2021-10-01

„NOrWAY. Półdzienniki z emigracji” Piotr Mikołajczak

 

Wydawca: Wydawnictwo Otwarte

Data wydania: 16 października 2021

Liczba stron: 344

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Lustro emigracyjne

Dosyć długo znam Piotra Mikołajczaka, ale nie aż tak długo, aby znać jego norweskie losy emigranta. Znany mi człowiek to raczej ktoś, kto pisze w tej książce ostatnie zdania. Szczęśliwy mąż cieszący się z odnalezienia swojego miejsca na ziemi. Nie jest nim bynajmniej Norwegia. „NOrWAY” to opowieść o czymś zyskanym i utraconym, a jednocześnie historia, w której najważniejsze jest nazywanie obszarów własnej tożsamości dzięki trudnym przeżyciom emigracyjnym wyjątkowo silnie kształtującym charakter i mentalność. Mikołajczak jawi się tu jako emigrant bardzo świadomy. Zarówno tego, dokąd przybywa i czym jest społeczność, w której będzie chciał na chwilę odnaleźć swoje miejsce, jak i tego, kim jest jako przybysz – co niesie ze sobą w trudnym do udźwignięcia bagażu polskich doświadczeń i w jaki sposób się z nim rozprawi. Bo autor zaznacza wyraźnie, że najważniejsze w życiu na obczyźnie jest „poukładanie starych problemów w nowym miejscu”. Piotr Mikołajczak nie będzie się starał rozwijać tezy ocierającej się już o truizm, że nie można uciec do innego kraju od tego, co uwierało w Polsce i zmuszało do wyjazdu. Ta barwna opowieść – świetnie niuansująca różne rodzaje tymczasowości – jest próbą zmierzenia się ze wspomnieniami w taki sposób, aby zrozumieć, co było najistotniejsze w byciu obcym, jak tę obcość można było oswoić i w końcu co w samej Norwegii było tak wyjątkowego, że autor czuł się w niej wyobcowany, ale nigdy nie miał poczucia, że jest tam kimś niechcianym.

Norwegia jest ostatnio bardzo wdzięcznym tematem dla polskiej literatury faktu. Otrzymaliśmy już znakomite książki o istocie norweskości – między innymi „Najlepszy kraj na świecie” Niny Witoszek, jak również dość kiepskie – i tu mam na myśli na przykład publikację Anny Kurek „Szczęśliwy jak łosoś”. Maciej Czarnecki stworzył ciekawy reportaż o norweskim Barnevernecie i w „Dzieciach Norwegii” gdzieś na marginesie kreślił obraz polskiej emigracji w tym kraju. Chyba jednak nikt dotychczas nie skoncentrował się tak silnie na całej społeczności Polaków, którzy z różnym powodzeniem usiłują znaleźć w Norwegii swój raj. Mikołajczak nazywa go rajem wyobrażonym. Wspomniana Witoszek, przyglądając się kulturze i mentalności Norwegów, prezentuje coś na kształt raju niemożliwego. Czy autorowi „NOrWAY” udało się trafić dobrze? Do właściwego kraju, w którym frustracje i gorycz można dzięki determinacji przekuć w działania, które sprawiają, że życie nabiera sensu i staje się satysfakcjonujące?

Należy oddzielić aspekt socjologiczny tej książki od jej wymiaru egzystencjalnego. Z jednej strony mamy tu do czynienia z obserwacjami rodaków tak samo jak autor zanurzonych w codzienności, w której trzeba przede wszystkim przetrwać. Opowiadanie o pojedynczych ludziach i brak tendencji do uogólniania są tu świadome. Gdyby uznać, że Piotr Mikołajczak chce nam zaserwować garść dotyczących relacji z rodakami wspomnień, w których umiejętnie połączy humor i ironię, ta narracja nie byłaby w żaden sposób wyjątkowa. Ale mamy tu do czynienia z czymś innym. Są obserwacja i analiza, są ogromna empatia i niewyobrażalny dla jego kolegów, z którymi pracuje lub mieszka, zasób słów oraz skojarzeń potrzebnych, by zniuansować dramaty i radości polskiej emigracji zarobkowej w Norwegii. Jest również to, co najbardziej istotne – przyglądanie się w tym wszystkim samemu sobie. To, co zwraca uwagę od samego początku, to niebywała wrażliwość na otoczenie, naturę. I widać to już w pierwszych relacjach, gdy autor wraz z towarzyszem podróży przemierza Szwecję. Potem Mikołajczak przyjrzy się choćby norweskiemu niebu, w które rzadko patrzą jego koledzy w emigracyjnej (nie)doli. Za tą wrażliwością idą spostrzegawczość i uważność obserwacji. Najważniejsi stają się ludzie i kiedy autor poświęca im uwagę, widzimy, że chce być tak skoncentrowany jak przy podziwianiu północnych pejzaży. Dlaczego? Bo każda postać na jego drodze – nawet ta najbardziej irytująca – jest jednocześnie opowieścią. Emigracja Mikołajczaka pośród ludzi, którzy zupełnie nie zwracają uwagi na to, na co on sam jest wyczulony, nie jest historią o tym, że praca za granicą nobilituje czy upokarza. Mamy do czynienia z zapiskami bardzo uważnego obserwatora i świadka. Mikołajczaka interesuje naprawdę wszystko – nawet losy jego niedopałka.

