2014-07-10

"Wegetarianka" Han Kang

Wydawca: Kwiaty Orientu

Data wydania: 3 lutego 2014

Liczba stron: 168

Tłumacz: Justyna Najbar-Miller i Choi Jeong In

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29 zł

Tytuł recenzji: Uciec od człowieczeństwa

Niepokojąca jest powieść Han Kang. To kameralna od początku do końca historia dramatu kobiety, która chce pożegnać się ze swym człowieczeństwem, wreszcie wyrazić bunt, uciec od uporządkowanego życia i dyktatorów, jacy kazali jej w milczeniu znosić swój terror. Koreańska pisarka wprowadza nas do swej wstrząsającej fabuły za pomocą prostych środków wyrazu. Yǒng-hye pewnego dnia przestaje jeść mięso. Niewiele rozumiejącemu mężowi tłumaczy, że na jej decyzję wpłynął sen. Senne wizje, coraz bardziej brutalne i natarczywe, będą męczyć bohaterkę regularnie. Wegetarianizm spotka się ze sprzeciwem otoczenia Yǒng-hye. Zacznie zaburzać się codzienny porządek. Pękać będą silne struktury, w których życie toczyło się w przewidywalny sposób. Odrzucenie mięsa będzie jedynie początkiem głębokiej przemiany. Niemego dramatu, rozpaczliwej próby ucieczki, autodestrukcji postępującej niezauważalnie i znamionującej nieszczęśliwą duszę, której nikt nie może pomóc.

Historia dzieli się na trzy integralne części. O poczynaniach Yǒng-hye dowiadujemy się z perspektywy jej męża, szwagra oraz siostry. Początkowo wydaje się, iż wegetarianizm ma być próbą kontestacji ładu zaburzonego tylko przez senne wizje. To jednak znamionuje dużo głębszy problem. Przemianę podążającą w stronę zniszczenia. Han Kang stawia przed nami pytanie o to, ile jesteśmy w stanie zrobić wbrew sobie, by zachować pozorną harmonię życia. Yǒng-hye w swym buncie nie określają tylko zachowania. Na nie zwraca uwagę zniechęcony i rozdrażniony mąż w pierwszej części książki. Potem wchodzimy w głąb. Jesteśmy świadkami niecodziennych zdarzeń. Bohaterka znajduje na moment wytchnienie od swych męczących snów. Oddaje ciało artyście, w którym rodzą się pragnienia - on nie jest świadom, skąd pochodzą. Yǒng-hye wchodzi w relację erotyczną podszytą fascynacją, która doprowadzi do ruiny kolejny związek. Tak, dwa małżeńskie porządki rozpadną się. Wydaje się, że przypadłość wegetarianizmu niesie w sobie moc, która niszczyć będzie więcej niż nocny niepokój umęczonej sennymi wizjami Yǒng-hye. Rozpoczyna się walka o samostanowienie w innej formie. O bycie innym, w oderwaniu od człowieczeństwa. Od losu pokornej żony, potulnej siostry, fascynującej prostotą szwagierki. Dramat rysowany przez Han Kang staje się coraz bardziej niejednoznaczny. Coraz wyraźniej zdajemy sobie sprawę z tego, do czego może doprowadzić. Nie jesteśmy jednak w stanie przewidzieć, o co i w jaki sposób będzie walczyć Yǒng-hye. W cieniu cierpiącej siostry dużo ciekawszą psychologicznie postacią jest jej siostra In-hye i to w jej biografii odnajdziemy kilka wskazówek, dzięki którym zrozumiemy choć częściowo postawę młodszej o cztery lata Yǒng-hye.

Siostrzane relacje są uwypuklone o tyle, że w rodzinie głównej bohaterki żyje się raczej obok siebie, bez bliskości. To, co zbliża do siebie obie kobiety, to zapomniany już dramat życia z przeszłości. Kiedy okrucieństwo pojawia się ponownie, zrozpaczona Yǒng-hye ryzykuje nawet próbę pożegnania się z życiem. In-hye wiedzie natomiast życie w opozycji, ale do pewnego momentu. Okazuje się, że taka forma kontestacji, jaką prezentuje Yǒng-hye mogłaby być udziałem jej siostry, gdyby tylko nadarzyła się ku temu okazja. Siostry ranią się wzajemnie, ale ich miłość jest jedynym trwałym uczuciem; pozostali bohaterowie Kang podążają tylko ścieżką, gdzie realizują się ich fantazje i zamierzenia. Ścieżką emocjonalnego fałszu.

Świat mężczyzn z "Wegetarianki" staje się opresyjny w takim znaczeniu, że nie dane jest im przeniknąć świata kobiet, a jedyną możliwą formą zaakceptowania go jest obojętność na doznania, pragnienia, potrzeby i lęki dnia codziennego. Wszystkie one kumulują się w mrocznych snach Yǒng-hye. Wszystkie uwypuklone są symbolicznie w opowieści o kobiecie, która żyć nadal chce w innym wymiarze i na innych warunkach. Płaci za to kolosalnie wielką cenę, ale to jedyna droga ku wewnętrznej wolności. Tej, którą Yǒng-hye uznała za niemożliwą i tę, którą warunkuje specyficzna metamorfoza. Włączenie w nią świata przyrody nadaje "Wegetariance" filozoficzny wydźwięk. Egzotyka życia wewnętrznego Yǒng-hye zbliża nas ku myśleniu o tym, czy istotę człowieczeństwa można zrozumieć i wyrazić.

Matka bohaterki wypowiada znamienną przestrogę. "Jak nie będziesz jeść mięsa, to ludzie cię zjedzą!". Początkowa negacja mięsa w jadłospisie to dopiero początek mąk, które Yǒng-hye przeżywa w dużym związku z opresyjnym otoczeniem. Wybija się z rodzinnego schematu, żegna z uporządkowaniem małżeńskiego pożycia, odrzuca mięso i po nim kolejne elementy łączące ją z życiem społecznym. Yǒng-hye zdaje się umierać do wewnątrz. Jej potrzeby determinuje już tylko to, co pozwala wzrastać roślinom. Bohaterka przestaje być zwierzęciem - człowiekiem tym samym. Podąża ku wewnętrznej wolności, cierpiąc na równi z tymi, których odrzuca tak jak część tego, czym do niedawna się żywiła.

Han Kang stosuje w swej powieści bardzo ekspresyjne środki wyrazu, co jest dokonaniem karkołomnym, bo całość książki - jak wspomniałem na wstępie - przeraża atmosferą pozornego spokoju i chłodem opowiadania o dramatach rozgrywających się w Yǒng-hye oraz wokół niej. Istotne znaczenie mają barwy. To kolory tęsknot, którym nie dane jest się spełnić. Symbolicznego znaczenia nabiera także akt seksualny. Wieloznaczna jest metafora wegetarianizmu. Skomplikowana struktura tej książki z jednej strony mocno maskuje całą gamę skrytych emocji, z drugiej jednak ujawnia je w plastycznej scenie pozornego katharsis, gdy bohaterka oddaje się mężczyźnie. Trzecia część powieści przynosi odpowiedzi na wiele pytań postawionych przez koreańską pisarkę wcześniej. Nie pozwala jednak, by pojąć tę historię w zupełności. Han Kang błyskotliwie kreśli przed nami krajobraz zrozpaczonej duszy - wzbogacony barwami, zapachami, smakami i dźwiękami. To powieść polifoniczna nie tylko w tym znaczeniu, że poznajemy zdarzenia z trzech różnych punktów widzenia. Brzmi nad wyraz zagadkowo i pozostawia nas z niemocą. Yǒng-hye walczy o coś, czego nigdy nie udało jej się osiągnąć. Czytelnik próbuje mierzyć się z tym wszystkim, co nienazwane i co potęguje jeszcze dramaturgię opowieści o kobiecie, która pragnęła stać się drzewem...

2014-07-07

"W krainie czarów" Sylwia Chutnik

Wydawca: Znak

Data wydania: 21 maja 2014

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czarów nie będzie

Czasami - jak Sylwia Chutnik - żałuję, że nie urodziłem się choć kilka lat wcześniej, że zabrane mi było tak ważne pokoleniowe doświadczenie czarno-białego świata jedynej słusznej ideologii (która była gdzieś obok, choć wszechobecna), że zostały po nim marne resztki jak wspomnienie kartek czy pustych sklepowych półek... Większość bohaterów opowiadań ze zbioru "W krainie czarów" właśnie tam, w innej rzeczywistości i w innym czasie, żyło marzeniami i planami, żyło naprawdę i jedyne, co zostało im w gorzkiej codzienności, to wspomnienia, zachłyśnięcie się przeszłością, niechęć do uwolnienia się od niej i życie na marginesie tego, co obecnie pożera w szalonym pędzie ku nicości.

