2012-10-19

"Nasz mały PRL" Izabela Meyza, Witold Szabłowski

Przed czterema laty Wydawnictwo Znak przypominało o rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, wydając smutne i nostalgiczne „Opowieści z powielacza” Doroty Zańko. Był nastrój minorowy, przypomnienia dramatyzmu tamtych dni; wyraźna, ale czarna kreska wspomnień z 1981 roku. Tymczasem niedawno ta sama oficyna postanawia opowiedzieć o tamtym roku inaczej w cieplejszych barwach i sentymentalnie w sposób kuszący, bo pozornie radosny.

Witold Szabłowski i jego żona Izabela Meyza, warszawscy dziennikarze, podjęli się akcji ryzykownej i dość kontrowersyjnej. Postanowili sprawdzić, czy dzisiaj można przeżyć pół roku, cofając się do czasu, który pamiętają ludzie najwcześniej urodzeni w latach siedemdziesiątych minionego stulecia. Zatem pełen obraz odmienności komunizmu i kapitalizmu są w stanie prawdziwie odróżnić w ich książce ludzie wchodzący już w wiek średni. Jak odbiorą „Nasz mały PRL” choćby studenci – statystycznie stanowiący duży odsetek współczesnych czytających? Czy ta książka naprawdę dociera do odbiorców, którzy PRL kojarzą już tylko z archaicznymi gadżetami? Do kogo jest skierowana? Do tych, co przeżyli i mogą wspomnieć, czy też do tych, którzy niczego już nie pamiętają i trzeba im co nieco przypomnieć? A może do jednych i drugich? „Nasz mały PRL” to na pewno publikacja, wobec której nie można przejść obojętnie. Zastanawiam się, czy aby nie nazbyt tendencyjna. A nawet jeśli, to chyba warto zwrócić uwagę na oczywistości dzisiejszego świata, które teoretycznie życie ułatwiają. Bo przecież wcześniej, kiedy żyło się inaczej, życie miało swoją inną, być może bardziej intensywną treść.

Co zrobili autorzy?  „(…) Zamieszkaliśmy w wielkiej płycie, zamieniliśmy laptopy na maszynę do pisania, GPS-a na starą mapę, a komórkę na telefon z tarczą. Przestawiliśmy się z Ikei na meble z Zakładów Produkcji Mebli w Wyszkowie, a z opla astry na FIATA 126P, z oliwy z oliwek na smalec ze świni, a z sushi – na bitki wołowe”. Stworzone na wzór bytów z początku lat osiemdziesiątych XX wieku, egzotyczne awatary zostają z nowoczesności wrzucone w świat, który wiele miał oblicz i niejedno imię. Stąd też „ich” PRL. Okazuje się, że definicji tego okresu może być tyle, ilu ludzi wtedy żyło. Każda jednostkowa pamięć niesie w sobie inne obrazy. Szabłowski z żoną postanowili faktycznie przenieść pewne obrazy standardowe – otoczyli się bowiem przedmiotami z tamtej epoki i z nimi obcowali - czyniąc z ich mozaiki obraz życia, jaki każdy z nas odbierze inaczej, na swój sposób. Autor po półrocznym okresie, kiedy żyli jak w innej epoce, wrócił do dobrodziejstw kapitalizmu z radością. Bez szaleństw. Szabłowski stwierdza bowiem: „Po powrocie do kapitalizmu nie dostaliśmy jobla”. Rozpoczynając lekturę tej książki, niektórzy zapytają, czy tego jobla nie dostali, decydując się na życie, którego już po prostu nie ma.

