2012-09-01

"Mięso" Dominika Dymińska

Oto mamy nową debiutantkę. Nową książkę. Podobno dziewczyńską, choć nie jestem w stanie zrozumieć, co się kryje za tą definicją. Pomiędzy zdaniem „Nie piszę o tym, o czym mogę nie mówić.” a następującym zlepkiem słów - „Codziennie czuję, jak między żebrami rośnie mi serce. Odrasta. W miejscu, w którym kiedyś pękło, przyschły już brzegi rany.” – kryje się rzekomo odkrywcza, nowa jakość. Talent, który ma powalać czytelników i autorka, dzięki której możemy poczuć, że młode pokolenie pisarzy ma coś do powiedzenia. „Mięso” to słowa, słowa i jeszcze raz słowa. Mnie jest ciężko o tych słowach mówić, w związku z tym napiszę. Bo książka Dominiki Dymińskiej to po prostu zbiór słów i to wszystko. Przerażające jest, gdy czyta się pełen dumy wywód, iż bohaterka książki była kiedyś na spotkaniu z Hertą Müller, która rzekomo wydała się jej podobna. To chyba raczej dziewczę walczące z bulimią, nerwicą natręctw i niezdrowym pociągiem do seksu z mężczyznami zaburzonymi jak ona, próbuje nieumiejętnie porównać się do noblistki, czyniąc swe pisanie jeszcze bardziej karykaturalnym.

Dominika Dominiki jest tłusta i ohydna, w związku z czym nienawidzi swojego ciała. Ta nienawiść projektowana jest gdzieś dalej, ale bohaterka stara się ją stłumić. Dzięki bezprzewodowemu łączu internetowemu nasza bohaterka nawiązuje pierwsze cyberromanse. 33 – letni zwolennik młodych dziewczęcych ciałek nazywa ją potem „pasztetem”, ale zanim dojdzie do odkrycia jego niecnych działań przez rodziców bohaterki, poczytamy coś, co przelewa się codziennie w ilościach mocno przedobrzonych w sieci, gdzie swe głębokie myśli wymieniają spragnieni własnych ciał kochankowie sprzed monitora. Tak więc nasza Dominika na początku nazywana jest przez nieznajomego w internecie „małą dziwką” i postanawia jakoś dopasować się do tej roli. On chce jej ciała, ona potrzebuje jego słów. Po to, by nimi zapchać niepewność, lęki, brak poczucia, iż żyje naprawdę. Seks jest ważny, ale o niczym nie świadczy. Bohaterka „Mięsa” nie szuka żadnych romantycznych wzlotów, przynajmniej na początku etapu znajomości z przygodnie poznanymi facetami. „W temacie miłości nie mam nic do powiedzenia”. Obawiam się, że w żadnym innym także. Smutna dziewczyna – narratorka tej smutnej, dziewczyńskiej przecież książki, potrafi jedynie pogrążać się w misternie przez lata tkanym kokonie rozpaczy.

Czymże bowiem jest budowanie kolejnych relacji z facetami, jak nie tylko przejawem rozpaczliwej pustki egzystencjalnej, którą można zamaskować słowami złożonymi w jakiś wdzięczny szyk, zapić spermą przy szybkim oralu czy też stłumić w ogniu zazdrości o kochanka, dla którego nie jest się tą jedyną i wyjątkową? Bohaterka „Mięsa” poznaje kolejno Radka z penisem o zapachu proszku, Piotrka – pizdę w przebraniu metala – którego członek smakuje mydłem (czyżby i mydła próbowała w bulimicznym pędzie pożerania wszystkiego nasza skazana na rozpacz duszy i ciała narratorka?); potem poetę Krzyśka i Roberta będącego antidotum na romans z żonatym trzydziestolatkiem. Jest jeszcze Adam, z którym fajnie wciąga się w nosek to i owo oraz pisarz, jaki – co zostało wspomniane – nie uznaje swej kochanki za jedyną i niepowtarzalną.

Pomiędzy smętnymi opowieściami o poszukiwaniu coraz większej nicości w męskich ramionach otrzymujemy poetyckie miniaturki, mające rzekomo przypominać i pisanie wspomnianej Müller, i klimat historii snutych przez Agłaję Veteranyi. Wspominanie o nazwiskach tych wybitnych pisarek w kontekście tego, przez co przemykamy wzrokiem w kilka godzin bez cienia większej refleksji, jest po pierwsze nadużyciem, a po drugie rozpaczliwą próbą usytuowania gdzieś tej prozy. Trudno mi powiedzieć, czy można „Mięso” rozpatrywać w jakimkolwiek kontekście. Jest w książce sporo naturalizmu w opisie kalekich relacji rodzinnych czy też w prezentowaniu czytelnikowi totalnej obcości wobec procesu umierania babki bohaterki. Co więcej? Do jakiej definicji, pojęcia przypiąć „Mięso”?

Krytykując debiutancką powieść Dominiki Ożarowskiej sprzed dwóch lat, wskazywałem na to, iż nie ma ona naprawdę niczego do przekazania. Ożarowska starała się pisać o bliskiej jej rówieśniczej zbiorowości. Dymińska stanowczo i bardzo mocno wchodzi do swojego wnętrza. Penetruje je równie silnie, co bezmyślnie i w związku z tym otrzymujemy książkę wydaloną tak, jak jej bohaterka wydala w urastającym do symbolicznego akcie wymiotowania to, co wcześniej kompulsywnie pożarła.

„Mięso” to trochę opowieść o tym, jak to bardzo chce się przestać być tym, kim się jest. Trochę o tym, że każde prozaiczne zdarzenie można pretensjonalnie zamienić w coś na kształt poezji. Zupełnie nie wiem, po co, dla kogo to wszystko zostało napisane. Nie będę szukał głębi w podpatrzonym u Müller i Veteranyi stylu, bo po prostu głębi żadnej tam nie ma. Dominika Dymińska napisała coś, co być może miało dla niej znaczenie terapeutyczne i mogło podkreślić wątpliwą oryginalność jej osobowości. „Mięso” czyta się z rosnącym zażenowaniem, by przy ostatniej kropce odetchnąć i pomyśleć, że to już naprawdę koniec. Nie mogę dobrze ocenić książki debiutantki, która sama nie wie, co chce przekazać. Nie mogę zgodzić się ze Sławomirem Shutym, że ten debiut zwiastuje talent. Obawiam się, iż jest to jeden z setek plików tekstowych, które kryją się w laptopach młodych gniewnych, któremu przypadkiem udało się trafić do właściwej redakcyjnej skrzynki, a potem tam, gdzie już wszelkimi niedoskonałościami zajęli się korektorzy tak, by jeszcze przykleić temu pisaniu metkę jakości wspomnianych przeze mnie ważnych dla literatury pisarek.

Nie wiem, co jest odkrywczego w polszczyźnie Dominiki Dymińskiej. Zapewne – jak po publikacji krytycznego omówienia książki jej imienniczki, Ożarowskiej – posypie się na mnie grad zarzutów, że nie umiem czytać między wierszami. Obawiam się właśnie, że to tam autorka „Mięsa” chciała coś ukryć, ale te sensy i znaczenia zacierają się bez względu na to, gdzie mogłyby być ukryte. Przykro mi, ale w moim odczuciu „Mięso” nie zapowiada niczego innego niż chwilę promocji młodej autorki jednego tytułu.

Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”, 2012

2012-08-30

"Fiasko" Tomasz Mazur

Sceptycznie podchodzę do wszelkich poradników na rynku wydawniczym. Wychodzę z prostego założenia, że naszą osobowość kształtują tylko i wyłącznie doznania przeżyte w takim, a nie innym kształcie podczas naszego, a nie cudzego życia.