Jest u Chutnik także wojna, ekstremalne doświadczenia, wspomnienia zabitych i tych, co żyją już tylko biologicznie, zanurzeni w wiecznie żywym czasie minionym. Autorka pisze o ludziach, którzy - jak bohaterki tekstu "Anna" - mogą odnaleźć swą tożsamość i osadzić się tylko w tym, co było albo w tym, co będzie. W jedenastu tekstach będących efektami uważnego słuchania i rozglądania się wokół, jest bezgraniczna niechęć i obojętność wobec "teraz", które nie ma statusu, nie ma właściwości, nie ma w sobie niczego. Teraz wszystko zależy od nas. Wybrać siebie wbrew modom i tendencjom? Wycofać się? Dać unieść żalowi, rozczarowaniu, smutkowi i zawiści? To nie tylko dylemat jednej z bohaterek tego zbioru.

Sylwia Chutnik bardzo wyraźnie pokazuje świat tych, którzy uciekają w głąb siebie, bo tylko tam czują się bezpiecznie. Do osobistej krainy czarów, jakiej brakuje wiele. Czarów w tej książce nie ma. To wyraźna proza życia. Taka nastawiona na odczuwanie i na to, by chłonąć opowieści mocno uwierające, niewygodne, nieśmieszne i często bez jakiegokolwiek "endu", bo o "happy" można pomarzyć. "W krainie czarów" to zbiór o samotności. O wyborach, których się nie dokonało. O namiastce szczęścia przy golonce i wódce. O cichej przystani lumpenproletariusza. O mieszczańskiej samokontroli, co uwiera. Także o determinacji w smutku i smutnej woli życia. O szukaniu sensu w opowieściach i trudzie opowiadania samego siebie. W końcu - o bliskości boga w ludzkim okrucieństwie i o doświadczeniu śmierci, w której zapominamy o wszystkim. Chciałoby się, żeby opowiadania Sylwii Chutnik nie były zapomniane. To kolaże z emocji i wrażeń, które autorka wycięła sobie z rzeczywistości. Do poczytania. Do rozważenia. Do współczucia także, ale nie ckliwego i bez przesady.

Niezwykle ważna jest w tej prozie kobiecość konstytuująca się między niespełnionymi marzeniami matek i córek. W bolesnych oraz odczuwalnych wyraźnie bliskościach jakby mimo woli. Wspomniane już opowiadanie "Anna" to świetny przykład opowieści o matce i córce, które tkwią w światach, jakich sobie nie wybrały. "Bożena z Poznańskiej" to obraz matki, która wierzy, że córce się udało, ale nie ma pojęcia o tym, jak żyje. Mamy też matkę tulącą córkę w ciemnej piwnicy, gdy obie ukrywają się przed hitlerowcami i żadna nie jest świadoma różnic między nimi, bo nie mają niczego poza gotowanymi warzywami, wszami i bliskością fizyczną. Będą miały szanse na spełnienie marzeń, na kłótnie, irytację i na walkę o własne życia, bo hitlerowcom szkoda bomby, by wysadzić piwnicę. Sylwia Chutnik fantazjuje na granicy boleśnie zbliżonej do tego, co z życia proza wyrywa łapczywie i bezceremonialnie. Nie wydaje się jednak, by autorka kogokolwiek i cokolwiek tutaj oszukała dla własnych celów. Więź matki z córką to klasyczny przykład więzi na zawsze; takiej często niewygodnej, rwącej się i boleśnie doświadczanej. Prawdziwej jednak, mimo upływu lat i mimo zgorzknień, które dane są kobietom na każdym etapie życiowej drogi.

Mężczyźni? Są, w bezruchu. Tadeusz traci umiejętność rozumienia słów i rozpaczliwie poszukuje ich bliskości, bo musi opowiedzieć historię, by się oczyścić duchowo. Piotra od złudzenia tego, co dawać może szczęście, dzieli ledwie osiem przystanków autobusowych. Obaj są szary, tacy nie do opisania. Pojawia się psychopata w opowiadaniu "Przeszkadzały" i o nim to można powieść napisać, ale po co? Mężczyźni marginalizowani i z marginesu. Smutni w swoich rolach, ale przecież kochani. Pierwsze, tytułowe opowiadanie to nie tylko historia lęku przed dorastaniem po doświadczeniu śmierci mężczyzny, który zabrał ze sobą ważny czas i ważną biografię. To opowieść o emocjonalnym przywiązaniu między pokoleniami. Dziadek i wnuczka. Z innych światów, lecz bliscy.

Po "Kieszonkowym atlasie kobiet" i po "Cwaniarach" Sylwia Chutnik udowadnia tym razem, że nie płeć determinuje jej uwagę oraz rozwagę w opowiadaniu o czyichś losach. "W krainie czarów" jest między płciami, między podziałami - to książka o wspólnym mianowniku, jakim jest empatia. Nawet dla tych, którzy mogą być irytujący i dla tych, co nie mają już nic do powiedzenia, nic do przekazania, do przeżycia, do doświadczenia. Sztuką jest słuchać tych, którzy nie chcą mówić nawet sami do siebie, a Chutnik słucha uważnie, robi z tego literaturę i dochodzi do takiego punktu, gdzie opowieści ożywają, gdy opowiadający chcą, by pochłonęła ich nicość. Taka to siła krótkich form prozatorskich autorki "Dzidzi".

Styl Chutnik powoduje, że ta proza w każdym akapicie iskrzy i chociaż w swej trudnej problematyce nie chce zapaść w pamięć, wierzę w to, iż tak się nie stanie. Autorka wskrzesza zmarłych i żywym nadaje prawo do tego, by przestali już żyć. Czyni to inteligentnie i elegancko, choć czasami widać gniew ukryty gdzieś między akapitami. "W krainie czarów" wydaje się bardzo osobistym zbiorem tekstów. Gdzieś między okaleczonymi przez życie bohaterami autorka próbuje rozliczać się też z samą sobą. I to dobrze, że udało jej się przeredagować oraz zebrać opowiadania z kilku lat swej twórczości, bo właśnie dzięki temu widać to bardzo wyraźnie. Brawa za umiejętność barwnego opisu czarno-białego świata. I za nadzieję, która mimo wszystko tkwi gdzieś między tymi tekstami.

2014-07-05

"Psychoanioł w Dublinie" Łukasz Stec

Wydawca: Akurat

Data wydania: 18 czerwca 2014

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Anioł, absurd i przeznaczenie

Siedem lat mija od momentu wydania zbioru opowiadań Łukasza Steca o prowokacyjnym tytule "Bimber". Długo zatem wydawało się, że to autor jednej książki. Zaskakuje nas ponownie. W swoich opowiadaniach igrał z literackimi konwencjami i kreślił obraz młodych zagubionych w swoim świecie, który nie do końca mogli uznać za oswojony. Tym razem Stec napisał powieść w rozpoznawalnym sprzed siedmiu lat stylu. Tu także zawarł parę socjologicznych diagnoz i sprawnie uwypuklił kilka charakterystycznych dla emigracji zarobkowej scen.

Tak, "Psychoanioł w Dublinie" jest w dużej mierze książką o emigracji. Tylko jeśli potraktujemy ją dosłownie. A przecież to typowa proza, którą trzeba przyjmować z przymrużeniem oka. Autor wprowadza nas w absurdalną sytuację, mnoży groteskowe rozwiązania fabularnie; buduje coś na kształt powieści kryminalnej, ale przede wszystkim w dowcipnym stylu opowiada, że nie możemy uciec od przeznaczenia. To też historia o tym, iż anioły są wśród nas i opiekują się nawet ateistami. O lekkości bytu i lekkomyślności życia. O sprawach poważnych takich jak śmierć, ale w satyrycznej, surrealistycznej konwencji. Dobra lektura nie tyle na lato, co dla tych, którzy lubią być zaskakiwani. Stec zaskakuje, manipuluje, bawi i przeraża. Mnoży dygresje, tropy, gubi nas i intryguje. "Psychoanioł w Dublinie" jest książką rozrywkową, ale też z uwagą w obserwującą, w jaki sposób można sobie budować życie na mrzonkach i fantazjach, mając czasem więcej szczęścia niż rozumu.

Wawrzyniec zwany Wową budzi się z dyskomfortem. Nie pamięta ostatniego tygodnia swojego życia. Amnezja nie jest dla niego niczym wyjątkowym, ale siedem dni wytartych z życiorysu zaczyna mu doskwierać. Ku zaskoczeniu spostrzega, że przybył do niego ekscentryczny jegomość. Indianin w kitlu, który zaczyna mu wmawiać, iż jest aniołem. Wowa nie tylko konfrontuje się z kimś, kto doskonale zna jego życie i myśli. Zostaje też postawiony w sytuacji skrajnego wyboru. Oto bowiem dowiaduje się, że zyskał ostatni tydzień życia, by wyśledzić kto i dlaczego zabije go w dniu trzydziestych urodzin. Wowa ma następującą alternatywę: "Możesz być czujny i ostrożny albo możesz się starać wykorzystać każdą chwilę, jaka ci jeszcze pozostała". Co wybralibyście, wiedząc, iż darowano wam tydzień i szanse na to, że zmienicie przeznaczenie są co najmniej nikłe? Wowa postanawia powalczyć z losem i o prawdę; chce dowiedzieć się, komu w życiu tak bardzo przeszkadza, że chce go usunąć. W kręgu podejrzanych od samego początku stają wszyscy, z którymi spotyka się na co dzień. Kto jest gotów dokonać morderstwa i wysłać Wowę do raju, w który nasz bohater nie wierzy?