Dzięki komunistycznej manii przechowywania i gromadzenia, Meyza i Szabłowski w miarę bezproblemowo znajdują wszystko, czym trzeba się otoczyć, aby cofnąć się w czasie do świata, gdzie był czas na normalne relacje międzyludzkie, choć były one – indoktrynowane nowomową – także jak dzisiejsze skażone nieufnością, ograniczonym kredytem zaufania. Na początku wzbudzają duże zainteresowanie znajomych i przyjaciół. Są atrakcją. Tak też może być traktowana ich książka o specyficznym ekscentryzmie. Co dzieje się po pewnym czasie? Zainteresowanie wygasa. Ludziom z kapitalizmu nie chce się dzwonić na ich stacjonarny telefon. Nie istnieją, bo nie lajkują na Facebooku i nie wrzucają postów o nowościach. Kiedy próbują swoim znajomym zrobić nieoczekiwaną niespodziankę swą wizytą, traktowani są z dystansem, a nawet z irytacją. Sami z czasem powoli przestają dawać radę. O ile można pucować mieszkanie octem i sodą, gotować pieluchy tetrowe i budować menu z niczego, można jeździć FIATEM, kręcić wąsa i robić poprawki trwałej, można także odciąć się od pędu współczesności i zmienić codzienny styl życia… o tyle już dużo trudniej jest w momencie, kiedy trzeba szybko znaleźć fachowego ginekologa albo zarabiać pieniądze na pisaniu reportażu jedynie przy użyciu maszyny do pisania, bez laptopa i Google’a…

Okazuje się, że z czasem ich projekt przestaje być atrakcyjny dla innych oraz staje się czymś nie do zniesienia dla nich samych. Każdy chyba oddycha z ulgą, kiedy komunistyczne pół roku się kończy. Może poza dwuletnią córką dziennikarzy. Przekonani, że całym projektem można zafundować największą traumę dziecku, czytamy o tym, jak wiele niepowtarzalnych bodźców i radości dało sześć miesięcy w innej epoce rezolutnej Mariannie, która była chyba najbardziej dzielna z całej trójki. Wciąż pozostaje pytanie o celowość takiego projektu. A warto było to zrobić między innymi dlatego, by ukazać, że mimo zysków życia w XXI wieku, straciliśmy też wiele. Bo wolność to możliwość bycia dzisiaj każdym, ale i piekielna otchłań, w której jesteśmy coraz bardziej zaganiani, samotni i nieumiejący tworzyć wartościowych relacji z innymi ludźmi.

„Nasz mały PRL” – choć był projektem poważnym – wzbudza podczas lektury sporo śmiechu i jest to autentyczny śmiech tęsknoty za czymś, z czego pozornie się już tylko ironicznie naśmiewamy. Porcjowanie rolek zdobytego papieru toaletowego, pranie bielizny metodą radziecką, odtwarzanie reglamentacji żywności pośród sklepów, w której jest jej aż nadto. To wszystko budzi uśmiech i zainteresowanie. Ponadto wyprawa na Mazury i zdobycie pięknego pleneru za darmo, kpiny z nowomowy oraz udawanie, że kolejki nie zniknęły. Cofanie się w czasie jest okazją nie tylko do spostrzeżeń, jak wiele zmieniło się wokół, ale i zmusza do refleksji nad rolami oraz znaczeniem płci w społeczeństwie, innym modelem budowania relacji z przyjaciółmi, a także nad tym, co straciliśmy w komunizmie i czy kapitalizm to tylko zyski.

Myślę, że trudno jednoznacznie polecać lub odradzać tę książkę. To dość specyficzna jakość; bardzo pomysłowy zapis poczynań w odważnym projekcie, ale przede wszystkim publikacja, która nie straci na ważności i nawet za kilka lat wciąż można ją będzie nazywać nowością wydawniczą. Jednym ku rozrywce, innym ku refleksji, a jeszcze dla innych ku przestrodze. Ten prywatny mały PRL to składowa doznań każdego, kto jeszcze pamięta, ale już za wszelką cenę chce uczynić wspomnienia anachronicznymi naiwnie wierząc, że teraz jest po prostu lepiej.

Wydawnictwo Znak, 2012

2012-10-16

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" E L James

Stephen King powiedział, że „Zmierzch” to książka o tym, jak ważne jest, by mieć chłopaka. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” opowiada o tym, ile warto poświęcić, by się mu uwiesić na ramieniu. Zwłaszcza kiedy jest charyzmatycznym miliarderem. Sięgając po książkę E L James, chciałem zrozumieć, jaka jest obecnie definicja bestselleru książkowego i czy niesie w sobie jakąkolwiek jakość. W promocji podkreśla się, że kolejne egzemplarze schodzą z półek księgarskich jak świeże bułeczki. Jakieś nawiązanie do treści, formy? Sprawę załatwiają niewiele znaczące przymiotniki. A sprawa jest poważna. Oto bowiem w niebotycznych ilościach sprzedaje się książka o niczym. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to historia bez początku i bez końca. Sześćset stron bzdur o płomiennym romansie nieśmiałej i pruderyjnej (do czasu) studentki z tajemniczym bogaczem, który uwielbia szesnastowieczną kościelną muzykę chóralną, pilotuje śmigłowiec i szybowiec, gra na fortepianie, doprowadza do orgazmu ledwie po zrzuceniu conversów i skarpetek oraz zapewne trzasnąłby drzwiami obrotowymi, gdyby miał na to ochotę.

E L James próbuje epatować tanią pornografią i to ona ma przyciągać czytelników do jej powieści. Mamy zatem szczegółowe opisy zbliżeń miłosnych ze wszystkimi detalami dotyczącymi tego, co komu i gdzie wilgotnieje. Christian Grey okazuje się być zwolennikiem uległych dziewcząt i seksu BDSM. Ana Steele, która poznaje go przypadkiem, przeprowadzając z nim wywiad w zastępstwie chorej koleżanki, szybko przekonuje się, iż Grey widzi w niej dobry materiał na kolejną uległą. Układ erotycznych zabaw w czerwonym pokoju sankcjonuje dokładna umowa, którą Ana ma podpisać, a potem poddać się bezwzględnie temu, co Christian zaproponuje. Zwolennicy seksu BDSM z pewnością uśmieją się, czytając o mizianiu pejczem i dawaniu klapsów, bo sadomasochistyczne zabawy Greya będą takie jak jego nazwisko. Szare i bez wyrazu. Chwilami dodatkowo śmieszne, a raczej ośmieszające samą autorkę, która pisząc o pewnych sprawach ujawnia, iż ma o nich naprawdę nikłe pojęcie.

Anastasia Steele jest dziewczyną, jakich wiele. Niczym się nie wyróżnia, nic szczególnego nie ma do zaoferowania i mało z niej damy, skoro w kółko komentuje wszystko swoim „kuźwa” i „o w mordę”. Grey jednak z sobie tylko znanych powodów uznaje ją za wybrankę idealną. Nie tylko taką, która będzie rozkosznie uległa, ale i taką, dzięki której jego pożądanie – wciąż wielkie i niesłabnące – nabierze nowego znaczenia. Dramatem Any jest to, że jako 21 – latka nie uprawiała jeszcze seksu. Kiedy kochankowie oswoją się z tym niespotykanym faktem, wspólnie wezmą się solidnie do pracy, żeby nadrobić stracony czas pozostawionej samej sobie łechtaczce Any. Dziewczyna na początku pąsowieje na widok Greya, uginają się pod nią nogi, serce podchodzi do gardła i dzieje się wszystko to, co przeżywałaby niedoświadczona seksualnie młoda kobieta. Anastasia jest zafascynowana Greyem i z czasem odkrywa, że ma na niego duży wpływ, choć Christian jest przekonany, iż jego rola Pana nie kończy się w życiu za drzwiami czerwonego pokoju igraszek. Trudno znaleźć źródło tej fascynacji, bo poza tym, że Grey jest przystojny i może uprawiać seks zawsze i wszędzie, nie ma w nim niczego nadzwyczajnego. Tymczasem Ana w egzaltowany sposób próbuje wyrazić swoje spadanie po równi pochyłej w silne ramiona Christiana - „Jestem Ikarem, który znalazł się zbyt blisko słońca i w rezultacie spłonął”.