Książka Tomasza Mazura, rekomendowana na okładce przez profesor Magdalenę Środę, jest – jak wskazuje podtytuł – „Podręcznikiem nieudanej egzystencji”. Wszystko to oczywiście bardzo przewrotne. Sama konstrukcja owego podręcznika powoduje, iż nie można nie zauważyć, że narracja jest bardzo statyczna. Prawie doskonale przewidywalna, choć tak naprawdę kryjąca w sobie wiele zagadek. To opowieści niejakiego Tony’ego Kysto, który z wielką odwagą opowiada o bolączkach swego życia i czynnikach, jakie spowodowały, iż żyje w paśmie nieszczęść, niepowodzeń, wśród lęków i frustracji; wciąż niepewny siebie i wciąż uparcie pogrążający się w rozpaczy. Ten fikcyjny bohater zwraca uwagę na szereg procesów, odruchów i naszych reakcji umysłowych, które powodują, że pogłębiamy się w marazmie i poczuciu, iż nasze życie jest bez sensu. „Fiasko” szuka sensu tam, gdzie go nie widać, ale przede wszystkim inteligentnie manipuluje czytelnikiem, aby zwrócić uwagę przede wszystkim na to, iż życie niesie na co dzień wiele możliwości i zwyczajnie nie potrafimy ich wykorzystać. Dlaczego? Bo może wygodniej uznać, że mamy nieudane życie niż zrozumieć, jak bardzo wiele w tym życiu zależy od nas samych.

Narrator zakłada, iż kupujący i czytający „Fiasko” robi to, ponieważ się nie lubi. Czytanie tej książki ma być dla niego torturą, potęgującą przeświadczenie o tym, że żyjemy w najgorszym z możliwych światów i jedyne, co możemy zrobić, to przynajmniej z głową i umiejętnie schrzanić sobie do życie do końca. Przewrotny zabieg introdukcji z pewnością skusi do tego, by czytać dalej. A dalej jest już tylko trzynaście (co za pech liczbowy, taki jak życie) dowodów na to, iż bez większych problemów możemy sprowadzić się w dół i uznać egzystencję za jałową, nudną oraz całkowicie przewidywalną w swym smutku, zgorzknieniu i rozczarowaniu.

Warto przytoczyć tezy Tony’ego, bo temu wszystkiemu ulegamy na co dzień w większym lub mniejszym natężeniu. Jak się sprawnie i szybko zdołować? Trzeba się wziąć za rozpamiętywanie przeszłości i potaplać w tym, co było w niej koszmarne. Następnie należy zapomnieć o rozumie i całkowicie poddać się emocjom, które wykończą nas szybciej niż dziura ozonowa, zatrute środowisko czy nowotwory albo klęski żywiołowe. Co dalej? Koniecznie trzeba wziąć na siebie zbyt wiele zobowiązań i nie realizując ich w pełni, uznać się za pokonanego. Należy także stale wymagać od siebie zbyt wiele. To chyba najprostsze w dobie wyścigu szczurów na każdej płaszczyźnie, kiedy to już nawet studiowaniem człek się pocieszyć nie może, bo przecież obrona dyplomu powinna iść w parze z jakąś intratną posadką lub przynajmniej milionem ukończonych staży, podczas których orają nami na prawo i lewo, niczego nie płacąc.

Kysto snuje dalej rozważania o tym, jak destrukcyjne jest flirtowanie na każdej możliwej płaszczyźnie, kiedy to ulegamy wszelkim słabościom. Do emocji, o których była już mowa, w mieszance wybuchowej z wizją miejscówki szpitala psychiatrycznego, należy dołożyć poddawanie się lękom i gruntowanie w sobie przekonania, iż los wiecznie rzuca nam kłody pod nogi. Z tego już niedaleko do uświadomienia sobie, iż wszyscy czekają tylko na nasze potknięcia, bo przecież wszystko, co robimy jest niewiele warte; najlepiej umiemy to deprecjonować my sami. Do zestawu pogrążenia się w bezsensie życia dochodzi głębokie przekonanie o tym, że właśnie nic nie ma sensu, grzęźnięcie w wiecznych znakach zapytania i unikanie kompromisów w relacjach międzyludzkich, bo przecież „piekło to inni” i mamy z ludźmi walczyć, a nie się układać.

