2025-03-12

„Złodziejka matek” Magdalena Genow

 

Wydawca: Biuro Literackie


Data wydania: 10 marca 2025

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Poszukiwania siebie

 

Magdalena Genow swoją książką zbliżoną objętościowo do znakomitego „Bezmatka” Miry Marcinów mogłaby znakomicie uzupełnić jego leitmotiv „matki nie odchodzą” – i robi to, nadając temu zwrotowi zupełnie nowe znaczenie. Nie dlatego, że to zupełnie inna opowieść, bo nie jest konfesyjną historią żałoby jak u Marcinów. Także nie dlatego, że Genow jako kolejna polska pisarka udowodni, iż motyw macierzyństwa jest nadal w literaturze kopalnią, w której odkryć można następne literackie skarby. Dlaczego? „Złodziejka matek” – krótka i niesamowicie sugestywna książka – zaprezentuje w nieoczywisty sposób to macierzyństwo. Głównie dzięki interesującej polaryzacji pokazującej, że bycie matką to zazwyczaj kwestia wyboru, jednak bycie córką już nim nie jest. I ma to swoje zasadnicze egzystencjalne konsekwencje. Myślę, że o fantazjach na ich temat w dużej mierze jest ta powieść.

Dlatego użyłem określenia „kolejna pisarka”, gdyż portretując skomplikowane więzi między matką a córką, Genow eksperymentuje także formalnie, jak zrobiła to w wydanym przed dekadą „Otolicie” Katarzyna Gondek. Tam mieliśmy do czynienia z czymś, co nazwałem „figurą Matki”, tutaj rodzicielka będzie punktem wyjścia opowieści egzystencjalnej o tym, jak rozpaczliwie i jak kompulsywnie córka, której matka na różne sposoby była nieobecna, staje się kobietą świadomą macierzyństwa dopiero wówczas, gdy doświadczy własnego, konfrontując je ze wspomnieniami.

Matka Emmy była artystką. Miała też tak zwane żółte papiery. W sugestywnym wstępie czytamy, jak nazywa córkę neologizmem, jak przekazuje jej zasadniczą mądrość życiową, a potem jak oddala się od niej, chociaż to specyficzny rodzaj oddalenia. Bo Emma ma w gruncie rzeczy podobną wrażliwość, nie wpisuje się w żaden schemat, myśli o świecie i odczuwa go nieszablonowo, tkwi w niesatysfakcjonującym ją związku, a przede wszystkim stara się zrobić wszystko, żeby wykraść z innych kobiet to, czego nie otrzymała jako dziewczynka, by prowadzić pełnowartościowe życie i by wiedzieć, co ma przekazać własnym dzieciom. Daje im troskę, jest uwrażliwiona na niuanse ich osobowości, idzie inną drogą, a nawet dwiema różnymi drogami, bo Magdalena Genow opowiada również o tym, że ponowne macierzyństwo wcale nie jest doświadczeniem powtarzalnym. Podoba mi się to, że opowiadana wprost historia o nieukojonym żalu po matczynym odrzuceniu staje się tutaj wielowątkową opowieścią także o naturze jako matce, o ukształtowanych przez nią żywiołach, o formach i kształtach życia ściśle związanego ze światem, który jako ludzie rujnujemy.

„Złodziejka matek” jest najciekawsza wtedy, kiedy odrywa się od realizmu i próbuje definiować macierzyństwo w poetyckiej sekwencji obrazów, które wzajemnie się uzupełniają. Wskazałem już, że bycie matką nie będzie tutaj powtórzeniem. Nie może nim być, bo wyobraźnia i wrażliwość narratorki nie pozwalają jej wchodzić w utarte koleiny, myśleć schematycznie, wkraczać w ponurą rutynę, uczyć się przede wszystkim na niepowtarzaniu błędów. Tu bycie matką jest poszukiwaniem, ale to przede wszystkim książka o poszukiwaniu matki w innych. Przyjaciółka narratorki kolekcjonuje różne przydasie, ona sama – matki właśnie. Jednocześnie to opowieść o tym, jak tworzy się zbiór ponurych wspomnień, z którymi nie można sobie poradzić przez wypieranie, zapominanie. Pamięć jest tu bardzo żywa, jednakże najcenniejsza jest wyrosła z tej pamięci wrażliwość na detale. Jest w powieści zresztą mowa wprost o „glejcie na wrażliwość”. Genow opowie o kobiecie jako istocie nawiązującej metafizyczny kontakt z naturą, a jednocześnie z samą sobą – poszukiwaczką tego wszystkiego, co odebrała jej matka, każąc później wstydzić się w szkole pochodzenia z rodziny patologicznej, a tak naprawdę stale pamiętać, iż ruszyła w drogę z deficytami, którym trzeba wyjść naprzeciw.

Partner bohaterki zakochany w świecie sztucznej inteligencji – „wyeksportował fragment własnego mózgu do komputera” – jest zadaniowy, a przede wszystkim skoncentrowany na logicznym myśleniu. Myślenie i analizowanie świata przez Emmę wynika z tego, jakiego impulsu doświadczy i co będzie szło za tym impulsem, jaki rejon asocjacji otworzy się w jej mózgu. Emma także przywiązuje ogromną rolę do własnego ciała, bo zarówno tęsknoty, jak i pragnienia związane z byciem córką, a potem matką, ściśle związane są z reakcjami ciała – na przebieg ciąży, poród czy połóg. Świetnie skonstruowana scena, w której Genow pokazuje, jak w świadomości męża poród żony konkuruje z przebiegającą w tym samym czasie operacją domowego kota, obrazuje jednocześnie, że Emma stale jest zaprogramowana na bycie w egzystencjalnym dyskomforcie, bo zajęła czyjś czas; może być na drugim planie, czuje jakąś wewnętrzną potrzebę kwestionowania siebie oraz swoich przeżyć jako najważniejszych. To z jednej strony postać tragiczna i nieszczęśliwa, z drugiej jednak – silna poprzez świadomość tego, że nie jest wyjątkowa. A jednak jest taka. Dlatego ta książka przykuwa do siebie mocniej niż choćby dwie wspomniane na wstępie powieści, gdyż Magdalena Genow zbliża nas do bohaterki bardzo nieoczywistej. Emma jest nikim i wszystkim jednocześnie. Życie Emmy jest doświadczeniem traumatyzującym, a przy tym bardzo uniwersalnym.

Bywa, że jest zazdrosna o emocje innych. O to, że jej koleżanki mają tak zwane normalne matki. O to, że kogoś wzrusza w hitowym filmie coś, co w żaden sposób nie porusza Emmy. Ją cechuje – jak to autorka trafnie zaznacza gdzieś mimochodem w jednym z rozdziałów – „selektywna uważność”. Dlatego „Złodziejka matek” jest od pewnego momentu zupełnie nieprzewidywalną powieścią. Zgrabnie wybrzmiewa tutaj metafora skafandra kosmonautki w odniesieniu do Emmy, ale Genow dba o detale każdego akapitu w taki sposób, by wykrzesać niezwykłą opowieść z zasadniczo oczywistych uwarunkowań życiowych. Jest też ciekawa symbolika ciała zalewanego falami, nawiązanie do oceanicznych głębin i  występujących tam form życia, zmuszanie do zastanawiania się nad tym, do czego tak naprawdę Genow porównuje macierzyństwo.

I jest tu trochę tak jak ze światem oglądanym przez bohaterkę: widzimy wszystko jak przez firankę, nie możemy być bezpośrednimi świadkami, jednakże dostrzegamy dużo więcej niż ci, którzy są fizycznie najbliżej. „Złodziejka matek” to powieść eksperymentująca z perspektywą prezentowania kobiecego wyobcowania i kobiecej wrażliwości. Główna bohaterka stale rozmyśla o tym, kim jest i kim mogłaby być, fantazjując, antycypując, porównując, wprowadzając czytelnika w pewien niepokój, który narasta. Bo to opowieść jednocześnie o porzuconej dziewczynce, empatyzującej z cierpieniem natury kobiecie i o kosmonautce, która doświadcza stygmatyzowania, lecz dzięki niemu odkrywa samą siebie w mikrokosmosie intymnych przeżyć. Pięknie napisana książka, można ją czytać, szepcząc komuś do ucha. Kameralna i czuła, lecz także z ogromnym ładunkiem emocjonalnym i trafnymi obserwacjami socjologicznymi dotyczącymi zmieniającego swe oblicze świata, w którym trzeba zaakceptować siebie słabą i silną jednocześnie.

