2026-03-23

„Jeśli nie wolno nam śpiewać” Elizabeth O'Connor

 

Wydawca: Wydawnictwo Cyranka

Data wydania: 2 kwietnia 2026

Liczba stron: 222

Przekład: Kaja Gucio

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 59 zł

Melancholijna, pełna przepięknych opisów przyrody, a przy tym smutna przypowieść o przynależności i zawłaszczaniu. Ta krótka książka zawiera w sobie wszystko to, co niezbędne w dobrej powieści obyczajowej: główną bohaterkę portretowaną w specyficzny sposób, miejsce będące istotnym elementem historii tworzenia tożsamości i naprawdę poruszające wizje współistnienia człowieka, lądu i morza. Biorąc pod uwagę istotny motyw umierającego na plaży wieloryba, Kaja Gucio ponownie pokazała swój translatorski pazur, bo zamiast dość oczywistego „Whale Fall” zaproponowała nam tytuł sięgający dużo głębiej, jeśli chodzi o ukazaną tutaj problematykę. Kameralna, nasycona nienazywanymi wprost emocjami opowieść o morzu, które kształtuje społeczność, i o społeczności widzianej w swym odosobnieniu jako świetny materiał do badań antropologicznych. A jednocześnie historia o krzywdzie zadanej zamkniętej społeczności.

Głównym bohaterem – niemym, lecz wciąż obecnym – jest morze. Niebezpiecznie zbliżające się do domostw. Narzucające swoje bezwzględne prawa. Gotowe oszołomić swym majestatem na zawsze albo zabić w jednej chwili. Kolejnym bohaterem jest wyspa zderzona z tym morzem. A później istotni stają się ludzie. Przede wszystkim osiemnastolatka, która prezentuje swój świat w bardzo prosty sposób, a to, co prozaiczne, jest tu niesamowicie ważne. Czytamy o prostych ocenach i osądach. Co jest ładne, czego bohaterka nie lubi, o czym marzy i czym się na co dzień zajmuje. Manod, jak inni, żyje prawami tej wyspy, ale zdobyła dużo więcej samoświadomości niż inni mieszkańcy tego miejsca, w którym głównym zawodem kobiety jest bycie żoną. Na taki brak wyboru nie ma miejsca w jej planowaniu życia. Musi być jednak pragmatyczna, ma pod opieką ekscentryczną siostrę, która w przeciwieństwie do Manod posługuje się tylko językiem walijskim, nie chce uczyć się angielskiego i nie ma zamiaru opuszczać wyspy.

Manod czasami o tym myśli. O świecie, w którym gdzieś daleko znów zaczyna być groźnie, bo ledwie morze skończyło wyrzucać na brzeg resztki tego, co zostało po Wielkiej Wojnie, coraz częściej słyszy się, że nadchodzi kolejna. W wiosce pośród urwisk i wrzosów słychać przede wszystkim krzyk morskiego ptactwa, a ludzi nie zajmują wieści ze świata, lecz proste czynności służące przetrwaniu. Rybacka wioska ma swoją niepisaną hierarchię ugruntowaną przez baptyzm, a Manod nie żyje w jakimś konflikcie wewnętrznym, bo przyjęła to, kim jest i kim ma być w niewielkiej społeczności uzależnionej od darów morza i jego gniewu oraz od natury, która decyduje za ludzi. Łatwiej jest przetrwać w małej izolowanej społeczności, jeśli sfera pragnień i oczekiwań jest ograniczona.

W opowieści skoncentrowanej na kilku miesiącach pojawiają się jednak ludzie, którzy zakwestionują poczucie przynależności Manod, choć i ona sama gdzieś w głębi siebie gotowa była na egzystencjalny zwrot; już na samym początku wspomina, że oczekuje „aż coś pęknie”, antycypuje jakiś niepokój i nieład, które wkradną się na wyspę – i tak się dzieje. Pojawia się para naukowców, którzy przybyli badać specyficzny rejon. To przybycie rodzi w dziewczynie nadzieję na zmianę, inny los. Nie ma bowiem zamiaru poślubiać jedynego w osadzie rówieśnika, a on sam – jak wielu młodych mężczyzn – szybko opuszcza wyspę, by prawdopodobnie paść ofiarą działań wojennych, bo przecież każdy z czytających zdaje sobie sprawę, że faszyzm ma się dobrze, a świat stoi na krawędzi stabilizacji i za chwilę stoczy się w międzynarodowy konflikt. Ale na razie są jesienno-zimowe miesiące i ludzie, którzy przybywają, by przyjrzeć się specyficznej społeczności, spisać miejscowe podania i ludowe opowieści niejednokrotnie pełne skomplikowanych dla badaczy metafor ocierających się o aberracje.