Ot, pokusiłem się o streszczenie dywagacji Tony’ego, ale nie popełniam grzechu śmiertelnego recenzenta. Bez obaw. Przeczytanie powyższych akapitów nie zepsuje przyjemności lektury. O ile można mówić o jakiejkolwiek przyjemności, skoro na co dzień musimy ją wyszukiwać na siłę i na siłę też cieszyć się czymkolwiek, żeby do reszty nie zwariować.

Tomasz Mazur nie życzy nam zwariowania. Ani samobójstwa. Ani depresji. Autor jest współczesnym stoikiem i do tej mało popularnej w dzisiejszych czasach postawy nawiąże w sposób po pierwsze prosty, po drugie błyskotliwy. Jego Tony wcale nie jest chodzącym nieszczęściem. Opowieści zebrane w podręczniku „Fiasko” to historia potrzeb, które wciąż są niespełniane. Mazur uważa, iż części z nich – a może nawet wszystkich – damy radę się pozbyć, jeżeli tylko chcemy. To nie jest bowiem książka o życiu, które jest do dupy, ale też żaden pean egzystencjalny. Między wolnością a determinizmem naszego życia kryje się wiele innych możliwości. Mazur stara się pokazać, że można je wykorzystywać, tylko potrzebna jest do tego świadomość. Taka, której nie uzyskamy, wmawiając sobie, że trzynaście punktów nieudanej egzystencji to właśnie książka o nas i naszych doznaniach.

„Fiasko” to studium stoickiego oglądu rzeczywistości, której daleko do stabilności. Żyjemy dłużej niż starożytni filozofowie, ale doświadczamy dużo więcej niż oni; w gruncie rzeczy opresyjność naszego świata nie pozwala nam zrozumieć tego, o czym przed wiekami pisali. Tomasz Mazur napisał książkę, która jest zbiorem hipotez. Niczego nie narzuca. Zmusza jedynie do zastanowienia się nad tym, że trudności życiowe mogą przestać istnieć, jeśli spojrzy się na nie z innej perspektywy. Nie zachwyciło mnie „Fiasko” i nie spowodowało rewolucji w moim chyba całkiem udanym życiu. Istotą tej książki jest prowokacyjność w słusznej sprawie. Życie ma tyle definicji, ilu ludzi może o swoim życiu opowiedzieć. Mazur stara się na życie spojrzeć jakby z boku, ze stoickim spokojem. Niemożliwe? Warto poczytać.