 

2025-02-24

„Metry na sekundę” Stine Pilgaard

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza


Data wydania: 12 lutego 2025

Przekład: Zuzanna Zywert

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Nowi i oswojeni

Kameralna i nietuzinkowa opowieść o próbie dostosowania się do prowincjonalnej społeczności, ale także o próbie zrozumienia samej siebie w nowej sytuacji życiowej. Bo bohaterka tej książki będzie w stanie widzieć lokalną społeczność, w której znalazła nowy dom, przede wszystkim przez pryzmat własnych doświadczeń. Jedynaczki, trochę ekscentryczki, trochę egocentryczki, osoby przełamującej tabu, śmiało na przykład mówiącej o sferze seksualności, autorki lokalnego prasowego kącika porad, która radząc innym ludziom, odsłania siebie w taki sposób, że widzimy, co mogłaby skutecznie doradzić sobie, gdyby nie ukryła się pod pseudonimem. Płynie się przez tę opowieść, bo napisana jest pięknym językiem, w którym zdania to jednocześnie refleksje, ale również pytania, często retoryczne, bez stawiania znaku zapytania, jednak z lekką dozą prowokacyjności. I ciekawie sportretowana wrażliwość samotniczki, która usiłuje z siebie wyprzeć tę wrażliwość. A także obraz sennej duńskiej prowincji z elementami socjologicznymi, na przykład opowieścią o tym, jak funkcjonuje duński model edukacji.

Bohaterka „Metrów na sekundę” ma dużo trudniej niż jej partner. Ona jest indywidualistką, która wydostała się z dotychczas bezpiecznej dla niej tkanki miejskiej. On pochodzi z prowincji, więc dużo łatwiej mu zasymilować się z nowym otoczeniem, które tak naprawdę wcale nie jest nowe, bo zna się mechanizmy funkcjonowania małej społeczności, kiedy się w niej dorastało. „Nowi na polach” – taki ładny obraz w introdukcji proponuje nam Stine Pilgaard, sugerując już na wstępie, że otrzymamy opowieść o jakiejś jedności skonfrontowanej z otoczeniem, do którego trzeba się dopasować. Tymczasem oboje „nowi” są zasadniczo różni i inaczej przyjmują codzienność w nowym miejscu. Jej podoba się fiord i zachodniojutlandzki dialekt, ale nie do końca jest w stanie naprawdę porozumieć się z miejscowymi. On wydaje się przez chwilę ciekawszą postacią – jest racjonalistą świadomym tego, do jakiego miejsca przyjechali ze swoim synkiem, a jednocześnie wszystko widzi paralelami literackimi, jest nauczycielem kreatywnego pisania.

Ona chciałaby żyć twórczo i nie jest pewna, czy prowincja jej nie ograniczy. Dlatego decyduje się na pisanie wspomnianych już prasowych porad, co jest jedną z kilku perspektyw ukazywania i uzupełniania tutejszego świata przedstawionego (między innymi w tekstach piosenek uzupełniających główną narrację). Wydaje się, że komentując problemy innych ludzi – czasem banalne, a czasami bardzo skomplikowane, choć przedstawione w banalnej konwencji – odpowiedzialna za rady oferowane ludziom w potrzebie sama odsłania w nich swoją wrażliwość, pragmatyzm połączony ze specyficznym rodzajem emocjonalności. To taki kontrapunkt do tradycyjnej, linearnej narracji o perypetiach młodej pary na duńskiej prowincji. Skoncentrowanej przede wszystkim na teraźniejszości. Fragmentarycznie i enigmatycznie widzimy świat oraz przekonania, z którymi młoda para przybyła do małej miejscowości w zachodniej Jutlandii. Najważniejsze jest to, co dzieje się teraz. Pojawiają się nawet rozważania o tym, czym jest „wieczna teraźniejszość”. Tymczasem najciekawsze jest to, jak portretowana jest główna bohaterka.