Bohaterka E L James ma być tylko jedną z wielu, które Christian Grey używał w swym dwudziestosiedmioletnim życiu. Jak sam stwierdza, nie bawi się w dziewczyny. Ana tymczasem uświadamia sobie, że takiej okazji zmarnować nie można i będzie robić wszystko, by nie odkleić się od Greya. Mroczna umowa o świadczeniu usług uległej bardzo ją porusza i trudno Anie podjąć decyzję o jej podpisaniu. Mniej więcej przez 300 stron, czyli połowę powieści czekamy z narastającym znużeniem na podjęcie przez nią decyzji. Panna Steele toczy boje ze swoją wewnętrzną boginią i jeśli chodzi o seksualny aspekt znajomości z Greyem to trudno jednoznacznie orzec, czy nazwać ją po prostu słodką idiotką czy też napaloną kotką.

Naturalnie bardzo dokładnie (choć są i tajemnice) dowiadujemy się, dlaczego Christian Grey jest taki, jaki jest. A bywa arogancki, jest zbyt pewny siebie i chce dominować nad każdym, w każdej dziedzinie życia. Ana próbuje zrozumieć swego kochanka i zaakceptować to, że jest on inni niż normalni mężczyźni, jacy ją dotychczas otaczali. Zachwycona Greyem, podejmuje się być z nim za wszelką cenę. Nawet za cenę układu uwłaczającego jej godności. Ot i cała nieskomplikowana fabuła książki – wzajemne podchody wspomnianych dwojga, w przerwach seksualne ekscesy, potem znowu pytania, niejasności, niedopowiedzenia. Zapewne zamierzeniem E L James było napisanie powieści inicjacyjnej. Wyszła pornograficzna opowiastka zupełnie o niczym, bo naprawdę do niczego nie prowadzi czytanie każdej kolejnej z sześciuset stron.

Łudzę się, że te miliony kupujących po prostu rzucają książkę na półkę bez czytania, bo wszyscy wiedzą, że warto ją mieć. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to pokraczna historyjka miłosna, bez właściwości i charakteru. Bazuje na stereotypach, marnej znajomości tajników egzotycznego seksu; powiela fabularne schematy znane z innych podobnych powieści, ale przede wszystkim odpycha językiem prowincjonalnej pensjonarki piszącej pamiętniczek o wzlotach i upadkach okresu dorastania. Kolejne tomy przygód z Greyem zapewne sprzedawać się będą równie dobrze. Zanim to nastąpi, chciałbym zaapelować do rozsądku czytelników i prosić o opamiętanie się. Nie dajmy sobie wmawiać pisarkom takim jak E L James, że wystarczy nam dać tak niewiele, by nasycić ciekawość i zadośćuczynić gustom czytelniczym. „Pięćdziesiąt twarzy Greya” to przykład tego, w jaki sposób można ugrać dużo, niewiele się przy tym wysilając. Dwa zmarnowane wieczory i poczucie, że świat stanął na głowie, wielbiąc tego typu powieści.

Wydawnictwo Sonia Draga, 2012

  KUP KSIĄŻKĘ

2012-10-13

"Kochanie, zabiłam nasze koty" Dorota Masłowska

W promocji tej wyczekiwanej latami książki podkreśla się problemy, z jakimi Dorota Masłowska borykała się przy jej pisaniu. I to chwyta, chociaż przecież czytelnicy nie znają treści. Książka, która powstawała w tak dramatycznych okolicznościach musi być niezwykła. Jest po prostu dobra. Nawet bardzo dobra. Bez jadu i wulgaryzmów poprzednich dokonań. Bez zaskakujących rozwiązań fabularnych. Tyle tylko, że z oddalenia. To taka wielkomiejska biografia pokoleniowa w kilku kobiecych odsłonach, która może mieć znaczenie symboliczne i być aktualna wszędzie tam, gdzie nieszczęsne dziewczyny sukcesu muszą mierzyć się z porażką losu, jaką jest rychłe nadejście dla nich trzydziestej wiosny.