Wydawnictwo Carta Blanca, 2012

2012-08-28

"XXL" Jacek Melchior

Kiedy Wojtek – bohater książki Jacka Melchiora – osiąga swój wielki cel i wreszcie wydadzą mu książkę, znajduje ją gdzieś na dolnej półce empiku, gdzie nikt nie zajrzy i nikt się nie zainteresuje. Czerwone serce okładki „XXL” biło po oczach zaraz po wejściu do salonu gdzieś na początku lata. U jego kresu postanowiłem przeczytać tę tak bardzo narzucającą się wtedy kupującym książkę i przyznam, że mam po lekturze mocno ambiwalentne uczucia. „XXL” to tegoroczna powieść wpisująca się – po debiucie młodziutkiego Mikołaja Milcke w 2011 – w poczet współczesnej polskiej literatury homoerotycznej. Jacek Melchior dokłada doń cegiełkę, a może raczej cegłę, bo to powieść pokaźna i choć mająca blisko sześćset stron, prosi się o to, by uszczuplić jej treść przy omówieniu. Nie będę pisał, że historia życia zakompleksionego megalomana (tak! tak!), który w dodatku jest nie tyle erotomanem, co mocno uzależnionym w swym nałogu seksoholikiem, podobała mi się czy w jakikolwiek sposób mnie uwiodła. Niestety. Kilka razy zaskoczyła. Wielokrotnie zniesmaczyła, choć pruderyjny nie jestem. Raz, pod sam koniec, zmusiła do refleksji nad tym, o czym właściwie jest to całe pisanie Melchiora. Spróbuję sam sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Wojtek już jako dzieciak był samolubem i nie chciał się niczym z nikim dzielić. Matka straszyła, że urodzi mu braciszka i to młodego cherlawego Wojtusia wprowadzało w stan prawie depresyjny. Na szczęście skończyło się tylko na straszeniu, a całe życie rodzicielka chciała swemu jedynemu synowi uchylić nieba. Niebo symbolicznie otwiera się przed nim w momencie, kiedy odkrywa, że podobają mu się faceci. Gdy po raz pierwszy słyszy obraźliwe słowo „pedał” pod swoim adresem, nie rozumie jeszcze jego znaczenia. Zostanie napiętnowany przez otoczenie szybciej niż sam zdoła określić własną orientację seksualną. Nie jest łatwo być młodym gejem w jakimś prowincjonalnym miasteczku, pośród wielkiej ciemności wiecznie panującego PRLu, gdzie „gay” to jeszcze jakieś słowo z kosmosu. Wojtek kobiet nie lubi i wiązać się z żadną nie zamierza. „Ożenię się z Miki Nakasone albo wcale”. Kiedy okazuje się, że śpiewająca gwiazdka z Opery Leśnej jest poza jego zasięgiem, Wojtek konkretnie i rzeczowo zaczyna się zabierać za facetów.

Swobodę działań da mu oczywiście wyjazd do stolicy na studia. Studiowanie polonistyki rozpoczyna od poznawania męskich przybytków rozkoszy dla obleśnych typów. Nie jest łatwo wyrwać fajny towar w czasach, kiedy nie ma jeszcze internetu, klubów i gdy po prostu w świadomości otępiałego przez komunę społeczeństwa nie istnieje takie pojęcie jak „homoseksualizm”. Młody student jest trochę rozczarowany swoją filologią i nie widzi sensu podniecania się niuansami gramatyki historycznej języka polskiego. Chce poznawać świat i zdobywać facetów. Smutny i gorzki jest obraz tego zdobywania. Bohater zadaje dramatyczne pytanie: „Czy pociąg do facetów to wyrok skazujący na ciężkie roboty w kiblach, parkach i na dworcach, po ciemku i z oczami dookoła głowy, by nie dać się przyłapać?”. Na szczęście nadchodzi zmiana systemu i nowe możliwości, dzięki którym nasz rozbuchany erotycznie Donżuan będzie mógł ulżyć swemu Hrabiemu F. oraz Lejdi Du. Penis i tyłek. Wspaniali bohaterowie pierwszego planu, prawda?

Cała trójka lokuje się w kupionym przez matkę Wojtka schronie, do którego zaproszonych zostanie mnóstwo facetów i odbędzie się niezliczona seria wygibasów, których opisy zajmą sporo stron „XXL”. Wyrywani w klubach, na czacie, poznawani szybko i równie szybko odprawiani po zakończonych aktach kopulacji – nie sposób uwierzyć, że przy takim trybie życia rozbuchany erotycznie Wojciech po pierwsze nie łapie jakiegoś wenerycznego świństwa, a po drugie nie nacina się na samca, który poza kopulacją ma ochotę także odciąć to i owo, splądrować dom, pobić, dać upust pragnieniom zboczeńca, dewianta. Uprawiający seks z połową Warszawy bohater Melchiora w pewnym momencie zadaje sobie pytanie natury egzystencjalnej - „Co właściwie można robić z drugim człowiekiem poza wyruchaniem się?”.

