Oto mamy nową debiutantkę. Nową książkę. Podobno dziewczyńską, choć nie jestem w stanie zrozumieć, co się kryje za tą definicją. Pomiędzy zdaniem „Nie piszę o tym, o czym mogę nie mówić.” a następującym zlepkiem słów - „Codziennie czuję, jak między żebrami rośnie mi serce. Odrasta. W miejscu, w którym kiedyś pękło, przyschły już brzegi rany.” – kryje się rzekomo odkrywcza, nowa jakość. Talent, który ma powalać czytelników i autorka, dzięki której możemy poczuć, że młode pokolenie pisarzy ma coś do powiedzenia. „Mięso” to słowa, słowa i jeszcze raz słowa. Mnie jest ciężko o tych słowach mówić, w związku z tym napiszę. Bo książka Dominiki Dymińskiej to po prostu zbiór słów i to wszystko. Przerażające jest, gdy czyta się pełen dumy wywód, iż bohaterka książki była kiedyś na spotkaniu z Hertą Müller, która rzekomo wydała się jej podobna. To chyba raczej dziewczę walczące z bulimią, nerwicą natręctw i niezdrowym pociągiem do seksu z mężczyznami zaburzonymi jak ona, próbuje nieumiejętnie porównać się do noblistki, czyniąc swe pisanie jeszcze bardziej karykaturalnym.
Dominika Dominiki jest tłusta i ohydna, w związku z czym nienawidzi swojego ciała. Ta nienawiść projektowana jest gdzieś dalej, ale bohaterka stara się ją stłumić. Dzięki bezprzewodowemu łączu internetowemu nasza bohaterka nawiązuje pierwsze cyberromanse. 33 – letni zwolennik młodych dziewczęcych ciałek nazywa ją potem „pasztetem”, ale zanim dojdzie do odkrycia jego niecnych działań przez rodziców bohaterki, poczytamy coś, co przelewa się codziennie w ilościach mocno przedobrzonych w sieci, gdzie swe głębokie myśli wymieniają spragnieni własnych ciał kochankowie sprzed monitora. Tak więc nasza Dominika na początku nazywana jest przez nieznajomego w internecie „małą dziwką” i postanawia jakoś dopasować się do tej roli. On chce jej ciała, ona potrzebuje jego słów. Po to, by nimi zapchać niepewność, lęki, brak poczucia, iż żyje naprawdę. Seks jest ważny, ale o niczym nie świadczy. Bohaterka „Mięsa” nie szuka żadnych romantycznych wzlotów, przynajmniej na początku etapu znajomości z przygodnie poznanymi facetami. „W temacie miłości nie mam nic do powiedzenia”. Obawiam się, że w żadnym innym także. Smutna dziewczyna – narratorka tej smutnej, dziewczyńskiej przecież książki, potrafi jedynie pogrążać się w misternie przez lata tkanym kokonie rozpaczy.
Czymże bowiem jest budowanie kolejnych relacji z facetami, jak nie tylko przejawem rozpaczliwej pustki egzystencjalnej, którą można zamaskować słowami złożonymi w jakiś wdzięczny szyk, zapić spermą przy szybkim oralu czy też stłumić w ogniu zazdrości o kochanka, dla którego nie jest się tą jedyną i wyjątkową? Bohaterka „Mięsa” poznaje kolejno Radka z penisem o zapachu proszku, Piotrka – pizdę w przebraniu metala – którego członek smakuje mydłem (czyżby i mydła próbowała w bulimicznym pędzie pożerania wszystkiego nasza skazana na rozpacz duszy i ciała narratorka?); potem poetę Krzyśka i Roberta będącego antidotum na romans z żonatym trzydziestolatkiem. Jest jeszcze Adam, z którym fajnie wciąga się w nosek to i owo oraz pisarz, jaki – co zostało wspomniane – nie uznaje swej kochanki za jedyną i niepowtarzalną.
Pomiędzy smętnymi opowieściami o poszukiwaniu coraz większej nicości w męskich ramionach otrzymujemy poetyckie miniaturki, mające rzekomo przypominać i pisanie wspomnianej Müller, i klimat historii snutych przez Agłaję Veteranyi. Wspominanie o nazwiskach tych wybitnych pisarek w kontekście tego, przez co przemykamy wzrokiem w kilka godzin bez cienia większej refleksji, jest po pierwsze nadużyciem, a po drugie rozpaczliwą próbą usytuowania gdzieś tej prozy. Trudno mi powiedzieć, czy można „Mięso” rozpatrywać w jakimkolwiek kontekście. Jest w książce sporo naturalizmu w opisie kalekich relacji rodzinnych czy też w prezentowaniu czytelnikowi totalnej obcości wobec procesu umierania babki bohaterki. Co więcej? Do jakiej definicji, pojęcia przypiąć „Mięso”?
Krytykując debiutancką powieść Dominiki Ożarowskiej sprzed dwóch lat, wskazywałem na to, iż nie ma ona naprawdę niczego do przekazania. Ożarowska starała się pisać o bliskiej jej rówieśniczej zbiorowości. Dymińska stanowczo i bardzo mocno wchodzi do swojego wnętrza. Penetruje je równie silnie, co bezmyślnie i w związku z tym otrzymujemy książkę wydaloną tak, jak jej bohaterka wydala w urastającym do symbolicznego akcie wymiotowania to, co wcześniej kompulsywnie pożarła.
„Mięso” to trochę opowieść o tym, jak to bardzo chce się przestać być tym, kim się jest. Trochę o tym, że każde prozaiczne zdarzenie można pretensjonalnie zamienić w coś na kształt poezji. Zupełnie nie wiem, po co, dla kogo to wszystko zostało napisane. Nie będę szukał głębi w podpatrzonym u Müller i Veteranyi stylu, bo po prostu głębi żadnej tam nie ma. Dominika Dymińska napisała coś, co być może miało dla niej znaczenie terapeutyczne i mogło podkreślić wątpliwą oryginalność jej osobowości. „Mięso” czyta się z rosnącym zażenowaniem, by przy ostatniej kropce odetchnąć i pomyśleć, że to już naprawdę koniec. Nie mogę dobrze ocenić książki debiutantki, która sama nie wie, co chce przekazać. Nie mogę zgodzić się ze Sławomirem Shutym, że ten debiut zwiastuje talent. Obawiam się, iż jest to jeden z setek plików tekstowych, które kryją się w laptopach młodych gniewnych, któremu przypadkiem udało się trafić do właściwej redakcyjnej skrzynki, a potem tam, gdzie już wszelkimi niedoskonałościami zajęli się korektorzy tak, by jeszcze przykleić temu pisaniu metkę jakości wspomnianych przeze mnie ważnych dla literatury pisarek.
Nie wiem, co jest odkrywczego w polszczyźnie Dominiki Dymińskiej. Zapewne – jak po publikacji krytycznego omówienia książki jej imienniczki, Ożarowskiej – posypie się na mnie grad zarzutów, że nie umiem czytać między wierszami. Obawiam się właśnie, że to tam autorka „Mięsa” chciała coś ukryć, ale te sensy i znaczenia zacierają się bez względu na to, gdzie mogłyby być ukryte. Przykro mi, ale w moim odczuciu „Mięso” nie zapowiada niczego innego niż chwilę promocji młodej autorki jednego tytułu.