Manod nie spodziewa się tego, co przyniesie do jej wioski para wykształconych ludzi żyjących w innym świecie. Tym, który przyspieszył, i tym, w którym rządzą inne prawa niż te narzucane otaczające ją surowe morze. Co się wydarzy, gdy skryte pragnienia ożywi dwójka ludzi, która finalnie w okrutny sposób wykorzysta dziewczynę? A może wykorzystanie to niezbyt adekwatne słowo. Może Manod po prostu zrozumie, jak wygląda świat, do którego chciałaby zajrzeć. Świat skonstruowany inaczej niż ten jej dobrze znany, egzemplifikowany przez historie wyśpiewywane przez dziewczynę.

Elizabeth O'Connor opowiada dość uniwersalną historię o tym, że zderzenia zamkniętych społeczności z tak zwanym światem zewnętrznym to zawsze konfrontacja, w której finał jest przewidywalny. Powieść ta jednak pozostawia nas w niepewności i przyglądamy się bardzo uważnie temu, w jaki typ zależności wejdzie osiemnastolatka z faszyzującą naukowczynią z Oksfordu i jej niefrasobliwym kolegą po fachu, dla którego najważniejsze są sprzęt i zadanie do wykonania, ewentualnie bliskość ciała Manod. Tak jak morze zawłaszcza mentalność i emocje żyjących na wyspie ludzi, tak przybycie obcych wpłynie zawłaszczająco na tych, którzy z różnych powodów nie godzą się na życie pośród malowniczej, lecz często okrutnej przyrody. Na przykład Manod. Nieświadoma tego, że kobieta wcale nie musi być czyjąś żoną. Wabiona wprost i bez skrępowania, żeby uwierzyć w coś, co nigdy nie będzie miało racji bytu. „Mogłabyś uchodzić za Angielkę” – słyszy nastolatka, która nie jest pewna, czy to powód do dumy, czy niepokoju. A ten rozszerza się i komplikuje. Tak jak morze wyrzucające na brzeg wieloryba, którego tragiczną sytuację przekuwa się na cudzą korzyść, tak Manod zostaje gwałtownie wyrzucona ze swojego naturalnego środowiska, bo ktoś coś jej obiecuje i daje szansę na to, by zmienić życie. Życie, które mogłoby przestać toczyć się na marginesie. A przecież jest tak bardzo intensywne, choć autorka „Jeśli nie wolno nam śpiewać” stwarza duży dystans wobec głównej bohaterki. Pokazuje jednak wyraźnie inne mechanizmy. Nie tyle zawłaszczania, ile traktowania społeczności przedmiotowo. Badawczo nie znaczy wcale z empatią. Nie ma tu w ogóle mowy o jakichkolwiek ciepłych uczuciach, wszystko wydaje się niespokojne jak morze i w taki sam sposób nieprzewidywalne.

To morze jest romantyzowane przez przybyszkę i traktowane bardzo pragmatycznie przez Manod. Odwrotnie jest w kwestii poczucia przynależności do praw natury. Kobieta z zewnątrz opowiada o kobiecym samostanowieniu. Manod od urodzenia jest przekonana, że stanowić o sobie może tylko w ścisłym połączeniu z naturą. Sielankowe zabawy z fokami łączą się tutaj z okrucieństwem scen, kiedy główna bohaterka zaczyna dostrzegać, że jest wykorzystywana. Jak przedmiot. Glina, którą można uformować zgodnie z własnymi oczekiwaniami. Sztucznie wyreżyserowane zdjęcie rybaka z wyspy, pozwalające na dopisanie historii na potrzeby akademickie. Bo przecież jest tu badany świat, który ma się dobrze od wieków, ale to wszystko może się skończyć. „Czy my znikamy?” – na tak postawione pytanie Manod nie uzyskuje odpowiedzi, podobnie jak czytelnik nie będzie miał do końca pewności, w którym kierunku podąża bohaterka, co ostatecznie się wydarzy i jaka zmiana nastąpi. Co pęknie i już nigdy nie będzie takie samo. Ta „dziwna książeczka o walijskich rybakach”, jak określa ją w podziękowaniach autorka, jest głęboko humanistycznym pochyleniem się nad tym, co znaczą pokora wobec natury, współistnienie z nią i konsekwencje zapominania o niej. Z zapierającymi dech w piersiach poszczególnymi scenami malowanymi językiem niezwykle obrazowo opisującym naturę. Piękna książka o tragicznych utratach i braku możliwości, by je jakoś zrekompensować. O niespełnionych pragnieniach i o tym, że większość z nas musi w życiu zadowolić się tym, do czego przynależy z racji swojego urodzenia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: