2011-04-28

"Muleum" Erlend Loe

Erlend Loe napisał tragiczną i komiczną jednocześnie opowieść o trudnym dojrzewaniu. O utracie, poczuciu pustki i zapełnianiu owej pustki. Ze swojej książki uczynił psychologiczną wariację na temat sensu życia po stracie bliskich; osadził rozważania gdzieś ponad ziemią w samolotach, zamknął interesującym finałem i okrasił wszystko wieloma uszczypliwymi uwagami dotyczącymi spraw tego świata.

Kiedy bohaterka książki była mała, wypowiedziała słowo „muleum” zamiast „muzeum”. To stało się początkiem tworzenia specyficznego kodu, z którym straciła łączność w momencie śmierci wszystkich najbliższych jej osób, którzy rozbili się w samolocie, do jakiego potem uporczywie wraca. Loe czyni opowieść o Julie zakodowaną przypowieścią o życiu w cieniu śmierci i o tym, jak bardzo można być do tego życia przywiązanym, chociaż deklaruje się co innego.


Co deklaruje bohaterka „Muleum”? Przede wszystkim to, iż robi coś nie tak jak trzeba. Pisze o sobie wbrew temu, co zalecał jej ojciec. Ekscentrycznie planuje własną śmierć i nie wychodzi jej próba samobójcza podczas przedstawienia teatralnego. Julie dodatkowo wypiera się Boga, który jej wcale nie wspiera, jawnie kpi ze swojego psychoterapeuty, próbuje stanąć twarzą w twarz ze śmiercią, ale przede wszystkim stara się uciec od pustki, w jakiej znalazła się po wypadku lotniczym swej rodziny. Bohaterka Loe to dziewczyna oszukana przez los i wystawiona przez ten los na wielką próbę. Ogarnięta próbą samozniszczenia, opętana myślą o końcu własnego życia, nieświadomie kreuje swój nowy los i staje się w nim odpowiedzialna nie tylko za samą siebie…


„Muleum” to książka mroczna i smutna. Bo przecież nikt nie zwróci jej bohaterce tego, co utraciła. I nikt nie tchnie w nią chęci dalszego życia, choćby afirmował je na różne sposoby jak czyni to polski przyjaciel Astrid czy bliska jej Constance, wielbicielka koni. W tej opowieści pojawia się i nihilizm, i skrajna depresja, i utrata poczucia własnej wartości. Nic nie można zmienić. Nikt nic nie chce zmienić. Wszystko jest złe i wiąże się z bólem. Można tylko umrzeć, ale nie jest to łatwe.


„Muleum” to również książka bardzo dowcipna i inteligentna. Opowieść bohaterki iskrzącej dowcipem i dobrze się bawiącej, kpiącej ze swego otoczenia. Tak jak można jej współczuć, tak też można się z niej śmiać. Kiedy np. usiłuje zarazić się ptasią grypą lub wybrać podróż do najbardziej niespokojnego politycznie i społecznie regionu Afryki. Bohaterka jest złośliwa i ekscentryczna, ale ma w sobie dużo poczucia humoru. Powieść Erlenda Loe jest dowodem tego, iż specyficzne poczucie humoru może pomóc stworzyć książkę niebezpiecznie balansującą na granicy smutku i euforii.


Chęć autodestrukcji młodej Norweżki zamienia się w nieplanowane odnalezienie sensu życia. Nie ma u Loe jakiejś dramatycznej przemiany. Są podróże, wiele zmian, doświadczanie wciąż czegoś nowego i szukanie w tym wszystkim sensu. Jest garść dowcipnych komentarzy na temat współczesnej cywilizacji. Jest przede wszystkim żywa narracja, która pozwala tę książkę czytać bardzo szybko. Loe nie rości sobie chyba prawa do tego, by „Muleum” nazywać eksperymentatorską powieścią psychologiczną. On jedynie opowiada losy pewnej dziewczyny, z którą czytelnicy odnajdą bliskość, bo jej problemy to problemy wszystkich tych, dla których życie czasami traci sens. A wtedy warto wsiąść w samolot, oderwać się od ziemi i zmienić perspektywę. „Muleum” bowiem to historia innej perspektywy. Zadziorna i przekorna. Warta poznania.


Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2011

2011-04-09

"Schronisko" Roman Gren

Rzadko zdarza się tak powściągliwa w wymowie, a tak wiele mówiąca książka. Opowieść lojalnie oddająca specyfikę opisywanej mikrospołeczności. Historia, którą budują dziesiątki różnych biografii. Książka o francuskich bezdomnych, o ich złości, bezsilności, czułości i poczuciu wykluczenia z życia. Bezdomni portretowani przez Romana Grena w skromnej objętościowo książeczce to jednocześnie ludzie mówiący nie tylko w swoim imieniu. Niezwykłość „Schroniska” polega także na tym, iż autor potrafi za pomocą delikatnego jedynie podejścia do danej postaci, naszkicować całkiem wyraźnie to, kim ona jest. Za tę niezwykłą empatię i zastosowanie prostych środków do jej wyrażenia „Schronisko” staje się dla mnie książką nie tylko dobrą, ale przede wszystkim wiarygodną.

Paryskie schronisko dla bezdomnych Victoria znane jest bardziej jako Grobowiec. To tutaj spotykają się wszyscy ci, którym z jakiegoś powodu w życiu nie wyszło i zmuszeni są do korzystania z pomocy francuskiej opieki socjalnej. W schronisku każdy jest na chwilę, ale jednocześnie pozostawia tam po sobie trwały ślad. To ślad, dzięki któremu powstają opowieści o mieszkańcach Grobowca. Historie niezwykłe, niepowtarzalne. Czytamy między innymi o tym, jak świat można pomierzyć kartą telefoniczną. O płaczącym słoniu ze Sri Lanki. O pewnym ekscentrycznym Australijczyku tworzącym swe alternatywne biografie. Poznamy szaleństwa pewnego Tunezyjczyka podczas księżycowej nocy, smak czarnej nienawiści pensjonariusza do swego białego opiekuna, sen o odnalezieniu własnego syna. Dowiemy się, jak nie ulec wpływom czarnoskórej Polki oraz co można zrobić z niemiłosiernie chrapiącym Hindusem. Mnogość historii opisywanych przez Grena ma jednocześnie ten sam mianownik – jest to na różne sposoby opisywana samotność, jakiej doświadczają wszyscy, którzy przebywali w schronisku. Dłużej i na krótko. Wielu bohaterów tej książki może się wydawać tak samo zmyślonymi jak historie, które opowiadają. Pewne jest jednak to, iż każdy z nich niesie w sobie bardzo intensywnie przeżywane jednostkowe rozczarowanie światem i sobą, które każe spoglądać na „Schronisko” jak na zbiór opowieści co najmniej gorzkich.


Gorzki jest Gren i słodki zarazem. Otwierające zbiorek opowiadanie, w którym bezdomni otrzymują ciastka to specyficzny i sporo mówiący o zawartości „Schroniska” prolog. Można bowiem zauważyć, że opowieści Grena kuszą tak samo jak ciastka. Dają odrobinę słodyczy w pozbawionej lukru rzeczywistości schroniska, w którym żyje się i umiera, ale w którym także doświadcza się nieopisanej tęsknoty za normalnym życiem, gdzie po ciastko można sięgnąć w dowolnej chwili.


Warto wspomnieć kilka imion, powiązać je z historiami. Nie można wobec nich pozostać obojętnym, bo to bardzo ludzkie dramaty i także ludzkie czarne komedie. Po prostu życie rozpisane na wiele dramatycznych ról. Jest Jean, który ucieka wciąż od swojej babci i pustki wokół. Jest doktor Bridel, który pewnego dnia upada. Mamy historię zdesperowanego Iwana proszącego w liście prezydenta Francji o finansowe wsparcie i Cyrila, którego nie zbawia harówka przy zmywaku, lecz poezja, jaką sam także tworzy. Jest Maria, chora na AIDS matka, która musi rozstać się ze swoimi dziećmi. Jest także Hazzan, nieszczęśliwie podobny do Osamy bin Ladena. To ludzie z krwi i kości, a ich opowieści przejmują także dlatego, iż stanowią zaledwie niewielki fragment tego, czym jest pełne upokorzeń i lęku trwanie na przekór okrutnemu życiu.


Gren nie jest okrutny, Gren jest prawdziwy. To świetny dokumentalista, wrażliwy słuchacz i niezły kronikarz wszystkiego tego, co usłyszy. Nie sposób przecież powiedzieć, że „Schronisko” zostało wymyślone. Nie sposób nie zauważyć, że jego autor stara się mówić za kogoś, ale i za tym kimś się schować. A takiej skromności polscy twórcy współcześni w większości raczej nie mają.


Wydawnictwo Czarne, 2011

2011-04-02

"Taxi" Chalid al-Chamisi

Czym jest książka Chalida al-Chamisiego? Jedynie zbiorem rozmów z taksówkarzami, oczami i uszami wielomilionowego tygla kulturowego, którym jest stolica Egiptu, Kair? Dobrze skrojonym kompozycyjnie reportażem z kraju, w którym niedawno wybuchła rewolucja - efekt między innymi nakładania się na siebie problemów, jakie poruszają rozmówcy autora? A może to taka luźna opowieść drogi, rozbita na 58 głosów (tylu taksówkarzy jest przesłuchanych przez autora) słodko-gorzka historia codzienności Egiptu? Jak mówi jeden z tych, którzy ją tworzą, „kto się dowie, co i jak, ten się przestanie dziwić”. Kto przeczyta al-Chamisiego, przestanie się pewnym sprawom dziwić, a na Egipt i jego problemy spojrzy z szerszej perspektywy – poznając głównie historię tego kraju oraz to jak się w nim „urządził” prezydent Murabak, jak też „urządził” innych.

Autor swoje rozmowy z taksówkarzami nieco podrasował tak jak niektórzy z nich auta, którymi jeżdżą. Są to bowiem zapisy pozbawione chaosu przypadkowych rozmów prowadzonych przez przypadkowych ludzi. Al-Chamisi wsiada do taksówki, a jej kierowca wypowiada się o sobie, swoim życiu, swej rodzinie czy swym kraju w sposób nieco zadziwiający. Zastanawiać może także informacja tłumacza o tym, iż stara się on oddać wiernie język dialektów, język mało literacki, język codzienności. Choć nie do końca z takim językiem mamy tutaj do czynienia, nie powoduje to, iż „Taxi” się nie wierzy. Ta książka nie rości sobie chyba prawa do tego, by dawać świadectwo jakiejś prawdzie. Ma część tej prawdy ujawniać. I część prawdy o samym Egipcie tutaj poznajemy. Część choćby z tego względu, iż kairskich taksówek nie prowadzą kobiety i im głos nie zostaje oddany.

Wielu wypowiadających się taksówkarzy to ludzie wykończeni życiem, w którym nieustannie zmagają się z brakiem pieniędzy i możliwości rozwoju tak, jak ich auta zmagają się z upływem czasu i coraz mniej przypominają samochody mogące wozić po zakorkowanych ulicach pasażerów. Wielu z nich znalazło się w taksówce z przypadku. Są też i tacy, dla których wożenie ludzi po Kairze jest nie tyle sensem, co wyraźnym celem życia. Każdy z nich obwozi w swej taksówce bolączki, o jakich jest w stanie opowiadać wprost lub poprzez metafory. Tych drugich używa niejednokrotnie nieświadomie, ale to one dodają „Taxi” dodatkowego kolorytu. O czym mówią ci wszyscy rozczarowani życiem i sobą mężczyźni?

Opowiadają o Egipcie, który się wewnętrznie rozpada. O państwie, które czeka tylko to, co najgorsze, skoro rządzący nazywani są „władzą bez kolan i bez nóg”. To także kraj, w którym sami Egipcjanie nie są w stanie niczego zmienić. „Ludzie w tym kraju to taki rozwiany pył. Bez żadnej wartości”. Czy tak oceniani, mogą zmienić cokolwiek? „Taxi” jednak to opowieść niezwykle dynamiczna i takie też są zależności między władzą a egipskim ludem, które al-Chamisi próbuje opisać. Dwuznaczność sądów o Mubaraku miesza się z peanami na cześć poprzedniego prezydenta kraju, Anwara as-Sadata. Opinie o bierności Egipcjan wobec tego, co oferuje Mubarak, kontrastowane są z opowieściami inteligentnych graczy giełdowych czy innych kombinatorów, którzy próbują w różny sposób sprzeciwić się temu, co narzuca im władza prezydencka. A ostatnie wydarzenia w Egipcie pokazują iż to, czego wysłuchiwał przez pewien czas autor „Opowieści z kursów po Kairze”, to naprawdę wybuchowa mieszanka nastrojów i faktów z życia nad Nilem.