Masłowska opowiada bardzo prostą historię, ale operuje środkami, które znamy choćby z „Pawia królowej”. Jest niebezpiecznie grząsko. W  słowach i między nimi. Między tym, co opisane a tym, co przeżywane. „Kochanie, zabiłam nasze koty” to historia zabójstwa będącego katharsis. To książka, która za wszelką cenę chce się dobrze skończyć, chociaż opowiada o niedobrych sprawach, niedobrych relacjach i niedobrych emocjach, które uspokajać może tylko syrena – alkoholiczka we śnie jednej z bohaterek. Czytelnicy oczekujący czegoś wystrzałowego na pewno się rozczarują. Ci, którzy zastanawiali się, czy Dorota Masłowska dojrzała twórczo, będą ukontentowani. Reszta? Zapewne przeczyta książkę dla samego nazwiska, bo choć trochę lat minęło, Masłowską trzeba znać. A że tym razem będzie krótko, teoretycznie zwięźle i na temat, nie znajdą problemu ci, których odstraszają opasłe woluminy, choćby były to dzieła wybitnych twórców, o których się mówi.

Masłowska nie jest wybitna. Nie są wybitne jej bohaterki. To zwyczajne kobiety z krwi, kości i neuroz stworzone. Farah i Joanne to przyjaciółki z wielkiego amerykańskiego miasta, uwielbiają spędzać czas przy Royal Barber Street. Farah pracuje w agencji, pielęgnuje swoje lęki i fobię, a także poczucie, że jest do niczego. Dezynfekując wszystko, co możliwe dookoła, nie jest w stanie zdezynfekować samej siebie; obok siebie stanąć; przyjąć świat takim, jaki jest, bo szersza perspektywa oglądania go może doprowadzić do jeszcze większego nieszczęścia. Joanne nie podziela pesymizmu koleżanki. Ta pracownica salonu fryzjerskiego „Hairdonism” jest maniaczką telewizyjną; chłonie każdą treść i każdy przekaz, a jej mózg niczym durszlak wypuszcza odebrany bodziec jakby drugą stroną, niewiele przesiewając i nie martwi się o jego los. Joanne wkurza Farah, bo zwykłym, prozaicznym seksem z hungarystą sprzedającym krany zdobywa równowagę życiową, którą Fa okupuje wieloma wyrzeczeniami. Przerwana symbioza jedności między przyjaciółkami to początek dramatu Farah. Tyle tylko, że u Masłowskiej dramat rozgrywa się także gdzie indziej i nie sposób go nie zauważyć.

Mężczyźni traktowani są instrumentalnie. Przyjaciółki zakładają sobie na wstępie: „Żadnych chłopaków, żadnych skarpet, żadnego chrobotu drapania się po jajkach w bezsenne noce (…) Śmierć frajerom!”. Tymczasem Joanna skuszona testosteronem hungarysty od naprawiania kranów szybko zapomina o przyrzeczeniu, a samotna Farah szuka sposobu, by znaleźć bratnią duszę. Może nią być obleśny sąsiad Albert, odbierający rzeczywistość na lekach psychotropowych. Może to być także… nowa przyjaciółka? To ryzykowny i kuszący plan. Fa przecież tak się starała, by Joanne była przy niej blisko. Nic nie jest w stanie zmienić biegu zdarzeń, a ten mało łaskawym okiem patrzy na przyjaźnie, zwłaszcza kobitek zbliżających się do trzydziestki. Wybawienie przychodzi dla Farah zupełnie niespodziewanie – na jednym z wernisaży poznaje Go, imigrantkę z Polski, takiego byłego jugosłowiańskiego kraju. Go jest drapieżna, dużo mówi, ale i roztacza wokół siebie aurę niesamowitości. Fa nabiera się na to. Pozwala, by jej „przyjaciółka” zamieszkała z nią, przyprowadzając ze sobą sierściucha Bękarta, ku utrapieniu lubiącej czystość Fa.