Wraz z Wawrzyńcem obserwujemy uważnie postacie równie ekscentryczne co jego osobisty psychoanioł. Nikt nie jest jednoznaczny. Komu przyjdzie do głowy myśl, aby zabić Wowę? Egocentrycznej byłej żonie, która pojawia się nagle pod dwóch latach i wierzy we wskrzeszenie dawnego związku? Dobrotliwemu pracodawcy, jaki potrafi pokazać gniew? Może czeskim współlokatorom albo polsko-meksykańskiej parze gejów, którzy wspólnie z Wową wynajmują dom? Są też podejrzane kobiety, które pojawiają się po raz pierwszy w życiu bohatera. Jest Turczynka z mężem-zazdrośnikiem i jest domorosła poetka chcąca ulżyć w niedoli... kotu Wowy, a tenże futrzak zmaga się z depresją i jest już po kilku próbach samobójczych.

To oczywiście tylko garstka szalonych postaci, jakie znajdą się w pobliżu młodego Polaka, który mimo irlandzkiej niepogody i panujących tam absurdów nie ma zamiaru powrócić do kraju. Nie udaje się namówić go do tego nawet dziadkowi, który przybędzie do Dublina ze specjalną misją. Wowa wie, co chce robić. Wie, jak żyć. Wie, dokąd nie wracać. I jednocześnie jest pewien, że jego plany na życie mogą obejmować więcej niż siedem dni. Podczas niezwykłego tygodnia absurd gonić będzie absurd, ale w tym wszystkim będziemy widzieć jednocześnie barwny kalejdoskop zdarzeń mogących rozgrywać się tylko w Irlandii. Pięknej, zielonej, z czasem rozciągającym się... w czasie, z dobrym guinnessem oraz ludźmi, którzy tworzą w tym kraju oryginalną wspólnotę i tygiel kulturowy.

Stec opowiada zwariowaną historię, ale jest w niej sporo goryczy, bo życie jego bohaterów naznaczone jest trudem. Najbliższą istotą dla Wowy jest wspomniany i wyeksponowany na okładce kot. Dlaczego kot? Bo ludzie na różnych etapach życia rozczarowali. Z Borysem można sobie porozmawiać, dać mu Fromma do poczytania, zaufać i wiedzieć, że jako jedyny z otoczenia nie przyczyni się do przedwczesnej śmierci swego pana. Tymczasem atmosfera wokół bohatera gęstnieje. Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się odkrycie sprawcy zabójstwa, ale sporo tropów w tej powieści myli i niekoniecznie zgodnie z naszymi oczekiwaniami Stec swą historię zamknie. Historię przede wszystkim młodego i przyjmującego życie bez pretensji młodego człowieka, którego mimo wszystko naznaczyło już doświadczenie i który w całej swojej bylejakości zna własną wartość, realizując się twórczo jako autor awangardowych konstelacji budowniczych. Wowa to też świadomie samotny emigrant. Outsider na własne życzenie. Lekko traktujący każdy trud życia i bezwzględnie oddany tym drobnym rozkoszom, które szare przecież życie na chwilę zamieniają w coś niezwykłego. Bo tylko w ten sposób można nie zwariować, skoro świat wokół wydaje się tak bardzo zwariowany.

Tyle samo śmiechu, co smutnej refleksji pojawi się przy lekturze "Psychoanioła w Dublinie". Są momenty, w których autor nieco się zapętla i trudno jednoznacznie określić, jaką konwencję dalszego opowiadania wybiera. To jednak książka świeża, napisana lekką frazą, dygresyjnie buńczuczna i zatroskana, wyrazista w swej groteskowości i zostawiająca w pamięci ślad. Każdy chciałby poznać swego anioła, być kochanym przez pupila, wieść nieograniczone niczym życie i ufać, że policzony czas jakoś się rozciągnie. Tak jak w przypadku kolei DART, które odjeżdżają o godzinie wyświetlonej, a nie faktycznej.

Łukasz Stec jest wesołym ironistą i uważnym obserwatorem rzeczywistości, co pokazał już w opowiadaniach ze zbioru "Bimber". Niedosyt pewien pozostawia fakt, że w nowej powieści nie zaskakuje niczym nowym, jeśli chodzi o formę. Ważne jednak, iż wie, jaką drogą podążać, ma wyrazisty styl i kreuje bohaterów, którzy zapadają w pamięć. Polecam z pełną świadomością tego, że jest to powieść mogąca w równym stopniu bawić, co irytować absurdem pozornie bez granic. Warto zajrzeć!


PATRONAT MEDIALNY

2014-07-03

"Magda Goebbels. Pierwsza dama Trzeciej Rzeszy" Anja Klabunde

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 10 czerwca 2014

Liczba stron: 392

Tłumacz: Monika Kilis

Oprawa: twarda

Cena det: 42 zł

Tytuł recenzji: Królowa życia i śmierci

Biografie ludzi z drugiego planu Historii zawsze o wiele trudniej zredagować. Anja Klabunde zwierza się na wstępie, że historia Magdy Goebbels przylgnęła do niej na drodze przypadku. Trudno było opisać jej losy, kiedy do dyspozycji było bardzo niewiele zaufanych źródeł. Pisząc, Klabunde zachowywała daleko posunięty dystans i odczuwa się go od początku do końca w tej porażającej książce. On był potrzebny i konieczny, by próbować zrozumieć choć cokolwiek. A pytań jest przecież mnóstwo. To podstawowe brzmi jednoznacznie - co zaszło w biografii i umyśle inteligentnej kobiety, która w młodości była przyjaciółką zagorzałego syjonisty, a potem oddała się życiu u boku ministra propagandy reżimu? Tak potwornego, że wciąż nowe świadectwa nie dają nam możliwości, by do końca uwierzyć w jego wiarygodność i w to, że hitlerowska Rzesza mogła być tworem, który istniał dość stabilnie przez tyle lat. A tak było naprawdę.

Dla czytelników dużo bardziej ważna jest inna potworność. Czyn, jakim Magda Goebbels zakończyła swoje życie. Morderstwo z zimną krwią, którego dokonała na swoich dzieciach. Potomkach rodzonych rok po roku, wychowywanych przecież bez specyficznego dla niemieckiego nazizmu drylu. Ukochanych dzieciach Goebbelsa, który kłamstwami i nienawiścią zaciemniał innym obraz rzeczywistości, by w domowym zaciszu być oddanym ojcem dla swoich pociech zupełnie chwilami nieświadomych tego, co się wokół nich dzieje. Magda Goebbels to nie tylko morderczyni dzieci. To na pewnym etapie cyniczna, zdystansowana wobec okrucieństwa i wierząca w misję dziejową Hitlera kobieta, której lodowaty wzrok dostrzegali nieliczni, bo niewielu tak naprawdę mogło poznać Magdę Goebbels taką, jaka była. Zawsze oddalona od innych, wciąż rozpaczliwie poszukiwała przynależności. Anja Klabunde stara się udowodnić tezę, że żona Josepha Goebbelsa była nie tyle osobą bez właściwości, co przede wszystkim kobietą, która nie znała czegoś takiego jak wartość samej siebie. Oddana ideologii wciąż znajdowała się w cieniu silnych mężczyzn, którym dawała sobą manipulować. Jaką drogę przeszła od dzieciństwa po czas, kiedy NSDAP rosła w siłę, niemieckie społeczeństwo ubożało i stawało się spolegliwe, jej mąż ział nienawiścią, a ona sama wciąż rodziła mu kolejne dzieci, będąc idealną żoną salonową oraz przerażająco zamkniętą w sobie samotniczką?

Chyba wierzyła w przepowiednie, pozwalała sobie wróżyć. We wczesnym życiu usłyszała: "Zostaniesz królową życia, ale koniec będzie straszny". Starała się za wszelką cenę uwiarygodnić pierwszą część tej wróżby. Klabunde analizuje dokładnie dwa emocjonalne związki Magdy Goebbels zanim stała się kochanką i żoną hitlerowskiego ministra propagandy. Victor Arlosoroff imponował jej mądrością, otwartością, tolerancją i tym, że był typem społecznika zawsze uważnie słuchającym innych oraz traktującym rzeczywistość jako wieczne wyzwanie, z którym trzeba się mierzyć, będąc optymistą. Dom młodego syjonisty dawał Magdzie ciepło, którego nie znajdowała u siebie. Stała się bliską przyjaciółką tych, którzy dla Arlosoroffa byli najważniejsi. Nie sposób uwierzyć, jak szybko się od nich odwróciła. Nie chce się pojąć, iż prawdopodobnie przez nią Victor został potem zamordowany. Od otwarcia i empatii Arlosoroffa Magda przeszła w kierunku zasadniczości i uporządkowania, które reprezentował Günter Quandt. Wyszła za niego, bo zapewniał stabilizację. Choć różny od Arlosoroffa, był podobnie wytrwały w dążeniu do celu i cechowała go pasja życia. Magda tego życia nie rozumiała. Weszła w związek z człowiekiem, przy którym brakowało jej poczucia, iż błyszczy  w świetle sukcesów partnera. Nie była adorowana, doceniana wystarczająco. Nie była królową życia, żoną zdobywcy, kobietą świecącą blaskiem wielkiego męża...