„Taxi” to także książka dowcipna i zbiór opowieści co najmniej zabawnych. Bo poza biedą, wycieńczeniem, zasypianiem za kierownicą ze zmęczenia, poza paleniem, złośliwością i biernością, al-Chamisi opisuje przede wszystkim taksówkarzy z poczuciem humoru oraz takich, z którymi po prostu warto wybrać się w kurs. Po co? Nie tylko by posłuchać o Egipcie i jego bolączkach. By poznać między innymi dom nawiedzony przez dżina, posłuchać o kobiecie przechodzącej w taksówce niesamowitą metamorfozę wyglądu, poznać niezwykłe wspomnienia kinomana i dowiedzieć się, w jaki sposób inteligentnie żebrać.

„Taxi” powstało w trasie i jest książką bez początku oraz bez końca. Zbiorem anegdot i kilku gorzkich prawd, ale przede wszystkim tętniącą życiem prozą, która zabierze do Egiptu, jakiego jeszcze nie znamy i na pewno nie poznamy np. podczas opłaconych wczasów w kurorcie nad Morzem Czerwonym.

Wydawnictwo Karakter, 2011


KUP KSIĄŻKĘ

2011-03-11

"Tęsknota atomów" Linus Reichlin

Linus Reichlin napisał nietuzinkową powieść kryminalną. Oryginalne jest w niej ujęcie samej akcji jako pozornie nieuporządkowanych zdarzeń, które chwilami zupełnie do siebie nie pasują. Niezwykły jest sposób budowania napięcia. Intrygujące połączenie odkrywania zagadek śmierci z teoriami z dziedziny fizyki kwantowej dotyczącymi głównie… życia i istnienia. W końcu sam tytuł. „Tęsknota atomów do kompletności… To za jej sprawą powstało życie.” Książka Reichlina to mimo wszystko książka o życiu, nie o śmierci, chociaż między jednym a drugim granice chwilami są zupełnie niezauważalne. To opowieść o tym, jak śmierć można przezwyciężyć nawet wtedy, gdy nie można się z nią pogodzić. Wiecznie żywe atomy Reichlina za wszelką cenę chcą zwyciężyć z martwotą, bezruchem. Jego żywi bohaterowie, mniej lub bardziej utożsamiani z atomami przez samego autora, będą poznawać prawdę o życiu i o sobie.

Historia rozpoczyna się w Brugii. Tam też zbliżający się do emerytury inspektor Hannes Jensen poznaje ekscentrycznego Amerykanina Johna Rittera i jego specyficzne dzieci, dwójkę bliźniaków. Mężczyzna stara się przekonać policjanta, że ktoś grozi mu śmiercią. Jensen skupia się przede wszystkim na niezwykłych postaciach chłopców, ich ojca uznając za alkoholika i mitomana. Jakież będzie jego zdziwienie, kiedy Ritter umrze, jego dzieciom ktoś godzinę po śmierci ojca zamówi bilet lotniczy za ocean, patolog nie będzie w stanie określić przyczyny śmierci mężczyzny, a w chwili, gdy Jensen naprawdę zaangażuje się w tę sprawę i postanowi udać się w ślad za chłopcami Rittera, u progu jego mieszkania stanie niewidoma Annick O’Hara, by potem wraz z Jensenem poszukiwać opiekunki dzieci Rittera i rozwiązywać niezwykłe zagadki.


Reichlin świetnie stopniuje napięcie i potrafi zaskakiwać praktycznie na każdej stronie. Początkowo jest przewidywalny. Można bowiem być przekonanym, iż skoro policjant podejmuje się sprawy na pięć dni przed swą emeryturą, nie rozwiąże jej do tego czasu. Kiedy jednak okazuje się, iż ofiara prawdopodobnie nią nie jest, a cała sprawa ukrywa znacznie więcej niż się na początku wydaje, czytanie zamienia się w pasję odkrywania. Tajemnic Rittera i jego rzekomych synów. Ich opiekunki Esperanzy. Tego, co ukrywa niewidoma Annick i dlaczego tak bardzo za wszelką cenę chce odnaleźć ową Esperanzę.


Powieść ta podąża w dziwnym kierunku – od uporządkowania do coraz większego chaosu. Z tej przypadkowości zdarzeń tworzy się jednak nowy sens. Akcja przenosi nas wraz z emerytowanym belgijskim policjantem oraz tajemniczą piękną kobietą, która z niewiadomych przyczyn utraciła wzrok, najpierw do prowincjonalnego miasteczka w Arizonie, potem do Meksyku. Oboje doświadczą wiele razy tego, co tak naprawdę trudno opisać i co wydaje się niemożliwe do przeżycia. Oboje w trakcie tej specyficznej podróży będą – jak już wcześniej wskazałem - odkrywać prawdy o sobie samych. I przezwyciężać śmierć, dosłownie oraz w przenośni.


To, co jeszcze zasługuje na uwagę u Reichlina to oryginalny sposób portretowania swoich bohaterów. Niby wiemy o Jensenie i Annick sporo, ale tak naprawdę okazuje się, iż wiemy niewiele. Jensen przeżył śmierć swej matki i partnerki, samotnie próbuje zbudować sobie oazę spokoju i marzy o tym, by po odejściu na emeryturę podjąć się planowanego eksperymentu rozszczepiania elektronu. Annick doświadczyła śmierci męża i trudno jej się z nią pogodzić. Tych dwoje nie łączy nic innego poza doświadczeniem odchodzenia najbliższych. Co zatem spowoduje, iż wspólnie ruszą w ryzykowną wyprawę i podczas tej wyprawy staną się najbliżsi…sobie?


„Tęsknota atomów” to opowieść kryminalna wymykająca się próbom klasyfikacji gatunkowej. Reichlin otrzymał za nią nagrodę „Deutscher Krimipreis”. Wyróżnić tę książkę trzeba przede wszystkim dlatego, iż w niezwykły sposób łączy kilka teorii kwantowych z ludzkim losem i jego nieprzewidywalnością. Istotne jest, że ta historia sama w sobie jest nieprzewidywalna i do ostatniej strony nie możemy być pewni w niej niczego. A ja bardzo lubię książki, w których niczego nie można być pewnym.


Wydawnictwo Niebieska Studnia, 2011

2011-03-05

"Bornholm, Bornholm" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

O czym traktuje najnowsza powieść jednego z ciekawszych współczesnych pisarzy polskich? O męskości. O jej kwestionowaniu. O istocie cierpienia i formach jego doświadczania. O tym, w jaki sposób dwie smutne męskie biografie mogą stworzyć uniwersalną biografię mężczyzny nieszczęśliwego. I o echu. Tym, które każe powtarzać w tytule nazwę wyspy, jaka wpłynie na losy bohaterów książki. Jeden z nich mówi do chorej, nieprzytomnej matki: „Wiesz, mamo, a może to jest tak, że to miejsce, ta wyspa działa na tych, którzy się tu urodzili, jak echo. Gdziekolwiek będziesz poza nią, zawsze odbije się echem w twoim sercu i wrócisz, nawet jeślibyś z tym miejscem wiązał najgorsze wspomnienia”. Klimko-Dobrzaniecki opisuje ucieczki i powroty, a dwa przedstawione życiorysy łączą się z duńską wyspą, by jak echo powtarzać jej nazwę…

Pierwszego bohatera poznajemy w 1939 roku, tuż przed wybuchem wojny. Horst Bartlik jest niemieckim nauczycielem biologii w prowincjonalnej szkole. W zasadzie to żaden mężczyzna tylko cień mężczyzny. Człowiek wręcz pielęgnujący w sobie uczucie życiowego niespełnienia. Formy jego buntu wobec świata są bardzo proste i w gruncie rzeczy infantylne – przelotny romans w pensjonacie „na złość” żonie, zgwałcenie tejże żony, splunięcie na portret Hitlera. Poznajemy Horsta jako człowieka słabego, nieudolnego, pozbawionego silnej woli. Jego psychika wyraźnie skontrastowana jest z silnym i niezależnym sąsiadem Brucknerem, zwolennikiem wojny i porządku. Horst jest nijaki i słaby, Bruckner to osobowość dominująca. Chociaż wspomniane relacje nie mają większego znaczenia dla zrozumienia tej powieści (niemniej istotna będzie symbolika dębu Horsta, który rozrasta się i wdziera do ogrodu Brucknera), warto o nich wspomnieć, bo drugiego swego przewodniego bohatera Klimko-Dobrzaniecki także ukaże w relacjach z innym mężczyzną.


To syn, który opowiada swoje życie przy łóżku chorej matki. Kobieta przez lata zamieniała jego życie w piekło. Nigdy go nie słuchała, a teraz jest do tego zmuszona, leżąc nieprzytomna. Czytamy spowiedź wstrząsającą i przerażającą. Opowieść o tym, jak nieczuła potrafi być matka, ile cierpienia przynosi mężczyźnie utrata kolejnych męskich (sic!) potomków, jak bardzo można zostać doświadczonym przez los. Po co tak bardzo skrzywdzony syn snuje swe życiowe historie u boku tej, która była dla niego tak okrutna? Dlaczego wrócił na Bornholm, siedzi teraz przy matce, nie jest w stanie od niej odejść tak, jak nie może przestać opowiadać o swych cierpieniach? W końcu – kim jest ona sama?


Istotne w jego historii są – sygnalizowane już – relacje z innym mężczyzną. Tym mężczyzną jest Ole, będący dla skrzywdzonego przez toksyczną matkę kimś na kształt dobrego ojca, który rozumie i gwarantuje bliskość. Znaczna część zwierzeń bohatera obejmuje perypetie związane z Olem, którego życie doświadczało równie mocno. Nie ma już Olego, nie ma Horsta, nie ma jego sąsiada i nie ma pozornie ścisłych związków między biografiami tworzącymi fabułę „Bornholm, Bornholm”. Czym zatem jest ta książka?


Autor „Rzeczy pierwszych” stworzył symboliczną opowieść o męskim cierpieniu i próbach jego zrozumienia. Opowieść, w jakiej kobiety krzywdzą, a mężczyźni cierpią. Historię, w której znaczący będzie pewien aparat fotograficzny, ponieważ kadry z życia mężczyzn Klimko-Dobrzanieckiego tworzą specyficzny kalejdoskopowy obraz. Obraz tego, co było i co wraca niczym odbite echo. Echo Bornholmu i echo tego, czego niemym świadkiem jest wyspa.


To także książka o zesłaniu i powrocie. Horst Bartlik trafia na Bornholm zesłany w wyniku wojskowej mobilizacji. Opowiadający matce swe życie na Bornholm wraca. Tak musiało i musi być. Co się za tym kryje? Hubert Klimko-Dobrzaniecki tym razem zaskakuje wieloznacznością swojej prozy. Ona nie wydaje się tak mocno wyrastać z osobistych doświadczeń autora jak choćby „Kołysanka dla wisielca” czy „Wariat”. O kim jednak i jak opowiada autor? Na to oraz wiele innych pytań nie znajdzie się prostej odpowiedzi.


Wydawnictwo Znak, 2011

2011-02-24

"Chłopaki w sofixach" Jakub Porada

Zastanawiam się nad tym, czy cała męska redakcja stacji TVN zamierza wydawać książki. Jeżeli ktoś podpowiedział panom redaktorom, że to skuteczny sposób promocji samych siebie, proponuję jednak promować się w sferze, w której już się sprawdzili. Albo publikować wtedy, kiedy – jak np. Tomasz Lis – naprawdę ma się coś do powiedzenia.

Jak można traktować książkę Jakuba Porady, skądinąd świetnego dziennikarza, promowaną na okładce tekstem swego kolegi po fachu, Grzegorza Miecugowa, który jakiś czas temu także starał się błysnąć własną powieścią, wydając „Przypadek”? Historyjka Porady to ani książka pouczająca, ani poruszająca - mało wiarygodną rekomendację dziennikarza napisaną dla dziennikarza naprawdę można pominąć. „Chłopaki w sofixach” są już przez chwilę w księgarniach i sprzedają się chyba lepiej niż książka Miecugowa, co może świadczyć tylko o tym, iż żeby się wypromować na rynku wydawniczym, lepiej pisać wprost o sobie niż zmyślać fabuły tudzież ukrywać samego siebie pod zmyślonymi biografiami. Chciałbym parę słów poświęcić tej publikacji. Czemuś, co rozmywa się gdzieś między historią wspomnieniową, pamiętnikiem okresu dojrzewania a reporterską opowieścią o swojskich chłopakach z kieleckiego blokowiska. Chciałbym przed nią przestrzec, bo lektura – niestety – jest czasem straconym, choć dla autora to pisanie zapewne miało być czasu swego odnajdowaniem.


