddaleniu; nie doradza, nie kreuje, nie porządkuje rzeczywistości. Ona stwarza go na nowo, a on jest jedynie obserwatorem. To, co minęło, ożyje i taka forma terapii duchowej jest Kutzowi potrzebna, bo w gruncie rzeczy – jak sam wspomina - „Stoję z boku życia, odtrącony od niego, mogę wgłębiać się w miniony czas, wspominać, przyglądać się przeszłości: to mi teraz zostało”. Można zatem powiedzieć, że ta książka powstawała przez całe życie Kutza i teraz po prostu się napisała. Bo w opowieści o Śląsku dawnych lat ukrytych jest wiele pytań natury egzystencjalnej, z których pierwsze i chyba najważniejsze pojawia się już na samym początku tej barwnej narracji: „Trapi mnie pytanie: skąd bierze się poszczególny człowiek – w tym przypadku jo – co się na niego składa, co jego własne, a co cudze, co dziedziczne, przejęte, a co niepowtarzalne”. Jak wiele można odkryć w sobie, kiedy uda się naprawdę uważnie przyjrzeć temu, jak się żyło? Na to pytanie odpowiedź daje historia wielowątkowa, rodzinna saga i powieść z wątkami społeczno-obyczajowymi. Książka, w której Kutz staje się sobą na nowo, a może tak naprawdę po raz pierwszy odkrywa wszystko to, co zapisane zostało w kalejdoskopowej historii życia jego rodziny, przyjaciół i reszty otoczenia.

Dylematy związane z tożsamością bohaterów książki Kutza bardzo dobrze oddaje język powieści. Śląska gwara sąsiaduje z literacką polszczyzną, język mówiony i potoczny z misternymi wywodami intelektualisty, opowieści dosadne i rubaszne z historiami wysmakowanymi i pełnymi elegancji. Otrzymujemy także swego rodzaju powieść o doświadczeniach pokoleniowych, powieść o Ślązakach, których społeczną różnorodność charakteryzują chociażby następujące słowa: „Bo my tu, na polsko-niemieckim pograniczu, jesteśmy jak rdest w naturze: tyle tu odmian losów w tyglu nie swoich wojen, wyzysku, wypędzeń, emigracji i grobów poza domem”. I jeśli początkowo odniesiemy wrażenie, że „Piąta strona świata” jest opowieścią życia samego autora, bardzo szybko zorientujemy się, jaki punkt widzenia on przyjmuje i że to historia barwnej społeczności. I to przede wszystkim wyróżnia tę pozycję – sposób, w jaki Kutz patrzy na swoje życie i dostrzega liczne związki między własną egzystencją a losami tych, którzy tylko na chwilę pojawili się w jego życiu.

Narracja niesie w sobie spory niepokój, budowany dzięki wspomnieniom o Lucjanie i Alojzym, bliskich przyjaciołach Kutza, którzy nagle i niespodziewanie rozstali się z życiem, popełniając samobójstwo. Próbując zrozumieć motywy ich działania i ogarnąć losy przyjaciół, Kutz sugestywnie portretuje członków swojej rodziny i bliskich mu ludzi, z którymi wiąże go niepowtarzalna więź. Jest „Piąta strona świata” zatem opowieścią o życiu, ale także o oswajaniu śmierci. Tej śmierci, którą niektórzy potrafią wybrać, zostawiając bliskich w pełnym smutku onieśmieleniu wobec dalszego życia.

To także książka o tym, czym jest dorastanie do Polski, rozumienie jej i miłość do niej. Problemy opisywane na tle śląskiego krajobrazu są symboliczne, a galeria postaci z książki w różny sposób definiuje pojęcie ojczyzny. Poza tym to pasjonująca opowieść o przyjaźni, miłości, o przywiązaniu do książek, o młodzieńczych fascynacjach, o ludzkich radościach i dramatach w mikro- i makroskali. Doskonała książka dla tych, którym Kutz odsłonił siebie w swoich filmach i dla tych, którzy chcą poznać człowieka, jaki poprowadzi ich do krainy, której nigdy sami by nie odkryli. To piąta strona świata, miejsce wyjątkowe i szczególne. Tak jak ta powieść.

