Przed czterema laty Wydawnictwo
Znak przypominało o rocznicy wprowadzenia stanu wojennego, wydając smutne i
nostalgiczne „Opowieści z powielacza” Doroty Zańko. Był nastrój minorowy,
przypomnienia dramatyzmu tamtych dni; wyraźna, ale czarna kreska wspomnień z
1981 roku. Tymczasem niedawno ta sama oficyna postanawia opowiedzieć o tamtym
roku inaczej - w cieplejszych barwach i sentymentalnie w sposób kuszący, bo pozornie
radosny.
Witold Szabłowski i jego
żona Izabela Meyza, warszawscy dziennikarze, podjęli się akcji ryzykownej i
dość kontrowersyjnej. Postanowili sprawdzić, czy dzisiaj można przeżyć pół
roku, cofając się do czasu, który pamiętają ludzie najwcześniej urodzeni w
latach siedemdziesiątych minionego stulecia. Zatem pełen obraz odmienności
komunizmu i kapitalizmu są w stanie prawdziwie odróżnić w ich książce ludzie wchodzący już w
wiek średni. Jak odbiorą „Nasz mały PRL” choćby studenci – statystycznie
stanowiący duży odsetek współczesnych czytających? Czy ta książka naprawdę
dociera do odbiorców, którzy PRL kojarzą już tylko z archaicznymi gadżetami? Do
kogo jest skierowana? Do tych, co przeżyli i mogą wspomnieć, czy też do tych,
którzy niczego już nie pamiętają i trzeba im co nieco przypomnieć? A może do
jednych i drugich? „Nasz mały PRL” to na pewno publikacja, wobec której nie
można przejść obojętnie. Zastanawiam się, czy aby nie nazbyt tendencyjna. A
nawet jeśli, to chyba warto zwrócić uwagę na oczywistości dzisiejszego świata,
które teoretycznie życie ułatwiają. Bo przecież wcześniej, kiedy żyło się
inaczej, życie miało swoją inną, być może bardziej intensywną treść.
Co zrobili autorzy? „(…) Zamieszkaliśmy w wielkiej płycie,
zamieniliśmy laptopy na maszynę do pisania, GPS-a na starą mapę, a komórkę na
telefon z tarczą. Przestawiliśmy się z Ikei na meble z Zakładów Produkcji Mebli
w Wyszkowie, a z opla astry na FIATA 126P, z oliwy z oliwek na smalec ze świni,
a z sushi – na bitki wołowe”. Stworzone na wzór bytów z początku lat
osiemdziesiątych XX wieku, egzotyczne awatary zostają z nowoczesności wrzucone
w świat, który wiele miał oblicz i niejedno imię. Stąd też „ich” PRL. Okazuje
się, że definicji tego okresu może być tyle, ilu ludzi wtedy żyło. Każda
jednostkowa pamięć niesie w sobie inne obrazy. Szabłowski z żoną postanowili
faktycznie przenieść pewne obrazy standardowe – otoczyli się bowiem
przedmiotami z tamtej epoki i z nimi obcowali - czyniąc z ich mozaiki obraz
życia, jaki każdy z nas odbierze inaczej, na swój sposób. Autor po półrocznym
okresie, kiedy żyli jak w innej epoce, wrócił do dobrodziejstw kapitalizmu z
radością. Bez szaleństw. Szabłowski stwierdza bowiem: „Po powrocie do
kapitalizmu nie dostaliśmy jobla”. Rozpoczynając lekturę tej książki, niektórzy
zapytają, czy tego jobla nie dostali, decydując się na życie, którego już po
prostu nie ma.
Dzięki komunistycznej manii
przechowywania i gromadzenia, Meyza i Szabłowski w miarę bezproblemowo znajdują
wszystko, czym trzeba się otoczyć, aby cofnąć się w czasie do świata, gdzie był
czas na normalne relacje międzyludzkie, choć były one – indoktrynowane nowomową
– także jak dzisiejsze skażone nieufnością, ograniczonym kredytem zaufania. Na
początku wzbudzają duże zainteresowanie znajomych i przyjaciół. Są atrakcją.
Tak też może być traktowana ich książka o specyficznym ekscentryzmie. Co dzieje
się po pewnym czasie? Zainteresowanie wygasa. Ludziom z kapitalizmu nie chce
się dzwonić na ich stacjonarny telefon. Nie istnieją, bo nie lajkują na
Facebooku i nie wrzucają postów o nowościach. Kiedy próbują swoim znajomym
zrobić nieoczekiwaną niespodziankę swą wizytą, traktowani są z dystansem, a
nawet z irytacją. Sami z czasem powoli przestają dawać radę. O ile można
pucować mieszkanie octem i sodą, gotować pieluchy tetrowe i budować menu z
niczego, można jeździć FIATEM, kręcić wąsa i robić poprawki trwałej, można
także odciąć się od pędu współczesności i zmienić codzienny styl życia… o tyle
już dużo trudniej jest w momencie, kiedy trzeba szybko znaleźć fachowego ginekologa
albo zarabiać pieniądze na pisaniu reportażu jedynie przy użyciu maszyny do pisania,
bez laptopa i Google’a…
Okazuje się, że z czasem ich
projekt przestaje być atrakcyjny dla innych oraz staje się czymś nie do
zniesienia dla nich samych. Każdy chyba oddycha z ulgą, kiedy komunistyczne pół
roku się kończy. Może poza dwuletnią córką dziennikarzy. Przekonani, że całym
projektem można zafundować największą traumę dziecku, czytamy o tym, jak wiele
niepowtarzalnych bodźców i radości dało sześć miesięcy w innej epoce rezolutnej
Mariannie, która była chyba najbardziej dzielna z całej trójki. Wciąż pozostaje
pytanie o celowość takiego projektu. A warto było to zrobić między innymi
dlatego, by ukazać, że mimo zysków życia w XXI wieku, straciliśmy też wiele. Bo
wolność to możliwość bycia dzisiaj każdym, ale i piekielna otchłań, w której
jesteśmy coraz bardziej zaganiani, samotni i nieumiejący tworzyć wartościowych
relacji z innymi ludźmi.
„Nasz mały PRL” – choć był
projektem poważnym – wzbudza podczas lektury sporo śmiechu i jest to
autentyczny śmiech tęsknoty za czymś, z czego pozornie się już tylko ironicznie
naśmiewamy. Porcjowanie rolek zdobytego papieru toaletowego, pranie bielizny
metodą radziecką, odtwarzanie reglamentacji żywności pośród sklepów, w której
jest jej aż nadto. To wszystko budzi uśmiech i zainteresowanie. Ponadto wyprawa
na Mazury i zdobycie pięknego pleneru za darmo, kpiny z nowomowy oraz udawanie,
że kolejki nie zniknęły. Cofanie się w czasie jest okazją nie tylko do
spostrzeżeń, jak wiele zmieniło się wokół, ale i zmusza do refleksji nad rolami
oraz znaczeniem płci w społeczeństwie, innym modelem budowania relacji z
przyjaciółmi, a także nad tym, co straciliśmy w komunizmie i czy kapitalizm to
tylko zyski.
Myślę, że trudno
jednoznacznie polecać lub odradzać tę książkę. To dość specyficzna jakość;
bardzo pomysłowy zapis poczynań w odważnym projekcie, ale przede wszystkim
publikacja, która nie straci na ważności i nawet za kilka lat wciąż można ją
będzie nazywać nowością wydawniczą. Jednym ku rozrywce, innym ku refleksji, a
jeszcze dla innych ku przestrodze. Ten prywatny mały PRL to składowa doznań
każdego, kto jeszcze pamięta, ale już za wszelką cenę chce uczynić wspomnienia
anachronicznymi naiwnie wierząc, że teraz jest po prostu lepiej.
Wydawnictwo Znak, 2012