Porada (rocznik 1969) opisuje dzieciństwo i młodość spędzone z chłopakami na osiedlu XXV - lecia w Kielcach. Technika obrazowania jest tu bardzo prosta – to, kim staje się sam autor, jest swego rodzaju opozycją do tego, kim są jego koledzy. Benek bowiem sentymentalnie opisuje swych osiedlowych kumpli, ale przede wszystkim stara się wskazać, jak bardzo ich biografie ukształtowały jego samego. Narrator „Chłopaków w sofixach” przygląda się twardym osiedlowym kolesiom z uwagą i zazdrością. Imponuje mu Marynarz, który przyjmuje życie takie, jakim po prostu jest. Fascynuje Mały, adorowany przez panny, silny, sprawny i przebojowy, jego mocne ego. Stara się zrozumieć, co pcha ku alkoholowi Andrzeja, czym szpanuje Kleks, jaki jest Bobson. Jednocześnie z opowieści o chłopakach, którzy byli obecni w jego życiu, buduje własną opowieść. Gorzką, ironiczną, w gruncie rzeczy mało zabawną, chociaż chwilami tryskającą mało wyszukanymi dowcipami. Opowieść o absurdach i tajemnicach polskiego PRLu z punktu widzenia kieleckiego młodzieńca, który z jednej strony robi wszystko, by od swego osiedla uciec (i mu się to udaje), z drugiej jednak jest z nim nieodłącznie związany, a wciąż żywe wspomnienia nadają tej książce specyficzny charakter.


Doprawdy trudno orzec, czy „Chłopaki w sofixach” to po prostu szczera do bólu opowieść o dojrzewaniu, o męskich przyjaźniach i o ich zrywaniu oraz o tym, dlaczego Jakub Porada poszedł w życiu drogą zupełnie inną niż jego osiedlowi kumple, czy też może medialna próba zaistnienia człowieka mediów w nieco innej sferze niż ta, w której na co dzień się odnajduje. Na pewno rzecz ciekawa, ale głównie z tego względu, iż można sobie ją porównać z innymi wspomnieniowymi i rozliczeniowymi historiami z czasów Polski Ludowej. Jakby jeszcze miała jakąś spójną koncepcję, była czymś więcej niż przypadkowo rozrzuconymi opowieściami o chłopakach z KSM - u, byłaby książką, którą można polecić po prostu dla rozrywki. A tak zapewne zainteresuje tych, których Porada opisał, znajomych ich znajomych, znajomych autora z telewizji i tych, którzy myślą, iż znane nazwisko jest wystarczającym gwarantem, by wydać dobrą książkę.


Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2011

2011-02-13

"Dziewczyny z Rijadu" Radża as-Sani

Iran i Arabia Saudyjska to przykłady dwóch muzułmańskich państw, gdzie religijne dogmaty regulują życie społeczne w każdej sferze. To państwa, w których religia wyraźnie wskazuje miejsce kobiety w społeczeństwie. Państwa, gdzie kobiety nie potrafią (i nie mogą) świadomie o sobie decydować. Zaskakujący to przypadek czy też świadectwo przełomowych zmian, że w bliskim czasie wydane zostają dwie intrygujące powieści, w których pięć bohaterek-kobiet próbuje wyjść poza role narzucone im przez społeczeństwo? Irańskie kobiety zrzuciły czador, by na kartach książki Shahrnush Parsipur udowodnić, iż mogą stanowić o sobie. Czas na Saudyjki z opowieści Radży as-Sani i niedyskretne spojrzenie pod abaje, gdzie ukrywa się kobiece piękno, kobieca wrażliwość i kobiece pragnienie bycia kochaną. Kochaną prawdziwie, czyli nie tak jak nakazuje to szariat. Kochaną, szanowaną, adorowaną.

„Kobiety bez mężczyzn” i „Dziewczyny z Rijadu” to formalnie dwie zupełnie inaczej napisane książki i poruszające inną tematykę. Wspólny mianownik, jakim jest kobiecość, ujawniająca się w społeczeństwach piętnujących jakiekolwiek przejawy kobiecości, każe w jakiś sposób te dwie publikacje połączyć. Radża as-Sani obiera inną drogę twórczej kreacji niż Shahrnush Parsipur. Jej książka wydaje się bardziej lekka, łatwiejsza w odbiorze. Saudyjska pisarka nie posługuje się nazbyt skomplikowaną symboliką, nie chce jak Parsipur dodawać do swych opowieści większej ilości znaczeń. Czy aby na pewno? Czy „Dziewczyny z Rijadu” to po prostu dynamiczna i pasjonująca opowieść o tym, jak trudno saudyjskim kobietom znaleźć szczęście i prawdziwą miłość u boku mężczyzn? Czy nie warto zwrócić uwagę, iż tak jak w przypadku irańskich „Kobiet bez mężczyzn”, tak też w postaciach bohaterek „Dziewczyn z Rijadu” są ukryte znaczenia, o jakich trudno mówić komuś, kto nie osadza kontekstowo tych książek w kulturze krajów, z jakich pochodzą ich autorki?


Wspomniałem o podobieństwie pięciu bohaterek u obu pisarek, zatem słowo na temat tego, o kim pisze as-Sani. W każdym materiale promocyjnym książki i na jej okładce przeczytamy, iż jest to opowieść o czterech saudyjskich młodych kobietach – Sadim, Gamrze, Lamis i Michelle. Tymczasem piąta z nich to narratorka i zarazem autorka maili, opisujących losy czterech koleżanek. To postać zagadkowa, która rozpoczyna swoistą burzę internetową, kiedy decyduje się co tydzień publikować zapiski z życia swych przyjaciółek. As-Sani tworzy wokół tej opowiadającej pewną tajemnicę i chwilami zmusza do tego, by utożsamić ją z którąś z dziewczyn, ale w moim odczuciu to piąta, szczególnie dotknięta przez los dziewczyna. Dziewczyna, która swymi listami elektronicznymi maskuje dużo więcej niż niejedna z tych, o których losach decyduje się pisać. „Dziewczyny z Rijadu” to bowiem zaskakująca historia opowiadającej, której niejednoznaczność czyni z tej książki tak pasjonującą powieść.


Wstęp ujawnia, kim będą opisywane dziewczyny. „Bohaterki mojej opowieści wywodzą się spośród Was i żyją między Wami. Pochodzimy z pustyni i wszyscy do niej wrócimy. I tak jak wśród roślin, które rosną w Nedżdzie, znajdziemy te słodkie i te cierpkie, tak też jedne bohaterki historii będą słodkie, inne cierpkie, jeszcze inne zaś będą słodkie i cierpkie zarazem”. Gamra, Sadim, Lamis i Michelle nie tyle będą tak specyficzne i dwuznaczne, co słodkie i cierpkie będą ich historie życiowe. Mocno od siebie różne, a przecież tak podobne. Bardzo wyraziste. Jak radzi sobie w Arabii Saudyjskiej kobieta odrzucona przez męża? Taka, która daje się „skosztować” jeszcze przed ślubem? Albo taka, która po rozwodzie rodzi niechciane dziecko, owoc związku, który przeminął? Albo też taka, która musi żyć z piętnem swego amerykańskiego pochodzenia, przez jakie nigdy do końca nie będzie w Rijadzie prawdziwą Saudyjką? Radża as-Sani opowie o tym, jak saudyjskie kobiety radzą sobie z miłością, jej brakiem, z czym muszą się zmagać, zakochując się prawdziwie i żarliwie i jak mogą kochać w kraju, w którym zakazane jest tak wiele, między innymi obchodzenie święta miłości.