Joseph Goebbels zafascynował ją tym, że miał charyzmę. Jego życie w pogardzie dla ludzkości było być może efektem tego, że wątły, niski i kaleki mężczyzna doznawał w młodości od innych samych upokorzeń. Wsłuchany w słowa Hitlera, który przemawiał w Monachium, znalazł swego mentora i osobę, przy której został dowartościowany. Klabunde dość dokładnie opisuje proces dochodzenia przez Goebbelsa do rangi człowieka, który w pewnym momencie stał się dla Hitlera niezbędny, bo nikt nie potrafił tak przekonująco kłamać i tak sugestywnie zmieniać obrazu rzeczywistości, w jaki wierzyły masy. Goebbels w swym dzienniku zapisał przerażającą myśl. "Obojętne, w co człowiek wierzy, ważne, że wierzy". Wydaje się, że Magdzie mniej więcej też o to chodziło. Oddała się swemu nowemu mężowi i ideologii, którą głosił z zaskakującym brakiem refleksji. Nie minęło wiele czasu, a była tym, kim chciała być. Blisko Hitlera, ponad wszystkim, w blasku sławnego męża i w wierze, iż nazizm to właściwa droga ku przyszłości. Prawdziwa królowa życia.

W tej biografii najtrudniejsze są momenty życia Magdy Goebbels, w których możemy być skłonni do współczucia dla niej. Tak, była w dużej mierze samotna i nieszczęśliwa. Bolały ją liczne romanse męża, a nawet pewne plany matrymonialne, jakie snuł względem czeskiej aktorki Lidy Baarowej. Była zamknięta w świecie własnych przeżyć i żyła w oddaleniu od tego, co rzeczywiste. Wolała ulec niż walczyć o siebie, ale samej siebie nie rozumiała. Czy można pochylić się nad skomplikowanym losem kobiety, która nie była zdolna do empatii? Stawiając takie pytanie, niezwykle trudno jest śledzić dzieje żony Goebbelsa tak silnie przecież sprzężone z Historią, która doświadczyła okrutnie wszystkich tylko dlatego, że strach przed fanatyzmem wygrał i pozwolił mu urzeczywistnić się w najbardziej koszmarnej formie.

Magda Goebbels to postać tragiczna, ale jednocześnie przerażająco niejednoznaczna. Nie dziwi dystans Anji Klabunde, nie dziwi fakt pisania tej biografii z dużym wewnętrznym oporem i z wieloma wątpliwościami. Ta książka niewiele może nam wyjaśnić. Bardziej zmusi do stawiania kolejnych pytań. Jest przede wszystkim pełnym grozy zapisem lat, w jakich rozwój niemieckiego nacjonalizmu szedł w parze z postępującą obojętnością na niewyobrażalne krzywdy dziejące się wokół. Magda Goebbels zabrała ze sobą swoje dzieci, bo uznała je za własność. W chwili, kiedy legł w gruzach świat złudzeń kreowany przez jej męża, nie pozostawało nic innego niż zakończyć życie. Nie było już miejsca na nową wiarę, nowe poglądy, rewidowanie przemyśleń. Zakończyło się życie pełne odosobnienia, rutyny, nudy, hipochondrycznych schorzeń i oddania roli wzorowej żony niemieckiego obywatela. Co działo się jednak w umyśle kobiety, która nie zechciała ratować swoich dzieci przez zagładą? W umyśle tej, która ku zagładzie sama dążyła i nigdy nie potrafiła szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie o to, czego sama pragnie i jak można to osiągnąć?

Mroczna, niepokojąca, szalenie trudna książka. Czyta się z przerażeniem i fascynacją jednocześnie. Ta biografia to rozpaczliwa literacka próba pojęcia sensu życia kogoś, dla kogo życie - swoje i cudze - miało tak niewielką wartość...

2014-07-01

"Kamienista ziemia" Bernhard Jaumann

Wydawca: Czarne

Data wydania: 30 czerwca 2014

Liczba stron: 304

Tłumacz: Alicja Rosenau

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Powrót do Namibii

To druga, po wydanej przed rokiem "Godzinie szakala", namibijska opowieść kryminalna Bernharda Jaumanna. Niemiecki pisarz z wnikliwością przedstawia problemy Namibii - kraju, na który składa się trawa, piasek i kamienie. Te symboliczne elementy będą ważne w drugiej opowieści o zmaganiach Clemencii Garises, bo tym razem intryga będzie się wiązać z ziemią niemieckich farmerów, którą oni sami nazwali Steinland, ale w gruncie rzeczy ta kamienista ziemia nie należy przecież do nich, choć przez stulecie i trzy pokolenia udowadniali, iż jest ich osobistą własnością, jakiej nadali tożsamość.

Jaumann wątki kryminalne i sensacyjne zręcznie łączy z socjologicznym tłem codziennego życia Namibii, po raz drugi serwując nam świetną prozę osadzoną w trudnym życiu kraju, jaki odzyskał niepodległość, ale nadal jest miejscem rasowej segregacji, biedy i bezrobocia, korupcji wraz z zacofaniem oraz wolności, z jaką wciąż trudno jest sobie poradzić. Znowu historia opowiedziana przez niemieckiego pisarza dotknie spraw wagi państwowej i ponownie z Namibią trzeba się będzie zmierzyć jak z niezrozumiałą trudnością, którą trudno zaakceptować. Takich powieści kryminalnych chciałbym czytać więcej - Jaumann błyskotliwie, rzetelnie i niezwykle sugestywnie portretuje codzienność afrykańskiego kraju, która daleka jest od naszej nie tylko w sensie geograficznym.

Opowieść rozpoczyna metafora krzyczących kamieni. Znamienne jest to, w jaki sposób autor umieszcza kamień także w zakończeniu. Między jednym a drugim obrazem - historia społecznej niesprawiedliwości, międzyludzkich krzywd i walki o ziemię, która z jednej strony jest symbolem przetrwania białych europejskich osadników, z drugiej natomiast obrazuje żal Namibijczyków zgłaszających roszczenia względem tego, co od wieków było ich własnością, a zostało po prostu zagrabione.

Steinland - farma Rodensteinów.  A może Okongava, gdzie chowano kiedyś czarnoskórych związanych z tym miejscem. Dwanaście tysięcy hektarów ziemi, z której tak niewiele można mieć, a która jednocześnie przywiązuje do siebie niemieckich osadników, potem pełnoprawnych właścicieli. Farma z kamienistej ziemi to też przestrzeń dla zmarłych. Groby przodków białych mają swoje miejsce, czarnych odsyła się; nie mogą spocząć w ziemi należącej do Rodensteinów. W niej pochowany zostanie Gregor, nad którego zwłokami stoi zrozpaczona żona w pierwszej scenie powieści. Dramat, jaki rozegrał się przed momentem, stanie się jednocześnie zagadką, bo coraz trudniej jest orzec, co właściwie spowodowało śmierć Gregora Rodensteina. Grupa czarnych tsotsi przybyła na farmę w celach rabunkowych. Zostali osaczeni przez białych farmerów, doszło do strzelaniny, zginął właściciel, jego syn został uprowadzony. Co naprawdę się wydarzyło? Kto odpowiada za obecność czarnoskórych w miejscu, gdzie nie powinno ich być? Dlaczego biali znaleźli się w jednym miejscu i o jednym czasie? Czy tylko ich solidarność wpłynęła na to, że przyłapali rabusiów na gorącym uczynku? Sprawa zacznie się komplikować coraz bardziej, a dla samej Clemecii Garises stanie dodatkowo problematyczna. Co zrobi namibijska policjantka w momencie, kiedy Elsa Rodenstein wskaże jej brata Melvina jako mordercę swojego męża?

Sylwetkę Garises nakreśliła wyraźnie "Godzina szakala", tutaj mamy tylko pewne uzupełnienia. Z dużym poczuciem humoru Jaumann portretuje ekscentryczne ciotki bohaterki, ale tym razem - choć intryga kryminalna powiązana jest z bratem Clemencii - narracja nie skupia się na silnych więziach rodzinnych tych, którzy w biednej Katuturze codziennie walczą o przetrwanie. Nie, w kręgu autorskiego zainteresowania znajdzie się namibijska nierówność społeczna, której egzemplifikacją jest afera wywłaszczeniowa - państwo zdecydowanie chce odebrać białym rolnikom ziemie i rozdzielać je między tych, do których przodków kiedyś należała. Grupa czarnoskórych tsotsi wydaje się wykonywać jakieś zlecenie. Nie chodzi o rabunek. Coraz wyraźniej nakreśla się intryga, której celem jest zdobycie ziem białych i udowodnienie im, że ich determinacja w walce o farmy jedynie podsyca rosnący niepokój uwidoczniony podczas demonstracji ulicznych, jakie obserwuje także Clemencia Garises pragnąca udowodnić niewinność brata.