Nie można jednak charakterystyki bohatera „XXL” uprościć i napisać, że to po prostu ograniczony do potrzeb penisa i odbytu szarak. Nie, Wojtek nie jest szarakiem. Jest bardzo inteligentny. Życiowe sytuacje zestawia z kadrami filmowymi, okrasza literackimi cytatami, wskazuje powiązania z muzyką, głównie klasyczną. Jego obsesją poza seksem jest pisanie. I chęć wydania tego, co napisze. Na co dzień ogranicza kontakty z ludźmi, bo nie może ich znieść. Wszystko sprowadza się do szybkich numerków z ogierami, a tak naprawdę im jest ich więcej, tym więcej pustki w życiu Wojtka i poczucia, że rozmienia życie, swój talent i możliwości na jakieś drobne peeleny wciskane w dżinsy kolejnego zaliczonego młodziaka.

Mało odkrywcza fabuła książki Jacka Melchiora sugeruje, iż wartość faceta równa się jego zdolności do kopulacji, zawsze i wszędzie. Tymczasem kompulsywny seks to przecież odreagowywanie frustracji i złości na cały świat, od którego najlepiej trzymać się z daleka. Melchior opisuje samotnika maksymalnie skoncentrowanego na sobie i używającego życia tak, by inni byli od niego z daleka. Nic to, że kiedyś tam płodzi córkę i powinien być za nią odpowiedzialny. Nieważne, że jego partnerzy wykazują czasem chęć do rozmowy i budowania bliskości – przecież nie jest to istotne. Co zatem jest istotne w „XXL”? Podtytuł wskazuje, iż mamy do czynienia z tragikomedią erotyczną. W moim odczuciu jest to mało dramatyczna tragedia ze sporą dawką pornografii, która przede wszystkim śmieszy, a potem już zwyczajnie nudzi.

Melchior jest w stanie zanudzić czytelnika na śmierć. Jego bohater jest antypatyczny i żaden z górnolotnych celów, jakie sobie stawia, nie jest wart tego, by śledzić proces jego zdobywania. Kochać mogą sobie tylko bohaterowie książek Wojtka, nie on sam. Współczuć innym to też nie w jego stylu, choć wciąż współczuje samemu sobie. Nie wiem, czy ma to być przewrotna powieść o sięganiu po to, co nieuchwytne czy też po prostu mało śmieszna groteska malująca panoramę życia niespełnionego artysty i człowieka głęboko nieszczęśliwego w swej tożsamości, może także seksualnej.

„XXL” rości sobie prawo do tego, by dawać wykładnię takich pojęć jak „wolność”, „szczęście”, „spełnienie” czy „samotność”. Autor ubiera swą prozę w często karykaturalnie się z nią splatające cytaty, próbując nadać jej intelektualny wydźwięk. Myślę, że to książka pozorów i pozornie tylko głęboka. Może i pomysł podróży przez czterdzieści lat życia wiecznego chłopca szukającego spełnienia w sobie samym jest ciekawy. Zdarzenia i przemyślenia w tej podróży nie są już ciekawe, bo w gruncie rzeczy niczego w nich nie ma odkrywczego. „XXL” - powtarzam - może znudzić śmiertelnie i uśpić. Zniesmaczyć i oburzyć też, ale na pewno niczym nie zaskakuje. Niczym. Jedyne, co jest w tej książce wielkie i żywe to serce, które bije do nas z okładki. Szkoda tylko, iż autor naprawdę nie włożył w pisanie „XXL” serca. A takie pisanie z naiwnym sugerowaniem głębi nie jest pisaniem prawdziwym.

Nie pomoże temu ani ekspozycja w empiku ani fakt, iż autor jest postacią inteligentną i znającą przewrotność życia. Jego powieść życie imituje. Stara się też kiepsko zaszokować, zwłaszcza heteroseksualnych mężczyzn – czytelników (kobiety raczej będą ziewać przy tej taniej pornografii z rzekomym przesłaniem egzystencjalnym). Ogólnie zabiera czas. I jest to naprawdę czas stracony, którego kiedyś poszukiwał Proust…

Instytut Wydawniczy Latarnik, 2012

2012-08-26

"Pożądanie mieszka w szafie" Piotr Adamczyk

Jaki jest Piotr Adamczyk, każdy zobaczy! TEN Adamczyk, nie jakiś tam od roli papieża. Samotnik z wyboru, a może konieczności. Nieszczęśliwy romantyk, poeta grafoman, niemęski men, który ma jednak siłę! I to jaką! Każda z kobiet, która mu się przyjrzy, odnajdzie w nim to, czego być może sama szuka. Prawdopodobnie ucieknie od takiego stendhalowskiego lustra, ale na pewno pomyśli. Nad sobą. Nad życiem. Nad tym, że nie ma sensu gonić ideałów, tylko warto idealizować to, co się ma.

„Pożądanie mieszka w szafie” to taki „chick-lit” w męskim wydaniu. Tyle tylko, że książka Piotra Adamczyka, wrocławskiego dziennikarza, bynajmniej nie tylko zabawie ma służyć. To dość przejmująca opowieść o facecie, który nie jest taki jak inni. Jacy są inni w uproszczeniu? „Normalni mężczyźni marzą o blondynkach z piersiami jak dwa balony i o sobie z twarzą między tymi balonami albo i z czym innym nawet”. Bohater być może pogmerałbym tu i ówdzie, przekopując się przez kobiece krągłości – czy to naturalne, czy to, od biedy, silikonowe. Nie dane mu to jednak, więc stara się pocieszyć tym, co ma. A co ma? Wciąż żywą w pamięci i idealnie nieidealną miłość do Marysi Jezus, której kiedyś pokazał, jak wygląda świat miłosnych uniesień, tak mu teraz obcy i daleki. Traumatyczne dzieciństwo w domu dziecka z pierwszą życiową mentorką, panią nocną, dzięki której pozna zasady rządzące światem, ale potem je sobie zweryfikuje. Co jeszcze? Ma psa, puste mieszkanie, ideały w głowie i etat w gazecie, która chce się upodobnić do hipermarketu – zarówno formą, jak i treścią swoich artykułów. Poza tym ma marzenia, pragnienia i lubi się schować w szafie. Tak, w szafie. Jej przestrzeń będzie bardzo istotna, bo to przecież miejsce, gdzie mieszkają zwykle kobiece pragnienia i tam właśnie, z bardzo męskimi, chce się ukryć nasz mężczyzna.

To podręcznik męskości w stanie uwiądu. Tej rzeczywistej także, bowiem poczytamy o tym, jak niemiłosiernie kwestionowane są wszelkie pojęcia opisujące męskie przyrodzenie, którym bohater książki nie ma się przed kim chwalić. To poradnik dla wszystkich kobiet, które nie są w stanie zrozumieć, czego doświadcza samotny, czterdziestoletni mężczyzna. Kim on jest? Co mu nie wyszło? Dlaczego każda, wcześniej czy później chce go wymienić na „lepszy model”? Co tkwi w głowie faceta niespełnionego, a dojrzałego dojrzałością trudną i bolesną? „Pożądanie mieszka w szafie” to słodko – gorzki zapis traumy doświadczania samego siebie przez pryzmat życiowych porażek. W świecie, w którym kobiety okazują się być górą, bohater Adamczyka wcale nie chce być na dole. Nic to, że mu trudno. Nawet wejście do szafy lepsze niż codzienne upokorzenia – w szpitalu, na ulicy, w sypialni, w redakcyjnym pokoju. Ale on łatwo się nie poddaje i chce pokazać, iż mężczyzna zawsze i wszędzie da sobie radę. Choćby nie wiem jak bardzo jego kobiety pokazywały mu, że lepiej z szafy nie wychodzić i się łudzić. Będzie dobrze! – chce krzyknąć Adamczyk. I to właśnie taka książka. O niepoprawnym optymizmie na przekór. O tym, że kobiety mogą niszczyć, ale i dają siłę. I że bez nich świat byłby jak tożsamość, której nie można sobie wygooglować.