To także całkiem serio napisana opowieść o zabawnych momentami odmianach losu i o tym, jak bardzo kobieta może się rozczarować mężczyzną. Gamra radzi koleżankom: „Nie oczekujcie niczego od mężczyzn, ponieważ i tak dostaniecie dokładne przeciwieństwo tego, czego sobie życzycie”. Ja poradziłbym czytelniczkom (i czytelnikom) tej książki, by nie oczekiwali po lekturze jasnych odpowiedzi na pojawiające się w jej trakcie pytania. Można bowiem odczytać as-Sani dokładnie przeciwnie do tego, jak być może chciałaby być odczytana. Tak czy owak mamy do czynienia z inteligentną i frapującą pisarką. A jej książka i dokonanie Shahrnush Parsipur to dwa ważne głosy w sprawie kobiecości w islamie.


Wydawnictwo Smak Słowa, 2010
KUP KSIĄŻKĘ

2011-02-11

"Lód i woda, woda i lód" Majgull Axelsson

"Najnowsza powieść Majgull Axelsson może rozczarować, ale chyba tylko tych, którzy znają jej dotychczasową twórczość. Autorka bowiem ani formalnie, ani tematycznie nie prezentuje niczego nowego. W kwestii formy „Lód i woda, woda i lód” charakteryzuje monumentalnie rozbudowana, wielowątkowa fabuła, narracja w kilku przestrzeniach czasowych, charakterystyczny styl łączący dziennikarską dokładność z psychologiczną głębią wyraźnie zarysowanych bohaterek (o kobiety głównie chodzi). Tematycznie szwedzka pisarka powraca do opisywanych już w poprzednich książkach problemów – złożonych relacji między siostrami z „Kwietniowej czarownicy” czy trudności, jakie czekają w życiu dorosłe kobiety pozbawione matczynej troskliwości w dzieciństwie (jeden z wątków „Drogi do piekła”).

Nie jest bynajmniej moim zamiarem krytyka „Lodu i wody, wody i lodu”, bo każda publikacja Axelsson warta jest uwagi. Rozczarować może tylko fakt, iż pisarka podąża już utartymi ścieżkami, że literacko nie jest zdolna do wyjścia ponad jakość, którą latami stworzyła i że tym razem napisała opowieść zdecydowanie mniej poruszającą, chociaż wzbudza ciekawość miejscem, w jakim rozpoczynają się zdarzenia."

Wydawnictwo W.A.B., 2010

Całość tekstu na stronie Gpunkt
KUP KSIĄŻKĘ

2011-02-05

"Prom do Puttgarden" Helle Helle

Bohaterka opowieści Helle Helle, dwudziestoletnia Jane, cierpi na atrofię uczuć. Przynajmniej stwarza pozory jakby od świata jakichkolwiek przeżyć dzieliła ją granica. Ta duńska opowieść składa się z surowych, minimalistycznych opisów tego, co Jane robi. Co czuje? Czy stagnacja w życiu oznacza jednocześnie stagnację emocjonalną? Przyznam, że „Prom do Puttgarden” ujmuje przede wszystkim dwuznacznością. Chłodna narracja, krótkie zdania oznajmujące, proste dialogi… od początku do końca mamy do czynienia z prozą stwarzającą dystans. Tymczasem Helle Helle pisze o próbach przekraczania dystansu, wychodzenia naprzeciw światu i swym własnym pragnieniom. Czy jest to zatem tylko oszczędny słowny zapis tego, czego nie sposób wyrazić za pomocą słów czy też prozatorska kreacja, do wnętrza której nie sposób dotrzeć?…

Jane poznajemy przede wszystkim w jej kalekich relacjach z mężczyznami. Podobnie bolesne było doświadczanie męskiej obecności dla jej matki i babki. Obie bardzo szybko wycofywały się z jakichkolwiek kontaktów z mężczyznami. Czy Jane skazana jest na rodzinne fatum i też nie znajdzie szczęścia u boku mężczyzny? Męskich postaci jest w tej powieści wiele. Każdego z nich jednak narratorka traktuje tak, jak matka i babka Jane traktowały wszystkich mężczyzn próbujących się do nich zbliżyć. Z ogromnym dystansem. Jane potrafi z mężczyznami rozmawiać, ale nie jest w stanie wyjść poza słowa. Nie pomoże jej nawet złudzenie, że u boku pewnego duńskiego elektryka pracującego w Niemczech odnajdzie swe szczęście…


Relacje damsko-męskie nie są jednak tak istotne w prozie Helle Helle. Bardziej wyrazista staje się metaforyka przemierzania przestrzeni. Jest to morska przestrzeń między Danią a Niemcami, jaką przemierza prom, na którym Jane znajduje pracę ekspedientki. Z jednej strony stały ruch, z drugiej statyczność odbijania od jednego portu do drugiego. Na promie pracuje także siostra Jane, Tine. Obie przemierzają specyficzne przestrzenie, w których kryją swe prawdziwe pragnienia.


Doświadczenia życiowe Tine to jednocześnie sprawy, wobec których Jane jest daleko. Podobnie daleko wydaje się być od swojej siostry, chociaż na co dzień troskliwie opiekuje się jej córką i ustawicznie podkreśla chęć niesienia im obu pomocy. Tine dzieli od Jane dystans porównywalny do tego, jaki przemierzają codziennie na promie. Dystans ledwie widoczny, jedynie akcentowany, niemniej jednak bardzo wyraźny. Pustka, której nie są w stanie zapełnić słowa ani czyny. Siostry pozornie ze sobą związane, a tak od siebie oddalone…


Duńska pisarka nieszablonowo dotyka egzystencjalnej tematyki wewnętrznego zamknięcia na świat, próbując stawiać pytania o to, do czego izolacja może prowadzić. Jane nie tylko emocjonalnie jest zamknięta. Zamknęła się na doświadczenia życiowe, nie studiuje, zadowala ją tymczasowa posada… i wolność, jaką jej daje. Skomplikowane relacje z matką i siostrą dają tylko częściową odpowiedź na pytania, co dręczy Jane. Hellle Helle tworzy refleksyjną książkę o przemierzaniu dróg, które prowadzą donikąd. Gorzka to proza i zastanawiająca. Trudna do określenia. Trudno bowiem odnaleźć prawdę między słowami, które w narracji tej książki tną z chirurgiczną precyzją.