„NOrWAY” jest więc książką o tym, w jaki sposób polscy emigranci usiłują funkcjonować w państwie, którego bardzo często nie chcą rozumieć, ale przede wszystkim pamiętnikiem poszukiwania samego siebie. Wspomniałem już o tymczasowości, która pojawia się tu w kilku różnych znaczeniach. Piotr Mikołajczak stara się przyjrzeć temu, czym jest tymczasowość zawodowa, socjalna, trochę kulturowa i na pewno egzystencjalna. Portretowana Norwegia, którą ogląda z różnych stron (z ekipą remontową trafia również do dalekiego Tromsø), jest miejscem, gdzie doświadczając rzeczywistości intensywniej, Mikołajczak po latach nazywa siebie na nowo. Te wszystkie retrospekcje mówią nie o tym, co się przeżyło, ale o tym, jak to kształtuje całe późniejsze życie. Tu oczywiście skryte w niedopowiedzeniach, bo „NOrWAY” kończy się tam, gdzie chciałoby się posłuchać o dalszym ciągu. Jakkolwiek odbierać tę książkę, jest dowodem niebywałej samoświadomości. Piotr Mikołajczak wie, że aby zrozumieć ustalony życiowy azymut, należy bezwzględnie cofnąć się do wspomnień, do których nie wracał, a wszystko, czego się wtedy doznawało, traktowane było jak doświadczenie wzmacniające, zawsze uczące czegoś. Chciałoby się, aby wszyscy umieli się tak mierzyć z dawnym „ja”. Terapeuci straciliby pracę.

Podoba mi się sposób, w jaki ujawnia się wrażliwość Piotra Mikołajczaka. Najlepiej widać to w jego porównaniach. Tropy świadczące o tym, że te emigracyjne retrospekcje to coś więcej niż dziennik przetrwania, kryją się w wielu zdaniach i akapitach, które pozornie nie mają bezpośredniego związku z głównym tematem książki. Każdy rodzaj konfrontacji jest tu zwróceniem się do samego siebie. W każdej z ekscentrycznych postaci – czarnoskórej wielbicielce baraniny, specyficznym alkoholiku Królu Mirasie czy polskim fanie Boba Marleya – Mikołajczak dostrzega zarówno to, kim jest, jak i to, kim nigdy nie chciałby być. Relacje uczą go szacunku do samego siebie. Pozwalają na to, by odczuć emigrację w każdy sposób – nawet wówczas, gdy jest to wyjątkowo gorzkie doświadczenie. Są fragmenty, w których spotykani przez autora ludzie stają się trochę jak bohaterowie literaccy. Biorąc pod uwagę to, jak operuje językiem, Mikołajczak się trochę marnuje w tego typu narracjach, powinien nam raczej zaproponować powieść. Ale „NOrWAY” to książka, która nie tylko definiuje jego obecną tożsamość, lecz również zapowiada możliwości. Świetne jest to, że autor pisze w zasadzie dla każdego. Chodzi nie tylko o frazę i to, w jaki sposób opisywana jest rzeczywistość. To rzecz o bardzo ciekawych zderzeniach z norweską rzeczywistością i najważniejszej ciekawości – samego siebie. Otrzymujemy książkę, w której opis emigracji zarobkowej jest początkiem opowieści o szansach, które zostały wykorzystane. Bez marazmu i przekonania, że każde z opisanych doświadczeń jest w jakiś sposób uniwersalne i dlatego należy je przedstawić.

To zatem historia bardzo intymna. Stworzona przez człowieka, który oswaja to, co inne, z ciekawością oraz szacunkiem. Historia goryczy i euforii, bolesnych rozczarowań i świadomości tego, jak bardzo można w chwili trwogi… polegać na sobie samym. Jest to też dynamiczna książka, która może trafić do bardzo szerokiego grona odbiorców. Mikołajczak opowiada o tym, co to znaczy przekraczać granice, ale zwraca uwagę na to, że najtrudniejsze do pokonania są ograniczenia naszej mentalności i postrzegania świata.

3 komentarze:

Dummy pisze...

That's cool

ParadiseLost pisze...

Przeczytałam książkę jednym ciągiem, naprawdę trudno było się oderwać. Jednak nie zgadzam się z tą wrażliwością na losy niedopałków, bardzo mnie zbulwersowała początkowa scena i potem nie było o wiele lepiej. Ale jestem wolontariuszką "sprzątającą świat", dla innych czytelników pewnie to nie było tak istotne.

Jarosław Czechowicz pisze...

ParadiseLost, nie jestem jakimś zagorzałym ekologiem, ale i mnie dotknęła scena na Bałtyku, o czym zresztą zaraz napisałem autorowi na Messengerze. Tamten niedopałek w Oslo był już dla mnie bardziej symbolem, choć oczywiście dokładnie tym samym, co bohaterowie robią na morzu. Dzięki za opinię.