Między innymi poprzez sposób, w jaki uczy się jeździć samochodem. Musi zrobić prawo jazdy, a to oznacza dostosowanie się do kodeksu drogowego. Ten funkcjonuje tutaj oczywiście symbolicznie, bo przecież cała intensywność tej krótkiej powieści skoncentrowana jest na tym, co to znaczy dostosować się. No właśnie. Czy na początek należy znaleźć pracę, nadać wreszcie dziecku imię i sformalizować związek, bo małżeństwo wygląda tu dużo lepiej niż po prostu bycie ze sobą? A może dostosować się to najpierw wszystko bezkrytycznie zaakceptować albo przynajmniej milczeć wtedy, kiedy chce się powiedzieć sporo? Wprawianie się w milczeniu wydaje się tu kwestią rozpatrywaną szerzej. Bohaterka nie tylko od najbliższej osoby słyszy, że jeśli chce stać się częścią nowej społeczności, o pewnych sprawach nie powinna mówić, pewnych poglądów nie powinna wygłaszać. Tymczasem ona chce się zaprzyjaźniać, on budować zdrowy i serdeczny dystans. Co będzie efektem takiego postrzegania tej samej przestrzeni i tych samych ludzi?

Pilgaard snuje rozważania o różnego rodzaju granicach, które ludzie boją się przekroczyć. Budując stabilność relacji na nordyckiej prowincji, ale także stawiając na poczucie przynależności do wspólnoty. Ja, od dwóch lat usiłujący się odnaleźć w świecie podobnym do świata, z którym konfrontuje się bohaterka, choć chyba bardziej surowym nie tylko z racji położenia bardziej na północ Europy, odbierałem tę powieść jako częściową paralelę swoich emigracyjnych rozterek, kiedy usiłowałem (i nadal to robię) znaleźć kompromis między tym, jaki jestem naprawdę, a tym, jakim powinienem być, żeby pasować. Bo do prowincji zawsze trzeba pasować, nawet jeśli daje duży margines wolności i pozwala na bycie dziwakiem. Główna bohaterka tej książki nie jest dziwaczką. Zaskakująco szybko znajduje tę podstawową płaszczyznę porozumienia z miejscowymi. „Wiem, kim pani jest” – zwraca się do niej sprzedawca, sugerując tym, że została zauważona. Czy zaakceptowana? I co może kryć się w takim zdaniu? Ile nieprawdy, skoro bohaterka dopiero na prowincji zaczyna zadawać sobie pytanie o to, kim jest naprawdę, i bardzo trudno jej znaleźć odpowiedź?

„Metry na sekundę” to także interesująca historia macierzyństwa, w którym na przykład narzędziem do rozumienia i poznawania nowej rzeczywistości staje się język. Synek głównych bohaterów – bo trzeba zaznaczyć, że jej partner jest gdzieś w tle, ale to nie jest postać drugoplanowa w tej narracji – też wpisuje się w różnorodność opowiadania o problemie przynależności i akceptacji. Myląc odgłosy wydawane przez różne zwierzęta, staje się zaskakujący dla otoczenia, ale intrygujący dla matki. Ostatecznie uczy się onomatopei określającej dźwięk wydawany przez owcę. Otoczenie jest zadowolone. Jego matka także. Dopasować się to znaczy być takim jak inni, określać świat tymi samymi słowami, rozumieć tak samo ogólne pojęcia, być wiernym wyznaczonym normom?

Stine Pilgaard portretuje duńską prowincję jako miejsce, w którym duże znaczenie mają wszelkiego rodzaju stowarzyszenia, robienie czegoś wspólnie, doświadczanie rutyny i oczywistości życia w gromadzie. Tam jest wszystko to, od czego – co zostaje dwukrotnie podkreślone – nie można uciec. Bohaterka książki nie chce nigdzie uciekać. Jeśli już, to czasem w głąb siebie. Jednakże to powieść przede wszystkim o otwieraniu się – na siebie, swój nowy świat i nowy rodzaj wypracowanej dzięki temu otwarciu wolności. To nie jest historia indywidualistki usiłującej stać się częścią wspólnoty. To pełna ciepła i mądrych refleksji opowieść o tym, że człowiek bardzo często potrzebuje po prostu wsparcia innych. Bezpiecznego dystansu, ale i wsparcia.