Wydawnictwo słowo obraz/terytoria, 2010
KUP KSIĄŻKĘ

2011-02-04

"Jestem Czeczenem" German Sadułajew

Opowieść Germana Sadułajewa to bardzo osobisty dziennik przeżyć wewnętrznych, który ma charakter lamentacyjny. Trudno nie odnieść wrażenia, że narrator rozprawia się tylko sam ze sobą, ze swoimi wspomnieniami, z dramatycznymi wyborami, jakich dokonywał i z poczuciem własnej tożsamości narodowej, chociaż stara się udowodnić, że jest inaczej. To książka o tym, jak trudno jest być Czeczenem, z jakimi wyborami się to wiąże („Nam pozostaje jedno – zwyciężyć albo umrzeć”) i o tym, w jaki sposób po wojnie czeczeńskiej można żyć wśród Rosjan. Tych Rosjan, którzy do niedawna byli z Czeczenami wspólnotą, by nakreślić kulami armatnimi i gąsienicami czołgów granice podziału, z jakim trudno się mierzyć. Sadułajew umieszcza swe rozważania w perspektywie historycznej, nawiązuje do kaukaskiej kultury i świata natury, pięknie pisze o własnej matce i brutalnie ukazuje paradoksy, z jakimi musi się mierzyć po przeżyciu piekła przełomu 1994 i 1995 roku, po którym nic już nie będzie takie samo. To zasadnicze walory tej publikacji. Książki jednak tak nieznośnie sentymentalnej i tak przepełnionej patosem oraz ckliwością, że chwilami po prostu nie sposób czytać jej dalej.

Reportaż z czeczeńskiego pola bitwy, z Groznego, bardzo ciekawie przedstawił już Zahar Prilepin, którego bohater, rosyjski młody specnazowiec uczestniczy w walkach na ulicach stolicy Czeczenii. To, co stanowi tło wydarzeń w „Patologiach”, u Sadułajewa znajdziemy w finale. Autor jakby starał się zatrzeć liryczny rys swojej prozy i wszystko to, co może tak w niej drażnić, ale nie do końca mu się to udaje. Bohater „Jestem Czeczenem” musi walczyć, zabijać, na ulicach Groznego być dla swych rodaków śmiertelnym wrogiem. Nic nie zatrze potem tych wspomnień i nie pozwoli mu na spokój. I finał jego opowieści jest w gruncie rzeczy najbardziej czytelny, albowiem wcześniejsze refleksje ocierają się o pretensjonalność.


Przykłady? Symbolika jaskółki, ptaka powracającego, ptaka wolnego i otoczonego szacunkiem. Niezwykłego ptaka. Co autor robi z tą symboliką? Ano to: „Sam jestem jaskółką. Nie witeziem rosyjskich sił federalnych, nie świętym mudżahedinem, tylko jaskółką, której nie udało się wrócić pod dach rodzinnego domu”. Proces tworzenia dla płochej jaskółki postrzegany jest następująco: „Gdy dopiszę tę powieść do końca, też będę mógł spokojnie umrzeć”. W międzyczasie, łącząc mitologię kaukaską i opisując zwyczaje panujące wśród Czeczenów, powraca na łono swej ojczyzny i stara się brak głęboki oddech, by wciąż o niej pisać. Cierpień, jakich doznaje autor tej książki nie sposób wykpić, bo to problemy poważne i bolesne. Trudno jednak przejść obojętnie wobec sposobu, w jaki pisze się o tych problemach. A Sadułajew czyni z siebie czeczeńskiego Mesjasza, Prometeusza, proroka i wizjonera w jednym. Po co, skoro o tym wszystkim, co chce wyrazić, można byłoby napisać w sposób bardziej stonowany?


„Jestem Czeczenem” to zatem książka wywołująca ambiwalentne odczucia. „Nikt nie będzie jej czytał, nikt nie zdoła jej zrozumieć. (…) Nikomu nie jest potrzebna taka książka, nie pasuje do niczyjej propagandy”. Nie mogę nie przyznać racji autorowi, iż tak naprawdę trudno go zrozumieć, pisze bowiem tylko i wyłącznie dla siebie i o sobie samym. Nie można jednak powiedzieć, iż nie jest to książka potrzebna. Czeczenia potrzebuje, by o niej mówić. Mimo wszystko bezstronnie. Bo przecież kłamstwem jest pisanie, iż opowieść nie ma propagandowego charakteru, skoro co rusz znajduje się w kompozycji jakieś antyrosyjskie elementy.


I może dramat bycia Czeczenem polega na tym, że trudno tak naprawdę samego siebie wyrazić. Trudno żyć, kiedy przyjaciel staje się wrogiem, potem wróg przyjacielem, kiedy nie można płakać, pozwolić sobie na słabości, ujawnić swego cierpienia. Może z tak skomplikowanej sytuacji wynika proza taka jak opowieść Sadułajewa. I choć to książka o naprawdę sporych walorach poznawczych, poruszająca problematykę dużo bardziej złożoną niż to, co wskazałem w omówieniu, „Jestem Czeczenem” jest bardziej konfesyjną prozą neurotyka niż świadectwem dramatu człowieka, który żyjąc duchowo Czeczenią, na co dzień funkcjonuje w rosyjskich realiach. Taka jaskółka, której podcięto skrzydła.


Wydawnictwo Czarne, 2011
KUP KSIĄŻKĘ

2011-02-02

"Kobiety" Steinar Bragi

Zło. Temat posępny i wielokrotnie wykorzystany w sztuce współczesnej. Na kartach porażającej książki Steinara Bragiego nabiera nowego znaczenia. „Kobiety” to książka okrutna nie dlatego, że tak wiele w niej okrucieństwa i o jego istocie próbuje ona opowiadać, ale przede wszystkim przez to, iż nie daje żadnego wytchnienia. Od pierwszego do ostatniego zdania wydaje się być stronnicza. Przerysowana. Karykaturalna chwilami. I okrutnie prawdziwa, choć w gruncie rzeczy trudno orzec, czy jest jedynie grubymi nićmi szytą prowokacją, manifestem mizogina, szowinisty czy po prostu życiowego frustrata, którego rozważania na temat istoty Zła nieodłącznie związane są z wieloaspektowym spoglądaniem na kobiecość i jej kwestionowaniem. A może zbiorem nad wyraz celnych spostrzeżeń o istocie współczesnego społeczeństwa w ogóle?