"Kamienista ziemia" obrazuje wyraźny podział, którego nie zmienia upływ czasu. Czarni i biali w Namibii tworzą swoje własne światy. Świat czarnych jest przestrzenią, w której townshipy tworzą smutną architekturę życia na krawędzi. Takiego, w którym prawo miesza się z bezprawiem, a obecność śmierci wciąż jest odczuwana. Biali to właściciele majątków, których bronić będą z determinacją. Gdzieś pomiędzy kolorami skóry i mentalnościami chce znaleźć się Claus Tiedke, niemiecki dziennikarz i bliski przyjaciel Clemencii, który podejmuje ryzykowną decyzję o zamieszkaniu w Katuturze, świecie czarnych, zamkniętej przestrzeni dla białych. Jakie konsekwencje będzie mieć jego decyzja? Wspomniany podział obserwujemy także pośród policjantów. Czarnoskóra Clemencia wciąż jest na cenzurowanym u swego białego partnera, inspektora Robinsona. Ów przekonany jest o tym, iż pozycja Clemencii wynika tylko z działań opartych na politycznej poprawności. Clemencia musi być czujna. Nie tylko dlatego, że jako czarna osiągnęła w tym kraju zbyt wiele. Czyha na nią niebezpieczeństwo w najbliższym otoczeniu, z którego nie zdaje sobie sprawy...

Jaumann snuje wartką opowieść o konfliktach, jakich nie da się załagodzić. Opowiada o kraju, który - poza stołecznym Widhukiem - składa się z traw, piasku i kamieni; na tym i tylko na tym można budować namiastkę stabilnego życia. Takiego, którego nie doświadcza połowa mieszkańców Namibii bez pracy i bez perspektyw, codziennie mierząca się z głodem. Jak poradzą sobie namibijscy policjanci z intrygą o wadze państwowej, skoro ich możliwości są ograniczone, w komendach brakuje nawet materiałów biurowych, a społeczeństwo nie ufa policji, bo może być skorumpowana jak prawie wszystko wokół? Clemencia Garises to bardzo wyraźna postać, uwiarygodniona tutaj dodatkowo przez fakt, iż starając się ochronić brata, mimo wszystko dąży do prawdy i konsekwentnie osiąga kolejne cele, choć jej bezradność w kilku miejscach jest symbolem namibijskiej bezradności tak w ogóle.

Autor "Godziny szakala" w tej książce ponownie udowadnia silne zaangażowanie w problemy kraju, w którym o wszystko trzeba walczyć, wszystko zdobywać i najtrudniej tu o prawdę, uczciwość i ludzką życzliwość. One bowiem lokują się w dwóch nieprzystających do siebie światach. Świecie czarnych i białych, odległych i jednocześnie zmuszonych do trwania obok siebie. "Kamienista ziemia" opowie o trudach przenikania tych dwóch światów i zręcznie poprowadzi nas przez szereg spektakularnych zdarzeń, dzięki którym czyta się Jaumanna z rosnącą ciekawością i bez poczucia, iż poznajemy kolejną typową powieść kryminalną.

2014-06-29

"Dom wzajemnych rozkoszy" Hanna Samson

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 18 czerwca 2014

Liczba stron: 216

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Seksualność obnażona

Skoro pisarka jest jednocześnie terapeutką, jej książka staje się narzędziem symulacji terapeutycznego procesu, który zmusi nas do zrewidowania swoich poglądów, skłonności, przeżyć czy zachowań. "Dom wzajemnych rozkoszy" w zaskakująco wieloznaczny sposób rozprawia się z naszymi "kosmatymi" myślami, ukrytymi pragnieniami i potrzebami, z jakich nie zdajemy sobie sprawy, kiedy nie doświadczymy ich osobiście. Książka terapeutyczna w trudny sposób!

Nowa rzecz Hanny Samson bezpardonowo atakuje medialną pogoń za sensacją i obnaża wstydliwy voyeryzm, jaki spełnienie znalazł w całym szeregu programów typu "reality show", do których przyklejeni, podglądamy wszystko to, o czym nie sposób mówić otwarcie. Rozprawia o seksualności, fantazjach skrytych pośród kompleksów i o erotycznej więzi międzypokoleniowej; o grzechach matek przechodzących na córki oraz o mężczyznach-zdobywcach, którzy marzą o odmianie, gdy każe im się gasić światło i być kochankami tak niedoskonałymi jak niedoskonałe jest nasze życie seksualne atakowane przez rutynę wraz z brakiem odwagi w byciu sobą nagim naprawdę. Autorka "Życia po mężczyźnie" pozornie eksponuje wulgarną część tej sfery życia, której przeżywanie w sposób intymny rzadko niesie spełnienie. Opowiada o tym, jak odkrywa się swoje ciało, o bardzo osobistym procesie akceptacji własnych pragnień seksualnych i o mechanizmach, które odsłaniają intymność, czyniąc z niej produkt masowej konsumpcji.

Co poza tym? Lekkie szyderstwo z pisarstwa kryminalnego, bo jest tu przecież morderstwo (nawet niejedno), które trzeba nie tyle wyjaśniać, co przede wszystkim tuszować, gdyż zaburza proces karmienia mas specyficzną jakością, o jakiej stało się głośno za sprawą pierwszej edycji takiego programu jak "Big Brother". Policjant Samson także uwikłany jest w seksualność, bo to o niej jest w dużej mierze ta książka. Poczciwy inspektor Malicki zmuszany jest przez żonę, by gasić światło podczas stosunku, a to studzi w nim namiętność i biedak spełnienia szuka w romansach. Tak jak wszyscy poszukujący bohaterowie programu, którego twórcy wyszli z prostego założenia: "(...) skoro miliony Polaków oglądają pornografię, a drugie tyle się do tego nie przyznaje, to przestańmy owijać penisa w bawełnę i wyjdźmy śmiało naprzeciw oglądalności". Hanna Samson z równie wielką śmiałością podnosi ars amandi do rangi procesu twórczego; nie tyle w ujęciach kamer, które śledzą twarze opowiadających o seksie uczestników dennego programu, co w emocjonalnych opowieściach. Autorka pokazuje zaskakująco wyrazisty kontrast między tym, co chcemy wiedzieć o seksie i w nim widzieć a kwestią seksualnego spełnienia, które przychodzi na różnym etapie życia, a czasami nie przychodzi wcale, bo nie dajemy sobie prawa do tego, by spełnić się seksualnie; odkryć własne pragnienia, dać im upust i zrealizować wszystkie te śmiałe plany, które trywializuje i upokarza pornografia. W końcu nie o patrzenie chodzi, ale o to, by wziąć udział w erotycznym spełnieniu. Wszyscy zamknięci w ciasnej przestrzeni ludzie starają się opowiedzieć o swoim poznawaniu ciała i jego potrzeb. Ma z tego wyjść sprośne show telewizyjne, które ściągnie miliony głodnych tematu. Formuła programu chwieje się i zmierza ku katastrofie. Pierwsza zamordowana uczestniczka będzie intrygować. Ale czy to w stronę kryminalnej powiastki erotycznej idzie Hanna Samson?

To ma być współczesna wersja "Dekamerona". Dziesięciu uczestników, dziesięć dni. Opowieści, które mają połączyć siedem kobiet i trzech mężczyzn. Nie pozwalają im uciekać od zarazy, ale przede wszystkim zbliżyć się do samych siebie. Mówiący sami decydują, ile zdradzą i na jakim etapie zakończą swoje historie. Opowiadanie ma znaczenie symboliczne, bo jest formą terapii i odkrycia przed sobą tej części swojego życiorysu, w której pęknięcia nie pozwoliły na to, by osiągnąć szczęście. Seksualne przede wszystkim, ale nie można banalizować problematyki tej powieści. Panoramy polskich lęków, psychoz, kompleksów, żalów, zazdrości i bezradności. Nikomu nie udaje się od tego uciec. Producenci programu zamknęli w tytułowym domu między innymi korporacyjną władczynię, świeżo upieczoną bezrobotną po studiach, niepoprawnego romantyka, emerytowaną nauczycielkę czy młodziutką uczennicę, która bez pruderii publikuje w internecie rozbierane filmy. Największym zainteresowaniem widzów zaczyna cieszyć się wspomniana nauczycielka. Opowiada o śmiałych próbach rozpoczynania życia na nowo wtedy, gdy - w mniemaniu innych - należałoby myśleć o miejscu na cmentarzu i tym, co napiszą na nagrobku. Zofia nie tylko odnajduje sposób na to, by zacząć żyć inaczej. Ona jedyna opowiada o seksualnej wolności wynikłej z faktu odnalezienia się w swoim ciele i ze swoimi odczuciami. O ile większość uczestników programu prowadzonego przez enigmatycznego MacPenisa i MacCipkę traktuje seks instrumentalnie, o tyle Zofia chce nadać swoim opowieściom znamion delikatności. Formuła programu telewizyjnego ma upubliczniać intymne doświadczenia. Pośród niespełnionych kochanek i kochanków pozornie zagubiona w świecie Zofia opisuje to, jak zrealizowała własne skryte fantazje i poznała swoje ciało w sposób, w jaki niekoniecznie przystaje do epatującego wulgarną seksualnością show.