Wydawnictwo Znak, 2010

2010-02-14

"Lunatyczna kraina" Mia Couto

Oto po „Naszyjniku z opowiadań”, „Ostatnim locie flaminga” i wydanym niedawno „Tarasie z uroczynem” otrzymujemy polski przekład debiutanckiej powieści Mii Couto, która przenosi nas do Mozambiku pełnego symboli, niejednoznaczności, ukrytych znaczeń i udręki. Ta książka to kolejne świadectwo niezwykłego przywiązania autora do własnej ojczyzny oraz jego umiejętności ukrywania w słowach treści nie tylko niepokojących, ale i wieloznacznych. „Lunatyczna kraina” to wielopłaszczyznowa opowieść drogi, historia utraconych złudzeń i historia kraju ogarniętego wojną domową. To przede wszystkim jednak magiczna parabola ludzkiego losu, w której neologizmy tworzą rzeczywistość cieni. Realistyczny wątek spotkania młodego człowieka i starca, którzy szukają schronienia oraz spokoju jest rozwijany, uzupełniany i symbolicznie rozbudowywany poprzez historie, które chłopiec czyta z zeszytów niejakiego Kindzu. I o ile to, co dzieje się w relacjach między Tuahirem a Muidingą, jest bezpośrednie i przejmujące, o tyle świat z zapisków, które czyta Muidinga, jest niczym cień prawd, jakie poznajemy, czytając o chłopcu i starym człowieku. Czyje opowieści są tu ważniejsze? Czy Tuahira, który próbuje uświadomić Muidingę, kim tak naprawdę jest, czy też tajemniczego Kindzu, którego życiowa podróż staje się odzwierciedleniem pokoleniowego problemu własnej tożsamości i wyobcowania? Trudno powiedzieć, czy w powieści Couto znajdziemy odpowiedzi na którekolwiek z pytań, jakie rodzą się podczas lektury. Jedno jest pewne. Ta proza jest zanurzona w afrykańskiej tradycji i postkolonialnym poczuciu zagubienia, które opisuje Mozambik bliski Couto i kraj, któremu autor oddaje swą duszę i serce.

Starego Tuahira i młodego Muizingę spotykamy na drodze. Stoją na niej i są drogą, bo to wędrowcy bardzo specyficzni. Zatrzymują się, by odpocząć i by rozmawiać o problemach egzystencjalnych, o jakich nie rozmawia się na co dzień w kraju zniszczonym wojną. Znajdują schronienie we wraku spalonego autobusu. Miejsce, które dla innych stało się cmentarzem, dla nich jest miejscem, w którym odradzają się na nowo. To wszystko dzięki opowieściom własnym i historiom, jakie czyta Muizinga. Szybko zorientować się można, że przewodni motyw drogi i wędrówki podporządkuje sobie obie narracje – historia Muizingi coraz ściślej będzie się łączyć z dziejami Kindzu. Mozambiccy wędrowcy bardzo mocno zwiążą się z tym, o czym pisze tajemniczy autor pamiętnika. Świat realny stanie się światem dwuznaczności, w którym ukryta będzie zagadka bytu i odpowiedź na pytanie, dokąd tak naprawdę zmierzają wszyscy opisani w książce bohaterowie.

Kindzu spisuje dzieje swoje i swojej rodziny, kierując się wewnętrznym nakazem następującej treści: „Chciałbym poukładać czasy w ugładzonym porządku, zgodnie z nadziejami i udręką”. W jego opowieściach przeszłość miesza się z teraźniejszością tak jak pragnienia, oczekiwania i lęki wszystkich opisywanych postaci. Metaforyczna wędrówka Kindzu i jego losy to przede wszystkim opowieść o kraju, który autor przedstawia za pomocą coraz to innej symboliki. Mozambik Couto to wieloryb, który przypływa, by skonać na plaży. To słoń, który umiera na sawannie. Kraj, w którym Kindzu próbuje zrozumieć okrucieństwo wojny i to, dlaczego tak bardzo doświadcza ona jego i jemu bliskich. Ale przecież „Wojna może skończyć się w kraju. Ale w nas samych nie skończy się nigdy”. Dramatyczna historia Kindzu i los Tuahira oraz Muindingi to taka podwójna i dwuznaczna opowieść o niekończącym się konflikcie, którym jest całe ludzkie życie.

I w końcu tytuł książki. Autor zapisków to „Lunatyk, wędrujący przez ogień. Lunatyczny tak samo jak kraina, w której przyszedł na świat”. Couto wykorzystuje technikę obrazowania onirycznego, by dzięki alogicznej strukturze zdarzeń oddać zarówno nastroje, jak i niewyrażalne słowami emocje. To także temu służy cały szereg konstrukcji słownych i zdaniowych. Lunatykuje świat opisany przez Couto, ale i narzędzie do opisu tego świata znajduje się w stanie lunatycznego zawieszenia. Stąd też wynika niejednoznaczność tej książki i pozorne poczucie zawieszenia w próżni, które może towarzyszyć przy lekturze.

Mia Couto w „Lunatycznej krainie” nawiązuje do szeroko rozumianej tradycji realizmu magicznego i tworzy przypowieść bardzo wieloznaczną. To książka, która w trudny sposób pisze o trudnych sprawach. Opowieść senna, choć chwilami przypominająca koszmar. Opowieść, z drugiej strony, pełna ciepła i niepowtarzalnego uroku.

Wydawnictwo Karakter, 2010