Ot i w skrócie najważniejsze rysy fabularne. Warto pochylić się nad postacią Farah, bo przez nią i dzięki niej wypowiedzą się inne bohaterki; łącznie z neurotyczną pisarką, która stanie się jej sąsiadką. Fa to produkt uboczny kultury prymitywizmu i tymczasowości. Wygodna, ale i bardzo uczuciowa, co wydaje się zupełnie niedopasowane do świata, w jakim życie. Wpatrzona w marki i etykietki, gdyż sama nimi nie jest. Wyzuta z kobiecości, bo ją dewaluuje. Ostrożna. Znerwicowana. Nie potrafiąca w wielkomiejskim świecie znaleźć spokojnego miejsca dla siebie i swoich rozmyślań. Go jest tą atakującą, ale i motorem napędowym zmian w Farah. Oto bowiem można mieć przyjaciółkę. Można ją przygarnąć, nawet z jej śmierdzącym kotem, być przy niej blisko, słuchać i cieszyć się, że nie ma cię w dupie. Naprawdę?

Masłowska wszem wobec udowadnia, iż jesteśmy na tym świecie sami dla siebie i po prostu musimy to znieść. Nie pomogą leki kolorujące rzeczywistość, surrealistyczne sny pod wodą; nie da rady nawet zwykła rozmowa, bo bohaterki Masłowskiej nie rozmawiają, lecz przerzucają się informacjami. Taki zalew bez początku do końca. Wyraźny sprzeciw temu daje surowa i bardzo poukładana konstrukcja fabuły. Tymczasem wcale nie jest tak, że Dorota Masłowska się postarzała i złagodniała. Nie! Jest nawet bardziej poirytowana światem supermarketów, supermarek, superlansu i wszystkiego, co tworzy puste, pozbawione jakiejkolwiek oryginalności życie. Przecież nawet jej agentki, fryzjerki, imigrantki, pisarki czy syreny nie są specjalnie odkrywcze. „Kochanie, zabiłam nasze koty” to książka może nie buntu, ale przede wszystkim rozgoryczenia. Zręcznie gra na emocjach. Stylem rozbija każdą możliwą przestrzeń życia i wdziera się tam, rysując wyraźne kreski. To powieść o zaburzeniach i zaburzona proza prostych spraw. Bo nic nie jest proste, kiedy w grę wchodzi zazdrość, miłość, wspomnienia i potrzeba bycia tą jedyną teraz i na zawsze.

A przecież „pieniądze są kompletnie niemodne”. Bohaterowie tej powieści gonią za nimi jakby przypadkiem. Ważniejsze jest lansowanie się, bywanie tam, gdzie być trzeba, pokazywanie starannie ufarbowanej maski, w którą wlało się swoje lęki, frustracje i zwątpienia, cieniując jaskrawą barwą, by po założeniu brylować w towarzystwie, być naprawdę. A co znaczy być naprawdę? Czy celem nie jest przypadkiem rozjechanie na ulicy i żałosna plama, jaka pozostaje z nas tak, jak z dachowca, któremu ktoś odbiera jego żywot?

Autorka bawi się konwencjami, jej książka jest lingwistycznym żywiołem; prawda i bezkompromisowość ocen idą tutaj w parze z tym, że pisarka… śmieje się z samej siebie. Być może zabrakło już łez, by pisać o pustce i idiotyzmach codziennego życia. Niech nie zabraknie czasu na „Kochanie, zabiłam koty”. Dużo go nie potrzeba. Mocne uderzenie w twarz każdemu, który nie pokazuje własnej tylko się lansuje, zaboli bardzo. Pamiętaj, żeby potem zdezynfekować – Farah pomoże – to pewnie nazajutrz nie będzie śladu na twojej masce… przepraszam, twarzy.

Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2012

2012-10-10

"Szopka" Zośka Papużanka

„Szopka” to kolejna wkurzająca powieść o polskiej dysfunkcyjnej rodzinie. Nie trzeba rozciągać pomostu pokoleniowego między Zapolską a Kuczokiem, jak uczyniono to na okładce, by wskazać, że tematycznie Zośka Papużanka nie odkrywa niczego. Kto chce poznać historię dziewczynki czującej odpowiedzialność za wszystko wokół i zło w rodzinie, niech sięgnie po „Rzęsy na opak” Dawida Kornagi. Kto ma ochotę przeczytać o żonie choleryczce i dramacie uległego męża, niech zajrzy choćby do „Monidła” Halszki Opfer. Jeżeli chodzi o cierpienia młodszej siostry wiecznie w cieniu brata – pasożyta na schwał, rozpoznanie problemu mamy w „Przewrotności dobra” Jolanty Kwiatkowskiej. To tylko takie najbardziej czytelne przykłady tego, iż „Szopka” nie jest powieścią nowatorską, choć wywoła złość i niesmak na równi z wymienionymi powyżej. Co zatem powoduje, iż jest to historia, którą warto poznać? Przede wszystkim język! Niesamowity kogel - mogel uczuć, emocji; oddający nastroje dużo lepiej niż u wspomnianych już pisarzy, a jednocześnie pozostawiający nas z pytaniami o to, czy lingwistycznie jest się w stanie oddać tak liczne dramaty, jakie ukazuje nam w swej książce moja rówieśniczka, koleżanka po fachu i mieszkanka miasta, z którym związany byłem i nadal jestem, choć osiadłem gdzieś opodal łudząc się, że jednak z dala od problemów między innymi opisanych w „Szopce”.

O ile na co dzień można uciec od tego, co niewygodne, o tyle Papużanka na kartach swej powieści każe się zastanowić nad tym, jak wiele niesprawiedliwości i ludzkiego zła zamieciono już pod rodzinne dywany. Rodzinna saga – niesłychanie sprytna i inteligentna kumulacja lat kolejnych pokoleń na nieco ponad dwustu stronach – jest opowieścią z jednej strony zgrzytającą i nieprzyjemną, a z drugiej przecież nieobcą prawie każdemu, kto zetknął się podczas życia z silnymi charakterami we własnej rodzinie. Silne charaktery Papużanki to te złe charaktery. Dobro, pokora i ukryte piękno znajdują się gdzieś na marginesie i nie dają przeciwwagi traumie, w jakiej zanurzają się kolejne pokolenia tych, którzy zrodzili się w toksycznym związku ludzi, jacy wpadli na siebie przypadkiem. Może Maciuś jest tylko odstępstwem od normy, bo to dziecko tej egoistycznej flądry, która wszystko i wszystkich ma w swym wielkim, prostackim tyłku. Ale wyjątek potwierdza tylko regułę, natomiast Papużanka ze swadą opowiada o losach ludzi, którzy pewnie wiele by w życiu zmienili, ale nie mieli na to odwagi albo i ku temu możliwości.

Najpierw ona i on. Wiejscy przybysze do komunistycznego Krakowa. Ona z osieroconym trzylatkiem. On po zmarnowanych szansach na to, by życie mogło być piękne, gdyby nie cholerna tęsknota za podziurawioną kulami i martyrologicznie wyjącą ojczyzną, jaka przywołała go niczym do piekła ze świata, w którym miałby możliwości innego życia. „Nie można znaleźć powodu dla tego małżeństwa. Żadnego. Racjonalnego ani irracjonalnego. Żadnego uczucia, na pewno. Żadna sytuacja, zbieg okoliczności, nawet pieniądze żadne. Ani się nie lubili, ani do siebie nie pasowali”. Nie dość, że sobie urządzili piekło na ziemi. Udało im się to piekło przenieść na kolejne pokolenia. Niewiele ich to kosztowało. Wystarczyło, że ona wiecznie gderała, a on ustępował dla świętego spokoju. Potem wszystko samo się potoczyło. Papużanka soczystym, zmiennym w zależności od punktów widzenia stylem, opowiada historię bycia ze sobą na przekór, krzywdzenia się w „dobrej” wierze, świadomego udręczania ku jakimś nieświadomym korzyściom wewnętrznym. Nieważne, że ktoś cierpi, ważna stabilizacja. Ironiczna, inteligentna i przewrotna książka o tym, czego w rodzinie się wystrzegać i czego nie dostrzegają ci, którzy przywykli do tego, iż czasem jest coś nie tak.