Można zastanawiać się nad tym, ile w tym wyimaginowanym przez Samson programie jest naszych skrytych frustracji, które każą patrzeć, oceniać, komentować i szukać sensacji. Sensacyjne okazują się nie zwierzenia uczestników show, lecz trupy, jakie zaburzają rytm programu, a w efekcie prowadzą do zaskakującego finału, którego naprawdę nie sposób będzie się domyślać. Hanna Samson oddaje rytm miłosnych spełnień i kakofonię mediów odzierających z prywatności wszystko, co daje się z niej odrzeć. Prowokuje, chwilami śmieszy, w głównej mierze jednak zaskakuje dość prostą konstrukcją fabularną, w jakiej najważniejsze są niedopowiedzenia i niedosyt - tych, co słuchają niedokończonych opowieści, ale także tych, którzy wpatrują się w szklany ekran bez żadnej satysfakcji. Zniewoleni sami w sobie, smutni i zrozpaczeni, grający role i udający przed światem - bohaterowie "Domu wzajemnych rozkoszy" byliby w stanie dać sobie wiele wsparcia. Ich sytuacja - jako żywo przypominająca spotkania terapii grupowej - jest jednak odarta z tego wszystkiego, co próbuje się zachować w sobie mimo przykrości, frustracji, lęku i poczucia, że warte jest w życiu tylko to, co można sprzedać. Nie ma w niej miejsca na szczerość i empatię. A Samson uśmiecha się pod nosem, puszcza do nas oko i okrada tę spektakularną opowieść z ludzkiej intymności, która buduje tożsamość. Jest to bowiem historia o tym, w jaki sposób kształtujemy siebie, wychodząc naprzeciw swoim potrzebom - także, ale nie tylko seksualnym.

2014-06-25

"Historia kuchni" Reay Tannahill

Wydawca: Aletheia

Data wydania: 22 maja 2014

Liczba stron: 478

Tłumacz: Anna Kunicka

Oprawa: miękka

Cena det: 68 zł

Tytuł recenzji: Wieki jedzenia

Rzadko trafiam na książki napisane z prawdziwą pasją badacza. "Historia kuchni" nieżyjącej już Reay Tannahill jest właśnie jedną z takich. Niezwykła jest wrażliwość i drobiazgowość szkockiej autorki, której książka po pierwszym wydaniu w 1973 roku doczekała się dwóch wznowień z uzupełnieniami - w 1988 i 2002 roku. To efekt aż siedmiu lat pracy. Tannahill wnikliwie przeanalizowała to, w jaki sposób żywność, nawyki żywieniowe, kultura kuchni i jej związki z cywilizacją kształtowały smaki, gusta oraz tendencje, dzięki którym jedzenie stało się tak wyraźnie sprzężone między innymi z religiami, rozwojem technologii, a także ze zróżnicowaniem stosunków międzyludzkich.

Autorka sama podkreśla na wstępie, że nie jest to książka kucharska, lecz przede wszystkim historyczna. Wyraźny rys socjologiczny i antropologiczny zaznacza się w publikacji, która bada, co i w jaki sposób jedliśmy na przestrzeni pół miliona lat oraz zmiany zachodzące wraz ze zmiennymi nawykami żywieniowymi ludzkości. "Historia kuchni" to przekrój przez okres od momentu prehistorycznych polowań i pierwszych prób gotowania żywności za pomocą ziemnych dołów zalewanych wodą, do której wrzucano gorące kamienie po czas, kiedy możemy delektować się specyfikami tysięcy regionalnych kuchni w świecie, gdzie coraz więcej jest przekarmionych i głodujących jednocześnie...

Reay Tannahill stara się wskazywać te momenty w dziejach ludzkości, kiedy odżywianie nabierało nowego wymiaru; stawało się częścią obyczajowości, wzbogacało i było efektem świadomych ludzkich wyborów poprzedzonych latami odkrywania - świata, siebie, swoich kubków smakowych i możliwości, jakie daje natura, by wyżywić nas z fantazją, której zazdrościć mogłyby kolejne pokolenia, każde kolejnemu. Z uwagą i wnikliwością prowadzi nas przez dzieje cywilizacji, które każdy z nas zna, ale poznaje teraz z nieco innej perspektywy. Wstępna teza tej książki jest bowiem wyrazista i broni się w każdym kolejnym rozdziale. "Bez żywności nie byłoby ani gatunku ludzkiego, ani historii". Tannahill wskazuje te momenty historyczne, gdzie zmieniały się sposoby, nawyki i możliwości odżywania. Pokazuje, jak ludzkość wędrowała w poszukiwaniu żywności i jak też z nią osiadła, modyfikując i modernizując sposoby wykorzystania dóbr natury, która przez wiele wieków kryła wciąż nowe tajemnice wzbogacające smaki i kulturę jedzenia.

Imponujące są zestawy menu z różnych epok, którymi autorka ubarwia swoje rozważania. Dodajmy do tego przepisy, o jakich trudno zapomnieć oraz fantazję wnioskowania, bo "Historia kuchni" zawiera fakty oraz ich specyficzną interpretację. Reay Tannahill stara się być lojalna wobec czasów, które opisuje - każdy jednocześnie traktuje z dystansem, zwracając się ku niuansom z charakterystycznym dla niej poczuciem humoru. W wędrówce przez wieki światowej historii żywności trafiamy na fakty, które nie są powszechnie znane. Co i w jaki sposób jedli starożytni Egipcjanie? Do czego prowadziły kulturowe reżimy żywieniowe? Dlaczego Chińczycy nie piją mleka? Jaki smak miało pierwsze wino? Co było pierwowzorem talerza i jakie zasady dobrego zachowania kształtowały biesiady oraz uczty, które w starożytnym Rzymie zamieniały proces jedzenia w czynność wręcz polityczną? Najwięcej ciekawostek kryje się we wczesnej historii. Ta z okresu średniowiecza zbadana jest przez autorkę chyba najgruntowniej. Widać też, że Tannahill chwilami sugeruje nam, co zrobić z faktami, jakie przytacza. Wskazuje na rozwój w ciągłości i kieruje się standardami porównawczymi, czyli czymś, czego brakowało jeszcze do połowy XIX wieku, kiedy to z powodu niewielkich możliwości przemieszczania się ludzie nie znali niczego więcej poza swymi rodzimymi kuchniami.

Kultura jedzenia i picia zakorzeniona była silnie w wewnętrznych przekonaniach człowieka doświadczonego tylko przez to, co sam przeżył. Zdobywanie żywności było innym procesem niż staranie się o to, jak ją wykorzystać, przyrządzić czy podać. Wszystko jednak związane jest z nierównomiernym rozwojem cywilizacji na kontynentach, ale przede wszystkim z ochotą ku eksperymentowaniu lub też jej brakiem. Wiele oczywistych dla nas dzisiaj produktów to efekt zetknięcia z czymś niezwykłym, co wykorzystano intuicyjnie. Dużo potraw to wynik skomplikowanej metamorfozy produktów spożywanych kiedyś inaczej i w różnorodnych mieszaninach. Tannahill z pasją badacza śledzi procesy, w których użytkowanie coraz to nowych dóbr kulinarnych budowało jednocześnie silniejsze struktury społeczne; nieprzypadkowo bowiem wspólne biesiadowanie zbliża już od wieków, wspólne odkrywanie smaków i zapachów także bywa czynnikiem integrującym oraz powoduje, że wokół danego produktu i sposobu jego przyrządzania gromadzi się taka, a nie inna społeczność.

"Historia kuchni" jest niezwykłą wyprawą w czasie. Od momentu, kiedy żywność służyła tylko zaspokojeniu głodu po czas, gdzie sztuka kulinarna stała się elementem kultury, w jakiej odnajdujemy się często przez to, co i w jaki sposób jemy. Reay Tannahill kończy rozważania na czasie, w którym - jak wiele innych rzeczy - żywność poddajemy modyfikacji i zapominamy, skąd wzięły się smaki, jakich już nawet nie możemy rozpoznawać. Widzimy, jak wiele zmieniło się przez wieki i wędrujemy we wszystkie możliwe miejsca - od północy Europy po Nową Zelandię - by znaleźć praźródła tych elementów kuchni, które z trudem identyfikujemy, choć jesteśmy z nimi zżyci. Ta książka to nie tylko barwna i pasjonująca wędrówka po świecie zdobywającym i konsumującym pożywienie. To opowieść o aromatach, których zmysłowość oddać mogą tylko barwne opowieści. O czasach, w jakich smaki pojawiały się po raz pierwszy. O odkryciach, które nie są monumentalne, ale w znacznym stopniu wpłynęły na to, co jemy i skąd to bierzemy. Osobiście z największym natężeniem uwagi czytałem o wczesnośredniowiecznych kulinariach azjatyckich, którym Tannahill nieprzypadkowo poświęca dość dużo uwagi. Tam tych odkryć było najwięcej. Jest to jednak publikacja, w której można się odnaleźć na wiele sposobów. Różnorodnie można też ją odczytywać. To książka-wyzwanie i opowieść o historii, której dzieje nigdy jeszcze nie jawiły nam się tak smakowicie.