Mężczyzna Adamczyka to na pewno bardziej samotny onanista niż zdobywca. Onanista z aspiracjami jednak. Poszukuje w kobiecie czegoś wyjątkowego i nie zadowala się drobiazgami. Wspomniana Marysia Jezus to może bardziej idea niż kobieta z krwi i kości, ale i obok takich narrator książki potrafi przejść dzielnie. O ile wcześniej nie wpadnie w miłosne sidła. Takie zastanawia na niego między innymi Magdalena. Dziewczyna na początku pracuje w hipermarkecie, by błyskawicznie zrobić wielką karierę, wynająć apartamentowiec, stać się neuromarketerką (cokolwiek to znaczy) i zastawiać sidła na dwóch facetów naraz. Nim bohater książki Adamczyka zorientuje się, iż Magdalena nim manipuluje, jest już trochę za późno, ale nigdy aż tak, by nie tupnąć nogą i nie powiedzieć „dość”. Podryw na Monrovię i Holuellebecqa okazuje się niewystarczający, bo Magdalena – pragnąca budować w domu ściany z książek – wilgotnieje, czytając pretensjonalnego Coelho lub też każe mu widzieć głębię w neurotycznym pisaniu Elfriede Jelinek. Magda jest źródłem cierpienia, ale i nowych doświadczeń, dzięki którym narrator stanie na nogi. Pomoże mu w tym także tajemnicza Miriam, autorka maili wysyłanych z jakiejś światłowodowej próżni, ale jednocześnie bratnia dusza; przy niej jest po prostu łatwiej.

Nie jest przecież łatwo romantykowi, który popada w neurozy, a w swojej redakcji jest ceniony tylko wówczas, kiedy Google wyświetli po wbiciu w klawiaturę jego nazwiska więcej wskazań niż kierujących do TEGO Adamczyka – aktora, ściągającego powszechną uwagę. Bohater „Pożądania” wplącze się w aferę z procą i wentylami; da upust swojej złości dla zidiociałego świata bez zwartości, a tym samym dokona aktu oczyszczenia samego siebie i zrozumie, że jego imię i nazwisko naprawdę brzmi dumnie; jest mężczyzną, którego może brzmieć jeszcze bardziej dumnie niż nazwisko znanego aktora.

Podobno zakupy – jak wspomina autor – są wizytówką samotnego faceta. Niekoniecznie chętnie zagląda się do koszyka z jego zakupami. Na pewno ciekawsza będzie lektura książki, w której męska samotność wieku średniego jest atutem. Nic to, że trochę nasz bohater przypomina Adasia Miauczyńskiego i trudno mu dopasować się do idiotyzmu świata wokół. W żadnej, najbardziej nawet trudnej sytuacji łóżkowej – kiedy dostaje kosza od miłości TAMTEGO Adamczyka, która to jego oczekuje w łóżku po serii internetowych gier ze strony TEGO Piotra – nasz bohater nie złoży broni, nie będzie biernie przyjmował porażek. Przekuwa je na mądrości życiowe. I tych jest sporo w tej książce. Czasami banały, niekiedy truizmy. No i co z tego? Ważne że podane na literackiej tacy z wielkim poczuciem humoru i umiejętnością spojrzenia na samego siebie w krzywym zwierciadle. Takie jest „Pożądanie mieszka w szafie” – smutne i zabawne zarazem, ale bardzo autoironiczne i prawdziwe. Samotni mężczyźni koło czterdziestki! To książka dla wszystkich bab, które was opuściły. Przeczytają i pożałują. Ale nie wracajcie do nich. Bądźcie jak Piotr Adamczyk. TEN Adamczyk, a nie tamten od papieża.

Wydawnictwo Dobra Literatura, 2012