To doprawdy paradoks, że w kraju, w jakim Bragi deprecjonuje kobietę, uznając za niezdolną do pełnienia cech przywódczych, w rok po wydaniu książki premierem zostaje właśnie kobieta i to ona próbuje zaradzić islandzkiemu kryzysowi gospodarczemu. Podwójny dlatego, iż autor stara się wskazać, że kobieta buduje swą tożsamość jedynie w takich relacjach z partnerem-mężczyzną, w którym związek równa się podległości. Tymczasem wspomniana pani premier jako chyba jedyna głowa państwa publicznie przyznała, że żyje w szczęśliwym związku homoseksualnym, z dala od męskich wpływów. Wspominam Johannę Sigurdardottir, bo doprawdy dziwnie może czuć się autor, który próbuje zaszczuć kobiecość i stara się to czynić na tle kraju, którym rządzi lesbijka, ale to takie rozważania na marginesie, bo jakoś trudno mi ugryźć materię i przesłanie tej książki, gdyż trzeba ją po prostu przeczytać, a każde omówienie może jedynie wyrządzić krzywdę i narzucić interpretację. Ponieważ jednak jako mężczyzna jestem zły na Bragiego i przypuszczam, że kobiety mogą po lekturze jego książki poczuć się o wiele gorzej, muszę przynajmniej zaakcentować to, co wywołało moją złość. Jednocześnie zachęcić do tej trudnej lektury, bo po prostu trzeba ją znać.


Islandzka surowość i minimalizm widoczne są już w pierwszym rozdziale tej historii. Eva, mająca za sobą burzliwą przeszłość w Stanach Zjednoczonych, powraca do lodowej ojczyzny za swym ukochanym, który chce w Islandii rozpocząć nowe życie. Dziewczyna otrzymuje propozycję zamieszkania w ekskluzywnym apartamencie w centrum Rejkjaviku. Tam chce przeczekać złe dni Hrafna, ponownie zbliżyć się do niego i odbudować to, co można odbudować jeszcze ze związku dwóch skrajnie różnych osobowości podzielonych dodatkowo przypadkową śmiercią ich małego dziecka. Mieszkanie wynajmowane przez Evę jest mroczne i bez duszy. Na ścianie znajduje się maska, odlew ludzkiej twarzy. Maska będzie początkiem i końcem tej przerażającej opowieści, a Eva poddana zostanie piekielnym próbom, które będą miały na celu zdegradowanie jej kobiecości. Zdegradowanie kobiecości w ogóle.


Do bohaterki książki stara zbliżyć się wiekowa sąsiadka, niejaka Bergthora. Kobieta głosi poglądy skrajne i wypowiada się niczym despotka. To ona uświadomi Evę, czym tak naprawdę jest ludzkość. W rozumieniu Bergthory „Ludzkość jest zła z natury. Tysiące lat rozwoju miały na celu udoskonalenie zła”. Szybko można się zorientować, że Zło czai się głównie w kobiecie, że to kobieta jest sprawcą Zła, że to ona prowokuje, uwodzi i… zmusza do tego, by ją krzywdzić. Takie między innymi poglądy głosi Joseph Novak, charyzmatyczny artysta, twórca artystycznej grupy „Zniszczenie”, która w opozycji do szesnastowiecznego Odrodzenia ma wskazywać ludzkości, że jest nie tyle zła, co przede wszystkim zmierzająca do samozagłady. I wszystko chyba przez kobiety, bo świat widziany oczyma Novaka to bezustanna walka z kobiecością, która rozgrywa się na wielu płaszczyznach.


Od początku wiemy, że atmosfera grozy i tajemniczości nie wróży niczego dobrego dla głównej bohaterki. Eva to kobieta ułomna i świadoma swoich ułomności. Nieszczęśliwa córka, matka, kochanka. Sama nie zdaje sobie sprawy z tego, ile razy pokornie skłaniała głowę i prosiła o przebaczenie. Zadana jej kara ma zmusić do tego, by coś w niej zmienić. Ale czy przerażający proces, jakiemu zostanie poddana Eva i idące wraz z nim rozważania Novaka na temat kobiecości oraz idei powszechnego niszczenia, nie są przypadkiem zaplanowanym z chirurgiczną precyzją działaniem mającym swój ściśle określony początek oraz koniec? Czy to, co napisał Bragi nie jest jednocześnie eksperymentem, testowaniem czytelnika, specyficznym kodem nienawiści i okrucieństwa, w jakim zapisana jest bezpardonowa krytyka współczesnej cywilizacji? Pewne jest jedynie to, iż „Kobiety” to proza brawurowa nie tylko dlatego, że złości. Bragi to pisarz, z którego poglądami nie można się zgadzać, ale których nie sposób nie poznać. Zło czai się wszędzie. Islandzki autor próbuje ukryć zło w kobiecości. Zmusza do rozważań o tym, czy można od zła uciec.


Nie sposób uciekać od tej książki. Niech was dopadnie. Niech atakuje. Niech złości i obraża. Bez względu na płeć i poglądy na temat współczesnego świata. I niech pozwoli zachować dystans wobec wszystkiego, co opisuje. Bez niego przepadniemy jak Eva. A na pewno okażemy się jeszcze słabsi niż ona…


Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2010
KUP KSIĄŻKĘ

2011-02-01

"Dziewczynki ze Świata Maskotek" Anja Snellman

„Dziewczynki ze Świata Maskotek” to reporterska relacja z dramatu rozpisanego na wiele ról. Opowieść o cierpieniu, o różnego rodzaju utratach, o toksycznych relacjach i o uciekaniu – w sensie dosłownym i metaforycznym. Anja Snellman stworzyła powieść pytań, nie odpowiedzi. Właściwie nie wiadomo, z której strony chce pokazać skomplikowany przecież problem. Kim chce tu być jako pisarka? Na pewno nie oskarżycielem. Ofiarami bowiem są wszyscy bohaterowie tej książki. Ma ona zmuszać do myślenia i do poszukiwania przyczyn. Problemów jest wiele, ale jeden z ciekawszych to sama Jasmin i to, kim jest, opowiadając swoje losy.

Wydawnictwo Świat Książki, 2011

Całość tekstu na stronie G-Punkt

KUP KSIĄŻKĘ