2014-06-22

"Pięć okien z widokiem na Szanghaj" Tash Aw

Wydawca: MUZA

Data wydania: 18 czerwca 2014

Liczba stron: 510

Tłumacz: Jan Dzierzgowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,99 zł

Tytuł recenzji: W wielkim mieście...

Imponujący Szanghaj jest głównym bohaterem tej książki. Niemym, ale jednocześnie mówiącym o sobie wszystko ustami tych, którzy przybywają doń, wierząc w osiągnięcie sukcesu na miarę miasta będącego wizytówką nowoczesnych Chin. Tash Aw skreślił panoramiczną historię obyczajową, której nadał symbolicznego znaczenia o tyle, że opowiada o zdobywaniu wielkiego miasta przez biednych ludzi z prowincji, jakie ma miejsce na całym świecie i odbywa się bardzo podobnie. Jest jednak powieść Awa zdecydowanie zakotwiczona w chińskiej kulturze i życiu społecznym. Szanghaj - wizytówka kraju, który nie zazdrości Zachodowi i który sam wyznacza własne wzorce doskonałego życia. Takiego, którego nie doświadczyli wszyscy ci, co z nadzieją i przede wszystkim z naiwnością wkraczają do nowoczesnej metropolii wierząc, iż znajdzie się w niej dla nich miejsce.

"Pięć okien z widokiem na Szanghaj" to nie tylko historia ludzi, którzy żyjąc wedle podręcznikowych porad, wykuwają swój sukces i przeżywają gorycz porażek. To przede wszystkim opowieść o tych, co pędzą bezwzględnie w stronę przyszłości, wciąż jednak fatalnie zanurzeni w czasie minionym, jaki odciska na ich duszach znamiona na całe życie. Bezradni, zagubieni, walczący, hardzi. Uparci, zdeterminowani, nastawieni na sukcesy i ufni w siłę swoich możliwości, jakich nie dała im malezyjska prowincja. Sprytni, zrozpaczeni, mściwi i samotni. Tash Aw zbliża nas do tych, którzy nikomu nie pozwalają na to, by zajrzeć w ich zagubione dusze. Wyraziści i ciekawi, choć irytujący chwilami i zaskakująco lekkomyślni. Przeglądający się w innych, ale sami dla siebie niewyraźni. Kwestionujący swą tożsamość i usiłujący tworzyć nową. Bohaterowie książki, która opowiada o chińskim oknie na cywilizowany świat - tyleż pasjonującym, co przede wszystkim bezwzględnym.

Phoebe Chen Aiping wie, czego chce. Przede wszystkim zerwania z malezyjską prowincją. Skoro przypadkiem znalazła się w Chinach, za cel obiera sobie Szanghaj, bo tam można osiągnąć wszystko. Marzenia mieszają się z lękami, gdy Phoebe ryzykuje wiele, aby zdobyć pozycję. Być kimś. Przecież jest lepsza niż inne, może więcej i wielkie miasto doceni jej przedsiębiorczość. Phoebe będzie gotowa przybrać inną tożsamość, by uszczknąć odrobinę szanghajskiego szczęścia. Nie zdaje sobie sprawy, że jej poświęcenie przyniesie przede wszystkim gorycz, ale nie dlatego, iż nie osiągnie swoich wielkich celów... Bohaterka znajduje pracę w spa Yinghui Leong. To tylko jeden z zakładów pod jej pieczą. Szanghajska bizneswoman doskonale radzi sobie w kryzysie, ale nie wystarczają jej ekskluzywne butiki, sklepy z odzieżą czy linia kosmetyków. Yinghui, która boryka się z problemem stylu, podejmuje ryzyko inwestycji pod wpływem uroczego Waltera Chao. Jej zaplanowane co do minuty życie, którego jedynym celem jest praca, zacznie się zmieniać w sposób, jakiego Yinghui nie przewiduje. Wszystko ma za to zaplanowane Walter. Enigmatyczny bogacz-filantrop. Autor poradników o tym, jak osiągnąć sukces. W relacjach z kobietami wycofany. Jednocześnie emanujący pewnością siebie. I mściwością, bo Walter Chao ma za co i na kim się mścić... Niczego natomiast od życia nie oczekuje już Justin Lim. Do niedawna zajmował się świetnie prosperującym biznesem rodzinnym. Po bankructwie firmy nareszcie czuje się wolny; od zobowiązań względem rodziny i od udawania tego, kim nie jest. Trudno jednak Justinowi zrozumieć, jaki jest tak naprawdę. Izoluje się od świata podobnie jak Gary Gao. Niegdyś znany piosenkarz, dzisiaj upadła gwiazda, która nie radzi sobie z emocjami. Wcześnie osierocony i doświadczony przez los, dopiero po okresie medialnego szaleństwa na jego punkcie, odkrywa prawdziwą pustkę, którą chce zapełnić inaczej niż poprzez picie czy oglądanie zakazanych w Chinach stron pornograficznych...

Dosyć szybko zorientujemy się w zależnościach między niektórymi bohaterami. Przeszłość mają podobną, choć w gruncie rzeczy każde z nich inaczej starało się dokonać zmian w życiu. Łączy ich świadomość, że życie w Szanghaju to desperacka próba wymazania z pamięci upokorzeń sprzed lat. Zagubieni w wielkim mieście radzą sobie z jego bezwzględnością na różne sposoby. Walter niczego się nie boi. Justin i Gary dają się pokonać, grzęznąc w poczuciu bezsensu i pustki. Kobiety, czyli Phoebe i Yinghui, walczą i nie poddają się. Każde z nich wydaje się osobną jednostką, ale jednocześnie boleśnie mocno zakotwiczeni są w innych. Poznajemy ich oczekiwania i przewidywania względem ludzi, jacy staną na ich drogach. Co pomyślą? Jak ich odbiorą? Jak zareagują na szczerość i czy w relacjach z innymi w ogóle warto być szczerym?

Tash Aw opowiada o życiu w swoistej pułapce, w jaką wpędza się, wybierając to, a nie inne miejsce. Szanghaj jest wyzwaniem. "Miasto czeka, by przekonać się, jak daleko się posuniesz, by zdobyć to, czego chcesz, i jak długo jesteś gotów czekać". Nie ma litości dla przegranych. Jest fascynujący, ale bardzo groźny. Stwarza wiele możliwości, lecz potrafi też na wiele sposobów pogrążyć. Ta książka ukazuje nam chińską mentalność nastawioną na zysk, sukces i piękno zdobywane za wszelką cenę. Ludzi wpatrzeni w blackberry, zapracowani, żyjący dniem jutrzejszym i odrzucający egzystencjalną zadumę (znamienna scena wymiany opinii na temat Sartre'a, którego czyta jedna z bohaterek). To żyjące ślady Szanghaju na jego ulicach. To niespełnione w marzeniach i planach samotne atomy, które już dawno zapomniały, czym jest bliskość, bo trzeba się jej wyrzec, Szanghaj jej nie znosi. Współczucie? Owszem, można podesłać większą sumkę na ofiary trzęsienia ziemi w Syczuanie, ale w stosunku do równych sobie współczucia nie ma, bo nie będzie partnerskiego układu, w którym zawsze chodzi o to, by coś zdobyć.

Powieść Awa to także zbiór mniej lub bardziej dydaktycznych sentencji o tym, czym są współczesne Chiny.  Jedna z nich, warta przytoczenia, brzmi następująco: "W tym kraju nieprawdopodobne miało tendencje do stawania się rzeczywistością. Trzeba więc uwierzyć w niewiarygodne". Piątka bohaterów książki przez pewien okres swojego życia jest przekonana o tym, iż właśnie przekracza granice niemożliwego. Każde z nich za złudzenia zapłaci swoją cenę, ale najciekawsze jest to, w jaki sposób Tash Aw ukazuje proces mistyfikowania rzeczywistości. Tytuły rozdziałów to imperatywy, jakie przyświecają zagubionym w swych dążeniach ludziom, co chcieliby mieć kogoś obok siebie, ale w gruncie rzeczy piekielnie się tego boją. Boją się, gdyż sami muszą uwierzyć w kłamstwa, by poddać się iluzji szczęśliwego życia. Można być bowiem w Szanghaju pięknym i bogatym, ale niewielu jest w stanie odnaleźć zadowolenie z życia. Ceną za unikanie bezwzględnego pędu ku sukcesowi może być różowa piżama Hello Kitty i depresja w maleńkiej kawalerce, ale moim zdaniem bohaterka, którą określa powyższe, wzbudza największą sympatię czytelnika.