W „Szopce” wszystko jest nie tak. Matka niesfornego Maciusia staje się szybko maszyną do narzekania, dla której formą terapii jest lepienie znienawidzonych przez męża pierogów i cotygodniowe mordowanie koguta na tłusty rosół, który każdemu wychodzi bokiem. Maciuś nigdy nie zostanie Maciejem, bo choćby zrobił w życiu największe świństwa, zawsze będzie mamusinym chłopczykiem. Kiedy rodzi mu się siostrzyczka, początkowo stara się ją ignorować. Potem postraszy sześcioletnią Wandzię latarką umieszczoną w ustach i odtąd siostra – gówniara zawsze będzie chodzić, jak jej Maciuś zagra. Syn zgorzkniałej jędzy marnuje wszystkie życiowe szanse na to, by jakoś swoje życie ustabilizować. Stara się pasożytować na matce do końca, jednocześnie czując się niezależnym w swym życiu niebieskiego ptaka. Małżeństwo? Można się rozwieść! Odpowiedzialność? Wystarczy ta matczyna. Pieniądze? Przecież zawsze zdobędzie się podobizny polskich królów w różnych odcieniach od tych, co się zlitują albo dadzą w łapę dla świętego spokoju.

Taki jest kochany Maciuś. A biedna Wandzia? Grzeczna, uczynna i dobra miota się wśród własnych lęków i chorej odpowiedzialności za każde zło w rodzinie. Wanda wyrasta w przekonaniu, iż wiele niedobrego mogłoby się wydarzyć, gdyby jej nie było. Kiedy wreszcie odkrywa, iż jako osoba prezentuje sobą jakąś wartość, jest już dorosłym dzieckiem piekielnych rodziców, którzy nigdy nie byli sobie bliscy, a w bliskości wytrwali aż po późną starość. Wanda też stanie się matką. Z czasem zrozumie, co znaczy być córką dla wiecznie zamkniętego w sobie ojca. Będzie uciekać od koszmarów dzieciństwa, wciąż karmiąc się tym, iż codzienność to odbicie tego, co było. Czy jej albo komukolwiek innemu w tej rodzinie uda się zerwać z tym, co dusi, boli i odbiera pełnię człowieczeństwa?

Papużanka konstruuje specyficzną językową wieżę Babel, a odbiorca czuje się coraz bardziej bezradny nie wiedząc, czy śmiać się, czy może gorzko zapłakać nad całą opisaną historią. Między tymi odczuciami czasami zaciskają się pięści ze złości, ale najważniejsze jest, w jaki sposób za pomocą słów Zośka Papużanka czaruje świat, któremu daleko jest do zaczarowanej rzeczywistości. „Szopka” to przykład tego, jak proza życia przenosi się do świata literackiego. Naprawdę ciekawa książka, bo udowadnia, iż można być wtórnym tematycznie, ale jednocześnie ofiarować czytelnikowi nową jakość. Dlatego czytanie tego ciekawego debiutu będzie bolesne i zmusi, by zajrzeć, czy aby dawno temu nie zamieciono nam pod dywan czegoś, o czym warto porozmawiać, by stać się lepszym.

Brawa za nieszablonowe ujęcie dość oczywistej w sumie problematyki. To nie jest literatura parenetyczna nowych czasów, która buduje definicję rodziny na wyraźnych antywzorach. To przede wszystkim sprytnie opowiedziana historia o bliskości mimo wszystko i o przywiązaniu na przekór. Do rozwagi i ku uwadze!

Wydawnictwo Świat Książki, 2012