"Pięć okien na Szanghaj" - opowieść o nadziejach i determinacji, o bolesnych rozczarowaniach i o tym, jak bardzo kryjemy się przed światem zawsze wtedy, gdy chcemy go naprawdę zdobyć.


PATRONAT MEDIALNY

2014-06-19

"Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak" Jacek Hugo-Bader

Wydawca: Znak

Data wydania: 21 maja 2014

Liczba stron: 332

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł 

Tytuł recenzji: Wokół himalaizmu

5 marca 2013 roku grupa polskich himalaistów zdobyła szczyt Broad Peak w Karakorum. Trzech młodych wspinaczy i jeden starszy, doświadczony. Mieli wspinać się we czwórkę, podzielili się na dwie grupy. Adam Bielecki i Artur Małek sięgnęli szczytu wcześniej i zaczęli schodzić. Tomasz Kowalski i będący w wieku jego ojca Maciej Berbeka zdecydowali, iż mimo złych warunków i utraty sił, wejdą na Broad Peak. Dwaj pierwsi wrócili z wyprawy żywi. Dwaj pozostali zginęli. Śledząca wydarzenie polska opinia publiczna dość szybko z pierwszych zrobiła egoistów, którzy nie pomagali kolegom, a drugich uczyniła bohaterami mimo faktu, że szarżowali w walce z własnymi słabościami, by jednak zdobyć górę.

Jacek Hugo-Bader postanawia udać się w okolice Broad Peak z wyprawą, która rusza w czerwcu minionego roku. Dowodzący nią Jacek Berbeka chce znaleźć i pochować ciała nieżyjących. Znany reportażysta rusza do groźnej dla zdrowia i życia krainy ośmiotysięczników, by pisać o zmaganiach specyficznej brygady - himalajskich grabarzy. Opisując wyprawę, chce jednocześnie nakręcić film. Pierwszy, ważny dla niego, uzupełniający tekst, jaki cały czas powstaje. Tekst składający się na książkę, która powstała z niezbyt czytelnych dla mnie motywacji. Dlaczego Hugo-Bader był tak zdeterminowany, by znaleźć się w ekipie zdystansowanego do niego od samego początku Berbeki? Co nim kierowało, by udać się w podróż zupełnie przecież inną od dotychczasowych i z ludźmi, którzy przez dłuższy czas traktowali go niczym piąte koło u wozu? Czytam tę książkę, myślę o tym i nie jestem w stanie zrozumieć.

Powstał dobry reportaż. Ściga się o uwagę czytelników z "Broad Peak. Niebo i piekło" Dobrocha oraz Wilczyńskiego z "Tygodnika Powszechnego" i pewnie wygrywa, bo Znak ma potężną siłę promocji, Wydawnictwo Poznańskie nie aż taką. Mam dodatkowo wrażenie, że to, co w nim ciekawsze, rozgrywa się blisko poziomu morza, a nie w Karakorum. Są to przeprowadzone przed i po wyprawie rozmowy - z ocalałymi himalaistami, bliskimi zmarłych oraz z wszystkimi, którzy byli i są blisko ekstremalnych wypraw "na limesie ludzkiej wytrzymałości", bo jest to ich celem, wyzwaniem, drogą i filozofią życia.

Być może nad motywacjami autora, a nie kosztami finansowania wyprawy zastanawiały się dwa wspomniane przez Hugo-Badera wydawnictwa, które nie podjęły się wsparcia dla tej publikacji. "Długi film o miłości" to bowiem historia wędrówki dość statycznej, gdzie niewiele się dzieje, oszczędnie też wyrażają się współtowarzysze reportażysty, a najwięcej mogą powiedzieć nieme góry będące świadkami zmagań Jacka Berbeka i Jacka Jawienia, którzy grzebią znalezione ciało Kowalskiego oraz muszą pogodzić się z tym, że do zmarłego Macieja Berbeki dotrzeć się nie uda. To też podróż, w której Hugo-Bader musi odnaleźć wewnętrzną harmonię w rozbiciu, rozedrganiu jakimś; pośród przeczuć, odruchów i intuicji badacza, jakie każą mu pisać o wyprawie do miejsca, gdzie sam pewnie by się nie wybrał. Z wahaniem, ale przyznaje się. "(...) Broad Peak nie jest przesadnie urodziwy ani nawet fotogeniczny: wielgachna, zwalista i ponura kopuła skalno-lodowa". Nie jest dla mnie wiarygodny jako opowiadacz o przygodzie w himalajskich warunkach, gdzie o życie walczy się na kilka różnych sposobów i gdzie ekstremalne warunki wspinaczki na ośmiotysięcznik obrazowo przyrównane zostają do trzech maratonów z rzędu, a i to w dużym uproszczeniu. Co mnie to tej książki przekonuje? Pasja zadawania pytań i bliskość względem ludzi, którzy po wydarzeniach z marca 2013 roku muszą na wiele różnych sposobów radzić sobie z bolesnymi aspektami tego słodko-gorzkiego zwycięstwa polskich himalaistów.

To głównie na Adama Bieleckiego spada odium polskiej opinii publicznej, która dokonała dość prostego rozróżnienia, o jakim wspomniałem na wstępie. Hugo-Bader słucha go uważnie, himalaista ma wiele do powiedzenia w przeciwieństwie do jego kolegi Artura Małka, który medialną burzę po wyprawie chciał przeczekać w milczeniu. Bielecki na wstępie książki wnioskuje: "Myślę, że w niechlubny sposób nawiązaliśmy do polskiej tradycji szaleńczego ataku za wszelką cenę". On był tym silniejszym, bardziej sprawnym, szybciej wspinającym się. Schodził ze szczytu, gdy Kowalski i Berbeka mozolnie się ku niemu pięli. Zarzuca się mu brak solidarności z pozostałymi członkami wyprawy. Anna Czerwińska nazywa to nawet utratą "braterstwa liny". Bielecki staje w krzyżowym ogniu pytań, ale i niechęci wyrażanej nie wprost. Hugo-Bader bezlitośnie cytuje wypowiedzi, od jakich kipiał internet i w których krok po kroku oceniane są działania polskich himalaistów. Bieleckiego przede wszystkim, bo to ten, co rzekomo nie pomógł z pełną świadomością, iż dba o własny interes. Rozmawia chętnie, mówi dużo, wyjaśnia może nawet zbyt wiele, ale przede wszystkim mówi o własnym rozgoryczeniu. O tym, co mu odebrano - o możliwości prawdziwego przeżycia żałoby po zmarłych towarzyszach wyprawy. Ci nieżyjący ukazani są w rozmowach Hugo-Badera na tyle niejednoznacznie, że ta książka stawia w gruncie rzeczy więcej znaków zapytania niż można by przewidywać, śledząc los dołączonego z własnej woli reportera, który zmaga się na wyprawie z samym sobą, ale także z gwałtownym, surowym i trudnym człowiekiem, jakim jest Jacek Berbeka wciąż spoglądający na niego spode łba.

Ta opowieść nie może się zdecydować na to, jaka ma być. Słodko-gorzka jak wyprawa himalaistów? Sumiennie bezstronna i wnikliwie zaangażowana w opinie, sądy, rozmowy i wyznania tych wszystkich, którzy zostali naznaczeni przez Broad Peak znacznie silniej niż by chcieli? Oscylująca między surowością relacji o różnych rodzajach śmierci na wysokości a czułością, jaką zdradzają dołączone do tekstu zdjęcia? "Długi film o miłości" wzbudzić może wiele emocji, ale wydaje mi się, iż jest to rzecz warta uwagi. Hugo-Bader podejmuje się ryzykownej wyprawy z człowiekiem, jaki w najmniejszym nawet stopniu nie zamierza dbać o tego, który z uporem maniaka chciał dołączyć w celu nie do końca zrozumiałym przez Berbekę i być może teraz przez czytelników. Książka ma być dedykowana między innymi tym, którzy stracili życie, zdobywając ośmiotysięczniki. Ma być pokłonem i wyrażeniem hołdu dla miejsca, które przeraża i fascynuje oraz dla ludzi, jacy podejmują nieopisany trud zmagania się z dzikością natury i swym własnym sercem, które wciąż rwie gdzieś do przodu, niejednokrotnie zapominając o zdrowym rozsądku. Jest to przede wszystkim książka o podejmowaniu ryzyka, o widzeniu świata z innej perspektywy i o polskiej małości, która zawsze gna ku krytyce i zawiści, a nie ku pochwałom i dumie. Rzecz zapadająca w pamięć, ale wieloznaczna. Trudna. Wymagająca. Jak cała wyprawa - ta z marca zakończona śmiercią i ta czerwcowa z rozczarowaniem po tym, iż pochować można było tylko jedno ciało...